Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jon Lipscomb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jon Lipscomb. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2026

The December/ January’ Round-up: Quartetics! Dooom Orchestra! Schneider & Serries! Marien! A Part! Nästy Lips! Carbon! Spinifex! Ternoy!


Grudniowa zbiorówka recenzji tym razem delikatnie opóźniona, ale początek stycznia to równie dobry moment, by poczytać co tam w muzyce improwizowanej piszczy. A tu, jak zwykle, dzieje się bardzo dużo dobrego!

Dziś dziewięć albumów, oczywiście datowanych jeszcze na rok 2025 (a jedna nawet na 2024), każdy z porcją dźwięków, które z pewnością znajdą swoich admiratorów. Naszą muzyczną podróż zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie porcją post-jazzu podrasowanego live electronics, potem czeka na nas mocna orkiestra z Włoch, a w dalszej kolejności wrzący tygiel klimatów niemieckich, belgijskich, francuskich, skandynawskich, austriacko-polskich, także holenderskich, na finał wreszcie szczypta francuskiego, jazzowego main-streamu. Od koloru do wyboru, niech nam żyje Nowy Rok i stara muzyka!

 


Reuben/ Hanslip/ Lash/ Hession Quartetics (Bead records, CD 2025)

York, Anglia, maj 2019: Federico Reuben - laptop improvisation/ live coding, Mark Hanslip – saksofon tenorowy, Dominic Lash – kontrabas oraz Paul Hession – perkusja. Pięć utworów, 33 minuty.

Swobodnie improwizujące, jazzowe trio na saksofon, bas i perkusję, świetnie rozpoznawalne facjaty artystów z UK i … latynoska szczypta post-akustycznej tajemniczości. Laptop dekonstruuje (dekoduje?) frazy żywych instrumentów, kreując nieoczywiste rozwiązania dramaturgiczne i brzmieniowe, a typowe dla gatunku muzykowanie dostaje się w zupełnie nowy wymiar dźwiękowej czaso-przestrzeni.  

Pierwsze trzy utwory, to krótkie formy, przy czym te nieparzyste bazują na dynamice, a ta parzysta na smyczkowej flaucie. Brzmienie basu i perkusji jest rozmyte, permanentnie dekonstruowane, z kolei saksofon płynie na ogół czystym, akustycznym strumieniem. Ciekawym uzupełnieniem swingujących wątków są frazy barowego piano (zapewne rozsyłane z laptopa). Otwarcie trzeciej części brzmi niczym rasowe drum’n’bass. Dwie ostatnie improwizacje, to bardziej rozbudowane formy. Pierwsza z nich przypomina pijanego walczyka, granego rwanymi dźwiękami, gdzie dużo dobrego wnosi nieoczywiste frazowanie kontrabasowego smyczka. W ostatniej odsłonie powraca tajemnicze piano, z którym duet tworzy rozochocony saksofon. Rozhuśtane zakończenie, to także dzieło dobrze usposobionej sekcji rytmu, znów łaskotanej po piętach niebanalną elektroniką.

  



Dooom Orchestra Our Sea Lies Within II (Aut Records, CD 2025)

Onara Swamp Hall, Tombolo, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perkusyjne, Marco Valerio – bas elektryczny oraz Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 35 minut.

Z włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie spotykamy się po raz drugi, ale sięgamy po nagrania dokładnie z tej samej sesji poczynionej w roku 2023. Znów to więcej niż ciekawa porcja dźwięków podana przez dwunastoosobowy ansambl, w którym dominują instrumenty strunowe, zarówno te z prądem, jak i akustyczne. Szefem przedsięwzięcia jest tu perkusista, zatem nie dziwi także znaczący udział drums & percussions. Osiem zgrabnie udramatyzowanych opowieści trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem pochylić się nad każdą frazą.

Otwarcie albumu grane jest kolektywnie, niemal rytualnie, z dużą dozą aylerowskiej melodyki. Kolejne dwa utwory są połączone i pokazują jak duży skład płynnie przechodzi od post-kameralnej pianistyki i dętych westchnień do free jazzowego hałasu. Podobna sytuacja ma miejsce w łączonych utworach szóstym i siódmym. Tu muzycy najpierw skrupulatnie budują soczyście brzmiący, strunowo-wokalny dron, który smakuje wręcz balladowo, a potem po kolejny raz popadają w sidła free jazzu i cytują radosne, ale jakże elegijne frazy Alberta Aylera. W obraz całości świetnie wpisują się pozostałe utwory, bardziej filigranowe, budowane z troską o każdą frazę. Z kolei samo zakończenie przypomina męczeńską modlitwę i smakuje muzyką dawną. Ostatnia prosta, to jednak masywny … dooom!

 


Schneider Serries Schneider Serries #2 (Schneider Collaborations, CD 2025)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, sierpień 2024: Dirk Serries - gitara oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Sześć utworów, 33 minuty.

Najwyższy czas trochę pohałasować! I to w dobrym towarzystwie! Jak świetnie wiemy, belgijski gitarzysta Dirk Serries ma tysiące artystycznych twarzy, ale dość rzadko używa swego instrumentu, by zgłębiać niuanse soczystego … impro noise’ rocka! Najlepszym partnerem w tych niecnych zabawach bywa niemiecki drummer Jörg A. Schneider. Zgodnie z tytułem albumu, to ich drugie spotkanie, tym razem studyjne. Przynosi sześć muzycznych petard w sam raz na post-sylwestrowe rozkołysanie.

Schemat poszczególnych utworów jest podobny – wątek inicjuje sfuzzowana, charcząca gitara, która zdaje się stać w miejscu i wyć z dna piekła po dżdżysty nieboskłon. Wokół niej tańczy perkusja, silna, masywna, kłębiąca się w sobie, rzadziej wpadająca w typowy, rockowy galop. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy wręcz siarczyste, a w toku narracji nie brakuje fałszywych fraz i nietonalnych sprzężeń. Najciekawiej jest chyba w trzeciej odsłonie, gdy introdukcja gitary przypomina gęsty dark ambient, a cała opowieść wydaje się dzięki temu nieco lżejsza. Po czwartej, definitywnie dynamicznej przebieżce, w piątej muzycy znów toną w mrocznej mgle. Gitara frazuje tu chyba najgłośniej, ale jej flow ucieka w silny pogłos. Na plamach siarczystego ambientu bazuje też ostatnia opowieść. Dużo w niej perkusyjnych przełomów i wyrafinowanej psychodelii. Jest też kilka istotnych zagęszczeń i drobnych eksplozji.

 


Christian Marien Quartett Beyond the Fingertips (MarMade Records, CD 2025)

Emil Berliner Studios, Berlin, maj 2025: Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Jedem utwór łaczący kilka wątków, 33 minuty.

Jeśli mamy ochotę na rasowy jazz ze zgrabnie zarysowanymi tematami i wytrawnymi improwizacjami splątanymi soczystymi, swingującymi synkopami, to kwartet Mariena zaspokaja te potrzeby w stopniu zdecydowanie ponadnormatywnym. Osiem opowieści połączono tu w dwie long-distance story i nagrano za pierwszym podejściem w niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy rozpoczynają swoją podróż dalece tanecznym krokiem. Pierwszy temat wydaje się radosny, podszyty funkującą gitarą, upstrzony okruchami swingu. W dalszej fazie ów temat jest ogrywany rytmicznie, a potem następuje faza rozwichrzonych, bardzo swobodnych improwizacji, zarówno kolektywnych, jak i solowych. W tak zwanym międzyczasie mamy kameralne interludia, pozbawione na ogół warstwy perkusyjnej oraz wyjątkowo smakowite preparacje, szczególnie kontrabasu i gitary. Druga historia, także podzielona na cztery odcinki, zaczyna się dość spokojnie ze znaczącym udziałem kontrabasowego smyczka. W tej części albumu gitara brzmi akustycznie, a frazy perkusji łapią niebanalne metra. Fazy improwizacji są więcej niż udane, niekiedy szyte plejadą drobnych, niemal filigranowych fraz. Sam finał płyty bogaty jest w interakcje, ale nie emanuje nadmiernymi wybuchami ekspresji. Szczególnie podobać się może tanecznie frazujący smyczek.

 


A Part (Thierry Waziniak, Marie Takahashi, Baptiste Vayer) Muted Songs (Intrication Label, CD 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Thierry Waziniak – perkusja, elektronika, Marie Takahashi – altówka oraz Baptiste Vayer – głos, gitara. Cztery utwory, 45 minut.

Losy tego francuskiego labelu śledzimy na bieżąco, także dokonania perkusisty, który owe wydawnictwo koordynuje artystycznie. Tym razem trafiamy na nagranie definitywnie niezwykłe. Stanowi o tym zarówno skrzętna robota drummerska, jak i ta strunowa, czyniona na altówce i gitarze, w pierwszym utworze wparta także głosowo. Album zawiera cztery improwizacje – każda jest inna, na ich bazie bez trudu zbudować można cztery oddzielne albumy.

Pierwsza opowieść pleciona jest ze strzępów dźwięków - prawdziwie filigranowa, bazująca na interakcjach, śmiała kontynuacja wielkiej spuścizny Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. W fazie schyłkowej, wsparta elektroniką i prądem, staje się masywna, smakuje rockiem na drobnym przesterze. Druga historia osnuta jest wokół dark ambientowej bazy. Pięknie narasta, jeszcze efektowniej popada w medytację. Ale i tu fala elektroniki niweczy niuanse dotychczasowej narracji. Trzecią opowieść otwierają zgrzytające z zimna struny altówki. Z czasem w potoku coraz powabniejszych fonii pojawia się zarówno gitarowa ekspresja, jak i wystudzone zdobienia. Jeśli którykolwiek z wątków tego wielobarwnego albumu niekoniecznie winien być rozwijany, to czwarta część, której w początkowej fazie brakuje dramaturgii. Szczęśliwie pod koniec flow zyskuje pewną linearność, co sprawia, że finał płyty także wart jest skupionego odsłuchu.

 


Jon Lipscomb & Johannes Nästesjö Nästy Lips Vol III (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Jon Lipscomb – gitara oraz Johannes Nästesjö - upright bass. Dwie improwizacje, 32 minuty.

Jedni z naszych faworytów na szwedzkiej scenie free impro (choć ten pierwszy, to Amerykanin) w duetowym, niekiedy dość eksplozywnym starciu. Nie wiemy, gdzie powstało nagranie i jakimi metodami zostało zarejestrowane, brzmi wszakże definitywnie punkowo, dzięki czemu przykuwa naszą uwagę w stopniu podwójnym. Dwa kwadranse takiego impro mięcha nie mogą ujść niczyjej uwadze.

Początek nagrania jest spokojny, szyty minimalistycznym pizzicato basu i plamami prądu z nagrzewającej się gitary. Muzykom najbliżej chyba do swobodnej kameralistyki inspirowanej post-jazzem. Dobrze czują się w sytuacji dynamicznej, ale i w leniwym pochodzie prezentują się okazale. W ósmej minucie na scenie pojawia się smyczek i staje się od razu elementem najbardziej kreatywnym. Narracja nabiera wewnętrznego rytmu, wpada w delikatny trans, a z gitary leje się stonowana psychodelia. Po krótkiej fazie zadumy artyści zagłębiają się w ciszy i być może ten moment, to ich najlepsze chwile tamtego wieczoru. Na starcie drugiej części szarpią za struny, popadają w kameralne boleści, ale też skowyczą mocą post-jazzu. Smyczek znów rozdaje karty, a całość zdaje się być równie post-barokowa, jak i krwiście … rockowa. Po niedługiej fazie brzmieniowych eksperymentów, w okolicach dziewiątej minuty, muzycy stopują i rozglądają się wokół, jakby szukali tablicy z napisem koniec. Gitarowe flażolety i szum z gryfu basu, to ostatnie fonie ich spektaklu.

 


Trio Carbon (Mia Zabelka/ Ola Rzepka/ Łukasz Marciniak) Black Heart (Setola di Maiale, CD 2025)

Przestrzeń Muzyki Współczesnej Hashtag Lab, Festiwal Ad Libitum, Warszawa, wrzesień 2024: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Ola Rzepka – preparowane piano oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Jeden utwór, 29 minut.

Niezmiernie miło jest wspominać udany koncert odsłuchując jego dokumentację fonograficzną na trwałym nośniku fizycznym. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku nagrania pewnej austriackiej skrzypaczki i polskiego duetu, który zwykł używać nazwy handlowej Perforto. Koncert był krótki, takaż jest ta płyta, warto zatem skupić się na każdej frazie.

Artyści pierwsze akcje kleją z filigranowych dźwięków. Każdy zdaje się w coś uderzać, razem tworzą perkusjonalną symfonię otwarcia. Pojawiają się pierwsze preparacje piana i skrzypiec, z gitary sączy się strużka prądu, a całość przypomina brudne, jakże grzeszne post-chamber. Po sześciu minutach muzycy łykają porcję gorącego powietrza i nabierają masy. Wciąż skupiają się na drobiazgach, ale produkują coraz więcej dźwięków w jednostce czasu. W okolicach trzynastej minuty pojawia się głos, a gitara komentuje ów fakt porcją post-rockowej psychodelii. Na chwile schodzą w mrok, po czym znów wystawiają gorejące twarze ku słońcu. Kołyszą się na wdechu, medytują, ale cały czas dorzucają do ognia zaskakujące frazy. Już po upływie dwudziestej minuty dają kilka razy do wiwatu, po czym zaczynają spoglądać w stronę napisów końcowych. Jeszcze tylko mocny, kilkudziesięciosekundowy wydech i czas na zasłużone oklaski.

 


Spinifex Maxximus (TryTone Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy, Bart Maris - trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders - gitara, Gonçalo Almeida - kontrabas, Philipp Moser – perkusja oraz gościnnie Jessica Pavone - altówka, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Evi Filippou – wibrafon, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 70 minut.

Ze Spinifexem jesteśmy na dobre i na złe od lat, zwłaszcza od momentu ich fantastycznego koncertu na spontanicznym wydarzeniu w zachodniej Polsce. Albumy wydają regularnie, czasami poszerzając skład i nazywając się Spinifex Maxximus. Do nagrania najnowszej płyty doprosili dalece kameralnie usposobione towarzystwo, stąd i muzyka formacji uległa pewnemu przeobrażeniu. Nie jest krwiście jazz-rockowa, bywa częściej zadumana i melancholijna. No i nasz ulubiony portugalski artysta gra tym razem na kontrabasie, nie zaś na gitarze basowej.

Album zawiera wyłącznie wielominutowe kompozycje, które usiane są narracyjnymi i improwizacyjnymi zdobieniami, niczym komnaty Wersalu za czasów Ludwika XIV. Utwór otwarcia pachnie nawet trzecim nurtem, ale puenta zdaje się być free jazzowa. Na etapie dojścia podobać się mogą mnożące się, jakże kolektywne improwizacje. W drugim utworze warto zwrócić uwagę na dynamiczny, funkowy początek, z kolei w trzecim na świetnie wypolerowane ostrze kontrabasowego smyczka. W czwartej szczególnie lśni finałowy galop ozdobiony świetną ekspozycją gitary, a w piątej, odrobinę zbyt długiej opowieści, introdukcja smakuje wyrafinowanym dark chamber. Wreszcie finałowa kompozycja, tu kontrabasisty, dająca przewrotnym tytułem przyzwolenie na granie fałszywych nut, udanie podsumowuje ten niekiedy przeładowany pomysłami album. Szczególnie podobać się może jego zakończenie, które przywołuje w pamięci uroczo pogmatwaną rytmikę Ghost Trance Music Anthony’ego Braxtona.

  


Jérémie Ternoy Trio Survol à basse altitude (Circum-Disc, CD 2025)

Studio-Ronchin, maj 2025: Jérémie Ternoy – fortepian, Nicolas Mahieux – kontrabas oraz Charles Duytschaever – perkusja. Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszej przygody z nowościami album artysty, który od lat współtworzy wyśmienite trio TOC, gdzie na ogół grywa na elektrycznych instrumentach klawiszowych, siejąc psychodeliczne spustoszenie. Tu zaglądamy do albumu jego autorskiego tria, które stylistycznie sadowi się na obrzeżach jazzu środka. Z punktu widzenia wielbicieli soczystego free impro, to pozycja trochę zbyt przewidywalna, jakkolwiek może ona zadowolić fanów The Necks, do którego udanie nawiązuje szczególnie w dwóch pierwszych utworach.

Rzeczony początek albumu, to rytm szyty perkusyjnymi szczoteczkami, neoklasyczną melodyką piana i czupurnym kontrabasem, który chętnie staje w poprzek narracyjnej praworządności. Zdaje się, że często stosowana tu progresywna motoryka basu i perkusji, to jeden z ciekawszych walorów tego tria. Zdecydowanie więcej oczekiwalibyśmy od lidera, kompozytora i pianisty. Ten zdaje się czerpać radość z pławienia się w odmętach łagodnych melodii i niewyczerpujących, solowych ekspozycji. Dwa pierwsze utwory budzą tu doprawdy duże nadzieje, z kolei dwie ostatnie post-ballady grzebią je w muzycznym banale.

 

 


piątek, 13 października 2023

Halster in Virtuous Mondays!


Halster, to szwedzkie trio gitar elektrycznych, mało zapewne znane poza skandynawskimi opłotkami, ale godne uwagi całego świata i niejednej galaktyki. Panowie Anders Lindsjö, Adam Persson i Mattias Nihlén w drugiej połowie ubiegłej dekady obchodzili skromny jubileusz, dzięki czemu, pod sztandarami świetnie nam znanego, lokalnego labelu Konvoj Records, doczekali się urodzinowego, pięciopłytowego boxu.

Nagrania zarejestrowano na dzikich, improwizowanych sesjach, jakie odbywały się każdorazowo w poniedziałki w Malmö. Na każdą z tych sesji szwedzcy gitarzyści (czasami używający także innych instrumentów) zapraszali równie znamienitych szwedzkich (tudzież norweskich) improwizatorów. Wyszła z tego całego ambarasu smakowita mieszanka różnokolorowych, improwizowanych emocji. Przy okazji rzeczony box, to doskonała prezentacja szwedzkiej sceny improwizowanej, po części oczywiście dobrze światu znanej, po części jednak niekiedy zbyt anonimowej.

Prześledźmy poniedziałkowe wydarzenia, jakie uwieczniono na pięciu zgrabnych, kompaktowych dyskach.



 

Disc One

Na pierwszym dysku do tria Halster w standardowym instrumentarium gitarowym dołącza puzonista Ola Rubin (trzy pierwsze improwizacje) oraz gitarzysta Henrik Olsson i perkusista Håkon Berre (dwie kolejne części).

Kwartetowa narracja w trzech odsłonach toczy się na ogół w dość spokojnym tempie i stawia raczej na minimalistyczne środki wyrazu, co nie oznacza, że incydentalnie nie potrafi gęstnieć i kąsać intensywnością. Aura jest tu delikatnie post-rockowa, a pikanterii całości dodaje systematycznie fermentujący puzon, który potrafi brzmieć niczym czwarta gitara, nie stroni także od drobnych preparacji. Gitarzyści zdają się czerpać inspiracje z wielu źródeł. Niekiedy ich na poły filigranowe frazowanie przypomina King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. W drugiej części muzycy kreują niekończące się plejady short-cuts. Kłęby dymu i drobne spiętrzenia umilają podróż w dźwiękowe nieznane. Gitarowe subtelności czasami zdobią narrację jazzowym posmakiem. Z kolei trzecia improwizacja tonie w mroku. Puzon brzmi tu dość siarczyście, gitary rysują delikatnie psychodeliczne zawijasy.

Dwie improwizacje kwintetowe chętnie uciekają w subtelności mniej lub bardziej wyciszanych preparacji, czasami wręcz lewitują. Cztery gitary stawiają na rozmyte brzmienie i budowanie klimatu, płyną niczym mgławice. Tym, który scala to wszystko w całkiem linearną narrację jest perkusjonalista. Najpierw toniemy w swobodnych, free rockowych ekspozycjach, potem, gdy opowieść zagęszcza szyk, bywa, że improwizacja staje się post-rockowa, niekiedy post-psychodeliczna, incydentalnie nawet hałaśliwa, zdobiona drobnymi, jazzowymi naleciałościami.

Disc Two

Na tym dysku sytuacja dramaturgiczna jest o wiele bardziej skomplikowana. Pierwsza improwizacja to trio (w niej jedna gitara akustyczna) z saksofonistą Martinem Küchenem i puzonistą Ola Rubinem. Druga, to trio (w nim perkusja i syntezator zamiast gitar) uzupełnione perkusistą Martinem Holmem (jako drum machine). W trzeciej improwizacji w roli gościa ponownie puzonista Ola Rubin oraz nowy na scenie Herman Müntzing (instrumenty klawiszowe, elektronika). Czwarta część, to klasyczne trio gitarowe, a piąta, bazowy skład z dodatkiem instrumentów perkusyjnych pod jurysdykcją Raymonda Strida. Część szósta, to z kolei trio (jedna gitara akustyczna) i dwa puzony (Ola Rubin i Jacob Riis) wsparte elektroniką, zaś część ostatnia - trio (jedna gitara akustyczna) i Pär Thörn obsługujący elektronikę i obiekty. Uff.. działo się!

Pierwszą opowieść kreują wystudzone gitary i dęte preparacje. Mroczny wstęp i ekspresyjne rozwinięcie, ale także gitarowe subtelności i dźwięki z gardła. Druga część skrzy się zadziornymi frazami i bogactwem brzmienia. Garść preparacji, szczypta psychodelii, ale i filigranowe figury dramaturgiczne. W kolejnej odsłonie sporo zamętu wnosi elektronika i elektryczne klawisze. Pojawiają się dubowe echa, także sporo preparowanych fraz puzonu, wreszcie post-jazzowych zdobień. W części czwartej mamy Halstera w wersji saute z szeroką paletą gitarowych środków wyrazu - sprzężenia i melodie, post-rockowe grymasy, bluesowe skale i emocje, a na koniec drobna chmura ambientu.

Piąta improwizacja płynie kilkoma strumieniami brzmieniowych subtelności. Post-psycho-rockowa ballada kwiecąca się rezonującymi talerzami. W przedostatniej improwizacji natrafiamy na dużą porcję dźwięków syntetycznych, elektroakustycznych, a także odgłosy gitarowych pick-upów i dęte westchnienia. Równie zaskakująca brzmieniowo jest ostatnia opowieść. Sporo w niej wydarzeń, zarówno głośnych, jak i wyjątkowo cichych. Reaktywna post-ballada o wielu obliczach.

Disc Three

Tu sytuacja jest tylko pozornie prostsza. Dwie improwizacje i dwa wspólnie improwizujące tria – Halster (z jedną gitarą basową i dodatkowym syntezatorem) oraz Bomb (Ola Paulson na saksofonach, Anders Uddeskog na perkusji). Ponieważ Anders Lindsjö jest członkiem obu formacji, to by na scenie było jednak sześciu muzyków dodano jeszcze puzonistę Ola Rubina. Cały dysk nie trwa nawet 40 minut, ale jest z pewnością najgłośniejszą, najbardziej free jazzową częścią jubileuszowego boxu.

Pierwszy set introdukuje duet saksofonu i gitary basowej. Faza otwarcia, to swobodny open jazz nasączony odrobiną bluesa. Wraz z rozwojem akcji saksofon ciągnie w stronę free jazzu, gitary z kolei szukają hałasu i akcentów post-jazzowych. Swoje dokłada też puzon, który marzy o dalekich podróżach i lubi aylerowskie melodie. Wielominutowa improwizacja ma tu zarówno wyżyny, jak i drobne doliny, pięknie potrafi grzęznąć w psychodelii, ale i wznosić się do lotu z iście free jazzowym temperamentem. Zakończenie wydaje się być szczególnie intensywne, prowadzone w szybkim tempie, nie pozbawione post-rockowych emocji.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, ale i on nie szczędzi nam wrażeń. Początek wydaje się nieco medytacyjny, a pierwsza faza lotu wznoszącego odbywa się pod nieobecność saksofonu i puzonu. Tu w roli wodzireja świetnie sprawdza się syntezator. Gdy dęciaki wracają do gry, improwizacja pachnie tu zarówno free jazzem, jak i swobodnym rockiem. Syntezator nie odpuszcza i druga część seta upływa pod znakiem psycho & fussion, nawet, gdy dynamika ekspozycji nieco spada. Świetny moment następuje, gdy narracja przyjmuje formę dętego duetu. Post-jazzowe westchnienia saksofonu i puzonu nawołują tu gitary do finałowej eskalacji.

 


Disc Four

Dysk czwarty, to dużo mniej skomplikowana sytuacja. Trzy improwizacje - na pierwszej klasyczne trio gitarowe i instrumenty perkusyjne Knuta Finsruda, na dwóch kolejnych trio (bas i syntezator zamiast gitar) plus saksofonista Sture Ericson i perkusista Raymond Strid.

Pierwsza, rozbudowana improwizacja, to trzy gitary doposażone małymi porcjami prądu i matowy, podłogowy drumming w rozkołysanym, post-jazzowym tańcu. Narracja ma tu wiele twarzy, nie brakuje w niej akcentów rockowych, wręcz funkowych, są preparacje i soczyste plamy bluesa. Jeśli improwizacja stopuje, natychmiast syci się mocą post-psychodelii, gdy nabiera tempa, szczególnie aktywnym zdaje się być drummer. Przed finałowym wzniesieniem kwartet czołga się w rytmie, a potem eksploduje mocą dubu i funku.

Pierwsze nagranie kwintetowe rodzi się w mroku soczystych dronów i plejadzie short-cuts. Saksofon wzdycha, piszczy jak kot, syntezator plami, bas rysuje zygzaki. Ów minimal na wdechu buduje nadspodziewanie duże emocje. Druga opowieść jest jeszcze bardziej gęsta od fonicznych niespodzianek. Pracują gitarowe pick-upy, syntezator szeleści, a zwinny drumming wskazuje kierunek podróży. W fazie dynamicznej odnajdujemy dużo rocka i dubu, a także funkowych zdobień. Z kolei umiejętnie wytłumione zakończenie pachnie psychodelią na kilometr.

Disc Five

Na ostatnim dysku w dwóch utworach improwizuje trio (perkusja i syntezator zamiast dwóch gitar) oraz saksofonowy gość (Nana Pi Aabo Larsen). W kolejnych dwóch odsłonach mamy trio (jest gitara basowa), a w roli gości kolejnego gitarzystę Johna Lipscomba, puzonistę Ola Rubina i perkusistę Andersa Uddeskoga. Dysk trwa prawie pięć kwadransów i zdecydowanie sytuujemy go po stronie najmocniejszych punktów boxu.

Improwizacje kwartetowe bazują na sporym dysonansie dramaturgicznym. Z jednej stron plejady drobnych, preparowanych fraz, z drugiej moc i siła syntezatorowych, basowych pasaży i niemałych melodii. Znów sporo akcentów post-jazzowych i rockowych wtrętów. Dynamika narracji na typowej dla tego boxu efektownej sinusoidzie.  Świetnie w tym tyglu niespodziewanych zdarzeń odnajduje się nieznana nam saksofonistka (saksofonista?). O ile pierwsza część bywa tu bardzo ognista, o tyle druga niesie w sobie post-balladowy nerw.

Dwie ostatnie improwizacje grane są w sekstecie, zatem wrażeń i emocji mamy tu całe mnóstwo. Pierwsza z opowieści na starcie formuje się w wielobarwne, jakże efektowne crescendo. Szczególnie podobać się tu może gitarowe spiętrzenie, które pachnie metodami pracy King Crimson z wczesnych lat 70. W tym strumieniu hałasu i stygnącej lawy świetnie odnajduje się puzonista, który musi czasami czynić wiele, by wydostać się na powierzchnię narracji. Pod koniec koledzy znajdują mu nawet przestrzeń na krótką, solową ekspozycję. W prawie 30-minutowym secie nie brakuje chwil mglistych, post-ambientowych, pięknie wytłumionych, a samo zakończenie należy do gasnących, ale wyjątkowo melodyjnych gitar. Ostatnia improwizacja nie szczędzi nam gitarowych i basowych subtelności, szybko wszakże łapie bakcyla zdrowej psychodelii. Znów świetne momenty serwuje nam puzonista, który płynie na fali dronowej ekspozycji partnerów. W efektownym zakończeniu skrzy się echo gitarowych improwizacji w estetyce Sonic Youth, a także posmak … bluesa.

 

Halster Virtuous Mondays (Konvoj Records, 5CD 2020)

Halster: Anders Lindsjö – gitara elektryczna, akustyczna, basowa, perkusja, Adam Persson – gitara elektryczna, głos, Mattias Nihlén – gitara elektryczna, syntezator. Goście: Ola Rubin - puzon, Håkon Berre - perkusja, Henrik Olsson – gitara elektryczna, Martin Küchen – saksofon barytonowy, Martin Holm – drum machine, Herman Müntzing – instrumenty klawiszowe, elektronika, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jakob Riis – puzon, elektronika, Pär Thörn – elektronika, obiekty, Ola Paulson – saksofon tenorowy, altowy, Anders Uddeskog - perkusja, Knut Finsrud – instrumenty perkusyjne, Sture Ericson – saksofon altowy, Nana Pi Aabo Larsen – saksofon tenorowy, Jon Lipscomb – gitara elektryczna. Nagrane w poniedziałki: Allmogen, Malmö, 2018-2019. Dwadzieścia jeden improwizacji, czas trwania poszczególnych dysków - 51:11, 58:08, 36:22, 45:43, 73:51.

              

 

czwartek, 20 października 2022

The Relative Pitch plays solo: Violeta Garcia, Chris Pitsiokos & Jon Lipscomb!


Nowojorski label Relative Pitch Records lubuje się ostatnimi czasy w solowych improwizacjach. Niemal każda porcja nowości przynosi chociaż jedną taką ekspozycję. A ta wrześniowa, pośród ośmiu premier, daje nam aż trzy solowe petardy. Nad każdą z nich warto się pochylić, nad niektórymi nawet zawyć z zachwytu.

W ujęciu personalnym czekają dziś na nas Argentynka dobrze czująca się w każdej części świata, Amerykanin, który lubi Europę (na dniach będzie tu koncertował, także w poznańskim Dragonie!) oraz inny Amerykanin, od dawna lewitujący w Szwecji. So, everything you want, one world it’s enough for all of us!



 

Solo Cello

Violeta Garcia swój drugi solowy album podzieliła aż na piętnaście części. Improwizacje od niepełnych dwóch minut, po te, które nie trwają pięciu. Świetna dramaturgia, niezliczone metody wydobywania dźwięków z wiolonczeli ostro zakończonym smyczkiem, niebywały temperament i to coś w tembrze jej instrumentu, co sprawia, że do nagrań chcemy wracać ledwie po kilku sekundach od zakończenia odsłuchu Fobii!

Argentynka zaczyna z naprawdę wysokiego C! Na początek akustyczny dark ambient uformowany w gigantyczne crescendo, niepozbawione brudnych fraz, przypominające krzyk rozpaczy. Druga opowieść na zasadzie kontrastu – frywolne, post-barokowe podskoki, taniec na strunach, które systematycznie gubią melodykę. W trzeciej odsłonie artystka wyraźnie pokazuje, że wszelkie metody preparacji instrumentu ma opanowane do perfekcji. Uwielbia ugniatać struny i czyni to z wyjątkową konsekwencją. Zaraz potem przenosimy się do małego zakładu mechanicznego, by już po chwili wygodnie rozsiąść się w fotelu, czekając na najdłuższą na płycie improwizację. Ta rodzi się z ciszy i odgłosów martwego powietrza. Najpierw preparacje z samego dna, potem podskoki po zroszonej deszczem łące, także garść śpiewu i lamentów. Mamy wrażenie, które jeszcze powróci, iż artystka gra nam tu kilka wątków jednocześnie. Czy czyni to wszystko live, niech pozostanie jej słodką tajemnicą. Szósta narracja wydaje się wyjątkowo nerwowa, choć wiolonczelistka ledwie ślizga się smyczkiem po mokrych strunach. Tuż potem kolejna dłuższa wypowiedź. Pierwsze, post-barokowe frazy idą ku nam z głębokiej krypty. Dźwięki nabierają brudu w szprychy i zaczynają się intrygująco kołysać, szukając rezonansu pomiędzy strunami. Z kolei ósma improwizacja prowadzona jest w wartkim tempie - zagotowany smyczek dość szybko wpada tu w spazmy, a całość zionie niemal rockowymi emocjami.

W kolejnych częściach Violeta rzuca nami od ściany do ściany, a stylistykę zmienia niczym rękawiczki. Najpierw konwulsyjne zgrzyty i smyczek, który klinuje się pomiędzy strunami - wszystko realizowane w naprawdę dobrym tempie. Potem, dla oddechu, garść minimalistycznych preparacji niemal całkowicie pozbawianych warstwy dźwiękowej. W jedenastej części dzika swawola – dużo dźwięków, a nawet hałasu! Wiolonczela piszczy tu niczym stado gołębi. Część kolejna przypomina długie, posuwiste ruchy pędzlem, które nabierają siarczystości z każdym powtórzeniem. W części trzynastej wracamy do zakładu mechanicznego – pracują śrubokręty, szlifierki i wiertarki. Zaraz potem urokliwa plama post-baroku, tu niemal z kwasowym posmakiem. Zawieszone w czasie melodie i brudne frazy, które czają się za rogiem. A w tym tyglu zdarzeń nawet nie zauważamy, że przed nami ostatnia improwizacja… Tu powraca mroczny ambient, jaki znamy z początku albumu. Tym razem płynie jednak dość melodyjną strugą. Definitywnie słyszymy kilka wątków. Wspaniały finał imponującej płyty wieńczy głos artystki, który ucieka w śmiertelny pogłos i odnajduje finałową ciszę.



 

Solo Alto

Nowy, solowy album Chrisa Pitsiokosa rozmiar ma winylowy, a w ujęciu dramaturgicznym opiera się na dwóch długich improwizacjach (w sumie prawie 24 minuty), które uzupełniają trzy średniej długości (około 4 minuty każda) i trzy miniatury. Emocje skondensowane zdają się być w tych najdłuższych, te zaś krótsze stanowić mogą asumpt do dyskusji o granicach tzw. rozszerzonych technik wydobywania dźwięku z instrumentu dętego drewnianego. Reasumując wszakże, nudy nie uświadczymy tu w żadnym z wariantów.

Album Sztuki Altu otwiera kilkunastominutowa improwizacja. Początek wydaje się być istotnie konceptualny. Muzyk parska gorącym powietrzem z tuby, która być może jest czymś pozatykana. Owe parsknięcia przedziela plastrami ciszy, które z czasem stają się coraz krótsze. Chris definitywnie szuka wysokich fraz nabierając przy tym pewnej rytmicznej poświaty. Narracja przypomina ptasią konferencję, zorganizowaną na zgliszczach elektrowni atomowej w Czarnobylu. Artysta nie idzie jednak na całość, zdecydowanie dozuje nam emocje. Wpada w oddech cyrkulacyjny, a efektowne otwarcie albumu kończy w oparach gęstego mroku. Kolejne epizody są dość krótkie. Najpierw flow przypomina modulowaną syrenę alarmową, a muzyk znów poszukuje wysokich rejestrów. W kolejnej części jego saksofon drży, wydaje z siebie cyrkulacyjne, brudne zaśpiewy, by po chwili prychać i rytmicznie stukać dyszami.

Piąta opowieść trwa prawie dziesięć minut. Na starcie zdaje się być przedłużeniem poprzedniczki, która zaintonowała rytmiczne prychanie. Muzyk cedzi nam drobne melodie i efektownie podryguje. Szuka inspiracji w każdym podmuchu gorącego powietrza, łapie dynamikę w płuca. Charczy, pokrzykuje, sprzęga się sam ze sobą, parska energią na prawo i lewo. Na zakończenie skrzeczy, niczym kuropatwa w locie opadającym. Ostatnie trzy improwizacje udanie podsumowują ten smakowity incydent solowy. W szóstej części tuba altu wydaje się być pozatykana brudnymi szmatami. Muzyk charczy niczym gruźlik, głęboko oddycha, boleśnie walczy z materią instrumentu. W siódmej stawia na hałas. Lekki, znów jakby ptasi, zaskakująco dotkliwy fonicznie. W finałowej zaś opowieści proponuje nam dronowe śpiewanie na odchodne. Martwa ballada pełna jest urokliwego zgiełku. Najpierw zdaje się powstawać w głębokiej krypcie, potem łapie jednak kontakt ze świeżym powietrzem.



 

Solo Guitar

Gitarzyści to taka grupa zawodowa, pośród której każdy chciałby brzmieć inaczej. Z perspektywy miłośnika muzyki improwizowanej, trzeba zauważyć, iż niewielu dostępuje tego zaszczytu. Jon Lipscomb należy wszakże do tych błyskotliwych szarpidrutów, którym udaje się być naprawdę oryginalnym w skończonej liczbie przypadków. Nie stosuje jakiś wymyślnych metod, ani skomplikowanych urządzeń. Dobrze pracuje na gitarowych pick-upach, ma sporo wyobraźni i bezczelność naprawdę wyśmienitego improwizatora. Jego solowa ekspozycja na gitarę elektryczną to niemal same konkrety. Bezwzględnie warto im się przysłuchać.

Swój studyjny koncert zaczyna spokojnie, ale z dużą swobodą. Skacze po strunach, delikatnie pracuje na przetwornikach, jakby szukał prądu większej mocy, jakby chciał odkryć roponośne złoża. Dość szybko odnajduje ślady rockowej ekspresji i dobrej dynamiki. W drugiej odsłonie nadal zwinnie przemieszcza się po strunach, ale wszystko zdaje się czynić nieco wolnej i precyzyjniej. Przyciska struny do gryfu i szuka matowego brzmienia. Raz za razem spod jego palców wydobywają się jednak siarczyste riffy, jakby mimochodem, coś w rodzaju wypadku przy pracy. W kolejnej części Jon pokazuje, iż fussion jazzowa ornamentyka, to także jego terytorium działania. Kierunek wydaje ciekawy, ale dubowe zakręty i sprzężenia jeszcze ciekawsze.

Kolejne trzy improwizacje są bardziej rozbudowane. Czwarta zaczyna się w klimatach post-jazzowych, ale muzyk dość szybko zmienia optykę działania. Płynie strugą dźwięków niemal akustycznych, generowanych za gitarowym progiem, nabiera pokracznej, ale jakże efektownej dynamiki. Brnie do przodu sycąc narrację ciągłymi zmianami, które podpowiadają rozgrzane pick-upy. Piąta improwizacja nie jest może zbyt długa, ale silnie naładowana rockowymi dekonstrukcjami, bliskimi estetyce Eddie Van Halena. Gitara tryska tu fuzzem i wrze. Finałowa improwizacja trwa prawie dziesięć minut i zdaje się być bardzo udaną reasumpcją płyty. Od startu tempo jest niezłe, muzyk stawia na wysoką technikę użytkową i jak zawsze bujną wyobraźnię. Improwizacja ma tu rockową skórę i post-jazzowe owłosienie. Z jednej strony uśmiecha się Hendrix, z drugiej armia gitarzystów najlepszej epoki fussion. I tu artysta stawia na ciągłe zmiany – zionie ogniem i jednocześnie zagląda do wnętrza gitary. Pracuje z mocą, ale bywa też onirycznie balladowy.

 

Violeta Garcia Fobia. Nagrane w Las Gracias, Argentyna, 2020. Piętnaście improwizacji na wiolonczelę, 39 minut.

Chris Pitsiokos Art of the Alto. Nagrane w GSI Studios, Nowy Jork, styczeń 2022. Osiem improwizacji na saksofon altowy, 41 minut.

Jon Lipscomb Conscious Without Function. Nagrane w Moriska Paviljongen, Malmö, czas nieznany. Sześć improwizacji na gitarę elektryczną, 37 minut.

 

 

piątek, 2 lipca 2021

Overlapping Layers! Nästesjö & Lipscomb! Trilla with Daisy and with Gärdin! Voutchkova! Noble! Thompson! Costa! Dogs Bite Back! The July Morning’ Round-up!


Słowo się rzekło, lipiec u bram! Czas na comiesięczną zbiorówkę recenzji najbardziej świeżych płyt z muzyką improwizowaną, jakie zna planeta Ziemia! Dziewięć propozycji na letni odczyt, odsłuch i oczywiście zakupy!

W podtytule naszego zestawienia winno paść słowo pandemia. Poza pierwszym i ostatnim nagraniem, wszystkie pozostałe powstały już bowiem w czasach pandemii – zatem na ogół są nagraniami solowymi, a jeśli są duetami, to powstałymi … w efekcie sklejenia na etapie post-produkcji dwóch solowych ścieżek. Jest wśród nich jednak pewien duet, który powstał w wyniku kontaktu fizycznego obu artystów – na szczęście!

Czas poznać dzisiejszą marszrutę! Zaczniemy w Zjednoczonym Królestwie, jeszcze w roku 2019, potem będziemy już w roku 2021 i odwiedzimy szwedzkie Malmö, zaraz potem będziemy jedną nogą w USA, a drugą w Barcelonie, podobny rozkrok dokonany pomiędzy Sztokholmem, a wspomnianą już Barceloną. W dalszej kolejności czekają nas samotne spacery po Berlinie, Londynie (dwukrotnie) i Lizbonie, by ostatecznie powróć do roku 2019 i bezpiecznie (to się jeszcze okaże!) wylądować w Sankt Petersburgu!

Dziewięć płyt, tylko 15 muzyków! Ale emocje gwarantowane!

 


Overlapping Layers (Gibbs/ Lash/ Van Schouwburg)  Sikeltolodas (Intrication, CD 2021)

Naszą dzisiejszą wycieczkę dźwiękoznawczą rozpoczynamy w Walii, gdzie we wrześniu 2019 roku, w okolicznościach studyjnych, muzykowało dwóch Brytyjczyków i jeden Belg: Phil Gibbs na gitarze elektrycznej, Dominic Lash na kontrabasie i pracujący wokalnie Jean-Michel Van Schouwburg. Panowie stworzyli sześć bardzo swobodnych improwizacji (absolutnie niepredefiniowanych, co podkreślają na okładce!), których odsłuch zajmuje nam 46 minut i kilka sekund.

Trójka muzyków z okolic Kanału La Manche proponuje nam spektakl, który stawia na dramaturgiczne zaskoczenia, sypie niespodziankami, jak z rogu obfitości, choć w warstwie instrumentalnej zdaje się stawiać na sprawdzone patenty. Gitara Gibbsa kocha tu jazz i bardzo rzadko o tym zapomina. Świetnie swinguje, buduje zwartą melodykę, a w partiach dynamicznych imponuje świetną techniką użytkową. Kontrabas Lasha (znamy się przecież świetnie!) również ciągnie narrację w kierunku jazzowym (dynamiczne pizzicato nie pozostawia złudzeń), ale wrodzona miłość do kameralistyki i piękna praca smyczka sprawiają, iż w tych właśnie wytłumionych, ale jakże swobodnych improwizacjach całe trio czuje się najlepiej. Wreszcie wokalistyka Schouwburga (też znamy się świetnie!) - ten muzyk potrafi doskonale zadbać o nasze emocje! Śpiewa post-operowym tembrem, nuci przy goleniu, wymienia wszystkie trudne spółgłoski na wdechu, czasami przypomina dzikiego kota, zamienia się w żabę szerokoustną, śmiało radzi sobie w roli cyrkowego słonia, a jak trzeba, jego wokaliza przypomina szczebiot mew lub monologi Kaczora Donalda.

Muzycy startują z pozycji absolutnie swobodnej improwizacji, by już w drugiej części stylowo i niemal tanecznie swingować. Potrzebują kolejnych kilku chwil, by głęboko zanurzyć się w kameralnej zadumie. Owe dychotomie stylistyczne gitary i kontrabasu wokalista połyka jednym ruchem ust. Tak czyni choćby w trzeciej części, która zdaje się być pierwszym poważnym krokiem ku samodoskonaleniu się całej improwizacji. W kolejnej części dostajemy garść porannych śpiewów przy goleniu, a już w piątej i szóstej odsłonie trio wchodzi na poziom naprawdę smakowitego free impro. Zaczynają w ciszy, szemrają, mlaskają, głęboko oddychają. Okazjonalnie łapią jeszcze swingujący dryl, ale smyczek i nieskończone możliwości wokalisty sprawiają, iż nawet jazzowa gitara zdolna jest rysować dalece abstrakcyjne frazy. W końcowej improwizacji głos przypomina roześmianego konia, a łagodna gitara buduje  wstęp do pięknej ekspozycji smyczka. Każdy za artystów dokłada tu swoje najlepsze frazy – dźwięki płyną z dużą swobodą, ale i dramaturgiczną precyzją, a improwizacja zmysłowo przygasa na wysoko zawieszonym smyczku.

 


Johannes Nästesjö/Jon Lipscomb  Malmömento (Discordian Records, DL 2021)

Czas na pandemiczny duet w czasie rzeczywistym! Dwie tegoroczne sesje nagraniowe, koniec stycznia i początek lutego, szwedzkie Malmö i nasi dobrzy znajomi - Johannes Nästesjö na kontrabasie oraz Jon Lipscomb na gitarze elektrycznej. Ich swobodna improwizacja składa się z siedmiu części i trwa 42 minuty.

Obu artystów całkiem bezpiecznie zaliczyć możemy jeszcze do artystycznej młodzieży, także ich duet koniecznie winniśmy nazwać młodzieżowym. Z wielu zresztą względów. Muzycy dotarli na sesje nagraniowe naładowani pomysłami, ale też pełni artystycznego zniecierpliwienia, po młodzieżowemu z zagotowanymi głowami. Ich płyta budzi bowiem sporo ambiwalencji, właśnie z uwagi na fakt, iż muzycy mają zbyt wiele pomysłów na swobodną improwizację, na stosowane techniki gry, tudzież wzajemne interakcje. Często dany koncept porzucają w pół zdania, a nawet krótsze utwory naznaczone są jarzmem ciągłej zmiany. Od tego lunaparkowego zgiełku może naprawdę głowa rozboleć. Ale dość tych narzekań. Bez trudu w nagraniu tym odnajdziemy wiele momentów naprawdę ekscytujących.

Johannes zaczyna ostrym, odrobinę brudnym smyczkiem, silnie posadowionym na gryfie kontrabasu. Gdy pracuje w tym trybie, zawsze możemy przy danym fragmencie improwizacji postawić duży znak jakości.  Gitara Jona bywa zalotna, czasem pachnie post-jazzem, innym razem na jej gryfie tlą się emocje post-rocka. Często sięga po preparacje, rzadziej stosuje gitarowe przestery i pick-up’owe niespodzianki. W drugim utworze artyści bardzo udanie dyskutują długimi frazami, zmyślnie rozegranymi ekspozycjami. W trzeciej ich post-jazz natrafia na strzępy psychodelii i wtedy robi się naprawdę ciekawie. W kolejnej części na poły barokowe frazy smyczka zderzają się z rockowym temperamentem gitary. Najciekawiej jest chyba w części szóstej, gdy muzycy przez dłuższą chwilę są konsekwentni dramaturgicznie (!) i budują posuwistymi dronami mroczną, niemal ambientową ekspozycję. Znajdują też wtedy chwile, by swoje emocje zanurzać w otrzeźwiającej ciszy. Ostatnia improwizacja stawia na krótkie, urywane, chwilami filigranowe frazy. To estetyka, w której Szwed i Amerykanin czują się naprawdę dobrze.

 


Vasco Trilla & Tim Daisy  Bristling Duets (Relay Recordings, CD 2021)

Omówienie dwóch covidowych duetów perkusisty i perkusjonalisty Vasco Trilli zaczynamy od wirtualnego spotkania z amerykańskim drummerem Timem Daisy. Ten drugi pracował w Chicago, Katalończyk - rzecz jasna - w Barcelonie. Dwie solowe sesje miały miejsce wiosną tego roku. Nie wiemy, który z muzyków pracował jako pierwszy, domyślamy się wszakże, iż był to Trilla. Panowie przygotowali dla nas trzynaście improwizacji, które trwają łącznie niespełna 40 minut.

Duet dwóch solowych perkusistów, to jakby prezentacja ying & yang współczesnej, improwizującej perkusji. Daisy koncertuje się na drummingu, używa wszelkich dostępnych metod i technik gry, ale de facto pozostaje na etapie bębnienia. Bije rytm i buduje odpowiednią dramaturgię. W całkowitej opozycji do takiej postawy znajduje się Trilla – mistrz no drumming percussion. Muzyk kreuje ambientowe tło, używa niezliczonej ilości technik wydobywania dźwięków, nie stroni od gongów, rezonujących talerzy i armii swoich cudacznych przedmiotów emitujących najprzeróżniejsze fonie, ale … choćby przez moment nie bębni, ani nie buduje struktury rytmicznej (jeśli już, to jedynie w utworze dziewiątym). To specyficzne terytorialnie spotkanie dwóch perkusji nie jest zatem tym, czym mogłoby się wydawać przy lekturze zapisów okładki płyty. Bez zbędnej zwłoki zaglądamy przez drzwi drummerskiej percepcji i oto, co znajdujemy.

Początek, to suchy drumming, na który reagują rezonujące talerze. Zaraz potem szczoteczki perkusyjne pracują w towarzystwie drżących, metalowych przedmiotów, by po chwili wcielić się w rolę dobosza, który pogrywa rytm cyrkowemu iluzjoniście. Kolejne krótkie improwizacje to m.in. metaliczna, matowa perkusja w zetknięciu ze śpiewającymi zabawkami perkusyjnymi, znów spotkanie typowego drummingu z błyszczącymi talerzami, czy ciekawy moment pracy stopy na bębnie basowym w kontrze do dźwięków instrumentu strunowego. Ósma opowieść, to drummerski balet po krawędziach, a kolejna, to właśnie ów moment, gdy perkusiści wspólnie budują rytm – jeden na werblu, drugi na talerzach. Kolejna część zderza small drums z mrocznym ambientem rezonujących, niezidentyfikowanych obiektów. W ostatnich trzech improwizacjach ciężar kreowania dalece nieperkusyjnych fraz zdaje się spoczywać już na obu artystach. Z pewnością te fragmenty zaliczyć możemy do najlepszych na płycie. Poszczególne narracje stawiają na drobne, filigranowe frazy i dużą porcję preparowanych dźwięków, które bardzo efektownie wybrzmiewają na zakończenie nagrania.

 


Per Gärdin & Vasco Trilla  Singularity (Creative Sources, CD 2021)

Kolejny separatywny duet! Per Gärdin (saksofon altowy i sopranowy) pracował w Sztokholmie, Vasco Trilla (kocioł, gongi, metronomy, mały zestaw perkusyjny, clock chimes) - w Barcelonie. Wszystko działo się pomiędzy wrześniem ubiegłego roku, a marcem obecnego. Muzycy wyprodukowali dziewięć improwizacji, które trwają łącznie około 56 minut.

Szwed i Katalończyk zabierają nas na długą i kontemplacyjną podróż po bezdrożach improwizacji, która zdaje się nie mieć spektakularnego początku, ani definitywnego końca. Muzycy pracują nieśpiesznie, jakby płyta kompaktowa, na której zamierzali pomieścić swoje nagrania była z gumy. W trakcie niemal godzinnej narracji Trilla prezentuje cały arsenał artystycznych środków wyrazu, które od niepamiętnych czasów wzbudzają w nas wyłącznie pozytywne emocje, prezentuje także nowe pomysły dźwiękowe, które wypracował w trakcie lockdownu – dużo korzysta z perkusyjnego kotła i gongów, kreuje chmury ambientu, które zdają się dobrze strukturyzować kolejne improwizacje. Saksofonista stara się kontemplować niemal każdy dźwięk, z rzadka emocje górują tu nad konsekwentnym budowaniem improwizowanego chill-outu. Wiele jego fraz pachnie psychodelią dalekiego wschodu, snuje się po podłodze lub wije po nieboskłonie. Czasami muzyka i jego instrument można porównać do bajkowego zaklinacza węży. Muzyka całego duetu broni się niemal w każdej swojej sekundzie, jakkolwiek w drugiej części płyty niektóre pasaże grane są zbyt długo, a samą płytę ocenilibyśmy o poziom wyżej, gdyby została skrócona o przynajmniej kwadrans. Wskażmy na najciekawsze jej momenty.

Każda opowieść budowana jest niezwykle cierpliwie. W drugiej części saksofonista pracuje na wdechu, buduje suspens, a narrację ciągnie do przodu syrena alarmowa i ceremonialne gongi. W kolejnej części Vasco kreuje rytm grając rękoma na werblu. Saksofon zdaje się pracować jeszcze dłuższymi, ale i zadziornymi frazami. Najciekawiej robi się w czwartej improwizacji. Vasco zaczyna swoimi wibrującymi robaczkami, buduje szumiącą przestrzeń, po której przemieszcza się kontemplujący saksofon sopranowy. Muzycy dobrze na siebie reagują, a opowieść z czasem definitywnie nabiera wigoru. Kolejne części wnoszą nowe elementy, także minimalistyczne, ale niektóre improwizacje, zwłaszcza siódma, zdają się nie mieć końca. Ósma, krótka opowieść wybudza nas ze snu. Aktywny drumming, saksofon pełen werwy - muzycy ruszają na bystry i całkiem dynamiczny trip! Finał nagrania ginie we mgle gongu, leniwych westchnień dęciaka i kłębiastych chmurach rezonansu. Czuć, że muzycy dobrze czują się w swoim wirtualnym towarzystwie. Są jak stara rzeka, która nie szuka ujścia do oceanu.

 


Biliana Voutchkova  Seeds Of Songs (Takuroku, DL 2021)

Krótki przegląd solowych nagrań covidowych rozpoczynamy od spotkania z bułgarską skrzypaczką Bilianą Voutchkovą. Część dźwięków, jakie usłyszymy na płycie nagrana została w Berlinie, we wrześniu ubiegłego roku (tu zapewne chodzi o skrzypce i głos), a cała reszta, to efekt eksperymentów artystki, prowadzonych w okolicznościach domowych czasu lockdownu. Ów intrygujący zbiór dźwięków Biliana zawarła w trwającym niewiele ponad dwa kwadranse nieprzerwanym ciągu zdarzeń fonicznych.

Początek spektaklu ogłasza gong, którego dźwięk niemal natychmiast ginie w głuchej przestrzeni nieznanego miejsca. Słyszymy mnóstwo tajemniczych, ale dalece niemuzycznych dźwięków – jakby szelest spadających papierków i całe mnóstwo szumiącej meta rzeczywistości, tej za oknem, czy też tej prawdziwie wewnętrznej. Głos artystki pojawia się jako pierwszy, tuż za nim dźwięk skrzypiec, których glazurę poleruje suchy smyczek. Opowieść sprawia wrażenie, jakby się zapętlała, zakleszczała w zamkniętej przestrzeni. Po kilku chwilach do dźwięków preparowanych skrzypiec dołączają minimalistyczne frazy piana, które natychmiast łapią dużą chmurę pogłosu. Ów pogłos zdaje się dotykać wszystkich dźwięków, jakie pojawiają się w narracji artystki. Część z nich wpada w niemal mechaniczną repetycję, wszystkie zaś one zdają się być spowite mrokiem retorycznej egzystencji. Ten swoisty rytuał samotności po kolejnej chwili zaczyna nabierać bardziej metalicznego, wręcz industrialnego posmaku.

Ceremoniał muzyki do użytku słuchawkowego trwa w najlepsze. Biliana z tysięcy mikro fraz buduje misterną, jakże efektowną plecionkę dźwięków. Gdy trzeba schodzi na samo dno ciszy, innym razem hałasuje i nie waha się wprawić talerzy w głuchy rezonans. Świetnie używa też swojego głosu, multiplikuje jego ścieżkę, czasami jej wokaliza przypomina starocerkiewne modlitwy, które błagają o nadejście niemożliwego. Raz za razem sięga też po swoje ukochane skrzypce, ale tu, w tej samotnej podróży, są one jednym z wielu przedmiotów, które dostarczają tajemniczych fonii. Po 20 minucie słyszymy szum podobny do odgłosu wentylatora, na który nakłada się swoista melorecytacja i mikroskopijny beat, sprawiający, iż  wątek ten zdaje się przypominać dubowe, berlińskie post-techno z końca ubiegłego wieku. Ostatnie minuty tej niesamowitej przygody wypełniają coraz drobniejsze fonie, nano-frazy, które zbliżają nas do niechybnego końca podróży. Finałowe dźwięki, to delikatny śpiew, tuż u progu dnia, który nie zwiastuje niczego nowego.

 


Steve Noble  Solo (Empty Birdcage Records, CD 2021)

Londyńska Hundred Years Gallery, początek grudnia ubiegłego roku i samotny perkusista w roli jedynego uczestnika spektaklu dźwiękowego. Steve Noble, bo o nim mowa, nie wymaga jakichkolwiek prezentacji, zatem dodajmy jedynie, iż w trakcie niespełna 41 minut swobodnej improwizacji korzystał on będzie ze skromnego zestawu perkusyjnego (snare drum), talerzy i równie skromnych akcesoriów perkusjonalnych.

Jedna z legend brytyjskiej perkusji zaprasza nas na świetnie skonstruowany set solowy, w trakcie którego stosuje wszelkie dozwolone i niedozwolone sposoby wydobywania dźwięków z perkusyjnych akcesoriów, doskonale preparuje dźwięk, wprawia przedmioty w kosmiczny rezonans, ale nade wszystko nie zapomina, iż jest perkusistą, a parametry rytmiczne nie przystają być dla niego istotnym wyznacznikiem każdej czynności improwizatorskiej. W jego ekspozycji zmiana zdaje się gonić za zmianą, ale tu lepsze wcale nie jest wrogiem dobrego! Muzyk doskonale kontroluje swoje działania, sprawia, iż całość jest misternie zbudowaną strukturą dramaturgiczną. Dba o szczegóły, schodzi do poziomu pojedynczego dźwięku, nie przestając być eksplozywnym one man orchestra. Wydaje się, że w znoju swobodnej improwizacji Noble doskonale wie, co zagra za moment, a co za kwadrans.

Zaczyna wachlującym talerzem, który brzmi niemal syntetycznie. Potem ugniata coś na werblu, zdaje się budować pierwszą strukturę bardziej rytmiczną, ale cały czas ma coś jeszcze do zrobienia na backgroundzie. Przed 7 minutą kreuje pierwszy pasaż bardziej typowego drummingu, ale szybko kończy go uderzeniem w gong i schodzi do poziomu ciszy. Preparuje dźwięki na całkiem efektownej dynamice, dba też o rezonujące przerywniki, przy okazji bez trudu wzbudzając emocje godne niemal sakralnego rytuału. Przedmioty w jego rękach zdolne są wydać każdy dźwięk. Potrafią brzmieć jak kastaniety, ale i przypominać szlifierską obróbkę skrawaniem lub kocie piski. Spektakl ma wiele faz, a te najpiękniejsze dzieją się być może na samym końcu. Tuż przed upływem drugiego kwadransa muzyk na moment pięknie eksponuje swój full drumming. Zaraz po wybrzmieniu jego perkusjonalia zaczynają śpiewać, a w 34 minucie rozpoczyna się efektowna symfonia rezonansu. Noble snuje chmury ambientu, kreuje industrialne hałasy, czyni całe mnóstwo niebywałych figur brzmieniowych, zdaje się pokazywać ów prosty proces fizyczny niekończącą się ilością barw i tekstur. Na ostatniej prostej dodaje kilka bardziej hałaśliwych uderzeń po talerzach i tym niemalże kuchennym rozgardiaszem kończy swój występ.

 


Daniel Thompson  John (Empty Birdcage Records, DL 2021)

Pozostajemy przy labelu Empty Birdcage i na niecały kwadrans oddajemy się w ręce jego szefa, przy okazji jednego z naszych ulubionych gitarzystów – Daniela Thompsona. Muzyk nagrał krótką improwizację w hołdzie zmarłemu niedawno Johnowi Russelowi, dochód ze sprzedaży plików przeznaczając na wsparcie inicjatywy koncertowej Mopomoso, którą - jak świetnie pamiętamy – stworzył wiele lat temu właśnie Russell. Nagranie w pełni domowe (powstałe w styczniu bieżącego roku), 12 minut z sekundami – gitara akustyczna solo.

Thompson zaczyna ów short-track w swoim stylu, minimalistycznie repetując dźwiękiem niemalże pojedynczej struny. Delikatnie konstruuje flow, który toczy się w ślimaczym tempie, wciąż napotykając na pasma ciszy i bukiety westchnień. Elegia mikroskopijnych fraz drąży jednak skałę i po kilku minutach zaczyna lepić się w dość zwartą i całkiem żywotną ekspozycję.

Posmak post-rocka, zapach post-bluesa, to elementy, które dodają całości pewnego uroku. Muzyka kłębi się, rozwarstwia i zagęszcza jednocześnie, czupurnieje, ale wciąż dostrzegamy w niej należytą dbałość o niuanse.  Po wejściu w tryb bardziej dynamiczny uroda improwizacji wręcz eksploduje, niespodziewanie dostarczając nam nawet frazy godne mistrzów … flamenco. Po osiągnieciu szczytu, ekspozycja zostaje pięknie, stylowo, jakże precyzyjnie wygaszona, aż po pojedyncze dźwięki strun, które przypominają początek nagrania. Step by step to the next silence.

 


Simão Costa  Beat With Out Byte (Cipsela Records, CD 2021)

W ramach finalizacji wątku solowych improwizacji w naszej zbiorówce, spotkanie z portugalskim pianistą Simão Costą. Muzyk zarejestrował swoje nagranie w marcu bieżącego roku (miejsce nieznane), a w jego trakcie korzystał zarówno z klawiatury fortepianu, jak i preparował instrument, a także – co niezwykle istotne dla obrazu całości – korzystał z magnesów, które umieszczał w pudle rezonansowym i wprawiał struny w różnego rodzaju akcje indukcyjne. Efekt tych działań zdaje się być dalece intrygujący, ale to nie jedyny powód, dla którego polecamy to nagranie. Cztery improwizacje z tytułami trwają niepełne 40 minut muzyki.

Costa rozpoczyna swoją opowieść z poziomu ciszy absolutnej. Buduje ów indukcyjny ambient bardzo cierpliwie, wykonuje określoną sekwencję działań i czeka na ich efekt. Ambient płynie strumieniem matowych dźwięków, z drobnym posmakiem syntetyki, która jest tu oczywiście jedynie złudzeniem fonicznym. Po czasie muzyk ubarwia flow kilkoma szarpnięciami za struny i uderzeniami czarnych klawiszy. Drugi utwór kontynuuje konstytucyjny minimalizm narracji. Zabawa w inside piano, w tle której rodzi się nowa chmura ambientu, która z czasem zdaje się pochłaniać akustyczne dźwięki strun i całkowicie dominować w narracji. Utwór drugi kończy się dokładnie tam, gdzie zaczynał pierwszy. W ciszy absolutnej.

Kolejna opowieść początkowo skupia się na metalicznie brzmiących dźwiękach preparowanego fortepianu. Jego struny nerwowo drżą, a kumulujące się echo tworzy nową powłokę rezonującego ambientu. Pod koniec tej części pojawiają się pierwsze akcenty rytmiczne, które formują się w szyk marszowy, zmierzający ku coraz bardziej hałaśliwym frazom. Czwarta improwizacja nie pozostawia już złudzeń, co do intencji twórcy. Repetujące, agresywnie brzmiące klawisze budują dynamiczną narrację, która pęcznieje, mnoży wątki, a muzyk wszystko to wystawia na działania indukujących magnesów. Dynamic dirty dancing piano! Efekt jest naprawdę imponujący - można odnieść wrażenie, że muzyk dekonstruuje, miksuje swoje nagranie w formule live proccesing. Muzyka post-piano wgryza się w nasze zwoje mózgowe, na finał przypomina energetyczny pocisk piano’n’drum’n’bass!

 


Dogs Bite Back  Back? Forward! (Noname666, CD 2021)

Na finał definitywnie porzucamy covid reality, wracamy do roku 2019 i zapraszamy na spotkanie z trzema naszymi dobrymi, rosyjskimi znajomymi, którzy tym razem przybrali groźne szaty Dogs Bite Back. Oto oni: Ilia Belorukov – syntezator modularny, Dmitriy Lapshin – gitara basowa i przetworniki oraz Konstantin Samolovov – perkusja, objects, voice recorder. Pomieszane nagrania studyjne i koncertowe z Sankt Petersburga. Ta odświeżająca porcja gęstego hałasu podzielona została na sześć części i trwa niespełna 40 minut.

Bielorukova i Lapshina słuchaliśmy całkiem niedawno, jak grali akustyczny jazz. Teraz zapominamy o tamtym nagraniu, a zapomnieć pomagają nam już pierwsze dźwięki płyty Back? Forward! Masywny, brudny post-punkowy bas, który szuka dramaturgicznych przełomów w otwartej formule improwizacji, stawiająca stemple, jak słupy graniczne, aktywna perkusja i drący się wniebogłosy syntezator modularny. O tak, idziemy na wojnę i całkiem nam z tym do twarzy! Opowieść intrygująco się pętli, wpada w efektowne zakręty, ale prze do przodu jak czerwonoarmijny czołg! W drugiej części delikatne zdjęcie nogi z gazu - jazzujący bas, roztańczony syntezator i bystra perkusja rysują funkowe pętle z uśmiechem na twarzach. Kolejna część, kilkunastominutowa, doposażona jest w rozbudowaną introdukcję, pełną preparowanych dźwięków, szmerów i trzeszczących werbli i tomów. Elektroakustyczna improwizacja, kreślona lekkim, post-jazzowym basem, na finał osiąga gęstość wietnamskiego napalmu o pranku.

Czwarta historia w pozycji sporej rekontry - niedługa, budowana wyłącznie syntetycznymi dźwiękami, ale zapewne z pomocą rąk i głów wszystkich muzyków. W piątej opowieści powraca dynamika, kreowana przez burczący bas i progresywny drumming. Syntezator tym razem delikatnie wycofany, zalotnie skwierczy i buduje ciekawy suspens. Narracja narasta jak letnia burza, znów łapie funkowy dryl i niweczy w pył wszystko, co napotyka na swojej drodze. W finałowej rozgrywce bas brzmi nad wyraz czysto, z kolei syntezator sprawia wrażenie, jakby złapał pod koła wszelki brud świata współczesnego. Małe percussion tym razem w roli kontrapunktu. Ostatnia opowieść wydaje się być bardziej zrównoważona emocjonalnie, ale i ona łapie dynamikę w szprychy i gna na efektowny finał – death dance, death disco, by przywołać w pamięci klasyków Nowej Fali. Ta dotkliwa fonicznie przygoda kończy się niespodziewanie i pozostawia nas samotnych w poczuciu spędzania udanych, jakże oczyszczających mentalnie kilkudziesięciu minut.

 

 

piątek, 6 marca 2020

Loplop! Malignae! Casswell! Anticlan! PPPT! Why my guitar does not gently weeps!


Dziś czas na prawdziwe guitarquake!!! Pięć płyt, pięciu dalece intrygujących gitarzystów, gatunkowy melting pot i emocje od ognistego dołu do niebiańskiej góry! Oczywiście nie tylko gitary decydują o obliczu muzyki, o której za chwilę porozmawiamy, ale to one są dziś głównym powodem owej dysputy! Każda z nich inna, każda frapująca, każda wyposażona w ładunek indywidualnego szaleństwa!

Zaczniemy od, jak zawsze nad wyraz kreatywnej, Skandynawii i tria Loplop, potem Barcelona i czarna, jak tylko to możliwe Malignae! Oddech (bezdech?) na gitarę solo ze Zjednoczonego Królestwa, a w dalszej kolejności - międzynarodowy, choć z Rotterdamu, Anticlan oraz tajemnicze trio krajowego chowu, które wydaje płyty z częstotliwością raz na miesiąc i jeszcze nazywa swą muzykę spontaniczną!!!! Pierwsza płyta z dziś omawianych ukazała się dziesięć dni przed końcem starego roku, pozostałe pozycje, to tegoroczne świeżynki. Rok 2020 zaczyna się doprawdy ogniście!




Loplop  Loplop (Gotta Let It Out, CD 2019)

Słowo się rzekło, lądujemy w portfelu wydawniczym duńskiej oficyny Gotta Let It Out, a na scenie miejsca zwanego RMC (studio, klub?) witamy szwedzkiego Amerykanina i Norwegów - Jon Lipscomb na gitarze elektrycznej, Dan Peter Sundland na gitarze basowej oraz Ole Mofjell na perkusji. Rzeczone power & fire trio zwie się Loplop, a prezentuje nam swoje debiutanckie dziecię bez tytułu własnego.

Pięć improwizacji, budowanych zapewne w oparciu o scenariusze, tudzież zapiski kompozytorskie, trwa dokładnie 55 minut i 35 sekund. Każda z nich jest rozbudowana (od prawie siedmiu do niemal siedemnastu minut), pełna zaskakujących zwrotów akcji, pokomplikowana dramaturgicznie i niepozwalająca odbiorcy na choćby nanosekundę nudy. W wielu momentach określenie power trio wydaje się trafne, albowiem estetyka ostrego rocka, przyprawionego zdrowym, post-jazzowym sznytem bliska jest upodobaniom artystów, ale też nie oddaje całego bogactwa ich muzyki, niezliczonych pokładów ekspresji i niewyczerpalnych zasobów artystycznej kreacji.

Od pierwszej sekundy słyszymy, iż heavy-psycho-rockowa gitara będzie tu rządzić, stawiać wymagania i egzekwować wszelkie, wcześniejsze ustalenia. Jako że partnerów ma nie byle jakich, bo i basówkę stać tu na wiele, zarówno na etapie budowania potężnej narracji, jak i swobodnej improwizacji, a kocia zwinność perkusji też budzić musi nasze uznanie, to zadanie wydaje się łatwe i nieskomplikowane. Utwór otwarcia jest najkrótszym fragmentem płyty, koncentruje się głównie na dynamicznym, meta rockowym wyznaczeniu terenu dalszych eksploracji. Bystre tempo i adekwatna gęstość narracji - od rockowego drive’u po trzy swobodne strumienie improwizacji. W drugiej opowieści muzycy odstawiają nieco rockową estetykę i brną coraz śmielej w bystre interakcje, skutecznie szukając psychodelii i nigdzie się nie śpiesząc. Wszystko pięknie narasta i lepi się do siebie – barokowy przepych zdarzeń, tudzież młodzieńczy temperament i wigor w kreowaniu ekspresyjnego zakończenia.

Trzeci utwór zdaje się być kluczowym dla obrazu całości. Dość spokojnie otwiera ją bas wraz z perkusją. Gitara podłącza się po krótkiej chwili i łapie swobodny, psychodeliczny dryl, po czym wiedzie narrację w najprzeróżniejsze zakątki – nie brakuje w nich plastrów ciszy, a opowieść budowana jest bardzo skrupulatnie. Po upływie piątej minuty muzycy idą śmiało w galop, który z czasem przybiera niebywałe barwy. Szczególnie ciekawie jest w momencie, gdy gitara zaczyna repetować, a bas i perkusja, miast gnać na zatracenie, zaczynają szukać niuansów i dramaturgicznych pętli. Ogień rocka, wysublimowanie swobodnej improwizacji i artystyczna bezczelność prowadzą muzyków na sam szczyt. W dziele niszczenia naszych przyzwyczajeń bardzo przydatne okazują się: świetny warsztat instrumentalny artystów, niemal zwierzęca elastyczność i brak jakichkolwiek zahamowań stylistycznych. Czwarty utwór pokazuje jeszcze jedno oblicze Loplop – spokojne, niemal balladowe intro, bystrze nabiera mocy, a kołem zamachowym wydaje się być nade wszystko aktywny i niebanalny drumming. Na finał tej części muzycy śmiało otwierają przed nami wrota post-gitarowego noise. Część piąta, ostatnia i kolejne, nowe oblicze tria – sporo wyważonych preparacji, szelestów, szmerów i tajemniczych fonii. Znienacka atakuje nas … saksofon, który brzmi niczym młody Evan Parker, budujący podwaliny gatunku. Gitara Jona brzmi po bailey’owsku, a całą narrację możemy, bez jakiegokolwiek ryzyka popełnienia błędu, potraktować jak tribune to british freely improvised music! Brawo za finał, brawo za całą płytę! 




Malignae  Energía [tan] oscura (Discordian Records, DL 2020)

Gitarowych szaleństw ciąg dalszy! Barcelona, także Bogota, okoliczności studyjne w latach 2017/18 - kilka różnych, także personalnie sesji. Post-black metalowa Maligna na swym debiutanckim wydawnictwie proponuje nam jakby dwie podpłyty – w utworach nieparzystych: Diego Caicedo (gitara, głos, dyrygentura) oraz trzej kontrabasiści: Alex Reviriego, Carlos Ródenas oraz Eduard Altaba, w utworach parzystych: Diego Caicedo – gitara i bas elektryczny, Carlos Jorge – wokal i Cristian Sarmiento – perkusja. Dziewięcioczęściowa drama trwa 35 minut i 41 sekund.

Ciemna (a jakże) energia, to album definitywnie dwubiegunowy, choć światy muzyki improwizowanej (część nieparzysta) i blackmetalowej (część parzysta) mają tu ze sobą wyjątkowo po drodze. Estetyka mroku, egzystencjalnego zwątpienia, artystycznej desperacji i demonicznego nastroju są naturalnym atrybutem obu wspomnianych wątków muzyki współczesnej, które łączy personalnie szef całego przedsięwzięcia, kolumbijski rezydent Barcelony, gitarzysta Diego Caicedo. Muzyk, z którym znamy się doskonale choćby z wydanych w Polsce albumów Low Vertigo i Hung Mung.

Płytę otwiera świst gitary, która dostała zbyt dużą dawkę zasilania elektrycznego. Towarzyszy jej szeroki strumień masywnego, trójgłowego kontrabasu. Smyki na gryfach kręcą świdry, odzierają je ze skóry, gitara topi się w metafizycznym wrzasku, który dodatkowo stymuluje głos, póki co, dość ludzki. Riffy sfuzzowanej gitary otwierają przestrzeń rockowego black – twardy bas, bystra perkusja i growlowy wokal czynią swoją powinność zgodnie z arkanami mrocznej sztuki. Zmienne tempo narracji, początkowo statyczne, potem dalece dynamiczne, całość wyrafinowana, bez specjalnych gatunkowych ekstremów, także ze sporą dawką psychodelii i sznytem latynoskiego temperamentu. Powracamy do wątku improwizowanego – narrację buduje stojący dron sprzęgającej się gitary, który stanowi tło dla czeredy kontrabasów. Te ostatnie, z smykami na sztandarach, ryją nam mózg egzystencjalnymi wątpliwościami, a demony szepczą do ucha wyłącznie złe komunikaty. Kontrapunkt black w części czwartej stawia na łamanie rytmu wedle dobrych wzorów amerykańskiego hc/punk sprzed trzech dekad, mantryczność powtórzeń i bystre solo gitary, czynione na dalece już zaawansowanej dynamice.

W piątym epizodzie kontrabasy stawiają na technikę pizzicato. Gitara włącza się w budowanie narracji, czyniąc ów fragment być może najbardziej zrównoważonym emocjonalnie na całej płycie. Czarna pieczęć części szóstej początkowo toczy się dość statycznie. Głos niemal recytuje krzykiem, gitara przywołuje znajome strachy. Skok w galop emanuje precyzją wykonania, a gitara odpływa jako pierwsza. Siódma, czyli znów improwizowana – kontrabasy brną w tempie godnym blackend, brzmią jak armia straceńców, gitara błyszczy zimnym ogniem, całość bliska zdaje się być bliska ściany dźwięku. Gitara potrafi tu sypać syntetyczną post-elektroniką, karmić nas białym szumem, a każdy z kontrabasów snuje swój separatywny wątek. Brawo! Komentarz black tria wydaje się jeszcze dosadniejszy – huraganowe tempo, ekspozycja wszelkich emocji, multiplikujący się growl. Potem bystre zejście w przestrzeń zwinnego post-rocka i brutalny powrót do wątku głównego. Dobijamy do dziewiątej części – gitara sprzęga się na potęgę, smyki piłują struny wyjątkowo nisko, a zaraz potem wysoko. Moc kreatywnego szaleństwa wiedzie Malignę na spotkanie z ostatnim dźwiękiem. Gitara płonie okiełznanymi już wątpliwościami.




Rex Casswell  Bricolage (Confront Recordings, DL 2020)

Nic tak skutecznie nie odda wielowymiarowości współczesnej gitary, która za nic ma podziały gatunkowe i jakiekolwiek samoograniczenia w zakresie sposobów wydawania dźwięków, jak jej ekspozycja solowa. Przed nami muzyk, który od lat funkcjonuje na obrzeżach wszelkich muzycznych obrzeży (przez co jego dyskografia jest nad wyraz skromna), Rex Casswell i solowa, improwizowana propozycja na gitarę akustyczną i elektryczną, po części także konceptualna, ale o tym za moment. Siedem części, trzy kwadranse wrażeń – zapewniamy - dalece wielowymiarowych. Nagrania z miejsca zwanego Sweet Factory, Louth, Lincolnshire, dwa dni grudniowe w roku 2018.

Bricolage, to przykład gitarowej ekspozycji, którą śmiało zaliczyć możemy do działań radykalnie poszerzających techniki wydobywania dźwięków ze strun i wszystkiego, co jest z nimi fizycznie związane. Muzyk, przygotowując się do żmudnego procesu permanentnego preparowania swoich gitar, przyjął pewne założenie. W każdym z utworów konsekwentnie korzysta on z jednego przedmiotu, bądź z jednej metody preparowania, od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania. Jakie wykorzystuje przedmioty, jakie stosuje metody, można częściowo wywnioskować, analizując tytuły poszczególnych części. Zainteresowanych odsyłamy do bandcampowej strony wydawcy, radzimy wyposażyć się w dobry słownik angielsko-polski. My zaś ograniczymy się do krótkiego opisu każdego fragmentu tej niezwykłej, zarówno pod względem akustycznym, jak i dramaturgicznym, płyty.

Struny gitary traktowane są nad wyraz dynamicznie jakimś ostrym przedmiotem. Wszystko trzeszczy, skrzypi, jęczy pod naporem mocy, dźwięcznie pokrzykuje. Odnosimy wrażenie, iż w tym procesie uczestniczy jednocześnie gitara elektryczna i akustyczna, a całość w konsekwencji nabiera elektroakustycznej poświaty. W drugiej części – wszystkie przedmioty uczestniczące w procesie definitywnie zdają się cierpieć. Ściskanie, rozciąganie, dewastowanie – oto nowy wymiar improwizującej gitary. Aż trudno uwierzyć, iż dźwięki, które słyszymy, to naprawdę gitara. Narracja, nie jedyny raz na tej płycie, poszukuje wewnętrznego rytmu i szuka adekwatnej dla sytuacji scenicznej tekstury. W kolejnym epizodzie słyszymy warkot … silnika spalinowego. Motoryka tajemniczych dźwięków, która stawia nieustanne pytania o źródło ich pochodzenia. Czwarta część – znów siła i ekspresja strunowych dewastacji. Dźwięki w nieco wyższych pasmach, dynamika narracji, która szuka gęstszych struktur, na granicy rytmiki repetytywnej, nie bez akcentów para perkusjonalnych.

Do piątej improwizacji zaprasza nas znów mechanika – jakby świder, wentylator, który rozrzedza gęste powietrze wnętrza. Struny w oczekiwania na dewastację prychają dźwięcznymi foniami, czyniąc opowieść delikatnie dronową, pozbawioną dynamiki. Kolejny fragment – pocieranie metalu o metal, mechaniczna ekspozycja niemal całkowicie pozbawiona typowych dla muzyki atrybutów. Masa trudnych w odbiorze fonii, podawana z epickim rozmachem. Zmiana goni tu zmianę, a całość po czasie niespodziewanie osiąga stan post-mechanicznego ambientu, który rezonuje ze wszystkim, co napotka na swojej drodze. Wreszcie finałowy odcinek płyty – powrót do ostrych dewastacji fonii naprawdę … gitarowych. Dotkliwy dźwięk goni tu dźwięk jeszcze bardziej dosadny. Narracja staje się istotnie efektowna – rodzaj polirytmii, odwróconej tekstury, funk in hell! Po piątej minucie słyszymy wyraźnie, iż muzyk kardynalnie powrócił na gryf gitary, a całość intrygująco wybrzmiewa.




Anticlan  Close To The Bone (Creative Sources, CD 2020)

Wypadałoby teraz zapowiedzieć coś odrobinę relaksującego, ale nie dziś! Kolejna petarda z ważką rolą gitary elektrycznej staje u naszych wrót – zwie się Anticlan! Pierwsza płyta tej formacji istotnie zachwyciła nas jakieś dwa lata temu (co znalazło także odzwierciedlenie w podsumowaniu roku 2018). W studyjnych okolicznościach Rotterdamu, w trakcie zabawnego roku ubiegłego, spotykamy takich oto muzyków: Hugo Costa – saksofon altowy, Josué Amador – gitara elektryczna oraz Philipp Ernsting – perkusja. Artyści będą improwizować przez 48 minut i 49 sekund, a ich opowieść składa się z sześciu epizodów. Bez zbędnych introdukcji recenzenckich przechodzimy do omówienia muzyki posadowionej Tuż Przy Kości.

Bystry circle drumming i post-rockowa, groźna gitara, zasilana gęstym strumieniem prądu zmiennego, witają nas w przestrzeni swobodnej, choć dramaturgicznie uporządkowanej improwizacji. Masywne intro, w trakcie którego gitara ślimaczy się i rozgląda na wszystkie strony, podczas gdy perkusja realizuje całkiem żwawy galop. Po stu sekundach do gry wchodzi saksofon, który maluje freejazzowe bazgroły, a gitara milknie. Gdy po niedługiej chwili powróci, silnie się sprzęgając, narracja będzie już do samego końca płyty tworzona w pełni kolektywnie, przy udziale wszystkich aktorów tego widowiska. Z sekundy na sekundę opowieść pęcznieje, nabiera psychodelicznego sznytu, niesie w sobie pewien suspens, jakkolwiek stąpa po ziemi wciąż twardą stopą. Intrygujące, iż każdy z instrumentów płynie tu jakby własnym tempem, improwizuje swoją bajkę, ale całość wydaje się być wyjątkowo zwarta, a poszczególne jej elementy dobrze skorelowane. Druga opowieść delikatnie traci impet. Gitara sunie post-jazzem, saksofon szuka inspiracji w historii gatunku, a perkusja liczy krawędzie. Rodzaj krótkiej meta ballady, która nie stroni od preparowania dźwięków, zwłaszcza na gryfie gitary. Wejście w trzecią część rekompensuje nam chwilowe braki w zakresie dynamiki – aktywny drumming, saksofonowe repetycje i gitara, która szuka akcentów psychodelicznych po stronie ambientowych plam. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni, elementem stymulującym rozwój wydarzeń na scenie jest perkusja. Rośnie ekspresja, szczególnie w tubie saksofonu, gitara repetuje, a finał epizodu trio odnajduje w zwinnym galopie.

Druga część płyty przenosi nas już w meta przestrzeń post-rockowej psychodelii, tak charakterystycznej dla pierwszej płyty Anticlan. Na starcie czwórki klimatyczna powolność – perkusyjne preparacje, dyszący alt i gitara, która rezonuje z martwym powietrzem. Narracja buduje się jakby sama, klejąc do siebie poszczególne składniki – szczyptę zadumy, artystyczne wątpliwości, dystans wobec siebie i każdego dźwięku. Gitara odpływa jako pierwsza, saksofon w komentarzu plecie cudne mikro melodie. Piąta opowieść rodzi się na drżących talerzach. Wycofany saksofon i gitara, która alchemicznie skrapla wilgotne oddechy muzyków. Znów świetne momenty perkusji, której nie brakuje chęci i pomyślunku do budowania bazy dla pozostałych instrumentów. Saksofon brnie zwinnym post-jazzem, gitara tańczy post-funkiem, po czym wszyscy na scenie błyskotliwie tłumią emocje i płyną rozlanym strumieniem dźwięków do samego końca, potwierdzając, iż to ich ulubiona bajka. Szósta, ostatnia improwizacja, trzyma psychodeliczny klimat – perkusjonalne błyskotki, gitara zaplątana w śliskie struny, saksofon stawiający regularne stemple nieco z oddali. Z czasem opowieść nabiera wigoru, rośnie jej energia kinetyczna. Gitara tym razem szuka rockowego hałasu, a to w tubie saksofonu zdaje się być najwięcej kwasu. Narracja nie intensyfikuje się jednak linearnie - perkusja i gitara idą wspólnie w galop, ale saksofon stoi w miejscu i mantruje na potęgę. Po pewnym czasie także on daje do wiwatu i trio nabiera zmysłowej intensywności. Finał godny całej, chwilami definitywnie błyskotliwej płyty. Opowieść gaśnie przy altowym zaśpiewie.




Parampampam Trio  PPPT EP#30 (Self-bandcamp, DL 2020)

Czas na zapowiadaną już w preambule dzisiejszej zbiorówki … muzykę spontaniczną! Trio zwie się niezobowiązująco Parampampam, pochodzi z Olsztyna, nagrywa już od ponad dekady i właśnie wydało swoją … trzydziestą ep-kę. Z radością zatem witamy na Trybunie Muzyki Spontanicznej załogę w składzie: Andrzej Koczan – bas, Darek Dzwolak – perkusja oraz Paweł Nałysnik (gitara, saksofon). Cztery ponumerowane improwizacje, ponad 36 minut (niezła ep-ka!).

Gatunkowy punkt wyjścia dla improwizacji, zarówno tej predefiniowanej, jak i całkowicie swobodnej, jest … tylko punktem wyjścia. W przypadku PPPT jest nim muzyka rockowa, ta bardziej w blasku post, dynamiczna i transowa muzyka, która lubi także pohałasować (noise forever!). Nie znamy, rzecz jasna, wszystkich poprzednich dwudziestu dziewięciu płyt tria, zatem nasze sądy budujemy głównie na zawartości ostatniego nagrania. A wskazuje ono, iż muzycy już dość dawno opuścili ów punkt wyjścia i pięknie toną w oceanie swobodnych, ponad gatunkowych form, a wszystko, co dobre i wartościowe nie jest im obce.

Na wydawnictwie PPPT EP#30 budzimy się w oparach gęstego, mrocznego, gitarowego ambientu, które stempluje repetujące sprzężenie elektryczne, rodzaj gitarowego riffu, nieznanego do końca pochodzenia. Miarowy zgrzyt talerzy rozpoczyna budowanie narracji właściwej. Po trzeciej minucie gitara i bas wplątują w ów hard-ambient ślady rockowej struktury. Wirująca psychodelia też jest już udziałem muzyków. Gonią ku ścianie dźwięku zwinnie i w dobrym tempie. Drugi epizod otwiera porcja ambientu, która nosi już znamiona harshu. Deep drumming proponuje umiarkowanie spokojne tempo. Dronu bas niemal stoi w miejscu, powietrze jest gęste i parne. Ledwie po kilku krokach trio znów osiąga ścianę dźwięku, ale jej struktura wydaje się być bardziej mgława i nieoczywista, niż w pierwszym odcinku. Narracja pęcznieje, rozrasta się, ale cały proces jest bardziej ekstensywny niż intensywny. Post-ambientowy dron topi się w egzystencjalnej zadumie, zaś perkusyjna mantra realizuje końcową marszrutę.

Trzecia część budowana jest przez perkusyjny rytm, pełen post-punkowych odniesień i ambient sfuzzowanych gitar. Flow jest brudny, ocieka zimnym potem, drży i złorzeczy. Wątki gitarowe toczą się w jego głębi, niektóre z nich poznajemy tylko przelotnie. Na finał zmysłowy harsh ambient milknie, dzięki czemu perkusja i czyste rockowe wiosła mogą nas nieść wzgórzem, które możemy śmiało nazwać udanym wspomnieniem po Joy Division. Czwarta, ostatnia historia – post-rockowa, kolektywna narracja. Bas i perkusja stawiają rytmiczne stemple, gitara tryska kreatywnością w wielu wymiarach, czyniąc jakby mimochodem krótkie resume gitarowego new wave & psycho w ujęciu historycznym. Całość błyskotliwie narasta, bas też dokłada swoje cegiełki, a perkusja bije sercem całego świata. Gitara sprzęga się, tarmosi struny, tańczy sama ze sobą mały rytuał szaleństwa. Post-rock, który kipi emocjami! W połowie dziewiątej minuty bas i perkusja gasną w ułamku sekundy, a szczęśliwe zakończenie płyty jest już udziałem samotnej gitary, która rozlewa się soczystym ambientem.