Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dirk WAchtelaer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dirk WAchtelaer. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2019

Kassap & Duboc! Landscapes! Trigger! Advent! I love you SDSS…! William’s Thing! Wachtelaer! Vasquez & Sama! Remember this November, what a summary!


Music! Music! Music! Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków pracuje nieprzerwanie z pełną mocą.

Dziś kolejna porcja nowych nagrań i znów garść nowych nazwisk do zapamiętania. Listopadowa zbiorówka aż kipi od emocji, jest bezczelnie wielogatunkowa, a każdy jej fragment naznaczony wielką muzyczną wolą improwizowania. Zaczniemy od Francji i nowości Dark Tree Records, potem kameralny wątek brytyjski, trochę awangardy krajowego Bociana, w jak najbardziej międzynarodowym towarzystwie, nowości Multikulti Project, wyjątkowo psychodeliczny wątek w twórczości belgijskiego perkusisty Dirka Wachtelaera, a na finał swobodna improwizacja z Argentyny. What a game!




Sylvain Kassap/ Benjamin Duboc  Le Funambule (Dark Tree, CD 2019)

Styczeń bieżącego roku, miejsce zwane Le Comptoir, Fontenay-sous-Bois, Francja. Na scenie: Sylvain Kassap na klarnecie i klarnecie basowym oraz Benjamin Duboc na kontrabasie, używał będzie także głosu. Pięć swobodnych improwizacji, 48 minut i kilkanaście sekund.

Le Funambule, to niebanalna, bardzo kameralna opowieść na klarnet i kontrabas. Dwie dłuższe improwizacje i trzy drobne, zmysłowe perełki. Wszystkie one zdają się być podszyte dramaturgicznym niepokojem oczekiwania na nadejście niemożliwego. Wybitny kontrabasista Duboc, która długo kazał sobie czekać na nowe nagrania, tu każdym dźwiękiem potwierdza klasę i wysoki poziom kreatywności. Gra głównie smyczkiem, szuka najniższych częstotliwości, buduje dramaturgię nagrania od pierwszej do ostatniej minuty. Towarzyszący mu klarnecista Kassap niestrudzenie stara się dotrzymywać mu kroku, nie rzadko z sukcesem, zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy.

Pierwszą (długą) improwizację zdobi melorecytacja Duboca, która przysparza nagraniu dodatkowej porcji tajemniczości. Narracja toczy się w niemalże ślimaczym tempie, pełna jest kameralnej zadumy, minimalistycznej kontemplacji. Kolejna długa improwizacja (trzecia) bazuje na ciemnym brzmieniu klarnetu basowego. Muzycy nieustannie szukają kontaktu z ciszą, nie brakuje brzmieniowych niuansów, flażoletów, klarnetowych półdronów, tanecznych przebieżek smyczka. Duża zmienność akcji, użytych technik i poziomu emocji. Gdy Duboc proponuje bardziej oczywiste frazowanie pizzicato, czar delikatnie pryska, jakkolwiek takie momenty na płycie, to jedynie incydenty.  W krótszych improwizacjach warto wsłuchać się w minimalistyczną repetycję kontrabasu i preparacje klarnetu, czynione na dużej wysokości (drugi fragment), akcenty sonorystyczne plecione na tle wyjątkowo masywnego kontrabasu (czwarty fragment), wreszcie – w być może najciekawszym, piątym fragmencie płyty - moment stosunkowo intensywnej improwizacji, gdy klarnet basowy smakuje wschodnimi skalami, kontrabas tańczy z całkiem południowym temperamentem, a całość grzmi i łomoce, jakby muzycy tracili zmysły w opętańczym powtarzaniu fraz.




Dunmall/ Gibbs/ Taylor/ John Long  Landscapes  (FMR Records, CD 2019)

Brytyjska, piorunującą mieszanka doświadczenia i młodości, w kameralnym kwartecie bez instrumentu perkusyjnego - Paul Dunmall na saksofonie sopranowym i flecie, Philip Gibbs na gitarze, Benedict Taylor na altówce i Ashley John Long na kontrabasie. Opowieść w sześciu częściach, 56 minut i 8 sekund (Bristol, Victoria Rooms, wrzesień 2018r.).

Swobodna improwizacja w wydaniu brytyjskim, to na ogół klasa sama w sobie. Nie inaczej jest na płycie Landscapes. Z jednej strony weteran free jazzu, z drugiej trójka młodszych, głodnych wrażeń i jakże bystrych partnerów. Na płycie prezentują trzy dłuższe improwizacje w kwartecie i trzy krótsze w tak zwanych podgrupach (duet i dwa tria). Dunmall zostawia kolegom dużo przestrzeni. Gdy sięga po sopran czasami wypełnia jedynie tło. Tak, jak w pierwszej części – śpiewa na wezgłowiu, podczas gdy gitara kreśli zmyślne pętle, kontrabas drży pizzicato lub płynie umiarkowanie wysokim smyczkiem, a altówka rysuje bruzdy w ziemi i na ogół cudownie preparuje (Taylor trzyma klasę mistrzowską od pierwszego ostatniego dźwięku!). W drugiej dłuższej improwizacji (piąty trak), napięcie budowane jest stopniowo. Najpierw kameralny niepokój sieją kontrabas i altówka. Gitara włącza się po niespełna dwóch minutach i niesie na gryfie sporą garść psychodelii. Sopran, ze śpiewem na ustach, pojawia się po kolejnych dwóch minutach. Muzycy budują zmysłową opowieść często reagując w parach: gitara z saksofonem, kontrabas z altówką. Po znaczącym spowolnieniu, w środku prawie 17 minutowego utworu, ster narracji przejmuje Dunmall i pozostaje szefem ekspozycji do samego jej końca. W ostatnim utworze dużo dobrego robi też mając flet pomiędzy zębami, szczególnie gdy przez kilka chwil płynie tylko w towarzystwie Taylora.

W tak zwanych mniejszych składach muzycy również ślą do nas wyłącznie smakowite pozdrowienia dźwiękowe. Druga część, to duet saksofonu i kontrabasu, który siłą rzeczy najbliższy staje się estetyce free jazzowej. Wyśmienita jest część trzecia, gdy sceną rządzą trzy strunowce – świetne reakcje, na ogół metodą call & responce! Czwarta część to trio fletu, gitary i altówki – stylowa, umiarkowanie emocjonalna zabawa w wyłącznie udane preparacje, innymi słowy kameralistyczny szczyt jakże udanej Landscapes.




Trigger plus Jérôme Noetinger  Camera Obscura (Bocian, CD 2019)

Nils Ostendorf na trąbce, Matthias Müller ma puzonie i Chris Heenan na klarnecie kontrabasowym, czyli trio Trigger oraz Jérôme Noetinger - wg opisu na okładce płyty revox tape recorder, czyli po naszemu, coś na kształt … live proccesing, reel to reel time sound deconstructions. Nagranie koncertowe z grudnia 2014 roku (NK, Berlin), cztery akustyczne improwizacje dewastowane soczystą syntetyką – łącznie 44 minuty i 9 sekund.

Prychające, skrzeczące, drżące i syczące tuby trzech instrumentów dętych, których brzmienie filtrowane jest na kablach i tamże zwinnie dekonstruowane - reeds’ slow dancing in electroacoustic environment, notuje recenzent językiem Szekspira. Jakby nowy wymiar akustyki puzonu, trąbki i muskularnego klarnetu kontrabasowego. Dronowe ekspozycje z akustycznymi zdobieniami, modulowane sercem skwierczącej syntetyki. Gdy potokiem fonicznych wydarzeń rządzi największy z klarnetów, jakość narracji rośnie wymiernie. Gdy władzę przejmuje syntetyka, a chwilami potrafi czynić to bardzo niewybrednie, czar opowieści delikatnie pryska (choćby druga część pierwszej opowieści, a także fragmenty drugiej). Free chamber podłączone pod prąd wysokiego napięcia zdecydowanie lepiej radzi sobie w momentach dramaturgicznej równowagi akustyczno-elektronicznej, jak choćby w początkowej fazie utworu drugiego i w całym piątym. Bywa także, iż syntetyka dominuje, ale nie jest nadmiernie inwazyjna i udanie kooperuje z akustyką, jak ma to miejsce w utworze czwartym.

Zdecydowanie najciekawiej na całej płycie walka dobra ze złem wypada w trzeciej, najdłuższej improwizacji, która trwa niemal 19 minut. Na wejściu odnotowujemy sporo dźwięków akustycznych. Po podłączeniu pasm grzmiącej syntetyki, flow opowieści lepi się w jeden potok zmysłowej elektroakustyki. Crème de la crème tej części ma miejsce w momencie, gdy przestrzeń, jaką stwarza live proccesing nabiera wręcz dubowej głębi. Równie smakowite są ostatnie dźwięki tej improwizacji, które snują się zwinną post- akustyką, po czym łapią kilka dronowych pocisków, by po chwili zgasić płomień narracji w pełni akustycznymi dźwiękami.




Phil Minton/ David Maranha/ Gerard Lebik  Advent (Bocian, LP 2019)

Pozostajemy w szponach Bocianiej post-awangardy. Znów nagranie, które czekało na edycję całe pięć lat, ale definitywnie było warto! Phil Minton – głos, David Maranha – organy i Gerard Lebik – generators. Koncert w obiekcie sakralnym w Warszawie trwa 34 minuty i 44 sekundy.

Pulsująca ciszą, duża, oddychająca przestrzeń Kościoła, charkot ust i gardła – tak oto rozpoczyna się intrygująca, płynna, na poły ambientowa, post-elektroniczna podróż w nieznane z głosem ludzkim, jedynym w swoim rodzaju, rzec można – post-głosem! Dobra dramaturgia całości, mimo pewnej teatralności spektaklu i ilustracyjności niektórych partii instrumentalnych, z zaszytą w głębinach narracji swoistą epickością. Wraz z upływem czasu pierwszej strony winyla, pozorna kraina łagodności ustępuje elektro-akustycznym zadziorom. Minton, mistrz wokalny wszystkich epok w historii improwizacji, z każdą sekundą koncertu wnosi do narracji coraz więcej nowych, niespodziewanych fonii. Po chwili wyciszenia, w drugiej części pierwszego seta, przebiegle napędza spiralę improwizacji, a całość zaczyna brzmieć niczym Dead Can Dance na sterydach. Muzycy sięgają granicy hałasu, a przestrzeń wokół pachnie harshem i wonią upalonego kadzidła. Gaszenie płomienia soczystym ambientem, który wybrzmiewa niczym deszcz padający na aluminiowy parapet.

Druga opowieść nieco tłumi emocje na wejściu, by po odpowiedniej dawce rozgrzewki wyeksplodować pięknem głosowych szaleństw Mintona – muzyk krzyczy, śpiewa operowym głosem, nawet falsetem, śmieje się, wydmuchuje nos, używa scatu, beatboxingu, gwiździe i rechocze. W tle organy plotą zwinną opowieść inside/ outside. Tło instrumentalno-elektroniczne koncertu, które czasami zdaje się być odrobinę monotonne, na ostatniej prostej nabiera wiatru w żagle i niesie Mintona na sam szczyt najwyższej góry.




Strycharski/ Kacperczyk/ Szpura  I love you SDSS J124043​.​01​+​671034​.​68 (Multikulti Project, CD 2019)

Czas na rozwinięcie w pełni krajowego wątku naszej dzisiejszej zbiorówki i zaprezentowanie płyty, która z pewnością dzierży palmę pierwszeństwa w kategorii Najdłuższy Tytuł Nowoczesnej Europy. Dominik Strycharski – flety proste (Soprano C, Soprano B, Alto E, Tenor C, Bass F), Łukasz Kacperczyk – syntezatory modularne oraz Paweł Szpura – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z grudnia 2017 roku (Ladom), pięć dalece swobodnych improwizacji, 36 minut i 20 sekund.

Szelest i szum drummerskich szczoteczek, flet wydający puste dźwięki i pomruk rozgrzewającej się maszynerii syntezatorowej – w ten oto sposób budzi się do życia mała, zgrabna improwizacja, kreowana w skupieniu, z pewnym artystycznym wyrachowaniem, napędzana bez brawury, ze świetną komunikacją wewnętrzną. Pełne równouprawnienie dźwięków żywych i syntetycznych, to kolejna konstytuanta tego nagrania, podobnie jak zasada kolektywnego tworzenia wszelkich opowieści na nim zawartych, gdyż obraz całości jest dla każdego z muzyków ważniejszy niż indywidualna, choćby najbardziej swobodna ekspozycja.

Każdy z utworów ma tu swoją dramaturgię, na ogół budowany jest nieśpiesznie, często bazuje na zwinnych repetycjach, w czym prym wiedzie Kacperczyk, który w kilku momentach płyty stwarza aurę czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-techno. Czyni to często zwłaszcza w dwóch końcowych improwizacjach, które zresztą nie tylko dzięki temu zabiegowi, śmiało uznać możemy za najlepsze na płycie. Czwarty fragment na wejściu jest bardzo oniryczny, flet śpiewa czystym tembrem, jest ciekawie wyeksponowany, a post-syntetyka buduje zmysłowe tło. Pogłos tworzy nastrój permanentnie, dobrą robotę czyni perkusja. Pod koniec tej części flet brzmi bardzo bogato, niemal barokowo, frywolnie płynąc po nieboskłonie. Finałowa improwizacja rodzi się w leśnych gęstwinach, pleciona jest z intrygująco brzmiących pasm elektroakustyki. Bije żywy beat post-techno, a każdemu dźwiękowi towarzyszy pewien niepokój, aura tajemniczości. Syntetyka brzmi inaczej niż dotychczas, flet brudzi swoje brzmienie, perkusja stawia stemple niczym certyfikaty jakości - mamy wrażenie, że każdy z muzyków chciałby jeszcze w tym nagraniu podokazywać! Do ostatniego dźwięku trio prowadzone jest przez repetującą syntetykę.




William's Things (Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki)  A Soul Not All of Wood (Multikulti Project, CD 2019)

Zapraszamy na spektakl poezji śpiewanej! Po intrygującej przygodzie ze słowem William Blake’a, Michał Górczyński (klarnet kontrabasowy, kompozytor), Sean Palmer (śpiew) i Tomasz Wiracki (fortepian) biorą na warsztat lirykę Henry’ego Davida Thoreau’a. Nagranie powstałe w … lesie, w czerwcu ubiegłego roku, składa się z jedenastu piosenek, które trwają 38 minut i 41 sekund.

Płyta ukazała się w ramach serii Outer Limits, co dobrze oddaje jej wymiar stylistyczny. Warto jednak dodać, iż w przeciwieństwie do pierwszej płyty formacji, którą od tego czasu nazywamy Williams’ Things, nowe nagranie usytuowało się także w kategorii Outer Improvisations. Z punktu widzenia recenzenta Trybuny stanowi to pewną niedogodność, ale absolutnie nie odbiera uroku temu nagraniu i nie deprecjonuje świetnej muzycznej roboty każdego z jego twórców. Piosenki z dużą klasą – to dobry epitet!

Muzykom w trakcie nagrania towarzyszy nieprzerwanie dźwięk lasu i śpiewających ptaków. Cała płyta jest jednym trakiem i płynie przez nasze uszy wyjątkowo przyjemnym strumieniem dźwiękowym. Głos aktora, który potrafi zaśpiewać wszystko, klarnet kontrabasowy, który zawsze brzmi wyjątkowo dobitnie i fortepian, który w tej konfiguracji ma zadania głównie rytmiczne. Zwróćmy zatem uwagę na najciekawsze fragmenty A Soul Not All of Wood. Druga piosenka budowana jest wrzaskiem, krzykiem, wręcz szczekaniem, a w role interlokutorów wcielają się wokalista i klarnecista. Równie ekspresyjna jest także część ósma. Trzecią piosenkę buduje przeszywający nasze zwoje nerwowe dron klarnetu. Tenże sam instrument w piątej pięknie grzmi i łomocze, podając zwinnie nobliwą melodię. W siódmej narracja budowana jest przez rytmiczne klaskanie, a całość pachnie zmysłowym gospel. Równie emocjonalna jest część dziewiąta, bardzo taneczna, pełna wdechów i wydechów, nawet z elementami funk i wokalnego scatu. Dwie ostatnie piosenki, to niemalże kołysanki, zdobione czerstwym, ale i niepowtarzalnym brzmieniem klarnetu kontrabasowego.




Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Przenosimy się do Belgii na dwa spotkania ze stałym gościem naszych cyklicznych zbiorówek, perkusistą Dirkiem Wachtelaerem. Dodajmy – oba niezwykłe, skąpane w gitarowej psychodelii! Chwilami będzie bardzo kwaśno, czasami także bardzo energetycznie! Najpierw Podwójne Zagrożenie: Jonas van den Bossche i Alec Ilyine na gitarach elektrycznych oraz nasz bohater, oczywiście na perkusji. Nagranie studyjne z marca br., pięć swobodnych improwizacji, 42 i pół minuty.

Opowieść budują dwie gitary posadowione na przeciwległych flankach. Ta lewa lubi rockowe zagrywki, przestery, jest w ciągłym ruchu, sieje ferment, brudzi brzmienie, dekonstruuje niemal każdy napotkany dźwięk. Ta druga, usytuowana na prawej stronie, częściej sięga po dłuższe wypowiedzi, z ogromną przyjemnością zanurza się w ambiencie, który w jej wykonaniu przyjmuje najróżniejsze barwy, od głuchego dark po ulotne blue. Dwie gitary, jakby dwa odmienne spojrzenia na swobodną improwizację, kipiącą psychodelią i post-rockiem. Środkiem narracji pędzi (choć czasami także efektownie stopuje) wrażliwy i jednocześnie temperamentny perkusista. Zwinnie trzyma obu szalejących gitarzystów w pionie, dba o dramaturgię całości, ale nie stroni też od indywidualnych, bardzo swobodnych ekspozycji.

Trudno wskazać w tym doskonałym nagraniu lepsze momenty – każda minuta zasługuje tu na nasze uznanie.  Krew krąży w naszych żyłach być może najszybciej w trakcie drugiej, najdłuższej improwizacji. Budowana jest ona z mozołem, na starcie pełna małych, zwinnych, gitarowych spiętrzeń, świetnie komentowanych przez perkusję. Narracja rodzi się na brudnych, czerstwych plamach post-gitarowego zgiełku. Po pewnym czasie obie gitary tańczą i swawolą, perkusja zaś płynie masywnym, dominującym strumieniem. Po stadium full power, opowieść długo wybrzmiewa pięknymi, gitarowymi pętlami. Trzeci fragment kreowany jest na jeszcze silniejszym dysonansie – lewa gitara preparuje post-rockowo, prawa zanurza się w czystym deep blue ambiencie. Mały drumming dopełnia obrazu całości. Oddychająca post-cisza, która z czasem nabiera niebywałej mocy i przekształca się w coś, co zgrabnie można by określić jako full psychodelic disaster! Wreszcie finałowa improwizacja, budowana na rockowym drummingu, pełna gitarowych fuzzów i zrogowaceń na obu gryfach. Mantra rytualnych powtórzeń, która doprowadza opowieść pod ścianę dźwięku, tworzoną już przez wszystkich uczestników szalonego Double Threat. Na ostatniej prostej na scenie zostają już tylko samotne gitary. Ta lewa sprzęga się w konwulsjach, ta druga lewituje ciszą.




Farida Amadou/ Cécile Broché/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Face Dial (DW bandcamp, DL 2019)

Pozostaje z nami dwie-trzecie Double Threat (Ilyine, Wachtelaer), dochodzą: Farida Amadou na basie elektrycznym i Cécile Broché na skrzypcach oraz elektronice (nie zagra w pierwszym utworze). Luty br., to samo studio, znów pięć improwizacji, tym razem jednak prawie 80 minut muzyki.

Face Dial, choć nagrane miesiąc wcześniej niż Double Threat, możemy potraktować jako pewnego rodzaju rozwinięcie wątków podjętych na płycie, którą omówiliśmy piętro wyżej. Elektryczny bas i rozchełstane elektroniką skrzypce bardzo udanie zastępują lewego gitarzystę. Ten prawy, ambientowy, wciąż jest z nami, nadal czyni niemal same cuda. Równie dobrą robotę wykonuje perkusista. Jeśli mielibyśmy wskazać mankament Face Dial, to z pewnością jest nią … długość nagrania. Jak za chwilę wykażemy, omawiając płytę bardziej szczegółowo, całkiem śmiało mogłaby się ona zakończyć po trzeciej improwizacji, czyli mniej więcej po 52 minutach.

Face Dial otwiera aura intensywnej stagnacji – warkot basu, brudna pulsacja gitary, okrężny, aktywny drumming. Prawdziwie post-rockowa rzeźnia, narracja pełna psychodelicznych wdechów i wydechów bardzo swobodnej improwizacji. Bas rysuje pętle, bywa, że frazuje na jazzowo, gitara stawia płaszczyzny ambientu o niezliczonej ilości barw, dodaje narracji przestrzeni i odpowiedniego pogłosu. Od drugiego utworu do gry włączają się skrzypce, raz za razem ciekawie rozwijane przez nienachalną elektronikę. Opowieść toczy się gęstym, masywnym ściegiem. Kind of psycho acid fussion as well! Muzycy często osiągają stan ognistej erupcji, ale bez problemu łapią też oddech w rejonach bliższych ciszy. Wiele doskonałych momentów odnotowuje gitarzysta, drummer zaś trzyma wszystko w dramaturgicznych ryzach. Trzecia improwizacja startuje z poziomu intrygujących, małych preparacji. Ze strzępów dźwięków muzycy budują bardzo zwinną i gęstą opowieść. Umiejętność symbiotycznego łączenia się czterech instrumentów w potok swobodnej improwizacji, to niewątpliwie siła tej płyty. No i właśnie, od czwartej improwizacji, ta przywara kwartetu zaczyna słabej działać, jakby formuła dotychczasowej improwizacji delikatnie się wyczerpała. Nie brakuje indywidualnych, bardzo udanych fraz, ale całość nie lepi się już tak zgrabnie w spójną opowieść. Sam finał łapie wszakże ognistą poświatę i w 80 minucie nie czujemy się znużeni Face Dial. Co nie zmienia faktu, iż płyta jest odrobinę zbyt długa.




Pablo Vazquez/ Hernan Sama  El Nombre Del Ritual (Creative Sources, CD 2019)

Na finał dzisiejszych zbiorowych szaleństw zaglądamy do Buenos Aires. Kwiecień 2018 roku, Estudio Libres, a w nim Pablo Vazquez na kontrabasie i Hernan Sama na saksofonie. Trzynaście improwizacji, łącznie 47 i pół minuty.

Nazwa Rytuału, to absolutnie bezpretensjonalna, swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona w jazzie. Niektóre utwory są bardzo krótkie, inne, dłuższe mają nieco ponad 5 minut. Różne techniki gry, melodyjne frazy open jazzu, ale i sonorystyczne zabawy czynione w świetnej komunikacji wzajemnej. Gdy trzeba muzycy z Argentyny śmiało wchodzą w świat zawsze bardzo udanych preparacji. Oto kolejny dowód na to, iż świetna muzyka powstaje w każdej części świata i mówi nieskończoną ilością języków.

Choćby klimat otwarcia – proste akordy kontrabasu, ogrywane przez suchy tembr saksofonu. Wyrazista narracja, świetna akustyka studia, czyste, wyzwolone ze schematów brzmienie, dobry warsztat muzyczny. Gdy trzeba saksofon brudzi swój sound, a palce kontrabasisty zwinnie tańczą na gryfie (drugi odcinek). Już tylko krok, by utonąć we wzajemnej imitacji i płynąć jednym, zwartym strumieniem. W kolejnej części bystre preparacje obu instrumentów, wspierane są głosami muzyków, którzy burczą i melorecytują teksty w nieznanym języku. W piątym utworze pięknie trzeszczy tuba saksofonu, a w ósmym pojawia się wysoko zestrojony smyczek na gryfie kontrabasu, który zmysłowo śpiewa na tle saksofonowych dronów. Podobna sytuacja ma miejsce w utworze dziesiątym, dwunastym i trzynastym. Ale przed nimi, w utworze dziewiątym, dzieją się chyba rzeczy najpiękniejsze – najpierw garść preparacji, także z użyciem gardła, potem zabrudzony walking kontrabasu i saksofon, który szuka dna tuby, wreszcie gardłowe melorecytacje, jakby żywcem przeniesione z dalekiego wschodu, z jakiejś tybetańskiej wioski zasypanej śniegiem. Piękny moment! Płytę uzupełnia kilka bardziej jazzowych fragmentów, które są okazją do wykazania się przez obu instrumentalistów, iż w tej, bardziej melodyjnej dziedzinie życia, radzą sobie równie doskonale.



sobota, 23 lutego 2019

Zyft! Pareidolia! Rowden! Sobanski! Wachtelaer! Schindler! S. Araw Trio XIII! Welf Dorr! The winter collection of a new music, quite fresh and not fully recognized!


Wyczekiwanie na wiosnę, jak co roku, jest niezwykle wyczerpującym zajęciem. Jak powszechnie wiadomo, świat nie należy do ludzi cierpliwych. Czas zatem poczynić stosowne gusła, obrządki i inne czyny nieczyste, by ściągnąć na nasze głowy odrobinę witaminy D.

Na Trybunie mamy kilka swoich sprawdzonych metod. Jedną z nich jest zbiorówka recenzji płyt, które pełne są mniej rozpoznawalnych osobistości świata muzyki improwizowanej, siejących stylistyczne wolty i dostarczających moc nie do końca posłusznych dźwięków.

Zapraszamy do odczytu i odsłuchu nowych nagrań, jakie w trakcie minionych kilku tygodni pojawiły się w redakcyjnych odtwarzaczach. Niektóre zagościły w nich na chwilę, inne na kilka chwil. Jedne są krótsze, inne dłuższe – ale zasada, iż nieprzegadanie improwizacji podnosi jakość nagrania potwierdza się w całej rozciągłości! Uwaga - znów musicie zapamiętać kilka ciekawych nazwisk!

Jeszcze słowo o marszrucie. Zaczynamy w Amsterdamie. Potem Portugalia, Nowy Jork, Zjednoczone Królestwo, Belgia, Niemcy i ponownie Wielkie Jabłko. W tym tyglu muzycznych emocji dwa drobne akcenty krajowe, czynione wszakże na obczyźnie.




Zyft  ‎Midnight Tea Suite (Creative Sources, CD 2019)

Startujemy sesją nagraniową, która miała miejsce w maju ubiegłego roku, w północnym Amsterdamie. Funkcjonujące artystycznie od kilku lat trio Zyft rejestrowało wówczas swoją pierwszą płytę. W studiu znaleźli się, całkiem już z nami obeznani, Ziv Taubenfeld na klarnecie basowym i Henk Zwerver na gitarze oraz debiutująca na tych łamach Maya Felixbrodt na altówce. Sześć swobodnych improwizacji, niewiele ponad 32 minuty muzyki.

Zyft - intrygujące trio, które łączy gatunki, pokolenia muzyków, wstrząsa i miesza, finalnie dostarczając moc dalece błyskotliwych przeżyć artystycznych. Gitara Henka zdaje się znać całą historię jazzu, swobodnej improwizacji, a pewnie i rocka, a nawet bluegrassu. W jednym ciągu improwizacji Zwerver potrafi brzmieć jak Derek Bailey i Django Reinhardt. Klarnet basowy Ziva ma masywny tembr, ale bez trudu pląsa na dużej wysokości, bywa wstrzemięźliwy w okazywaniu emocji, ale zawsze idealnie wyczuwa moment, gdy trzeba zaatakować. Wreszcie Maya i jej doprawdy szalona altówka. Wybuchowa mieszanka kwaśnej kameralistyki, wytwornej sonorystyki, do tego polot, bystry umysł i artystyczna niepokorność wobec męskiej części tria. Narracja toczy się na płycie na ogół warto, jest gęsta od dźwięków, ale jednocześnie lekka, zwiewna, czasami tajemnicza. Od czasu do czasu kąsa semicką kolorystyką.

Na starcie płyty gitara plecie semi-jazzowe frazy, altówka sonoryzuje w tańcu, a klarnet śle drony w dalekim tle. Skupienie, precyzja, skrupulatność i dbałość o pojedynczy dźwięk. Także kocia zwinność w zakresie przechodzenia w stan wzmożonego napięcia dramaturgicznego. Drugi opus lśni bystrym galopem, czynionym z saperską niemal dokładnością. Trzeci – prawdziwa perła! – konsumuje trzy solowe ekspozycje, klejone soczystymi frazami kolektywnej eksplozji. Najpierw skrzy się niezwykłym intro like modular string, potem klarnetowym expose godnym mistrzów gatunku, wreszcie gitarowym rezonansem, z którego wyłania się krótka opowieść o całej historii gitarowego jazzu. Czwarta opowieść rodzi się w mroku i ciszy. Altówka brzmi wręcz barokowo, budzi męską część załogi do figlarnych eskalacji. W mgnieniu oka, studio spowija już jedynie mgliste wspomnienie początkowej ciszy. Szefem piątej improwizacji jest zdecydowanie klarnet basowy. Buduje drony, przedrzeźnia się z altówką, kontrapunktuje gitarę. Gatunkowy melting pot, aż do rozpalenia pełnego płomienia. Finał tej smakowitej płyty, który trwale ledwie 2 minuty z sekundami, jest swoistym podsumowaniem poprzednich trzydziestu. Małe, urywane frazy, zmysłowe call & responce, narracja gęsta od dobrych dźwięków!
  



Pareidolia  Selon le Vent (JACC Records, CD 2018)

Zacne Salão Brazil w Coimbrze i trójka muzyków: João Camões – altówka, Gabriel Lemaire – saksofon altowy i barytonowy, klarnet altowy oraz Yves Arques – fortepian. W drugim secie do tria dołącza Alvaro Rosso – kontrabas. Późna wiosna 2016, formacja ma nazwę własną Pareidolia, a skupiony odsłuch swobodnych improwizacji tria i kwartetu zajmie nam łącznie 30 i pół minuty.

Trzyosobowy koncert spływa z silnie sonoryzujących strun altówki i tuby saksofonu. Piano drzemie w ciszy, potem w skromnej preparacji. Narracja w formie slow & dron, ale dość gęsta, z akcentami percussion z pudła fortepianu. Efektowne, ciekawie akustycznie, wycieczki w kierunku współczesnej kameralistyki - chamber in motion, clearly improvised. Niebanalny dialog strun na gryfie i strun w pudle, nieco wycofany saksofon. Zwinne pasaże altówki, bystra kipiel w tubie, kilka zaskoczeń w dziedzinie preparacji. Szczególnie doskonała zdaje się 13 i 14 minuta seta.

Od pierwszej sekundy seta drugiego wiemy, że do zabawy podłączył się kontrabas. Początkowo, oparty o smyczek, zmysłowo skwierczy. Altówka wchodzi z nim w kameralistyczny dyskurs estetyczny. Przy wsparciu preparowanego ponownie piana, robi się z tego mała burza z piorunami, rodzaj święta wiosny, ale na molowo. W 9 minucie ma miejsce pewien zwrot stylistyczny, który pięknie eksponuje powszechnie znaną tezę, iż lepsze jest wrogiem dobrego. Kontrabas podejmuje jazzowe frazowanie i mimo, iż reszta nie rzuca od razu miłości do chamber, narracja delikatnie dynamizuje się i traci na atrakcyjności. Najpierw jest to krok wręcz free jazzowy, potem zaś – po skromnym wytłumieniu - muzycy otwierają szeroką bramę do estetyki oczywistości ala ECM i czar definitywnie pryska. Wóz improwizacji ciągnie kontrabas i piano. Powrót saksofonu i altówki na ostatnie 120 sekund niewiele już zmienia w odbiorze całości.




Zach Rowden/ Jarrett Gilgore/ Ian McColm  First Lapse (Raw Tonk Records, CD 2019)

Przenosimy się za wielką wodę. Nowojorski fyrtel zwie się Annandale-on-the-Hudson, a w środku odnajdujemy trójkę muzyków, których personalia mówią nam, póki co, dość niewiele: Zach Rowden – bas bezprogowy plus preparacje, Jarrett Gilgore – saksofon altowy oraz Ian McColm – perkusja i perkusjonalia. Lato roku 2017, pięć improwizacji, znów 30 i pół minuty na wyświetlaczu w opcji full time.

Pierwsza pomyłka, to ciekawy przykład free jazzu z bardzo oryginalnym użyciem basu bezprogowego, który pozostaje niemal bez przerwy w stanie intensywnych preparacji, głównie za pomocą smyczka. Towarzystwo ma równie frapujące: saksofon altowy, który niebanalnym i szorstkim brzmieniem, mocno osadzonym w historii gatunku, chętnie wchodzi w śpiewne i rytmicznie powykręcane strumienie dźwięków (często niczym Jemeel Moondoc), wreszcie gęsty, precyzyjny drumming, często akceptujący bijące serce stopy na bębnie basowym (kłania się Tom Bruno i jego legendarny Test).

Płyta zaczyna się brudną, bardzo gęstą narracją, która wykazuje silne ciągoty w kierunku samoeskalowania się. I tak dzieje się – uprzedźmy wypadki – w każdym utworze. Sytuacja sceniczna jest następująca: bas grzmoci, rzęzi i szeleści, perkusja pozostaje w stanie mocnego progresu, a alt często brnie w taniec. Drugi fragment zaczyna się dużo spokojniej, ale i on łapie odpowiedniego dryla! Okazuje się, iż zmysłowe schodzenie w ciszę, za pomocą niskiego drona ze smyka, to także kompetencja tego tria. W czwartym odcinku odnajdujemy ciekawy dialog altu i basu na tle rozgrzanych talerzy. Udana wycieczka w kierunku nieoczywistej sonorystyki. Zwinny, wewnętrznie kompatybilny pokaz czerstwego piękna. Finałowa fraza rodzi się głęboko w tubie altu - syczenie, szelest i rezonans. Obok dudnienie basu, jako zaczyn niebanalnej meta ballady, które wybrzmi smakowitymi dronami. First Lapse - trzydziestominutowy konkret, żadnego zbędnego dźwięku.




Sobanski/ McMurchie/ Lash/ Orrell  For All the Obvious Reasons, Live (European Improvisation Scene, DL 2018)

Powrót od Europy, przed oblicze Zjednoczonego Królestwa i tamtejszy kwartet z istotnym akcentem polskim: Mariusz Sobański – gitara, Jake McMurchie – saksofon, Dominic Lash – kontrabas, Tony Orrell – perkusja. Ubiegłoroczne nagranie z oklaskami trwa godzinę zegarową z sekundami, składa się zaś z trzech improwizacji. Jesteśmy w Bristolu, w ramach serii koncertowej, odbywającej się w Klubie Exchange.

Koncert otwiera wielosekundowy, ambientowy dron, generowany – jak domniemujemy - przez amplifikatory gitary i saksofonu. Po podłączeniu się wszystkich instrumentów, muzycy serwują nam post-rockowe intro, które buduje płynna gitara w estetyce psycho-post-fussion, barytonowe pomruki, aktywny drumming i kontrabas z gęstą powłoką niskich dźwięków. Narracja toczy się od jednego spiętrzenia do drugiego. Każdy zwrot dramaturgiczny dźwiga na swoich barkach silny kontrabas, który po zwinnej rekapitulacji, proponuje nowy potok improwizacji. Chwilami stara się on zgubić rockową powłokę całości, jest nawet skłonny swingować z perkusją. Votum separatum pozostałych instrumentów w tej kwestii prowadzi, od czasu do czasu, do drobnych dysonansów estetycznych. Muzyka toczy się wartko, jakkolwiek nie sposób nie zauważyć pewnego stylistycznego rozgardiaszu. Z jednej strony Lash i jego free jazzowe wręcz ciągoty, z drugiej Sobanski i silne parcie w kierunku post-rocka i ambientowej psychodelii. McMurchie w takich sytuacjach raczej pozostaje na uboczu i nie wchodzi w interakcje. Najmniej wątpliwości zdaje się mieć Orrell, który bębni na temat i trzyma w ryzach rozwój sytuacji na scenie.

Dalece ciekawiej robi się w dalszej części koncertu. Fragment drugi rodzi się w otchłani kontrabasowych preparacji i talerzowej ornamentyki. Gitara intrygująco szumi, szary ambient zdaje się być także udziałem saksofonu. Pójście w funkową dynamikę, być może akurat teraz, nie należy jednak uznać za rozwiązanie optymalne. Ostatnią część koncertu otwiera saksofonista. Wspiera go smyczek uczepiony dolnej części gryfu kontrabasu. Perkusjonalne akcenty plus kilka kropel psychodelii z gitary buduje nam flow, który zdecydowanie karze wskazać go najlepszym momentem koncertu. Płynna lawa, szklisty półtrans, funkowy walking kontrabasu w ramach komentarza, suche plamy wprost z tuby saksofonu. Sam finał nadchodzi dość niespodziewanie.




Mark Bogaerts/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Siglow Is The Place  (bandcamp, DL 2018)

Wpław przez kanał i jesteśmy w Belgii, być może nawet jest już wtorek. Trio z udziałem perkusisty Dirka Wachtelaera (także obiekty), który systematycznie dostarcza nam nowej muzyki. Obok niego: Mark Bogaerts – głos, saksofon altowy, gitara elektryczna oraz Alec Ilyine – gitara elektryczna lub basowa. Bardzo świeża rejestracja studyjna (Bruksela, listopad 2018). Sześć improwizacji z tytułami, prawie 65 minut.

Dynamiczny początek, wyznaczony przez rockowe intro, free jazzowy saksofon i konsekwentny, precyzyjny drumming. Gęsta, rwana narracja, klimaty fussion i dobrego jazz rocka. Ciekawa gitara, która bez trudu odnajduje wątki psychodeliczne, zwinnie tłumiąc emocje całego tria. Drugi fragment pokazuje, iż muzycy nieźle radzą sobie w cichej sytuacji sonorystycznej, już bez saksofonu, w filigranowym, iście diabelskim marszu pogrzebowym. Jak na skład trzyosobowy, instrumentarium jest dość bogate i w skończonej liczbie przypadków muzycy robią z tego właściwy użytek. W rozbudowanej, kilkunastominutowej, trzeciej improwizacji odnajdujemy intrygujące zestawienie mikro drummingu z ambientowymi wyziewami gitar, z odrobiną kwasu pomiędzy strunami. Jest i szczypta elektroakustycznych zdobień. Intruzem zdaje się tu być jedynie próba slajsowania dźwięku przez jedną z gitar, która zdaje się pasować do całej narracji, niczym pięść do nosa. Szczęśliwie muzycy po 13 minucie łapią zdrowy trans i wychodzą z pata dramaturgicznego obronną ręką.

Kolejne trzy improwizacje toczą się warto, nie brak w nich zdrowych, soczystych wymian dźwięków i zwinnych interakcji. W czwartym dobrym rozwiązaniem jest niemal punkowe przyspieszenie, a po nim głębokie zanurzenie w tłustą psychodelię. Początek piątego utworu nie stroni od zbędnych dźwięków, trochę przypomina The End Doorsów, tuż po wyjściu z dżungli. Finał tej części zdaje się ociekać rockową ekspresją – solówkami gitar i rozbudowanymi partiami perkusyjnymi. Pieśń pożegnalna trzyma klimat psycho and dark ambient, który zupełnie niepotrzebnie komentowany jest werbalnie przez gitarzystę. Jak to już bywa w przypadku muzyki, jaką zasyła nam Wachtelaer – moc dobrych, nawet bardzo dobrych fragmentów i brak stosownej autocenzury w zakresie post-produkcyjnej redukcji mniej udanych fragmentów improwizacji. Okrojenie płyty do trzech kwadransów doskonale podniosłoby ocenę całości.




Catherine Smet/ Dirk Wachtelaer Improvisations (Creative Sources, CD 2018)

Pozostajemy w towarzystwie Dirka Wachtelaera, ale dość radykalnie zmieniamy klimat improwizacji. Tym razem duet z pianistką Catherine Smet. Studyjne nagranie z maja ubiegłego roku. Dziewięć improwizacji, godzina zegarowa i pół minuty.

Improwizacje, to przykład jazzowej kameralistyki, którą niechybnie kojarzyć możemy z klimatami ECM, co na tych łamach nie bywa poczytywane za komplement. Dobra, precyzyjna, bogata brzmieniowo praca perkusisty i stonowana, chwilami ocierająca się o minimalizm, pianistka (zdaje się, że klasycznie kształcona), która zdecydowanie preferuje klawiszowe pasaże niż zanurzanie się w głąb instrumentu i uprawianie preparacji. W toku całej, znów niezbyt krótkiej płyty, intrygujące dźwięki perkusji, bywają często konsumowane przez dość przewidywalną pianistykę, a całość narracji toczy się w kierunku improwizowanego chill-outu, gdzie dźwięki zdają się być bardzo przyjazne dla ucha, ale nie intrygują intelektu słuchacza.

Dość wszak utyskiwania nad oglądem całości, poszukajmy pozytywów, których nie brakuje na płycie. W pierwszej części uwagę przykuwa bardzo skrupulatna i czuła na niuanse brzmieniowe gra Dirka, chwilami udanie nawiązująca do stylistyki Rogera Turnera. W trzeciej wypada pochwalić Catherine, która ciekawie repetuje, stawiając na konsekwentny minimal. W piątej i szóstej improwizacji dominuje jazzowa kameralistyka, nawet z pewną dozą dynamiki. Już jednak dwa kolejne odcinki przenoszą nas w świat wyważonego, skupionego drummingu i fortepianu, który chytrze chowa się za fakturą talerzy i czyni nastrojowe, niebanalne, na poły tajemnicze pasaże, delikatnie zahaczające o obszar preparacji. Podobnie zachowuje się perkusista, a recenzent śmiało oznacza ósmą improwizację, jako najlepszą na płycie. Sam finał nagrania jest powrotem do bardziej dynamicznego, jazzowego frazowania i konwencjonalnej pianistyki. 




Udo Schindler/ Georges-Emanuel Schneider/ Gunter Pretzel  Rhizome (Creative Sources, CD 2018)

Krok na południowy wschód i meldujemy się w Monachium, by dwukrotnie pochylić się nad najnowszymi dokonaniami niemieckiego klarnecisty i saksofonisty Udo Schindlera, który zdaje się być już stałym uczestnikiem naszych okresowych zbiorówek. Zaczynamy od dalece frapującego tria Rhizome, który udanie łączy świat swobodnej improwizacji i współczesnej kameralistyki, także tej głęboko osadzonej w filharmonicznych gmaszyskach. A zatem Gunter Pretzel na altówce, Georges-Emmanuel Schneider na skrzypcach (plus live electronics) oraz Udo Schindler na klarnecie basowym, saksofonie sopranowym i euphonium (zwanym także tubą tenorową). Spotkanie koncertowe miało miejsce w monachijskiej At Gallery ar Toxin pierwszego dnia marca roku ubiegłego. Muzycy improwizowali, w oparciu o pewne ustalenia przedprodukcyjne. Pod dłuższymi improwizacjami podpisała się cała trójka muzyków, pod krótszymi – Schneider (druga) oraz Schindler (czwarta). Całość trwała godzinę zegarową i kilkadziesiąt sekund.

Dłuższe, tytułowe improwizacje (First & Second Rhizome) bazują na strunowych ekspozycjach, które w wielu momentach uroczo topią się w sonorystyce, szczególnie jeśli chodzi o altówkę. Skrzypce zdają się mieć podobne zadania, ale ponieważ muzyk operuje także w zakresie live electronics, czasami efekty jego działań bliższe są elektroakustyce, zawierają także akcenty perkusjonalne. Funkcjonujący na środku sceny Schindler udanie łączy flankowe ekspozycje strunowców, na ogół operuje na saksofonie sopranowym, tworząc rodzaj dramaturgicznego kręgosłupa improwizacji. Dobywa z tuby dęciaka sploty intrygujących dźwięków, brzmi ciekawie i niebanalnie. Na flankach zaś dzieją się prawdziwe cuda. Altówka potrafi zmysłowo pohałasować, skrzypce brnąć w plamy godne jazzowego wręcz fussion. Choć osadzone we współczesnej kameralistyce, raz za razem ostrzą sobie narrację bystrymi zadziorami. Podobnie kontrapunktujący bywa klarnet basowy, który włącza się do gry sporadycznie, ale skutecznie wtedy porządkuje narrację i wprowadza elementy tłumienia gotujących się emocji. W następnej rozbudowanej improwizacji (trzeciej na płycie), muzycy zdają się być jeszcze bardziej skrupulatni, a ich ekspozycje definitywnie filigranowe. Drony, małe dźwięki godne mistycznego posmaku cichej filharmonii. Szumy dęciaka, śpiew strunowców, kind of acid chamber! Mocne zmiany daje w tej części także klarnet basowy.

Nieco odmiennie kształtują się dwie pozostałe, krótkie improwizacje autorskie. Odcinek Schneidera, co nie dziwi, stanowi pasaż elektroakustycznych incydentów, który zdobią suche, sonorystyczne ekspozycje altówki, z dęciakiem, który zdecydowanie pilnuje dalekiego tła. Finałowa część koncertu grana jest przez Schindlera na euphonium. Groźna meta tuba kreśli zwinne pętle, stanowiąc przy okazji doskonałe intro dla płyty, którą omówimy poniżej.




Udo Schindler  ‎Pneuma_Extreme  (Confront , CDr 2018)

Słowo się rzekło, czas na czternaście poematów solowych Udo Schindlera na klarnet kontrabasowy! Live recordings zarejestrowane w miejscu zwanym Salon für Klang+Kunst in Krailing, w 2016 roku.  Czas niezbędny na skupiony odsłuch, to 35 minut i kilkanaście sekund.

Pneuma_Extreme, to bardzo interesujące, choć nieco akademickie ćwiczenie na niebanalne wydawanie dźwięków z instrumentu o gabarytach małego słonia! Wrażeń akustycznych pozostawia wszakże bez liku. Spróbujmy zatem wszystkie je zgrabnie wylistować.

Na wejściu zdaje się, że słyszymy dwa klarnety kontrabasowe. Jeden frazuje, drugi ripostuje, a po jakimś czasie… pojawia się trzeci i płynie wartkim strumieniem. Drugi poemat rodzi się w dronach. Czy tak duży instrument potrafi śpiewać i stąpać na palcach? Odpowiedź musi być twierdząca. Bogactwo brzmienia, godne Ornitology granego przez Anthony Braxtona na saksofonie kontrabasowym. Trzeci – rodzaj małego świdra, w połączeniu z niedźwiedzimi pomrukami. Zdaje się, że samo obcowanie z materią dźwięku może tu być intrygujące – choćby otwieranie i zamykanie dysz. Czwarty – brama do piekła, szorstka, dotkliwa polifonia. Koci śpiew, mysi chrobot. Piąty – perkusyjne klastery i drumming na glazurze tuby. Szósty – semicka pieśń pogrzebowa z zadziorami i kantami. Siódmy – … ciąg studenckich ćwiczeń. Ósmy – ryk maltretowanego wieloryba, wzmacniany przez artystę otworem gębowym. Dziewiąty – masywny … drum’n’bass! Dysze tańczą i śpiewają! Dziesiąty – bojaźń i drżenie, tłusta pulsacja. Jedenasty – znów percussion na dyszach plus biały szum. Dwunasty – rodzaj narracji outside/inside na bardzo krótkim dystansie. Zdaje się, że o instrumencie cbcl wiemy już wszystko! Trzynasty – poszukiwanie ciszy na bardzo dużej wysokości. No i czternasty – tygrysie pląsy, mlaskanie, cmokanie i garść szumu z wyjątkowo suchych dysz. Jakże dużo wrażeń z krążka, który trwa niewiele ponad dwa kwadranse.




S. Araw Trio XIII  ‎Activated Clown  (NNA Tapes, Kaseta 2018)

Po krwistej surowiźnie niemieckiego free improv, definitywnie zasłużyliśmy na odrobinę relaksu. Odnajdziemy ją z muzykami amerykańskimi oraz muzykiem z Polski (prawdopodobnie jesteśmy po drugiej stronie Wielkiej Wody). Pod niezwykle tajemniczą nazwą S. Araw Trio XIII oraz jeszcze bardziej zaskakującym instrumentarium, kryją się: Cameron Stallones – Fender Rhodes, Yamaha DX7, gitara, John Leland – Vdrum-kit, perkusjonalia oraz Tomo Jacobson – Ribban Controler, Yamaha TQ5. Na kasecie znajdujemy dwa utwory (kompozycje? improwizacje?), które trwają łącznie 52 i pół minuty.

Activated Clown, to bystra, swobodna i dalece niebanalna muzyka w estetyce electro, pełna elementów improwizacji, rodzaj bardzo bogato instrumentalizowanego post-techno. Mająca swój nieco nerwowy rytm, niestroniąca od strumieni meta melodii, ale raczej nieprzewidziana do tańca. Muzyka tworzona ze swadą, energią, pełna radości z samego faktu uprawiania materii dźwiękowej. Głównym, by nie rzec jedynym, żywym instrumentem zdaje się tu być gitara, wesoła, frywolna, plumkająca niczym konik polny po zroszonej łące. Narracja toczy się wedle reguł, które nie są do końca jasne. Powykręcana rytmika raczej stawia pytania niż udziela odpowiedzi. Nie brakuje skoków w bok, fonicznych didaskaliów, komentarzy odautorskich. Odnajdziemy w tej electro opowieści momenty udanego tłumienia narracji, drobiny odniesień po estetyki fussion, czy post-jazzu, wiele drogowskazów, które wskazują na dokonania elektroniki z przełomu wieków. Lista inspiracji byłaby zapewne długa, ale niemieckie wątki Jana Jelinka, czy Bernda Friedmanna winny tu paść bezwzględnie.

Jeszcze bardziej frapująca jawi się druga odsłona tria. Narracja staje się jeszcze bogatsza. Zdaje się, że nie słyszymy już trzech muzyków, ale całą orkiestrę (dodajmy, iż muzyka nagrana jest na żywo, czyli bez akcentów post-produkcyjnych, tak charakterystycznych dla sceny elektronicznej). Moc figlarnych ornamentów, podawana w tempie dość statycznym, raczej ku kontemplacji klimatu, nie zaś parkietowych podrygów.  Z czasem opowieść nabiera specyficznego oniryzmu, dostaje lekkiego transu, budowanego przez konsekwentną repetycję. Po 15 minucie robi się nawet dość hałaśliwie. Po 20 minucie, kind of soul-jazz-funk-electro. Dwa długie sety, budowane z mozołem i cierpliwością, zapewne nieznaną twórcom gatunku dwie dekady temu. Odnotujmy, iż na ostatniej prostej ciekawie aktywizuje się gitara. Prawdziwa wisienka na torcie!




Welf Dorr Unit  ‎Blood (Creative Sources , CD 2018)

Na finał dzisiejszej zbiorówki, kęs energetycznego electric jazzu, definitywnie już z Nowego Jorku! Postacią tytułową jest tu Welf Dorr, grający na saksofonie altowym i incydentalnie na klarnecie basowym, zaś wspierają go w formacji Unit: Dave Ross na gitarze elektrycznej, Dmitry Ishenko na gitarze basowej oraz Joe Hertenstein na perkusji. Krwawa płyta składa się z siedmiu kompozycji, w większości autorstwa lidera, trwa 43 minuty i 20 sekund, a została nagrana w okolicznościach studyjnych w 2014 roku.

Płytę otwiera utwór, który moglibyśmy określić, jako dynamiczną, jazz-rockową wariację na temat Lonely Woman Ornette Colemana. Sprawna sekcja, solidne improwizacje saksofonu i gitara, która zdaje się tu mieć najwięcej ciekawego do powiedzenia. Muzycy trzymają się jazzowego schematu temat/ improwizacje/ temat/ coda (z wariacjami), słucha się ich dokonań dalece sympatycznie, można od czasu do czasu coś zanucić i zwinnie potupać nogą. Czas odbiorcy mija bezstresowo, a my doskonale wiemy, że taką muzykę grało się w Wielkim Jabłku równie udanie ćwierć wieku temu (choćby formacja Lost Tribe, czy inne grupy związane stylistycznie z estetyką m-base). Jazz, rock, wiele akcentów funkowych i dramaturgiczna dominacja saksofonu i gitary (basówka gra bodaj jedno solo w trakcie całej płyty, perkusja chyba w ogóle). 

Nieco spokojniejszy zdaje się być numer trzeci, gdy Dorr sięga po klarnet basowy. Nie jedyny raz świetną zmianę daje tu rockowo brzmiąca gitara, która zwinnie pętli się i swawoli. Ta ostatnia także udanie eksponuje się w utworze piątym. Płytę kwartetu wieńczą dwie obce kompozycje. Najpierw James Blood Ulmer i szczypta dobrze zinterpretowanej harmolodyki, z ciekawą strukturą rytmiczną, potem zaś Mel Waldron i balladowy finał płyty, z ciepłym altem, znów niebanalną gitarą i dobrym flowem basu. Roztańczony, nawet rozmarzony jazz dla średnio wymagających.


piątek, 2 listopada 2018

Albatre! Schneider & Almeida! Dikeman! Jacobson & Gotta Let It Out! Wachtelaer! Fischer! Lussier! Gregorio! The november’ rain of fresh vegetables!


Przed nami jesienny wysyp nowości wydawniczych, obfitujący w szereg zaskoczeń, wolt stylistycznych i jak to bywa na tych łamach, rozwiązań niestandardowych. Kilku ulubieńców redakcji i cały orszak nowych nazwisk i nazw do zapamiętania.

Zaczniemy po portugalsku (choć po holendersku), dynamicznie, na poły rockowo. Nie zabraknie – co oczywiste - krwistego free jazzu i rozbujanego free improve. Będzie rozbudowany wątek skandynawski (choć po części polski), interludium belgijskie, szczypta dźwięków z północy kontynentu amerykańskiego, a na sam finał drobny, polski akcent. Uwaga, uspokajam jednego z krajowych muzyków improwizujących - tym razem nie będziemy straszyć szatanem!

Muzycy do instrumentów, pismaki do piór, słuchacze do głośników i koniecznie na zakupy! Muzyki nie produkuje się za darmo!




Albatre  The Fall Of The Damned (CD Shhpuma/ Clean Feed, 2018)

Potencjometry nastawiamy na full, zapinamy pasy i startujemy! Jeden z najgroźniejszych i najgłośniejszych bandów z Holandii (pełnoprawny uzurpator prawa do nazwy The New Wave Of Dutch Heavy Jazz!) – trio Albatre, na które personalnie składa aż dwóch… Portugalczyków – świetnie nam znany i bardzo lubiany, Goncalo Almeida, tu na basie elektrycznym, także keyboardach i elektronice oraz Hugo Costa – na saksofonie altowym i efektach, wreszcie rodzimy dla przywołanego nurtu, Philipp Ernsting na perkusji i elektronice. Płyta, której tytuł konsumuje nazwy dwóch legendarnych kapel punks and new wave (ważny trop!), trwa ponad 50 minut i składa się z siedmiu utworów (śmiało możemy w tym wypadku użyć określenia – kompozycji). Na okładce replika Rubensa, pełna kształtów i nagości.

Dron pełen grzmotów, w tle otchłań bez dna, brutalny riff saksofonu, basu i perkusji! Ta płyta nie mogła zacząć się lepiej. Wraz z muzykami robimy ogromny krok w repetytywną monotonię rocka, bezwzględność death metalu, wreszcie punkową bezkompromisowość. Od 4 minuty galop odbywa się już na dociśniętym pedale gazu. Dynamiczny rytm wyzbyty wyuzdanej melodyki, flażoletowe ornamenty basu i drobinki meta elektroniki. Mocny temat bez improwizacji, w szerszym znaczeniu tego terminu. W 6 minucie Costa brnie wszakże w małą ekspozycję, która nosi znamiona swobodnej wymiany dźwięków. Kolejny odcinek zwraca naszą uwagę na fantastyczny sound gitary Almeidy – krystaliczny punks & noise z upalonym ambientem w tle. W trzecim, muzyków wspiera gość na kongach (Nique Quentin), a cała ekspozycja wręcz wybucha afrykańską polirytmią. Do tego klangujący bas i repetytywne, mokre plamy saksofonu. Wszystko podane w radosnym tempie i z dużą przestrzenią. Pod koniec dęciak brzmi już, jak spalony syntezator! Taniec Martwego Raju – jakże adekwatny tytuł! Trio pracuje jak klasyk niemieckiego electro. Czwarty odcinek zwiastuje dziki pisk altu. Gwałci go sekcja, która brzmi niczym kolejny klasyk, tym razem wytrawnego hc/punk – choćby kanadyjskiego Nomeansno (pamiętacie killera Dead Bob?). Dance! Dance to the Radio! To kolejne skojarzenie. Piękny fragment z odrobiną dubowej przestrzeni pomiędzy sążnistymi riffami.

Piąty utwór startuje elektronicznym dronem, a dalsza narracja toczy się z bezwzględną konsekwencją. Sporo syntetyki i dubu, wszystko wszakże w zabójczej galopadzie. Brzmienie instrumentów gęstnieje, brudzi się, jakby muzycy miksowali swoje dźwięki na żywo. A w trakcie tzw. przejść, błyskotliwe flażolety (Victims Family?). Na finał utworu, melodyjny saksofon w ramach nadbudowy, a w tle pomruki psychodelii. Przedostatni fragment kompiluje syntetyczny dron i samodekonstruującą się perkusję. A saksofon tańczy niemal folkowo! Po tej eksplozji, ciąg dalszy trawestowania historii hc/punk, ze świetnym, trwającym solem altu. Sam finał tej niezwykle energetycznej płyty toczy się dronem, mocnym jak walec drogowy (to remix kompozycji oryginalnej, które nie poznaliśmy). Rockowe wejście z gitary, epickie, pełne metalowego blichtru. Brudny, pięknie wulgarny sound na ostatniej prostej!




Jörg A. Schneider & Goncalo Almeida  Schneider Collaborations (LP, Schneider Collaborations, 2018)

Pozostajemy z Almeidą, który na potrzeby tej recenzji zamienia gitarę basową na akustyczny kontrabas, wszakże brzmiał będzie nadal bardzo groźnie. Spotykamy go w serii płytowej Schneider Collaborations, którą prowadzi niemiecki drummer, bardziej kojarzony ze sceną rocka awangardowego, Jörg A. Schneider. A zatem duet, choć w aż czterech przypadkach, wspierany doskonałym saksofonem – najpierw Juliusa Gabriela (tenor), potem zaś Colina Webstera (alt). Ponieważ mamy do czynienia z winylem, całość potrwa mniej niż 40 minut.

Rockowy, progresywny drumming bez znieczulenia i zadziorny, agresywny kontrabas, który brzmi trochę, jak sucha gitara basowa. Dynamika, ekspresja, moc i kompatybilna bezkompromisowość narracji, która choć toczy się pod dyktando Schneidera, jest demokratyczna i daje Portugalczykowi wiele przestrzeni na kreatywną samorealizację. Ten drugi potrafi tu brzmieć, niczym samodzielny ośrodek perkusyjny. Świetne wsparcie dają obaj saksofoniści. Gabriel mocno jest osadzony we free jazzie, choć zwykliśmy go znać, jako bardziej subtelnego kolorystę. Dmie ostro, jakby i jego instrument nie stronił od amplifikacji. Zaskakująco bardziej wyważonego pod względem ekspresji, odnajdujemy tu Webstera. Jego alt potrafi brzmieć raz czysto, raz bardziej sucho, w każdym przypadku dodając kolorytu dynamicznym poczynaniom duetu bazowego.

Jednym z najciekawszych momentów tej bardzo dobrej płyty jest 7 minutowy Glowing, który łączy niemal polirytmiczny drumming z bystrym, repetującym nieustannie kontrabasem. Silny stempel jakości odznacza na płycie także 11 minutowy Ecstatic, który szczególnie eksponuje doskonały flow Webstera, przy okazji w pełni uzasadniając tytuł utworu. Taneczny drum’n’bass na tle stawiającego plamy saksofonu altowego. Doskonałe!




John Dikeman & Aleksandar Škorić  Deekshya (download, Nachtstuck Records, 2018)

Nie zmieniamy estetyki dynamicznej improwizacji – czas na pełno gatunkowy free jazz! Doskonale nam znamy amerykański europejczyk na saksofonie tenorowym – John Dikeman, w towarzystwie serbskiego perkusisty Aleksandara Škoricia. Spotkanie live z Groninghen, w czterech częściach, przez prawie 65 minut.

Od czasów Interstellar Space, tenor i perkusja, to sytuacja niemal klasyczna w gatunku. Na płycie Deekshya odnajdujemy gęsty, świetnie skomunikowany duet dwóch fachowców wysokiej klasy. Dikeman zdaje się być urodzony do takiej rozgrywki, kocha ekspresję i lubi budzić emocje. Jego towarzysz świetnie czuje tu bluesa, jest wyrazisty, precyzyjny, zawsze na czas i na temat, krok w krok za tenorzystą. Gdy John postanawia odpocząć i wejść w spokojniejsze tony, Aleksandar uruchamia perkusjonalną armię i daje upust swojej dużej kreatywności. Pierwszy pokaz ma już w 7 minucie pieśni otwarcia. Choć nagranie jest niezwykle ekspresyjne, nie brakuje w nim chwil zadumy i wyciszenia, dobrej sonorystyki i kompatybilnego, małego drummingu. Muzycy mają na wszystko czas i pozostawiają sobie wzajemnie dużo swobody. Choćby w 5 minucie trzeciej części, słyszymy perkusyjne ornamenty, dużo szumu w tubie saksofonu, gongi i rytuały na poły plemienne.

Muzyka Dikemana i Skoricia niczego na niwie wolnego jazzu nie odkrywa, daje po prostu wielką radość z odsłuchu, możliwość obcowania z mocą ich temperamentu, artystycznej wrażliwości i bardzo pozytywnego przekazu. A na sam finał – nie może być inaczej – czeka nas czysta orgia zmysłów, pokrzykiwania, prawdziwie ogniste smagnięcia sax & drums. I piękne wybrzmienie na talerzach.




Jacobson/ Friis/ Maniscalco + Kārlis Auziņš  Split: body (kaseta, Gotta Let It Out, 2018)

Niniejszym rozpoczynamy blok nowości duńskiej wytwórni Gotta Let It Out, prowadzonej przez polskiego kontrabasistę Tomo Jacobsona. Na początek on sam, jako tytuł wykonawczy, w skromnym trio z udziałem: Marii Laurette Friis – głos i elektronika oraz Emanuele Maniscalco – pianino. Ta trójka muzyków wypełni nagraniem koncertowym pierwszą stronę kasety Split: body (44 minuty z sekundami).

Wita nas burczenie kontrabasu, szelest small drumming (zapewne ze źródeł syntetycznych), dużo ciszy, skupienia i nieśpieszności. Słyszymy damską wokalizę, która choć zdaje się być spokojna, mogłaby straszyć w środku nocy, w ciemnym lesie. Narracja prowadzona jest w formule free improve, silnie osadzona zaś w estetyce minimal and repetitive. Z jednej strony jest nieco natarczywa, z drugiej boleśnie urocza. Od 6 minuty w rękach Tomo pojawia się smyczek, a narracja jeszcze intensywniej szuka ciszy. Elektronika zdobi nagranie onirycznym flow, jest trochę performatywna i kampowa. Pianino zanurzone w minimalizmie, ale wyraziste i niebanalne. Osią tego tria jawi się zdecydowanie kontrabas, aktywny i mocno kreatywny. Często wchodzi w sytuację solową, choć na ogół bystrze wspieraną repetycją pianina (choćby 20-22 minuta), a także kolejnymi wokalizami, zanurzonymi w smutnej elektronice. Po 30 minucie muzycy dostarczają nam małe porcje hałasu. Emocje buzują, a e-muza jeszcze dokłada do ognia. Finałowe wybrzmiewanie nie stroni od nostalgii i zadumy. Dużo ciekawego dzieje się na strunach, także głosowych.

Drugą stronę kasety wypełnia solowy incydent na saksofon sopranowy. Tu podmiotem wykonawczym jest Kārlis Auziņš. Nagranie studyjne, blisko 41 minut. Muzyk proponuje nam dwie stosunkowo krótkie improwizacje na początek i koniec oraz długą, zasadniczą część pomiędzy nimi, trwającą ponad 30 minut. Jeśli wstęp i zakończenie uznamy za istotnie wartościowe fragmenty tego nagrania (szczególnie wstęp, z rozsądnie stosowanymi technikami rozszerzonymi i mocnym, jednooddechowym flow), to środkowy utwór, szczególnie w fazie początkowej, delikatnie przynudza. To rodzaj sopranowej ballady, toczonej wg nieokreślonych do końca reguł wolnej kameralistyki. Bystrze zastosowane nożyce edytorskie dobrze posłużyłyby tej części ekspozycji. Bo już sam finał ponownie jest gęsty, niecierpliwy, a z tuby instrumentu dętego, co rusz dobywają się ciekawe kombinacje dźwięków.




Claus Hojensgard/ Emanuele Manisscalco/ Nelide Bandello  Hobama (CD, Gotta Let It Out, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie pianisty Emanuele'a, który tym razem zagra na elektrycznym instrumencie klawiszowym, a towarzyszyć mu będą: Claus Hojensgard na trąbce i Nelide Bandello na perkusji. Nagranie bez oklasków potrwa 32 i pół minuty.

Hobama, zgodnie z opisem płyty, zawiera materiał skomponowany, który w trakcie wykonywania będzie twórczo modyfikowany poprzez improwizację. W trakcie 7 utworów słyszymy na ogół łagodną, chwilami nawet smooth jazzową trąbkę, ciepły, ale zadziorny i bynajmniej nie ilustracyjny klawisz oraz zwinną, acz skromną w zakresie poziomu ekspresji perkusję. Narracja toczy się warto, zwinnie i dobrze koi zszarpane swobodną improwizacją nerwy recenzenta. W trakcie odsłuchu, w głowie tego ostatniego pojawia się skojarzenie z formacją Freelectronic Tomasz Stańki sprzed 30 lat. Wszakże im dłużej słucha się tej płyty, tym bardziej rośnie podziw dla pracy, jaką wykonuje pianista, zaś dokładnie odwrotny proces tyczy się trębacza.

Całkiem ciekawie dzieje się w utworze czwartym – po spokojnym intro, dynamika ekspozycji zdecydowanie rośnie, a melodyka i rytmika narracji niosą znamiona rockowe. W kolejnym, muzyków dopada nostalgia, a trębacz zdaje się słodzić ekspozycję na potęgę. Cała zatem płyta jest dość nierówna, a jeśli godna może być większej uwagi, to jedynie ze względu na pianistę, który zresztą w utworze finałowym dyktuje warunki i stawia indywidualny stempel jakości. 




Nikita Rafaelov  Spirit Of Gaia (CD, Gotta Let It Out, 2018)

Na finał wątku skandynawskiego, solowa płyta fińskiego pianisty Nikity Rafelova. Nagranie zawiera zarówno komponowany materiał, w którym instrument Fina zdaje się chytrze multiplikować, czasami nawet urastać do małej orkiestry, jak i utwory swobodnie improwizowane. Uprzedźmy wypadki – ten pierwszy wątek jest zdecydowanie ciekawszy! Całość odsłuchu zajmuje 41 minut z sekundami.

Start jest spokojny, wyczekujący, zapowiadający coś więcej. Odrobina minimalizmu, bystre repetycje, moc pojedynczych akordów fortepianu, także po czarnej stronie klawiatury. Klimat relaksacyjnego niepokoju. W drugim utworze muzyk proponuje dość natarczywy rytm, trochę brudu brzmieniowego i dynamiczny flow, który przypomina nieco Pociągi Reicha. Efektowny pasus, nawet do tańca. Przy okazji słyszymy w słuchawkach znacznie więcej instrumentów – szczególny rodzaj polifonii i błyskotliwa symultaniczność. Kind of piano’drum’n’bass. W trzecim odnajdujemy także zachowania sonorystyczne, czynione niemal w elektroakustycznym środowisku. Kilka wątków i repetycja czystego piana w tle. Bez dwóch zdań, trzy pierwsze utwory są solą tej muzyki.

Co ciekawe, gdy Nikita idzie w swobodną, akustyczną improwizację, czar delikatnie pryska. Muzyka staje się dość oczywista, chwilami bardzo przewidywalna. Rozkołysane, wolne od pięciolinii ballady, bez należytej kreacji, pozbawione ozdobników i twórczego kombinowania na boku. Cóż, być może nie wszyscy stworzeni są do free improve. Finał płyty, mimo wszystko, osiągamy dość szybko, a na ostatniej prostej czeka na nas liryczna opowieść w klimatach tria Aurora. 




Dirk Wachtelaer/ Jürgen de Blonde/ Alec Ilyine/ Gert de Meester  Tales from the hellhole (Bandcamp, 2018)

Na odsłuch (odczyt) dwóch wydawnictw przenosimy się do Belgii. Elementem personalnie je scalającym będzie perkusista Dirk Wachtelaer (tu także z elektronicznym stuffem). Obok niego: Alec Ilyine na gitarze i basie, Gert de Meester – na basie i elektronice oraz Jürgen de Blonde – wyłącznie elektronika. Nagranie w ośmiu swobodnie improwizowanych częściach potrwa 73 minuty z sekundami.

Muzycy z Belgii zabierają nas do świata elektroakustyki. Dwa instrumenty z prądem, sporo elektroniki i perkusja, która w zasadzie nie pracuje bez wsparcia syntetycznych dźwięków. Od razu zaznaczmy, iż ta dość długa, może nawet zbyt długa płyta, ma wiele wyśmienitych momentów, w których w/w składowe świetnie ze sobą współgrają. Być może jednak, co powtórzymy przy kolejnej płycie z udziałem Wachtelaera, muzykom zabrakło odrobiny chłodnego spojrzenia na etapie selekcji bardzo tu przecież rozbudowanego materiału dźwiękowego. Nic bowiem tak nie szkodzi swobodnej kreacji, jak kolokwialne przegadanie tematu, nadmiar dźwięków i brak samokrytycyzmu. Bez wątpienia wszakże, to co dzieje się na płycie Tales from the hellhole począwszy od fragmentu czwartego do szóstego zasługuje na ocenę najwyższą. Popatrzmy zatem na szczegóły środkowej części nagrania.

Czwarty odcinek zaczyna się w ciszy, a narracja prowadzona jest w ogromnym skupieniu. Bas elektryczny rysuje linie podziału, ale enviroment of electro-acostic starannie żłobi swoje koryto. Świetna, wielowarstwowa narracja perkusisty. Po 10 minucie wszystkie wątki tego odcinka zaczynają ze sobą błyskotliwie konweniować – duża przestrzeni, dobry flow, skupienie i całkowity brak dźwięków zbytecznych. Piąty numer wyłania się z szumu elektroniki, dźwięków gitary, czerpanych z samego dna instrumentu. Zwinna repetycja ambientowego klimatu wzmaga zainteresowanie odbiorcy. Szósty utwór kontynuuje wątki poprzednika, a także twórczo je rozwija. Faktura dźwiękowa zmysłowo pęcznieje. Po stronie aktywów tego kwartetu należy zaliczyć także 17-minutowy, finałowy utwór (jego poprzednik utonął w funkowych peregrynacjach gitary i basu, prowadzonych bez ustalonego celu). Rozbudowane intro jest dziełem drummera, wspieranego żywym ambientem na backgroundzie. Narracja szuka dronowych ekspozycji, a gdy je znajduje, bystrze łechta ucho recenzenta. Na ostatniej prostej szczypta dubowych klimatów, dużo pogłosu i ponownie dobrej roboty Wachtelaera.



Eclectic Maybe Band The Blind Night Watchers' Mysterious Landscapes (CD, Discus, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie belgijskiego perkusisty, ale dość zasadniczo zmieniamy stylistykę. Przed nam sekstet Eclectic Maybe Band w składzie: Guy Segers – bas i sampler, Dirk Wachtelaer – perkusja, Michel Delville – gitara elektryczna, Joe Higham – elektronika, saksofon sopranowy i duduk (rodzaj instrumentu dętego), Roland Binet – flet i saksofon tenorowy, Catherine Smet – keyboard. Nagranie studyjne, czas trwania 75 minut i 5 sekund, podane w dziewięciu częściach określonych jako spontaniczne kompozycje.

Groźne akordy piana, szum i opiłki sonore, narzędzia elektryczne i elektroniczne - to na starcie. Witamy w świecie bogatym w dźwięki, pomysły, czy wykorzystywane instrumentarium. Opowieść muzyczna, którą moglibyśmy określić jako rodzaj elektroakustycznego fussion, oczywiście – zgodnie z nazwą formacji – wyjątkowo eklektycznego. W trakcie całej płyty, obok swobodnych i niebanalnych pasaży zwinnej improwizacji, towarzyszą nam także dźwięki z krainy łagodności (zwłaszcza fletu) i nazbyt oczywistych pasaży syntezatorowych. Chwilami muzyka ta przypomina formację SBB, tę nieco egzaltowaną jej wersję z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, co w tym wypadku z pewnością nie jest komplementem. Ale dość utyskiwań – szukajmy pozytywów!

Trzeci utwór przynosi ciekawą, minimalistyczną pianistykę na pogłosie i dobry, sonorystyczny drumming. Niebanalnie rozegrana narracja, która kończy się dość kompulsywnym fussion. W kolejnym, dużo konstruktywnego jazz-rocka z nadbudową elektrycznych klawiszy. W piątym, szczypta intrygującego samplingu (głosy ludzkie), zatopionego w gitarowym zgiełku, a na samym końcu pasaż free’noise’improve! W siódmym, duduk kreuje nieco folkowy klimat i świetnie współpracuje z basem. Podoba mi się także wstęp do ósmego utworu, bardzo oniryczny, wystudzony i zgrabnie rozegrany.

W ramach resume trzeba jednak stanowczo podkreślić, iż płyta jest zbyt długa, bardzo przegadana. Muzycy zdają się być zupełnie bezkrytyczny wobec owoców swojej artystycznej kreacji. Jeśli którykolwiek z nich od początku do końca pracuje na odpowiedniej wstrzemięźliwości, to jest nim perkusista. Gdyby nożycami edytorskimi wykroić z owych pięciu kwadransów 40 minutowy blok, płyta byłaby całkiem udana.




Colin Fisher  The Garden of Unknowing (kaseta, Tombed Visions, 2018)

Studyjna rejestracja, poczyniona w takim oto instrumentarium – gitara elektryczna, bas, perkusja, saksofon i syntezator. Pytacie o muzyków? Tak, jest … jeden i nazywa się Colin Fisher! Niemal 40 minutowa opowieść w sześciu częściach.

Muzykę zawartą na płycie określić moglibyśmy jako fussion jazz. Zdyscyplinowana, precyzyjna, skrupulatnie wykonana, niepozbawiona ekspresji i dobrze wyważonej dynamiki. Zaczyna się od tria gitara/ bas/ perkusja. Potem podłącza się saksofon, który nie stroni od free jazzowych wycieczek, pełen jest melodyjnej emfazy, ma dobre, aylerowskie zadęcie. Tuż po nim do gry wchodzi także syntezator, który na ogół pozostaje w pozycji koloryzującego backgroundu. Z utworu na utwór narracja zdaje się zagęszczać, co samo w sobie czyni tę skomponowaną improwizację udaną. Ostatnie dwa fragmenty pokazują nieco bardziej lajtowe oblicze Fishera.

Gdybyśmy oceniali tu jedynie same dźwięki, płyta lokowałaby się w stanach średnich naszego poziomu entuzjazmu. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, iż wykonuje ją jeden muzyk (mimo, iż z pewnością, nie na sposób symultaniczny), to nasze uznanie dla tego dzieła rośnie niebywale. Naprawdę intrygujące wydawnictwo!




Rene Lussier  Quintette (CD, Circum-Disc, 2018)

Pozostajemy w Ameryce Północnej (być może nie dodałem, iż Colin Fisher, to muzyk amerykański), by na kilka chwil pochylić ucho na kolejną już na tych łamach nowością wytwórni Circum-Disc. Tym razem w roli głównej legenda sceny Quebec, gitarzysta Rene Lussier. Kwintet przywołany z tytule płyty uzupełniają: Julie Houle na tubie i euphonium, Luzo Altobelli na akordeonie, a także Marton Maderspach i Robbie Kuster na perkusji. Płyta zawiera dziesięć utworów (muzycy bazują na materiale skomponowanym), trwa zaś prawie 52 minuty.

Muzycy zaczynają swój spektakl bardzo tanecznym i melodyjnym krokiem, z pewną na poły francuską ludycznością (czemu sprzyja, rzecz jasna same instrumentarium). Bogata i niebanalna sekcja rytmiczna zdaje się być w tym dziele niezwykle pomocna. Gitara z rockowym zacięciem, która tyczy szlak narracji, ale także świetnie improwizuje. Kind of specific fussion! Chwilami, także z uwagi na tubę i akordeon, muzyka Lussiera przypomina klimatem i matematyczną dokładnością, niektóre nagrania Henry Threadgilla, szczególnie w spokojniejszych metrach. Jest wtedy cierpliwa, skrupulatna, pełna niuansów i dobrej małej gry. Zdarzają się momenty ciszy, chwile onirycznego pół ambientu.

W wielu jednak momentach płyty osobowość lidera zbyt silnie determinuje zachowania pozostałych członków Kwintetu. Mimo, iż tworzą świetny background dla pozostającej niemal bez przerwy w grze gitary, rzadko dostają przestrzeń dla własnych, solowych eksploracji. Dynamiczne odcinki ociekają gitarowymi emocjami, dużo w nich prądu i eskalowania napięcia. Wysiłki wszystkich muzyków zlewają się jednak w całość i zdają się być trochę powtarzalne. Jakby wbrew drobnym ambiwalencjom recenzenta, płytę kończą jednak bystre drummerskie peregrynacje i krótki, ale naprawdę uroczy pasus akordeonu.




Guillermo Gregorio/ Rafał Mazur/ Ramon Lopez  Wandering The Sound (CD, Fundacja Słuchaj!, 2018)

Najwyższy czas na akcent krajowy. Jedna z licznych jesiennych nowości Fundacji Słuchaj!, to frapujące trio amerykańskiego (choć z argentyńskimi korzeniami) klarnecisty Guillermo Gregorio, hiszpańskiego perkusisty Ramona Lopeza i naszego stałego uczestnika międzynarodowych ansambli, jak zwykle grającego na akustycznej gitarze basowej, Rafała Mazura. Na płycie, która trwa niemal 54 minuty odnajdujemy dziewięć bardzo swobodnych i błyskotliwie wykonanych improwizacji.

Startujemy całkiem spokojnie, z flażoletami Rafała, talerzami Ramona i cichym klarnetem Gregorio. Ten ostatni, muzyk silnie zanurzony we współczesnej, improwizowanej kameralistyce, tu w zderzeniu z sekcją o kocich ruchach, nie będzie miał chwili wytchnienia. To czuje się od pierwszego dźwięku! Jego klarnet, pozornie czysty i wyuzdany, lubi brudzić jednak swoje brzmienie i pętlić się na dyszach. Rafałowi i Ramonowi bardzo po drodze z taką postawą partnera.

The Wandering Sounds zawiera stosunkowo, krótkie, absolutnie nieprzegadane opowieści, pełne niebanalnej zadumy klarnetu (czasami naprawdę w wysokich rejestrach) i gitary basowej, która nieustannie jątrzy, pobudza emocje i goni partnerów do wzmożonej aktywności. Im narracja jest bardziej dynamiczna i ekspresyjna, tym jakość całości pnie się ku górze i nietrywialnie szczytuje. Szósty odcinek, by szukać momentów szczególnie ekscytujących, serwuje nam coś w rodzaju ballady free chamber, pięknie zdobionej incydentami na gryfie gitary. Kolejny utwór ciągnie ten wątek, a energia Rafała pcha go na bardziej dynamiczne szlaki. Sam wreszcie finał płyty jest gęsty, zadziorny, niecierpliwy, znów szyty wedle wskazówek gitary basowej, zdobiony skromnym, ale emocjonalnym drummingiem Ramona i pieśniami chwalebnymi wprost z tuby klarnetu Gregorio.