Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hans Schneider. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hans Schneider. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 maja 2023

King Übü Örchestrü & Roi!


King Übü Örchestrü, jedna z najważniejszych europejskich orkiestr muzyki improwizowanej, funkcjonowała artystycznie od początku lat 80. ubiegłego stulecia do pierwszych lat nowego millenium, a uciekła w niebyt po śmierci jednego z założycieli, saksofonisty i klarnecisty Wolfganga Fuchsa. Stanowiła ciekawą przeciwwagę dla innych tego typu przedsięwzięć na Starym Kontynencie, zawsze pozostawała w cieni Globe Unity Orchestra, ale była też innego rodzaju tworem artystycznym. Estetycznie śmiało porównać ją można do London Improvisers Orchestra, choć ta druga powstała prawie dwie dekady później. Daleki zatem od free jazzu, KUO to ansambl, który czuł się w oceanie kolektywnych, bardzo swobodnych improwizacji jak ryba w wodzie, sycił swoje narracje niebanalnymi brzmieniami, lubił także flirtować z innymi dziedzinami sztuki, choćby z teatrem (wszak nazwa orkiestry zobowiązuje). Pozostawił po sobie ledwie kilka płyt, a każdą z nich warto znać i delektować się każdym jej dźwiękiem.

Ku naszej wielkiej radości King Übü wraca i to niemalże w oryginalnym składzie, w którym odnajdujemy muzyków z Niemiec, Anglii i Szwajcarii, w tym dwóch nowych załogantów, świetnie nam znanych mistrzów swobodnej improwizacji – saksofonistę Stefana Keune’a i puzonistę Matthiasa Muche. Skład orkiestry uzupełnia znamienity gość – wokalista Phil Minton. Ich nowe nagranie pochodzi z roku 2021, zarejestrowane zostało na koncercie, a wydane (w niełatwym procesie edytorskim) przez brytyjskie FMR Records, teoretycznie z datą 2022, faktycznie wystawione na publiczny poklask dopiero w roku bieżącym. Zapraszamy do świata cudownych, jedynych w swoim rodzaju dźwięków, generowanych przez kilkunastoosobowy skład, który muzykuje bez udziału dyrygenta, a skala predefinicji jego improwizacji pozostaje ukryta w mroku tajemnicy.



Na scenie dużej sali koncertowej odnajdujemy jedenastu muzyków – wokalistę oraz dziesięciu instrumentalistów, którzy dzierżą w dłoniach (tudzież ustach) pięć narzędzi dętych (w tym aż cztery blaszane), cztery strunowe (niektóre wspomagane elektroniką) oraz zestaw perkusjonalny, doposażony w akcesoria zdolne generować tajemnicze, post-akustyczne dźwięki. Koncertowa opowieść składa się z dwóch rozbudowanych improwizacji.

Pierwsza z nich rodzi się w ekstremalnym skupieniu – plamy drobnych, rwanych fraz, głównie strunowych i głosowych, incydentalnie dętych płyną po dywanie pulsującego, ambientowego tła z posmakiem elektroakustyki. Dźwiękowe rozmowy, bystre interakcje, szeroki bukiet dalece kontrolowanej intensywności i dramaturgicznego ładu. Muzycy frazują na ogół stosując niekonwencjonalne metody artykulacji, które zwykliśmy nazywać dźwiękami preparowanymi. Pracują z dużą swobodą, pełni meta teatralnej podniosłości, perfekcyjnie nasłuchają, co w trawie piszczy, kreują interakcje na bazie brzmieniowych podobieństw, ale także starają się naśladować dźwięki natury, co zawsze było jedną z konstytucji KUO. Podobnie, jak budowanie narracji stymulowanej ciągłą zmianą. Także sam proces przeprowadzania zmian, praca w podgrupach i sposoby reagowania zdają się tu być świetnie przemyślane i nieskore do jakichkolwiek błędów, czy działań niekontrolowanych. Narracja incydentalnie potrafi tu gęstnieć i nabierać pewnej pokrętnej hałaśliwości, ale takie fragmenty koncertu, to raczej interludia, nie zaś krew improwizacji. Najważniejszy jest kolektyw, praca w grupie, wzajemne interakcje, niekoniecznie zaś ekspozycje solowe. Po upływie kwadransa muzycy zdają się konstruować nieco dłuższe strumienie dźwiękowe, jakby głęboko oddychali i sycili się wonią natury. Sami finał pierwszej części jest wyjątkowo urokliwy fonicznie – odrobinę melodyjny, budowany wszakże z półdźwięków i szumów.

Drugą odsłonę spektaklu anonsuje gong i głosowe lamenty Mintona. Wokół kłębią się nerwowe, dęte westchnienia, które przybierają postać dronów. Druga improwizacja zdaje się być jeszcze bardziej poddana dyktatowi ciągłej zmiany. Przez moment flow ciągnie tu mrocznie brzmiący kontrabas, potem dostajemy się w chmurę szumów i instrumentalnego gadulstwa, napotykamy także na momenty onirycznej ciszy. Z kolei faza dłuższych artykulacji zdobiona jest przez efektowne burknięcia tuby, wsparte na strunowych zdobieniach. Kameralne pociągnięcia pędzlem melodyjnych strunowców i dęte pokrzykiwania pięknie ścielą nam przestrzeń pod kilka duetowych akcji – głosu i wspomnianej tuby, potem zaplątanej w elektronikę gitary i puzonu, wreszcie saksofonu i skrzypiec. Intrygująca jest także krótka faza dętych, niemal ptasich dyskusji półsłówkami. Po upływie 20 minuty orkiestra na moment efektownie rozkwita wiedziona aktywnością perkusjonalisty, po czym staje po kolana w gęstej ciszy. Zaczyna się budowanie finałowego, niezwykle zmysłowego, acz bardzo cierpliwego, temperowanego crescendo. Od leniwych oddechów, przez plejadę shots-cuts kreowane już na pewnej rytmicznej bazie, po eksplozję instrumentów dętych, niesioną ku górze ekspresją wokalisty. Ognisty finał zostaje tu perfekcyjnie doprowadzony do śmiertelnej ciszy, która ewokuje burzę oklasków.

 

King Übü Örchestrü Roi (FMR Records, CD 2022/23). Mark Charig – kornet, Hans Schneider – kontrabas, Erhard Hirt – gitara, elektronika, Paul Lytton – instrumenty perkusyjne, akcesoria akustyczne, Stefan Keune – saksofon sopranowy, Matthias Muche – puzon, Axel Dörner – trąbka, Melvyn Poore – tuba, Phillipp Wachsmann – skrzypce, elektronika, Alfred Zimmerlin – violincello oraz w roli gościa Phil Minton - głos. Nagranie koncertowe, Dialograum Kreuzung, St. Helena, Bonn, wrzesień 2021 roku. Dwa utwory, 62:10.

 

wtorek, 1 czerwca 2021

Keune, Hirt, Schneider and Lytton as Xpact II!


Ta historia zaczęła się prawie cztery dekady temu, pod koniec 1983 roku w Berlinie. Trzech niemieckich improwizatorów - Wolfgang Fuchs, Erhard Hirt oraz Hans Schneider, wtedy jeszcze muzycy na dorobku, dziś legendy gatunku, postanowili zewrzeć szeregi z angielskim perkusistą i eksperymentatorem Paulem Lyttonem. Swój muzyczny pomysł nazwali Xpact, a efekty dźwiękowe kilku spotkań zawarli na czarnym krążku Frogman's View*.

Po tym zacnym fakcie, niemal niezauważenie, minęło kilka epok w muzyce, a w międzyczasie zmarł niestety klarnecista Fuchs. U progu nowej dekady lat pozostali muzycy postanowili powrócić do idei elektroakustycznych improwizacji, jakie uprawiali wiele lat temu. Do roli następcy Fuchsa doprosili świetnie nam znanego saksofonistę Stefana Keune’a. Ostatecznie spotkali się pod koniec września ubiegłego roku w Kolonii, w miejscu zwanym King Georg, gdzie zarejestrowali materiał na płytę, którą nazwali niespecjalnie odkrywczo Xpact II.

Nim posłuchamy dalece frapujących dźwięków, jakie wówczas powstały, poznajmy pełne credits do albumu. A zatem: Stefan Keune – saksofon tenorowy, Erhard Hirt – gitara i elektronika, Hans – Schneider – kontrabas oraz Paul Lytton – cytując za okładką płyty: Trobriander Laptop and Miscellaneous Table Top Objects (uspokojamy delikatnie zaniepokojonych – będzie robił to, co potrafi najlepiej, czyli uprawiał bystry drumming, choć nie przy użyciu standardowego zestawu perkusyjnego, dodatkowo inkrustowany nienachalnymi plamami elektroniki). Cztery improwizacje - łącznie 52 minuty i 38 sekund, wydawcą płyty CD jest brytyjski FMR Records.

 


Ów imponujący spektakl jakże swobodnej improwizacji, która doskonale wpisuje się w idiom prawdziwie brytyjskiej estetyki, acz realizowanej z niemiecką precyzją i takimż skupieniem narracyjnym, zaczyna się niemal trzydziestominutową odsłoną, nazwaną Restart i zdającą się być kluczową częścią tej zabawy. Sytuacja na wejściu jest następująca – modulowany sound gitary z lekkim prądem, szum i szelest akcesoriów perkusjonalnych, drobne podmuchy z tuby saksofonu, wreszcie skromny smyczek na gryfie kontrabasu. Wszyscy aktorzy wydają bystre short-cuts, które świetnie ze sobą współgrają, budują intensywność przekazu, ale nie stymulują specjalnej dynamiki. Lytton nie byłby jednak sobą, gdy nie dbał o rytm. Buduje go na wszystkich przedmiotach, które znalazły się w zasięgu jego długich rąk. Keune płynie swobodnie, pełen atencji dla dokonań Evana Parkera, choć tego ostatniego wcale tu nie brakuje. Elektroakustyczny post-jazzy freechamber rodzi się powoli, tkany drobiazgami, mikro akcjami i reakcjami, tudzież swobodnymi dialogami w podgrupach. Okazjonalnie muzycy pracują w trybie bardziej dynamicznym, który w ułamku sekundy są w stanie spowolnić wyjątkowo spektakularnymi frazami. Ponieważ nie brak tu elementów syntetycznych, całość narracji od czasu do czasu przybiera postać fake sounds, acz generalnie opowieść dobrze równoważny akcenty akustyczne i elektroniczne, a w skończonej liczbie przypadków stawia na supremację tych pierwszych. Jakby na dowód tej tezy, skromna antyteza – w okolicach 10-12 minuty większość dźwięków snuje się w oparach syntetyki, nawet preparowany dźwięk saksofonu brzmi jakoś tajemniczo nienaturalnie. Narracja płynie wzgórzami, przeciska się szczelinami, rozpływa dolinami – raz za razem muzycy dyktują nam zmiany, które w każdym przypadku zdaje się ciągnąć narracyjnie inny instrument. Smyczek na ogół pięknie spowalnia, drumming Lyttona nawet na gołym stole zazwyczaj dodaje dynamiki. Saksofonista świetnie czuje się w obu wariantach, a gitarzysta, choć często pracuje na drugim planie, też dostarcza nam wyłącznie samych przyjemności fonicznych. Szczególnie pięknie robi się w okolicach 20 minuty, po kolejnym perfekcyjnym zejściu w okolice ciszy. Muzycy pokonują drogę od akustyki do post-syntetyki, by za moment wyruszyć w kierunku przeciwnym. Końcowa część pierwszej improwizacji fantastycznie nabiera rumieńców. Na czele orszaku maszeruje tenorzysta, a tuż za nim kontrabasista, który sięga bodaj po raz pierwszy po technikę pizzicato. Artyści kończą tę część drobną, ale dotkliwą porcją free jazzu.

Kolejne trzy improwizacje są znacznie krótsze, trwają łącznie mniej niż cała pierwsza część. Drugą odsłonę Xpact II zaczyna kontrabas, który płynie cudownym miksem arco & pizzicato. Perkusjonalia szumią, a gitara i saksofon plamią flow, ciekawie wybrzmiewając. Mistrzowie subtelności i kreślenia filigranowych, świetnie skorelowanych ze sobą fraz, pracują jak cztery spirale jednego mechanizmu, doskonale na siebie oddziaływują. Tu, po chwili, łapią ekspresję jak ryba wypuszczona do bezkresnego oceanu. Na zakończenie odcinka miast jednak taplać się w emocjach free jazzu, sięgają po uspokajające, niemal relaksacyjne dźwięki. Trzecią część zaczynają gitarowe preparacje i wyjątkowy suchy smyczek na gryfie kontrabasu. Lytton dodaje garść syntetycznych fake sounds, a saksofon Keune’a czeka z pierwszym dźwiękiem aż do końca trzeciej minuty. Muzycy pracują w tej fazie nagrania dłuższymi frazami, które leją się wyjątkowo szerokim korytem niemal samej akustyki. Przewrotnie reguły zaczyna tu ustanawiać elektryczna gitara, a pomaga jej iście parkerowski, ale łagodny tembr tenoru. Narracja nabiera mroku, a po niedługiej chwili zostaje wzmocniona bardzo masywną porcją niskich częstotliwości, kreowaną głównie przez kontrabas, ale nie bez udziału tajemniczych dźwięków gitarowych. Improwizacja gęstnieje - syntetyka pulsuje i stymuluje akustykę. Muzycy nie eskalują od razu tempa, przez chwilę kłębią się w sobie, czekają na moment, by paść w objęcia bardziej ognistej opowieści. Xpact II dociera na swój najwyższy szczyt, po czym serwuje nam efektowny stopping in real-time! Brawo! Finałowa improwizacja to jedynie drobne, niespełna czterominutowe encore. Ale i tu muzycy przygotowali dla nas same smakowitości – drobne molekuły dźwięków saksofonu i preparowanej gitary, piękna pulsacja basu, którego repeta zdaje się nie mieć tu końca, wreszcie rytmiczny szelest perkusjonalii. Narracja naszpikowana wspaniałymi detalami, niesie się drobnym, ostatnim już wzniesieniem, po czym gaśnie w poczuciu wspaniale spełnionego obowiązku. Xpact never dies!

 

*) Nagranie jest obecnie dostępne na bandcampie: destination-out.bandcamp.com. Ta strona konsumuje niemal cały dorobek artystyczny kluczowego dla muzyki improwizowanej i freejazzowej, niemieckiego labelu FMP Production.



sobota, 8 lutego 2020

Keune, Russell, Schneider & Lovens! Nothing Particularly Horrible but strictly beauty!


Historia muzyki swobodnie improwizowanej usiana jest tajemnicami, nieodkrytymi lądami, a także niewyczerpanymi zasobami nieopublikowanych nagrań koncertowych (wszak każdy dobry koncert free impro stanowi wystarczający powód, by wydać płytę). Ocean rejestracji dźwiękowych, które pokrywają się kurzem na zdezelowanych twardych dyskach dawno nieczynnych komputerów i wciąż czekają na swoje pięć minut.  Co gorsza, nikt jeszcze o nich nie napisał pracy naukowej, choćby po części równie dociekliwej, jak opowieść o historii … norweskiego black metalu. Tytuł tej ostatniej książki pasowałby zresztą do swobodnej improwizacji jak ulał – Władcy Chaosu!

Dwadzieścia sześć lat temu, na Ruhr Jazz Festival w niemieckim Bochum, miał miejsce koncert pewnego kwartetu. Trzy - już wtedy - niemal pół legendy gatunku i skromny młodziak, jeszcze przed trzydziestymi urodzinami. Uprzedźmy przebieg wypadków – zagrali fantastyczny koncert, który został zarejestrowany w jakości absolutnie topowej, po czym … zaległ gdzieś na prawie trzy dekady.

Szczęśliwie dziś, a dokładnie od grudnia ubiegłego roku, możemy delektować się dźwiękami wtedy powstałymi. Wszystko dzięki FMR Records i dyskowi o zabawnym tytule Nothing Particularly Horrible (Live in Bochum’93). Cztery epizody (jeden długi, trzy krótkie), w formie skomponowanej swobodnej improwizacji (koniec cytatu) trwają trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund!




Ladies and Gentlemen!

Stefan Keune na saksofonie sopranino i tenorowym (rzeczony wówczas młodziak!), John Russell na gitarze akustycznej, Hans Schneider na kontrabasie oraz Paul Lovens na perkusji i perkusjonaliach (te jego słynne talerze!). Zwieramy pośladki i zanurzamy się w dźwiękach!

Przywilej otwarcia improwizacji nie mógł nie przypaść maestro Lovensowi! Rozkołysane ma werblu talerze wpadające w metaliczny rezonans, obok suche struny gitary bez prądu i kontrabasu, także urywane, ulotne frazy sopranino – błyszcząca fonia permanentnie otwartej zabawy w dźwięki.  Wszystko dzieje się w rozległym pomieszczeniu, czuć rozbujane plamy nadakustyki. Narracja toczy się leniwe, ale kolektywnie i bez pustych przebiegów. Sopranino pachnie wonią saksofonowych podmuchów Trevora Wattsa, tych prawdziwie molekularnych, czynionych onegdaj w jakże kreatywnym towarzystwie Johna Stevensa. W połowie czwartej minuty pierwsza, krótka porcja dźwiękowej eskalacji, w estetyce swobodnej kameralistyki. Moc skupienia i mikro frazy ciszy pomiędzy dźwiękami, wszystko jednak o pół kroku od gęstych, chwilami zadziornych interakcji, szczególnie na linii gitara-saksofon. Także pełne garście zmysłowego, niemal barokowego smyczka na strunach kontrabasu, wreszcie the one and only Lovens i jego czereda samorezonujących przedmiotów. Od ciszy do hałasu, z dramaturgiczną wszakże przewagą zadumy nad losem pojedynczego dźwięku. Tuż po upływie dwunastej minuty, znów krótka, ale dosadna eskalacja, czyniona wysokim, ptasim zaśpiewem, nie tylko drobnego z natury sopranino. Kolejną fazą długiego, ponad 23-minutowego seta otwarcia jest batalia na zgrzyty i przydechy, której barw dodaje wyjątkowo ognisty w tym akurat momencie Lovens. Beauty and bloody four masters’ democration! Wybicie dwudziestej minuty redukuje na moment opowieść do duetu gitary i kontrabasu traktowanego równocześnie … pizzicato i arco. Sopranino komentuje, a percussion eskaluje! Niezobowiązujący galop ze stemplem doskonałości saksofonu wieńczy pierwszy fragment koncertu.

Cichy smyczek, pojedyncze frazy suchej gitary, rezonujące w wąskiej tubie dźwięki sopranino, delikatność no drumming percussion – przykład pulsującej meta kameralistyki. W piątej minucie na scenie wykluwa się coś, co moglibyśmy nazwać dźwiękiem elektrycznym. Recenzent nie ma pomysłu, co lub kto mógłby być źródłem owej tajemniczej fonii (rezonans magnetyczny kontrabasu? dziwny przedmiot w rękach Lovensa?). Oniryczna pół psychodelia.  

Na trzecią podróż Keune zabiera saksofon tenorowy. Narracja nabiera zadziorności nie tylko z tego powodu. Najbardziej czupurny fragment koncertu, kreowany podmuchami saksofonu, czynionymi z intensywnością godną wczesnego Evana Parkera! Cios za cios! Nerwem narracji zdaje się być jednak metaliczny smyczek, targający rozszalałym włosiem gryf kontrabasu. Ogień tli się w każdej części sceny, choć najmniej zdaje się go być w okolicach gitarzysty. Ten wszakże, na sam już finał, bystrze akcentuje swoją obecność.

Epizod zamknięcia – rezonans talerzy, który wydaje się nie mieć końca, zgrzyty na strunach, podmuchy siarczystego kontrabasu, wilgoć na ustniku sopranino, który powrócił właśnie do gry. Faza gigantycznej preparacji pcha opowieść ku świetlistemu zakończeniu. Czerstwa, gęsta akustyka, w powietrzu fruwają drobinki prądu. Kontrabas biegnie wysokim wzgórzem, stawiając stemple piękna nie gorzej niż barokowy strój instrumentu Barry’ego Guya. Jest filigranowa gitara, jest strzeliste sopranino, jest i subtelny kontrabas, także metaliczna precyzja percussion. Koncert cudownie gaśnie na wystudzonym smyczku.