Wiolonczelistka Hannah Marshall jest aktywnym uczestnikiem brytyjskiej sceny muzyki improwizowanej od przynajmniej dwóch dekad. Grywała na każdej scenie, uczestniczyła w setkach, tysiącach muzycznych spotkań, zarówno w małych grupach, jak i słynnych, wielkich orkiestrach, z tą najważniejszą włącznie. Z występów na naszej ziemi winniśmy ją pamiętać z doskonałego koncertu u boku Trevora Wattsa na jednej z edycji warszawskiego Festiwalu Ad Libitum.
Marshall grywa też solo, choć tę ostatnią aktywność
nieczęsto przekuwa w stosowne wydawnictwa płytowe. Tym większą zatem mamy radość
z odsłuchu jej najnowszego solowego albumu (bodaj drugiego w ujęciu
historycznym), który zawiera rejestracje dwóch koncertów, jakie odbyły się w londyńskim
Cafe Oto – jednego pod koniec roku 2024, drugiego w trakcie wiosny roku 2025.
Koncert grudniowy Hannah otwiera zamaszystym szorowaniem strun
silnie zakrzywioną cięciwą smyczka. Strumień fonii jest gęsty, wielobarwny,
choć odrobinę szorstki, prawdziwie żywy, nieutemperowany. Artystka i jej instrument
zdają się żyć każdą sekundą swojej fizycznej obecności, każdym dźwiękiem płynącym
ze strun, pudła rezonansowego i ludzkiego ciała. Ekspresja, pewna czupurność,
brak zgody na dramaturgiczne przestoje, skróty i uproszczenia, to naczelne
charakterystyki tej historii. Ma ona swój wewnętrzny rytm, czasami koślawy, ale
niezmiennie piękny, doposażony nerwowym oddechem. W drugiej fazie dwudziestokilkuminutowej
improwizacji artystka i jej cello wpadają w rodzaj rozkołysania, nasycony
nutą nostalgii, tudzież filozoficznej refleksji. Pojawia się też efektowna
plejada flażoletów. Zmiana goni tu zmianę, albowiem już po chwili opowieść
wpada w tryby rytmicznego tanga. Artystka zdaje się przez moment wisieć nad przepaścią,
ale moc ekspresji i determinacji utrzymują ją na powierzchni. Narracja
tymczasem przepoczwarza się w gęste drony, a sfinalizowana zostaje porcją post-barokowej,
bardzo szorstkiej melodii.
Koncert kwietniowy inauguruje świst zimnego powietrza, jaki generuje
smyczek próbujący wejść w fizyczny kontakt ze strunami i korpusem instrumentu. Hannah
szoruje struny, aż nabierają blasku i zaskakującej śpiewności. Potem przechodzi
do fazy efektownych preparacji – piłuje struny, zgrzyta zębami, piszczy jak leniwe
kocisko. Po niedługiej chwili zawiesza smyczek wyjątkowo nisko i zaczyna generować
gęste plamy dark ambientu. Wchodzi w tryb minimalistycznego pizzicato,
po czym śpiewa post-barokiem, tu wyjątkowo głośno. Ostatnie kilka minut spektaklu
najpierw przynosi porcje post-kameralnej łagodności, a potem wbrew oczekiwaniom,
w defensywnym dysonansie, kolejne ekscesy szarpania za struny i szukania drugiego
dna. Finałowa prosta eksploduje emocjami, szyta brudnym, rockowym temperamentem.
Hannah
Marshall Grazing (Relative Pitch, CD 2026). Hannah Marshall –
wiolonczela. Cafe Oto, Londyn, grudzień 2024 i kwiecień 2025. Dwie
improwizacje, 49 minut.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz