Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roger Smal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Roger Smal. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 marca 2018

Gonçalo Almeida and his black & white Cylinder! The label overview!


Znacie cały katalog netlabelu Cylinder Recordings? Nie? Spory błąd!

Konieczna staje się zatem ściągawka, zarówno dla tych, którzy nie wiedzą, cóż to za inicjatywa, jak i dla tych, którzy wiedzą, ale nie poznali jeszcze wszystkich elementów składowych.

Uważni Czytelnicy Trybuny oczywiście doskonale rozpoznają Gonçalo Almeidę. Wiedzą, iż gra na kontrabasie, gitarze basowej i wyśmienicie improwizuje. Że jest Portugalczykiem, ale mieszka w Rotterdamie. Że od kilku lat prowadzi Cylinder Recordings i publikuje tam swoje nagrania w przeróżnych konfiguracjach personalnych.

Dokonamy dziś przeglądu wydawnictw Cylinder Recordings, w ramach którego, od marca 2015 do lutego 2017 roku, ukazało się w sumie 16 tytułów. Omówienie katalogu zaczniemy od dwóch najświeższych pozycji. Pierwsza z nich, nie ukrywamy, jest ulubioną cylindrową płytą Pana Redaktora, tuż obok tej, którą przypomnimy na samym końcu. Nad drugą nowością także warto zwiesić nie jedno ucho! Potem zagłębimy się w kilka improwizacji z dęciakami, w przypadku których, wybór tych bardziej wartościowych nie będzie wcale tak oczywisty, jak wskazywałaby na to pobieżna lektura danych personalnych uczestników tychże spotkań. W dalszej kolejności posłuchamy muzyki zaplątanej w kable, przy czym – od razu zastrzegamy – być może, to najlepsze dawki improwizacji z udziałem elektroniki, jakie przewinęły się w ostatnich kwartałach przez odtwarzacze redakcji. Nadstawimy także ucha nad improwizacjami stricte strunowymi. Na finał zaś przypomnimy recenzje płyt CR już wcześniej publikowane.

  
Piętnastka i szesnastka na dobry początek

(CR015) Out Room  by Luis Lopes (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rogier Smal (perkusja). Nagranie studyjne z kwietnia 2016 roku (De Nieuwe Ruimte); 3 utwory, 33 minuty bez kilku sekund.




Wprowadzenie kontrabasu i perkusji charakteryzuje się spokojną poetyką, ma dość jazzowe flow. Gitara pojawia się, niezwykle nieśmiało, dopiero w 3 minucie improwizacji. Skupiona, precyzyjna ekspozycja talerzy w oparach ciszy. Lopes stawia drobne, gitarowe znaczniki na błyskotliwym walkingu Almeidy. Proces dynamizacji rozpoczyna się w 5 minucie. Zwarta narracja, w której udział rozgrzewającej się gitary rośnie z minuty na minutę. Pod koniec utworu smyczek na gryfie kontrabasu buduje artystyczny zadzior, który dodatkowo komplikuje strukturę narracji. W tle zmyślne repetycje Lopesa, dziergane mikroakordami. Fragment drugi (uprzedźmy wydarzenia – kluczowy dla jakości płyty i najdłuższy) rozpoczynają sonorystyczne igraszki – świst strun, polerowanie powierzchni płaskich, smyk i szczypta psychodelii wprost z dna morza. Drobny, ale niezwykle aktywny drumming. 3 minuta stawia na agresywny kontrabas. Tymczasem gitara ucieka w blue-ambient, błyskotliwie rezonuje na dużej przestrzeni. Wyjątkowo urocza ekspozycja całego tria – niski smyczek, symultaniczna gitara i precyzyjna perkusja (small like Smal!). Brawo! 6 minuta, solo Almeidy, znów niski i mocny tembr. Lopes ślizga się po strunach, background Smala znów wyśmienity! Gitarzysta eskaluje się na tle tłustego i sfuzzowanego kontrabasu. Power noise metal improve! Gdy zostaje na moment sam, rżnie niebywałe solo i stawia stempel doskonałości na 10 minucie tego nagrania. Tuż po nim, spokojny dialog drum & bass, snuty jednakże w dalece niepokojącym stylu. Wspaniała mantra z ornamentami gitary nie zwiastuje wcale końca utworu, lecz początek nowej, jeszcze bardziej ekscytującej narracji. Piękny surfing na gryfie sześciostrunowca. Pachnie zdrowym fussion! A prawdziwe wybrzmiewanie dopada nas dopiero po 15 minucie. Na finał płyty spora dawka rytmu z kontrabasu, pulsująca gitara w metalicznej repetycji i small drumming Smala. Almeida na przedzie orszaku, reszta tworzy zjawiskowy background. Rolę nadającego rytm przejmuje perkusista, co stwarza przestrzeń dla genialnych wprost improwizacji obu strunowców, silnie ze sobą skorelowanych, łeb w łeb. What a game! Dirty dancing! Szaleństwo na gitarowych przetwornikach pcha nas niechybnie ku finałowi. Na wybrzmieniu, perkusja i kontrabas podsumowują niezwykłą sesję nagraniową.


(CR016) Duas Margens  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, obiekty). Koncert z Pletterij (Harlem), z marca 2016 roku; 1 utwór, 26 i pół minuty.




Spokojne pizzicato na obu gryfach miękko wprowadza nas w klimat koncertu na dwa duże strunowce. Odrobina wzajemnych imitacji, szczypta separatywnych ekspozycji. Głębokie, bardzo niskie brzmienie. Pierwszy przejaw bardziej dynamicznych działań, to 3 minuta. Trochę agresji, sporo technicznych fajerwerków, akcenty perkusjonalne. Szczera rozmowa starych przyjaciół, którzy ciągle mają sobie dużo do powiedzenia. 6 minuta, to gong, który obwieszcza zejście do strefy sonore. Kontrabas na lewej flance ma już smyczek w użyciu, tnie dźwięki na nierówne połowy. Prawy po chwili czyni dokładnie to samo. Ostra, swingująca polerka! Nawet perkusjonalne szczoteczkowanie i dźwięki imitujące dęciaki. Prawdziwa orkiestra! Taniec we dwóch – teraz jeden z nich płynie bardzo nisko, drugi zaś wysoko. Piękny dysonans! 14 minuta, fragment kropelkowej improwizacji, prowadzonej jednak przez obu muzyków bardzo energicznie. Kolejne zejście w sonorystyczną głębię ma smak i klasę, zwłaszcza, że wykluwa się z tego krótki pasaż wręcz noise’owy. Po chwili znów ostro, z przytupem, w poszukiwaniu nowych, nawet perkusyjnych dźwięków. Tembr obu kontrabasów aż skwierczy. Whaw! Like harsh electronic! Do samego już końca występu, dużo błyskotek technicznych, szczególnie ze strony kontrabasu grającego nieco wyżej (Almeida?). Acoustic power drum & bass drones! Panowie potrafią doprawdy wszystko! Koniecznie sięgnijcie po ich starszy duet! A o nim parę akapitów niżej.


Kwartet, trio i duet

(CR004) Down the Pipe  by Daniele Martini (saksofon tenorowy, pętle i efekty), Lukas Simonis (gitara, pętle i efekty), Gonçalo Almeida (bas, pętle i efekty) & Marco Franco (perkusja). Siedem lat temu w Rotterdamie; 6 improwizacji, 40 minut bez kilkunastu sekund.




Już pobieżna lektura składu instrumentalnego sugeruje odbiorcy, iż w trakcie tego nagrania naprawdę dużo działo się będzie w wymiarze sound & noise. Każda sekunda tej muzyki konstytuuje poprzednią tezę. Gęste, jazz-rockowe improwizacje z elektroniką u boku. Gitara gotuje się od startu, sfuzzowany bass jątrzy, trzeszczy i buzuje energią. Wprowadzenie, choć spokojne, nawet dostojne, pełne jest metalicznego szczebiotu gitary, psychodelii i hałasu, który czai się za rogiem. Saksofon przyczajony na trzecim plamie, tryska dronowymi ekspozycjami, ale nie wchodzi w interakcje z gitarą i basem (bo któż śmiałby). Ta para idzie po swoje, nie bierze jeńców i doprowadza pierwszą improwizację do stanu wrzenia w okolicach 6 minuty. Błyskotliwa ściana dźwięku, silnie akcentowana dobrym, rockowym drummingiem. Odcinek drugi zaczyna dron z piekła rodem. Narracja stoi w miejscu, jak lepka, tłusta maź, która klei się do butów. Rodzaj elektroakustyki w estetyce black metal, pozbawionej, szczególnie na początku tempa. Gdy dochodzi dynamika, gdy narracja narasta, do gry wchodzi saksofon i podpala lont. Gitara czyni szaleństwa na gryfie, to jakby zasada tej płyty. Power improve! Finał fragmentu z niebywałą pyskówką obu wioseł. Trzecia improwizacja rodzi się przy umiarkowanie spokojnym flow gitary i perkusji. Ta pierwsza szuka rozwiązań bez konieczności eskalowania poziomu hałasu. Saksofon podaje dźwięki, jakby z zaryglowanej tuby. Śpiewa i tańczy. Perkusja ocieka dobrym rockiem. Narracja kroczy i stroszy pióra. Rytm plącze się pomiędzy silnym fuzzem basu, a metalicznie brzmiącą gitarą. Po raz kolejny, precyzyjna dynamizacja zostawia nas w obliczu ściany dźwięku na wybrzmieniu. Czwarty fragment od startu odbywa się przy aktywnym udziale saksofonu. Sekcja pogrywa i komentuje zmutowany tembr dęciaka. Delikatnie upalone brzmienie – boxed sound! Wejście basu, jak prawdziwe trzęsienie ziemi! Obok post-rockowa, wytłumiona gitara szybko łapie pętlę za pętlą. Free Noise Jazz Rock! Black Doom Fussion! Piąty zaczyna gitarowa… synkopa! Nawet z odrobiną swingu! Dynamicznie, energicznie, kolektywnie, a jakze! Rytm, tonacja, melodia podszyte krzykiem, zlepione rockowym nerwem. Wszystko czynione tanecznym krokiem, z gitarą, która co chwila wypuszcza niespodziewane dźwięki (cuda na kablach!). Na finał gitarowa huśtawka, rockowy drive, tłusta sekcja (Almeida – hardcore punk!). Gitara, nie po raz pierwszy, eskaluje się nieco separatywnie, ale to ona jest tu języczkiem uwagi, wnosząc do tej niebywałej opowieści pierwiastek czystego szaleństwa i niebanalnego dysonansu estetycznego. Na ostatni dźwięk – dużo hałasu, brudu i smrodu niebywałej urody!

  
(CR009) The Creature  by John Dikeman (saksofon tenorowy) Goncalo Almeida (kontrabas) & George Hadow (perkusja). Koncert z klubu Zaal 100, Amsterdam; 3 traki, 32 minuty bez parunastu sekund.




Gęsta sekcja (nie może być inaczej w obecności Almeidy!), niski kontrabas, twardy tenor, żywiołowy drumming. Free jazz od startu kapie muzykom z czoła, nie ma zaskoczeń, myśl pędzi za myślą. Walking Almeidy tłusty, zawłaszcza dużo przestrzeni fonicznej (po części to także efekt nieperfekcyjnej jakości dźwięku). W 7 minucie kontrabasista zmienia sposób artykulacji, snuje dość separatywną opowieść. Saksofonista dba zaś głównie o siebie i nie traci czasu na bliższe interakcje. Po 120 sekundach kontrabas milknie, a duet sax-drums snuje nieco spokojniejszą narrację. Po kolejnych kilku chorusach Dikeman zostaje sam i to jemu przypada w udziale sfinalizowanie pierwszego odcinka. Jego smutne swingi nie czynią nieba, ale zwinnie doprowadzają do startu drugiej opowieści. Długo oczekiwany powrót sekcji raduje nie jedną duszyczkę. Almeida i Hadow plotą wyrafinowane septymy i stawiają saksofoniście dość wysoko poprzeczkę. Ten zaś nie do końca potrafi wyzbyć się free jazzowej sztampy. Wzrost dynamiki cieszy recenzenta, ale być może zaciemnia obraz sytuacji scenicznej. Finał koncertu odbywa się przy śpiewie smyczka na gryfie, w towarzystwie komentującego drummingu, przy milczącym saksofonie. Muzycy dość szybko schodzą w wolniejsze tempa. Narracja gęstnieje, toczy się jak walec. W 6 minucie eskalacja saksofonu w wysokim rejestrze, czemu nie towarzyszą szczególnie gorące westchnienia recenzenta. Te ostatnie, znów dedykowane głównie świetnej robocie Almeidy i Hadowa. Ostatnia prosta z samotnym smykiem, to jakby upalony, zapodziany fragment muzyki dawnej. Wyjątkowo zaskakująca puenta!

  
(CR006) Into the Grey Zone  by Henk Bakker (klarnet basowy) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam ponad siedem lat temu, studio; 5 utworów, 26 i pół minuty z sekundami.




Barokowy kontrabas ze smyczkiem, kameralistyczny klarnet basowy w spokojnej, nieśpiesznej narracji. Jeśli klarnet wysoko, to kontrabas nisko. Bywa także odwrotnie. Bakker płynie na swym dużym dęciaku bardzo szerokim pasmem (intrygujące!). Eskalacja na gryfie jątrzy spokój balladowo nastrojonego klarnetu, mającego delikatne inklinacje w kierunku sonore. Próby interakcji metodą call & response, głównie z inicjatywy Almeidy. Gdy ten ostatni brnie w ciszę, reakcje klarnetu są bardziej niż ciekawe. Dużo subtelności, niuansów dramaturgicznych. Co chwila jest na czym zawiesić ucho, dużo zmienności w procesie improwizacji. Trzy pierwsze utwory tej płyty są jednym strumieniem dźwiękowym, co dobrze służy tej opowieści. Rodzaj zadziornej, niebanalnej kamerylistyki, która z procesu improwizacji czyni wartość dodaną. Udane imitacje, bystre interakcje (z obu już stron). Pomruki niedźwiedzie na wybrzmieniu. Czwarty tytuł budowany jest już zupełnie inaczej. Muzycy eksponują się separatywnie. Najpierw solo kontrabasu pizzicato. Potem klarnet w szumie. Tuż po nim gęsty ścieg strun, a dla przeciwwagi bardzo melodyjny klarnet. I tak na przemian, raz jeden, raz drugi instrument, za każdym razem nieco inne artykulacje. Razem grają dopiero w 8 minucie! I jak pięknie wybrzmiewają! Finał – smyk, szczypta uderzeń w pudło rezonansowe, wysoki i znów melodyjny klarnet. Rodzaj dość tanecznej rozmowy przy herbatce. Na wybrzmieniu, dobra, nisko zawieszona kameralistyka współczesna.


Spętani w kable

(CR010) Doze Ruínas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Studyjne dokonania z września 2015 roku; 12 traków, 18 minut i kilkadziesiąt sekund.

(CR012) Jangadas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Koncert z lutego 2016 roku; 1 trak, równo 20 minut, z zegarkiem w ręku.




Dwa spotkania duetu - błyskotliwie spajającego żywe dźwięki kontrabasu i syntetyczne ekscesy foniczne szeroko rozumianej elektroniki (także sample, live processing etc.). Najpierw dwanaście miniatur, potem koncert. W sumie mniej niż 40 minut muzyki, zatem warto zagłębić się niemal w każdy dźwięk. Sam zbiór miniatur jest niezwykle pasjonujący, choć każde z wydarzeń sprawia wrażenie szkicu, próbki dźwięku, nie do końca edytorsko okrzesanej. Poszukująca elektronika i wulgarny tembr kontrabasu na sam początek. Już w drugim epizodzie symbioza elektroakustyczna zostaje w pełni osiągnięta. Lekki pogłos, delikatna, oniryczna poświata, szczypta gadających sampli. W trzecim harsh attack! A kontrabas w roli imitatora. Nie brakuje zapachu dobrego post-techno, a loopy i amplifikacje, zdaje się, że są także udziałem Almeidy. W szóstym odcinku mamy już chyba do czynienia z real time processing, albowiem recenzent słyszy aż trzy kontrabasy, a wszystko na tle intensywnego skwierczenia sterty kabli. W siódmym napotykamy na drony, które zdobione są pojedynczymi dźwiękami perkusyjnymi. Urocze, jakże niebanalne improwizowanie, w trakcie którego nie trudno zagubić źródło dźwięku, choć w zderzeniu realnego instrumentu z zaawansowaną elektroniką, wydawałoby się to mało realne. W ósmym, znów dekonstrukcja żywych dźwięków dostarcza nam ogromu dodatkowych przyjemności fonicznych. Kind of post-double bass music! W dziesiątym, nie pierwszy atak harsh noise! Stan permanentnego zaskoczenia elektroakustycznego w obrębie wydawnictwa, które jest krótsze niż standardowa zawartość jednej strony winyla. Na finał coś na kształt muzyki post-ancient. Piękne, błyskotliwe! Dekonstrukcja baroku! Noise post-baroque!




Wszelkie ekscytacje recenzenta znajdą swoje odzwierciedlenie w nagraniu koncertowym tegoż samego duetu. Na starcie żwawy walking kontrabasu inkrustowany doskonałą post-elektroniką, także processing, post-produkcja żywych ekspozycji, cały czas na zasadzie komentarza, twórczego rozwijania pomysłu kontrabasisty. W 3 minucie piękne drony strunowca, jakby z drugiego planu, na które nakładają się inne drony, te już bardziej syntetyczne. W 7 minucie doskonałe zejście w ciszę. Sonorystyka na gryfie i dźwięki like dirty percussions. Niebywała, głucha meta przestrzeń, rodzaj elektroakustycznej ciszy. 9 minuta – molekularna improwizacja, która zwinnie zagęszcza się i dynamizuje (znów doskonałe dźwięki z kabla). W 14 minucie – dla odmiany – wyważony, dostojny pasaż niezwykle żywego kontrabasu na tle post-radiowego pogłosu, szumów charakterystycznych dla post-techno, tego klasycznie berlińskiego, dwie i pół dekady temu. Eskalacja, która następuje po chwili, ma wymiar czysto akustyczny, choć wiemy, że to nie może być zgodne ze stanem faktycznym. 17 minuta – rytm prosto z kabla wyznacza ramy zmysłowej improwizacji na wysokich, miękkich strunach kontrabasu. Na wszystko opada chmura pogłosu, dźwięki mutują się i ulegają jakby … autoprocesowaniu. Potencjometry są już uwolnione, a nasze uszy wypełnia ostatni, nierozpoznawalny dźwięk. Brawo! Wybiła 20 minuta koncertu.


(CR005) Live at OCCii by Jasper Stadhouders (gitara) & PQ (elektronika). Koncert z Amsterdamu, kwiecień 2014; 1 trak, 17 i pół minuty.




Uwaga, jedyna pozycja w katalogu CR, w której nie maczał palców Almeida! Jakkolwiek dokładnie nie wiemy, kto ukrywa się pod pseudonimem PQ… Krótki epizod koncertowy na hard electronic i naładowaną ogromną dawką pozytywnej energii gitarę elektryczną. Konwulsyjna narracja, tworzona jakby przez dwa istotnie upalone wiosła z dużą ilością strun. Klincz w półdystansie, który multiplikuje emocje i determinuje poziom ekspresji. Interlokutorzy ledwie dyszą, ale jadowicie kąsają. Noise vs. noise! Elektronika nie oddaje pola na potencjometrze! 3 minuta, to pierwszy oddech, klimat elektrycznego oniryzmu, sytuacji, w której każdy z muzyków szuka powodu do kolejnej zaczepki, pretekstu do nowej eskalacji. Ta ostatnia zgrzytliwa, ale niezbyt dynamiczna. Czasami muzycy tak zwinnie się imitują, iż można zagubić w kwestii używanego przez nich instrumentarium. Dobrze się słuchają, prawidłowo reagują. 10 minuta, to spora porcja industrialnej wręcz psychodelii na obu flankach. Oj, chciałby się więcej niż te skromne 17 i pół minuty! Na finał gitarowe pasaże ala punkowy The Ex! A wszystko na tle metalizującej elektroniki. Same fajerwerki! Brawo!


Strings

(CR008) Duets  by Nina Hitz (wiolonczela) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, studyjnie, brak daty; 6 utworów, 31 i pół minuty.




Od pierwszej sekundy, skowyt strunowców na pogorzelisku. Wysoko, pod górę, strzeliste smyki snują delikatnie imitujące się opowieści. Muzyka dawna, wersja piekielna. Drugi fragment, paluchami po strunach, także moc dźwięków nieoczywistych w tej sytuacji scenicznej – szmery i szumy, groźne opowieści z krypty, kind of death sonore. Całość perfekcyjna akustycznie! Uszy płoną endorfinami! Wiolonczela brzmi jak kontrabas, kontrabas brzmi jak wiolonczela. Trzeci odcinek, repryza skowytu. Teraz jednak niżej, bliżej podłogi. Popołudniowa, klasycyzująca herbatka we dwoje, ale smyki schodzą tak nisko, że czar pryska, a wielbiciele free ancient improve aż krzyczą z zachwytu! Dostojne tempo, ale groźne i mroczne. Tak wita nas czwarta część tej historii. Brudny tembr, zimny pot na czole. Gęsto i siarczyście. We fragmencie piątym jesteśmy już naprawdę pod ziemią. Piękna sonorystyka, niemal ucieczka od dźwięku. Pizzicato na kontrabasie na moment przypomina nam, że jednak jesteśmy po stronie żywych. Barokowy dialog z zaszytym mikrorytmem, raczej na zasadzie kontrapunktu. Błyskotliwe dźwięki, które zdają się multiplikować – śmiało można już rozpocząć chocholi taniec. Najdłuższa, prawie 10 minutowa opowieść, która na wybrzmieniu przeradza się w prawdziwy konkurs piękności. Co za pasaże! Na finał głos kobiecy, moc obiektów różnych, szczypta kąpieli w sonorystycznym sosie, dużo pozytywnego szaleństwa. No i pokrętny rytm na ostatniej prostej, który konstytuuje bardzo wysoka ocenę dla Duetów.


(CR003) Dialogues,Quarrels and other Conversations  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Friso van Wijck (perkusja, instrumenty perkusyjne). Rotterdam, kiedyś; 1 fragment; 22 minuty i 21 sekund.




Niski smyczek na gryfie i agresywne akustycznie incydenty na rozbudowanym instrumentarium perkusjonalnym (głównie dotkliwe talerze!). Skowyt kontrabasu w opozycji do strunowych zachowań interlokutora, który także szarpie, od czasu do czasu, za bliżej nieokreślone … struny. Wycieczka w poszukiwaniu harmonii, której wszakże nikt chyba nie utracił bezpowrotnie. 4 minuta, odrobina rytmu z gryfu, pleciona akordami, komentowana przez ścianę orkiestry talerzy, która nie jest jednak wyposażona w narząd słuchu. Trudna akustyka w wysokich rejestrach, którą bezskutecznie próbuje okiełznać bardzo aktywny i kreatywny kontrabasista. Gdy Almeida sięga ponownie po smyk, druga strona jakby na moment traci rezon, a narracja nabiera wartości. Każdy fragment opowieści, w którym kontrabasista oddaje pole perkusjonaliście nie kończy się szczęśliwie. W 12 minucie duży strunowiec cudownie śpiewa, ale perkusyjny stukot skutecznie go zagłusza. Nastrój pryska, narracja nabiera hałasu w usta. Huta szkła?! Na finał dynamiczny walking kontrabasu na tle zbyt wysoko zestrojonych cymbałów. Ostatni dźwięk, jak kościelne wyniesienie. Szybko przechodzimy do kolejnej płyty…


(CR001) Monologues Under Sea Level  by Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, kiedyś; 8 utworów, 35 i pół minuty.




Kontrabasowe pizzicato z melodią, na jazzowo, z odrobiną zadumy, ukrytej pomiędzy strunami. Konstruktywna repetycja, ciekawe zmiany metrum, dronowe wybrzmiewanie. Drugi – hałaśliwy smyk, brudne brzmienie, barok smażony w piekle bez środków znieczulających – prawdziwe akustyczne cacko! Raz nisko, raz wysoko. Dynamicznie, konwulsyjnie, z ostrym zakończeniem. Trzeci – kontrabas w galopie. Niezbyt głośnym, ale niezwykle dynamicznym. Techniczne fajerwerki jako wartość dodana. Czwarty – szczypta minimalistyki, pojedyncze akordy i smyk z samego dna – mruczy, skowycze i trzeszczy. Piąty – znów smyk, ale jakby wyżej, niczym upalone cello. Dostojne schodzenie na poziom zero, a może już poniżej poziomu morza (under sea level!). Trochę agresji na gryfie. Szósty – powrót do minimalu, modulacja dźwięku, to w dół, to w górę. Gęstym ściegiem, bez smyka. Siódmy – wraca smyk, przychodzi z krypty, jeszcze wieko trzeszczy. Niski tren pogrzebowy. Kontrabasowa polifonia, jakże piękne! A na finał krok ku górze – opus magnum tej solowej perełki Almeidy. Ósmy – rezonujące struny, szarpane opuchniętymi palcami nieistniejącej dłoni. Pasaż z wewnętrznym rytmem, szerokim brzmieniem wiedzie nas na finałowe zatracenie. Brawo!


W ramach repryzy

Katalog CR uzupełnia kolejnych pięć wydawnictw, które były już na tych łamach recenzowane. Tym razem jednak, zamiast linkowych kierunkowskazów do starych tekstów, przypomnienie napisanych o nich słów niemal w całości. I ważna informacja – prezentowana na samym końcu płyta Buku trafiła na listę najlepszych płyt roku 2016, według skrajnie subiektywnych sądów Pana Redaktora.

(CR002) Dikeman/ Lonberg-Holm/ Almeida/ Hadow by John Dikeman (saksofon tenorowy), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela, efekty), Gonçalo Almeida (kontrabas, efekty) & George Hadow (perkusja). Poortgebouw, Rotterdam, maj 2014; 2 części, niespełna 34 minuty.




(…) Koncert z Poortegebouw (Rotterdam), hałaśliwego i źle nagłośnionego kwartetu, z udziałem Johna Dikemana (…), kolejnego młodego, holenderskiego drummera George’a Hadowa i świetnie nam znanego wiolonczelisty Freda Lonberga-Holma. Skład uzupełnia oczywiście Almeida na kontrabasie. Panowie ze strunami używają także amplifikacji i elektronicznych przetworników, co przy niedobrych parametrach akustycznych koncertu, wzmaga odczucie hałasu i prowadzi do dość banalnego dyskomfortu. Koncert trwa niespełna 33 minuty i być może stanowi to główną zaletę tego nagrania (dostępnego, dodajmy, jedynie z plikach elektronicznych).

Oczywiście wiele fragmentów tej freejazzowej (pełną gębą!) opowieści trzyma się pionu i skutecznie przyciąga uwagę słuchacza (…). Jednocześnie zachęcam tych czterech gentelmanów do ponownego spotkania z oklaskami, w zdecydowanie lepszych warunkach akustycznych (a i może z lepszym reżyserem dźwięku).


(CR007) Live at ZAAL 100  by Goncalo Almeida (kontrabas), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela) & Wilbert de Joode (kontrabas). Amsterdam, marzec 2012; 3 improwizacje, 41 minut z sekundami.




(…) Improwizacja trzech odpowiedzialnych muzyków ma bardzo gęsty, intensywny charakter. Na ogół tempo nadaje jeden z nich, delikatnie sugerując także rytm muzycznego przebiegu wydarzeń. W tym czasie dwaj pozostali rzeźbią smykami na gryfach swych akustycznych instrumentów. Bywa także w trakcie koncertu, że cała trójka szarpie wielkimi paluchami upocone do granic możliwości struny. Trzy niepełne kwadranse bez nanosekundy zbędnej nudy i momentów zawahania. Upalona filharmonia na skraju załamania nerwowego (…). Bywa, że trzy smyki intensywnością dźwiękowego przekazu dewastują nasz spokój i zapraszają na huczne obchody dnia konstruktywnego niepokoju ducha. Czupurne, nieznośne, urokliwie piękne!


(CR011) Earcinema  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, wiolonczela, obiekty). Rotterdam, studio, kiedyś; 8 obrazków, 41 minut.




Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).

Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywała klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygująco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


(CR013) Descanso Del Dopo Popo  by Tetterapadequ - Daniele Martini (saksofony), Giovanni di Domenico (fortepian), Gonçalo Almeida (kontrabas) & João Lobo (perkusja). Gdzieś, kiedyś; 6 utworów, 24 minuty z sekundami.




(…) Omawiane wydawnictwo to już trzeci krążek kwartetu o nazwie, który jest parafrazą nazwy haaskiego klubu jazzowego The Patter Quartet. Tym razem mamy przed sobą epkę, trwającą niespełna 25 minut.

Rozedrgany tembr kontrabasu i piana, niczym łydki dziewicy przed pierwszą nocą, niekoniecznie z ukochanym, zaczynają tę krótką przygodę. Almeida trzyma kontekst, jak tonący brzytwy. Rośnie niepokój, dając szansę na szczyptę przyzwoitości i choćby fragment… udanej improwizacji. Zaduma jednak nasila się, czyniąc nagranie godne jedynie... monachijskiego ECM. Wytrwali doczekają się na szczęście odrobiny konstruktywnej preparacji na fortepianie – spokojnej jak Bałtyk w trakcie upalnej końcówki lata, ale jakkolwiek wartościowej. Potem Almeida, ze smykiem w ręku, zapisuje się na lekcje muzycznej wstrzemięźliwości do Manfreda Eichera…(…).


(CR014) Buku  by Susana Santos Silva (trąbka), Jasper Stadhouders (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Gustavo Costa (perkusja). Sonoscopia, Porto, kiedyś; 13 improwizacji, mniej więcej trzy kwadranse.




Pięćdziesięciominutowa rejestracja w trzynastu odcinkach muzycznych zarejestrowana została… w Porto (…). Susanę poznaliśmy już na Trybunie i myślę, że (…) Portugalka nie wymaga specjalnej introdukcji (…). Jasper zaś, to młody, jurny i konsekwentnie niepokorny gitarzysta z prądem stamtąd właśnie, który ma już w swoim portfolio dysk wydany w Polsce, przez Not Two (Cactus Truck Seizures Palace, z Johnem Dikemanem na saksofonach). Czwarty do brydża w tym zestawie, to wywodzący się ze sceny …trashmetalowej Gustavo, którego udane bębnienie dane mi było usłyszeć po raz pierwszy.

Agresywna, ale czysta jak łza, trąbka Susany i rozwichrzona, nieco hippisowska gitara na lekkim speadzie Jaspera, ewidentnie napędzają ten szalony kwartet. Dynamika, ekspresja, zwięzłość wypowiedzi, chwilami rubaszna dosłowność, to główne charakterystyki tej muzycznej opowieści. Trajektorie kolektywnych improwizacji trąbki i gitary próbuje okiełznać sekcja rytmiczna. Goncalo atakuje ostrym tembrem swego instrumentu, o delikatnie zabrudzonym soundzie. Gustavo też nie odpuszcza, choć jak na drummera z metalową przeszłością, potrafi zaskoczyć kolorystką brzmienia i różnorodnością środków wyrazu. Buku - krótkie, zwarte tematy (najdłuższy z trudem przekracza 6 minut), szybkie urywane frazy trąbki, w ścisłej korelacji z gitarowymi pasjansami o zaskakujących puentach. Gęsto, bardzo kolektywnie (dominują fragmenty grane przez wszystkich muzyków jednocześnie) i zdecydowanie na temat. Trzynaście dowodów na nieśmiertelność muzycznej anarchii. Co rusz pyskówki, pikantne zwarcia i nieoczywiste dysonanse. By zdążyć przed zachodem czegokolwiek, z odcieniem rockowej bezczelności i nie pytania o przyczynę zjawiska. Jeśli dotrwamy do spokojniejszej nuty, też jest ona masywna i bezdyskusyjnie karkołomna. Muzyka poniekąd piękna, zdecydowanie na sposób niedelikatny. Frenetycznie doskonała podróż w nieznane!



Muzykę wyżej opisaną słuchaj uważnie na www.cylinderecordings.bandcamp.com


Uwaga, kilka pozycji z katalogu jest dostępnych także na nośnikach fizycznych. Kupuj muzykę i płać za nią. Zarówno muzycy, jak i wydawcy także mają rachunki!


piątek, 29 grudnia 2017

Colin Webster! Highway to the Glory! Another New Story! *)


Personalia angielskiego saksofonisty Colina Webstera były już na tych łamach odmieniane przez wszystkie przypadki (a działo się to głównie w drugiej połowie bieżącego roku), a zatem bez szczególnego wprowadzenia zapraszam do poznania kolejnych pięciu wydawnictw z udziałem muzyka, które jako datę wydania mają wstawione te oto cztery cyfry – 2017!

Przy okazji, przed nami pełne spektrum współczesnych nośników dźwięku – dwie kasety, winyl, CD i … CDr. I jeszcze ważne ostrzeżenie - amplituda emocji związanych z odsłuchem tychże płyt może u niektórych odbiorców skutkować trwałym uszczerbkiem na zdrowiu!




Lao Dan / Rick Countryman / Colin Webster  Saxophone Anatomy (CD, Armageddon Nova, 2017)

Na początek grudniowa świeżynka, czyli kompilacyjny dysk z trzema ekspozycjami na saksofon solo. Wydawnictwo tym ciekawsze, iż konsumuje w sobie dokonania muzyka chińskiego, filipińskiego i angielskiego. Najpierw Lao Dan na saksofonie altowym. Utwór zwie się Self-Destruct Machine, a nagrany został w Chinach w maju br. Tuż po nim - Rick Countryman, także na saksofonie altowym (River Remains River) i nagranie poczynione w Quezon City (Filipiny, data nieznana). A na finał nasz bohater - Colin Webster na saksofonie barytonowym (Homerton) i rejestracja z Londynu, z lipca br. Każdy z solowych występów trwa niespełna 20 minut.

Lao: Wysoki, drapieżny sound na sporym pogłosie, czyniony z iście dalekowschodnim temperamentem. Krótkie, urywane frazy z inklinacjami do noise oraz dłuższe, bardziej wyważone, zdecydowanie w klimatach jazzowych, chwilami free jazzowych. Duża amplituda emocji – od eksplozji emocji po stonowane, niemal słodkie pasaże z melodyką zaszytą w tle. Częste zmiany narracji i sposobów dobywania dźwięku. Cały występ Dana można potraktować, jako krótki przegląd technik jazzowej gry na saksofonie altowym. Nie do końca odkrywczych, dodajmy dla porządku. Od 8 minuty pojawia się nowy element w tej opowieści – odgłosy dobywane przez muzyka otworem gębowym. Łączenie akcentów free jazzowych z dalekowschodnim żywiołem wokalnym stanowić może sporą wartość dodaną tego mini koncertu.

Rick: Ostry, dynamiczny początek, lekko stemperowane brzmienie altu. Zwinna narracja, płynne, szybkie palcówki na dyszach. Sporo temperamentu i melodyki w improwizowanym zaśpiewie saksofonu. Muzyk szuka dłuższych, bardziej rozbudowanych opowieści. Udanie odnajduje w głowie frazy zapamiętane z lektury historii free jazzu. Po 11 minucie zdecydowanie wycisza swoje poczynania, przez co cierpi nieco jakość całej ekspozycji. Jakby przybywało pogłosu w brzmieniu instrumentu, a ubywało kreatywności w głowie artysty.

Colin: Drumming na dyszach dużego saksofonu i szumy w jego rozległej tubie. Duży krok od free jazzu w kierunku sonorystycznie zdefiniowanego free improve. Powiedzmy to od razu – w porównaniu do występu poprzedników, ogromny skok jakościowy. Od początku tłuste, acz wyrafinowane preparacje, intrygujące, zmutowane brzmienie barytonu. Prychające dysze i kipiąca tuba – maksimum efektu przy ograniczaniu stosowanych środków wyrazu. Tuba niczym bęben basowy. Niemal elektroakustyczna ekspozycja na jednym, żywym instrumencie! Brawo! Dobra szkoła butcherowskiej fizyki dźwięku. Baryton mówi, krzyczy, tupie nogami i skacze pod sufit. Drąży dziurę w skale. W 9 minucie pokaz tysiąca sposobów na całowanie ustnika. I znowu drążenie skały. Akustycznie błyskotliwe, ostre jak brzytwa podmuchy improwizacji, usytuowane o lata świetlne od jazzowego frazowania, czy silnie eksponowanej melodyki Lao i Ricka. Na finał, jakby próba powrotu do estetyki początku tego występu, a tuż potem długotrwałe, urocze wybrzmiewanie! Akustyczny majstersztyk! Rezonujące drony w rozgrzanej tubie barytonu!




Dead Neanderthals  Womb Of God (LP, Burning World Records, 2017)

Dziś, tuż przed końcem roku, w trakcie przedsylwestrowej ekscytacji, recenzent szczególnie dba o wysoki poziom adrenaliny u Czytelników! A zatem teraz, prawdziwa petarda w postaci sztandarowej formacji holenderskiej Nowej Fali Heavy Jazzu!

Najnowsza płyta Dead Neanderthals (wspaniała nazwa, padła już na tych łamach ostatniej jesieni!) zwie się Womb Of God. Dwie strony winyla nie trwają wiele ponad 34 minuty. Rdzennymi muzykami grupy są Otto Kokke na saksofonie i Rene Aquarius na perkusji. Bardzo często wspiera ich na drugim dęciaku Colin Webster. Tak jest też tym razem. Dodajmy, iż muzycy nie nagrali płyty jednocześnie. Saksofonowa ścieżka Webstera została nagrana niezależnie od pozostałych muzyków, a to, co słyszmy na winylu jest m.in. efektem dobrej mikserskiej roboty! Baa, i to jak dobrej!

Side A. W mroku, z głębi starego, zdezelowanego transformatora, dobywa się elektroakustyczna otchłań bezdźwięku. Bęben basowy wzywa na rytuał inicjacyjny, towarzyszy mu zmutowany pogłos czegoś, co może przypominać saksofon podłączony pod linię wysokiego napięcia. Jednorodny, dotkliwy elektrodron czyni swoją powinność. Po 80 sekundach wyczekiwania następuje start progresywnego, istotnie metalowego drummingu. Monotonny, boleśnie piękny, doom-dark-heavy-flow! Saksofonowy dron (trudno ocenić, czy tworzą go dwa instrumenty) pędzi na zatracenie, a stałymi elementami improwizacji, w tym tyglu emocji, zdają się być barwa i natężenie dźwięku, a także jego intensywność. Stopa dużego zestawu perkusyjnego, to jak odgłos zbliżającej się nieodwracalności sytuacji dramaturgicznej. Bije, pompuje krew, żyje! Muzyka, która jest wodospadem, bez dna. 7 minuta – recenzent ma wrażenie, że w bólach piekielnych rodzi się drugi saksofon. W natłoku wydarzeń fonicznych, ledwie akcentuje swoją obecność. 8 minuta, to jakby wyższy stopień intensywności całej narracji, a przy okazji, odrobinę więcej przestrzeni dla obu dęciaków, które krzyczą, wyją, skowyczą, ciągle pozostając jednak wewnątrz dronu. Tornado, które wsysa Cię do środka, razem z całą zawartością świata realnego. A gdy już znajdziesz się po drugiej stronie, przestajesz myśleć o drodze powrotnej! Powiedzieć o tej eskalacji ściana dźwięku, to jakby nic nie powiedzieć. Noise? Brzmi zbyt poetycko. 19 minuta – jeden z saksofonów próbuje inicjować indywidualny pasaż dźwięku, ale jarzmo narracji nie pozwala na wiele. Jedynie tekstura całości wzbogacona zostaje o nowy, drobny element.

Side B. Wycie, oddech demona, electrodrumming, doom metalowa mantra. Stopa na bębnie basowym ustala zasady gry. Bicie serca! Saksofony jakby mniej posadowione w mrocznym dronie, choć nadal w niczym nie przypominają instrumentu dętego (raczej zmutowaną gitarę na wysokim prądzie). Emocje prawdziwe rockowe, doznania odbiorcy definitywnie multigatunkowe. Mechaniczny rytm perkusji udziela się wszystkim uczestnikom tego sabatu. Ostatni taniec! A recenzent ciągle chciałby głośniej! Heavy Jazz? Jakże przewrotnie brzmią te słowa w tych okolicznościach scenicznych. Na stronie A muzycy stali na krawędzi przepaści, teraz – na stronie B – robią ogromny krok do przodu. Narracja wije się w konwulsjach, jak tonący pod grubą warstwą lodu! Finał to już krwawe igrzyska śmierci, palenie na stosie tych, którzy zwątpili. To kres, rozkoszny kres tej szalonej podróży! Dwa saksofony i jedna perkusja! Nieprawdopodobny efekt foniczny! Na wybrzmieniu (jakże nieadekwatne określenie!) dostajemy odrobinę selektywnego dźwięku, jakby amplifikatory zostały wyłączone o sekundę za wcześnie. Tak! To, co słyszmy, to jedynie te trzy potworne instrumenty!




Graham Dunning / Colin Webster  Most Of What Follows Is True (Cassette, Sound Holes, 2017)

Bez chwili wytchnienia ruszamy w kolejną ekscytującą podróż. Tym razem napotykamy na prawdziwie żywy instrument dęty w konfrontacji z intrygującą elektroniką! Colin Webster – saksofon barytonowy i Graham Dunning - turntable, dubplates, spring reverbs (innym słowy: stół mikserski, trochę sampli i dużo pogłosu). Kaseta zwie się proroczo Most Of What Follows Is True i przynosi sześć opowieści, które trwają 34 i pół minuty. Nagranie studyjne z Londynu, poczynione dwa lata temu.

One. Baryton prycha jak wieprz, a e-music snuje perkusyjne dygresje, niczym żywa istota, obija werbel zwinnymi samplami. Ciasna, zadziorna sonorystyka. Elektronika Grahama, to kategoria dźwięków, którą szczególnie lubi recenzent. Nie epatuje fonią, świetnie komentuje i stymuluje poczynania żywej strony świata. Dotkliwe akustycznie talerzykowanie, które przeradza się w skromny rezonans, jakby na potwierdzenie tych słów. Saksofon w glorii metalicznych obcierek szykuje się do skoku! Two. Tym razem kable Dunninga aż huczą z emocji. Skwiercząca ściana dźwięku, rodzaj modulowanego, białego hałasu. Baryton bez wysiłku wgryza się w tę strukturę, ta zaś niespodziewanie rezonuje. Drży i szeleści. Udane próby imitacji obu zestawów instrumentalnych, mimo dużych różnic w zakresie stosowanych środków wyrazu. Tembr barytonu jakby delikatnie mutował się na kablach. Three. Muzycy ponownie w zwarciu. Saksofon świetnie konweniuje z brudną harsch elektroniką, choć ta buduje głównie drony wypełnione gorącym powietrzem. Instrument Colina pracuje niczym meta świder, który drąży skałę. Efektowne wybrzmienie! Four. Odrobina dubowego sosu dla pokreślenia dobrego smaku tej improwizacji. Saksofon pichci spokojną balladę dla utopijnie zakochanych, buduje postnuklearną melodię. Z twardego dysku Grahama wyskakuje zwinny loop i organizuje ten fragment płyty. Na wybrzmieniu studyjne pogaduszki muzyków o nierozpoznanej treści. Five. Baryton żmudnie buduje nowy dron. E-music w tle robi mały Twin Peaks. Cichy, niespokojny numer z piekłem zaszytym głęboko w strukturze dźwięków. Od 3 minuty eskalacja! Graham zasysa powietrze do wewnątrz i grzmi złowieszczo. Colin dąży ku zwarciu, jest silnie pobudzony. Po 100 sekundach uspokojenie, w tle sonoryzująca meta opowieść wprost ze spienionej tuby. Schodzenie w ciszę zakłócają sprzężenia na kablach. W 7 minucie - szczypta hałasu, demonicznie siarczystej wypowiedzi obu Panów. Skwierczenie brudnego barytonu na finał. Six. Winylowy szmer w głośnikach. Colin poleruje i czyści dysze. Trochę dźwiękowych subtelności, niczym cisza przed burzą. Spokojny niepokój, dźwięk za dźwięk, ale wciąż w pobliżu ciszy. Całusy i temu podobne imitacje. Rodzaj post-techno zderzonego z gorejącym dęciakiem. Upalone dysze i nadgryzione brzegi tuby. Kompulsywna elektronika. Błyskotliwa symbioza, kosmiczna synergia!!




Colin Webster / Andrew Lisle  Void Into Shape (CDr, Norwegianism Records, 2017)

Tygiel stylistyczny dzisiejszej historii wrze i kipi! Teraz czas na pure free jazzową przygodę Webstera! O duetach naszego bohatera z perkusistami napisano już na tych lamach kilka prac doktorskich. Na ogół dużą czcionką i złotymi literami. W redakcji toczyły się spory jedynie o to, z którym drummerem saksofon Colina brzmi najpełniej. Tu najtrafniejszym wyborem zdaje się być Andrew Lisle. Panowie mają w dorobku kilka płyt, głównie wszakże koncertowych. Świetne się zatem składa, iż w tej opowieści pochylimy się nad produkcją studyjną (Londyn, lipiec 2016r.). Stosowny cd-r zwie się Void Into Shape, przynosi jedenaście pełnokrwistych improwizacji i trwa blisko 50 minut. Z lubieżną ciekawością zaglądamy do środka!

Pierwszy brzmi, jak free jazzowa rozgrzewka na alt i, dopiero co poskładany, zestaw perkusyjny. Bardzo swobodny, wyluzowany flow Colina w zdrowej kooperacji z synkopowanym drummingiem Andrew. Precyzja artykulacyjna, dbałość o timing, czyste, jazzowe emocje. Drugi, zgodnie z tytułem płyty, brnie w poszukiwaniu utraconego kształtu. Bardzo wyważona i spokojna narracja. Przy okazji, świetna okazja do podziwiania kunsztu improwizatorskiego Colina w czystym akustycznie środowisku dźwiękowym. Tak, to prawdziwy master of alt sax! A że z Andrew znają się świetnie, synergia wewnątrz duetu aż kipi. Trzeci rozpoczyna solo perkusji. Kolejny krótki numer, zatem nie napotkamy na zadyszki lub chwile dramaturgicznego zawahania – tylko konkret! Tu, zgrabne igraszki sonorystyczne w ramach gry wstępnej. Studyjna okoliczność spotkania buduje skupienie, generuje nieśpieszność i refleksyjne wręcz klimaty. Narracja w dobrym tempie, bez popadania w galop. Skrupulatne wybrzmiewanie, które pod pręgierzem doskonałego altu, przeradza się w drobną eskalację. Czwarty ponownie odnajduje chwilę na spokojny tembr altu, który stawia udane stemple, posiłkując się szczoteczkami w stanie skromnej konwulsji. Wszystko dzieje w pobliżu ciszy. Muzycy wspólnie drążą koryto rzeki, nie zadając sobie wielu pytań, doskonale znają bowiem swój fach. Liczba błędów narracyjnych duetu przyjmuje trwale wartości ujemne. Ucieczka w galop jest zwinna i zaplanowana w najdrobniejszych szczegółach. Piąty przynosi kolejną, zwartą i dobrze opowiedzianą historię. Flow Webstera na alcie przypomina kocią zwinnością dokonania Erica Dolphy’ego. Szósty także świetnie komponuje się z tym, co dotychczas. Płyta składa się z jedenastu opowieści, ale zupełnie swobodnie mogłaby być jednym trakiem. Tak spójne stylistycznie jest to nagranie. Tu akurat, harce dęte odbywają się po raz pierwszy na barytonie! Emocje bulgoczą, jurne konie w galopie! Siódmy od startu tonie w drummerskiej sonorystyce. Colin na alcie tyczy szerokie kręgi, buduje dronowe pasaże, pełne nostalgii, która kąsa! W Ósmym baryton wzywa na ubitą ziemię. Perkusja jest gotowa. Gramy krótkie piosenki, bo dobrze się znamy. Każda myśl Colina zdaje się być bliźniaczo podobna do myśli Andrew! W Dziewiątym ponownie baryton na placu boju. Solowa introdukcja na kipiących od potu dyszach. Całuski, przytulanki, incydenty na talerzach. Saksofon burczy, prycha, snuje opowieści dla złych chłopców! Delicious! Dziesiąty, to tryumfalny powrót altu. Free jazzowy konkret z dużą dawką prawdziwie aylerowskich melodii, ale brutalnie uwspółcześnionych. Dynamiczny flow, pełen kobiecych emocji podefloracyjnych. Niezwykle wysoki stopień zasilania! Energia, zmysłowość, emocje, niepowtarzalność! Jedenasty, na finał, to ballada w rezonansie. Talerze, tomy i werble drżą, rodzaj krypto drummingu. Sprytna dynamizacja smakuje miodem i maliną! Solo Lisle! Alt także! High! Kocie pazury skrobią po szybie i nie sposób się nimi nie zachwycić! Ostatnie słowo prycha z tuby altowego instrumentu dętego, drewnianego! What a game!




David Birchall / Rogier Smal / Colin Webster  Drop Out (Cassette, Astral Spirits, 2017)

Na finał dzisiejszego seta, znów kaseta magnetofonowa! I silnie energetyczne trio - David Birchall na gitarze elektrycznej, Rogier Smal na perkusji i Colin Webster na saksofonie (głównie lub wyłącznie altowym). Londyńska, studyjna rejestracja z marca 2016 roku. Kaseta zwie się, od nazwy miejsca nagrania, Drop Out i trwa niespełna 32 minuty (dwie strony, bez tytułów).

Side A. Punkowy brud, pikantna, dynamiczna narracja, pełna zdrowej anarchii, która bezczelnie panoszy się w studio nagraniowym. Brutalny free-jazz-noise-rock! Zawody prowadzone wszakże w duchu jak najbardziej sportowym. Birchall w centrum, Webster po lewej, Smal po prawej stronie. Dużo prądu i wyładowań atmosferycznych, sporo chemii, a nawet chemikalii. 6 minuta wyznacza pierwszy krok w kierunku psychodelii. Saksofon pętli się, drumming jest hipisiarski (a może już hipsterski). Colin eskaluje się na alcie w wysokim rejestrze, ma brudny, ultra’punk’noise’owy tembr. Pachnie dynamitem na kilometr! Gęsta, uporczywa narracja. Płyta jest krótka, ale ilość poczynionych na niej dźwięków wystarczyłaby na potrójny winyl! Gitara i alt lubią zlewać się w jeden błyskotliwy wielodźwięk, perkusja też nie stroni od lokalnych eksplozji. Bulgoczący tygiel energii! W okolicach wskaźnika czasu 10:30, jakby gwałtowana zmiana jakości nagrania (nieudane zlepienie na etapie produkcji?). Brzmienie tria nabiera przestrzenności, dzięki czemu przyjemność odsłuchu wzrasta. Poziom agresji, drapieżności pozostaje na tym samym poziomie, zatem całkiem spokojnie możemy pójść w taneczne pogo! 13 minuta i zdjęcie nogi z pedału gazu. Efektem piękne, wyraziste pasaże, czynione bardzo selektywnym dźwiękiem, ze szczyptą dubowej przestrzeni. Smal schodzi na talerze, Colin i David prowadzą intrygujący dialog. Całuski, kropelkowanie na mokrych strunach i upoconych dyszach. Powrót rytmu, od strony drummera, wywołuje nową, finałową eskalację.

Side B. Dzwonki, wilgotne struny na progu, repetycje altu. Spokojna, urocza introdukcja. Długie, niebanalne pasaże całej trójki, być może w oczekiwaniu na eksplozję. Prawdziwa druga strona medalu. Piękny rewers! Od 7 minuty startuje jakby nowy track. Estetyczny powrót do strony A kasety. Ostro, czupurnie, wet za wet! Birchall płynie Hendrixem, jakże doskonale czuje się w tej formule. Brawo! Komentarze, podpowiedzi i reakcje Webstera i Smala godne punktu odniesienia! Na finał alt szybuje bardzo wysoko.


****

Wszystkie omówione dziś płyty są dostępne elektronicznie (niektóre także fizycznie) na stronie bandcampowej muzyka:

Colin Webster


Poprzednie historie Webstera na Trybunie, dla przypomnienia:





*) ang. Autostrada do sławy! Kolejna nowa historia!