Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maggie Nichols. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maggie Nichols. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 stycznia 2019

Nicols! Russell! Zabelka! Blurb as well as W!


Czas najwyższy otworzyć przepastny dział płyt, które nie dotarły się na roczne podsumowania redakcyjne nie z uwagi na poziom artystyczny, ale niedogodności związane z samą istotą kalendarza. Oto i przekleństwo recenzenta, które, jak co roku, materializuje się w styczniu.

Płyta Tria Blurb, dla świata free improv istotnie gwiazdorskiego pod względem personalnym, trafiła do mojego odtwarzacza pod sam koniec roku i było już zbyt późno, by poddać ją wnikliwej analizie. Dziś wszakże wiem już bez cienia wątpliwości, iż to muzyka, która winna trafić na roczne resume.




Do rzeczy zatem! Trio Blurb, to personalnie Maggie Nicols – głos, John Russell – gitara i Mia Zabelka – skrzypce i głos. Na płycie W znalazły się dwa koncerty. Pierwszy pochodzi z września 2017 roku, z festiwalu Discovery i … był już na tych łamach recenzowany w ramach relacji z tegoż festiwalu, zawartej na przepastnym wydawnictwie Channel Discovery Festival (Weekertoft Records, tylko wersja elektroniczna*). Drugi zarejestrowany został w marcu 2018 roku, w londyńskim Horse Improv Music Club. Odsłuch obu koncertów zajmie nam 47 minut bez kilku sekund.

Koncert wrześniowy zaczyna się melorecytacją Nicols, prowadzoną z dziwnym języku, który ma tembr latino, a może to … po prostu szkocki. Russell snuje tuż obok swoje ulubione pląsy na dość suchych strunach gitary, szorstkim i stanowczym tembrem. Zabelka śle kręte dźwięki spomiędzy strun skrzypiec i na razie milczy. Narracja wszakże szybko nabiera dynamiki, dobrej agresji i artystycznego zdecydowania. Muzycy od samego początku chętnie wchodzą w stadium imitacji. Maggie kreuje swój dramaturgiczny pokaz na granicy werbalnego przesteru, dobrego smaku, ale czyni to z taką gracją, młodzieńczą frywolności, iż uchodzi jej naprawdę wiele – to jak zwykle jej show, jej wyjątkowy spektakl. Zabelka włącza się w ten potok gardłowej fonii z równą bezczelnością. Nie stroni też od zwinnej, małej sonorystyki, gada ze starszą koleżanką, przekomarza się. Russell pozostaje chwilami ze zdaniem odrębnym, ale bystrze rysuje tło dla damskiego zaciągu, od czasu do czasu, wchodząc z nimi w dyskurs filozoficzny. Muzycy wiele czynią tu na dużej prędkości, ale dzięki wspaniałej komunikacji, wszystko kończy się zawsze szczęśliwie. Pod koniec koncertu na gryfie Zabelki garść pięknej, niemal semickiej nostalgii i zadumy.




Koncert marcowy, bardziej rozbudowany w czasie i przestrzeni, rodzi się w konwulsjach, zwarciach, dramaturgicznych przepychankach. Muzycy tego typu epizody przelatają chwilami kameralistycznego zawieszania narracji i stopowania. Ich ruchy są wszakże płynne i świetnie bawią się techniką outside/ inside. Zabelka zdaje się być dziś bardziej epicka, pełna rozmachu, a nawet brawury. Nicols częściej decyduje się na śpiew, mniej w niej dramaturgicznej złości i niezgody na świat zastany. Russell zaś skrupulatnie snuje swoje filigranowe opowieści, łypie okiem na Panie i krąży pomiędzy strunami gitary niczym szczwany lis. Już w 5 minucie kipi w kotle tego koncertu! Fire music! Emocje buzują, technika wykonawcza wręcz eksploduje! Trzy narracje, chwilami nieco separatywne, raz za razem cudownie się zazębiają. Mia skowycze, Maggie nuci pieśni nieżałobne, a John pisze historię free improv w zarysie. Scena klubu ściele się dźwiękami, czasami brakuje przestrzeni na swobodny oddech. W 14 minucie duży stopping! Okazuje się, że w okolicach ciszy muzycy czują się równie swobodnie. Szepty, pomruki, bluesowe wtręty gitary. Brawura, błyskotliwość. Maggie zdaje się wchodzić pomiędzy struny Johna, a obok Mia kreśli poemat życia. Amazing! Przy okazji, John znów przypomina światu, że to właśnie on jest lepszą wersją Dereka Baileya, bo w przeciwieństwie do swojego dużo starszego kolegi, nigdy nie zapomina o najważniejszej dla swobodnej improwizacji kompetencji – umiejętności słuchania współpartnerów na scenie! Maggie też potrafi czynić cuda swoim głosem, zwłaszcza wtedy, gdy decyduje się wyjść ze swojej ulubionej roli społecznej aktywistki. Blurb, to trio z krwi i kości – tu liczy się każda akcja, a jeszcze cenniejsza zdaje się być każda reakcja! Nie ma straconej sekundy, brak choćby jednego zbędnego dźwięku! W 26 minucie zwinna sonorystyka w płaszczyźnie struny-gardło-struny. Sama finałowa prosta równie niezwykła – rytm, śpiew, chwila rozmyślań na obu gryfach. Brawo!


poniedziałek, 29 października 2018

Leandre! Hug & KIO! Bittova! Andorra! Bopp! Agnel! Schweizer! Nicols! Melford! Newton! All Women alarmed at Ad Libitum Festival’18!


Trybuna Muzyki Spontanicznej w delegacji!

Po dalece ekscytującym pobycie na Krakowskiej Jesieni Jazzowej, gdzie przez kilka dni rezydował nowy, duży skład Barry Guya For The End Yet Again*), tym razem tradycyjna, coroczna wyprawa do stolicy na ulubiony event redakcji, Festiwal Ad Libitum!

Tegoroczna edycja, choć nieco mniej rozbudowana w zakresie podmiotów wykonawczych, była ze wszechmiar wyjątkowa. Po pierwsze z racji jakości muzyki (co w sumie jest regułą na tym festiwalu; patrz: relacja z ubiegłorocznego spotkania), po drugie zaś – całą imprezę wypełniły swoimi dokonaniami artystycznymi wyłącznie kobiety! Impreza posiadała – jak to ma w zwyczaju – nazwę własną. Tym razem było to dość buńczuczne hasło Women Alarm! W tej zatem sytuacji czasowo-przestrzennej, rola mężczyzn sprowadziła się do zasiadania na widowni. Z tego samego zaś powodu, rola postaci wiodącej nie mogła nie przypaść w udziale francuskiej kontrabasistce Joelle Leandre. Cenimy ją jako wybitną improwizatorkę, znamy też jej temperament, umiejętność stawiania na swoim i jasnego wyrażania poglądów. W dzisiejszych czasach, to niebywale ważna cecha, niezależnie od płciowych konotacji.

Przekaz ideologiczny, to oczywiście rzecz ważna, ale nas na tych łamach zawsze najbardziej interesuje muzyka. Zatem w krótkich, żołnierskich słowach opiszmy wrażenia z odsłuchu sześciu festiwalowych koncertów. Nie będziemy trzymać się chronologii wydarzeń, jakie miały miejsce w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, albowiem, podobnie jak Leandre, lubimy być krnąbrni i podążać wbrew utartym schematom relacji koncertowych.




Jeśli już padły personalia znakomitej kontrabasistki, zacznijmy od prezentacji dwóch koncertów z jej udziałem. Kończyły one dzień drugi i trzeci, były z pewnością wydarzeniami, na które oczekiwano ze szczególną atencją. Najpierw working band, który artystycznie funkcjonuje już bodaj od czterech dekad – Les Diaboliques! Same legendy gatunku, Panie, które w zwyczajowo męskim świecie swobodnej improwizacji, wyrywały już bruzdy na głębokość Rowu Mariańskiego - szwajcarska pianistka Irene Schweizer, szkocka wokalistka Maggie Nicols i rzeczona Joelle Leandre. Błyskotliwa kreacja, dużo elementów performatywnych, świetna komunikacja i doskonała zabawa po obu stronach sceny. Dla mnie osobiście koncert ten był przede wszystkim pierwszym spotkaniem na żywo z Nicols, kobietą, która dokładnie 50 lat temu grywała już w składzie Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. I chyba nikogo z obecnych na koncercie nie zaskoczę, jeśli powiem, iż była postacią wiodącą Diablic. Temperament, niebywałe poczucie humoru i warsztat głosowy, który pozwalał jej przejść przez najbardziej zagmatwaną dramaturgicznie opowieść sceniczną. Publiczność oczywiście oszalała, ja osobiście, nie tylko z wrodzonej przekory, delikatnie utyskiwałem na przesunięty w kierunku performansu, ciężar gatunkowy koncertu. Sama muzyka chwilami schodziła na dalszy plan.




Kolejne trio z udziałem Leandre, spełniło już wszelkie moje muzyczne oczekiwania. Tym razem francuskiej kontrabasistce towarzyszyły dwie Panie z drugiej półkuli, Myra Melford - fortepian i Lauren Newton – wokal. W tym składzie grały ze sobą po raz pierwszy (Leandre i Melford grają razem jako Tiger Trio, ale wtedy towarzyszy im Nicole Mitchell na flecie). Muzyka była tu w absolutnym centrum uwagi. Delikatność i precyzja Melford, która choć często schodziła na dalszy plan, była jak demiurg, który dawkuje napięcie i decyduje o wszystkim. Wspaniale wokalnie prezentowała się Newton. Sprawiała wrażenie, że jest w stanie wydobyć z siebie każdy dźwięk. Czuło się także, iż jej warsztat w pełni na to pozwala. Wielki finał festiwalu, z bisem i standing ovation.

Po spełnieniu obowiązku oddania czci najważniejszej personie Women Alarm!, kilka słów poświęćmy teraz dwóm koncertom, które w prywatnej ocenie Pana Redaktora, były definitywnym szczytem artystycznym imprezy.




Najpierw kolejny dowód na poparcie tezy Dereka Baileya, iż prawdziwie wartościowa improwizacja powstaje w momencie, gdy muzycy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Nuria Andorra, katalońska perkusjonalistka i Christiane Bopp, francuska puzonistka, zagrały niebywały koncert. Nuria, która zestawem instrumentalnym przypomina nieco Eddie Prevosta, bywa jednak od niego zdecydowanie mniej przewidywalna. Jej kobiecy temperament i wrażliwość akustyczna, kierowały ją w trakcie występu z Bopp na poziom kreacji być może niedostępny dla części gatunku męskiego. W niczym nie ustępowała jej Christiane, która doskonale wklejała się w zamysły Katalonki, sama przy tym kreując dalece zaskakujące sytuacje akustyczne. Nie była, po męsku, nastawiona na sonorystykę, inspiracji szukała w innych zasobach dźwiękowych puzonu, bez przerwy doprowadzając instrument do sytuacji, w której słyszeliśmy śpiew i mantryczne salwy dźwięków.




Dzień później wielu z nas, obecnych w sali koncertowej CSW, przekonało się, iż naprawdę nie znamy granic możliwości akustycznych fortepianu. Francuska improwizatorka Sophie Agnel zagrała niesamowity, solowy set preparowanego piano. W trakcie całego występu, na strunach jej instrumentu pojawiały się wciąż nowe przedmioty, które dekonstruowały akustykę fortepianu. I co najważniejsze, to nie sam proces niebywale kreatywnej preparacji był największą siłą tej improwizacji, ale przede wszystkim sama dramaturgia koncertu, jej przemyślany, logiczny kształt i fantastyczny finał grany z samej klawiatury, podczas gdy dźwięk każdej struny był silnie zniekształcony przedmiotami, które wcześniej artystka umieściła w pudle rezonansowym. Wspaniały koncert!




Zdecydowanie niebanalny był także czwartkowy koncert Krakow Improvisers Orchestra (uwaga! niedobitki gatunku męskiego na scenie!), która zaprezentowała bardzo interesujący performance (!), będący efektem trzydniowych warsztatów, jakie poczynili jej muzycy pod kierunkiem szwajcarskiej skrzypaczki Charlotte Hug. Teatr, malarstwo i sztuka dyrygowanej improwizacji, to były równoprawne elementy tego smakowitego spektaklu. Jeśli zaś skupimy się na samych dźwiękach, to należy podkreślić, iż orkiestrą dyrygowała zarówno Hug, jak i tradycyjna szefowa KIO, czyli Paulina Owczarek. Instrumentarium orkiestry było, co nie dziwi, bardzo rozbudowane, ale dramaturgia koncertu opierała się przede wszystkim na głosie ludzkim i instrumentach strunowych (rzecz jasna - z dużym udziałem samej Hug).

Wreszcie Iva Bittova i jej solowy … performance na skrzypce, głos, taniec i aktorstwo. Publiczność była zachwycona, wielu widzów przyszło pierwszego dnia festiwalu specjalnie na ten koncert, dla mnie osobiście za mało tu było jednak samej muzyki. Oczywiście koncert oglądało się doskonale, Czeszka perfekcyjnie panowała nad swoim warsztatem, także nad publicznością, a dla wielu był to doskonały spektakl.



*) ten wyjazd nie doczekał się komentarza na tych łamach, ale po spisane wrażenia odsyłamy na osobisty profil Pana Redaktora na najpopularniejszym portalu społecznościowym świata

piątek, 5 października 2018

Parker! Russell! Coombes! Turner! Beresford! Wilkinson! Weston! Nicols! Noble! Ward! And many strong aspirants to fame! Channel by Discovery Festival 2017!


Zjednoczone Królestwo swobodnej improwizacji! 16 września 2017 roku, Ye Olde Rose & Crown, Walthamstow, Londyn. Sobotnie popołudnie z ciepła herbatką, być może także z odrobiną czegoś wzmacniającego nadwątlone siły wielbicieli całkowicie wyzwolonej improwizacji.

Discovery Festival trwał ponad sześć godzin zegarowych, nagranie zaś dokumentujące to wydarzenie nazwano Channel. Wyłącznie w formie elektronicznej dostarcza label Johna Russella i Paula G. Smytha – Weekertoft (2018).

Teatime for Dreamers! Czyż nie za to kochamy wyspiarką muzykę? Werbalny komentarz do każdego z koncertów festiwalu przed Wami!




Zaczynamy od jedenastoosobowej orkiestry prawdziwych aspirantów i jednego mistrza gatunku - Mopomoso Workshop Group (Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Sam Enthoven - elektronika, John Eyles – saksofon altowy, Emmanuelle Waeckerle - głos, Martin Clarke – saksofon altowy, Deborah Chin – saksofon sopranowy, Alan Newcombe – saksofon tenorowy, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Phil Durrant - mandolina, Chris Hill - klarnet, Alec Kronacker – gitara elektryczna). Ponad półgodzinna, zgrabna, bardzo swobodna improwizacja. Nie znamy ośrodka decyzyjnego, być może zatem rzecz działa się całkowicie kolektywnie. Bardziej niż udane użycie elektroniki, nieinwazyjnej, pięknie komentującej żywe incydenty dźwiękowe. Intrygująca gitara, wyrazista, o głębokim brzmieniu. Aktywna, skupiona i rozbudowana sekcja dęta, niestroniąca od eskalacji. Po 20 minucie, jakby więcej syntetyki w tembrze orkiestry, w dobrej komitywie z dęciakami, a na finał udany dialog klarnetu basowego i głosu kobiecego.

A teraz trio o dynamicznej nazwie Crush! (Mark Browne- saksofon, Ian McGowan – trąbka, Sonic Pleasure – obiekty). Błyskotliwy, niespełna 20 minutowy set. Dobrze ułożone proporcje instrumentalne (żywe w przewadze!). Narracja równocześnie intensywna i subtelna. Zdaje się, iż nie brakuje tu adekwatnego live processing. Słyszymy dźwięk fletu, syntetykę perkusyjną, a nawet brzmienia gitary. Saksofonista potrafi dąć w sopran niczym Trevor Watts w duetowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Całość jawi się jako elektroakustyczna perełka. Brawo!

Czas na kolejny bardziej rozbudowany ansambl, znów rojący się od zdolnych aspirantów. W ramach South Leicestershire Improvisers Ensemble na scenie pojawiają się: Lee Boyd Allatson - drum set, Virginia Anderson - klarnety, Bruce Coates, - saksofony, Christopher Hobbs - fortepian, małe instrumenty, Trevor Lines - bas, Rick Nance - flugelhorn, Nilufar Habibian – qanun oraz David Hackbridge-Johnson – skrzypce i pozostają z nami na prawie 24 minuty. Początkowo dominacja dźwięków strunowych (nawet dość nieoczywistych), rodzaj zwinnej kameralistyki, która szybko znajduje powód do eskalowania napięcia. Parę chwil dobrego call & responce, trochę dętych ekspozycji w klimatach contemporary, także kilka galopów wyzwolonego improve. Znów muzykom należy się słowo pochwały za dobrą organizację przestrzeni fonicznej (na liście płac nikt nie przyznaje się do dyrygentury).

Teraz na scenie melduje się free jazzowy duet Stefan Keune (saksofon altowy) i Steve Noble (instrumenty perkusyjne). Syna Albionu znamy doskonale, nie wymaga on rekomendacji. Mniej popularny zdaje się być niemiecki saksofonista, ale i on z niejednego pieca chleb jadł. No i to właśnie Keune w trakcie 17 minutowego seta udowadnia, iż pierwszy rząd europejskiego free winien być jego stałym miejscem. Zaczynają na ostro, ale już po paru minutach saksofonista schodzi niżej i zaczyna szukać ciekawszych dźwięków, głęboko zaglądając w tubę swego instrumentu. Noble czyta pismo nosem i aplikuje do gry na pełnych prawach. Bardziej niż błyskotliwe!

Chwila pianistycznego ukojenia, to z dramaturgicznego punktu widzenia, świetny pomysł. Paul G. Smyth w wersji solo (niemal 20 minut)! Zaczyna od preparacji, nisko pochylony na pudłem rezonansowym. Sporo subtelności, które podkreślają dźwięki otoczenia (słychać miasto w tle!). Minimal piano in deep space! Ciekawe, suche brzmienie. Pasus bardziej dynamiczny zdaje się być mniej intrygujący, ale finał seta rekompensuje wszelkie ambiwalencje – bardzo efektowny, niemal demoniczny, z dubową poświatą

Zdaje się, że festiwalowa rozbiegówka już dawno za nami. Oto kwartet o jakże niebanalnej nazwie Lullula (Jim Dvorak - trąbka, Kay Grant - głos, Armorel Weston - głos, Marcio Mattos - kontrabas). Dwa fragmenty, łącznie 20 minut z sekundami. Efektowna, bogata instrumentacja – dwa głosy kobiece, trębacz, który nuci pod nosem i kontrabas ze smyczkiem. Panie zdają się raz za razem szczytować, Panowie dzielnie akompaniują on full improve. Gdy szukają ukojenia, intrygująco gaworzą w klimat Julie Tippett i Spontaneous Music Ensemble. W dogrywce bez chwili zawahania idą w dobrą sonorystykę.

I znów nazwa formacji przyciąga uwagę jeszcze przed pierwszym dźwiękiem - Compulsive Quintet (Rick Jensen – saksofon, klarnet, Luisa Tucciariello – głos, flet, efekty, Michele Paccagnella - gitara, Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Jordan Muscatello – kontrabas). Dwa odcinki, ponad 22 minuty. Na starcie jazzowe frazy saksofonu, okraszone głosem kobiecym. Reszta czeka, a potem wszyscy razem robią duży skok w wolną improwizację. Nawet hałasują, gitara zwinnie psychodelizuje. Rwana, zmienna narracja, przyzwolenie na każdy dźwięk, przeto całość trochę nierówna. Ognisty finał pierwszego odcinka, więcej spokoju w drugim.

Kobiecy duet na skrzypce i fortepian? Why not!? Alison Blunt na tych pierwszych, Yoko Miura - na drugim. Ponad 20 minut rozwichrzonej kameralistyki. Piano odrobinę akademickie, często operujące mikrofazami i zatopione w konstruktywnym free improve skrzypce, z lekko zabrudzonym brzmieniem. Zdecydowanie więcej dzieje się po 7 minucie, gdy Panie postawiają gorąco podyskutować na argumenty foniczne. Pod koniec piękne, repetujące frazy skrzypiec, przypominające błysk Billiany Voutchkovej.

Zdecydowanie dobry to moment na coś prawdziwie bombowego! I tak dzieje się w istocie, na scenie bowiem melduje się skandynawskie trio Bomb (Ola Paulson – saksofon altowy, Anders Lindsjö – gitara basowa, Anders Uddeskog - perkusja). Niespełna 16 minutowa petarda free! Wytrawny saksofon, jurna, zagotowana od startu sekcja (doskonały bas elektryczny!), pełna swoboda kreacji – czego chcieć więcej? Jakże świeże i odkrywcze nagranie na tle osiągnięć gwardii uznanych i nadmiernie honorowanych kolegów z tej części kontynentu. Od eksplozji do konstruktywnego skupienia, zwinnej, małej gry. Świetna komunikacja, doskonały warsztat. Finał ocieka wysokogatunkową spermą! Brawo!

Po takiej wolcie, dobrze byłoby, gdyby jacyś inni artyści sprowadzili nas na ziemię nieco mniej ekscytującą narracją. Mówisz, masz! Enzo Rocco na gitarze, Veryan Weston na fortepianie. Set niemal 25 minutowy. Jazzowa, gęsta, trochę przegadana ekspozycja. Panowie nie żałują energii, tryskają temperamentem, ale po paru minutach koncert zaczyna trochę nużyć. Być może, tak intensywna gra obu muzyków dowodzi w tym wypadku problemów w zakresie wzajemnej komunikacji. Cóż, tak bywa.

Popołudniowa herbatka  w Ye Olde Rose & Crown zaczyna nabierać mocy. Festiwal wkracza w drugą fazę. Na scenie za moment zaroi się od postaci pomnikowych gatunku. Bądźcie czujni!

Trio Blurb zdaje się, że dobrze wpisuje się w powyższy anons. Maggie Nicols użyczy nam głosu, John Russell gitary, a Mia Zabelka skrzypiec i głosu. Dwa odcinki, każdy równo 9 minut i 39 sekund! Piękny, klasyczny dla free improve głos, jedyna w swoim rodzaju, akustyczna gitara ze splątanymi strunami, swarne, lekko psychodelizujące skrzypce, które chowane w klatce, wciąż uciekają na wolność! Błyskotliwa komunikacja, piękne zadziory akustyczne, z pewnością jeden ze szczytowych momentów tego popołudnia. Maggie niczym przekupka na rynku z warzywami, John precyzyjny i zupełnie wyzbyty zahamowań artystycznych i Mia, czasami filigranowa, także używająca głosu! Doskonałe!

Kolejny koncert znów konfrontuje kobiecy głos z instrumentem akustycznym. Viv Corringham w parze z Alex Wardem na klarnecie. Niespełna 14 minut. Na starcie kogucie bulgotanie z obu stron sceny. Tak w gardle, jak w tubie klarnetu. Niezła imitacja! Kobiecy głos nieco histeryczny, przeładowany energią, klarnet w dokładnej opozycji. Dużo emocji, sporo hałasu, stabilna komunikacja. Przed większość czasu recenzent wolałby pójść na solowy koncert Warda (pięknie gra!), ale ognisty finał pozostawia go w obliczu duetu i nie czyni rozczarowanym.

Czas na trio, znów damsko-męskie: Lee Boyd Allatson - drum set, Alan Wilkinson – saksofon altowy, Hannah Marshall – wiolonczela. 22 minuty i tyleż sekund ciekawej, free jazzowej opowieści z wiolonczelą, która nie dość, że jest delikatnie amplifikowana, to od startu wychodzi przed szereg i ustala zasady współpracy. Nie mamy zastrzeżeń! Saksofon Wilkinsona (sięga też po baryton) dość przewidywalny, niepozbawiony wszakże ekspresji i dobrego tonu, Allatson dopóki nie zacznie wydawać dźwięków głosowych, nie budzący wątpliwości. Króluje wszakże Marshall, która zabiera Panów na ognisty finał, który zdecydowanie podnosi jakość całej ekspozycji. 

Festiwal drobnymi krokami wchodzi na ostatnią prostą. Wejście jest iście piorunujące: Nigel Coombes na skrzypcach i Roger Turner na perkusji! Dwie improwizacje, łącznie prawie 24 minuty. Chciałoby się rzec – Spontaneous Music Ensemble Revisited! Spotkanie jedynych w swoim rodzaju improwizujących skrzypiec (ach, ten karkołomny, folkowy zaśpiew!) i drummera, która zjadł zęby na wybitnej free improve. Wirtuozeria, mistrzowska mała gra, maestria filigranowości. Classic of molecular improve! Czy wiecie dlaczego Turner nigdy nie zagrał w SME? Bo tam było miejsce tylko dla jednego perkusisty. Bez cienia wątpliwości – najważniejsze wydarzenie tamtej soboty!

Ciąg dalszy artystycznej kulminacji Discovery Festival! Evan Parker – saksofon tenorowy, John Russell - gitara, John Edwards – kontrabas. Ponad 23 minuty. Każde nagranie takiego tria warte jest wszystkich pieniędzy świata! Wolna improwizacja, model klasyczny. Bez zaskoczeń, tylko ekstaza! Być może, przy tej okazji, warto pochylić się nad jakością pracy Edwardsa w tej konfiguracji personalnej. Dynamika, ekspresja, kompatybilność w każdym wymiarze. Tu, nawet bardziej dynamicznie niż zazwyczaj. Takie trio, to dowód rzeczowy na tezę, iż telepatia nie jest pojęciem teoretycznym!

Po artystycznej eksplozji, ponownie czas na duet fortepian-skrzypce. Tym razem jednak męsko -damska odsłona: odpowiednio Steve Beresford i Satoko Fukuda. Kwadrans z okładem bezbolesnej improwizacji na piano z klawisza i klasycyzujące skrzypce. Steve, jak zwykle cytuje cały świat muzyki, jest rubaszny, zabawny, ale bardzo precyzyjny. Narracja jest rwana, ale wielowątkowa, bogata w naprawę udane momenty. Po stronie Japonki genialna wręcz technika gry. W ramach chwili relaksu ten pierwszy robi wariacje na temat ragtime’u, ta druga gra melodię dla powtórnie zakochanych. Dobry finał w galopie.

Oto i koniec dnia mamy już w zasięgu ręki. W ramach pierwszego podprowadzenia Dave Tucker Group (Dave Tucker – kontrabas, Claude Deppa – trąbka, Rachel Musson - saksofon, Mark Sanders – perkusja). Prawie 20 minut modelowej niemalże free jazzowej ekspozycji. Niebanalny flow, strumień dobrze uporządkowanej improwizacji. Bardzo śpiewana trąbka, doskonały saksofon (bez zaskoczeń!), sekcja, która okazjonalnie nawet swinguje. W połowie seta solo lidera, potem start nowej narracji. Finał wszakże bez nadmiernej ekscytacji.

W ramach drugiego podprowadzenia strunowe trio Barrel (Alison Blunt - skrzypce, Ivor Kallin - altówka, Hannah Marshall – wiolonczela). Set 16 i pół minutowy. Narracja pełna przeciągania liny, zwarć i całusów, toczona na pięknym, zabrudzonym brzmieniu przez każdego z muzyków. Co rusz, któryś z nich wychodzi przed szereg i stawia stempel mistrzowski. Prawdziwa perła string free improve. Zjazdy i podjazdy, sonorystycznie i melodycznie. W połowie seta incydenty z gardła, pokrzykiwania, jęki i drobne ekstazy. Potem chwila hałasu i rozbudowany, epicki finał.

Czas powoli gasić światła. Na ostatni set festiwalowy wychodzą szefowie Weekertoft, by zwinną improwizacją zakończyć to wielobarwne i naprawę udane popołudnie (wieczór). Paul G. Smyth, - fortepian, John Russell – gitara. Skromny, 9-minutowy rodzaj encore. Mała gra, preparacje, flażolety. Beauty in silence! Na ostatniej prostej muzycy trochę jednak rozrabiają! Finał godny całej imprezy! Brawa dla wszystkich!


Channel kupicie za skromne trzydzieści funciaków pod tym dokładnie adresem!



sobota, 28 stycznia 2017

Joëlle Léandre – kobiece robótki ręczne, wersja długodystansowa


Uprawianie muzyki improwizowanej jest dość skomplikowanym przedsięwzięciem. Przynajmniej z artystycznego punktu widzenia. Słuchanie – w sumie także, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę reakcję nieprzystosowanego akustycznie otoczenia w postaci rodziny, kota lub sąsiadów (to jest w ogóle muzyka????).

Jeszcze bardziej karkołomnym przedsięwzięciem zdaje się zaś wydawanie tej muzyki, jej upublicznianie, wprowadzanie do powszechnego obiegu na różnorakich nośnikach dźwięku. Jak niejednokrotnie i istotnie ironicznie na tych łamach wspominaliśmy, każdy koncert, czy rejestracja studyjna z muzyką improwizowaną jest już powodem, by wydać nową płytę. Równie homeryckie problemy pojawiają się na etapie edycji samego nagrania. Czy zarejestrowany zestaw dźwięków z muzyką improwizowaną należy traktować jako samoistne dzieło sztuki wypuszczone z rąk świadomego artysty i ze wszelkimi niedoskonałościami, tak akustycznymi, jak i dramaturgicznymi, wydawać tylko i wyłącznie w całości? Czy też mamy moralne prawo, by je ciąć, sklejać i wydawać tylko te fragmenty, które z dowolnego punktu widzenia uznamy za najbardziej wartościowe?

I ostatni już dziś poruszany problem. Czy istnieje w muzyce improwizowanej nadpodaż muzyki? Czy przesyt i nadmiar są takim samym udziałem muzyków, wydawców i słuchaczy, jak niedosyt i niedobór?

Bodaj dekadę temu, na zacnym i nieodżałowanym portalu jazzowym Diapazon.pl, miałem czelność popełnić tekst istotnie krytykujący zarówno pewnego muzyka, jak i jego wydawców, którzy zalewają skromny rynek muzyki improwizowanej kolejnymi nowymi wydawnictwami z jego personaliami. Rzecz dotyczyła wtedy Kena Vandermarka. Być może część z Was zgodzi się ze mną, iż historia pokazała, że miałem dużo racji. Rynek jest przesycony jego muzyką, a on sam w pewnym stopniu wypalił się artystycznie.

Dziś zderzam się emocjonalnie ze wszystkimi wyżej wymienionymi dylematami, gdy przed oczyma stawiam sobie ośmiopłytowe wydawnictwo Joëlle Léandre …A Woman’s Work, wydane przez krakowskie Not Two Records na okoliczność 40-lecia pracy artystycznej tej wybitnej francuskiej kontrabasistki.




Uspokoję potencjalnych nabywców tego dość drogiego wydawnictwa. Muzyka zawarta na ośmiu dyskach jest wyśmienita i godna prezentacji w każdych warunkach. Pytanie jest jednak jedno i to zasadnicze – czy należało wydać je wszystkie razem, w tym samym momencie dramatycznej historii ludzkości, wypełniając przy okazji wszystkie sprawne odtwarzacze CD w tej części galaktyki płytami z muzyką Joëlle?

Zapewne idea powstania tego wydawnictwa związana jest z kilkudniową rezydencją Leandre w Krakowie, w trakcie Jesieni Jazzowej roku 2015. Wtedy to zarejestrowano intrygujące koncerty w kwartecie i w kilku duetach, które dziś odnajdziemy na dyskach 7 i 8 wielopaku. Być może w zderzeniu z rocznicą, o której już wspomniałem, do tychże koncertów doczepiono… sześć kolejnych, nie zawsze już tak nowych, jakkolwiek zawsze premierowych. Powstał duży box, z którym teraz przyjdzie się nam zmierzyć. Omówmy wszystkie nagrania, płyta po płycie.



Pierwszy dysk: Les Diaboliques (Moskwa, 2015r., sześć fragmentów, 54 minuty).

Feminizm w kontrkulturowej walce z patriarchalnym oglądem rzeczywistości, czyli trzy starsze Panie *) w kolektywnej, moralnie wyuzdanej, szalonej i pełnokrwistej improwizacji na fortepian (Irene Schweizer), głos (Maggie Nicols – czasami piszemy Nichols, bo rzeczona dama jest Szkotką, co generuje rozliczne niuanse w zakresie pisowni jej nazwiska) i kontrabas, także głos ludzki (Joëlle Leandre). Wydawnictwa płytowe Diabełków, to zamierzchła epoka (jeszcze przed rokiem 2000), zatem ten moskiewski koncert śmiało możemy zapisać na plus boxu, jak i asumpt do rozbudowy dorobku artystycznego starszych Pań. Brawura, autoironia i eklektyzm wpisane są w strukturę tego emancypacyjnego free improv. Joëlle – niewątpliwie mistrzyni ceremonii - gra pięknie i zdecydowanie lubieżnie. Irene jest wstrzemięźliwa, oszczędna, non-barokowa i lubi cytaty z popularnych melodii, które my także ubóstwiamy. Maggie precyzyjnie mierzy siły na zamiary, albowiem wie, że w pewnym wieku człowiekowi dane są ograniczenia w zakresie artykułowania dźwięków. Szczędzi nam zatem atrakcji fonicznych w wysokich rejestrach. Fragmenty solowe i chwile genialnej, improwizacyjnej koegzystencji we trójkę. Te drugie swoje apogeum osiągają we fragmencie czwartym, gdy w zwarciu, jakkolwiek nieśpiesznie, starsze Panie prowadzą nas onirycznym trójgłosem nad uroczą przepaść, która bynajmniej nie stanowi kresu ich artystycznych możliwości. Potem wszyscy … robimy ogromny krok do przodu! Doskonały koncert!


Drugi Dysk: Duet z Matem Manerim (Paryż, 2011, sześć fragmentów, 41 minut).

Konstruktywnie, kolektywnie, wręcz… kognitywnie. Czułe i intelektualnie dotkliwe zwarcie dwóch nastroszonych złotymi piórkami strunowców (kontrabas vs. skrzypce). Bitwa akustyczna toczona jest na warunkach dyktowanych przez większy z instrumentów. Jednolita, zwarta narracja bez specjalnych zwrotów dramaturgicznych. Udanie udrożnia nasze narządy słuchu, intensywnie masując wystawione na hałas membrany uszne, czystym i bezpretensjonalnym brzmieniem. Wokalne mruczando Leandre w piątym fragmencie dodaje smaczku temu, już i tak dość pikantnemu nagraniu.


Trzeci Dysk: Duet z Lauren Newton (Besancon, 2016, osiem fragmentów, 47 minut).

Wzajemne przekomarzania się dwóch artystek w oparach gęstniejącej groteski. Dialogi, monologi, głosy separatywne i zaśpiewy. Swobodna improwizacja na głos ludzki, poruszający się w wielu stylistykach, łagodny i drapieżny jednocześnie, pozostający w silnie konfrontacyjnym zwarciu z miękkim i melodyjnym kontrabasem, traktowanym, rzecz jasna, smykiem nie mającym końca, ani początku. Nastrój odrobinę kameralistyczny, szczególnie w momentach, gdy Lauren szuka biletu na koncert operowy. Narracja jest nieprzegadana, chwilami tłusta i brawurowa (zwłaszcza, gdy Leandre jest przy głosie!). Na finał anegdota by english, nie do końca uzasadniona dramaturgiczne (wypełniacz?). Ich duet wydany przez Not Two kilka lat temu (Conversations), zdał mi się bardziej pasjonujący.


Czwarty dysk: Duet z Jean-Luc Cappozzo (Besancon, 2015, siedem fragmentów, 44 minuty).

Niezwykle skupiona i wyważona narracja na trąbkę i kontrabas. Surowe, mroczne (noir?) klimaty, oszczędna ornamentyka. Permanentne rozrywanie strun kontrabasu, tym upiornym smykiem, który niczym wygłodniały samiec, czeka u progu nocy na swoją kolejną ofiarę. Cappozzo zwinny jak kot, nie ustaje w zalotach i szuka zwady. Jest cierpliwy, dzięki czemu na sam finał dana mu będzie nagroda. Jego minimalistyczna i czujna sonorystycznie melodyka, pięknie puentuje szorstkość i nieobliczalność tego duetowego spotkania.





Piąty Dysk: Duet z Fredem Frithem (Montreuil, 2016, trzy fragmenty, 40 minut).

Dysonans non-akustyczny, czyli starcie kontrabasu z gitarą elektryczną. Wbrew oczekiwaniom, to akustyczny instrument robi tu więcej hałasu i co rusz ma sprawkę do interlokutora. Frith jest spokojny, czuły i nie szuka problemów. Jego sprzężenia, zgrzyty i szarpanki generowane są z dużą rozwagą, dbałością o brzmienie całości i na ogół skutecznie odnajdują kontekst dramaturgiczny. Leandre nie byłaby sobą, gdyby głosem nie wspierała swoich akustycznych pyskówek. Okazuje się, że i ona potrafi grać na gitarze elektrycznej, mimo, iż w dłoniach … ciągle dzierży jurny kontrabas i ostry, jak brzytwa smyczek. Z oczywistych względów na tym koncercie dominują niskie częstotliwości. Stanowi to poważny atut nagrania.


Szósty Dysk: Solo (Paryż, 2005, pięć fragmentów, 46 minut).

Szamańskie zaśpiewy, stosunkowo zdyscyplinowany kontrabas (choć bez ustanku zmieniają się techniki artykulacyjne Joëlle), przekomarzania i szyderstwa z języka francuskiego (podobnie, jak na jej warszawskim koncercie ostatniej jesieni). Jest szczypta agresji, jest melodia i delikatnie smętne, kameralistyczne zadęcie (bywa piękne na całkiem barokowy sposób). Ferria brzmień, stylistyk, min i wokalnych anegdot. Cała Joëlle!


Siódmy Dysk: Kwartet z Agusti Fernendezem, Evanem Parkerem i Zlatko Kauciciem (Kraków, 2015, trzy fragmenty, 46 minut).
Ósmy Dysk: Duety z w/w muzykami z Kwartetu (Kraków, 2015, cztery fragmenty, 49 minut)

Docieramy, upoceni i umorusani dźwiękami, do kluczowych w tym gigantycznym zestawie dysków nr 7 i 8 – czyli dokumentacji rezydencyjnych koncertów Leandre, jakie miały miejsce jesienią 2015r. w Krakowie. Na początek dwa obszerne fragmenty w kwartecie  - Evan Parker (saksofon tenorowy), Agusti Fernandez (fortepian), Zlatko Kaucić (perkusja i perkusjonalia) i Joëlle Leandre (kontrabas, głos – tym razem, stosunkowo rzadko w użyciu). Przez ponad 32 minuty muzycy grają urocze i jakże kompetentne free improv o istotnie jazzowych konotacjach, jakkolwiek absolutnie niczym nas nie zaskakują (zwłaszcza tenor Parkera). Pierwszy fragment jest w sumie zwartą galopadą i nieustającą eskalacją emocji, przez co – choć dramaturgicznie smakowity – nie może nie zostać skwitowany drobną ambiwalencją. Kaucić – ewidentnie wybitny improwizator  - nie koniecznie dobrze się odnajduje w nagraniach wysoce dynamicznych, co jest raczej skutkiem jego skromnego drum kitu, któremu trudno generować niskie dźwięki (zwykliśmy przy innych okazjach zwać jego instrumentarium jako ground-drums) niż problemów natury artystycznej. Jak pięknie potrafi wieść tenże sam kwartet w spokojniej narracji, gdy dbałość o akustyczny szczegół jest ważna, pokazuje drugi z fragmentów. Leandre i Fernandez fechtują tu tak dobrze, że efekty ich działań nie wymagają specjalnego komentarza. Co ciekawe – trzeci fragment na płycie kwartetowej jest … duetem Leandre i Parkera (miód, malina!).

Dysk ostatni wypełniają już wyłącznie duety. Dwa (pierwszy i trzeci) są spotkaniem kontrabasistki z Kauciciem (ferria barw, ulotnych mikroarcydzieł akustycznych – tak a propos wyobraźni improwizatorskiej tego drugiego). Równie konkretny i artystycznie dobitny jest duet z Fernandezem (co ciekawe, fortepianowe preparacje Hiszpana są tak silnie osadzone w estetyce perkusyjnej, że momentami trudno odróżnić je od tych, które generuje Kaucić – występujący tuż przed tym duetem i tuż po nim). Finał dysku, jak i całego wielopaku, jest udziałem Leandre i Parkera. Ostatnie siedem minut mija spokojnie, w pięknych akustycznie okolicznościach krakowskiej Alchemii i udanie puentuje kilkudniową rezydencję Jubilatki.


Coming Through! – by zacytować tytuł jednego z najlepszych dzieł literackich D.H. Lawrence’a. Tak, zdecydowanie przetrwaliśmy!!!

Pakujemy grzecznie osiem zielonych kopert do zmyślnego pudełka (w międzyczasie czytając rozbudowany dwugłos hymnów pochwalnych na temat Jubilatki), odkładamy owo pudełko na półkę i kwitujemy całą dzisiejszą opowieść dalece retorycznym pytaniem: kiedy – po tej ponad sześciogodzinnej dawce nagrań Joëlle Leandre  – znów sięgnę po ten box lub jakiekolwiek inne nagranie kontrabasistki?


*) nieprawdą jest, że Kobiety nie lubią, jak wypomina im się ich wiek.




czwartek, 3 marca 2016

Joëlle Leandre – trzy kwartety na dobry początek


Światowa dominacja kultury anglosaskiej jest faktem bezspornym i nie wymaga w tym miejscu szerszego uzasadnienia. Co ciekawe, dyktat ów jest także udziałem sceny muzyki improwizowanej, a nawet tak ekstremalnie niszowej odmiany, jaką jest free improvisation, czyli z punktu widzenia Trybuny Muzyki Spontanicznej jej postaci najistotniejszej i budzącej największe zainteresowanie. Innym słowy szybciej poznamy wszystkie płyty Evana Parkera, czy Anthony Braxtona, niż sięgniemy po nagrania np. muzyków francuskich, o ile wcześniej nie natrafiliśmy na nich, słuchając kolejnego boga z Anglii lub zza wielkiej wody, z którym udanie kooperowali.
Przyznaję, że samemu nie raz doświadczyłem tego bzdurnego schematu myślenia. Wystarczy, że przywołam całkiem świeży przypadek - dopiero po wielu utraconych szansach (koncertowych), dotarło do mnie, że niejaki Frode Gjerstad z dalekiej Norwegii, to jednak geniusz (a i tak wpadłem na tę niegłupią myśl słuchając jego nagrań …z Johnem Stevensem – czyli schemat ani chybił zadziałał modelowo).

To przydługie intro wszakże, to jedynie nieudolna próba usprawiedliwienia się przed światem żywych, że dopiero całkiem nie dawno pojąłem swym małym rozumkiem, że Joëlle Leandre – francuska kontrabasistka, wokalistka, improwizatorka i kompozytorka - winna być stawiana na piedestale wybitnych improwizatorów muzyki współczesnej od wielu już lat, a przynajmniej od lat trzydziestu, gdy wraz z przyjaciółmi wydała na świat płytę, od omówienia której rozpocznę listowanie dowodów na prawdziwość powyższej tezy.


Kwartet Paryski, wiosna 1987 i dwa lata wcześniej

Dwa paryskie spotkania czworga przyjaciół, pierwsze w Teatrze Dunois w 1985r., drugie – dwa lata później - w Muzeum Sztuki Współczesnej Miasta Paryż (tłumaczę z francuskiego, nie znając języka, zatem z góry przepraszam za ewentualne przekłamania). Przekornie to efekt fonograficzny tego późniejszego zajmie pierwszą stronę winyla, którego szwajcarski Intakt Records wyda po kolejnych dwóch latach i – o, zgrozo – nie wznowi do dnia dzisiejszego. Już się pewnie domyślacie, że nagranie spotkania wcześniejszego znajdzie się na drugiej strony wyżej wspomnianej płyty. Razem uzbiera się blisko 50 minut muzyki.



Paris Quartet (Intakt, 1989) – bo to o tym wydawnictwie mówimy – to spotkanie szwajcarskiej pianistki Irene Schweizer i trójki improwizatorów francuskiego miotu - Joëlle Leandre (kontrabas, głos), Yves Robert (puzon) i Daunik Lazro (sax alt). Jako tytuł wykonawczy na okładce widzimy te cztery nazwiska, jakkolwiek nie w tej kolejności. Dodajmy z czysto statystycznego punktu widzenia, iż przy epitecie kompozytor na poszarzałej okładce winyla widnieje nazwisko Leandre, jakkolwiek informacja ta nie ma specjalnego waloru poznawczego z uwagi na fakt, iż muzyka zawarta na Paryskim Kwartecie jest … całkowicie improwizowana. Jeśli zręby wcześniej przygotowanych pomysłów na muzykowanie znalazły się w formie papierowej w momencie rejestracji muzyki, to niechybnie posłużyły jedynie za podstawek pod filiżanki z kawą.

Oszczędna w dźwięki pianistka, wycofany i lekko ironizujący puzonista, figlarny i estetycznie pokrętny alcista, wreszcie wojująca kontrabasistka w ostrogach, smagająca smyczkiem ledwo żywe struny swego wielkiego instrumentu. No i wisienka na tym wyjątkowo smakowitym torcie – wokalizy tej ostatniej, piękne i drapieżne jednocześnie, uzmysławiające niedoedukowanemu słuchaczowi (niżej podpisanemu), że możliwości głosowe Pani Leandre daleko wykraczają poza okowy niszowej muzyki improwizowanej. Boże, co za głos1?!
Trzynaście tytułów na trakliście, jedynie dla ozdoby (wszak francuski język pięknym jest bez cienia wątpliwości) i wygody słuchającego, bo muzyka na tej płycie, jak się już zacznie, to trwa do ostatniej sekundy bez zbędnych przerw i ochłapów ciszy.

Genialna płyta, który już sama w sobie - na półce pośród miliona innych, popełnionych przez tabuny nieznanych nikomu muzyków, które kupiliście nie zawsze wiedząc dlaczego -  wystarczy, by tezę postawioną w drugim akapicie tej opowieści bezczelnie ukonstytuować. Ale że w jej tytule padło, że będzie o … trzech kwartetach, to czas na prezentację drugiego.


Kwartet Szaleńczy, wczesna wiosna 2001

Minęło półtorej dekady lat, a Joëlle Leandre znów spotyka Daunika Lazro i nagrywa z nim w kwartecie. Brakujące dwie nogi tego improwizującego czworokąta uzupełnili wówczas podejrzanie nam znani – Paul Lovens (perkusjonalia) i Carlos Zingaro (skrzypce). Spotkanie miało miejsce na koncercie, w ramach Forum de Blanc-Mesnil, w trakcie Festiwalu w Banlieues Bleues (znów Paryż, na północ od 19. Dzielnicy, informacja dla turystów silnie poszukujących wrażeń). Na scenie wypocili dwa fragmenty improwizacji, łącznie spędzając na niej blisko godzinę zegarową.



W pewnej opozycji do Kwartetu Paryskiego sprzed lat kilkunastu, muzyka płynie stosunkowo wartko, a udział perkusisty miary Lovensa nadaje wyczynom kwartetu nieco inny wymiar w aspekcie estetycznym. Jeśli zachwytu nam starczy po szaleństwach dokonywanych przez kontrabas i alt, zamiennie z barytonem, ucho zawieśmy na pięknych pasażach skrzypiec Zingaro (wszak ich brzmienie, lekko rozwibrowane, poznamy nawet w odmętach śmierci klinicznej, po przedawkowaniu free improv). W niespełna dwanaście miesięcy później pewien francuski label wyda to na srebrnym krążku i zatytułuje po prostu Madly You (Potlatch, 2002), co okaże się zarówno tytułem wykonawczym, jak i nazwą płyty.


Kwartet Sudo, wczesna wiosna 2011

Mija kolejna dekada, a my wciąż krążymy w ramach aglomeracji Paryskiej (jakie to paskudnie wielkie miasto!). Tym razem jesteśmy bowiem w miejscowości Bobigny, a na scenie Salle Pablo Neruda bynajmniej nie kwili kilku niespełnionych poetów, a kolejny wyśmienity kwartet z wielkim wiosłem Joëlle Leandre. W zasadzie ci sami muzycy, co dekadę wcześniej, albowiem brakuje jedynie Daunika Lazro, którego udanie zastępuje włoski trębacz o pięknie brzmiących personaliach – Sebi Tramontana.



Niewiele ponad godzina muzyki, zarejestrowanej na żywo, podzielonej na pięć niezależnych części, innymi słowy - innych wątków swobodnie improwizowanych dialogów czworga doskonałych muzyków (a jakże pięknie brzmi tu puzon!). Znów w doskonałej formie odnajdujemy Zingaro, Lovens jest precyzyjny i dosadny, niczym niemiecki saper (już im odpuśćmy tę drugą wojnę…), a Leandre trzyma całe towarzystwo w ryzach, śmiało manipulując smykiem i snując oryginalne wokalizy (choć po prawdzie, w niższych rejestrach, niż te wspaniałe z Paris Quartet - cóż minęło jednak ćwierć wieku).

Całość edytorsko – w ramach produkcji na ziemi litewskiej - nazwano Sudo Quartet Live At Banlieue Bleue (NoBusiness Records, 2012). Tytuł skąd inąd jednoznacznie sugeruje, że byliśmy w tym samym festiwalu, na którym tak udanie, dziesięć lat wcześniej, produkował się kwartet Madly You.


Po odsłuchach obowiązkowych - lektury nadprogramowe

Jeśli ze smakiem przebrnęliście przez trzy wspaniałe kwartety z niewątpliwie znaczącym i decydującym udziałem Joëlle Leandre, a teza postawiona w drugim akapicie jest już Wam całkowicie bliska, rzućcie okiem na tę drobną listę lektur nadobowiązkowych. Jeśli bowiem chcecie celująco zaliczyć kurs świadomego miłośnika free improvisation, winniście i te pozycje mieć na rozkładzie.




Segregator pt. Leandre/ Schweizer stanowczo możecie wypełnić fiszkami z wrażeń, jakie dostarczy odsłuch The Stroming Of The Winter Palace (Intakt Records, 1988; reedycja CD 2000), dysku firmowanego przez kwintet, gdzie duetowi naszych bohaterek towarzyszy wspaniała szkocka wokalistka Maggie Nicols (nota bene te trzy Panie popełniły kilka płyta jako Les Diaboligues, a samą Maggie słusznie kojarzymy ze Spontaneous Music Ensemble) oraz zaciąg męski w osobach puzonisty George’a Lewisa i perkusisty Guntera Sommera. Warto też spędzić kilka chwil z płytą sygnowaną jedynie nazwiskiem Schweizer (Live At Taklos, Intakt, 1986/2005), na której odnajdujemy tych samych muzyków, wszakże improwizujących w mniejszych podgrupach. Połowa płyty to nagranie tria Leandre/ Schweizer/ Lovens.



W inny segregator - Leandre/Tramontana - wepnijcie spostrzeżenia po obcowaniu z dwoma pozycjami nagranymi przez ten tandem. Najpierw może wspaniały E’vero (Leo Records, 1999), a zaraz szybko potem wydawnictwo The Chicken Check In Complex (Leo Records, 2002), gdzie duet wspomagają ckliwe skrzypce… Carlosa Zingaro.



Po dzisiejszej lekcji winien Wam pozostać jeszcze jeden, nieco skromniejszy segregator: Leandre/ Lazro. Póki co wypełnijcie go ich duetem „litewskim” Hasparren (NoBusiness, 2013).

A ja  - tak naprawdę - dopiero otwieram tę opowieść. Możecie śmiało liczyć na szereg kolejnych historii o życiu i szalonej twórczości Joëlle Leandre. Poniekąd, choć wcale nie przy okazji, oczekiwać należy na Trybunie osobnej opowieści o Dauniku Lazro. Stosowne zobowiązania poczynione!



piątek, 22 stycznia 2016

Spontaneous Music Ensemble - dzieło życia Johna Stevensa, odcinek 1


Zespół Muzyki Spontanicznej. Dzieło życia Johna Stevensa

Motto[1]
Jeśli nie słyszysz muzyków, z którymi improwizujesz, oznacza to, że grasz za głośno.
Jeśli dźwięki, które tworzysz, nie korespondują z muzyką graną przez kolegów, to po co jesteś w Zespole.


Zamiast wstępu

Przekornie, nim słowa niniejszego tekstu skierują uwagę Czytelnika na najważniejszą postać tej opowieści, czyli Johna Stevensa, parę słów o istotnie ważnej postaci dla tej muzyki, a także niemniej inspirującej dla powstania tego artykułu.

Najważniejsza postać europejskiej sceny improwizowanej, która nie jest muzykiem, to bez wątpienia niemłody już Brytyjczyk Martin Davidson. Inżynier dźwięku i wydawca, właściciel EMANEM Records. To dzięki jego katorżniczej pracy szperacza i niestrudzonego poszukiwacza zagubionych taśm i kaset, niniejszy artykuł w ogóle mógł powstać. Gdyby nie wydawnictwa EMANEM wydane już po śmierci Johna Stevensa, dyskografia tego znakomitego perkusisty byłaby dalece szczątkowa i niereprezentatywna. Oto bowiem za niedługiego życia Johna, jeśli weźmiemy pod uwagę wydawnictwa sygnowane nazwą Spontaneous Music Ensemble/Orchestra, światło dzienne ujrzała niewiele ponad połowa dostępnych dziś nagrań formacji. Szczególnie śladowy był udział nagrań dokonanych po roku 1975 (kwartet i trio z dominującym udziałem instrumentów strunowych)[2].

Dodatkowo pozwólcie na wycieczkę prywatną. Gdy trzy lata temu przesłałem Martinowi moją drobną monografię innego wielkiego Anglika na scenie free improv – Evana Parkera, ten grzecznie pogratulował tekstu, acz z grubej rury był łaskaw zauważyć, iż podsumowując życie i twórczość bystrego chłopaka z Bristolu kompletnie pominąłem wątek jego współpracy ze Spontaneus Music Ensemble. Zatem, chcąc nie chcąc, zmuszony zostałem do wzmożenia aktywności żurnalistycznej, a odrobione zadanie domowe przed Wami.


Fakty na początek

John Stevens (1940-1994), Anglik, syn boksera z uszkodzonym słuchem i nauczycielki, wielbicieli muzyki filmowej i tap dancingu. Perkusista i perkusjonalista, aktywny muzycznie przez ponad trzydzieści lat. Wyrosły z bebopowych i freejazzowych standardów, miłośnik Alberta Aylera i Ornette’a Colemana wyniósł ideę muzyki swobodnie improwizowanej na wyżyny osiągalne dla niewielu. Możemy się jedynie spierać, kto zrobił do pierwszy. On, czy Derek Bailey? Wszakże bez otwartego umysłu Johna i wielorakich koncepcji kolektywnych interakcji pomiędzy muzykami, inaczej wyglądałaby dzisiejsza muzyka swobodnie improwizowana, wyrosła po tej stronie Atlantyku.

Spontaneous Music Ensemble (1966-1994), zwany dalej SME. Zespół Muzyki Spontanicznej. Dzieło życia Johna Stevensa. W pierwszej dekadzie absolutnie kluczowa formacja w dorobku muzyka, w kolejnych dwóch świadome uzupełniająca inne aktywności, te o bardziej freejazzowej proweniencji[3].
Prześledźmy najważniejsze stadia rozwoju tej muzycznej idei.


Okres burzy i naporu (Challenge – Withdrawal, 1966-67)

W okolicach połowy lat 60-tych ubiegłego stulecia trzech dziarskich dwudziestoparolatków – po wspólnych doświadczeniach muzykowania w trakcie pełnienia zaszczytnych obowiązków w Armii Jej Królewskiej Mości – postanowiło intensywnie pomuzykować na własny użytek, starając się znane im ze słyszenia i oglądania frazy jazzowych idoli przemielić przez pryzmat swoich gotujących się głów, przesyconych ideami wolności, równości i komunizmu. Szczęśliwie londyński Little Theatre Club każdego wieczoru udostępniał im małą salkę na poddaszu. Panowie nazywali się Paul Rutherford, Trevor Watts i John Stevens. Nikt nie pamięta dokładnie, kto i dlaczego nazwał tę zgraję zapaleńców mianem Spontaneous Music Ensemble.





Po roku walki z improwizowaną materią byli już gotowi wejść do studia, by nagrać kilka swoich kompozycji. Do inicjatorów przedsięwzięcia dołączyli Bruce Cale (zamiennie z Jeffem Clyne’m) i Kenny Wheeler. W marcu 1966 roku nagrali materiał, który ukazał się na LP „Challenge”[4], a zawierał kilka zgrabnie skomponowanych i błyskotliwie wyimprowizowanych przez zdolnych Anglików utworów. Prawami autorskimi podzieliło się trzech liderów. Trzy różne dęciaki[5], bas i perkusja – optymalny skład dla konkretnej free jazzowej układanki. Dynamiczna, melodyjna, świetnie zagrana muzyka, daleka wszakże od idiomu freely improvised music[6], która w kolejnych latach stała się treścią większości ujawnień SME.

Tymczasem twórcze muzykowanie w LTC trwało w najlepsze, a muzyczne idee rodziły się każdego wieczoru, głównie - dodajmy - w głowie Johna Stevensa, którego determinacja połączona z silną osobowością powodowała, iż realnie ujawniał się prawdziwy lider i prowodyr tych improwizacyjnych wybryków.

Kolejny zarejestrowany materiał do krótkiego filmu dokumentalnego „Withdrawal”[7] był pierwszą próbą odejścia od typowego jazzowego frazowania. Długie, przesycone niepokojem dźwięki budowane przez Sextet (do zespołu dołączył już na stale Evan Parker) wskazują, iż horyzonty muzycznej wyobraźni Stevensa i kolegów wyraźnie się poszerzają, podobnie jak dobór instrumentów, choćby w postaci oboju, na którym pięknie frazuje Watts. Albowiem, jak słusznie uważał John, muzyka winna rozwijać się przede wszystkim poprzez eksplorację nowych dźwięków i podejmowanie przez muzyków kolejnych, pozornie niewykonalnych zadań.

Po pół roku muzycy ponownie walczą  w studiu z dźwiękową materią przygotowaną przez Stevensa, a do składu dołącza Derek Bailey[8]. Muzycy koncentrują się na kompozycji po czasie nazwanej przez Martina Davidsona „Withdrawal-Sequence”, a także wykonują suitę „Seeing Sounds and Hearing Colours”, która stanowi jedną z pierwszych śmiałych wycieczek w kierunki bardzo ogólnie pojmowanej kameralistyki i skromnych zabaw z instrumentacją, co zresztą sam tytuł dobitnie podkreśla[9]. Mądrzejsi od nas doszukali się w tej kompozycji wyraźnych wpływów Antona Weberna i jego „Five Pieces For Orchestra”.


Muzyka absolutnie niekomponowana  (Summer 1967, Karyobin 1968)

Lato i wczesna jesień roku 1967 to moment, w którym Stevens rozpoczął rejestrować nagrania, na które przybywał jedynie z otwartą głową, bez jakichkolwiek odnotowanych sugestii, co do tego, jak miało przebiegać muzykowanie. Te pierwsze nienotyfikowane, zatem w pełni improwizowane występy, to drobny koncert w barze kawowym (co słychać!) w trio z Evanem Parkerem i Peterem Kowaldem, sesja studyjna w duecie z Parkerem, a także koncert tego duetu w jednym z londyńskich teatrów. Całość po latach wydał Davidson, opatrując te nagrania całkowicie słusznie tytułem „Summer (1967)”[10]. Co charakterystyczne dla tych nagrań, a także dla wielu późniejszych rejestracji całkowicie improwizowanych spotkań muzycznych, muzyka snuje się pozornie leniwie i jest niejednokrotnie niezwykle cicha i wrażliwa na pojedyncze dźwięki[11]. Ten aspekt stevensowskiej free improv będzie na przestrzeni lat jedynie doskonalony.





Podobny charakter – przynajmniej w zakresie braku notyfikacji – miało spotkanie pewnych pięciu panów w lutym 1968 roku w Olympic Sound Studios (OSS) w Londynie pod czujnym okiem Eddiego Kramera[12]. Do czterech ówczesnych stałych członków SME (Wheeler, Parker, Bailey, Stevens) dołączył opromieniony sławą współpracy z „elektrycznym” Milesem Davisem Dave Holland (na szczęście w ogóle tego nie słychać). Kwintet popełnił genialną 50 minutową improwizację, którą John nazwał „Karyobin. Are The Imaginary Birds Said to Live In Paradise”[13]. Szczęśliwie materiał został wydany na LP, a po latach także na CD. Dziś jest kosmicznym białym krukiem, a na aukcjach internetowych osiąga horendalne ceny. Pięciu absolutnie skoncentrowanych na wzajemnej współpracy muzyków udowadnia, że istnieją przypadki idealnej kooperacji. Wszelkie założenia leżące u podstaw wiary Stevensa w ludzką współpracę na poziomie dźwięków święcą wielki triumf. Wielka improwizacja złożona z drobnych dźwięków, subtelnych kontrapunktów, nanosekundowych mikroreakcji na zachowania pozostałych muzyków. To tu – wedle słów Richarda Scotta - rozpoczęła się w dumnych dziejach SME improwizacja molekularna, cząsteczkowa, tkana z pojedynczych figur dźwiękowych[14]. Pierwszy wielki kamień milowy w dumnej historii SME.


Koncepcja improwizacji sterowanej  (Familie and Oliv and, 1968-69)

Click Piece: wykonujesz najkrótszy z możliwych dźwięków dotykając swego instrumentu na ułamek sekundy, potem powtarzasz ten dźwięk najlepiej jak potrafisz, nie koniecznie w relacji do tego, co robią współpartnerzy. Znów klikasz i starasz się to powtarzać. Pozostali muzycy postępują podobnie. Dalej w naturalny sposób klikanie wszystkich muzyków zaczyna przyciągać się do siebie niczym magnes i zaczynacie czuć, że gracie razem.

Sustained Piece: wciągasz tyle powietrza, ile pomieszczą twoje płuca, a potem grasz lub śpiewasz na wydechu tak długo, jak tylko potrafisz. Potem powtarzasz tę czynność, niekoniecznie w tej samej tonacji. Długość oddechów każdego z muzyków jest różna, a długotrwałe dźwięki nakładają się na siebie, tworząc nieświadomie pajęczynę przenikających się dronów[15].

Jeszcze przed nagraniem „Karyobin” Stevens zebrał w OSS grupę jedenastu muzyków (w tym dwie wokalistki), by zarejestrować kompozycję „Familie”, która oparta została na koncepcji „Click and Sustained Piece”[16].  Ta specyficzna, delikatnie sterowana improwizacja była kolejną nowatorską próbą zmierzenia się z materią tworzenia muzyki wspólnie, poprzez aktywne współdziałanie w większej grupie podmiotów wykonawczych. Znana dotychczas wersja „Familie”, wykonana przez kwintet trzech instrumentów dętych, damskiego wokalu i perkusji [17], to jedno z najpiękniejszych momentów we wczesnej historii SME.





Elementy koncepcji „Click and Sustained Piece” wykorzystane zostały także w  kompozycji „Oliv I” (nonet w trzema wokalistkami) i „Oliv II” (kwartet z wokalistką). Jak wynika z liner notes Johna Stevensa do winylowej edycji tych nagrań[18], pierwsza cześć kompozycji została specyficznie skonstruowana,  ponieważ John najpierw wybrał muzyków, dopiero potem „pod nich” stworzył zręby kompozycji. Druga część „Oliv” to już kwartet działający na typowej wówczas dla SME zasadzie funkcjonowania, gdzie przygotowany temat jest bazą dla tworzenia grupowych improwizacji. Johnny Dyani na basie i Maggie Nichols na wokalu (plus Watts i Stevens rzec jasna) tworzą tu zespół, który śmiało można uznać za protoplastę wspaniałego kwartetu z 1971 z Jullie Tippetts.

Cdn.

Odcinek 2    Odcinek 3

Tekst pierwotnie - w wersji redakcyjnej - opublikowany na glissando.pl we wrześniu 2014r.. Tu zamieściłem go w wersji oryginalnej.



[1] Autorstwo tychże słów – stanowiących poniekąd credo zasad twórczych Stevensa – przypisuje się Evanowi Parkerowi
[2] Z faktograficznego punktu widzenia warto dodać, iż bodaj najwybitniejsze dzieło SME „Quintessence/Eighty-Five Minutes” pojawiło się na rynku 13 lat po nagraniu. Należy także wspomnieć, iż aż cztery wydawnictwa winylowe powstałe w latach 1969-1971 do dziś nie ukazały się w wersji CD; we wrześniu 2014  wydano - po raz pierwszy na CD - materiału z czarnego krążka  John Stevens Spontaneous Music Ensemble „OLiv”, uzupełniony o kompozycje „Familie”.
[3] Patrz rozdział: Inne aktywności muzyczne Johna Stevensa
[4] Kompaktowa reedycja zawiera dodatkowy utwór powstały rok później, już z udziałem Evana Parkera: „Challenge (1966-7)” EMANEM 4053 (2001), także EMANEM 5029 (2013)
[5] Puzon, sax alt i trąbka
[6] Autorem tego określenia jest Derek Bailey
[7] Muzyka ta ujrzała światło dziennie dopiero po latach, w roku 1997 : „Withdrawal (1967-7)” EMANEM 4020
[8] To bodaj pierwszy przypadek, że Bailey grał muzykę free. Dodatkowa wiosenna sesja z 1967 roku to pierwsze muzyczne spotkanie Evana Parkera i Barry’ego Guya.
[9] „Widząc dźwięki, słysząc kolory”
[10] 1995, EMANEM 4005
[11] Patrz motto nr 1
[12] Większość nagrań studyjnych we wczesnym okresie SME odbywała się właśnie tam, z tymże producentem
[13] Island LP 1968, Chronoscope CD 2001. Tytuł „Karyobin” to efekt fascynacji Johna japońską muzyką gugaku; być może znawcy tej muzyki odnajdą jej elementy w pięknych improwizacjach kwintetu. Przy okazji, w sesji w roli obserwatora uczestniczyła Yoko Ono.
[14] „Imaginery Birds: John Stevens and Molecular Improvisation”, Berlin July 2011, dostępne pod adresem www.richard-scott.net
[15] Szczegółowy opis koncepcji „Click and Sustainded Piece” dokonany przez Johna Stevensa zawarty jest w książeczce dołączonej do CD “Frameworks”.
[16] Jak już wspomniałem nagranie „Familie” ze stycznia 1968 miało ukazało się po raz pierwszy we wrześniu 2014 w EMANEM, w nieco okrojonej, około 30 minutowej wersji.
[17] Puzon, alt i trąbka; CD „Frameworks”
[18] Wydane na LP przez Marmalade, a wkrótce potem także przez Polydor, obecnie na CD przez EMANEM