Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isabelle Duthoit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isabelle Duthoit. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 sierpnia 2026

Gilles Sivilotto played by zeitkratzer, Isabelle Duthoit and himself!


Sytuacja dramaturgiczna jest następująca – mamy francuskiego kompozytora, dwie wersje utworu Handmade, tworzonego/ wykonywanego za pomocą ruchu rąk okablowanych sprzętem elektronicznym oraz francuską wokalistkę i niemiecki nonet, którzy podejmują się realizacji dzieła w wersji akustycznej.

Jak to często bywa w przypadku muzyki współczesnej, dla złaknionych wiedzy werbalnej przygotowano szczegółowy opis procesu, szczęśliwe napisany … ręką kompozytora i zamieszczony na bandcampowej stronie albumu. My, jak zawsze, skupiamy się na samych dźwiękach.

 


Najpierw słuchamy kompozycji Handmade 3 w wersji elektronicznej. Początek przypomina szum wiatru, który hula na zewnątrz, a do nas dociera przez ledwie co uchylone okno. W potoku narracji zaczynają z czasem pojawiać się drobne zgrzyty, jakby elektroniczne muśnięcia, a wszystko wokół syczy, skwierczy i pęcznieje. Droga od masywnego spiętrzenia do filigranowego wyciszenia odbywa się tu niemal w kilka chwil, których upływ wydaje się niezauważalny. W drugiej fazie utworu narracja staje się z wolna strumieniem subtelnych, elektronicznych usterek. Niekiedy przypomina owady stąpające po rozgrzanej patelni, innym razem mamy wrażenie, że ktoś rozdziera papier, a może to dźwięk dogasającego pogorzeliska. W drugim utworze tę samą materię kompozytorką bierze na warsztat, a może wkłada do gardła, the one and only Isabelle Duthoit. Na początku … nie słyszymy specjalnej różnicy w stosunku do wersji elektronicznej. Z czasem nasze uszy wypełnia kosmos wokalnych możliwości Francuzki. Artystka mruczy z samego dna przełyku, ciężko oddycha lub świszczy jak gruźlik, skrzeczy, charczy, wydaje kocie piski – od mikro zgrzytów po wybuchy prawdziwe zwierzęcej ekspresji. Pod koniec utworu nawet melodyjnie pośpiewuje, to chyba przejaw autoironii, potem jeszcze gwiżdże i szeleści, aż w końcu umiera na suchoty. Doprawdy chciałoby się obu wersji Handmade 3 posłuchać jednocześnie.

Tymczasem na dysku ujawnia się kompozycja Handmade 2, najpierw w wersji akustycznej. Niepowtarzalny zeitkratzer, to tym razem cztery instrumenty strunowe, trzy dęte, fortepian i perkusjonalia. Otwarcie lepi się z drobnych, suchych, ledwie słyszalnych dźwięków szarpanych strun, szeleszczących dętych i percussion. Owa plejada dobrze zintegrowanych short-cuts dość sprawnie przepoczwarza się w rozedrgany dron, ale zaskakująco filigranowy – przypomina dziecięcy kalejdoskop w wersji monochromatycznej. Po niezbyt intensywnym spiętrzeniu narracja powraca do gry na małe pola. Teraz wydaje się leniwą flautą mikrobiotycznych prychów i skrzypień. Pojawiają się melodie inicjowane na wydechu, gaszone na wdechu. Całość nabiera jednak masy, zaczyna groźnie hałasować. Na finałowej prostej przypomina wielki, rozklekotany pociąg towarowy, który kończy bieg wyjątkowo precyzyjnym falling down.

Na koniec albumu dostajemy elektroniczną wersję utworu przed momentem performowanego przez niemiecki nonet. Wracają podmuchy wiatru, jakie znamy z początku płyty. Ale tu dość szybko stają się burzą z piorunami. Zmyślnie uformowany masyw górski rozpada się nagle na drobne, zanikające odpryski skalne. Flow budowany jest teraz jakby do nowa, ale przy użyciu kompulsywnego power electronics. Najpierw tylko incydentami noise, potem już pełnym spektrum dźwiękowym. W końcu słyszymy chyba ten sam pociąg towarowy, ale tym razem napędzany silnikami najnowszej generacji. A może to wielki rój owadów, który opada nad miastem. Ostatnie frazy tego niebywałego albumu, to mroczny, dość intensywny ambient, który umiera nagle po zwinnym cięciu skalpelem.

 

Gilles Sivilotto/ zeitkratzer / Isabelle Duthoit Handmade (Zeitkratzer Records, CD 2025). Gilles Sivilotto – kompozycje, handmade electronics (utwory 1 i 4), Isabelle Duthoit – głos (2), zeitkratzer (3): Frank Gratkowski – klarnety, Hild Sofie Tafjord – rożek francuski, Hilary Jefferey – puzon, Reinhold Friedl – fortepian, Maurice de Martin – instrumenty perkusyjne, Lisa Marie Landgraf i Burkhard Schlothauer – skrzypce, Nora Krahl - violincello oraz Ulrich Phillipp – kontrabas. Czas i miejsce nagrania różne. Cztery utwory, 50 minut.



wtorek, 10 marca 2026

Zeitkratzer! A short story from heaven to hell and back again!


Ubiegłotygodniowa prezentacja najnowszego albumu Reinholda Friedla wywołała w gronie redakcyjnym coś na kształt recenzenckich wyrzutów sumienia. Oto bowiem jedna z najważniejszych postaci europejskiej muzyki kreatywnej ostatniego ćwierćwiecza bywa na tych łamach traktowana nie tyle po macoszemu, co sukcesywnie pomijana.

Trybuna Muzyki Spontanicznej, jak powszechnie wiadomo, to głos improwizującego ludu miast i wsi, stąd zainteresowanie, tudzież czas poświęcany sztuce, dla której improwizacja jest jedynie jedną z wielu metod pracy nie zawsze są należyte. Wiele wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości sytuacja ta nie ulegnie zmianie, ale … z ogromną przyjemnością zapraszamy dziś na krótki przegląd dokonań formacji Zeitkratzer (często pisanej z małej litery). Reinhold Friedl jest jej szefem, naczelnym kompozytorem, czasami dyrygentem, także pianistą, muzykiem improwizującym, artystą szukającym w pudle rezonansowym wielkiego instrumentu strunowego drugiego, jakże piekielnego dna.

 


Zeitkratzer tworzy na ogół stała grupa artystów, z których większość świetnie znamy ze sceny muzyki improwizowanej i szeroko pojętego wykonawstwa muzyki współczesnej, z saksofonistą i klarnecistą Frankiem Gratkowskim oraz perkusjonalistą Maurice’em de Martinem na czele. W zestawie podstawowych narzędzi pracy muzyków odnajdujemy zazwyczaj dwa-trzy instrumenty dęte, trzy-cztery strunowe, perkusjonalia i preparowany fortepian lidera.

W repertuarze zespołu jesteśmy w stanie odnaleźć każdy gatunek – rock, jazz, noise, muzykę ludową, elektronikę, także tę taneczną (np. Kraftwerk), piosenki avant-popowe, a nawet serbskie pieśni bojowe. Oczywiście nie brakuje palety wybitnych kompozytorów muzyki współczesnej, częściej wszakże tych, których moglibyśmy zaliczyć do grona pionierów minimalizmu. Stale jest tu obecny Iannis Xenakis, który zdaje się być z perspektywy lat artystycznym guru dla Friedla i Zeitkratzer. Albumy formacji często wypełniają kompozycje samego Friedla, a także incydentalnie Franka Gratkowskiego. Poniżej listujemy nagrania, które z perspektywy piszącego te słowa wydają się definitywnie najciekawsze, a które winny także przypaść do gustu miłośnikom muzyki improwizowanej, zatem stałemu elektoratowi Trybuny.

  


Zacznijmy wszakże od tego, co najświeższe na półce z napisem Zeitkratzer. Ich najnowsze dokonanie, to cykl pięciu … winylowych pięciocalówek zatytułowanych Abkratzen, które dostarcza jeden z najważniejszych dla dorobku Friedla i zespołu wydawców, czyli krajowy Bocian Records. Każda z płyt zawiera po dwa dwuminutowe utwory, które są fragmentami ścieżki dźwiękowej do bliżej nam nieznanego, chyba fabularnego filmu Horses Are The Survivors of the Heroes. Dwie pierwsze płyty są dostępne na bandcampie wydawcy, trzecia jest już wyprodukowana, a dwie kolejne czekają na ów fakt edytorski. Natomiast ostatni pełnowymiarowy album grupy wypełnia kompozycja Gillesa Sivilotto Handmade, zaprezentowana zarówno w wersji elektronicznej (dwukrotnie), jak i akustycznej, a także w interpretacji wokalnej Isabelle Duthoit.

  


Na dobry początek naszego krótkiego overview wrzućmy do odtwarzacza (w tym wypadku kompaktowego) album zatytułowany Kore. Tradycyjnie dla Friedla i formacji materiał kompozytorski stanowi jedynie drogowskaz, rodzaj prawdopodobnego scenariusza zdarzeń, do jakich może dojść w trakcie procesu twórczego, a nie twarda, niepodlegająca dyskusji notyfikacja kompozytora. Tantiemy autorskie zbiera tu pianista, a kompozycja stanowi rozwinięcie pomysłu, jaki przeświecał autorowi dekadę wcześniej i zarejestrowany został na albumie Xenakis [a]live! Materiał inspirowany eksperymentalnymi nagraniami z taśmami greckiego kompozytora (szczególnie Persepolis), tu zaprezentowany w czterech kilkunastominutowych odsłonach, stanowić ma swoisty hommage Friedla dla Xenakisa. Aparat wykonawczy jest dziewięcioosobowy, a każdy z akustycznych instrumentów poddany zostaje procesowi amplifikacji. Efektem jest gęsto ustrukturyzowany dron wzmocnionej akustyki, który przypomina wielkie zgrzytanie zębami, chętnie sadowi się w pobliżu estetyki noise i post-industrial, a zarejestrowany został w okolicznościach koncertowych. Wspaniałe nagranie!

  


Równie intensywny i bliski estetycznie Kore jest album zatytułowany Duft. Muzycy biorą tu warsztat Handmade Gillesa Sivilotto (jak się okazuje, nie po raz ostatni) oraz kompozycję Franka Gratkowskiego Estuaria. Szczególnie intryguje pierwszy utwór, który jest pochodem preparowanych dźwięków strunowych i dętych, a sprawia wrażenie swobodnej improwizacji dziewięcioosobowego ansamblu, systematycznie wiercącego wielką dziurę w naszych receptorach słuchu. Utwór podpisany przez Gratkowskiego jest spokojniejszy, stanowi strugę płynnej, nieco medytującej akustyki. Kolejny pomnikowy album w dorobku formacji, wydany na trwającym niespełna dwa kwadranse czarnym krążku przez Bociana!

  


Jeśli szukamy nagrań najsilniej nawiązujących do estetyki noise, zawierających porcje kompulsywnego, jakże pięknego hałasu, sięgnąć winniśmy po kolejny krótki winyl wydany przez Bociana (tu w tajemniczej kooperacji z Musica Genera!). Album Saturation zawiera na pierwszej stronie kompozycję Monochromy Zbigniewa Karkowskiego, co stanowi wystarczającą rekomendację gatunkową, a na stronie drugiej friedlowski Xenakis Alive I. Mroczne, siarczyście brudne, surowe brzmienie wzmaga tu użycie analogowego samplera, który uzupełnia tradycyjne, akustyczne brzmienie pozostałych instrumentów, które wykuły w skale to niesamowite nagranie.

  


Jeśli Zeitkratzer gra kompozycję Kaspera T. Toeplitza, to wiemy, że estetyka noise znów zagości w naszych uszach! Podwójny, kompaktowy album Agitation/ Stagnation zawiera nagranie koncertowe z krakowskiego Festiwalu Sacrum Profanum, ale w formie dalece niestandardowej. Pierwsza płyta zawiera 37-minutowy zapis koncertu, druga zaś jego elektroniczne odbicie (wedle opisu electronic score), trwa zatem dokładnie tyle samo, co żywe nagranie. Albumowe credits sugeruje, by obu płyt … słuchać jednocześnie. Formacja rozrasta się tu do tentetu, w składzie którego odnajdujemy samego kompozytora wcielającego się w rolę dyrygenta (po społu z Friedlem), a także mącącego akustyczną florę formacji porcją intrygującej elektroniki. Dodajmy, iż album dostarcza oczywiście Bocian!

  


Czas na wielki gabaryt! Najpierw sięgnijmy po kompozycję Friedla zatytułowaną Krafft, która została wykonana siłą podwójnego zespołu. Z jednej strony dziewięcioosobowy Zeitkratzer, z drugiej francuska załoga Ensemble 2e2m, także złożona z dziewięciu artystów. Nad wykonaniem dzieła czuwa dyrygent Pierre Roullier. Instrumentarium obu formacji jest akustyczne, do tego niemal bliźniacze – trzy dęte, cztery strunowe, perkusjonalia i fortepian. Kompozycja Friedla ma definitywnie monumentalny charakter, zdaje się być rytmicznym oddechem wielkiego stwora. Frazy osiemnastu instrumentów, grane na ogół unisono, tworzą tu gęstą strugę dźwięków, która balansuje pomiędzy filharmonicznym spazmem, a post-kameralnym samouspokojeniem. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, jest rejestracją koncertową z Paryża, dostępną w formacie CD. Dodajmy, iż w trakcie komponowania Krafft pianista wykorzystał specjalnie oprogramowanie stymulujące losową sekwencję zjawisk fonicznych.

  


Grand Orchestra, to już czyste, artystyczne szaleństwo! Na scenie berlińskiego Domu Kultury Światowej, pewnego letniego wieczoru 2011 roku, zebrano prawie sześćdziesięciu muzyków, pośród których znaleźli się członkowie Zeitkratzer, szerokie grono ich gości, a także przedstawiciele formacji The Berline Pipe Company oraz Tenor Drum. Niewykluczone, iż na scenie znaleźli się także muzycy nieprofesjonalni. Kompozycja Friedla zwie się Grand Orchestra for mixed orchestra and bagpipes, a pomieszczono ją na kompaktowym dysku w dwóch niezatytułowanych częściach. Nagranie jest prawdziwie ekstatyczne, realizowane zazwyczaj na pełnym wydechu, gęste jak wulkaniczna lawa i tylko w ścisłe określonych interwałach czasowych mniej intensywne. Całość zdaje się być kolejną inkarnacją The Great Learning Corneliusa Cardew, może też przywoływać w pamięci nagrania Spontaneous Music Orchestra, zwłaszcza te, w trakcie których do procesu wykonania utworu włączano muzyków amatorów, a także publiczność zgromadzoną na koncercie. W momentach szczególnych eksplozji wątek prenatalnego free jazzu i Globe Unity Orchestra też może okazać się ciekawym skojarzeniem.

  


Po takim wulkanie dźwięków i emocji zasłużyliśmy na dłuższe chwile odpoczynku. W tym niecnym dziele pomocne okazać się mogą albumy wydane w ramach serii Old School. Friedl zaaranżował cztery takie wydarzenia, a każde z nich zawiera kompozycje innego mistrza/ klasyka/ legendy minimalizmu i muzycznego eksperymentu - odpowiednio Jamesa Tenneya, Johna Cage’a, Alvina Luciera i Karlheinza Stockhausena. W tym zestawie szczególnie urokliwa wydaje się kolekcja trzech kompozycji Tenneya (w winylowej reedycji - dwóch). To opowieść momentami niebywale medytacyjna, uformowana w wielominutowe drony, których estetyka śmiało nawiązuje do akustycznych kompozycji Eliane Radigue. W podobnym klimacie, choć nieco bardziej tajemniczym, onirycznym odnajdujemy pierwszy fragment albumu z kompozycjami Johna Cage’a. Z kolei w kolekcji utworów Alvina Luciera, w zasobach instrumentalnych Zeitkratzera odnajdujemy obok tradycyjnych, akustycznych instrumentów tzw. obiekty.

  


Po kompozycje Karlheinza Stockhausena Friedl i Zeitkratzer sięgają także na albumie Stockhausen: Aus Den Sieben Tagen, gdzie gościnnie swoje wokalne możliwości prezentuje Keiji Haino. Japoński artysta, którego znamy ze świeżego duetu z Friedlem, o którym pisaliśmy w ubiegłym tygodniu, w tym nagraniu wydaje się nadspodziewanie spokojny, mniej demoniczny, raczej w nastroju do nieco wytłumionej, dronowej kontemplacji. Album składa się z pięciu utworów, z których szczególnie miło rozbujany wydaje się ten najdłuższy, wieńczący album. Po stronie wykonawczej warto zaczynać, iż na liście plac znalazł się muzyk odpowiedzialny za brzmienie - w tym wypadku jego wkład w ostateczny kształt nagrania określono mianem acoustic noise.

  


Naszą opowieść o wybranych albumach Zeitkratzer kończymy przywołaniem płyty wydanej w Polsce pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku, a zatytułowanej zeitkratzer play PRES Polish Radio Experimental Studio. Na pierwszym krążku podwójnego wydawnictwa zamieszczone zostały klasyczne utwory polskich kompozytów, którzy niemal siedem dekad temu współtworzyli Polish Radio Experimental Studio – m.in. Eugeniusza Rudnika, Krzysztofa Knittela, czy Bogdana Mazurka. Elektroniczne utwory, które na zawsze zmieniły obraz eksperymentalnej muzyki współczesnej na drugiej płycie zestawu wykonywane są przez muzyków Zeitkratzera, oczywiście w pełni akustycznym instrumentarium. Dla wielu przygoda z Friedlem i jego formacją właśnie wtedy zaczęła się na dobre. Zawsze warto wracać do tego nagrania, a może od niego rozpocząć swoją własną przygodę z tą muzyką.

 

Po szczegóły dyskograficzne prezentowanych albumów odsyłamy na bandcampową stronę Zeitkratzer, a także Bocian Records. Wszakże by mieć pełny ogląd zjawiska warto zajrzeć na niezastąpioną stronę discogs.com, bo chyba tylko tam znajdziemy wykaz całego dorobku artystycznego formacji.

 

środa, 8 października 2025

Screaming Echoes 9. Spontaneous Music Festival! The report from the event!


Było już sporo po dwudziestej drugiej w pierwszy październikowy piątek, gdy na scenie poznańskiego Dragon Social Club zapowiedziano występ kwartetu Lava, który miał domknąć drugi dzień imprezy. Tymczasem na czterech białych krzesełkach, na wprost dwóch mikrofonów niespodziewanie zasiadło czworo wokalistów – od lewej do prawej: Almut Kühne, Jaap Blonk, Isabelle Duthoit i Phil Minton. Zajęli nam ledwie kwadrans, klecąc wszakże definitywnie historyczne ad hoc story, powstałe z inicjatywy ich samych, w momencie, gdy okazało się, że najstarszy z nich dotarł do Poznania jednak dzień wcześniej. Po kompulsywnym występie i huraganie oklasków, na scenie w końcu pojawił się anonsowany Lava Quartet, choć i on w zaskakująco odmiennym personalnie zestawieniu.

 


Dziewiąta edycja Spontaneous Music Festival poświęcona została improwizowanej wokalistyce, czy może lepiej rzec, sztuce wydawania dźwięków wyłącznie własnym ciałem. Czworo gości głównych, do tego piętnastka instrumentalistów, trzy dni koncertowe, dwanaście (a w sumie trzynaście) setów i moc zaskoczeń, zarówno tych personalnych, jak i typowo artystycznych. Organizatorowi o poziomie tych ostatnich nie wypada opowiadać, ale też próżno szukać w trakcie całej imprezy występu, który przynudził, tudzież nie wyrwał choćby kilku włosów z głowy (nawet jeśli ich w ogóle nie posiadamy).

Francuzka Isabelle Duthoit ukradła serca wszystkich bodaj na wieczność. Dylematem każdego pozostanie jedynie to, który z jej trzech (a w sumie czterech) performansów zachwycił najbardziej. Ten solowy był starogreckim dramatem, podkreślonym czarną kreacją artystki, uplecionym wspaniałą dramaturgią i porcją dźwięków, których chyba nikt poza Isabelle nie potrafiłby wydobyć z najgłębszych trzewi drobnego, kobiecego ciała. Jej kwartet z łódzkimi Wężami Kobro (Aleksandra Chciuk na fortepianie, Michał Rupniewski na skrzypcach, Paweł Sokołowski na saksofonach) kleił się do ostatniego dźwięku, świetnie zbilansowany wokalnie (Chciuk także śpiewała!) i ubarwiony klarnetowymi ekspozycjami Duthoit. Wreszcie duet z angielskim gitarzystą Danielem Thompsonem. Symfonia minimalizmu syconego jednak niebywałymi emocjami, precyzyjną dramaturgią i istotnością każdej frazy.

 


Jaap Blonk z Amsterdamu wystąpił w dwóch składach ad hoc. Najpierw we czwartek w kwartecie z poznańskim triem Sumpf (Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Patryk Daszkiewicz i Piotr Tkacz – elektronika i elektroakustyka), potem kolejnego dnia w trio z irlandzkim pianistą Paulem G. Smythem i grającym na gitarze elektrycznej Łukaszem Marciniakiem. Oba sety były intrygująco głośne, dobrze skonstruowane, podkreślające w wymiarze elektroakustycznym ekspresję wokalnych igraszek Holendra. W drugim z setów Blonk używał także elektroniki i był pełnoprawnym noise’makerem do pary z gitarzystą. Zupełnie przy okazji, perfekcyjnie zorganizowany starszy Pan był pierwszym w historii festiwalu muzykiem, który przyjechał z … własnym terminalem płatniczym.

Niemka Almut Kühne doskonale dopełniła spektrum wokalne festiwalu. W jej eskpozycjach nie brakowało bowiem melodii i śpiewu. Wystąpiła czterokrotnie. W pierwszej kolejności usłyszeliśmy ją w trio z angielskim altowiolinistą Benedictem Taylorem i grającym na gitarze akustycznej Pawłem Doskoczem. Dwaj ostatni muzykują razem już od kilku lat, co było wyśmienicie słychać w kolektywnych zwarciach obu instrumentów strunowych, w trakcie których Almut zdawała się pozostawać nieco w cieniu. Najpiękniej trio frazowało wszakże w okolicach ciszy, gdy każdy dźwięk, każda fraza była na wagę złota. Drugi występ Kühne, to bazowa formacja Lava Quartet, w której miejsce nieobecnego kontrabasisty Gonçalo Almeidy wypełnił niemiecki saksofonista Julius Gabriel. Lava w tym wymiarze personalnym, to zupełnie inny band. Każda chwila ich post-kameralnego koncertu była jak spokojna rzeka, której końca nie widać. Ów spektakularnie urokliwy występ zwieńczył drugi dzień festiwalu. Następnego dnia Almut zaprezentowała się w duecie z katalońską pianistka Jordiną Millą, czyli na scenie zameldowała się dokładnie połowa kwartetu Lava. Tu królował minimalizm, wystudzona melodia, zarówno czyste frazy, jak i te fenomenalnie preparowane.

 


Kwartetu festiwalowych wokalistów i wokalistek dopełnił sam Phil Minton. 85-latek pojawił się w Poznaniu w świetnej formie, zarówno artystycznej, jak i fizycznej. W piątek zaprezentował się w wokalnym summicie zupełnie niezapowiedziany, w sobotę wraz z portugalskim organistą Davidem Maranha i pracującym na laptopie Gerardem Lebikiem fantastycznie zakończył festiwal. Set ostatni świetnie kontrastował z dominującą akustyką poprzednich festiwalowych wydarzeń, niósł niepokój, mroczne drony organów elektrycznych i niewyczerpane pokłady mintonowych gwizdów, oddechów i metaforycznych melodii.

Pośród dwunastu zaplanowanych setów festiwalowych jedynie trzy pozbawione były atrybutów wokalnych, a wszystkie umiejscowione zostały w line-up’ie ostatniego dnia. Najpierw solowy występ saksofonisty Juliusa Gabriela, który wystąpił w zastępstwie chorego Almeidy - wyśmienity set na saksofon tenorowy i sopranowy. Szczególnie podobać się mogły jego dynamiczne pasaże na większym z dęciaków przy eksplozywnym zastosowaniu oddechu cyrkulacyjnego. Kolejny członek Lava Quartet, niemiecki perkusista Wieland Möller improwizował z kolei w ad hoc duecie z Łukaszem Marciniakiem. I tu znów mogliśmy poczuć się zaskoczeni. Znany z subtelnej narracji w ramach kameralnej Lavy perkusista stanął w szranki niemal noise-rockowej wymiany ciosów z wyjątkowo dynamicznie usposobionym gitarzystą. Ich opowieść miała kilka faz, a wieńczyła ją post-psychodeliczna drama, w trakcie której Łukasz pracował na kolanach manipulując gitarowymi przetwornikami.

 


Last, but not least tej opowieści, trio Paul G. Smyth na fortepianie, Benedict Taylor na altówce i Daniel Thompson na gitarze akustycznej. Panowie, wbrew pozorom, improwizowali w takim składzie po raz pierwszy. Sprawiali wrażenie, jakby niczego innego w  swym dotychczasowym życiu nie robili. Akustyczna magia każdego dźwięku (brawa dla Bartka Olszewskiego za fenomenalne nagłośnienie całego festiwalu!), ocean wyłącznie udanych interakcji i niekończąca się falanga fraz, także tych, który artyści ostatecznie nie zagrali. 

Do zobaczenia za rok!

 

*) zdjęcia własne nieobjęte jakimikolwiek prawami autorskimi

1. Almut, Jaap, Isabelle, Phil

2. Isabelle

3. David, Phil, Gerard

4. Paul, Daniel, Benedict



wtorek, 30 września 2025

Screaming Echoes 9. Spontaneous Music Festival 2025! Let’s go!


Startujemy w najbliższy czwartek 2 października o godzinie 19.00. Trzy festiwalowe dni, dwanaście koncertów, na scenie dziewiętnaście artystek i artystów z całego świata. Nie przegapcie choćby jednego dźwięku!

Poniżej pełny program festiwalu (także na załączonych grafikach), ważne informacje organizacyjne oraz sylwetki wszystkich artystek i artystów.

Very Welcome!

 


Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

PROGRAM:

>>> 02.10. Dzień 1 Czw. 19:00

1. Isabelle Duthoit solo

2. Jaap Blonk + Sumpf (Piotr Tkacz, Paweł Doskocz, Patryk Daszkiewicz)

3. Isabelle Duthoit + Węże Kobro (Aleksandra Chciuk, Paweł Sokołowski, Michał Rupniewski) 

>>> 03.10. Dzień 2 Pt. 19:00

1. Almut Kühne + Benedict Taylor / Paweł Doskocz duo

2. Ad hoc: Isabelle Duthoit + Daniel Thompson

3. Ad hoc: Jaap Blonk + Paul G. Smyth + Łukasz Marciniak

4. Lava Quartet (Almut Kühne, Jordina Millà, Gonçalo Almeida, Wieland Möller)

>>> 04.10. Dzień 3 Sob. 19:00

1. Gonçalo Almeida solo

2. Ad hoc: Łukasz Marciniak + Wieland Möller

3. Ad hoc: Almut Kühne + Jordina Millà

4. Paul G. Smyth / Benedict Taylor / Daniel Thompson

5. Phil Minton / David Maranha / Gerard Lebik

 

Bilety:

Karnet na 3 dni: 240 zł normalny / 220 zł ulgowy*

Bilet na pierwszy dzień: 80 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na drugi dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

Bilet na trzeci dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

* po okazaniu ważnej legitymacji studenckiej, legitymacji uczniowskiej lub dowodu osobistego w przypadku 60+.

Bilety do kupienia online >>> https://kbq.pl/175362

Organizatorami Festiwalu są Fundacja Mały Dom Kultury, Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club.

Patronat medialny: Radio Afera, ImproSpot, Radio Jazzkultura.

Partner Festiwalu: Moon Hostels & Apartments

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania. #poznanwspiera

 


Isabelle Duthoit (Francja) – głos, okazjonalnie klarnet

Isabelle to głos, dwie ręce i pieśń całego ciała. W tej pieśni odradza się zwierzęcość, archaiczna delikatność, elegancja dzikiej energii. „Z brzucha? Z gardła? Czy to możliwe, że struny głosowe mogą wytwarzać takie dźwięki, że ciało jest zdolne do tak nieludzkiej chropowatości – i to bez żadnego nagłośnienia?” (David Sanson). Isabelle od zawsze interesowała się głosem — od 20 lat rozwija osobistą i unikalną technikę wokalną. Język przed językiem, rodzaj glosolalii. Śpiew, który wyrasta z oddechu i krzyku. Duthoit współpracuje z licznymi artystami międzynarodowej sceny eksperymentalnej: Dieb13, Angelica Castello, Martin Tétreault, Franz Hautzinger, Hamid Drake, Michael Zerang, Phil Minton, Luc Ex, Thomas Lehn, Lê Quan Ninh, Jacques Di Donato, Sophie Agnel, Steve Heather, Andy Moor, eRikm i innymi. Jest członkinią zespołów Hiatus, Système Friche, Where is the Sun, Uruk.

Phil Minton (Anglia) – głos

Jeśli festiwal muzyki improwizowanej poświęcony jest sztuce wokalnej, to listę zaproszonych gości nie sposób nie zacząć od Mintona. Od wielu dekad najważniejszy artysta wokalny brytyjskiej i europejskiej sceny free impro. Skala jego możliwości głosowych zdaje się nie mieć granic. Zaczyna się od post-operowej melodii, przechodzi przez gardło i przełyk, a kończy w bezmiarze jelita grubego. Wirtuoz, ale i komik. Pieśniarz, anegdotysta, najlepszy biesiadnik, partner największych w gatunku. Lubi występy solowe, ale chyba najlepiej czuje się jako wokalista improwizujący w zespołach, czy orkiestrach. Wielu kompozytorów pisało utwory, które szczególnie wykorzystują jego rozbudowane techniki wokalne i improwizacje. Tworzy wiekopomny kwartet z Veryanem Westonem, Rogerem Turnerem i Johnem Butcherem, a także duety z wszystkimi wymienionymi wyżej. Świetnie pamiętamy jego występ dekadę temu na warszawskim Ad Libitum wraz z Warsaw Improvisers Orchestra.

Jaap Blonk (Holandia) – głos

Samouk, kompozytor, wokalista, poeta i artysta wizualny. Na początku lat 80. odkrył siłę i elastyczność swojego głosu i rozpoczął długofalowe badania fonetyki i możliwości ludzkiego organizmu. Obecnie stał się specjalistą w tworzeniu i wykonywaniu poezji dźwiękowej oraz wyjątkowym improwizatorem wokalnym, wspieranym przez silną i nieskrępowaną osobowość sceniczną. Regularnie występuje i prowadzi warsztaty na całym świecie. Z biegiem lat stal się równie biegły w obszarze „live electronics”. Jego muzyka ukazała się na 30 płytach CD wydanych przez własną wytwórnię Kontrans. Wiele innych nagrań, a także około tuzina książek z jego twórczością wizualną, zostało opublikowanych w kilku krajach.

Almut Kühne (Niemcy) – głos

Internetowe zasoby informacyjne donoszą, iż Almut jest nade wszystko wykonawczynią Muzyki Nowej. Cokolwiek to znaczy, bez wątpienia predestynuje artystkę do eksplorowania świata muzyki swobodnie improwizowanej. Poznaliśmy ją w Dragonie dwa lata temu, zaparła nam dech w piersiach i byliśmy pewni, że jeszcze do nas powróci.

Klasycznie kształcona, najpierw jako pianistka, potem śpiewaczka. Dość szybko stała się członkinią Berlińskiej Młodzieżowej Orkiestry Jazzowej, a jej pierwsze doświadczenia z muzyką nieco bardziej niepokorną, to występy z zespołem Georga Graewe’ego Sonic Fiction na Nickelsdorfer Konfrontationen i Total Music Meeting.

Kühne wydała dwa albumy pod własnym nazwiskiem w wytwórni Unit Records. Brała również udział w nagraniu płyty z Oratorium Bożonarodzeniowym Bacha z Drezdeńskim Chórem Kameralnym i Orkiestrą Gewandhaus. Wykonywała również utwory wokalne Graewe’ego, Johna Cage'a, Luigiego Nono, Helmuta Lachenmanna, Ondreya Adamka i Michaela Edwarda Edgertona. Można ją również usłyszeć na albumie Petera Ehwalda „Septuor de grand matin” (2019) i wielu innych.

Na deskach Dragona Almut wystąpi z kwartetem Lava, mamy także wobec niej poważne plany w zakresie tajemniczych, a jakże kreatywnych formacji „ad hoc”.

Gonçalo Almeida (Portugalia) – kontrabas

Opowiadanie kim jest ów fantastyczny Portugalczyk rezydujący w Rotterdamie w kontekście improwizowanej sceny Dragona i Trybuny Muzyki Spontanicznej jest zupełnie zbyteczne. Grał u nas wielokrotnie, w przeróżnych konfiguracjach osobowych i stylistycznych. Free jazzowe Multiverse, doom metalowe Low Vertigo, post-kameralna Selva, multigatunkowy Spinifex. No i Lava Quartet, dwa lata temu, to był prawdziwy cios pomiędzy oczy. W portfolio wydawniczym Spontaneous Music Tribune znajdziemy przynajmniej sześć albumów z udziałem Almeidy, zarówno na kontrabasie, jak i gitarze basowej.

Gonçalo, to muzyk wyjątkowy, prawdziwy człowiek renesansu, czego się nie tknie, niczym Król Midas zamienia w muzyczne złoto. Zagra w wyjątkowym kwartecie Lava, a specjalnie na potrzeby naszego festiwalu przygotuje i wykona swój nowy program solowy na kontrabas.

Jordina Millà (Katalonia) - fortepian

Pianistka, kompozytorka i improwizatorka pochodząca z Katalonii, od dłuższego czasu rezydująca w Austrii, nieustannie zgłębia muzykę swobodnie improwizowaną, nie stroni też od estetyki muzyki współczesnej. Wprowadzona została w świat improwizacji przez Agustí Fernándeza. Wydała uznane albumy, takie jak solowy spektakl „Males Herbes”, duetowy „When Forests Dream” z rzeczonym Fernándezem, czy też dwa albumy z Barrym Guyem - „String Fables” dla krajowej Fundacji Słuchaj! oraz „Live in Munich” dla monachijskiego ECM Records.

Członkini zespołu Barry'ego Guya The Blue Shroud Band i innych formacji, współpracuje z takimi muzykami jak: Mats Gustafsson, dieb13, Vini Cajado, Maurizio Takara, Gonçalo Almeida, Almut Kühne, Wieland Möller, Kenji Herbert, Lucas Niggli, Axel Dörner, Sofia Labropoulou, Christian Reiner, Lukas König, Núria Andorrà i Sònia Sánchez.

Na deskach Dragona artystka wystąpi z kwartetem Lava, mamy także wobec niej poważne plany w zakresie formacji „ad hoc”.

Wieland Möller (Niemcy) - perkusja

Jest berlińskim perkusistą, artystą dźwiękowym i performerem działającym w obszarze jazzu, muzyki improwizowanej i tańca współczesnego. Klasycznie wykształcony na uczelniach po obu stronach Atlantyku.

Występował między innymi na Buenos Aires Jazz Festival, Jazz International Rotterdam Festival i innych, a także koncertował w Niemczech, Holandii, Hiszpanii, Portugalii, Argentynie i Islandii, także w Polsce. Jako muzyk i kompozytor, brał udział w projektach i spektaklach tanecznych i teatralnych, między innymi na Biennale Berlin 2018, Junge Deutsche Oper Berlin, Gripstheatre, Reykjavik Dance Festival i Prague Dance Festival. Współpracował m.in. z Kazuhisą Uchihashi, Markusem Stockhausenem, Klaasem Hekmanem, Tobiasem Deliusem, Julyenem Hamiltonem, Ingo Reulecke i Okwui Okpokwasili.

Na deskach Dragona muzyk wystąpi z kwartetem Lava, mamy także wobec niego poważne plany w zakresie formacji „ad hoc”.

  


Paul G. Smyth (Irlandia) - fortepian

Mądrzejsi od nas donoszą, iż Paul, to „objawienie… jego podejście do fortepianu jest absolutnie oryginalne” (The New York City Jazz Record) i być może „jeden z najwybitniejszych współczesnych pianistów” (The Free Jazz Collective). My zaś wiemy nade wszystko, iż wydał definitywnie doskonale albumy z Peterem Brötzmannem, Evanem Parkerem, Chrisem Corsano i Johnem Russellem w wytwórni Weekertoft, którą założył wspólnie z rzeczonym Russellem w 2016 roku. A że przyjazd do Poznania, to jego pierwsza wizyta w tej części świata, nasza radość nie ma granic.

Paul od czasu trasy koncertowej z Charlesem Gayle'em w 1999 roku współpracował z takimi sławami, jak Derek Bailey, Evan Parker, Peter Brötzmann, Keiji Haino, Barry Guy, Wadada Leo Smith, John Russell, John Edwards, Chris Corsano, Lol Coxhill, Charles Hayward, John Butcher, Hannah Marshall, Mark Sanders i Damo Suzuki, a także wieloma innymi. Był członkiem tria syntezatorowego Boys Of Summer („dźwięk pogrzebanego żywcem Johna Carpentera” – Le Cool Magazine), kompozytorem występującym w National Concert Hall, komponował muzykę do teatru i występował w 18 krajach.

Benedict Taylor (Anglia) - altówka

Tego wspaniałego altowiolinistę gościliśmy na deskach Dragona kilkukrotnie - grywał z orkiestrą Tonus, Poznańską Orkiestrą Improwizowaną, w secie solowym, czy też duetach z Pawłem Doskoczem. Jego powrót na Spontaniczny Fest to zatem całkiem naturalna kolei rzeczy.

Benedict Taylor jest improwizatorem i kompozytorem, aktywną postacią w brytyjskim i europejskim świecie nowej muzyki. Opisywany jako „wirtuoz współczesnej altówki”, koncentruje się w swojej twórczości improwizacji, a także komponowaniu na potrzeby występów na żywo, filmów, teatru, tańca współczesnego, instalacji artystycznych i projektów albumów koncepcyjnych.

Jako improwizator występował i nagrywał zarówno w „working bandach”, jak i w ramach formacji „ad hoc” z takimi artystami jak: John Butcher, Blanca Regina, Keith Tippett, Evan Parker, Terry Day, Tom Jackson, Lauren Kinsella, Daniel Thompson, Lawrence Upton, Alex Ward, Cath Roberts, Renee Baker, Paul Dunmall, Neil Luck, Paweł Doskocz, John Edwards, Ivor Kallin, Hannah Marshall, Chris Cundy, Kit Downes, Yves Charuest, Alexander Hawkins, Tom Challenger, Tetsu Saito i innymi.

Daniel Thompson (Anglia) – gitara akustyczna

Radary Trybuny Muzyki Spontanicznej namierzyły tego artystę dobrą dekadę temu. Mnóstwo wody musiało jednak upłynąć w Tamizie i Warcie, by ten wyjątkowo gitarzysta trafił na deski Dragona. To cudowna wiadomość!

Daniel, to bodaj najważniejszy uczeń legendy brytyjskiej, improwizującej gitary – Johna Russella. Można usłyszeć i zobaczyć go występującego solo, a także w wielu improwizowanych sytuacjach oraz długoterminowych kolaboracjach lub „working bandach”. Daniel występował i/lub nagrywał ze Steve’em Noblem, Caroline Kraabel, Maxem Reedem, Evanem Parkerem, Johnem Edwardsem, Benedictem Taylorem, Tomem Jacksonem, Videm Drašlerem, Eddiem Prevostem, Johnem Butcherem, Neilem Metcalfe, Ianem McLachlanem, Kay Grant, Marcello Magliocchim i Alanem Wilkinsonem, żeby wymienić tylko najważniejszych.

Daniel jest nie tylko muzykiem, ale także założycielem i dyrektorem artystycznym „Empty Birdcage Records”, wytwórni specjalizującej się w wydawaniu albumów z muzyką swobodnie improwizowaną.

Davida Maranha (Portugalia) – organy elektryczne

Czołowy przedstawiciel portugalskiej sceny awangardowej, multiinstrumentalista, najczęściej organista. Jego metoda twórcza, to powoli ewoluujące i minimalistyczne utwory elektroakustyczne, koncentrujące się na zwrotach harmonicznych i alikwotach, wykorzystujące proste wariacje w rytualistycznym ujęciu. To także obsesyjny umysł stojący za formacją Osso Exótico, która funkcjonuje artystycznie od 1990 roku. Grupa ma siedzibę w Portugalii, ale w ostatnich latach zyskała uznanie w całej Europie. W ubiegłym roku Maranha szczególnie zachwycił albumem „Wrecks”, nagranym wspólnie z portugalskim mistrzem freejazzowego saksofonu Rodrigo Amado

Gerard Lebik (Polska) - elektronika

Na freejazzowym etapie jego kariery warto wymienić następujące składy: Erase (z Michałem Trelą i Jakubem Cywińskim), Slug Duo (z Kubą Sucharem), Foton (z Arturem Majewskim i Wojciechem Romanowskim) i veNN Circles (z Piotrem Damasiewiczem i Gabrielem Ferrnadinim). Potem nastąpił etap improwizacji elektroakustycznej, gdzie partnerami Lebika byli m.in. Jérôme Noetinger, Kazuchisa Uchihashi, Noid, Eryck Abecassis, Lotte Anker i Paul Lovens. Jako instrumentalista lub artysta dźwiękowy Lebik występował na prestiżowych imprezach i festiwalach na całym świecie.

  


Sumpf, to pomiot artystyczny o nierozpoznanej do końca proweniencji, który pojawił się na improwizowanej mapie Poznania więcej niż dekadę temu. Po nagraniu dwóch albumów zapadł w wieloletni, zimowy sen. Teraz muzycy wracają niesieni radością ponownego wspólnego tworzenia. Każdy z nich zdaje się być na innym etapie swojej drogi artystycznej, ale jako nieznośny Sumpf wciąż warci są każdej sekundy Waszej uwagi. Zapraszamy do fauny i flory meta kosmicznej elektroakustyki.

Na festiwalowej scenie zagrają wspólnie z wokalistą i performerem Jaapem Blonkiem!

Patryk Daszkiewicz - człowiek ukrywający się za projektem DMNSZ. Udziela się również w innych mniej lub bardziej enigmatycznych projektach takich, jak Sumpf, Kakamina, czy Strętwa. Często eksperymentuje z różnymi technikami nagrań i pozostającymi po nich artefaktami. Wykorzystuje dźwięki będące na skraju rozpoznawalności. Pulsujące buczenie głośników, szumy z kasety, sprzężenia zwrotne, czy skwierczenie przewodów elektrycznych.

Prowadził autorską audycję radiową „Radio Bluszcze” emitowaną na falach Radia Kapitał (Warszawa) i Lahmacun (Budapeszt). W latach 2012-2015 współorganizował w Poznaniu cykl koncertów improwizowanych "Warsztat dźwięków". Grał m.in. na festiwalach DYM, FRIV, OSA, DNA i... Spontaneous Music Festival.

Piotr Tkacz – gra na gramofonie przedmiotami codziennego użytku i nieużytku. Współtworzy(ł) takie składy jak Sumpf, Kurort, Radioda, Lata, Tirips czy Revue svazu českých architektů. Oprócz tego improwizował z takimi muzykami, jak Patryk Lichota, Herman Müntzing i Adam Gołębiewski, Sabine Vogel i Yannick Franck oraz Seiji Morimoto i Eric Wong. Z tymi ostatnimi nagrał album, który wydało Inexhaustible Editions. Tkacz jest także animatorem kultury, publicystą i didżejem, a w wolnych chwilach zapalonym kuchcikiem.

Paweł Doskocz – Gitara, często preparowana. Używając preparacji szuka nowych możliwości brzmieniowych instrumentu. Skupia się na graniu muzyki improwizowanej, a inspiracje czerpie z wielu źródeł. Współtworzył Bachorze, Strętwę oraz Sumpf. Dotychczas miał okazję grywać z wieloma muzykami z kraju i z zagranicy oraz zagrać na festiwalach poświęconych muzyce eksperymentalnej czy improwizowanej. Grywał na: Ad Libitum, Nowy Wiek Awangardy Festival, Art of Improvisation Creative Festival, Jazz Ring, Musica Privata, Katowice JazzArt Festival, FRIV Festival, Avant Art Festival, bERLIN SOLO oraz Spontaneous Music Festival.

Współpracował m. in. z: Marta Warelis, Alan Wilkinson, Emilio Gordoa, Matthias Müller, Jasper Stadhouders, Paweł Szpura, Hubert Zemler, Wojtek Kurek, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Onno Govaert, Seppe Gebruers, Andrew Lisle, Vasco Furtado, Colin Webster, Dirk Serries, Benedict Taylor oraz z Donem Malfonem.

Makemake, Trio_io, Perforo, czy El Topo – nawet średniozaawansowany miłośnik krajowej sceny muzyki kreatywnej kojarzy te nazwy. A na nimi wszystkim stoi Łukasz Marciniak, gitarzysta, który gościł na deskach Dragona wielokrotnie, ale w ramach spontanicznego festiwalu będzie debiutantem. Cieszymy się ogromnie, pamiętając choćby jego doskonały flow w trakcie ubiegłorocznej edycji Festiwalu Ad Libitum, gdy u boki Mii Zabelki i swojej stałej partnerki Oli Rzepki zgrał jakże intrygujący set, dziś dostępny zresztą na kompaktowym dysku.

Łukasz Marciniak - Gitarzysta, kompozytor, improwizator. Aktualnie pracuje w zespole Trio_io grającym współczesną muzykę kameralną. Jest członkiem El Topo - zespołu badającego zawiłość strun, oraz ryzyko bębnów i czyneli, także współtwórcą Perforto - duetu strunowego na preparowany fortepian i gitarę elektryczną, oraz najnowszego trio Attack of the Mugatu - na gitarę, wiolonczelę i kontrabas. Autor muzyki do filmów i performance. W działaniach solo i koncertach swobodnej improwizacji - pracuje nad własnym językiem artykulacji.

Węże Kobro - to osobliwe trio gościło u nas już ubiegłej jesieni. Było tajemniczo, kameralnie i minimalistycznie – z lekkim odurzeniem w tle. Efekt? Piorunujący. Nie mieliśmy wątpliwości: Węże muszą wrócić na festiwal. Tym razem pojawią się w kwartecie, w towarzystwie Isabelle Duthoit!

Zespół powstał w przestrzeni działu Muzykaliów Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie spotykał się na sesje nagraniowe i próby. Trójka niezwykle utalentowanych muzyków – Aleksandra Chciuk (głos, fortepian), Paweł Sokołowski (saksofon) i Michał Rupniewski (skrzypce) – regularnie spotyka się w tym miejscu, by tworzyć i dzielić się swoją muzyką inspirowaną zarówno tradycją awangardy, jak i eksperymentem.

Węże Kobro, to zespół balansujący na granicy dźwiękowej abstrakcji i dzikości, inspirujący się pionierami europejskiej sceny muzyki improwizowanej, ale także czerpiący z łódzkiej tradycji awangardy plastycznej, minimalizmu i unizmu. Każdy występ jest unikalny, zupełnie improwizowany i pełny niespodziewanych intuitywnych zwrotów utkanych w ciągłą narrację tworzoną przez troje zasłuchanych w siebie ludzi.

Aleksandra Chciuk - artystka interdyscyplinarna, porusza się na styku sztuk wizualnych, dźwięku, choreografii tworząc performatywne, multimedialne spektakle. W muzyce swobodnie improwizowanej grę na fortepianie preparowanym łączy z obiektami dźwiękowymi i perkusjonaliami. Przy ich pomocy buduje osobne, głębokie narracje. Immersyjność, organiczność, środowiska akuzmatycznej recepcji to wyróżniki jej audiowizualnych prac. Chętnie działa w kolektywach. Założyła kobiecy kolektyw Pełnia, współtworzy duet artystyczny z Kubą Krzewińskim a od dwóch lat Węże Kobro. Zespół traktuje jako jeden organizm, gdzie tak samo ważna jest dla niej wymiana intuitywnej, co intelektualnej natury. W listopadzie br. wydała album „Minor Civilization” nakładem Antenna Non Grata, gdzie po raz pierwszy wiodącą rolę pełni głos artystki.

Michał Rupniewski - skrzypek, z doskoku eksploruje także inne instrumenty, ostatnio też altówkę. Swobodną improwizację grał, obok duetu z Ryszardem Lubienieckim, w zespołach Hybrida Conclusio, Dźwięk-bud, a ostatnio Węże Kobro. Od 2012 tworzy festiwal Musica Privata.

Paweł Sokołowski – mieszkający w Łodzi improwizator i animator lokalnej sceny muzycznej. Gra na saksofonach (tenor, sopran, sopranino) i syntezatorze modularnym. Przez lata nawiązywał współpracę artystyczną z muzykami z całego świata. Ostatnimi czasy gra głównie z Michałem Rupniewskim, Aleksandrą Chciuk i Ryszardem Lubienieckim. Prowadzi cykl koncertów o nazwie „Prekambr” i jest organizatorem festiwalu Musica Privata.

 

 

 

piątek, 22 sierpnia 2025

Screaming Echoes 9. Spontaneous Music Festival 2025


(informacja prasowa)

 

Wielkie święto muzyki improwizowanej w Poznaniu jak zwykle w pierwszy weekend października! Dziewiąta edycja Spontaneous Music Festival zwie się „Screaming Echoes” i odbędzie się w Dragon Social Club od 2 do 4 października 2025 roku.

 

Historia muzyki kreatywnej dowodzi, że nade wszystko wielbimy saksofonistów, gitarzystów, pianistów czy perkusistów. Ale czy równie uważnie przyglądamy się dokonaniom artystek i artystów eksperymentujących z własnym głosem? Tych, którzy potrafią wydobywać dźwięki nie tylko ustami, lecz dosłownie każdą częścią ciała? Ich sztuka bywa wymagająca – nierzadko wiąże się z ogromnym wysiłkiem fizycznym, nie wspominając już o konieczności uruchomienia potężnych zasobów muzycznej wyobraźni. A jednak efekt tych działań potrafi przenieść słuchacza wprost do nieba freely improvised music!

Dlatego na tegorocznym Spontaneous główną rolę zagra głos! Przyjrzymy się jego znaczeniu w żywiole improwizacji oraz temu, jaką energię wnosi w różnorodne konfiguracje instrumentalne.

Dziewiąta edycja najwspanialszego impro-festu w tej części świata będzie równie krzykliwa, jak zanurzona w tajemniczym echu!

  


Do świata improwizowanej wokalistyki zaproszą nas cztery wyjątkowe postacie: Isabelle Duthoit z Francji, Almut Kühne z Niemiec, Jaap Blonk z Holandii i the one and only Phil Minton z Anglii. Ich „dragonowe” aktywności będą miały różny wymiar – wystąpią solo, zagrają w swoich regularnych formacjach, czy też – jak to zwykle w Poznaniu – zostaną wtłoczeni w wir tajemniczych składów kleconych „ad hoc”.

Oczywiście nie tylko głos będzie pobrzmiewał z sali koncertowej Małego Domu Kultury. Do udziału w Festiwalu zaprosiliśmy szerokie grono wybitnych instrumentalistów, improwizatorów i nadzwyczaj kreatywnych muzyków z całej Europy. Ze Zjednoczonego Królestwa przyjadą gitarzysta Daniel Thompson i altowiolinista Benedict Taylor, z Irlandii pianista Paul G. Smyth, z naszego ukochanego Półwyspu Iberyjskiego organista David Maranha, kontrabasista Gonçalo Almeida (obecnie mocniej związany z Rotterdamem) i pianistka Jordina Millà (dziś bardziej wiedeńska), a z Niemiec perkusista Wieland Möller.

Jak zwykle dragonowe deski uginać się będą pod ciężarem improwizacji muzyków polskich, w tym tych jak najbardziej poznańskich – zagrają pianistka Aleksandra Chciuk, saksofonista Paweł Sokołowski, skrzypek Michał Rupniewski (filary łódzkiego festiwalu Musica Privata), gitarzysta Łukasz Marciniak z Katowic oraz nasi lokalsi – gitarzysta Paweł Doskocz, Patryk Daszkiewicz na instrumentach elektrycznych oraz Piotr Tkacz na gramofonie i przedmiotach.

Występy solowe, duety, tria, może nawet kwartety „ad hoc” i aż pięć formacji, którym można przykleić etykietę working bandów – Lava Quartet (Almeida, Kühne, Millà, Möller), Węże Kobro (Chciuk, Sokołowski, Rupniewski), Sumpf (Doskocz, Tkacz, Daszkiewicz) i dwa tria bez nazwy własnej Minton/ Maranha/ Lebik oraz Thompson/ Smyth/ Taylor.


DOKŁADNY PROGRAM JUŻ NIEBAWEM!


Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, 02-04.10.2025

Bilety:

Karnet na 3 dni: 240 zł normalny / 220 zł ulgowy*

Bilet na pierwszy dzień: 80 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na drugi dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

Bilet na trzeci dzień: 100 zł normalny / 90 zł ulgowy*

* po okazaniu ważnej legitymacji studenckiej, legitymacji uczniowskiej lub dowodu osobistego w przypadku 60+.

Bilety do kupienia online >>> JUŻ WKRÓTCE!


Organizatorami Festiwalu są Fundacja Mały Dom Kultury, Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club.

Patronat medialny: Radio Afera, ImproSpot, Radio Jazzkultura.

Partner Festiwalu: Moon Hostels & Apartments

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania. #poznanwspiera



 

piątek, 25 lipca 2025

Kristoff K.Roll lives in dreams!


Pod danymi personalnymi zawartymi w tytule dzisiejszej opowieści kryje się … dwoje artystów - Carole Rieussec & J-Kristoff Camps. To duet elektroakustyczny, który współpracuje od roku 1990 i ma całkiem pokaźne portfolio artystyczne, skoncentrowane wokół kompozycji często określanej mianem akuzmatycznej (poniżej dobitny przykład), ale także improwizacji, w tym najszerszym rozumieniu tego wspaniałego pojęcia. Uważni Czytelnicy tych łamów być może pamiętają ich album nagrany wspólnie z Daunikiem Lazro i Sophie Agnel, zrecenzowany kilka miesięcy temu.

Dziś w naszym odtwarzaczach, pod piórem naszych rozgrzanych klawiatur komputerowych, ląduje wszakże dzieło niezwykłe. Carole i Kristoff od lat kolekcjonują bowiem … sny. Mają bogatą bibliotekę zwerbalizowanych opisów ludzkiej wyobraźni z całego świata, liczącą bodaj pięćset przypadków. Na potrzeby swojego najnowszego albumu wybrali kilkanaście/ kilkadziesiąt z nich, opletli intrygującą warstwą dźwiękową i pomieścili na dwóch krążkach kompaktowych. Sny czytane są w języku oryginalnym i symultanicznie w języku francuskim. Ich zapis w języku angielskim dostępny jest w … książce, która stanowi element wydawnictwa i to w niej pomieszczone są płyty z zapisem całego dzieła.

  


Great Suite in the Shadow of The Waves

Pierwszy krążek zajmuje kompozycja na nagrane głosy, elektronikę, elektroakustykę i zespół instrumentalny. Podmiotem wykonawczym są nasi główni bohaterowie, odpowiedzialni za dźwięki elektroakustyczne oraz pięcioosobowa, akustyczna formacja Dedalus, pośród której odnajdujemy Christiana Pruvosta, trębacza, którego świetnie znamy choćby z francusko-japońskiego kwartetu Kaze. Album zawiera osiem sennych recytacji, introdukcję głosową i kilka instrumentalnych interludiów.

Otwiera go taneczna introdukcja barwiona głosami męskimi i kobiecymi, które nakładają się na siebie i tworzą intrygującą, repetytywną narrację. Drugi utwór jest w pełni instrumentalny, mroczny, dronowy, ulepiony z plam gęstego ambientu. Warstwa syntetyczna udanie koegzystuje tu z brzmieniami akustycznymi, tworząc potęgującą się grozę. Od utworu trzeciego wchodzimy w świat snów, których na krążku jest osiem. Mają bardzo zróżnicowaną dramaturgię, bywają narracjami opowiadanymi sennym, spokojnym głosem, bywają zabawne (jeden z nich dzieje się w … Moskwie), a najczęściej są bardzo emocjonalne, pełne wewnętrznej dramaturgii. Każdą z opowieści ubarwia muzyka, która komentuje sny językiem dźwięków niekiedy ulotnych, onirycznych, innym razem groźnych, definitywnie mrocznych. Warstwa foniczna jest tu nie tyle doskonałym uzupełnieniem tekstu, ale pełnoprawnym uczestnikiem wielkiego słuchowiska. Dość często doposażana jest w element rytmiczny, ale najczęściej w formie mglistego backgroundu. Nietypowa na tle pozostałych jest dziewiąta opowieść, stanowi bowiem połączenie wielu snów. W trakcie nagrania przeplata się wiele opowieści, jakby każdy z sennych narratorów uczestniczył w dialogu z pozostałymi. Instrumentacja jest tu bardzo emocjonalna, pełna smakowitych, na ogół akustycznych fraz (dodajmy, iż wszystkie notyfikacje zaprezentowane są w książce w formie graficznej). Z kolei pozbawione głosu, anonsowane wcześniej instrumentalne interludia w większości bazują na brzmieniu gitary. Tu wyjątkiem jest utwór czternasty, osnuty wokół plam dark ambientu i ciszy, uformowany w rodzaj tajemniczej medytacji.

Zdaje się, że najbardziej intrygującymi i kluczowymi opowieściami sennymi są trzy końcowe utwory. Pierwszy z nich pochodzi z Palestyny i sprawia wrażenie dźwiękowego reportażu z pola walki. Narracji głosowej towarzyszy tu bliskowschodni, monochromatyczny beat. Całość jest nerwowa, pełna zgiełku, hałasu i trudnych do opanowania emocji. Kolejny sen pochodzi z Holandii. Kobiecy głos opowiada nam historię, która zostaje opatrzona akustyczną warstwą fonii, zbudowaną z dętego dronu, z czasem wzbogaconego brzmieniem smyczka i rozwarstwiającego w nieznanym kierunku. Album wieńczy francuska opowieść, której nie towarzyszy warstwa instrumentalna, a raczej dźwiękowy reportaż z miasta. Tu emocje zdają się być zawarte nade wszystko w dramaturgii samego snu.

 

Shadows of the Night & Short Suite in the Shadow of the Waves

Zasadniczą część drugiego dysku w zestawie zajmuje kolejna porcja snów, uformowana w kilkunastominutowe odsłony zatytułowane Morze Snów, a zinstrumentalizowana wyłącznie przez duet elektroakustyków. W poszczególnych utworach mamy zarówno pojedyncze, rozbudowane ekspozycje senne, jak i znane z poprzedniego dysku miksy przypominjące senne rozmowy.

Po minutowym, głównie mówionym wprowadzeniu przenosimy się w otchłań wody i wiatru. Pasma syntetyczne brzmią tu bardzo analogowo, narracja bywa także bogacona brzmieniami akustycznymi, porcjowanymi zgrabnymi samplami. W drugim utworze puentą jest szept usłany na dark ambientowym tle, treścią zaś trzeciego mieszanka snów z niemal całego świata. Elektronika nabiera tu wyjątkowego mroku, niczym każde kolejne słowo lovecraftowskiej prozy. Chaos świata płynący ze snów nie potrzebuje tu argumentów, ani dodatkowego, dźwiękowego wspomagania. Szczególnie dojmujący jest czwarty utwór, którego główną treścią jest chorwacki sen zbudowany na wojennej traumie narratorki. Ścieżka dźwiękowa bazuje tu na basowych dronach, nerwowym, pulsującym tle i mantrycznym, akordeonowym zakończeniu. W części kolejnej słyszymy dziecięce głosy, dochodzące z hałaśliwej pożogi. Potem scenę obejmują wybudzone z głębokiego snu kobiety, które zdają się kontynuować oniryczną opowieść przerwaną niespodziewaną pobudką. Ostatni sen pochodzi z Egiptu. W warstwie muzycznej oplatają go głębokie beaty wprost z pustyni, basowe, pulsujące pasma i tajemnicze szmery. A głos narratora systematycznie rozpływa się w echu.

Ostatnie kilkanaście minut dwupłytowego sennika Kristoffa K.Rolla zajmuje sześć krótkich ekspozycji, których treścią werbalną są kolejne sny, a za warstwę muzyczną odpowiada duet elektroakustyków i zespół instrumentalny, tu ze znaczącym udziałem gitary elektrycznej. W składzie ansamblu odnajdujemy Isabelle Duthoit!

Utwory trwają tu mniej więcej po dwie minuty, a ich bazą foniczną zdają się być nade wszystko gitara elektryczna, akordeon i elektronika. Podobać się mogą fragmenty połamanego rytmu, trochę elektroakustycznej plądrofonii i kilka całkiem hałaśliwych wtrętów nie do końca rozpoznanej proweniencji. W ostatnim fragmencie nie brakuje fraz preparowanych, jakby głos był procesowany na żywo przez elektronikę.

 

Dysk pierwszy:

Kristof K.Roll & Dedalus Grande Suite à l’Ombre des Ondes/ Great Suite in the Shadow of The Waves

Kristof K.Roll – kompozycja, elektroakustyka & Dedalus: Didier Aschour – gitara, Amelie Berson – flety, Maximilien Dazas – instrumenty perkusyjne, Christian Pruvost – trąbka, Deborah Walker – wiolonczela. Nagrane w Teatrze Jean Bart, St. Nazaire, Francja, luty 2023. Siedemnaście utworów, 70 minut.

Dysk drugi:

Kristof K.Roll Les Ombres de la Nuit/ Shadows of the Night

Kristof K.Roll – kompozycja akuzmatyczna. Nagrane/ wyprodukowane w studio Les Ombres d’Ondes, Frontignan, Francja. Sześć utworów, 54 minuty.

La Petite Suite à l’Ombre des Ondes / Short Suite in the Shadow of the Waves

Kristof K.Roll – kompozycja, elektroakustyka oraz Didier Aschour – gitara akustyczna, Patrice Soletti – gitara elektryczna, Isabelle Duthoit – głos, klarnet, Claire Bergerault – akordeon, głos, Edward Perraud – perkusja, instrumenty perkusyjne. Miejsce i czas nagrania warstwy instrumentalnej nieokreślony. Sześć utworów, 13 minut.

(Mazeto Square, 2CD 2025)




wtorek, 14 stycznia 2025

Isabelle Duthoit & Ocnos Arkestra! Chillar todo el d​í​a!


Opowieść o tym, który krzyczał cały dzień powstała w andaluzyjskiej Sewilli. To rodzaj eksperymentalnej opery, której libretto sprowadza się ledwie do kilku słów, a którą nade wszystko wypełnia krzyk wokalistki. To wokół niego toczy się dramat improwizującej orkiestry, wiedzionej notacją graficzną, a złożonej ze skrzypaczki, pianisty, kontrabasisty, perkusisty, gitarzysty i klarnecisty.

Chillar todo el día, to jeden nieskończony strumień dźwięków, zgodnie ze swym tytułem konsumujący kompulsywną ekspresję wokalistki i post-jazzową kameralistykę zespołu instrumentalnego. To mroczne emocje, dla których nie znaleziono ujścia. Definitywnie wspaniałe nagranie!



 

Tygrysi wrzask wzbudza atak post-jazzowej orkiestry, która nabiera masy bogatym spektrum kolektywnej improwizacji. Dynamika, ekspresja niezbyt odległa od free jazzu i dzikie zwierze skrywane za parawanem dźwięków instrumentalnych. Opowieść po kilku minutach wpada w swoiste rozkołysanie – raz syci się mrocznymi dronami, nabiera ulotnej filigranowości, rezonuje i drży, by po chwili eksplodować złymi emocjami niesionymi głosem i grubymi strunami kontrabasu, skrzypiec, gitary i inside piano. Spektrum akcji wokalistki nie ma tu granic. Od szeptu, nieregularnego oddechu, zalotnego cmokania, po rozdzierający trzewia krzyk kipiący złością i diabelską przebiegłością.

Czwarty i piąty epizod opery, to dwie różne drogi na równie ekspresyjny szczyt. Z samego dna ciszy po gorejący wulkan emocji, przez zasieki preparowanych fraz strunowych, zdzieranego gardła i … klarnetowych melodii. Pierwszy peak lepi się z drobnych, rwanych dźwięków, które szybko osiągają stan wrzenia, moment, który wyznacza krzyk wszystkich siedmiu aktorów tego spektaklu. Za drugim razem orkiestra potrzebuje tylko kilku fraz z klawiatury piana i ciepłego wydechu klarnetu, by popaść w spazm black metalowego growlu i instrumentacji noise’ rocka. Ale i ten horror zostaje zmysłowo ugaszony do poziomu gęstej ciszy.

Na początku szóstej odsłony powraca post-jazzowy flow znany z pierwszej części. Towarzyszy mu definitywnie kameralna głębia, która studzi ledwo co wybrzmiałe emocje klarnetowymi wydechami i garścią strunowych preparacji. Orkiestra jest teraz zdolna szyć strugi fonii niezwykle delikatnych, podanych wysokim tembrem, niepokojących, ale jednak studzących emocje. W tej magmie zaskakujących subtelności doskonale czuje się ta mała diablica, prawdziwa królewna pośród plagi krasnoludków. Tymczasem pojawiają się frazy ciepłego fortepianu, a z gardła wokalistki dobywa się kilka słów powtarzanych w nieskończoność. Nie niosą one pociechy, emanują lovecraftowską grozą, syczą jak czarne kocury na wydeptanej ziemi, przy okazji nakręcając spirale instrumentalną i prowadząc orkiestrę na kolejne wzniesienie. Ta akurat droga zdaje się być usłana mnóstwem przeszkód. Melodyjny klarnet szczęśliwie porządkuje ów pochód straceńców i nadaje zakończeniu siódmego epizodu zaskakujący posmak relaksacji.

Kolejna część początkowo zdaje się być mrocznym pomrukiwaniem – tak z gardła, jak ze strun, czy glazury werbla. Definitywnie słyszymy język hiszpański, który niesiony strumieniem klawiatury i strun, doprowadza nas na kolejny black metalowy summit. Tu hałasują już wszyscy, choć każdy na swój sposób fakt ów artykułuje. W gorejącym tyglu zła najszybciej odnajduje się post-jazzowa sekcja rytmu, która wyprowadza flow do bardziej oświetlonego obszaru. Faza pozornego kojenia zszarganych nerwów usłana jest teraz imitacyjnym dialogiem wokalistki i klarnecisty. Pojawia się melodyjna gitara, rezonujące struny fortepianu i kilka dramaturgicznych powtórzeń, które na moment formują opowieść w strugę mglistego ambientu. Tym razem flow wydostaje się na suchy ląd dzięki post-rytmicznej inicjatywie kontrabasisty, wspieranego adekwatną porcją krzyku wokalistki. A na zakończenie epizodu - orkiestra tutti!

Dziesiąty fragment tej szalonej podróży wydaje się nad wyraz śpiewny, choć od wokalistki dobiegają jedynie piski i nerwowe oddechy. Oniryczna huśtawka zdobiona jest ambientem gitary i kolejną porcja głosowych wspaniałości, której raz brzmią niczym puzon, innym razem jak harfa, a w ostatecznym rozrachunku okazują się bluzgami pijanej diwy operowej. Każdy uczestnik spektaklu staje się teraz rozdygotaną struną. Pojawia się rytm wiedzionym kontrabasowym dronem. Emocje rosną, instrumentacja pęcznieje, skrzypce tańczą. Ale ta droga, to nie wejście na szczyt, raczej rozległa, górska kotlina. Finałowa ekspozycja pełna jest bólu, trwogi, perkusjonalnego rozwibrowania. Mroczne uspokojenie, skowyt wyczekiwania, mozolne zbieranie sił na wydanie ostatniego tchnienia. Strunowe preparacje i rytmiczny oddech wokalistki kierują jednak ansambl na niespodziewane wzniesienie. Opowieść formuje się w efektowne crescendo, które ostatecznie kona na barkach nasączonej prądem gitary.

 

Isabelle Duthoit & Ocnos Arkestra Chillar todo el día (Sentencia Records, CD 2024). Isabelle Duthoit – głos, Alejandro Rojas Marcos – fortepian, Luz Prado – skrzypce, Marco Serrato – kontrabas, Borja Díaz – perkusja, Pedro Rojas Ogáyar – gitara elektryczna, Gustavo A. Domínguez Ojalvo – klarnety i koncepcja muzyczna (notacja graficzna dla improwizacji) oraz Ana Sánchez Acevedo – tekst i scenografia. Nagrane w Espacio Turina, Sevilla, listopad 2021. Jeden utwór podzielony na jedenaście części, łącznie 70 minut.



wtorek, 29 października 2024

John Butcher at 70! The report from Cafe Oto!


Siedemdziesiątkę Johna Butchera obchodzimy już od końcówki lata. Wtedy to, w połowie września, saksofonista spędził trzy pracowite dni w Berlinie. Potem był poznański Spontaneous Music Festival, okraszony czterema setami jubilata, wreszcie przed momentem, w trakcie minionego weekendu, efektowna, choć kameralna trzydniówka w londyńskim Cafe Oto, przypadająca dokładnie w terminie urodzin, które celebrowano odegraniem symbolicznego sto lat w piątek 25 października. Wasz niestrudzony obserwator życia i twórczości jednego z najwybitniejszych twórców freely improvised music był wtedy w Dalston i śpiewał owe chóralne życzenia. Zatem czas na kilka słów o tym, co tam się ostatecznie wydarzyło i kto z kim owe urodzinowe toasty wznosił pięknymi dźwiękami przez trzy kolejne wieczory.



 

Czwartkowy koncert wypełniły dwa duety jubilata – pierwszy z Rhodrim Daviesem na harfie i elektronicznym oprzyrządowaniu, drugi z pianistką Sophie Agnel. Walijczyk grywa z Butcherem już od ćwierćwiecza, z kolei Francuzkę raczej winniśmy sytuować w roli okazjonalnych współpracowników saksofonisty. Oba sety wypadły wyśmienicie, jeśli wierzyć zdaniu przyjaciół obecnych na koncercie, albowiem niżej podpisany do Londynu wyruszył dopiero kolejnego poranka.

A zatem w piątek, już w ramach stuprocentowej obecności w Cafe Oto, kolejne trzy sety (choć dwa pierwsze nieprzedzielone stosowną przerwą) przepłynęły przez moje receptory słuchu i wzroku silnym strumieniem emocji, i … co zupełnie nie dziwi, pozostawiły wieczne, niezatarte wspomnienia. Butcher rozpoczął od solowego występu na saksofonie tenorowym. W trakcie kilkunastominutowego seta skupiony był na brzmieniu i poszukiwaniu efektownych strzępów melodii, a sam występ sprawiał wrażenie świetnie zorganizowanej rozgrzewki przed tym, co miało wydarzyć się tuż potem. Po kilkudziesięciosekundowej przerwie na scenie pojawił się kolejny wieloletni partner Johna, amerykański perkusista i perkusjonalista Gino Robair. Obaj artyści korzystali w trakcie ponad półgodzinnego setu z analogowej elektroniki, dzięki czemu akustyczny sound ich podstawowego instrumentarium zyskał mroczną, syntetyczną poświatę. Robair tryskał energią, gdyby to tylko było możliwe, wraz z tonującym jego temperament partnerem odleciałby w kosmos. Butcher w trakcie seta częściej korzystał z saksofonu sopranowego. Bywało, że generował nim dźwięki nie dotykając ustnika. Wszakże najbardziej efektowny był sam finał, gdy John (już na tenorze) i Gino zbudowali gęste, nisko osadzone, post-akustyczne drony.

Ostatni piątkowy set zbudowany został przez kwartet, który – mimo, iż jego twórcy pracowali ze sobą wcześniej w różnych konfiguracjach personalnych – bez wątpienia stanowił formację skleconą ad hoc. Do jubilata dołączyli - muzykująca z nim dzień wcześniej Sophie Agnel, skrzypaczka Angharad Davies (siostra występującego także wtedy Rhodriego) oraz perkusista Mark Sanders. Narracja jakże swobodnie improwizującego kwartetu przypominała wzburzony ocean, który jednak raz za razem uspakajał się i emanował wyjątkową urodą stuprocentowo akustycznych interakcji. Opowieść rozrastała się i efektownie gasła (najwcześniej na barkach skrzypaczki), nabierała kameralnej zadumy, by za moment wpaść w spazm błyskotliwych akcji zaczepnych.




Jak to bywa w przypadku wybitnych osobistości, także świata pozamuzycznego, okrągłe urodziny, to nie tylko powód do świętowania, ale także okazja do budowania czegoś nowego, czy wręcz rzucania sobie ambitnych wyzwań artystycznych. Wspólne, duetowe improwizowanie z francuską wokalistką i klarnecistką Isabelle Duthoit, to dla Johna Butchera nowa sytuacja sceniczna. Jak sam stwierdził przed koncertem, spotkali się do tej pory tylko raz w ramach jego dużego składu +13, w trakcie koncertu, który miał miejsce trzy lata temu. Francuzka jest rzecz jasna świetnie znaną postacią europejskiej muzyki improwizowanej, znamy ją z kilku naprawdę znakomitych płyt, ale kto nie widział jej na żywo, ten nie wie, z jak niebywałą artystką mamy do czynienia. Z jednej strony możliwości wokalne, szerokie spektrum akcji, zmysł dramaturgiczny, zdaje się, że także żelazne struny głosowe, z drugiej przebogata mimika, bez wątpienia talent aktorski, do tego niezaprzeczalny wdzięk i niebywały temperament. Isabelle wyniosła Cafe Oto na najwyższe szczeble nieba, fantastycznie kooperowała z saksofonami jubilata, a nawet sprawiała, iż ten ostatni wznosić się musiał na szczyty swojej kreatywności (co zresztą jest dla niego sytuacją całkowicie naturalną), by nie tylko zwinnie podążać za Isabelle, ale także stwarzać nowe sytuacje dramaturgiczne. Innymi słowy – genialny, niespełna 40-minutowy set.



 

Po kilkunastominutowej przerwie Butcher wrócił na scenę ze swoimi stałymi współpracownikami – pianistą i elektronikiem Patem Thomasem oraz perkusistą Ståle Liavikiem Solbergiem. Panowie mają w dorobku dwie płyty, które – jak się okazuje – są zapisem ich jedynych koncertów w tym składzie. Zatem na urodzinowym przyjęciu Johna zagrali ze sobą po raz … trzeci w życiu. Muzycy zaprezentowali zgrabny, odrobinę stonowany set, który po trzęsieniu ziemi, jakie miało miejsce na początku tego dnia, zdał się być przewrotną formą … relaksacji. Thomas operował wyłącznie dość delikatnymi dźwiękami syntetycznymi (de facto generowanymi dwoma niewielkimi, okablowanymi tabletami), Solberg czynił jak zawsze swoją perfekcyjną doskonałość filigranowego post-drummingu, Butcher zaś pozostawał w roli inspiratora, demiurga, która wsłuchuje się w akcje partnerów, będąc na scenie delikatnie wycofanym. Być może była to chwila oddechu po szaleństwach z Isabelle i … przed ich kolejną porcją.

Finał soboty, czyli zakończenie urodzin, to kolejny na imprezie kwartet ad hoc, który kompilował całą czwórkę muzyków, jaka tego dnia zameldowała się w Cafe Oto. Thomas tym razem sięgnął po brzmienie fortepianu (zarówno inside piano, jak i wprost z klawiatury), Solberg postawił na jeszcze większą molekularność przekazu dźwiękowego, a środek sceny należał do Duthoit i Butchera, którzy zachwycili nas kilkadziesiąt minut wcześniej. John w tradycyjnej sekwencji tenor-sopran-tenor, Isabelle poza głosem, także klarnet. Ten spektakl można by w zasadzie skwitować tymi samymi komplementami, jakimi obdarzyliśmy duetowy performance Anglika i Francuzki. Duthoit rządziła na scenie, na klarnecie wchodziła w post-melodyjne dialogi z Butcherem, permanentnie inspirowała parterów, ci zaś reagowali wprost wspaniale, czyniąc ów występ kolejnym złotym momentem wspaniałych urodzin Johna. Uff…

See you next time Dear John! Cafe Oto, happy to be here again!

 

Zdjęcia własne, bez praw autorskich: John (1), Angharad i John (2), Isabelle i John (3).