Pokazywanie postów oznaczonych etykietą João Braz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą João Braz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 grudnia 2023

Barcelona makes the world go round: Isysxae! Chant! Garcia & Guionnet! Pricto! Nonetheless! AX!


Nic lepszego nie mogło nas spotkać na koniec spontanicznego, umierającego już niechybnie roku 2023 niż zestaw pełnokrwistych nowości z naszej ukochanej Barcelony!

Czeka dziś na nas sześć wyjątkowo smakowitych świeżynek – pewien koncert z poznańskiego Dragona (jakże być inaczej!), dwie premiery nowego labelu Hera Corp., założonego przez Alexa Reviriego (z silnymi akcentami baskijskimi i francuskimi), wreszcie trzy najnowsze dziecięcia Discordian Records, a pośród nich pierwsza solowa płyta El Pricto!

So, welcome and dance to the end of the year 2023!



 

Isysxae Living Systems Decay - Live in Poland (Bandcamp’ self-released, kaseta 2023)

Dragon Social Club, Poznań, Fast Forward 6th Spontaneous Music Festival, październik 2022: Ferran Fages – gitara elektryczna, Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Pere Xirau – perkusja. Trzy improwizacje, 14 minut.

Katalońskie trio zagrało na deskach poznańskiego Dragona 32-minutowy set. Na potrzeby albumu muzycy wykroili z niego ledwie trzy fragmenty – niespełna dwuminutowy, niespełna ośmiominutowy, wreszcie niespełna czterominutowy. Oczywiście decyzja artysty bywa rzeczą świętą, niemniej tych, którzy ów koncert widzieli w całości zdaje się dopadać niewymowny żal nieodwracalnej straty. Ów konceptualny minimalizm w zakresie formy zdaje się być jednak znakiem rozpoznawczym Isysxae – ich debiutancki, studyjny album trwał całe … 22 minuty. Wszystkie te dywagacje możnaby puścić w niebyt zapomnienia, gdyby nie drobny fakt, iż muzyka Fagesa, Chanta i Xirau, to jedno z najciekawszych zjawisk na współczesnej, europejskiej scenie free impro.

Pierwsza plama krwi, to post-rockowy wymiot, ulepiony z riffu ciężkiej gitary, kompulsywnego wrzasku saksofonu tenorowego i porcji circle drums, która oplata wszystko niczym gęsta, tłusta pajęczyna. Lepki, siarczysty pomiot dźwięku, zastygająca plama napalmu o zbyt filmowym poranku. Drugi wyziew fonii tworzą preparowane frazy wprost z rozgrzanego werbla, tuba saksofonu rżąca jak dobijany koń, wreszcie gitarowe plamy sprzężeń i narastającego przesteru. Lawa zdaje się tu być już całkowicie zastygła, stygmatyzuje dźwięk, buduje ścianę post-industrialnego hałasu. Zdaje się, że wszystko tu wyje, rozdziera szaty, dotkliwie samokaleczy się. Perkusja w wiecznej pętli, saksofon z tubą ryjącą dziurę w ziemi i gitara w stadium umierającej post-fonii. I to wszystko wydaje się być podejrzanie lekkie, jakby zaczynało unosić się w powietrzu. Trzeci strzęp koncertu w fazie początkowej tonie w echu gitarowej amplifikacji, wdechów wprost do tuby i perkusjonalnych zdobień. Represyjny dub zaczyna pulsować, towarzyszy mu szczebiot rozklekotanej perkusji, z kolei saksofon rysuje pętle niczym pijany lunatyk. Umierający spektakl post-dźwięku przypomina gasnące ognie sztuczne rozproszone w złotym palenisku.



 

Tom Chant Solo (Hera Corp., Kaseta 2023)

La Isla (Kraj Basków?), czas nieznany: Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy. Sześć improwizacji, 31 minut.

Tom Chant pozostaje z nami, by zaprezentować swoją pierwszą (!) solową płytę. Trzy improwizacje na saksofon tenorowy, tyleż na sopranowy, a wszystko z permanentnym wykorzystaniem tzw. technik rozszerzonych, czyli przekładając na język bardziej zrozumiały – nie będzie melodii, jedynie samo cierpienie. A że barceloński Brytyjczyk, to mistrz tego typu dętych eksploracji, płyta Solo nie może nam nie sprawić gigantycznej radości z odsłuchu.

Pierwsza tenorowa zawierucha zdaje się mieć całkiem naturalistyczny wydźwięk. Przypomina niedźwiedzia w trakcie czynności fizjologicznej, tudzież dzikie koty w pogoni za sforą nieznośnych myszy. Soundtrack do kreskówek Walta Disneya? Muzyk stosuje krótkie odcinki fonii, a oddziela je przerwami na wzięcie oddechu. Pracuje jak żywy człowiek, ale czasami przypomina post-industrialną maszynę do generowania szumów i pisków. Naturalność całej sytuacji scenicznej podkreśla piejący w oddali kogut, z którym muzyk zdaje się wchodzić w drobne interakcje. W części drugiej narracja bardziej skłania się ku onirycznym dronom z odrobiną melodii. Muzyk rzeźbi teraz skałę łyżeczką do herbaty. W części trzeciej można odnieść wrażenie, że Chant szuka granicy akustycznego przesteru, ponownie woli krótkie, urywane frazy. Sopranowa część albumu nie jest bynajmniej bardziej łagodna. Artysta szuka swojego dźwięku, szyje frazy, które przypominają pracę silnika elektrycznego, a może zepsutego wentylatora. Tuba jego instrumentu jest tu chyba zamknięta od pierwszej do ostatniej sekundy. Drżenie powietrza i półwrzask rozgrzanych dysz, a wszystko jakby doprawione posmakiem tajemniczej syntetyki. W finałowej ekspozycji muzyk początkowo szuka echa, a może ściany, od której odbijają się dźwięki jego instrumentu. Można także odnieść wrażenie, że nie tylko generuje dźwięki instrumentalne, ale także przemieszcza się z saksofonem kreując dodatkowe fonie. A na koniec znów przypomina leśne zwierzę szukające ofiary.



 

Miguel A. García & Jean-Luc Guionnet Duo (Hera Corp., Kaseta 2023)

Sala Bastida, Azkuna Zentroa (Bilbao), czas nieznany: Miguel A. García oraz Jean-Luc Guionnet – elektronika, elektroakustyka (instrumentarium nieoznaczone). Dwie improwizacje, 41 minut.

Bask i Francuz, to artyści, których znamy z wielu elektroakustycznych eksploracji, tego drugiego także z soczystych, saksofonowych wycieczek w nieznane. Tu spotykamy obu zaplątanych w niekończące się zwoje kabli. Ich elektroniczny i akustyczny ekwipunek zdaje się funkcjonować w symbiozie, jakkolwiek dźwięki syntetyczne pozostają w dużej przewadze. Estetyka duetu, to może nie jest do końca nasza bajka, ale trzeba artystom oddać, iż z plejady różnorakich, mniej lub bardziej tajemniczych fraz są w stanie budować zwarte, linearne, na poły dronowe improwizacje, które są udaną puentą obu długich, wielominutowych minutowych odcinków.

Pierwsza, nieco dłuższa improwizacja zdaje się unaoczniać tezę zawartą w poprzednim zdaniu w sposób szczególnie dobitny. Muzycy startują z poziomu drobnych, rwanych fonii i swobodnie płyną od szmeru ciszy do mikro eksplozji hałasu. Efektem ich wielominutowych eksploracji jest oniryczny dron, upstrzony plejadą nieinwazyjnych mikro usterek. Druga część wprowadza do zastanej estetyki nowe elementy. Na starcie zgrzyty i piski zdają się być niesione tajemniczym rytmem. Muzycy wchodzą w intrygujące interakcje, dodając raz za razem nowe dźwięki. W połowie improwizacji tłumią elektroakustyczne emocje i na dłuższą chwilę zanurzają się w chmurze martwego ambientu. Z czasem, metodą jaką znamy z pierwszej części, tworzą wspólny, dźwiękowy front, rodzaj półpłynnej lawy pełnej drobnych post-fonii. Tu ostatecznym rezultatem ich prac jest ściana dźwięku, definitywnie pobudowana z materiałów łatwopalnych.



 

El Pricto Moonburnt (Discordian Records, DL 2023)

Miejsce akcji nieoznaczone, Barcelona (?), 2019-2022: Prictopheles - syntezatory, prictar, klarnet i głos. Dziesięć utworów, 32 minuty.

Kolejna znacząca, barcelońska postać muzyki kreatywnej z debiutanckim albumem solowym! Oto i El Pricto, muzyk, który już kilka lat temu porzucił saksofon na rzecz instrumentarium elektronicznego – na ogół analogowego, także własnej produkcji. Jego płyta przynosi nam mnóstwo wrażeń. O ile w części pierwszej artysta stawia na umiar i precyzję wypowiedzi, o tle w drugiej uwalnia swój temperament i szyje nam kilka kompulsywnych opowieści w klimatach noise & harsh. Ta druga odsłona solowego Pricto zdaje się być przeznaczona jedynie dla wielbicieli gatunku, reszcie pozostaje zachwyt nad bezgraniczną kreatywnością muzyka.

Początek albumu jest dalece dynamiczny. Tworzy go kilka zwinnie uformowanych warstw trzasków, zgrzytów i drobnych przesterów, którym w tle towarzyszy pasmo ambientu. W kolejnych opowieściach Pricto bogaci flow akcentami perkusyjnymi, którym nadaje okazjonalnie posmak dubowy, a które ciągle wzmacnia strumieniem ambientu. W tym tyglu zdarzeń nie brakuje też pasm, które wydają się być post-akustycznymi melodiami, niczym wspomnienia dawno utraconej młodości. Elektroakustyczna burza śnieżna zaczyna się od utworu numer cztery i wypełnia nasze receptory słuchu aż do ostatniego, znów bardziej stonowanego fragmentu. Muzyk kreuje tu na ogół krótkie, noise’owe frazy, które szereguje w potoki mniej lub bardziej inwazyjnych fonii. Czasami jego narracja przypomina taśmę magnetofonową puszczoną od tył. W ostatniej opowieści melodie utraconej młodości zdają się triumfalnie powracać. Rozdygotany ambient w bogatym bukiecie akcji post-percussion cudownie koi nasze zmysły i pozwala wspominać całe nagranie w bardziej ciepłych kolorach.



 

Nonetheless This Is Not Existing (Discordian Records, DL 2023)

The Golden Apple, Barcelona, wrzesień 2021: João Braz – wiolonczela, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna oraz Prictopheles – syntezator, prictar (utwór 5), noise box (3). Pięć utworów, 35 minut.

Wenezuelski magik od analogowej elektroniki zostaje z nami, by wraz z argentyńskim gitarzystą i portugalskim wiolonczelistą zaserwować nam pikantne, swobodnie improwizowane danie o niepoliczalnych walorach smakowych. Gęste, oleiste, ale i lekkie, niemal ulotne. Nade wszystko zaś pokazujące, iż łącznie wody i ognia, tu elektroniki i dźwięków akustycznych, tudzież elektrycznych może dokonywać się w warunkach całkowicie pokojowych, bez jakiegokolwiek rozlewu krwi. Wystarczy klasa samych artystów!

Pierwsze trzy improwizacje możemy tu uznać za rodzaj gry rozpoznawczej, podprowadzenia pod główny utwór albumu, ten czwarty, trwający kilkanaście minut. Najpierw trochę zaskoczeń – syntetyka brzmi tu niebywale delikatnie, podczas, gdy akcje obu strunowców wydają się masywne, twardo brzmiące i niekiedy hałaśliwe. Całość wszakże śmiało możemy zaliczyć do typowego dla sceny Barcelony festiwalu fake sounds. Konia z rzędem temu, kto precyzyjnie wskaże źródła poszczególnych dźwięków. Bywa, że wszystko brzmi tu jak gitara, bywa, że każdy staje się perkusjonalistą. Druga opowieść pachnie eksperymentalnym rockiem – odbiorcy pozostaje wybór najtrafniejszego skojarzenia. King Crimson z okresu Red? Krautrock? Rock in Opposition? Trzecia historia lepi się z drobnych faz wchodzących w wyjątkowo udane interakcje. Wreszcie danie główne, mieniące się niezliczoną ilości kolorów, mające kilka zasadniczych faz. Najpierw to delikatna kameralistyka, potem dark ambient, wreszcie efektowne rozwinięcie, pełne zaskakujących wydarzeń, dźwięków preparowanych i całkiem sporej dawki hałasu. Album wieńczy niespełna trzyminutowa koda, która miast koić emocje, jeszcze je wznieca. Syntetyczne post-percussion, jazzowa gitara i dynamiczne, wiolonczelinowe pizzicato - jakże udane podsumowanie jeszcze bardziej udanej całości.



 

Ehsan Sadigh/ Liba Villavecchia/ Vasco Trilla AX (Discordian Records, DL 2023)

T.U.R.F. (Thriller's Underground Recording Facilities), Barcelona, maj 2021: Ehsan Sadigh – gitara, syntezator gitarowy, Liba Villavecchia – saksofon altowy oraz Vasco Trilla – perkusja. Siedem utworów, 43 minuty.

Na zakończenie przeglądu barcelońskich nowości kolejne trio, tym razem udanie łączące typical bcn sound perkusjonalii i saksofonu z gitarą elektryczną, która na specjalną sesję nagraniową dotarła z dalekiego Iranu. Efekt prac trójki improwizatorów zdaje się być dalece ponadgatunkowy, a międzykontynentalne koincydencje intrygujące, ale trzeba przyznać, iż w mniej dynamicznych ekspozycjach muzycy sprawiają wrażenie przeładowanych pomysłami i potencjalnymi kierunkami, w jakich mogłyby się rozwijać poszczególne improwizacje. Zdecydowanie najciekawiej jest tu w dynamicznych, naznaczonych piętnem psychodelicznego rocka, niekończących się opowieściach z krainy tysiąca i jednej nocy.

I właśnie od takiego, ekspresyjnego utworu zaczyna się album. Gitara bazuje tu na funkowym loopie, perkusja bije rytm, a saksofon zmyślnie ogrywa go jazzowymi strumieniami ekspresji. W utworach parzystych muzycy stawiają na zadumę, rezonujące frazy, saksofonowe drony i gitarę, która wypełnia pustą przestrzeń ambientem, tudzież przeistacza się w syntezator gitarowy, snujący melodyjne opowieści. Z kolei utwory nieparzyste konsekwentnie bazują na rytmie i niosą wiele ciekawszych zdarzeń. Trzecia część, to rodzaj tanecznej narracji z intrygująco połamanym metrum, z kolei w części piątej mamy free jazzowe otwarcie saksofonu i perkusji, pod które podłącza się ekspresyjna gitara niosąca dużo rockowego fermentu. Podobać się może także pieśń pożegnalna, z tym wszakże zastrzeżeniem, iż winna swoje dynamiczne podwoje zakończyć po mniej więcej czterech minutach. Ekspresyjna ostatnia prosta nie jest tu bowiem w stanie zrekompensować kilkuminutowego, dramaturgicznego rozdroża, jakie artyści fundują sobie w trakcie zbyt długiej improwizacji. 

 

 

piątek, 7 stycznia 2022

El Pricto & Discordian Community Ensemble in Degenerative Music #2!


El Pricto, wenezuelski artysta jakże wielu talentów, odmieniany na tych łamach przez wszystkie przypadki, pojawił się na opublikowanej w ubiegłym tygodniu liście 50 Reasons to Remember The Year 2021 dokładnie sześć razy! Jedynie z czystej przyzwoitości wobec innych muzyków tego świata, jego ujawnienia skończyły się na tych sześciu przypadkach. Bo powodów, by dobrze zapamiętać 2021 rok z Pricto w tle było... jeszcze kilka! Choćby płyta, o której kilka słów poniżej!

Degenerowanie klasycznych partytur (tj. przekładanie oryginalnych zapisów nutowych na gesty sterujące procesem improwizacji), to jedno z ulubionych zajęć Wenezuelczyka. Temu niecnemu procesowi były już poddawane kompozycje Liggetiego, Beethovena, a całkiem niedawno, tu na żyznej, krajowej ziemi, dzieła Szymanowskiego, Karłowicza i samego boga klasyki - Chopina! Najnowszą ofiarą Pricto jest Joseph Haydn i jego kwartet smyczkowy Opus 76, część czwarta.

Poniżej garść emocji, jakie spłynęły z wirtualnego pióra Pana Redaktora w trakcie odsłuchu dwóch podejść do zacnego dzieła austriackiego mistrza klasycyzmu, poczynionych przez kwintet składający się z podwójnych skrzypiec i wiolonczeli oraz perkusji wspartej elektroniką (wszystko pod kierunkiem Pricto!). Dodajmy, iż first movement został tu określony jako całkowicie zdegenerowany, drugi zaś jako trochę zdegenerowany.

 


Gęsto frazujące, zawieszone w chmurze narracji smyczki od startu zdają się tu zadawać strunom akustyczne katusze. Ich nerwowe pasaże kontrapunktowane są hałaśliwymi wybuchami całego kwintetu, tuti grande! W tak zwanym międzyczasie w potoku ścisłe polepionych dźwięków znajduje się jeszcze mikro przestrzeń na drobne galopady skrzypiec. Zmysłowa, ale jakże boleściwa opowieść, pełna groźnych, mrocznych westchnień z offu, brnie tu do przodu z niemal rockowymi emocjami. Smyczkowej kanonadzie towarzyszą perkusyjne akcesoria, które dość swobodnie preparują. Po pewnym czasie na lewej flance odnotowujemy drobny, post-barokowy śpiew cello, na flance zaś przeciwstawnej niezobowiązujące pizzicato skrzypiec. Ale rzeczone kontrapunkty niczym walec, wciąż dają moc i nie proszą o wyjaśnienia. Muzycy pracują na dużej dynamice, zatem niezalenie od innych walorów artystycznych dzieła, możemy zachwycać się także umiejętnościami technicznymi wszystkich uczestników tej zdradzieckiej rejterady! W pewnym momencie narracja zdaje się osiągać istotny szczyt ekspresji, który śmiało pomieściłby się w ramach gatunkowych free jazzu! Po znaczącym spowolnieniu czekają na nas z kolei całe plejady efektownych lamentów i zgrzytania zębami. Pricto na tyle intensywnie steruje poczynaniami muzyków, iż cała opowieść wydaje się być po kilkudziesięciu przebiegach samonakręcającą się spiralą zdarzeń, pełną drobnych erupcji bolesnej zadumy i efektownych wybuchów jakże dynamicznych emocji. Nie brakuje kompulsywnych zagęszczeń, które wręcz proszą się o epitet noise. Sam finał, po ponad 26 minutowej galopadzie, pachnie stadionowymi, prawdziwie rockowymi emocjami.

Drugi movement od pierwszego dźwięku staje w dużej opozycji do swego poprzednika. Mroczne, rozhuśtane intro zmyślnie kroi ramy dla leniwej, ale nerwowej narracji. Post-harsh-barok snuje się po podłodze i szuka ukojenia w drobnych, urywanych frazach skrzypiec i wiolonczeli. Swoje dokłada czerstwa perkusja, upstrzona iskierkami elektroniki. Tempo wydaje się stabilne, a emocje leżą po kątach, niczym pijani biesiadnicy. Tuż potem następuje faza smyczkowych zawodzeń, wsparta kiściami rezonujących talerzy. Nowe życie w tej degrengoladzie stylistycznej pojawia się po dziewiątej minucie. Rośnie tempo, eksplodują emocje, a kwintet zaskakująco szybko wspina się na całkiem poważne wzniesienie, po czym leniwie opada w otchłań dziwnych, przesterowanych fraz. Muzycy potrzebują jeszcze paru chwil, by choć trochę uspokoić się. Ostatnia minuta nie jest jednak spokojna, wszędzie tli się rezonans, a emocje przygasają jakby wbrew woli artystów.

 

El Pricto/Discordian Community Ensemble Degenerative Music #2 (Discordian Records, DL 2021). Joan Torné – perkusja i elektronika, Jaime Del Blanco oraz Francesc Llompart – skrzypce, Joao Braz oraz Mariano Camarasa – wiolonczele, El Pricto – dyrygent, spontaniczny degenerator.  Nagrane w trakcie Nocturna Discordia #264, Soda Acùstic, Barcelona, 21 października 2021 roku. Dwa utwory, czas trwania – 39:42.



wtorek, 23 marca 2021

Discordian Community Ensemble in the audio reading of Crowley’s The Book Of Lies! And not only…


Bądź silny, o człecze! pożądaj, raduj się wszelkimi rzeczami zmysłu i zachwytu i nie obawiaj się, iż jakiś Bóg za to cię odrzuci. *)

 

Odrobina okultyzmu i mistycyzmu z pewnością nam dziś nie zaszkodzi, a być może okaże się także definitywnie skuteczną szczepionką na wieczną zarazę, która drąży nasze ciała od ponad roku. Być może da też nadzieję naszym umysłom na przetrwanie kolejnych edycji niekończącego się lockdownu.

El Pricto, wenezuelski erudyta, a nade wszystko kompozytor, dyrygent i saksofonista zdaje się być osobą najbardziej kompetentną do tego, by interesująco zainfekować nas choćby odrobiną okultyzmu. Na najnowszej płycie Discordian Community Ensemble proponuje nam bowiem muzyczny odczyt trzech poematów z dzieła Aleistera Crowleya Księga Kłamstw. Teksty śpiewać będzie doskonała sopranista z Barcelony, Ilona Schneider, a za oprawę muzyczną odpowiadać będzie kompozytor i dyrygent El Pricto oraz dziewięciu innych instrumentalistów.

W ramach uzupełnienia tej intrygującej lektury, Pricto proponuje nam jeszcze kompozycję Tzim-Tzum, tym razem nie kotwiczy jednak tego pomysłu w dziejach literatury, ani tym bardziej okultyzmu. Tu zagra dla nas znów dziewięcioosobowy skład, a utwór pozbawiony będzie warstwy werbalnej.

 


Three Poems By Aleister Crowley

Barcelona Improfest, Luty, 2017 - Ilona Schneider (sopran), Agustí Martínez (saksofon altowy), Naná Rovira (klarnet basowy, kanał prawy), Eduard Altaba (kontrabas, kanał prawy), Diego Caicedo (gitara elektryczna), Vasco Trilla (perkusja), Cárlos Ródenas (kontrabas, kanał lewy), Luiz Rocha (klarnet basowy, kanał lewy), Xesc Llompart (skrzypce), Pope (trąbka) oraz El Pricto (kompozycja, dyrygentura). Trzy części z tytułami, łącznie niespełna 30 minut.

Ceremoniał otwarcia spoczywa w rękach Vasco Trilli. Muzyk buduje powłokę perkusjonalnego ambientu, w którą powoli wgryzają się strunowe dźwięki, zarówno akustyczne, jak i elektryczne. Po dość krótkiej introdukcji masywny drumming, salwy instrumentów dętych i post-operowy show Ilony Schneider wprowadzają nas do głównego nurtu kompozycji. Opowieść od razu stawia na gęstość, pewnego rodzaju powabność, ale i niemal filharmoniczny rozmach. Elementy precyzyjnie zaaranżowane przez Pricto komentowane są intensywnymi spiętrzeniami czynionymi na wdechu i rozimprowizowanymi wydechami. Jak zawsze w przypadku dzieła Wenezuelczyka, zmiana goni tu zmianę, a całość ma pewną charakterystyczną powtarzalność. Peaki emocji zdaje się kreować przede wszystkim dynamiczna perkusja, którą perfekcyjnie kontrapunktuje kobiecy sopran, zdolny w ułamku sekundy zmienić sytuację dramaturgiczną niemal o 180 stopni. Wszystko wszakże dzieje się tu z woli i nakazu dyrygenta. Muzycy kreują opowieść na zasadach demokratycznych, a indywidualne popisy należą do rzadkości (bodaj raz zgodę na samowolę dostaje alcista). Nerwowe, prawdziwie wyzwolone chamber z posmakiem free jazzu sfinalizowane zostaje drobną, acz niemal rockową kipielą gitary.

Druga kompozycja wstaje z kolan w oparach ciszy – suchych, dętych pomruków, ledwie dotykanych strun i lękliwych fraz wokalistki. Smugi czerni rysują raz za razem dwa kontrabasy i towarzyszące im klarnety basowe. Narracja stawia tu na improwizację, a jedynie w momentach śpiewu flow całej orkiestry zdaje się trzymać frontu pięciolinii. Oto zmysłowe chamber grane wysoko, destymulowane lekami spowalniającymi pracę serca. Gdy opowieść przechodzi w fazę minimalistycznych grepsów, na dysku bez chwili ciszy wyświetla się trak numer trzy. Na jego otwarcie dostajemy krótką lekcję pytań i odpowiedzi, realizowaną dychotomicznie przez dęciaki i strunowce. Rodzi się meta rytm, na który wyjątkowo spokojny głos nakłada Ilona. Narracja gęstnieje za sprawą repetycji, jaką konstruuje gitara Diego. Emocje rosną, a działania orkiestry zaczynają nabierać post free-jazzowego posmaku. Po kilku pętlach całość przygasa do wymiaru efektownego free chamber. Głos pięknie lepi się tu z podmuchami saksofonu altowego i doprowadza kompozycję do dość nagłego zakończenia, skwitowanego oklaskami.

 

Tzim-Tzum

Barcelona TepeKaLeSound, Listopad, 2019 - Fernando Brox (flet), Agustí Martínez (klarnet), Pope (trąbka), Aram Montagut (puzon), Amaiur González (tuba), Diego Caicedo (gitara elektryczna), Jaime Del Blanco (skrzypce), João Braz (wiolonczela), Alex Reviriego (kontrabas) oraz El Pricto (kompozycja, dyrygentura). Jeden trak, 23 minuty z sekundami.

Tym razem w roli introduktora występuje kontrabas pod palcami Reviriego. Niski dron, który żłobi bruzdę, do której co chwilę spadają dęte salwy. Obok gitara Caicedo, który buduje spokojny, ale bardzo mroczny flow. Smyczki szeleszczą, a z całości wypowiedzi muzyków zieją grozą! Efektowna, pulsująca sinusoida rosnących emocji, wrzący tygiel ponadgatunkowych zdarzeń fonicznych, typowych dla wyzwolonej muzyki z równie wyzwolonej Barcelony. Z każdą sekundą ekspozycja gitara nadyma się czernią. Reszta instrumentów kompulsywnie ripostuje, po czym gaśnie do poziomu kontrabasowych pojękiwań. Narracja toczy się niczym choroba dwubiegunowa – emocje, napięcie i eksplozje mocy, cisza, czerń i oddech nieznanego. Pricto trzyma jednak wszystko w garści - nie brakuje mu pomysłów płynących z pięciolinii, jak i wynikających z akcji dyrygenckich prowadzonych ad hoc (tego ostatniego możemy się jedynie domyślać). Niespodzianka goni tu niespodziankę, a nad wszystkim zdaje się czuwać mroczny oddech czarnej gitary. Strunowe perełki i plastry gorzkiego miodu spod dysz, nerwowe oddechy i dramaturgiczne zaklęcia. Gęsta uroda chwili.

W połowie seta Pricto ustawia narrację znów w blokach startowych – niski smyczek na gryfie kontrabasu kreuje efektowną ciszę przed burzą. Piękna pętla dramaturgiczna, którą zdobią salwy dętych i smutek strunowych. Gitara wpada w furię, ale jakby w rekontrze skrzypce i wiolonczela płyną dość spokojnie wyschniętym korytem rzeki. Nagle na zaskakujące interludium decyduje się klarnet, wsparty na delikatnych strunach, kierując opowieść w objęcia wystudzonej kameralistyki. Po kilku głębszych oddechach narracja powraca jednak do bardziej emocjonalnych fraz – z jednej strony piękne, dęte podmuchy, z drugiej basowe konwulsje. Wszystko komentowane jest na bieżąco przez naładowaną mrokiem gitarę. Piękna, zbiorowa histeria! Na zakończenie seta orkiestra wpada w post-zornowską galopadę trudnych przypadków, po czym ratuje się salwą mocy, w pełni kontrolowaną oczyma dyrygenta. Sam finał uczyniony zostaje na raz, niczym bicz sprawiedliwości, piękne resume doskonałego nagrania!

 

El Pricto/Discordian Community Ensemble Three Poems By Aleister Crowley​/​Tzim​-​Tzum (Discordian Records, DL 2021)

 

*) Święte Księgi Thelemy, Aleister Crowley



czwartek, 8 października 2020

Discordian Community Ensemble! Night Club Symphony!


Wszelkie znaki na niebie, ziemi i w samym piekle wskazują, iż jutro zaczyna się Degenerative 4.Spontaneous Music Festival 2020! Europa, Polska, Poznań, Dragon Social Club!

Któż lepiej nie wprowadzi nas w nastrój Festiwalu, jak El Pricto, jego definitywny headliner i Discordian Community Ensemble wykonujący kompozycję saksofonisty i przezeń dyrygowany!

Lądujemy w barcelońskiej Soda Acùstic i z radością przystępujemy do wysłuchania najnowszego koncertu Pricto i sztandarowej formacji jego diskordiańskiej sekty muzycznej, zatytułowanego Night Club Symphony.

 


First Movement – Instanti Estesi. Jazzowy, niemal swingujący wstęp, zdobiony rockowym hałasem i częstymi zmianami tempa (nawet trzy takty walczyka!) – typowa dla Pricto post-zornowska, bezczelnie ekspresyjna narracja toczy się wartkim strumieniem, bez zbędnych przystanków i dramaturgicznych znaków zapytania. Smyczkowe wtręty, rockowe przełomy, dęte przyśpiewki, trochę jazzu na twardo – gęsto, mocno, ale i lekko, i przewiewnie, cała uroda idei Discordian Community Ensemble w rozkwicie! Opowieść mocno sterowana z pulpitu ojca dyrektora, ale pozostawiająca odrobinę swobody na indywidualne stemple improwizacji (z czasem notacja kompozycji pozwala nawet na więcej). Bogactwo fonii i zwrotów narracyjnych, często realizowanych ze sporą dawką energii i mocy, chwilami w intrygująco post-rockowej poświacie (gitara Caicedo dba o poziom emocji!). W tym tyglu zdarzeń kompozytor przewidział także miejsce dla krótkotrwałej zabawy z ciszą (delikatny flet i nisko zawieszony smyczek na kontrabasie), a także kolejne akcenty post-swingowej przebieżki w nieznane. Na sam finał prawdziwa nawałnica, która nie stroni od fraz reggae i speed punka!

Second Movement - Un po 'più calmo. Emocje zostają stonowane, muzycy serwują nam dęto-strunową rozgrzewkę, zdobioną syczeniem i cmokaniem. Dużo dobrego dzieje się na gryfach akustycznych strunowców, a zapisy kompozytorskie zdają się zostawiać muzykom wyjątkowo dużo przestrzeni na harce i dramaturgiczne wolty. Dark chamber z minimalnym poziomem kontroli dyrygenckiej! Kilka spiętrzeń i równie efektownych wytłumień, po czym narracja wchodzi w fazę błyskotliwych preparacji (trąbka!). Jest też jakże uroczy dialog wiolonczeli i fletu, który doprowadza opowieść do finałowej fazy, granej pełnym składem, z ekspresją godną dużej orkiestry free-hippi-jazzowej.

Third Movement - Allegro incontrollato (forse troppo alcol). Startujemy kolektywnie, ekspresyjnie i nad wyraz głośno! Znów pachnie Zornem, a zwłaszcza jego Naked City. Opowieść skacze do sufitu i efektownie opada na samo dno (wiele dzieje się tu z woli i przyzwolenia gitary!). W roli dramaturgicznych mącicieli bystre strings, które ryją smyczkiem w głąb ziemi. Stemple mocy podaje cały skład, bez skrupułów tnąc powietrze ostrymi frazami granymi unisono. Od deep chamber do post-rocka, od delikatności cello, po wulgarną ekspresję gitary elektrycznej i … puzonu. W połowie kompozycji Caicedo włącza tryb niemal hardrockowy. Mocna perkusja i dęte komentarze dolewają oliwy do ognia. Kilka smagnięć batem, kilka repetycji i przez moment narracja przypomina zmutowane Bolero Ravela! Wątek zostaje jednak dość szybko porzucony, a opowieść zaczyna poszukiwać końcowych rozwiązań. Najpierw piękny dialog saksofonu i fletu na tle smyczków i gitary, a potem już globalna eksplozja czyniona metodą inside/ outside. Na ostatniej prostej kilka wybuchów ekspresji, garść drummingu i perfekcyjny koniec na raz.

 

Discordian Community Ensemble Night Club Symphony (Discordian Records, DL 2020). Ran Roger - flet, Don Malfon – saksofon altowy, Nicolas Rugolino - trąbka, Víctor Colomer - puzon, Amaiur González - tuba, Diego Caicedo – gitara elektryczna, João Braz - wiolonczela, Carlos Rodenas - kontrabas, Enric Ponsa - perkusja oraz El Pricto – kompozycja i dyrygentura. Koncert zarejestrowany we wrześniu 2019 roku, Nocturna Discordia #223, Soda Acùstic, Barcelona. Trzy utwory, niepełne 33 minuty.

 

 

czwartek, 14 maja 2020

Fages/Pricto, Ponsa/Caicedo, Malfon/Braz, Fernandez/Milla, Claman/Vidal, Riquelme/Ulzion! Iberian Duos like the Perfect Pairs!


Dziewięciu na dziesięciu muzyków improwizujących, zapytanych, w jakiej konfiguracji osobowej trudna sztuka gry z myśli jest dla nich najbardziej atrakcyjna, odpowie – w duecie! Ta zasada nie wymaga pogłębionych prac analitycznych!

Dziś zatem same duety, wszystkie z Półwyspu Iberyjskiego, w większości katalońskie, ale także m.in. baskijskie! Na krańca Starego Świata wciąż powstaje mnóstwo wspaniałej muzyki. Na łamach Trybuny powtarzamy to jak mantrę, bo nie sposób znaleźć argumentów tezę tę negującą.

Cztery płyty, sześć duetów, niemal sami nasi dobrzy znajomi. Czytajmy, słuchajmy i kupujmy płyty - pamiętajmy, iż dla wielu z tych artystów, wpływy ze sprzedaży muzyki, to obecnie jedyne źródło dochodu!




Ferran Fages/ El Pricto - Enric Ponsa/ Diego Caicedo - João Braz/ Don Malfon  Nocturna Discordia #222 - Dystopia? Now? (Discordian Records, DL 2020)

Wrzesień 2019 roku, 222-a edycja Nocturna Discordia, przy okazji piąta rocznica cyklu, Soda Acùstic, Barcelona. Na scenie trzy duety, z których każdy wykona po dwie swobodne improwizacje: El Pricto – saksofon altowy i Ferran Fages – gitara elektryczna, Diego Caicedo – gitara elektryczna i Enric Ponsa – perkusja oraz Don Malfon – saksofon altowy i João Braz – wiolonczela. Odsłuch całości zajmie nam 68 minut i 23 sekundy.

Przygoda Fagesa i Pricto zaczyna się półdronową grę wstępną – liczenie strun gitary i zalotne podmuchy saksofonu altowego. Muzycy wzajemnie się nakręcają, nie unikając imitacji. Tempo rośnie – gitarzysta w swoim niepowtarzalnym ferranstyle, saksofonista w pół drogi do free jazzowej ekspresji. Po kilku chwilach gitara dzwoni i rezonuje, a dysze dęciaka tańczą i śpiewają suchym powietrzem. Artyści bez trudu znajdują punkt ciszy i rozpoczynają antrakt mistrzowskich preparacji. Fages dba o to, by tempo nie urosło na powrót, Pricto nie zgłasza zdania odrębnego. Metaliczne pląsy na gryfie i wojenne wichry w tubie, dawka świetnych reakcji na jeszcze lepsze akcje. Na finał części szczypta gitarowego hałasu. Druga, znacznie krótsza improwizacja stawia na precyzję wykonania i pewną delikatność brzmienia. Pojedyncze struny, prychy i przedechy. Nie bez psychodelii gitary i na poły melodyjnych fraz altu, z pewnością bez jakichkolwiek dróg na skróty. Piękny mezalians!

Caicedo i Pons - ognisty duet wielogatunkowych emocji! Zaczynają w aurze rozchełstanej, gitarowej zawieruchy, której Diego potrafi być mistrzem jedynym w swoim rodzaju. Pikantna, wieloskładnikowa mikstura – małe grzmoty i sprzężenia, dźwięki drobne i masywne. Roots rockowa emanacja – od pojedynczej, swobodnej frazy, pełnej psychodelicznych wtrętów, po post-jazzową kipiel! Świetnie z roli bystrego asystenta wywiązuje się drummer. W parze, w okolicach 9 minuty, świetnie wchodzą w fazę wzajemnego rezonansu, po czym stawiają na rockowy ogień, nie bez noise’owych naleciałości. Kończą odcinek w harshowej ciszy. Drugą improwizację budują szczoteczki na werblu i tomach. Gitara szklista niczym u Fagesa, chwilami łagodna jak baranek, buduje bardziej jazzową ekspozycję. Szeleszczący drumming i dramaturgicznie tłumiona gitara skutecznie poszukają psychodelicznego posmaku i znajdują go tuż przed końcem improwizacji.

Malfon i Braz - swoboda skupionej, post-kameralnej improwizacji! Wiolonczela smagana bystrym smykiem, szukająca wewnętrznej taneczności i alt, który rezonuje dronowymi pasażami – flow otwarcia nie może być lepszy! Saksofonista lubi wkładać do tuby dziwne przedmioty, skrzeczeć i charczeć, wiolonczelista częściej stawia na czyste brzmienie, ale znalezienie błotnistej mazi na gryfie nie stanowi dla niego jakiegokolwiek problemu. Opowieść wszakże budują z saperską precyzją i nigdzie się nie śpieszą. Po 8 minucie pierwszej części imitują się pięknymi, długimi pasażami, krążą wokół ciszy. Po 10 minucie przejście wiolonczelisty na pizzicato dolewa oliwy do ognia. Gdy Braz na powrót chwyta za smyczek, duet rozpoczyna urocze long distance falling down. Druga improwizacja, nieco krótsza stawia na preparacje. Wiemy, ile strun ma wiolonczela, jaka jest kolejność dysz i pojemność tuby. Imitacje, drony, łkające i zawodzące pieśni, chwalące determinację improwizatorów. Malfon wpada w metafizyczną wręcz repetycję, a głębokie pizzicato Braza cudownie podkreśla dramaturgię chwili. Whaw!




Agustí Fernández & Jordina Millà  When Forests Dream (Sirulita Records, DL 2020)

Z Barcelony przenosimy się o sto kilkadziesiąt kilometrów na zachód, do miasta Lleida i miejsca zwanego Auditori Municipal Enric Granados. Początek listopada 2019 roku, a na scenie dwoje pianistów - Agustí Fernández w kanale lewym oraz Jordina Millà w kanale prawym. Osiem swobodnych improwizacji, 47 minut z sekundami.

Agustí i Jordina zapraszają nas na niezwykły spektakl dwóch permanentnie preparowanych fortepianów, który unaocznia przede wszystkie jedną tezę – ów monumentalny, akustyczny instrument nie ma granic w zakresie kreowania dźwięków. Zwłaszcza, gdy znajdzie się pod palcami wyjątkowych improwizatorów! Pan odpowiada tu za lewą flankę dźwięków, Pani zaś za prawą. Choć oboje preparują, każdy robi to nieco inaczej, płynie swoim subiektywnym strumieniem fonii, a fazy wzajemnego imitowania występują raczej incydentalnie.

Aura otwarcia nie pozostawia wątpliwości, iż przed nami festiwal dźwięków niezwykłych - lewa strona uderza po strunach i klawiszach, niczym cerber złego, zaś prawa bije w gong, który długo wybrzmiewa i metalicznie rezonuje. Chaos pozytywnej kreacji w opozycji do ambientu medytacji. Gdy lewa szuka post-industrialnego posmaku, prawa znajduje jakby pre-industrialny wymiar dźwięku. Już w pierwszej improwizacji muzycy serwują nam takie cuda akustyki/ post-akustyki, iż pióro recenzenta gubi się w metaforach i karkołomnych porównaniach. Druga opowieść podkręca spiralę emocji. Z jednej strony serwuje nam bardziej agresywne dźwięki, z drugiej – z lekkością motyla – zagłębia się w estetyce deep contemporary. Gdy lewa strona pokazuje moc czarnych klawiszy, które szukają utraconego rytmu, prawa snuje pasma ciszy. Gdy ta pierwsza intensywnie poleruje strony, ta druga – dla kontrastu – bada delikatność białych klawiszy. Trzecia opowieść wyrasta przed nami w ułamku sekundy – lewa strona liczy struny, prawa klawisze. Bardziej kameralna opowieść bez trudu łapie dynamikę w szprychy. Lewa dudni jak metronom, prawa stuka smukłymi młoteczkami. Moc wyłącznie pięknych dźwięków – partie rytmu niczym kastaniety, deep piano, efektowne akcenty percussion i cała plejada bolesnych preparacji – obcierki, gniecenia, zwinne sekwencje pełne rezonansu i finałowe drżenie udręczonej ciszy. Czwarta improwizacja zagłębia się w kolejne stadium preparacji. Muzycy już nie tylko uderzają w struny (lewa), ale także upuszczają na nie tajemnicze przedmioty (prawa). Dźwięki wibrują i szepczą. Uroda rezonansu, szelestu i tłumionego oddechu. Post-akustyczny slow motion, który broczy po kolona w meta ambiencie (zwłaszcza po prawej stronie sceny). Gdy lewa strona chrobocze, prawa zdaje się być wyjątkowo rozleniwiona i melancholijna. Perkusyjne wiwaty w opozycji do posuwistych dronów. Oto lewa strona cierpi, a prawa śpiewa gołymi strunami.

Piąta część stawia na kolory klawiszy – puste, głuche fonie, jakby ktoś związał powrozem odpowiadające struny fortepianu. Gdy lewa strona stawia na rytm i tańczy, prawa filozofuje, szuka metafizyki w powietrzu, a potem bije na alarm. Niektóre fonie przybierają postać nadakustyczną, niemal post-elektroniczną i wymuszają pytania o źródła dźwięku (choć wiemy doskonale, iż to tylko dwa fortepiany, nasz dysonans poznawczy wzmaga poczucie wyjątkowości tego nagrania). Kolejna, krótsza opowieść – młoteczki, struny i klawisze, uderzenia, tarcia i inne mechaniczne ingerencje. Lewa strona brzmi matowo, prawa błyszczy. Krok w kierunku hałasu, krok w kierunku ciszy. What a game! A gdy w końcu wyda nam się, iż o procesie preparacji akustycznych dźwięków fortepianu wiemy już wszystko, muzycy otwierają improwizację numer siedem! Szorują struny gruboziarnistym papierem ściernym, strugają z nich osinowe kołki na wampiry. Rzężenie ciemiężonych strun buduje kolejny poemat niemożliwego - pełne desperacji, post-perkusjonalne studium przypadku. Znów hałas i cisza toną w miłosnych zalotach. Narracja gaśnie i budzi się na nowo niemal w tej samej chwili. Struny śpiewają z bólu i znoju, a na ostatniej prostej jęczą kocią determinacją. Finał płyty stawia na filigranowe rozwiązania – piski z dala od klawiatury, ckliwy rezonans, niczym spacer gołymi stopami po rozbitym szkle. Ktoś przesypuje małe kamyszki, a potem rozsądnie korzysta z klawiszy, być może dla złagodzenia obyczajów. Lewa strona nabiera kameralnej zadumy, prawa stawia na aktywny drumming. Na finał ostateczny pianiści brną w prawdziwy i efektowny akustycznie dirty dancing!




Sarah Claman & Sebastian Vidal  Rice Cake (Dadiminauke, DL 2020)

Wracamy do Barcelony, a dokładnie do … mieszkania Sary Claman (skrzypce), Sebastiana Vidala (gitara elektryczna) i ich nowonarodzonej pociechy (płacz, gaworzenie). W samym środku pandemicznego lockdownu (przełom marca i kwietnia br.) artyści i ich dziecko realizują dziesięć miniaturowych, swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam mniej niż 27 minut.

Modulowany tembr gitary z domową dawką prądu w towarzystwie rzewnych, dekonstruowanych brzmieniowo, półśpiewnych skrzypiec zapraszają nas na wygodną sofę. W pokoju obok płacze dziecko, ale nikogo to specjalnie nie niepokoi. Lockdown impro in dirty melancholy trwa w najlepsze. Wirtuozeria wykonania i domowy feeling – liczenie strun gitary z metalicznym prądem i piękny komentarz skrzypiec, które piszczą, skrzeczą i cudowanie zawodzą. Kolejna, już trzecia historia toczy się z meta rytmem, nieco wyuzdaną dynamiką i niemal … góralskim zaśpiewem. Sarah ciągnie za strunę, niczym tygrys za strzępy ofiary, a dziecko jest bardzo dzielne! W kolejnej opowieści gitara szuka rockowej ekspresji, dziecko tymczasem gaworzy! Piękna ballada dla tej, która definitywnie nie chce spać! W piątej zmysłowe skrzyżowanie post-rocka i post-chamber. Gitara płynie w poziomie, skrzypce pną się ku górze. Domowa wersja Dancing With Tears in My Eyes!

Szósta opowieść spotyka skrzypce w trakcie preparowania dźwięków. Obok gitara plumka i szuka narracji, niestety dziecko na powrót płacze. W kolejnej opowieści muzykom przybywa nieco dramaturgicznego rozmachu, dziecko zdaje się włączać w ich opowieść, co więcej, mamy nawet wrażenie, że swoim zawodzącym gaworzeniem wyznacza rodzicom kierunek improwizacji! Najbardziej dynamiczny, zmysłowy fragment domowej improwizacji Sarah kończy drobną, acz urokliwą preparacją. W ósmej części gitara Sebastiana znów pachnie rockiem, a dziecko oddycha i rozmawia samo ze sobą, jak na dobrego improwizatora przystało. Sarah włącza się do tej zabawy po dłuższej chwili, ale niezwykle filigranowo. Zaraz potem gitara zaczyna wyć, skrzypce płakać i skowyczeć. Dramaturgia chwili nie udziela się jednak latorośli, które wydaje się świetnie bawić – śmieje się i pokrzykuje! Wreszcie finał tej familiady - ledwie 25 sekund zadziornych skrzypiec i pląsów prądotwórczej gitary, urwane w pół słowa. Dziecko w końcu straciło cierpliwość dla pasji rodziców! 




Matias Riquelme & Fernando Ulzion  La Trahison Des Mots (Fundacja Słuchaj!, CD 2020)

Na zakończenie dzisiejszej, duetowej epistoły opuszczamy Katalonię i lądujemy w Kraju Basków, w obiekcie sakralnym miasta Apodaka. W kwietniu 2018 roku kameralny koncert zagrała tam dwójka lokalnych muzyków - Matias Riquelme na wiolonczeli oraz Fernando Ulzion na saksofonie sopranowym i altowym. W procesie edytorskim ich stosunkowo swobodna improwizacja podzielona została na trzynaście części (każda opatrzona tytułem zaczerpniętym z historii muzyki jazzowej!), których łączny czas trwania, to 51 minut i 7 sekund.

Krystalicznie kameralne, półambientowe otwarcie koncertu dobrze wróży w kontekście tak zwanego ciągu dalszego – głębokie, posuwiste pasma wiolonczeli i cichy saksofon zanurzony w delikatnym dronie. Opowieść buduje się głównie za sprawą pulsującego i repetującego cello. W kolejnym traku ostatni z przywołanych instrumentów schodzi niżej i brudzi brzmienie, dla odmiany alt, także nieco preparowany, pnie się ku górze, ale jego frazy zdają się ginąć akustycznie w masywnym pogłosie, jakie generuje obiekt sakralny. Flow jednak narasta, pełen jest zadziorów, kantów i dramaturgicznych hiperpozycji. Po ułamku ciszy muzycy robią kolejny krok w kierunku niemal free jazzowej ekspresji, rzucając wszakże niektóre frazy, jakby na pożarcie echa, które bezceremonialnie panuje na scenie. Znów dobrą robotę czyni cello naprzemiennie grając pizzicato i arco. W czwartej części kropelkowy, dekonstruowany saksofon ciekawie nabiera ekspresji, dość często, tak teraz, jak w dalszej części płyty, pozostając wierny estetyce inside/outside. Zaraz potem władzę przejmuje wiolonczela, śpiewna, ale wyposażona w drżący z emocji smyczek. Muzycy brną w klimaty chamber, ale nie stronią od bardziej ognistych fraz, po raz kolejny dobrze korzystają z repetycji. Szósta partycja koncertu należy wyłącznie do strunowca, który proponuje krótki, post-barokowy pasus bliski akustycznego nieba. Gdy wraca dęciak, obaj muzycy zatapiają się w ciszy i szukają wyłącznie intrygujących zdarzeń fonicznych. Wiolonczela stawia stemple piękna, sopran głównie dyskutuje z pogłosem.

Ósma odsłona koncertu nie stroni od zadziornej, dynamicznej narracji, prowadzonej w wysokich rejestrach. Bystra pyskówka, ekspresja i szczypta hałasu. Całość ciekawie narasta, a wiolonczelista piłuje struny, aż miło, czyniąc ów odcinek być może najlepszym fragmentem koncertu. Zaraz potem dostajemy solowy epizod saksofonu, który nieco burzy ciąg dramaturgiczny, po prawdzie, zwiastując także pewne obniżenie poziomu kreatywności obu Basków, którego, być może, nie odzyskają już do samego końca spektaklu. W dziesiątej części saksofon zdaje się decydować o wielu aspektach improwizacji – nie stroni od bardziej agresywnych fraz, trochę repetuje, wchodzi w imitację z dronową ekspozycją cello. W kolejnej części oba instrumenty pną się ku górze, ale dynamikę i ekspresję zostawiają za sobą. Wystudiowane frazy niemal płynnie (bez zmiany estetyki) przeprowadzają nas do dwóch ostatnich części koncertu. Z jednej strony skromne plamy ekspresji, z drugiej post-barokowe przyśpiewki, a na sam koniec slow motion pizzicato flow, napotykający na skromne preparacje saksofonu. Opowieść zaczyna przypominać spacer po mrocznej komnacie, pełnej odkrytych już dawno tajemnic. Na ostatniej prostej ostra salwa saksofonu, niczym krzyk desperacji.




piątek, 14 lutego 2020

Trilla! Edwards & Vidal! Braz! Malfon! Inhumankind! Barcelona’ New Thing is shining from heaven to hell and back again!



Trybuna Muzyki Spontanicznej zakochana jest na zabój w muzyce improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego. Wiedzą to nawet dzieci w odległych, syberyjskich ochronkach. Czasami w gronie redakcyjnym prowadzimy jednak dalece wewnętrzne dysputy, czy rzeczywistość muzyczna poza tym wspaniałym rejonem świata nie jest równie fascynująca. Czasami skłonni jesteśmy osiągać pozorny konsensus, dobrze pisać nawet o muzykach amerykańskich, czasami jednak … piorun wali w nasz budynek i jeszcze ciepłe porozumienie idzie w niepamięć.

Początek zabawnego roku 2020, to właśnie taki moment. Wystarczyło kilka premier wprost z Barcelony, by znów popaść w artystyczny zachwyt. A zatem najpierw kilka bystrych odsłuchów, potem kilka zgrzebnie sformułowanych notatek, i oto są przed Wami – nowe, fantastyczne nagrania z samego serca Katalonii. Cztery absolutne nowości i jedna płyta z roku 2018, ale równie wartościowa i ważna, albowiem konstytuująca tezę o wyjątkowej różnorodności muzyki powstającej w tej części świata.

Ad rem, gaduło! Zaczynamy od solowej płyty the one and only Vasco Trilli, który - uknuty w zakamarkach redakcji idiom no drumming percussion - po raz kolejny wynosi do rangi sztuki najwyższej. Zaraz potem dwie świeżynki wprost z katalogu Discordian Records, które El Pricto zapowiedział w niedawnym wywiadzie, jakiego udzielił Panu Redaktorowi na potrzeby zaprzyjaźnionego portalu Jazzarium.pl (uwaga, znów kilka nowych nazwisk do zapamiętania!). W dalszej części naszej niebiańsko-piekielnej zbiorówki – solowa płyta saksofonisty Dona Malfona, którą drastycznie zachwycił się już Mats Gustafsson, czemu dał werbalny wyraz w stosownym liner notes. Na koniec zaś Inhumankind - black metal grany przez … flet i kontrabas, dzierżone w dłoniach przez muzyków, których świetnie znamy ze sceny katalońskiego free improv. Ot, cała Barcelona!




Vasco Trilla  The Weeping Meadow (Confront Recordings, DL 2020) *)

Narzędzia pracy Vasco Trilli będą następujące – perkusja (a jednak!), taśma magnetyczna, dzwonki, metronomy i wibrujące zabawki. Nagranie z sierpnia ubiegłego roku, poczynione w Golden Apple Studio w Barcelonie (jeden trak), potrwa 34 minuty bez 9 sekund.

Uprzedźmy przebieg wypadków - Płacząca Łąka, to spektakl wyjątkowy pod wieloma względami. Z uwagi na fantastyczną akustykę całości (świetny mastering Rafała Drewnianego), dramaturgiczną precyzję (wydaje się, że nic nie dzieje się w procesie improwizacji przypadkowo), wirtuozerię wykonania (w trakcie odsłuchu trudno nie zapomnieć, że za tymi wszystkimi dźwiękami stoi tylko jeden człowiek, który dodatkowo działa wyłącznie w czasie rzeczywistym), wreszcie niebywałą umiejętność panowania nad, chwilami niezwykle bogatą, teksturą brzmienia (bywa, że mamy wrażenie, iż muzyk dostarcza nam jednocześnie cztery lub pięć separatywnych pasm fonii). Ale dość już tego gadania – zajrzyjmy, co dokładnie dzieje się w trakcie tej pół godziny z drobnym okładem.

Szelest taśmy magnetycznej, przesuwanej po glazurze werbla, krawędziach talerzy i innych elementach zestawu perkusyjnego, od pierwszej sekundy buduje rozległą przestrzeń spektaklu, obszar, który grzmi echem nieistniejącej pustyni. Dron suchego powietrza, pełnego filigranowych dźwięków, który zdaje się mieć przynajmniej trzy wymiary akustycznego istnienia. Flow, który narasta, ale już w 3 minucie wygasa w bezmiarze rezonujących talerzy. Następuje pierwsze w trakcie spektaklu wyniesienie pojedynczego dźwięku, szkliwa metalu, do roli dramaturgicznego suspensu. Taśma powraca, a pod nią – przy użyciu filcowanymi pałeczek, na chwilowo pustym werblu - buduje się meta drumming. Misterium permanentnego rezonansu trwa dzięki niezliczonej ilości drobnych przedmiotów, które muzyk wprawia w ruch i które tworzyć będą świat spektaklu już niejako samoistnie. W efekcie tych wszystkich działań, w połowie 9 minuty rozpościera się przed nami prawdziwa, wielopasmowa autostrada abstrakcyjnej akustyki. W międzyczasie muzyk buduje bazę niskich pasm, które będą nadawały całości dodatkowej dramaturgii. W 13 minucie werbel zaczyna cierpieć pod naciskiem łokci muzyka. Masywne, gęste powietrze bucha soczyście, a nieskończona ilość monet sypie się z nieba, niczym czerstwa hostia. Po kolejnych parudziesięciu sekundach stajemy w obliczu ściany dźwięku. Oto moment, w którym huta szkła wchłania właśnie hutę aluminium – pandemonium rozbuchanej post-akustyki.  

Tuż przed upływem 18 minuty Trilla generuje kolejne warstwy rezonujących dźwięków. One man Orchestra, który brzmi jak akustyczny agregat prądotwórczy. Zaraz potem następuje pozorne wygaszenie narracji, by stworzyć przestrzeń dla nowych aktorów widowiska – metronomów. Muzyk puszcza je w ruch, a one, niczym pijane samce w drodze na rykowisko, łamią rytm i potykają się o własne nogi. W bliskim tle towarzyszymy im stale pracująca armia wibrujących zabawek. Aura nabiera akcentów perkusjonalnych, choć żaden ze stałych atrybutów perkusisty nie jest w użyciu. 24 minuta, to moment kolejnego zawieszenia, a potem wyniesienia pojedynczego dźwięku na ołtarz kolejnej śmiertelnej religii. Talerze wszakże mają tu władzę absolutną i rezonują na potęgę. Od 27 minuty muzyk inicjuje finalną fazę spektaklu – rytmicznie uderza w dzwonki, uzyskując bardzo wysokie dźwięki, a jednocześnie drugą ręką matowo bębni w swobodny werbel. Misterium no drumming percussion dogorywa w aurze … miarowo pracującej perkusji. Kosmiczna paralela!




Ivan Edwards / Sebastián Vidal  Scribbles (Discordian Records, DL 2020)

Czas na nowe nazwiska do zapamiętania! A zatem, Ivan Edwards na saksofonie sopranowym oraz Sebastián Vidal na gitarze akustycznej, wyposażonej w nylonowe struny. Nagranie z klubu Sinestesia (po prawdzie nie wiemy, czy z udziałem publiczności), lipiec ubiegłego roku. Osiem swobodnych improwizacji, około 28 minut muzyki.  

Zaczynamy od trzęsienia ziemi, a potem będzie już tylko lepiej! Masywne uderzenia w gryf gitary, prychy i bulgotanie w tubie saksofonu. Dźwięczna, czerstwa, piskliwa i piękna akustyka otwarcia. Preparacje na całego, bez jakichkolwiek artystycznych skrupułów. Narracja chwilami bliska czegoś, co moglibyśmy określić mianem acoustic noise. Ciało w ciało – dużo wyobraźni i mnóstwo niebanalnych dźwięków, a dopiero na sam koniec … możemy przekonać się, że w grze uczestniczy sopranowy model saksofonu. Kolejna porcja emocji – małe frazy, oddechy i zgrzyty, filigranowe i molekularne. Każdy dźwięk zdaje się tu śpiewać, krzyczeć i złorzeczyć w okolicznościach akustycznej perfekcji. Tuż potem dokładnie 59 sekund agresywnej gitary i … delikatnego saksofonu. Bystry dysonans! Zmiana numery traku i … wyważone, spokojne flażolety gitary, tudzież ulotny sopran u progu intrygującej meta ballady. Podczas, gdy ta pierwsza idzie w repetycję, ten drugi niepostrzeżenie nabiera mocy.

Piąty epizod, to samotny saksofon na prerii – szorstkie, prychające dysze z nutą melodii między zębami, matowy, bolesny szum, który skacze ku górze i hałasuje. W kolejnej części to gitara pozostaje początkowo sama na rozdrożu i szuka szczęścia pomiędzy strunami. Saksofon wchodzi po minucie i ma chrypkę. Szybka wymiana zdań metodą call & responce - świetna komunikacja, ogniste emocje! Siódma opowieść koi ciszą i pozornym spokojem. Surowe dysze i suche akordy w końskich zaloty, cmokania i meta uśmiechy. Gitara rży, saksofon skwierczy, a wszystko dzieje się na sporej dynamice (by the way … wirtuozerskie panowanie nad narzędziami pracy!). Czas na finał tej niebywałej płyty – zgrzyty na gryfie, mlaskanie saksofonu, przedmioty użytku zewnętrznego i wewnętrznego. Preparacje, deformacje i degradacje – struny wydają się cierpieć katusze, tuba dyszy i skowycze. Zwinne palce, giętkie wargi, pulsująca kreatywność. Brawo!




João Braz  Who? And Other Interrogative Pieces  (Discordian Records, DL 2020)

Przechodzimy do najbardziej rozbudowanej formacji dzisiejszej zbiorówki. Kwintet pod światłym przywództwem portugalskiego wiolonczelisty João Braza (rezydenta Barcelony, uspokajam zaniepokojonych!), w składzie którego znajdujemy już niemal samych naszych dobrych znajomych - Diego Caicedo na gitarze elektrycznej, Sarah Claman na skrzypcach, El Pricto na klarnecie (to pewna nowość!) oraz Nicolas Dobson na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Płyta Dlaczego? I Inne Kawałki Badawcze składa się z pięciu kompozycji Braza, trwa 37 minut i tyleż sekund. Nagranie zarejestrowane w odwiedzanym już dziś Klubie Sinestesia, w marcu ubiegłego roku.

Porzucamy zatem całkowicie swobodną improwizację, by zanurzyć uszy w muzyce definitywnie predefiniowanej. Opis płyty sugeruje kompozycje, my – na użytek tej recenzji – poprzestańmy na określeniu scenariusze dla improwizatorów. Muzyka daleka jest bowiem od odgrywania, tego co zapisane zostało na pięciolinii, tudzież w innych instrukcjach, płynie z dźwięku na dźwięk całkiem swobodnie, a to, co zostało wskazane przez Braza, to zapewne wykaz pewnych scenariuszy zachowań na scenie, czasami sekwencji działań, które budują ostateczny kształt … improwizacji. Cokolwiek wszakże ustalone zostało na wejściu, spowodowało, iż czeka nas niebywały spektakl niemal wyłącznie błyskotliwych wydarzeń w ujęciu dramaturgicznym i akustycznym. A tylko jeden element zdaje się być tu zadany z góry i bezwzględnie stosowany – stan ciągłej zmiany! Spróbujmy ogarnąć werbalnie przebieg wydarzeń, jakie miały miejsce na scenie klubu.

Sytuacja na starcie jawi się w sposób następujący – struny zaplątane w kolektywnym znoju generowania mikro fraz, szarpnięcia, kopnięcia i repetycje, kontry klarnetu, post-jazzowe pląsy gitary, małe fonie wiolonczeli. Narracja budowana w oparciu o ideę zadziornych kontrapunktów, szukania zaczepki i najzwyklejszego łobuzowania. Gęsta sieć dźwięków, które w pijackim zwidzie toczą się od zwarcia do zwarcia, przerywanych małymi porcjami ciszy. W 5 minucie garść repetycji toczonych wedle wskazań wyjątkowo zakrzywionej pięciolinii, tuż potem solo wiolonczeli, która brzmi jak kontrabas, wspieranej pojękiwania skrzypiec i klarnetu. Upalone free chamber, zrodzone tuż po całkowitej śmierci jazzu. Z czasem opowieść nabiera dynamiki i o tym … jazzie, w wymiarze free, doskonale sobie przypomina. Na wybrzmieniu towarzyszy nam gitara i kameralne drony. Kolejne dwie kompozycje są nieco krótsze. Pierwsza skupia się na preparowanych dźwiękach, interakcjach w formie pytań i odpowiedzi, pełnych zgrzytających strun i innych skwierczących i burczących dźwięków. Druga, to bardziej złożona struktura, którą inauguruje post-jazzowa, także post- rockowa gitara z dużym ładunkiem prądu. Kolejne instrumenty dodają swoje i całość zwinnie osiąga rozmiar kwintetowej, rozbuchanej histerii. Krok ku freejazzowej kipieli wydaje się oczywistym rozwiązaniem. Do ognia dokłada, mniej słyszalny w pierwszej części, perkusista, parę tanecznych grepsów wrzuca też klarnet.

Czwarta kompozycja budzi się pośród szmerów, szumów, siarczystych przepięć złych mocy z głębin amplifikatora gitarowego. Znów motywem przewodnim wydaje się być preparacja – smyk na wiolonczeli, pomruki klarnetu, skrzeczące jak kwoka skrzypce. Świetne zmiany daje Pricto, choć w tym bardzo demokratycznym kwintecie nie jest łatwo wyjść przed szereg. Narracją rządzi wszakże smyczek, który maltretuje struny cello. Jej rosnąca dynamika smakuje post-rockiem, do czego przyczynia się gitara. Gatunkowy melting pot, z każdego punktu widzenia. Ostatnią część koncertu otwierają akustyczne strunowce. Po chwili dołącza do nich tańczący w poprzek klarnet i gitara, która brzmi jak bas, wsparta krawędziowym drummingiem. Pomysł za pomysłem, spięcie za spięciem. Cała opowieść, która zdaje się być pewną repryzą pierwszej części, dynamicznie pęcznieje aż do połowy 5 minuty. Potem traci impet na czystych strunach, repetuje i kołysze się całą szerokością sceny. Po czasie znów nabiera tempa, brzmi niczym mała filharmonia z mocnym akcentem perkusyjnym i … gaśnie za pomocą pojedynczego wrzasku. Sam finał toczy się płynnie, rzeźbiony rozchwianym rytmem, serwowanym przez gitarę i perkusję, upiększanym separatywnymi eskalacjami pozostałych instrumentów. W drodze do ciszy absolutnej, mamy jeszcze drobne solo skrzypiec i pasma dronowych spowalniaczy. What a game!




Don Malfon  On Resonance  (Sirulita Records, CD 2020)

Saksofon altowy i barytonowy – edycja solowa! Don Malfon, z paszportu Alfonso Muñoz, i jego dwie rejestracje (sierpień 2018, marzec 2019), jedna z … Sinestesii, zlepione w jeden materiał, wytłoczony potem na srebrnym krążku o wszystko mówiącym tytule W rezonansie. Osiem improwizacji, 43 minuty i 14 sekund.

Solowa płyta Malfona, to po wyczynach Alberta Cirery i Alexa Reviriego (ten akurat na kontrabasie), kolejny głos sceny katalońskiej w temacie poszerzania … rozszerzonych technik gry na instrumencie akustycznym. Od razu zaznaczmy – równie udany! Rezonujące dźwięki saksofonu altowego i barytonowego (w wielu momentach trudno wskazać, który z nich jest akurat w użyciu!), to spory challange dla mniej obytych słuchaczy, z drugiej wszakże strony, kosmiczny bezmiar ciekawych i często nowatorskich rozwiązań w zakresie wydobywania dźwięku z tuby saksofonu, poprzez zamykanie i otwieranie dysz, tudzież umieszczanie w tejże tubie różnych tajemniczych przedmiotów. Jakie to proste, nieprawdaż? Prześledźmy zatem, co też słyszy ucho, a co podpowiada wyobraźnia dociekliwego recenzenta.

Szum rezonującego powietrza w suchej tubie saksofonu – dźwięk narasta i pęcznieje, zdaje się przypominać brzmienie syntezatora modularnego. Muzyk oddycha przez nos, wydaje złowrogie pochrapywania, jakby metal tarł się o metal, a wszystko przypomina jakąś surrealistyczną melodię. Po chwili ciszy – bulgoczące dysze, zdaje się, że w tubie został chyba umieszczony jakiś przedmiot. Podmuchy powietrza wprawiają go w rytmiczny rezonans, jakby metalowy talerz upadł i nie mógł sfinalizować kontaktu z wysoce akustycznym podłożem. Migoczący dron mokrego powietrza – dla przeciwwagi. Trzeci epizod, to także dron, który brzmi tu niemal elektroakustycznie. Kolejna faza rezonansu, który szuka metalicznej śpiewności. Raz nuci coś pod nosem sam ustnik, innym razem trzeszczy cała tuba. Czwarta część na moment przywraca nam wiarę w moc instrumentu dętego, traktowanego choćby odrobinę bardziej konwencjonalne. Oto baryton (na pewno baryton!) krzyczy zadziornym free jazzem i buduje intrygującą narrację o odpowiedniej dla dramaturgii sytuacji dynamice. Pnie się ku górze, aż do momentu wydania dokuczliwego dla ucha odbiorcy pisku. Do tuby znów coś wpada i industrialnie drży tajemniczymi dźwiękami.

Tym razem do tuby trafia chyba nieco mniejszy przedmiot, dzięki czemu saksofon słać może drony, które po części zatraciły już walory akustyczne, ale wciąż im jeszcze daleko do dźwięku syntetycznego. Całość przypomina rozregulowany wentylator, zasilany prądem zmiennym, po części brzmi także, jak zdezelowana maszyna perkusyjna, o której ktoś zapomniał po bezkresnym upadku muzyki new romantic. Warstwy fonii zdają się nakładać na siebie, słyszymy nawet niskoobrotową wiertarkę. Imponujący trak piąty wieńczą drony … czystego powietrza. Szósta część sytuuje dźwięk bliżej ciszy, wprawia go w szeleszczący rezonans, który po czasie wchodzi w stan drżenia. W siódmej – znów tuba zostanie wypełniona bliżej nieokreślonym materiałem. Skrzeczy, pulsuje, drży i pokrzykuje na granicy hałasu. Całość, bardzo przewrotnie, nabiera cech tanecznych i zgrabnie podprowadza nas pod ostatni odcinek. Ten stawia na spokojniejszą fazę rezonansu – saksofon barytonowy oddycha powietrzem z drobinkami post-melodii, pełza po wilgotnej podłodze. Po czasie nabiera więcej powietrza w płuca i metalicznie zawodzi. Wybrzmiewanie trwa długo, jest wyjątkowo urokliwe akustycznie, ale także dramaturgicznie, kind of acoustic dark ambient, pozwala ukoić nerwy i w szczęściu dotrwać do finałowej ciszy.




Inhumankind  Self​-​Extinction (I, Voidhanger Records, CD 2018)

Na finał, zapowiadany w preambule, akustyczny black metal! W roli jak najbardziej czarnych charakterów - Pablo Selnik na flecie, także użyczający głosu i Alex Reviriego na kontrabasie, czyli duet Inhumankind. W roli ważnych dramaturgicznie gości - Celeste Alías i Marta Valero jako głosy damskie oraz Eric Baule w roli wydającego za pomocą strun głosowych dźwięki, które zwykliśmy określać jako growls. Nagranie studyjne z roku 2017 odnajdujemy na płycie nazwanej podług wszelkich wskazań gatunku Samozagłada i wyposażonej w demoniczne ilustracje, także silnie trzymając kanon. Za kompozycje i teksty odpowiada Selnik, incydentalnie Reviriego (szósta część), a ostatni odcinek, to cover blackmetalowej legendy z Norwegii – Darkthrone. Całość trwa 26 minut i 35 sekund.

Przed nami zestaw niezwykle dynamicznych kompozycji na flet i kontrabas, które ubarwiane są głosami/ wokalami/ chórami/ demonicznymi pokrzykiwaniami, tworząc wspólnie dalece intrygujący i niebanalny konglomerat złych mocy i świetnej muzyki. Całość, choć krótka, chwilami enigmatyczna (każdy z utworów trwa mniej więcej trzy minuty), ma swój epicki rozmach i potrafi przykuć naszą uwagę wyjątkowo skutecznie. Wylistujmy najciekawsze fragmenty i elementy charakterystyczne dla tej czarnej, demonicznej … kameralistyki.

Tematy podawane są, co do zasady, przez zamaszysty, czysty flow fletu i pizzicato kontrabasu. Wszystko dzieje się na dużej szybkości, zatem muzycy nie mogą nie być wirtuozami swoich instrumentów. W pierwszym utworze damski chór śpiewa melodyjny refren, a growlowy głos dopowiada zza światów (nie może być inaczej!). W drugiej części, to głos męski podaje tekst, zmutowanym, demonicznym głosem, a flet i kontrabas płyną niemal tanecznym galopem. W trzecim – temat podaje flet i śpiewający wraz z nim chór damski. Całość trzyma tempo i dramaturgiczną enigmatyczność, niczym punkowe evergreeny. Tu także męska część dodaje swoje, przy wykorzystaniu, co najmniej dwóch głosów. W dalszej części utworu Reviriego sięga po smyczek i dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa zabawa! Dynamicznie, na ostro, hałaśliwie preparuje dźwięk. Brawo!

Kolejny piękny moment, to utwór czwarty, który moglibyśmy określić jako black baroque. Temat śpiewa chór, którego brzmienie niesione jest na skrzydłach wyjątkowo … nisko osadzonego smyczka. Hałas post-demonów buduje dramaturgię i monumentalną dosadność przekazu. W piątym delikatne spowolnienie – flet i głosy, niemal szepty, płyną na dużym pogłosie. W tle szaleje smyczek i nadaje całości na powrót ostrą dynamikę.  W kolejnej pieśni, Alex wraca do techniki pizzicato i wraz z fletem stawia na konsekwentną repetycję. Podobnie czynić zaczynają głosy obojga płci, a kontrabas wręcz rezonuje metafizyką chwili, przywołując na moment wspomnienie niesamowitej płyty solowej Alexa. Siódma część jest lekka, jak zmutowany pasikonik na polnej łące, ale już w ósmej demony powracają!  Chór ze smykiem śpiewa melodyjnie, a narracja znów pachnie post-nuklearnym barokiem – definitywnie samozagłada, poświecenie się śmierci, cytując tekst utworu. Gdy głosy zostają same, mamy wrażenie, że słuchamy nowej wersji komedowskiej Rosemary’s Baby. Na finał zapowiadany cover – akcenty percussion, preparowany, ostry dźwięk fletu, który zdaje się multiplikować. Kontrabas wieńczy dzieło zniszczenia, wieczność śpi i niech tak już pozostanie.


*) Płyta w formacie CD będzie dostępna w okresie późniejszym.


wtorek, 5 listopada 2019

Discordian Records and its Community Ensemble! Loh Treh! Bayer & Balanya!


Barcelona przeżywa ciężkie chwile, ale świat wokół zdaje się być całkiem nieczuły na jej problemy. Trybuna lokuje swoje sympatie po wiadomej stronie, ale w zakresie słowa pisanego skupia się wyłącznie na muzyce. A tej ostatniej powstaje w stolicy Katalonii niepoliczalna wręcz ilość, a co najważniejsze, wciąż wyposażać możemy ją we wszelkie atrybuty wysokiej jakości.

Dziś cztery jesienne nowości, sygnowane naszym ulubionym szyldem Discordian Records. Dwie pozycje katalogu głównego, o numerach 114 i 115, a także dwie pierwsze edycje sublabelu … Discordian Bootlegs! To właśnie od tych ostatnich zaczniemy nasz krótki przegląd.




Discordian Community Ensemble  Las Cinco Estaciones (Discordian Bootlegs, DL 2019)

Jeden z okrętów flagowych muzycznej Barcelony, Discordian Community Ensemble, czyli dyrygowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnie opracowanych scenariuszy i dwa nowe koncerty, które przy okazji otwierają inicjatywę wydawniczą, o której wspomnieliśmy w preambule tekstu!

Jesteśmy w dzielnicy Gracia. W pierwszej kolejności odwiedzamy klub Magia Roja (marzec 2019), a na scenie spotykamy następującą grupę muzyków: Iván González – trąbka, Victor Colomer – puzon, Vicent Muñoz - … saxhorn,  Miriam Reyes – narratorka, Vasco Trilla – perkusjonalia, Pablo Schvarzman – gitara elektryczna, Dani Pucha – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Àlex Reviriego – kontrabas, wreszcie El Pricto – kompozycja i dyrygentura. Odsłuch całości, która zwie się Las Cinco Estaciones, a składa się z pięciu części, zajmie nam 60 minut i 6 sekund.

Dźwięki otwarcia przypadają w udziale narratorce, która pięknym hiszpańskim (nie katalońskim!) prezentuje nam założenia … Dyskordiamizmu *) w ujęciu dydaktycznym, a czynić to będzie w ramach introdukcji każdej z pięciu części tego niezwykłego dramatu. Obok szelest i chrobot strun, które złorzeczą i niosą wyłącznie złe wieści. Doskonale pamiętamy jednak, iż filozofia dyskordiańska jest przede wszystko ogromnym żartem z głupoty ludzkości w ujęciu dalece historycznym. Narracja sieje gromy skupienia, powagi i dbania o poszczególne dźwięki. Trzy instrumenty dęte plotą gęstą pajęczynę fonii, cztery strunowce też nie marnują tu choćby sekundy, a narratorka i perkusjonalista dbają o wrażenie ogólne. Nad całością dramaturgii czuwa zaś mistrz kompozycji i dyrygentury, one and only El Pricto! Orkiestra zdaje się czytać sygnały płynące z zapisów kompozytorskich, ale jej skłonność do figli sprawia, iż opowieść początkowo snuta poprzez małe, urywane frazy, dość szybko zbliża się do naszej ulubionej metody improwizacji call & responce. Narratorka sięga czasami po scat lub melodyczny półśpiew, dęciaki śpiewają i improwizują, strunowce zaś improwizują i tańczą. Akcja toczy się wartko, zmiana goni tu zmianę, a wrzący tygiel stylistycznych odniesień nie pozwala nam zapomnieć choćby przez ułamek sekundy, iż znajdujemy się królestwie El Pricto. Conducted free chamber with high emotions! Druga opowieść toczy się z pozoru nieco spokojniej. Narratorka bez zbędnej zwłoki czyni swoją powinność, obok rechoce trąbka, a struny błyszczą złotym strumieniem upalonej filharmonii. Muzycy zgrabnie wchodzą w dramaturgiczne spięcia w podgrupach, każdy ma tu odpowiedź na każde zadane pytanie, a najpiękniejsze frazy zdają się słać gitara do pary ze skrzypcami. W 7 minucie muzycy z namaszczenia dyrygenta decydują się na zmysłową, kolektywną kulminację, która zdaje się komentować kolejną porcję filozoficznego wykładu narratorki. Ta ostatnia, w ramach kolejnego odcinka specjalnego, proponuje wokalną, repetytywną psychodelię, czym barwi flow narracji niemal na czerwono. Sam finał tej pieśni zionie już ogniem wieczystym.

Trzecia porcja wykładu zdaje się być najspokojniejszą jego częścią – struny ledwie dobywają dźwięki, płyną małymi frazami, wiolonczela niemal czołga się po podłodze, a kompulsywny, intuicyjny drumming klei nierówności meta rytmem, który nie wydaje się być zadanym na pięciolinii.  Dla odmiany, dęciaki sprawiają wrażenie sterowanych wzrokiem dyrygenta. Cała narracja budowana jest niezwykle skrupulatnie, wybrzmiewa zaś pięknymi, dłuższymi frazami, podawanymi kolektywnie. Czwarta część, na zasadzie dysonansu, nabiera dynamiki na starcie i nie jest skłonna zmienić swojej pozycji dramaturgicznej. Puzon dyktuje tempo, strunowce stroszą pióra w kolektywnej repetycji. Całość ma pazury, ale jest dość precyzyjnie zaplanowana. Po niedługim czasie pięknie się jednak rozlewa w ocean całkiem swobodnej improwizacji. Po 7 minucie ciekawe zwarcie w podgrupie z perkusjonaliami w roli wiodącej (Vasco Trilla!). Na finał zaś kolektywna repetycja i garść zgrzytów na kilku gryfach jednocześnie. Czas na ostatnią już partycję koncertu – głos i komentarze dętych, strunowe dialogi i drobiny niemal post-rockowego smaku. Narracja zdaje się płynąć wedle wskazań El Pricto, ale wciąż nadyma się i prycha suchym powietrzem. Całość systematycznie nabiera wiatru w żagle, ale nigdzie się nie śpieszy - gitara slajsuje, talerze rezonują – jednocześnie skupienie i rozchełstanie. Ostatnie dźwięki tego niezwykłego koncertu, to melodyjne zaśpiewy narratorki, toczone na tle wybrzmiewających strunowców.




Discordian Community Ensemble  Degenerative Music #1 (Discordian Bootlegs, DL 2019)

Przenosimy się teraz o kilka przecznic, do klubu Soda Acústic (a na osi czasu cofamy się do końcówki czerwca 2018 roku). Na wyjątkowo małej scenie klubowej melduje się spora wataha muzykantów: Fernando Brox - flet i … harmonic singing, Almudena Vega – flet, Luiz Rocha – klarnet basowy, Vicent Muñoz - … saxhorn, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – bas elektryczny, Joni Garlic – perkusja, Sarah Claman – skrzypce, Francesc Llompart – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Mariano Camarasa – wiolonczela i last, but not least El Pricto – koncept całości, dyrygentura i … spontaneous degenerator. Nagranie Degenerative Music #1, złożone z dwóch części, potrwa 42 minuty i 3 sekundy.

Przed nami kolejna artystyczna wolta maestro El Pricto! Najpierw posłuchamy utworu kameralnego … Ludwiga van Beethovena (Kwartet Smyczkowy No.6), potem zaś György Ligetiego (Kwartet Smyczkowy, No.2). Oba w wersji zdegenerowanej – muzycy nie będą grali wedle notyfikacji graficznej zacnych autorów, a korzystać będą jedynie z osobistej gestykulacji El Pricto. Innym słowy – klasyczna muzyka kameralna zdegenerowana do poziomu improwizacji, czynionej przez 11-osobową orkiestrę, granej na żywo, bez jakichkolwiek prób (zgodnie z opisem wydawcy).

Beethoven od startu wydaje się być zadziorny, dynamiczny, komponowany w czasie rzeczywistym trybem jak najbardziej kolektywnym. Dużo muzyków, jeszcze więcej wrażeń, zgrzyty i kompulsywne suplesy dramaturgiczne, a wszystko podszyte wewnętrznym rytmem, pełnym niepokoju, komentowanym małymi eksplozjami mocy. Momentami opowieść smakuje niczym Different Trains Steve’a Reicha, ale eksponowanym po dawce LSD wysokiej jakości. Elektryczny bas Reviriego nadaje całej narracji odpowiedniej masywności, gitara Caicedo często wspiera go w tym żmudnym dziele. Już w 4 minucie orkiestra potępionych deprawatorów świętej klasyki proponuje pierwszy tego dnia stopping dramaturgiczny – struny skowyczą, a garść spokojniejszych fraz pozostałych instrumentów płynie bez nadmiernego pośpiechu. Ta sielanka nie trwa jednak długo – mała kotłowanina w dolnych partiach częstotliwości i bukiet akustycznych zadziorów są już udziałem muzyków! Cios za cios – skromne interludia i salwy przepięć energetycznych! Kipiel post-jazzu, kipiel post-rocka, niewyczerpalne zasoby energii! Niby Beethoven, ale zdecydowanie gramy tu muzykę El Pricto! Niebywała zmienność akcji, emocje, błyskotliwość i temperamentność! Kameralistyka wyzwolona z wszelkich ograniczeń! Po 15 minucie - jedna z nielicznych, pastelowych, wręcz łagodnych przebieżek na gryfach, wewnątrz tub, po emalii werbla i tomów, czyniona wszakże w aurze mroku i silnie skrywanego cierpienia. Pricto przyprawia Beethovenowi rogi, ale czyni to z gracją niemalże anielską. Po 20 minucie opowieść delikatnie traci na intensywności, ale nie na emocjach - rockowe kontrapunkty Reviriego i Caicedo, którzy wciąż dbają na należytą dramaturgię. W tle płynie wataha strunowców, która zdaje się podawać nieistniejący temat unisono. Na sam finał, tuż przed upływem 30 minuty, prawdziwie ognista kipiel! Brawo!

Ligeti rodzi się w niepokojącej, pełnej grozy sytuacyjnej ciszy. Rwane, nerwowe frazy, od ciszy do hałasu i z powrotem. Narracja nabiera ekspresji, ale wszystko wydaje się dziać pod pełną kontrolą El Pricto. Świetna ekspozycja pary fletów, komentowana przez strunowce słodkim pasem zwinnych dźwięków. Po 5 minucie całość nabiera dynamiki, a dobre rzeczy dzieją się także w obrębie zestawu perkusyjnego. Zmiana goni zmianę, raz krótka kipiel, innym razem zmysłowe hamowanie na rozgrzanych strunach – gęsto, frywolnie, temperamentnie (znów gitara i bas!), niemal free rockowa eskalacja z mocnym drummingiem. Na ostatniej prostej tej trzynastominutowej części improwizowanej klasyki, szalona orkiestra Pricto gra piekielnego marsza z uśmiechem na ustach!  




Loh Treh  Dehpiadadoh (Discordian Records, DL 2019)

Przechodzimy do całkiem swobodnej improwizacji! Jedna z dwóch najnowszych płyt regularnej edycji Discordian Records i trio o nazwie własnej Loh Treh: Fernando Brox – flet, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz João Braz – wiolonczela. Czyli muzycy, których już dziś słuchaliśmy, ponownie klub Soda Acústic, a na osi czasu … wracamy do marca bieżącego roku. Cztery improwizacje, 41 i pół minuty, skomplikowany w każdym języku świata tytuł nagrania.

Akustyka Sody prezentuje się na starcie koncertu w taki mniej więcej sposób – ostry szum z wąskiej tuby fletu, drżenie gryfu gitary podłączonej do prądu, intensywny, choć delikatny drumming, czyniony na gryfie … wiolonczeli. Po paru chwilach budowania pierwszej fazy emocji, Caicedo zaczyna liczyć metaliczne struny gitary, szczęśliwie wszystko się zgadza. Cello Braza brnie dolnym pasmem, brudnym, intrygująco zakurzonym chamber. Flet Broxa w tym gronie wydaje się być najbardziej groźny i najmniej obliczalny. Muzycy zwinnie budują improwizację, co rusz uciekając w strefę fake sounds, tak charakterystyczną dla całej sceny Barcelony. Kolejna faza, po 5 minucie – rytmiczne piłowanie strun wiolonczeli, ćwierkanie fletu i taniec gitary na palcach. Opowieść toczy się kolektywnie, w pełni demokratycznie, nabiera dynamiki niczym ryba powietrza w wodzie. Po chwili zejście w ciszę – ponadgatunkowy free improv podawany ze smakiem, być może delikatnie predefiniowany przed koncertem, przy wąskim, czerwonym barze. Akcja wartka, bez punktów przystankowych – na finał tej części, kreowany przez pizzicato wiolonczeli, fragment bardzo jazzowego frazowania. Druga opowieść także rodzi się z kolektywnego zacięcia, od startu tonie w zadziornych foniach, podawanych bez sentymentów. Muzycy nie stronią od incydentalnego hałasowania (flet!), nie brakuje im rockowej ekspresji - taka oto kameralistyka na sterydach! Aż struny trzeszczą, aż tuba skrzypi! Na wybrzmieniu garść preparacji i bystry półambient gitary.

Trzecia historia zaczyna się głośno, małymi, rwanymi frazami, ale pełnymi wypolerowanych, wyrazistych dźwięków. Podskórny rytm, szeroki bukiet błyskotliwych brzmień. Sucha gitara i czysta akustyka wiolonczeli i fletu. Czas mija w mgnieniu oka. Czwarta improwizacja stawia na kolektywne preparacje! Flet burczy, gitara pulsuje krwią post-rocka, cello rwie smyczek na strzępy, wykorzystując krawędzie gryfu. Narracja znów nabiera intensywności i akustycznych kantów. Znów jest o krok od hałasu. Mantryczny taniec zatracenia w błogości chwili. Flet zdaje się pokrzykiwać z emocji, cello rytmicznie rzeźbi bruzdę w ziemi, a gitara gotuje się w sosie własnym! Prawdziwe power trio! Po chwili muzycy zmysłowo tracą moc na wejściu i zacieśniają pierścień preparacji. Caicedo wpada w ambientowe echo, Braz zaciska struny na gryfie, a Brox narzeka na troski całego świata. Piękna, finałowa ekspozycja! Na ostatniej prostej – flet brzmi niczym zamknięta tuba saksofonu tenorowego, wiolonczela osiąga stan wrzenia, gitara śle zaś rockowe pociski na poste restante. Recenzent zdolny jest już tylko wykrzyczeć epickie what a game!




Marcel·lí Bayer/Josep-María Balanyà  Escletxa (Discordian Records, DL 2019)

Czas na absolutnego świeżaka, płytę, która swą premierę miała w ubiegłym tygodniu. Dwóch muzyków, których łamy Trybuny jeszcze nie gościły: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy oraz Josep-Maria Balanyà – fortepian, czasami preparowany. Początek lipca 2019 roku, klub, którego też jeszcze nie znamy - Nota 79. Dwie improwizacje, łącznie 39 minut i 15 sekund.

Zapraszamy na prawdziwie free jazzową podróż z saksofonem barytonowym, który lubi brzmieć niczym saksofon tenorowy, dzierżony w dłoniach przez Evana Parkera, i fortepianem, który preferuje aktywną postawę, głównie w pozycji nad klawiaturą. Opowieść w trakcie całego koncertu toczy się wartko, nie zawiera zbędnych punktów przystankowych, ani tym bardziej tzw. pustych przebiegów. Muzycy równie dobrze radzą sobie w temperamentnych eskalacjach, jak i w chwilach zadumy i dramaturgicznego zawieszenia. Zgrabnie budują narrację, nie stronią od hałasu typowego dla wyzwolonego free jazzu, bez trudu schodzą także w obszar ciszy, sonorystyki i niebanalnych preparacji. Zdają się mieć wiele elementów dramaturgicznych tego koncertu pod całkowitą kontrolą. Po 6 minucie pierwszego seta wychodzą z dźwięków – tuba szumi suchym powietrzem, niemal słychać trzeszczące krzesełko pianisty. Baryton plecie piękną, niezwykle wystudzoną opowieść, a piano, delikatnie preparowane, po chwili wyprowadza narrację prawie niedostrzegalnym rytmem. W 17 minucie baryton zostaje na moment sam i zyskuje intrygujący pogłos. Piano też ma swoje kilka samotnych sekund, zbogaconych okrzykami muzyków.

Druga improwizacja jest nieco krótsza. Zaczyna się pasmem wzajemnych preparacji, czynionych po gołych strunach i pustych duszach. Narracja budowana z małych fraz, zwinnie nabiera mocy. Z tą muzyką nie odkrywamy niczego nowego, ale w towarzystwie tych akurat muzyków czujemy się wyśmienicie! Po 10 minucie baryton i piano postanawiają budować bardziej masywną, ekspresyjną narrację. Dynamika i bystry rytm są już jej atrybutami do końca koncertu. Spektakl staje się przez to odrobinę przewidywalny dramaturgicznie, ale sposób, w jaki muzycy gaszą płomień narracji, nadrabia tę ambiwalencję z nawiązką.


*)
Dyskordianizm (ang. discordianism) – za wikipedią: parodia religii stworzona około roku 1958 przez Kerry'ego Thornleya i Gregory'ego Hilla. Nazwa dyskordianizm pochodzi od rzymskiej bogini Dyskordii (grecka Eris). Kult ten sprzeciwia się autorytetom, regułom i tradycji. Zasady dyskordianizmu są wyłożone w Principia Discordia, autorstwa Malaklipsy Młodszego (Gregory'ego Hilla). Ruch dyskordiański jest również opisany w powieści Trylogia Illuminatus! Roberta Shea i Roberta Wilsona.