Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Holub. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Holub. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 grudnia 2025

Colin Webster, Mark Holub & Noah Punkt play Neue Hard!


Colin Webster i Mark Holub tworzą free jazzowy duet od lat, a ich dyskografia nie jest bynajmniej zbiorem pustym. Od czasu do czasu ich dalece swobodne muzykowanie realizowane jest także w składach duo+, najczęściej w trio z niemieckim kontrabasistą Noahem Punktem. Bywa, że duet poszerza się do kwartetu, jakby choćby dwa lata temu, na koncercie w poznańskim Dragonie, gdy brytyjskiego saksofonistę i australijskiego perkusistę uzupełniali w ognistym performansie Argentynka Sofia Salvo na saksofonie barytonowym i Niemiec Jan Roder na kontrabasie.

Przed nami najnowsza płyta Colina i Marka, tym razem w formule tria z przywołanym wyżej Noahem. Swobodna, free jazzowa, ale dobrze kontrolowana jazda. Więcej niż godzina lekcyjna, zatem fanom zadanej estetyki aż trzęsą się uszka. Welcome!

 


Artyści od pierwszego dźwięku wchodzą w kąśliwe interakcje, świetnie się znają, mogą sobie na wszystko pozwolić. Brzmienie tria jest bardzo matowe, na pewno świetnie sprawdza się w odsłuchu bezpośrednio z magnetofonowej kasety. Saksofonista zaczyna drobnymi akcjami silnie nasączonymi dobrym, nieskalanym nudą jazzem. Tempo jest tu namacalne od startu, żywe, dobrze stymulowane zwinnymi akcjami drummera. Kontrolowany free jazz to naturalne środowisko dla tej trójki i zdaje się, że każdy fragment tego nagrania to potwierdza.

Otwarcie drugiej improwizacji osnute jest mrokiem. Pracuje kontrabasowy smyczek, saksofon oddycha zimnym powietrzem, a perkusjonalia błyszczą w ciemności. Akcja tej części albumu wiedzie od rozhuśtanego post-jazzu do jurnego, silnie emocjonalnego, galopującego free z drobnym, dobrze ukształtowanym stoppingiem z rezonującymi talerzami. Trzecia historia trwa tu ledwie kilka minut, ale zapewne nie bez powodu zajmuje centralne miejsce na albumie. Dobra dynamika, efektowny szczyt i bystra finalizacja.

Czwartą odsłonę otwiera ballada naznaczona szumem perkusyjnych szczoteczek. Dużo tu smutnej melodyki, a potem efektownego, nawet brawurowe tempa na etapie rozwinięcia. Finałową część inauguruje samodzielnie perkusista. Akcje jego partnerów są tu dość leniwie, całkiem kameralne. Po kilku pętlach muzycy z dużą gracją przechodzą w tryb taneczny, a saksofonista wykorzystuje ów moment, by zagrać swój najlepszy passus tego wieczoru. Opowieść nabiera rumieńców i zupełnie niepotrzebnie zostaje wyhamowana wprost w gęstą ciszę. Szczęśliwie muzycy dość szybko odzyskują wigor i przechodzą do finalizacji nagrania. Do samego nieba niesie ich znów temperament i odpowiedni poziom intensywności. A że to ich natural vibe, wspominaliśmy kilka zdań wcześniej.

 

Colin Webster, Mark Holub & Noah Punkt Neue Hard (Raw Tonk, kaseta/DL 2025). Colin Webster – saksofon altowy, Mark Holub – perkusja oraz Noah Punkt – kontrabas. Nagrane w Zentralwäscherei, Zurych, Szwajcaria, maj 2023. Pięć improwizacji, 54 minuty.




wtorek, 2 maja 2023

Colin Webster, Mark Holub, Sofia Salvo & Jan Roder in Sowieso!


Dziś opowieść z naszego ulubionego cyklu – najpierw werbalnie na Trybunie, a zaraz potem, tu akurat w najbliższą niedzielę, w poznańskim Dragonie z dźwiękiem i obrazem!

Międzynarodowy kwartet soczystego, prawdziwie krwawego free jazzu niemal dokładnie rok temu zagrał ze sobą po raz pierwszy (niech żyją składy ad hoc!), a dziś ma już w dorobku kasetę (z nagraniem rzeczonego spotkania) i rusza w europejską trasę, by ów fakt efektownie świętować. Oczywiście nie mogą w jej trakcie nie trafić do Dragona! Innym słowy – dziś pozachwycamy się zawartością ich debiutanckiej kasety, w niedzielę zaś wystawimy nasze narządy słuchu na działanie huraganu definitywnie ekspresyjnych dźwięków – dwa saksofony, altowy Webstera i barytonowy Salvo, mocny kontrabas Rodera i nadaktywna perkusja Holuba. What a game! Nie trzeba dodawać, iż niedzielny koncert w Poznaniu, to ich jedyny występ w Polsce. Zatem teraz, albo nigdy!



Muzycy od pierwszej sekundy działają w berlińskim Sowieso kolektywnie, z siłą wodospadu cisną na gaz i z tego stanu wzmożonej, kreatywnej aktywności nie będą się wytrącać przez 50 minut z sekundami, serwując nam wszystko w dwóch wielominutowych porcjach samoodnawiającej się energii. Saksofony z miejsca startują na bliźniaczej intensywności, zaśmiewają się wzajemnie, a gęsta sekcja rytmu gna przed siebie, piękny znaczy teren i nie bawi się w gotyckie ornamenty. Po kilku głębszych pętlach, kontrabas i perkusja nieznacznie zwalniają, dając nanosekundowe chwile wytchnienia saksofonom, które mogą teraz frazować nieco dłuższymi strumieniami dźwięków. Narracja pozostaje wszakże w stadium wzmożonej intensywności, incydentalnie dzieląc się na podgrupy – najpierw to baryton i perkusja, potem trio bez tejże perkusji, wreszcie efektowna sekwencja drum’n’bass, do której po chwili dołącza baryton. Powrót do formuły kwartetowej zdaje się być wyjątkowo śpiewny, melodyjny, acz czupurny i bardzo niebezpieczny. Po niedługim czasie improwizacja zwalnia już naprawdę, a do roli głównego kreatora tej części koncertu pretenduje kontrabasowy smyczek. Tymczasem oba saksofony szczebioczą, tną powietrze niczym ostrze skalpela, a perkusja zaczyna budować nowy wątek na krawędziach werbla i szeleszczących talerzy. Muzycy biorą teraz głęboki oddech, po czym ruszają w finałowy galop pierwszego seta – urokliwie krzyczą na siebie i namiętnie okładają pięściami.

Początek drugiego seta sprawia wrażenie, jakby artyści puszczali do nas oko i mieli ochotę na odrobinę spokojnego spaceru. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, ale to tylko pozory. Bo to właśnie z tego miejsca, na soczystym gryfie ogromnego strunowca, rodzi się nowa siła kwartetowego rażenia. Stan ognistego upojenia osiągnięty tu zostaje w ułamku sekundy. Krew, pot i łzy! Czyżby reinkarnacja Machine Gun? Miejsce się zgadza, kompetencje muzyków także, a siła ekspresji zdecydowanie godna pierwowzoru sprzed ponad pięćdziesięciu lat! Po kilku minutach wytężonego półgalopu muzycy zdają się mieć krótkotrwałą chwilę zawahania, ale bez zbędnej zwłoki przystępują do wytyczania nowego szlaku opowieści. Początek zasadza się na miłości barytonu i smyczka, ciąg dalszy klei z potu perkusyjnego drive’u. Alt przebudza się tu jako ostatni, a że kontrabas przechodzi w stan pizzicato, orszak straceńców może już ruszać w kolejną galopadę. Saksofony drą się w niebogłosy, kontrabas i perkusja tną po kantach, a energia kinetyczna kwartetu osiąga ekstremum lokalne. Dość niespodziewanie w rękach kontrabasisty znów pojawia się smyczek, ale narracja nabiera dzięki temu jeszcze większego ognia. Tempo rośnie do monstrualnych rozmiarów i po nanosekundowej eksplozji ląduje w chmurze klubowych oklasków.

Bis trwa tu ponad dziesięć minut i znów jest piękną, free jazzową histerią! Na początku wszyscy artyści frazują bardzo wysoko. Piszczą jak koty, syczą jak napuszone lisy, rżą jak niedźwiedzie na rykowisku. Sex, drugs and rock’n’roll! Po kilku gęstych, acz nie ekstremalnie dynamicznych pętlach narracja zdaje się przechodzić w fazę finalizacji, ale ta trwać będzie dłużej niż sama faza podprowadzająca! Serie wzajemnych okrzyków, rwane stemple kontrabasu i perkusji, dron smyczka, który zdaje się nieść oba dęciaki do samego nieba, wreszcie repeta barytonu, która doprowadza kwartet do finałowego spazmu!

 

Colin Webster/ Mark Holub/ Sofia Salvo/ Jan Roder Sowieso (Raw Tonk Records, Kaseta/ DL 2023). Colin Webster – saksofon altowy, Mark Holub – perkusja, Sofia Salvo – saksofon barytonowy oraz Jan Roder – kontrabas. Nagranie koncertowe, Sowieso, Berlin, 21 maja 2022 roku. Dwie improwizacje, 50:15.



 

niedziela, 30 kwietnia 2023

Spontaniczny maj w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Wiosenna edycja cyklu koncertowego Spontaneous Live Series, organizowanego przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, wkracza w zasadniczą fazę. Organizatorzy przygotowali na najbliższy miesiąc aż trzy koncerty, w których kilkunastoosobowe grono artystek i artystów zaprezentuje zarówno tzw. autorskie projekty, jak i kilka, ulubionych na tej scenie, formacji „ad hoc”. W trakcie dwóch pierwszych wydarzeń z pewnością dominować będzie estetyka free jazzowa, natomiast podczas ostatniego z zaplanowanych koncertów spodziewać się możemy improwizacji osadzonych częściej w swobodnych, bardziej kameralnych klimatach.





Spontaniczny maj rozpoczniemy w pierwszą niedzielę miesiąca. Po Dragona powróci wtedy jeden z filarów młodej, europejskiej sceny free jazz/ free impro, brytyjski saksofonista pokolenia – Colin Webster. Artysta ten zachwycał poznańską publiczność już dwukrotnie w trakcie Spontanicznych Festiwali – odpowiednio w latach 2018 i 2019. W tzw. międzyczasie grał tu także w duecie z amerykańskim (polskiego pochodzenia) perkusistą Markiem Holubem. I to właśnie w towarzystwie tego ostatniego muzyka saksofonista pojawi się 7 maja na deskach Małego Domu Kultury poznańskiego Dragona.

Tym razem nasi dobrzy znajomi będą uprawiać soczysty free jazz w kwartecie. Skład formacji uzupełnią bowiem argentyńska barytonista Sofia Salvo i niemiecki kontrabasista Jan Roder. Muzycy promować będą swój pierwszy album „Sowieso” nagrany w ubiegłym roku w słynnym berlińskim klubie o takiej właśnie nazwie, a wydany w tym roku na kasecie przez websterowski Raw Tonk Records. Wielkie emocje free jazzu, trud i znój kolektywnej pracy twórczej oraz improwizatorskie popisy – tego możemy być pewni w majowy wieczór w Dragonie! 

https://rawtonkrecords.bandcamp.com/album/sowieso




Kilka dni później zapłoniemy ogniem prawdziwie free jazzowego koncertu dzięki dwóm duetom - portugalsko-holenderskiemu i polskiemu. We czwartek 11 maja w Dragonie zagrają bowiem Hugo Costa na saksofonie altowym i Philip Ernsting na perkusji oraz Tomasz Gadecki na saksofonie tenorowym i Marcin Bożek na akustycznej gitarze basowej (występujący pod artystycznym emblematem „Olbrzym i kurdupel”).

Pomysł organizatorów na kolejny majowy wieczór zdaje się być banalnie prosty: oto dwa ogniste duety swobodnego jazzu najpierw zniszczą nam uszy w dwóch separatywnych setach, potem – oczywiście po raz pierwszy w historii wszechświata – zjednoczą swe siły w jeszcze gorętszym kwartecie. Free jazzowe emocje podane na tacy!

Costa & Ernsting, to free jazzowy duet improwizujący rezydujący w Rotterdamie. Muzycy znani są z wielu projektów i formacji muzycznych, w tym dwóch niezwykle wartościowych artystycznie trzyosobowych składów, które uprawiają improwizacje na skrzyżowaniu wielu gatunków – Albatre i Anticlan. W Poznaniu – jako duet - promować będą swój pierwszy album „The Art Of Crashing”, wydany przez belgijski label A New Wave Of Jazz.

https://newwaveofjazz.bandcamp.com/album/the-art-of-crashing

Olbrzym i Kurdupel - to duet improwizatorów, Marcina Bożka i Tomasza Gadeckiego, który zawiązał się wiosną 2007 roku w Trójmieście. W improwizacji muzycy czują się wolni i niczym nieskrępowani. Ich gra przesycona jest emocjami, które prowadzą w bardzo różne stylistycznie rejony – innymi słowy, każdy ich koncert może być dużym, artystycznym zaskoczeniem. Na początku 2008 roku muzycy zarejestrowali materiał na pierwszą płytę o dźwięcznym tytule "Frrrrr....". W kolejnych latach powstały albumy "Six Philosophical Games", "Work" oraz "In Side Shout" (nagrana z niemieckim perkusistą Willy’m Hanne). Najnowsza płyta, to album DVD "Olbrzym i kurdupel ALEATORYCZNIE" (powstała z towarzyszeniem Orkiestry Teatru Muzycznego w Gdyni).

https://olbrzymikurdupel.bandcamp.com/

 

W ostatnią sobotę maja obejrzymy kolejny koncert … potrójny. Najpierw improwizować będą artystki z Katowic - flecistka Zofia Ilnicka i multiinstrumentalistka Ola Rzepka, potem poznański gitarzysta Paweł Doskocz (tu w wersji akustycznej) i brytyjski altowiolinista Benedict Taylor. Po dwóch duetach z pewnością liczyć będziemy mogli na sklecony „ad hoc” kwartet!

Deski Dragona znają całą czwórkę doskonale. Panie zachwyciły nas na spontanicznych koncertach minionej jesieni (Zofia w festiwalowych składach „ad hoc”, Ola w duecie Perforto), realizują się artystycznie w wielu projektach, nie tylko w sferze muzyki improwizowanej. Taylor, mistrz swobodnie improwizującej altówki, autor wielu płyt i partner niezliczonej rzeszy improwizatorów kreatywnej, młodej sceny europejskiej, był ważną postacią spontanicznego Festiwalu w roku 2019. Wreszcie Doskocz - rezydent i współautor serii, festiwalu, niezwykle ważna postać lokalnej sceny improwizującej. Reasumując, trudno nie być przekonanym, iż będzie to jeden z bardziej ekscytujących wiosennych koncertów spontanicznego cyklu.

https://culture.pl/en/artist/ola-rzepka

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/trio-io-new-animals

https://benedicttaylor.bandcamp.com/

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

 

Spontaneous Live Series, Vol. 43

Colin Webster – saksofon altowy

Mark Holub - perkusja

Sofia Salvo – saksofon barytonowy

Jan Roder - kontrabas

7 maja 2023, Poznan, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety do kupienia tu >>> https://tiny.pl/wb7ss

 

Spontaneous Live Series, Vol. 44

Olbrzym i Kurdupel: Tomasz Gadecki – saksofon tenorowy & Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

The Art Of Crashing: Hugo Costa – saksofon altowy & Philipp Ernsting – perkusja

Ad Hoc Quartet: Gadecki, Costa, Bożek & Ernsting

11 maja 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety będą dostępne wkrótce.

 

Spontaneous Live Series, Vol. 45

Ola Rzepka – fortepian, perkusja, Zofia Ilnicka – flety

Benedict Taylor – altówka, Paweł Doskocz – gitara akustyczna

Ad Hoc Quartet: Rzepka, Ilnicka, Taylor, Doskocz

27 maja 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety będą dostępne wkrótce.



piątek, 21 stycznia 2022

Mark Holub! Anthropods!


Czas na pierwszą recenzję płyty wydanej już w nowym, równie szalonym jak poprzednie, roku 2022! Do roli introduktora nowych wrażeń muzycznych wybieramy amerykańskiego perkusistę Marka Holuba, który rezydując w Wiedniu powołał do życia nie pierwszy swój ansambl. Przygotował dla niego kilka kompozycji i puścił się wraz z czwórką austriackich przyjaciół (doposażonych w skrzypce, wiolonczelę, klarnet basowy i saksofon tenorowy) w wir … swobodnych improwizacji. Fantastycznych momentów spotkanie z płytą Anthropods dostarczyło całe mnóstwo, ale już w preambule recenzji docenić można kunszt kompozytorki muzyka, jego dbałość o formę i metody budowania dramaturgicznego napięcia. Dodajmy, iż światowa premiera albumu miała miejsce dokładnie wczoraj!

 


Początek Antropodów (Antropoidów?) wydaje się nad wyraz kameralny, ale od startu doposażony w bardzo gęstą strukturę dźwiękową. Small drumming pęcznieje, stymulowany całą plejadą short-cuts ze strony instrumentów strunowych. Z kolei zadaniem dętych jest stylowe kontrapunktowanie zastanej rzeczywistości, które uznać możemy na prezentację tematu. Druga opowieść kroczy do nas tanecznych krokiem, z bystrze repetującą melodyką. Muzycy dość szybko wkraczają tu w gęstwinę improwizacji, nad wyraz swobodnych i wciąż dość kameralnych. Wymiana poglądów zdaje się mieć formę call & responce, a sam temat kompozycji tli się w tle i po czasie, istotnie zagęszczony, staje się głównym przedmiotem zainteresowania wszystkich artystów. Ekspresja rośnie, głównie dzięki niemal rockowym riffom podsekcji cello & violin. Faza open games nakierowanych na improwizację, to kwintesencja tego numeru, który na koniec niemal zionie ogniem free music!

Trzecia odsłona płyty przypomina klimatem i brzmieniem pieśni radykalnej, żydowskiej serii wydawniczej Johna Zorna z lat 90. ubiegłego stulecia. Bogata struktura, połamane frazy, ciągłe zmiany trybu narracji. Całość szybko przepoczwarza się tu w bystre, jakże kolektywne impro. Skrzypce mają efektowne solo, a perkusja do pary z cello grają jazz-rockowe przełomy. Kolejna opowieść zdejmuje nogę z gazu. Urocza powolność kreowana jest przez szum perkusyjnych szczoteczek, drżące struny spoglądające ku post-barokowi i molowe melodie dętych. Piąta piosenka jest żwawa, pachnie równie dobrze kameralistyką, jak i jazzem. Dynamiczne pląsy perkusji budują przestrzeń dla indywidualnych popisów improwizatorskich, realizowanych ponownie nie bez użycia metody call & responce.

Szósta opowieść, najdłuższa na płycie, rozwija się powoli. Najpierw dęte drony bogacone strunowym pizzicato i perkusja przyczajona na zapiecku. Całość efektownie rozkwita, ale kierunek improwizacji wydaje się dalece kameralny. Temat kompozycji rodzi się na po dłuższej chwili, znów pachnie semicką nostalgią, ale jest wewnętrznie bardzo nerwowy. Na koniec rozkwita bukietem smakowitej free music! Tuż potem następuje drobna etiuda, grana niemal całkowicie pod dyktando zapisów kompozycji. Temat jest śpiewny (można śmiało tańczyć!), a faza rozwinięcia klejona z drobnych, zmysłowych fraz. Ósma kompozycja stawia na preparowane dźwięki, ale narracja trzymana jest w ryzach rytmu perkusji. Najpierw to marsz, potem coraz gorętszy półgalop. Wreszcie zakończenie tej smakowitej płyty, zdaje się, że całkowicie improwizowane, przez to wyjątkowo urocze. Spokojne dęciaki, perkusyjne preparacje, zawieszone w próżni oczekiwań strunowce. Wielki finał wydaje się pozbawiony tematu, a wieńczy go zmyślna koda, definitywnie w klimatach kameralnych.

 

Mark Holub  Anthropods (Discus Records, CD 2022). Mark Holub – perkusja, kompozycje, Clemens Sainitzer – wiolonczela, Irene Kepl – skrzypce, Susanna Gartmayer – klarnet basowy oraz Jakob Gnigler – saksofon tenorowy. Dziewięć utworów, niemal pełna godzina zegarowa, czas i miejsce nagrania nieznane.



wtorek, 28 maja 2019

Colin Webster! Still in a Constant Journey!


Brytyjski saksofonista Colin Webster w trakcie ostatnich kilku miesięcy dwukrotnie gościł w Polsce. Pozostawił po sobie piorunujące wrażenie, niejako potwierdzając, iż trwająca od dawna w gronie redakcyjnym fascynacja jego twórczością nie jest choćby odrobinę przesadzona. Już dziś uchylić możemy rąbka tajemnicy i dodać, iż muzyk gościć będzie u nas ponownie w październiku, gdy stanie się ważnym elementem artystycznym 3. Spontaneous Music Festival. Impreza, która odbędzie się, jak zawsze, w poznańskim klubie Dragon, stanie się także okazją do świętowania … pierwszej płyty Webstera, jaka ukaże się w Polsce (ale to, na razie, wielka tajemnica!).

Kolejne wydawnictwa Colina śledzimy oczywiście na bieżąco i nic nie umyka naszej uwadze. Dziś czas na dwa drobne incydenty (w wymiarze czasowym), wydane w formie downloadingu i kasety, przynoszące, jak zawsze, moc doskonałej muzyki w wykonaniu saksofonisty.  Najpierw trio w plikach, potem zaś duet na kasecie, ale na drugiej jej stronie, jak to na splicie – inny wykonawca.




Colin Webster/ Noah Punkt/ Mark Holub  2.26.B  (Otherunwise, DL 2019)

W przedostatni dzień lutego br. Colin Webster (saksofon altowy) i amerykański perkusista Mark Holub grali koncert w Poznaniu. Dzień wcześniej gościli zaś w Lipsku, w klubie Subbotnik. Właśnie wtedy zagrali set z udziałem niemieckiego kontrabasisty Noaha Punkta. Dziś możemy posłuchać tego 24 minutowego występu sięgając po nagranie 2.26.B.

Koncert startuje na ostro, bardzo jazzowym strumieniem dźwięków. Śpiewający alt z nutą swingu między dyszami, mocny tembr kontrabasu i postawnej perkusji. Od pierwszego dźwięku Webster bierze, co jego, po mistrzowsku – prawdziwy król nowoczesnego altu! Może sobie na wiele pozwolić, bo sekcja nie stawia specjalnych wymagań – tłucze jazzowe frazy z saperską precyzją, dobrze i gęsto akompaniuje. W 7 minucie udany stopping – szarpane palcami struny kontrabasu tyczą nowy szlak. Po niedługiej chwili Webster powraca i wraz z partnerami buduje nową opowieść - krótkie frazy saksofonu, zręczne lepione w gęstszy strumień, oparte na twardej bazie rytmu. Po 100 sekundach free jazzowa kipiel jest już udziałem wszystkich, po obu stronach sceny.

Kolejny przystanek muzycy fundują sobie w okolicach 15 minuty – alt milknie, sekcja kontynuuje zadanie. Webster wraca z nową pieśnią na ustach i decyduje się na dialog z perkusją. Noah łapie za smyczek i zwinnie to komentuje. Osiągnięcie stanu galopu jest kwestią kilkunastu sekund, choć flow zdaje się być zupełnie inny niż w pierwszej części występu. Eksplozywny moment notuje kontrabasista! Po dosłownie trzech minutach narracja ponownie staje w miejscu, ale muzycy nie milkną. Webster całuje gęste ochłapy powietrza i czeka na uderzenie sekcji. Tu małe zaskoczenie – Punkt chwyta za coś w rodzaju piszczałki i zaczyna tańczyć! Webster preparuje, a Holub progresywnie prze ku eskalacji. Nastrój zabawy nie opuszcza muzyków – saksofonista zdaje się grać na samym ustniku. Finałowa prosta skrzy się prostotą i komunikatywnością. Energetyczna petarda aż po ostatni dźwięk! Fire music!




Colin Webster & Graham Dunning/ Lärmschutz  Faux Amis Volume 1[FA#19]   (Faux Amis, Kaseta/DL 2019)

Parenaście miesięcy temu Webster i jeden z jego odwiecznych partnerów – Graham Dunning (instrumenty wszelakie, na ogół w konfiguracjach elektroakustycznych), zaproszeni zostali do nagrania wspólnej kasety z holenderskim triem Lärmschutz, na ogół realizującym swoje muzyczne fantazje na styku mocnej akustyki i noise'owej elektroniki (Ruter van Driel – puzon, elektronika, Stef Brans – gitara oraz Thanos Fotiadis – syntezatory i elektronika). Strona pierwsza kasety zawiera trzy improwizacje duetu (łącznie prawie 20 minut), strona druga - tyleż improwizacji tria (ponad 32 minuty). Ze stylistycznego punktu widzenia warto podkreślić, iż duet gra niemal w stu procentach akustycznie, trio zaś zdecydowanie stępiło swój hałaśliwy pazur i choć nie stroni od elektroniki, to stawia raczej na minimalizm i dba o niuanse brzmieniowe.

Najpierw zatem duet. Dunning bierze w dłonie jedynie skromny snare drum i bliżej niezidentyfikowane przedmioty, którymi będzie wydawał wyłącznie akustyczne dźwięki. Webster, obok altu, sięgnie też po saksofon barytonowy. Początek improwizacji jest głównie udziałem tego pierwszego. Colin akcentuje swoją obecność prychami z tuby po kilkudziesięciu sekundach – wciąga i wydmuchuje powietrze, cmoka, dmie i zipie, skacze z kwiatka na kwiatek. Ta swobodna podróż dźwiękowa smakuje elektroakustyką, choć jesteśmy niemal pewni, iż muzycy nie korzystają z urządzeń zasilanych prądem elektrycznym. Opowieść z minuty na minutę dynamizuje się, z tuby saksofonu zaczyna dobywać się coraz więcej dźwięków typowych dla … saksofonu. W 6 minucie drobne wytłumienie jest okazją do eksplozji urokliwych fraz Colina. Potem muzycy robią duży krok w gęste szumowisko i nabierają noise’owego powietrza. Saksofon brzmi tu równie masywnie, jak w trakcie ostatniej solowej płyty Webstera Hiss. Ripostą Dunninga jest industrialny ambient. Power harsh noise! Druga opowieść, już krótsza, zaczyna się stosunkowo spokojnymi frazami, choć o twardym, kanciastym brzmieniu. Tarmoszenie werbla, tłuczenie dysz – bukiet dźwięków tyleż urokliwych, co zaskakujących. Preparacje, garść rytmu, szmer oddechów - spirala samoeskalacji czyniona w błyskotliwej komunikacji. Grubo ciosany ambient wieńczy odcinek. Ten trzeci, ostatni, zdominowany został przez dźwięk niszczonych obiektów. Trzaski, łamane kości, rozrywane spoiwa. Obok saksofon małymi frazami szuka pretekstu do tańca. Kilka czułych dźwięków i finałowy, niemal jazzowy galop.

Przekładamy kasetę ma drugą stronę! Wita nas zmysłowy szum post-techno, rwane partie akustycznej gitary w improwizacyjnych pląsach i puzon, który z offu zawodzi po niedźwiedziemu. Repetycja elektronicznego tła tworzy oniryczny, ciekawy kontekst dla akustycznych improwizacji żywych instrumentów. Wraz z rozwojem sytuacji, te ostatnie zaczynają dominować na scenie. Ambientowe tło tli się pojedynczymi akordami meta piano, podczas gdy rozchełstane free improv gitary i puzonu szuka swych brytyjskich korzeni. Narracja zdaje się być lekka, chwilami wręcz filigranowa. Wybrzmiewanie pachnie zmysłową post-elektroniką. Druga opowieść rodzi się na rozszarpywanych strunach gitary, stawiającej pierwsze kroki z niemal blue-grassowym zaśpiewem. Tło syntetyki migocze i pulsuje rytmicznie. Puzon komentuje na wdechu. Sieć dźwięków tkana jest precyzyjnie, dość gęstym ściegiem. Gdy gitara oddaje nieco pola puzonowi, ten śmiało wychodzi przed szereg i snuje niebanalną opowieść o ulotności swobodnej improwizacji. Na finał elektronika przejmuje sterowanie procesem narracji, czego nie zapisujemy jednak po stronie autów całego nagrania. Odcinek trzeci znów intonuje gitara, której tym razem towarzyszą głośne przestery post-electro. Duet pełen kipieli i zgiełku, także hałasu. Gitara toczy boje z jarzmem syntetyki, może też liczyć na okazjonalne wsparcie puzonu. Po 4 minucie ciekawy moment – syntetyka podaje rytm, akustyka snuje tylko dobre opowieści. Znów przekonujemy się, jak cienka granica dzieli świetną elektronikę od … zbyt napastliwej jej wersji. Po 7 minucie dobrze brzmi duet puzonu i gitary, któremu udało się zagadać dźwięki z kabli. Te ostatnie przypominają sygnał alarmowy, a puzon grzmi mocą swoich blach. To zresztą on dostaje w udziale finalizację całości nagrania. Recenzent oczywiście kupuje obie strony kasety, nie tylko dlatego, że żadnej z nich nie da się kupić osobno.


poniedziałek, 25 lutego 2019

Colin Webster & Mark Holub! Nadir sometimes means as rare!


Saksofonista Colin Webster i perkusista Mark Holub wylądowali właśnie w Wiedniu, gdzie rozpoczną za moment swoją krótką trasę koncertową. Po dzisiejszym koncercie w stolicy Austrii, zagrają w Lipsku (26.02), Poznaniu (27.02), Berlinie (28.02) i wreszcie we Wrocławiu (01.03).  Promować będą swój bodaj piąty wspólny krążek, który zwie się Nadir, a który dziś ma swoją światową premierę. Wydawcą jest – co nie zaskakuje – Raw Tonk Records (LP, DL).

Nie znacie jeszcze tej płyty? Niech zatem to jej poświęcona będzie dzisiejsza lekcja.




Londyn, Hackney Road Studios, lipiec roku ubiegłego. Colin Webster – saksofon altowy i barytonowy oraz Mark Holub – perkusja. Pięć improwizacji, które trwają łącznie około 42 minut.

Ruszamy z barytonem w ustach i stepowym drummingiem w dłoniach i nogach! Flow saksofonu jest skrupulatny i precyzyjny, a ten perkusyjny cechuje się dokładnie tym samym. Muzycy zdają się pozostawiać na piasku jeden wspólny ślad, niczym kocięta syjamskie. W 3 minucie Colin buduje pierwsze drony, Mark idzie za nim krok w krok. W 5 minucie ten pierwszy milknie na moment, drugi znaczy teren małymi punkcikami. Po chwili wchodzą niemal bezboleśnie w pierwsze tego wieczoru stadium slow sonore. Smukła, ckliwa narracja, kind of dark chill-out. Ostatnie trzy minuty pieśni otwarcia upływają muzykom na odbudowywaniu porzuconej parę minut wcześniej opowieści. Flow barytonu narasta i biegnie ku pobliskim wzniesieniom.

Tym razem alt i od startu piękne, typowe dla Colina, bohomazy dźwiękowe. Mark – bez zaskoczenia – step by step za saksofonistą, czujny saper, zmyślny kontroler. Lekko rockowy, dalece prostolinijny. Całość narracji korpulentna, pełna zdrowej dynamiki. Niczym para kochanków, idą w tango bez zająknięcia. Cudna kipiel w tubie, bystre bębnienie. W 5 minucie tłumią się wzajemnie, ocierają pot z czoła, by od 8 minuty ruszyć w narowisty galop. Colin kreśli altem swoje mistrzowskie kompetencje. Znamy je z niejednej prezentacji. Mark na moment ponownie zostaje sam i czyni small solo expose. Bije na poły rockowy rytm, Colin wraca i skacze w niego, jak w ogień.

Trzecia, nieparzysta piosenka, zatem wracamy do barytonu! Narracja toczy się na stojąco. Szczoteczki na werblu, Colin z głową w chmurach. Baryton posłuszny jak trusia, wyda każdy żądany dźwięk. What a power! Perkusja czuwa tuż obok, gotowa na każde zadanie. Zdaje się, że usługowy charakter części ekspozycji Marka stymuluje Colina do jeszcze większej kreatywności. Ale, żeby nie było – 5 minuta i bardzo stylowe solo drummerskie!

Alt, który brzmi jak baryton, może baryton, który szuka altowego zadęcia. Cuda, Panie cuda! Dynamicznie, ale stosunkowo delikatnie w samej tubie, tuż pod nią mistrzowski dobosz tnie na potęgę! Imponujące paralele!

Baryton na finał ocieka ciepłą krwią. Zmysłowy drumming wzmaga entuzjazm recenzenta. Popisowy moment z obu stron! Już po 120 sekundach tłumią narrację i tulą się do siebie, jak sroczki. Solowy moment Marka, z komentarzem Colina. Półdrony, suche zęby sonorystyki, talerze - psychodelicznie aż do poziomu ciszy. Tuż potem powrót do świata żywych, jakże imponujący! Wielki finał - saksofon, który topi się w konwulsjach i perkusja, która niesie go na skrzydłach do wieczności. Oto, jak pozostając w cieniu, można być wyjątkowo skutecznym i posiąść wszelkie atrybuty sławy.