Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sofia Borges. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sofia Borges. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 stycznia 2026

Red List Ensemble in Fabrica de Lanificios!


Z berlińską formacją Red List Ensemble zetknęliśmy się na przełomie dekady, gdy ukazał się jej pierwszy album z bardzo czerwoną okładką. Za tym kolektywnie improwizującym większym składem kryje się, w aspekcie sprawczym, portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues, od lat rezydujący w stolic Niemiec.

Do kolejnej inkarnacji RLE doszło … w Polsce, gdy rzeczony Portugalczyk był gościem-rezydentem piątej edycji Spontaneous Music Festival. Na scenie Dragona zebrano międzynarodową grupę muzyków, która po krótkiej instrukcji Guilherme (mamy się wszyscy bardzo uważnie słuchać) swobodnie improwizowała, a dokumentację fonograficzną tego zdarzenia można odnaleźć na jednej z płyt cyklu Spontaneous Live Series. Dodajmy, iż ostatecznie podmiot wykonawczy został w tym wypadku określony mianem Spontaneous Orchestra.

Na powrót pod nazwą Red List Ensemble formacja zaznaczyła swoją obecność na mapie improwizowanej Europy na początku minionego grudnia. Nagranie koncertowe zarejestrowano w Berlinie jesienią roku poprzedniego. Oczywiście i tym razem zestaw personalny jest inny, jakkolwiek, skoro koncert miał miejsce w mieście rodzinnym grupy, część muzyków doskonale pamięta i była elementem wykonawczym pierwszej płyty formacji.

 


Rejestracja koncertu zawiera trzy wielominutowe opowieści, z których każda kolejna jest dłuższa od poprzedniej, a wszystkie razem trwają niepełną godzinę zegarową. Na scenie dostrzegamy dziewięcioro muzyków wyposażonych w trzy instrumenty dęte, trzy strunowe, akordeon, syntezator modularny i perkusjonalia.

Otwarcie spektaklu jest dość typowe dla dużych składów, które pracują bez notyfikacji, tudzież wsparcia kierowniczego – strzępy dźwięków, elektroakustyczny szmer, filigranowe zgrzytanie strun, prychanie i nerwowe oddechy dętych. Wszystko to tworzy strugę fonii, która z oczywistych względów dość szybko nabiera masy własnej. W tym wypadku RLE potrzebuje około siedmiu-ośmiu minut, by stanąć na baczność i dąć w róg, ile fabryka dała. Ekspresja eskaluje, ale śmiało można skonstatować, iż wszystko znajduje się pod pełną kontrolą artystów. Dowodem zgrabnie uformowana koda, ugaszona niemal do pojedynczego dźwięku.

Druga opowieść na etapie początkowym wydaje się definitywnie kameralna, szyta długimi poścignięciami pędzla. Na czoło forsują się strunowce i akordeon. Muzyka faluje, efektownie podszczypywana przez instrumenty dęte i perkusjonalia. Te ostatnie chętnie przejmują na siebie obowiązek klejenia opowieści w bardziej linearny ciąg zdarzeń. Improwizacja ma tu kilka intrygujących momentów zwrotnych. Wspaniale łapie oniryczną ciszę, z której wyłania się mocą kreatywności każdego z artystów, a w okolicach dziesiątej minuty wspina na spore wzniesienie. Finał drugiej części jest bardzo reaktywny, skoczny, niemal radosny.

Ostatni akt spektaklu trwa prawie dwa kwadranse i efektownie konsumuje zdobycze artystyczne poprzednich części. Początek to plejada short-cuts wchodząca w permanentne interakcje. Muzycy nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny wielkiego zegara. Stabilna intensywność zostaje osiągnięta już po kilku minutach. W dalszej części tej bogatej w wydarzenia odsłony koncertu natrafiamy na fazę ambientowego mroku, drobne ekscesy strunowo-talerzowe, niemal free jazzową eskalację, passus melodyjnego frazowania puzonu na tle rozdygotanego backgroundu, odrobinę narracyjnej flauty zawieszonej na akordeonowym dronie, wreszcie etap elektroakustycznych pulsacji. Po siedemnastej minucie flow zdaje się w końcu formować w coś bardziej linearnego i mającego wspólny dla wszystkich kierunek podróży. Znów warto podkreślić kreatywność i żywotność perkusjonalii. Samo zakończenie inauguruje seria powtórzeń, potem słyszymy dużo melodii, szczególnie klarnetu, która nastraja muzyków do bardzo łagodnego zakończenia koncertu.

 

Red List Ensemble Fabrica de Lanificios (Bandcamp’ self-release, DL 2025). Vojta Drnek – akordeon, Mia Dyberg – saksofon altowy, Ernesto Rodrigues – skrzypce, Kai Fagaschinski – klarnet, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Matthias Müller – puzon, Klaus Kürvers – kontrabas, Richard Scott – syntezator modularny oraz Sofia Borges – instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, PAS, Berlin, październik 2024. Trzy improwizacje, 55 minut.



 

piątek, 14 listopada 2025

The Relative Pitch’ fresh four: Abstract Forest! The Unseen Pact! Tarabita Espiral! Plank 9!


Nowojorski The Relative Pitch Records każdego miesiąca podrzuca soczyste, kompaktowe nowości. Dziś ogarniemy cztery z nich, te mające daty premier ustalone na wrzesień i październik tego roku.

Czas na wątki amerykańskie i latynoamerykańskie, incydentalnie także europejskie - kilka Pań, kilku Panów, moc swobodnej, akustycznej improwizacji, no i jakość na niemal każdym kroku. Dwa tria, duet i solówka – zapraszamy, very welcome!

 


 

Joe Morris, Brad Barrett & Beth Ann Jones Abstract Forest

Dimension Sound Jamaica Plain, Massachusetts, USA, styczeń 2025: Joe Morris – gitara, efekty, Brad Barrett – wiolonczela oraz Beth Ann Jones – kontrabas. Pięć improwizacji, 53 minuty.

Akustyczne trio strunowe (tu z incydentalnymi efektami gitary w jednym utworze), to definitywnie krew muzyki swobodnie improwizowanej. Abstract Forest, to nagranie ze znamienitym gitarzystą umieszczonym na okładce ponad tytułem albumu i nazwiskami kooperantów, ale z pewnością powstałe w demokratycznych okolicznościach. W najdłuższych, kilkunastominutowych improwizacjach odnajdziemy delikatnie przegadane frazy, ale to raczej wyjątki od reguły. Album jako całość, a zwłaszcza ostatnia improwizacja niwelują bowiem te jakże subtelne ambiwalencje.

Otwarcie mieni się wszystkimi odcieniami strunowych dźwięków – od błysku czystej frazy po muł brudnych, szorstkich fonii. Jakby swobodny chamber napotykał na strzępy abstrakcyjnego post-jazzu. Druga odsłona trwa prawie dwadzieścia minut i w jej trakcie muzycy znajdują czas na wszystko – na minimalistyczne otwarcie, wartkie rozwinięcie, zgrabne ekspozycje solowe i melodyjne zakończenie. W trzeciej części pojawiają się gitarowe efekty, a flow bazuje na preparacjach. Całość jest intrygująca, niekiedy dość intensywna, a na koniec znów melodyjna. W czwartej improwizacji czujemy swąd upalonego bluesa. Spokojny start inwokuje nad wyraz dynamiczny, szyty czystymi dźwiękami ciąg dalszy. I wreszcie anonsowany finał płyty – trzy świszczące smyczki wpadają w oniryczny trans, sycą improwizację mnóstwem podprogowych akcji. Opowieść jest intensywna, pełna zdecydowanie niekameralnych emocji.

  


Sofia Borges & Ada Rave The Unseen Pact

Hal5 Studio, Amsterdam, lipiec 2024: Sofia Borges – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Ada Rave – saksofon tenorowy, sopranino. Siedem improwizacji, 38 minut.

Portugalkę i Argentynkę spotykamy w Amsterdamie. Obie od dawna związane są z europejską sceną muzyki improwizowanej, tą na ogół centralną i zachodnią. Ich holenderskie spotkanie, to swobodny post-jazz, który bazuje na dynamice perkusistki i dobrze kontrolowanej ekspresji saksofonistki. Zawsze na temat, bez chwili przestoju, dobre, smakowite granie uformowane w siedem kilkuminutowych opowieści.

Artystki introdukują każdą opowieść bardzo spokojnie, niekiedy wręcz w leniwym tempie. Chętnie sięgają po zabrudzone frazy, jakby czekały aż wzbudzi się w ich sercach duch kreatywnej intensywności. Bywają na swej drodze dość kameralnie usposobione, rozkołysane, melodyjne jak w trzech pierwszych częściach, bywają też bardziej agresywne, wręcz free jazzowe, jak w czwartej i szóstej opowieści. Z kolei piąta historia szyta jest perkusjonalnymi błyskotkami i długimi oddechami z samego dna saksofonowej tuby. Końcowa improwizacja niesie pożegnalną melodię, która z czasem nabiera intrygującej intensywności. Saksofon zdaje się tu być wyjątkowo zwinny, akcje perkusji definitywnie precyzyjne.

 


Maria Valencia, Matt Moran & Brandon Lopez Tarabita Espiral

IBeam Brooklyn, Nowy Jork, maj 2024: Maria Valencia – saksofon altowy, Bb clarinet, Matt Moran – wibrafon oraz Brandon Lopez – kontrabas, instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 46 minut.

Kolumbijską saksofonistkę i klarnecistę odnajdujemy u boku znamienitych postaci free jazzu, nie tylko nowojorskiej sceny, w składzie instrumentalnym dalekim od standardu. W duszach artystów dużo swobody, wręcz improwizacyjnej dezynwoltury, także wiary w moc narracyjnej autokreacji. Efekt końcowy wydaje się wszakże dalece nierówny. Iskrzące jakością momenty przeplatane tu są niespodziewanymi postojami i dramaturgiczną flautą. A w głowach improwizatorów tli się chyba za dużo pomysłów. Nagranie naznaczone jest permanentną zmiennością - brzmienia, sposobu frazowania, tudzież tropów gatunkowych. A jednak słucha się go zaskakująco dobrze.

Pierwsze dwie improwizacje mają długość strony winylowej każda. Tę pierwszą inaugurują szmery z tuby klarnetu, wibrafonowe okruchy i kontrabasowe zabawy z akcentami percussion. Trio bez trudu łapie tu post-jazzowy drive, ale w drodze na narracyjny szczyt wielokrotnie zmienia kierunek, tudzież popada w tajemnicze didaskalia. Narracja balansuje, syci się przeciwieństwami, dramaturgicznymi dysonansami. Druga opowieść wydaje się ciekawsza, choć jeszcze bardziej poszatkowana jest na epizody. Przypomina klasykę swobodnej improwizacji, jaką znamy z garażowych nagrań brytyjskich drugiej połowy lat 60. ubiegłego stulecia. To zarówno istotny komplement, jak i narracyjna wada. Tak czy inaczej, moment, gdy artyści popadają w ewokującą pomysłami medytację wydaje się najlepszym fragmentem albumu. Ten zaś wieńczy ponad ośmiominutowa koda, szyta frazami preparowanymi, dużą porcją akcentów percussion i intrygującym zejściem w otchłań pulsującej ciszy.

  


Berlinde Deman Plank 9

Czas i miejsce akcji nieznane: Berlinde Deman - serpent, głos, efekty.

Na zakończenie jesiennych, nowojorskich nowości album solowy na dęty instrument zwany serpent, głos w formie mglistych wokaliz i analogowe efekty dźwiękowe. Podróż to dalece tajemnicza, osnuta dark ambientową poświatą, tylko pozornie relaksująca.

Pierwsza, najdłuższa ekspozycja, to plejada dętych oddechów, które szukają echa. Ambientowe tło pulsuje, potem zaczyna śpiewać wraz z dęciakiem, a wszystko wydaje się ukryte na dnie oceanu. W kolejnych odsłonach opowieść unosi się ku górze i szuka mniej mrocznych inspiracji. Przybywa akcentów melodyjnych i relaksacyjnych, ale na backgroundzie wciąż czai się coś definitywnie niepokojącego. W trzeciej części odnajdujemy się na post-barokowym koncercie, który z czasem zaczyna pulsować niskimi częstotliwościami i budzić coraz większą trwogę. Szczególny niepokój sieje tu – nie po raz pierwszy na płycie – tajemnicza, mroczna wokaliza. W czwartej części dęte frazy zdają się mieć więcej niż jedną warstwę. Pojawiają się drobne, elektroakustyczne usterki. Serpent płynie długim, śpiewnym strumieniem. Albumowy finisz trwa ledwie dwie minuty, a szyty jest radosnymi, dętymi podmuchami. Delikatnie pulsuje, jak mglisty, blady świt po dość trudnej nocy. Śmiało mógłby stanowić fragment debiutanckiej płyty This Mortal Coil, tej sprzed ponad czterdziestu lat.



piątek, 15 listopada 2024

The Relative Pitch’ new delivery: Wild Peacock In Transit! Geometry of Phenomena! Band Width! Prose Métallique! What Happens Has Become Now!


Nowojorski label The Relative Pitch Records dostarcza nowe nagrania z tak dużą częstotliwością, iż jedna para trybunowych rąk, mająca do dyspozycji nawet najszybszą klawiaturę świata, nie jest w stanie omawiać je wszystkie na bieżąco.

Dziś sięgamy zatem po cztery z ośmiu październikowych premier (wszystkie w formacie poręcznego dysku kompaktowego), a także po jedną z letnich nowości, która zagubiła się w ferworze recenzenckich zmagań z muzyką improwizowaną. A w kolejce czeka już … dziewięć albumów zaplanowanych na listopad i grudzień. Dodajmy, iż jedna z październikowych premier była tu już werbalnie zreasumowana *).




SORBD Wild Peacock In Transit

Edith Steyer – klarnet Bb, Mia Dyberg – saksofon altowy, Rieko Okuda – fortepian, Isabel Rößler – kontrabas oraz Sofia Borges – perkusja, instrumenty perkusyjne. Czas i miejsce akcji nieznane. Dziewięć utworów, 40 min.

Kobiecy kwintet, którego nazwę tworzą pierwsze litery nazwisk artystek, przygotował dla nas całkiem pikantne danie, na które składa się pięć kompozycji własnych (po jednej każdej z Pań) oraz cztery improwizacje (w tym trzy ledwie kilkudziesięciosekundowe). Nagranie bazuje na estetyce jazzowej, bardzo udanie nawiązuje do spuścizny Anthony’ego Braxtona w tej dziedzinie i w każdym z dłuższych, komponowanych odcinków cechuje się dalece intrygującą dramaturgią.

Utwór otwarcia chyba najdobitniej sięga po anonsowane, braxtonowskie figury rytmiczne okraszane drobnymi, ciętymi melodiami. Całość jest ruchliwa, dobrze unerwiona, realizowana w zmiennym tempie, nastawiona na akcje realizowane kolektywnie, choć niepozbawiona krótkich ekspozycji w podgrupach. Druga opowieść jest rozbudowaną improwizacją, prowadzoną w spokojnym tempie, nasyconą sporą dawką kameralnej zadumy. Piano płynie tu szeroką strugą, z kolei dęte stawiają, nie pierwszy, nie ostatni raz, raczej na krótkie wypowiedzi. Odcinki trzeci, szósty i dziewiąty, to kilkudziesięciosekundowe tyrady agresywnej, niemal free jazzowej jazdy, świetnie kontrapunktujące pewną równowagę dramaturgiczną utworów skomponowanych. Opowieść czwarta znów sięga po estetykę chamber, najpierw w wykonaniu basu i saksofonu, potem kwintetu na efektownym wydechu. Część piątą kreśli dobre tempo, odrobina swingu i wystudzona reasumpcja oparta na kontrabasowym smyczku. Część siódma lepiona jest z dronowych, preparowanych fraz w fazie początkowej i masywnego flow opartego na gęstym, basowym pizzicato w fazie schyłkowej. Utwór ósmy jest najdłuższym odcinkiem albumu i zdaje się, że najbardziej efektownym. Przypomina mozaikę świetnie zaplanowanych akcji w podgrupach. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu niemal co kilkadziesiąt sekund, emocji nie brakuje, a każda z artystek, niezależnie od aktualnej konfiguracji scenicznej, dokłada do obrazu całości bardzo dużo jakości.



 

Reid, Kitamura, Bynum & Morris Geometry of Phenomena

Tomeka Reid – wiolonczela, Taylor Ho Bynum - kornet, flugelhorn, Kyoko Kitamura – głos oraz Joe Morris – gitara. Nagrane w Firehouse 12 Studios, New Haven, wrzesień 2023. Siedem utworów, 64 minuty.

Jak wieść gminna niesie, to już czwarte ujawnienie fonograficzne koedukacyjnego kwartetu uznanych postaci amerykańskiej muzyki improwizowanej, z których ta najmniej rozpoznawalna, wokalistka z rodowodem japońskim, zdaje się być przewrotnie tą najbardziej intrygującą. Nagranie syci się sporymi emocjami, choć jego bazą estetyczną jest definitywnie muzyka kameralna. Zespołowa i indywidualna kreatywność sprawiają, iż album nie ma słabych momentów, mimo, iż mógłby trwać kilka minut krócej.

Pierwsza improwizacja jest tyle mroczna, co spokojna, emocjonalnie zrównoważona. Artyści pracują w dużym skupieniu, pięknie sforują na czoło pochodu wokalistkę, która mówi, skrzeczy, sepleni i szmerze, czasami tylko dozując drobne plamy melodii. Muzycy stawiają na działania kolektywne, a jeśli decydują się na improwizacje w podgrupach, trwają one dość krótko. Druga odsłona wydaje się tu szczególnie udana – na poły dynamiczna ekspozycja instrumentalna o kocich niemalże ruchach i płynąca jakby wbrew tej konwencji leniwa wokaliza. Opowieść jest bardzo filigranowa, zdaje się przywoływać wspomnienia strunowych inkarnacji Spontaneous Music Ensemble, z głosem i kornetem, które same brzmiące jak instrument strunowe. Trzecia historia bazuje na duecie głosu i kornetu, który pęknie komentują oba strunowce. W części kolejnej, która trwa ponad siedemnaście minut, muzycy kreują szczególnie dużo przestrzeni dla akcji duetowych. Pięknie brzmią gitara i kornet, równie udanie głos z wiolonczelą. Poziom intensywności faluje, w momentach zagęszczania mamy naprawdę duże emocje, z kolei w fazie szemrania dopada nas moc urody pojedynczych dźwięków, szczególnie ze strony wokalistki. Początek szóstej części tonie w preparacjach, z kolei na etapie rozwinięcia kwitnie ekspresją i radością tworzenia kolektywnej narracji. Końcową odsłonę albumu otwiera kornecista, potem kilka perełek dostarcza wiolonczelistka i wokalistka frazująca na wydechu. Swoje dokłada też gitarzysta, który prawdopodobnie pracuje tu przy użyciu smyczka. Na ostatniej prostej opowieść przybiera formę dronowej post-ballady.



 

Jon Rose & Mark Dresser Band Width

Jon Rose – skrzypce, skrzypce tenorowe, Mark Dresser – kontrabas czterostrunowy i pięciostrunowy oraz Vladimir Tarasov – instrumenty perkusyjne (utwór 8). Nagrane w Alice Springs (Rose), San Diego (Dresser) i na Litwie (Tarasov), czas nieznany. Osiem utworów, 55 minut.

Ten album to prawdziwie interkontynentalne spotkanie. Skrzypek improwizuje w dalekiej Australii, kontrabasista w równie odległej Ameryce Północnej, a kilka fraz dogrywa ze znacznie nam bliższej Litwy perkusista. Wiele wskazuje na to, iż dwaj pierwsi improwizują w czasie rzeczywistym, wyposażeni w odpowiednią aparaturę przekazującą dźwięki (i być może obraz) na dużą odległość bez jakichkolwiek opóźnień. W każdym razie nagranie nasycone jest tak dużymi emocjami, iż trudno sobie wyobrazić, by interakcje na linii skrzypce – kontrabas nie odbywały się w formule live. Płyta odrobinę przegadana, ale konia z rzędem temu, kto wskaże momenty, z których warto byłoby zrezygnować.

Rose i Dresser rozpoczynają swój dialog w niemalże free jazzowym środowisku. Gęste, soczyste frazy, efektowne zwarcia i spiętrzenia, a niedługo potem … bolesne śpiewy dwóch wystudzonych smyczków. Akcja zmienia się często, zaskoczenia estetyczne czają się za każdym rogiem. Drugi odcinek znów znaczą post-jazzowe grepsy, ale najciekawiej robi się wtedy, gdy muzycy przechodzą do pełnokrwistego preparowania swoich instrumentów. W trzeciej odsłonie panuje kameralna zaduma, nasączona wszakże ekspresyjnym lamentowaniem. W każdym momencie muzycy są tu zdolni do przejścia w tryb pełen dynamiki i swawolnego tańca. Frazują arco, by po chwili w półgalopie szarpać za struny. Riffują i na wydechu, prawie na kolanach wnoszą tajemnicze modły. Na moment schodzą do głębokiej krypty, by po chwili sięgać nieba wysokim tembrem rozgrzanych smyczków. W części siódmej najpierw przywołują gorący wiatr z południa, potem toną w nieutulonym żalu. A wszystko efektownie podsumowują w ostatnim, ponad dziesięciominutowym utworze, w połowie którego do gry wchodzi perkusista i znaczy każdy fragment napotkanej drogi strugą post-jazzowych inkorporacji.



 

Audrey Lauro Prose Métallique

Audrey Lauro – saksofon altowy, preparacje. Nagrane w Sunny Side Studio, Anderlecht, czerwiec 2023. Siedem utworów, 35 minut.

Z licznej, jak zwykle w ofercie RP, porcji nagrań solowych do dzisiejszej zbiorówki wybieramy dwie. Ta pierwsza, to propozycja belgijskiej saksofonistki, która stawia na dźwiękowe preparacje. Dwie z nich nazywa metalicznymi (w roli głównej rezonująca tuba), dwie inne plastikowymi (tu w roli głównej bliżej niezidentyfikowane obiekty umieszczane w rzeczonej tubie). Album uzupełnia kilka ognistych fraz o proweniencji post-jazzowej, a efekt końcowy śmiało możemy uznać za udany.

W utworach pierwszym, piątym i szóstym artystka stawia na jazzowe frazowanie, realizowane dość czystym tembrem, ze swadą, odpowiednią dynamiką i całkiem swingującym krokiem tanecznym. W części szóstej jej instrument wydaje się lekki, niesiony na skrzydłach, wiedziony niemal folkowym podmuchem powietrza. Każdą z wyżej wymienionych opowieści Lauro kończy jednak frazami zabrudzonymi, dźwiękami, które grzęzną w zatykającej się tubie, jakby zapowiadały odcinki definitywnie preparowane. Opowieść druga i siódma, to metaliczne preparacje. Artystka buduje tu urokliwie rezonujące drony, prowadząc mroczną, dość minimalistyczną opowieść, która nabiera wyjątkowej jakości na ostatniej prostej albumu. Części trzecia i czwarta, to z kolei preparacje plastikowe. Tu Audrey stosuje mnóstwo efektownych zagrywek – ciężko oddycha, rzęzi i prycha, z pewnością zatyka tubę licznymi przedmiotami. Bywa w tych działaniach delikatna, niemal filigranowa, bywa jednak, że jej płuca i rozbudowana maszyneria w rękach stają się niebywale masywne, a wydobywane dźwięki intensywne, nawet post-industrialne. Wszystkie działania Belgijki znamionuje duże skupienie i pewna artystyczna wstrzemięźliwość. Nie sposób też nie docenić umiejętności budowania dramaturgii i zdolności do korzystania z naturalnej melodyjności saksofonu altowego.




Jessica Pavone What Happens Has Become Now

Jessica Pavone – altówka, efekty, hybrydowy instrument (sword viola) w utworze drugim. Nagrane w GSI Studios, Manhattan, styczeń 2024. Cztery utwory, 28 minut.

Jessica Pavone, postać chwalebna dla amerykańskiej muzyki improwizowanej, wieloletnia partnerka muzyczna Anthony’ego Braxtona, prezentuje nam swoją kolejną propozycję solową. Pamięć o poprzednich wydaje się dość zatarta (przynajmniej w głowie recenzenta), ta nowa zaś definitywnie zaskakuje. Sprawia wrażenie eksperymentu, który w obszarze działań akustycznych (utwory nieparzyste) broni się każdą swoją sekundą, z kolei w obszarze amplifikacji/ elektronizacji (utwory parzyste), tudzież stosowania tzw. oprzyrządowania hybrydowego, budzi spore zastrzeżenia, głównie natury estetycznej. Szczęśliwe album nie trwa nawet dwóch kwadransów, zatem jego odsłuch kończymy w dobrym zdrowiu.

Pierwsza kompozycja (takiej nomenklatury używa artystka), to post-barokowa, minimalistyczna mantra cierpienia. Przeciągnięte, bolesne frazy altówki, sycone rozedrganą melodyką, brzmią tu szczególnie pięknie. Jessica cedzi niekiedy pojedyncze dźwięki, a jej ból tworzenia zdaje się dotykać także słuchacza. Trzecia opowieść rozwija owo pasmo bojaźni i drżenia, doposażając narrację we frazy preparowane, wynikające z dociskania strun do gryfu, a także w odrobinę przewrotnej taneczności. Utwory parzyste przenoszą nas do zupełnie innego świata. Odsłona druga najpierw przypomina oniryczne post-electro, potem nabiera masy i basowych pasm. Czwarta jest już dronem białego hałasu, z pulsującym, basowym wnętrzem. Kona zatopiona w echu ciężkiego, metalicznego ambientu.

 

*) chodzi o album The Glass Changes Shape tria John Butcher, Florian Stoffner & Chris Corsano

 


poniedziałek, 11 maja 2020

Red List Ensemble! Scope!


Trzy instrumenty dęte, trzy strunowe, piano, perkusjonalia i elektronika – Red List Ensemble może śmiało wyruszać w post-kameralistyczną podróż po zakamarkach dźwięków, ich rozbudowanych teksturach, kreując wielowarstwową narrację, realizowaną w czasie rzeczywistym, często przy użyciu tzw. technik rozszerzonych. Innymi słowy – jesteśmy w domu!




Muzycy proponują na starcie spektaklu małe, urywane frazy, przeplatane dłuższymi pasażami dźwiękowymi. Niektóre działania artystów sprawiają wrażenie wcześniej zaprogramowanych (predefiniowanych) lub zapisanych na - być może - nieistniejących pięcioliniach. Wszystko czynione jest tu w skupieniu, bez pośpiechu i nadmiernego eskalowania emocji. Szumy i szelesty, oddechy i dźwiękowe układanki – oto mała orkiestra, która szuka dramaturgicznego punktu zaczepienia. Elektroakustyczna swoboda kreowana głównie przez dźwięki akustyczne. Kameralistyka naładowana koncepcjami, która co pewien czas eksploduje, po czym szybko wraca to zakontraktowanej struktury opowieści. Nerwy na wodzy, cierpliwość, skrupulatność i dramaturgiczne zaniechanie. Niewidzialny dyrygent perfekcyjnie panuje nad temperamentem dziewięciu instrumentalistów. W połowie pierwszej części nad sceną unosić się zaczyna dramaturgiczna cisza, którą przerywają incydenty elektroakustyczne. Narracja nabiera wszakże cech kolektywnych i wskazany kierunek podróży – dęciaki dyskutują ze strunowcami, a rozchełstane piano i nerwowe percussion sieją sporadyczne fermenty. Swoje trzy gorsze dokłada elektronika, a także urywane frazy saksofonu, klarnetu i puzonu. Opowieść zostaje zwinnie ugaszona akustycznymi detalami.

Początek drugiej opowieści tonie w ciszy. Instrumenty zdają się generować nano dźwięki, pojedyncze mikro stemple fonii, a muzycy głęboko oddychają i pocą się z wyczekiwania. Narracja przypomina puzzle składające się z tysiąca elementów – filigranowa akustyka i nieco ilustracyjna elektronika, tworzona z myślą o filmach opisujących podbój kosmosu w połowie ubiegłego stulecia. Mgławy rezonans, niskie, smukłe struny, suche dysze dętych i płaskie percussion. Po 10 minucie flow sukcesywnie nabierać zaczyna życia, bez wszakże jakichkolwiek dynamicznych atrybutów. Wreszcie, po 17 minucie, minimalistyczne piano buduje intrygującą ekspozycję, którą zdobią dęte półdrony. Po kolejnych kilku minutach misternie kreowana opowieść błyskotliwie narasta, po czym równie atrakcyjnie gaśnie.

Piano nie traci rezonu z poprzedniej części i bystrą sekwencją dźwięków otwiera trzecią historię. Pojedyncze szarpnięcia za struny, plamy dętych oddechów, misterna, znów trochę puzzlowa pajęczyna zdarzeń. Instrumenty akustyczne bez wsparcia elektroniki zaczynają aktywizować swoje działania, a sygnał do wzrostu kolektywnej kreatywności daje głośny wystrzał z wiolonczeli, być może pokazujący, iż to właśnie muzyk dzierżący w dłoniach ów smukły instrument jest zasadniczą mocą sprawczą przedsięwzięcia o nazwie Red List Ensemble. Przybywa dźwięków w jednostce czasu – naszym udziałem stają się dłuższe para-jazzowe ekspozycje saksofonu, klarnetu i puzonu, wspierane stosunkowo aktywnym drummingiem. W połowie 12 minuty narracja zmysłowo gaśnie, a faza cielistych dronów spowija scenę. Aura elektroakustycznego dark ambientu trwa do momentu, aż swoje drobne, ale urocze preparacje rozpocznie fortepian. To wydarzenie ma miejsce po upływie 15 minuty. Plamy nieinwazyjnej elektroniki dodatkowo budują napięcie. Szemranie, szumy, małe frazy - podskórne życie narracji nabiera rumieńców. Kolektywny znój kreacji zaczyna się muzykom opłacać. Po 20 minucie zaczynają grać naprawdę głośno (jak na warunki tej opowieści), ich próby smakują niemal post-industrialnie. Po kolejnych dwóch minutach, na sygnał niewidzialnego dyrygenta, RLE zaczyna poszukiwania ostatniego dźwięku. Czyni to nad wyraz stylowo, step by step, wszak estetyka chamber suspens jest jego najmocniejszą bronią.


Red List Ensemble Scope (Creative Sources, CD 2020); Marko Hefele – skrzypce, Rieko Okuda – piano, Michael Thieke – klarnet, Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Matthias Müller – puzon, Mia Dyberg – saksofon altowy, Klaus Kürvers – kontrabas, Sofia Borges – instrumenty perkusyjne oraz Richard Scott - elektronika. Nagrane w styczniu 2019 roku, StudioBoerne45, Berlin. Czas trwania - 63:47.