Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Cargill. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Cargill. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 czerwca 2026

Webster, Pándi & Cargill in Chewed Up And Spat Out!


Wnikliwi poszukiwacze medialnych plotek wiedzą być może, iż brytyjski saksofonista Colin Webster będzie główną postacią, zbliżającej się milowymi krokami, dziesiątej edycji pewnego spontanicznego festiwalu w zachodniej części naszego pięknego kraju.

Z kolei jego dobry kolega z Londynu Matt Cargill, najczęściej obsługujący wybuchową elektronikę, będzie wraz ze swoją flagową orkiestrą Sly & The Family Drone gościem letniego cyklu koncertowego w tymże samym dużym mieście, na jednym z głównych jego placów.

Nie tylko z uwagi na te wydarzenia sięgamy dziś po kasetę, na której wspomniani artyści, podparci żelazną ręką węgierskiego perkusisty Balázsa Pándiego, dziergają dla nas wielobarwne płótno soczystego hałasu opartego ma brzmieniu saksofonu barytowego, ciężkiej syntetyki i masywnego drummingu. Będzie głośno, ale to chyba oczywiste.

  


Pierwsze dwa utwory trwają mniej więcej po pięć minut i stanowią rodzaj wprowadzania do gry. Saksofon i elektronika zgrzytają zębami, perkusja szuka rytmu, toczy pętle, ale donikąd się nie spieszy. Całość nasączona jest szorstką, tajemniczą melodyką. Muzycy spoglądają w kierunku ściany dźwięku, ale nie decydują się na kolejny krok. W drugim z utworów solą akcji wydaje się masywny, syntetyczny dron basu, wokół którego panoszy się spazmatyczny baryton i perkusja, która w zasadzie stąpa w miejscu, akcentując kolejne meta septymy uderzeniami po talentach.

Otwarcie trzeciej części, która trwa nieco dłużej niż poprzednie, jest hałaśliwe, kompulsywne, ale przypomina dreptanie w mulistym bagnie. Elektronika brzmi niczym sprzęgająca się gitara, spleciona z barytonowymi podmuchami gorącego powietrza. Z czasem flow robi się istotnie gęsty i tłusty, niczym sfermentowana grochówka. Drobnym wytchnieniem zdaje się być czwarta opowieść. Medytujące drony post-noise pozwalają na chwile oddechu po obu stronach nieistniejącej sceny. Baryton prycha obleczony plastrem przesterowanej syntetyki, perkusja toczy się wartkim strumieniem, ale intrygująco filigranowym. Całość po pewnym czasie zastyga w lawie dogorywającego space-rocka.

Ostatnia część trwa dwanaście minut i pięknie reasumuje potencjał tego nagrania. Początkowo przypomina demoniczną post-balladę, która po perkusyjnym intro i kilku głębokich, dętych wydechach czeka na aktywację elektroniki. Gdy ów fakt w końcu ma miejsce, saksofon wrzuca szósty bieg, perkusja zarysowuje szlak rytmu, a opowieść nabiera definitywnie noise’owej soczystości. W drugiej fazie nieznacznie tłumi się, przechodząc w stan nerwowego rozdygotania. Brzmi post-industrialne, ale w dawno nieczynnej fabryce. Jeszcze tylko kilka akcji w podgrupach i nerwowych spazmów dęciaka, by całość osiągnęła stan śmiertelnego końca.

 

Colin Webster/ Balázs Pándi/ Matt Cargill Chewed Up And Spat Out (Raw Tonk Records, Kaseta 2026). Colin Webster – saksofon tenorowy, barytonowy, Balázs Pándi – perkusja oraz Matt Cargill – elektronika. Nagrane w Hackney Road Studios, Londyn, czerwiec 2019. Pięć utworów, 38 minut.



wtorek, 3 grudnia 2024

The November/ December’ Round-up: MYL! Belorukov & Džukljev! LBB! Serries in duos! Guy & Mazur! Hyvärinen & Kääriäinen! Olsson! Sly & The Family Drone! Kensho!


Zapraszamy na ostatnią w tym roku zbiorówkę recenzji! Łączone wydanie listopadowo-grudniowe przynosi dziesięć albumów tradycyjnie utrzymanych w estetyce od sasa do lasa!

Tym razem dyktat swobodnej improwizacji będzie bezdyskusyjny. Unikając jazzowych naleciałości (acz nie bez wyjątków) odpłyniemy w bezkres elektroakustyki i instrumentalnych preparacji ze szczególnym uwzględnieniem gitar i instrumentów pochodnych. Ten zestaw recenzji zwieńczymy post-elektroniczną grą w dwa ognie i ekstremalnie wycofaną, minimalistyczną, predefiniowaną improwizacją.

Naszą podróż zaczniemy w Skandynawii (ale bez udziału Skandynawów), potem odwiedzimy serbski Nowy Sad, Francję, Niemcy, Belgię, zahaczymy o Kraków i Helsinki, naładujemy baterie ponownie odwiedzając Skandynawię (tym razem z udziałem Skandynawów), zahaczymy o Zjednoczone Królestwo, by ostatecznie umrzeć snem sprawiedliwego w dalekim Tokio.

So welcome to heaven and hell of multi-coloured improvisation!



 

MYL Trio (Mia Zabelka, Yoko Miura, Lawrence Casserley) Parallel Universes (Setola di Maiale, CD 2024)

Göteborg/ Sztokholm/ Ostrawa, wrzesień 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Yoko Miura - fortepian, melodika oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Sześć improwizacji, 58 minut.

Na dobre otwarcie danie wyjątkowo smakowite! Minimalistyczne, nasączone post-klasycznym sznytem piano, ekstremalnie kreatywne skrzypce doposażane głosem i realizowana na żywo elektronika, która kreuje narrację, ale też transponuje akustyczne frazy na język onirycznej, migotliwej syntetyki. Album konsumuje fragmenty dwóch szwedzkich koncertów tria i kilkuminutowy encore zarejestrowany w Ostrawie.

Pierwszy fragment trwa kwadrans i jest efektownym wprowadzeniem do świata zbilansowanej elektroakustyki. Oniryczna aura, niespieszność, ale też głęboko zakorzeniona wola tworzenia czegoś zaskakującego. Pianistka, to ocean nostalgii, skrzypaczka - bezkres kreatywności, a elektronik – dramaturgiczny rozmach. Pieczołowicie budowana opowieść w fazie wielominutowej finalizacji zapewnia intrygujące spiętrzenie. Kolejne dwie historie są nieco krótsze – ta pierwsza, to rodzaj zabawy z rozkołysanym rytmem, ta druga, lepiona z drobiazgów, zdaje się bazować na dysonansie wystudiowanego piana i zjednoczonych sił skrzypiec oraz live processingu. Czwarta część, najdłuższa w zestawie, to crème de la crème albumu. Delikatny start, nerwowe, rytmiczne rozwinięcie, kreatywny minimal w fazie uspokojenia, a w ramach puenty dodatkowy instrument (melodika) i wejście na poziom intensywnej … medytacji w klimatach AMM. Utwór piąty przynosi dramaturgiczny spokój i garść brzmieniowych niespodzianek, z kolei finałowa opowieść, mimo, iż stanowi koncertowy bis, generuje mnóstwo emocji – od elektronicznych wiwatów, przez skrzypcowe mikro eksplozje, po preparowany falling down z udziałem melodiki.



 

Ilia Belorukov & Marina Džukljev Everything Changes, Nothing Disappears (Acheulian Handaxe, DL 2024)

MSUV, Nowy Sad, Serbia, od grudnia 2002 do lutego 2024: Ilia Belorukov – saksofon altowy, obiekty oraz Marina Džukljev – fortepian, preparacje. Siedem improwizacji, 40 minut.

Ilia i Marina, to artyści, których na tych łamach cenimy i staramy się często o nich pisać. Ten album, to bodaj ich pierwsze wspólne nagranie. Saksofonista, którego znamy także ze świata elektroakustycznego eksperymentu, tu stawia na konkret. Albo jest free jazzowym potworem, albo wysublimowanym preparatorem. Z kolei pianistka zdaje się mieć tysiące twarzy, ale w każdej z nich jest definitywnie przekonywująca. Świetnie radzi sobie zarówno na rozgrzanej klawiaturze, jak i w głębokich odmętach pudla rezonansowego. I jeszcze sygnalizuje wyjątkowo wyczulony zmysł rytmiczny. Innym słowy – świetny album! Spójny, doskonale skonstruowany, choć jest sumą kilku improwizowanych spotkań.

Początek jest minimalistyczny i bazuje na metalicznym rezonansie. Narracja urokliwie pęcznieje, niesiona równym, doboszowym rytmem pianistki. Drugi epizod, to free jazzowy wrzask. Emocje w dętej tubie świetnie tu korelują z narracją piana, realizowaną from inside to outside. Trzecia opowieść jest neurotyczna, pachnie dalekim wschodem, rysowana najgłębszymi strunami piana i saksofonowym bezdechem. Kolejna opowieść także pozbawiona jest dynamiki, ale kasą jeszcze większą urodą. To oniryczna ballada, matowo brzmiąca, sycona minimalistyczną repetycją. Piątka, to kłęby kurzu unoszące się nad free jazzowym pogorzeliskiem. To sekwencja instynktownych preparacji, realizowanych na ekstremalnie połamanej rytmice. Przedostatnia historia sięga po jazz, ale tylko po to, by jego idee zdeptać energią drapieżnej, silnie unerwionej improwizacji. Album wieńczy mroczna, definitywnie piękna koda, osadzona na post-rytmicznych preparacjach strun i dętej tuby.



 

Lenglet/ Bodart/ Bramnk L'humeur des non jours (Circum-Disc, CD 2024)

La malterie, Lille, czerwiec 2023: Philippe Lenglet – gitara akustyczna, elektronika, Samuel Bodart – fortepian preparowany oraz Falter Bramnk – instrumenty perkusyjne, preparacje. Dziewięć improwizacji, 55 minut.

Trójka mniej rozpoznawalnych francuskich improwizatorów upichciła wielominutową improwizację, która warta jest przynajmniej kilku skupionych odsłuchów. Narracja bazuje na dźwiękach preparowanych, podana w dziewięciu częściach ma zgrabnie udramatyzowany ciąg przyczynowo-skutkowy. Ostry, wyrazisty początek, fazę rozbudowanych medytacji i garść eksperymentów w końcowych utworach. Nazwiska muzyków zapisujemy w naszych kajetach grubym flamastrem!

Zgodnie z anonsem dwie pierwsze improwizacje stawiają nas do pionu. Otwierane na raz, wyraziste ekspozycje, rodzaj permanentnie tłuczonej akustyki gitary, piana i instrumentów perkusyjnych. Muzycy świetnie na siebie reagują. Nawet w sytuacjach dynamicznych wyczuleni są na niuanse brzmieniowe, zdolni do riposty w każdym momencie. Począwszy od trzeciej odsłony ich opowieści stają się leniwe, rozwarstwione, osadzone w aurze niedopowiedzenia. Bywają teraz delikatni, dobrze czują się w mroku, w poświacie subtelnego rezonansu. Chętnie wchodzą w strefę minimalizmu, choć incydentalnie przejawiają skłonności do dynamizowania narracji. Ich piąta historia karze zadać pytanie o definicję muzyki konkretnej. W kolejnej części ich egzystencjalny dygot z jednej strony tonie w echu, z drugiej nabiera lokalnej intensywności. Dwie końcowe opowieści, w tym szczególnie ta najdłuższa, przedostatnia, to obszar poszukiwania nowych rozwiązań. Dostajemy garść dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Muzycy korzystają zapewne z elektroniki - brzmienie ich instrumentów wydaje się amplifikowane. Chętnie sięgają po smyczki, a arsenał metod preparowania rośnie z każdą chwilą. Ostatnia prosta przynosi drobne spiętrzenie, jakby artyści chcieli nas wybudzić nim wydadzą ostatni dźwięk.



 

Schneider & Serries Schneider Serries (Schneider Collaborations, LP 2024)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, czerwiec 2023: Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Pięć improwizacji, 36 minut.

Belgijskiego gitarzystę Serriesa znamy na tych łamach doskonale – zarówno jak wrażliwego, improwizującego akustyka, jak i dark-ambientowego elektryka. Tu, w duecie z niemieckim perkusistą Schneiderem, mamy niepowtarzalną okazję poznać go jako instrumentalistę niemalże noise rocka. To z pewnością jeden z jego najgłośniejszych albumów.

Pierwsza odsłona albumu świetnie dokumentuje fakty zasugerowane zdanie wcześniej. Noise rockowa gitara skulona w kłębie post-bluesa wraz z samonapędzającą się maszyną circle drums systematycznie buduje tu ścianę dźwięku. To także rodzaj prog-rocka w stanie agonii, w chmurze dogorywającej psychodelii. Kolejny utwór pogłębia ów stan, ciekawie balansując pomiędzy ginącą melodią i kreatywnym hałasem. Ta część albumu przywołuje w pamięci nagrania Fear Falls Burning, ale zagubione w nieznośnym upale południowego Texasu, zatopione w magmie repetycji. Trzecią część wypełnia płonąca gitara hard-rocka, a kumulujący się wokół niej drumming dopełnia miana power duo. W czwartym epizodzie Serries przypomina epigona ambientu, dla którego jedynym ratunkiem jest ucieczka w psychodelię. W ostatniej części jego gitara wpada w wieczną pętlę powtórzenia. Jej brzmienie zagęszcza się z każdą sekundą, skutecznie tłamsząc melodykę, choć samo frazowanie wydaje się najłagodniejsze z możliwych.



 

Christian Vasseur & Dirk Serries Floating Similarities (Creative Sources, CD 2024)

Kapel Oude Klooster, Brecht, styczeń 2024: Christian Vasseur – siedmiostrunowa gitara klasyczna, strojona ćwierćtonowo, głos oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Teraz dla odmiany zanurzymy się w bezkresie gitarowej akustyki. Serries przesiada się na swój ulubiony archtop, a jego partner Vasseur sięga po instrument klasyczny, ale stroi go dalece nietypowo. Efekt jest więcej niż udany – bystra dramaturgia, moc soczystego brzmienia i niczym nieskrępowana kreatywność, na koniec ubarwiona efektownymi wokalizami.

Muzycy zdają się tu toczyć batalię o najpiękniejszy dźwięk, a zaczynają ją od smyczkowego frazowania. Jedna gitara śpiewa, druga rzęzi jak gruźlik. Moc kreacji jest z nimi w każdym momencie, zarówno wtedy, gdy cedzą dźwięki w trybie minimalistycznymi, jak i wtedy, gdy ekspresja niesie ich na wysokie wzgórze. Lubią rytm, potrafią być naprawdę delikatni, ale nie przestają kąsać ciętymi ripostami. W trzeciej odsłonie śpiewają razem rozdygotaną mantrę, w części kolejnej pachną onirycznym post-bluesem, nie bez autoagresji, by w epizodzie piątym pieścić struny, poszukiwać zjawisk definitywnie post-akustycznych i ostatecznie popaść w intrygującą repetycję. W części szóstej artyści koncentrują się na dźwiękach preparowanych. Najpierw szemrają po kątach, potem nabierają dynamiki i sieją zamęt. Ostatnia improwizacja jest tą najdłuższą i mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Flażolety, drobne szarpnięcia, brzmienia niemal gamelanowe, a w ramach reasumpcji wokaliza mezuina, niesiona bystrym rytmem.



 

Barry Guy & Rafał Mazur Harmony in Diversity (Not Two Records, LP 2023)

Alchemia, Kraków, listopad 2021: Barry Guy – kontrabas oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Osiem improwizacji, 36 minut.

Spotkanie perfekcyjnie brzmiącego kontrabasu i akustycznej gitary basowej, do tego w takim personalnym wykonaniu, nie mogło nie stać się czymś wyjątkowym. Artyści świetnie ze sobą kooperują, doskonale się słuchają, a ich instrumenty bystrze interferują, ale chyba największym zaskoczeniem jest fakt, iż kontrabas i akustyczna basówka potrafią brzmieć na tyle bliźniaczo, że nie zawsze jesteśmy pewni, który z instrumentów odpowiada za dany dźwięk. Muzycy prezentują nam osiem improwizacji, z których ledwie trzy przekraczają pięć minut. Zatem forma, dramaturgia, zapewne także selekcja materiału, to elementy, nad którymi także warto się tu pochylić.

Od startu emocji nie brakuje. Początek tkany jest z drobnych fraz, gdzie arco może oznaczać subtelne szarpnięcie za struny, a rozśpiewane pizzicato maźnięcie zamaszystym pędzlem. To lekko udeptany post-barok, tudzież kameralny post-jazz, niesiony intuicją i kreatywnością jednego muzycznego ciała, rozsiewającego często dźwięki brzmiące imitacyjnie. Muzycy szczególnie dobrze czują się w momentach wzrostu dynamiki i intensywności przekazu. Precyzja wykonania trzyma ich temperament w ryzach, ale i tak wokół każdego unoszą się tumany kurzu. W drugiej części ich wspólne arco śpiewa, a na etapie rozwinięcia pojawia się mnóstw szumów i szmerów. Swoją rolę odrywa tu podskórna warstwa rytmiczna, choć jej linearność bywa zmyślnie komplikowana. Szczególną jakość wnosi czwarta, ponad dziesięciominutowa opowieść. Na jej starcie artyści wydają się agresywni, rozgrzani do czerwoności. Dociskają struny, uderzają w pudła rezonansowe, ale potem zanurzają w gęstwinie preparowanych fraz. Słyszymy delikatne flażolety i niedźwiedzie pomruki, mroczne westchnienia i plamy rezonansu. Ostatnie cztery improwizacje trwają łącznie krócej niż ich poprzedniczka. Dużo w nich drobnych akcji i zaskakujących wolt dramaturgicznych. Perkusjonalne zrywy, melodyjne interwały, post-barokowe zjazdy i podjazdy. Wszystko w kongenialnej komunikacji.



 

Lauri Hyvärinen & Jukka Kääriäinen Pulled Apart by Horses (Bokashi Records, CD 2024)

Helsinki, od grudnia 2023 do stycznia 2024: Lauri Hyvärinen i Jukka Kääriäinen – gitary elektryczne. Pięć improwizacji, 34 minuty.

Naszą gitarową przygodę kontynuujemy w Helsinkach. Na scenie dwóch tamtejszych gitarzystów i zapewne kilogramy przetworników, wzmacniaczy i tego wszystkiego, co służy do stymulowania brzmienia gitary elektrycznej. Efekt pracy artystów jest więcej niż imponujący, choć momentami można odnieść wrażenie, że narzędzie pracy jest tu ważniejsze niż efekt końcowy. Finowie wiedzą jednak, co to umiar, dbają o komfort naszych narządów słuchu, zatem koński album zdecydowanie polecamy, nie tylko dlatego, iż jego odsłuch zajmuje niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy od startu nie kryją, iż wiele ich akcji bliskich będzie miana hałasu – improwizacje nieustannie sycą przesterami, sprzężeniami, spiętrzeniami i dość syntetycznie brzmiącymi grzmotami. Ich palce są wyjątkowo zwinne, a wzmacniacze ogniste. Na obu flankach narracji nie brakuje ciekawych i zaskakujących brzmień, w czym wiedzie prym lewa strona. Tego typu zjawisk artyści nie skąpią nam szczególnie na początku drugiej i trzeciej części. Za pierwszym razem kroczymy po dnie zamulonego jeziora, za drugim drgamy i dajemy się wieść dubowej poświacie. Efektem każdej z tych akcji jest zdrowa porcja noise guitars na etapie rozwinięcia. Muzycy wskazują nam kilka konotacji gatunkowych, ale jeśli do którejś jest im najbliżej, to zapewne do post-rockowej. W części trzeciej nie szczędzą nam martwych plam ambientu i posmaku post-industrialu. Czwarta odsłona zdaje się być tą najbardziej dynamiczną, pełną dobrej energii i szczypty psychodelii, budowaną także post-gitarowymi pasmami, które brzmią niczym noworomantyczny syntezator. Ostatnia, najkrótsza opowieść, to kłęby gitarowych nerwów, brak zgody na ciszę, prawdziwa burza z piorunami.




Henrik Olsson Hand of Benediction II (Barefoot Records, CD 2023)

Miejsce i czas nieznane: Henrik Olsson – gitara elektryczna, syntetyczne przetworniki, Egil Kalman – syntezator modularny, Jeppe Skovbakke – bas elektryczny oraz Rune Lohse – perkusja. Piętnaście utworów, 40 minut.

Ile dramaturgicznych pomysłów i zasobów niespożytej energii można pomieścić na albumie trwającym niespełna trzy kwadranse? Wedle Henrika Olssona – nieskończenie wiele! Niestygnący temperament, iście zornowska dezynwoltura, nieustanna zmienność akcji i niewyczerpalna, artystyczna bezczelność. Tym karmi się druga edycja Hand Of Benediction – instrumentalnie poszerzona w stosunku do jedynki o syntezator modularny. Oto muzyka, która nie bierze jeńców!

Start mówi tu wiele – połamany, punkowy rytm, roztańczona, ribotowska gitara, czerstwy śpiew syntezatora i elektryczny bas sunący rockowym krokiem. Mimo narracyjnego szaleństwa całość jest ścisłe zaprogramowana, a porcje czasem dalece swobodnych improwizacji dopasowane do struktury i poziomu emocji danego epizodu. Z jednej strony funkowe rytmy, z drugiej intrygujące plamy syntezatora (choćby intro do szóstej opowieści), który wnosi do HOB nowy, niekiedy zagadkowy, ale zawsze wartościowy element. W tej grze wszystko jest możliwe, a nawet wskazane. W ósmej opowieści mamy dyskotekowy motyw syntezatora, funkowy bas, zmutowany hard-rock gitary i perksyjne kłęby dymu. Za każdym rogiem czai się tu niespodzianka – brzmieniowa lub dramaturgiczna, albo obie na raz. W jedenastym epizodzie dopada nas prawdziwie rockowe solo gitary, a w dwóch ostatnich piosenkach dominuje free jazzowa perkusja, której definitywnie po drodze ze srogo usposobionym syntezatorem.



 

Sly & The Family Drone Moon is Doom Backwards (Self-released, LP/DL 2024)

Larkins Farm, wrzesień 2021: James Allsopp – reeds, klarnet basowy, Kaz Buckland – perkusja, elektronika, reeds, Matt Cargill – elektronika, głos, instrumenty perkusyjne, Ed Dudley – elektronika, głos oraz Will Glaser – perkusja, elektronika. Siedem utworów, 33 minuty.

Ten brytyjski band zwykliśmy uważać za dość szaleńcze combo. Rytm, niewyczerpalne złoża ekspresji i spore porcje hałasu, to atrybuty ich dotychczasowych, niezwykle energetycznych performansów. Na nowym albumie Sly pokazują spokojniejsze oblicze. Introdukcje pierwszych sześciu utworów są wyważone, nawet odrobinę liryczne, a moc ich rytmicznej artylerii ukryta jest na backstage’u. Dopiero po kilku minutach polirytmiczne perkusje wchodzą do gry, a wtedy można już tylko tańczyć lub uciekać.

Na starcie pierwszej opowieści pulsuje elektronika, słyszymy perkusyjne talerze i ciepły tembr dęciaka. Po kilku minutach ta odsłona Księżyca nabiera znamion post-jazzowego hippie trip. Każda kolejna introdukcja szyta jest innym ściegiem – czasami to rwane, post-elektroniczne pulsacje, doposażone saksofonem zanurzonym w chmurze pogłosu, innym razem, to plama rezonansu, która napotyka na akustyczne frazy, zagubione w przestrzeni kosmicznej. Bywa, że grę inicjuje tu dęciak, wokół którego panoszy się syntetyka, ścieląc pasmo, po którym za moment przetoczy się rozwarstwiony, wielopłaszczyznowy rytm. Utwór szósty rozpoczynają dzwonki, suche podmuchy saksofonu i elektroniczny szmer backgroundu. Uśpione przez całą ekspozycję perkusje budzą się do życia dopiero w ostatniej, dwuminutowej opowieści. Tu króluje stary Sly - krzyczy, dmie, urokliwie hałasuje w pierwotnym rytuale tańca.



 

Taku Sugimoto, Masahiko Okura, Wakana Ikeda & Pere Xirau 見性 kensho (Blu-Rei Records, Kaseta 2024)

Ftarri, Tokyo, lipiec, 2024: Taku Sugimoto – gitara, Masahiko Okura – klarnet, Wakana Ikeda – flet oraz Pere Xirau – glockenspiel. Dwie kompozycje, 37 minut.

Kataloński perkusista i perkusjonalista Pere Xirau od pewnego czasu spędza wiele chwil w dalekiej Japonii. Dużo tam muzykuje, a efekt jednego ze spotkań prezentuje w lokalnym (ze swojego punktu widzenia) labelu na przaśnej kasecie magnetofonowej. Obie jej strony zawierają rozbudowane kompozycje konsumujące dźwiękowe plamy gitary, klarnetu, fletu i perkusjonalii poprzedzielane niekończącymi się buforami ciszy. Nagranie ma definitywnie medytacyjny charakter, wynosi ideę minimalizmu do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko uczy cierpliwości – po obu zresztą stronach sceny.

Atrybuty nagrania wylistowane w poprzednim zdaniu szczególnie dobitnie prezentuje strona pierwsza. Tworzą ją pojedyncze frazy fletu i klarnetu, mikro dźwięki z gitary i równie rozlegle w czasie porcje metalicznie brzmiących dźwięków glockenspiel. W początkowej fazie nagrania cisza trwa tu z pewnością dłużej niż ekspozycja instrumentalna. Ta ostatnia na ogół lepi się w krótkotrwały dron realizowany wspólnie przez wszystkich uczestników spektaklu. Wraz z upływem czasu można odnieść wrażenie, że w strudze leniwej narracji pojawiają się nowe, drobne elementy, na ogół z obszaru, za który odpowiedna Xirau. Mantra ciszy, oddechu i wyczekiwania nie ma tu realnego końca. Druga strona kasety zdaje się być odrobinę bardziej … dynamiczna. Porcje ciszy są krótsze, zdarza się, że partie instrumentalne następują jedna po drugiej bez pauzy. W dalszej fazie ekspozycji bywa, że Katalończyk realizuje coś na kształt drummingu. Sam finał grany jest na jednym, dość długim, jak na kanony tego nagrania, posuwistym wydechu.

 

 

wtorek, 19 października 2021

Malignae! Cryptae! Dead Neanderthals! Hellish Form! Sly and The Family Drone! Sune Soundtracks! The bloodyhell round-up with bad taste!


W naszej pokrętnej rzeczywistości dnia codziennego bywają momenty, gdy ma się ochotę kopnąć owo tu i teraz w cztery litery, okręcić wokół własnej osi i wydać przeciągły okrzyk! Cokolwiek by o takiej ewentualności nie mówić, definitywnie warto rozładowywać emocje, zwłaszcza te złe, każdą dostępną metodą (oczywiście, dozwoloną zasadami życia społecznego).

Do takich działań warto mieć dobrą … ścieżkę dźwiękową, specjalną play-listę, która pozwala bez szwanku na umyśle, czynić porządek z wybuchającymi raz za razem emocjami. Trybuna Muzyki Spontanicznej dziś taki soundtrack dla Was przygotowała.

Sześć mocnych, mrocznych i bardzo emocjonalnych nagrań! Dźwięków, które potrafią boleśnie ranić, ale i rozbujać steraną wyobraźnię. Mniej w nich będzie tym razem improwizacji, więcej post-rockowych, wręcz black-metalowych doznań! Po świecie tego muzycznego szaleństwa oprowadzą nas wszakże nasi dobrzy znajomi z bezgranicznej planety improwizacji – Diego Caicedo, Rene Aquarius, czy Matt Cargill! Wrócimy do pewnego kalifornijskiego doom duetu, którym zachwycaliśmy się wiosną tego roku. Będzie głośno, czasami drapieżnie, czasami bardzo swobodnie i psychodelicznie. A zakończymy ten ultra trip w obłokach post-elektroniki, której zadaniem nie będzie jednak koić naszych zszarganych nerwów! Oj, nie!

 


Malignae  Enemigo Vital (Diego Caicedo’ bandcamp, DL 2021)

Debiut Maligny był niczym choroba dwubiegunowa, z jednej strony zawierał psychodeliczne, mroczne improwizacje na kilka kontrabasów, z drugiej black-metalowe mięcho, podane z gracją baletnicy! Na drugiej swej odsłonie załoga Diego Caicedo (gitara, kompozycje) mówi już do nas prosto z mostu – siłą rażenia, prostolinijnością artystycznego przekazu, dziką bezpretensjonalnością rockowej kapeli. Naszego ulubionego gitarzystę z Barcelony wspierają tu: Carlos Jorge – głos, Javi Garrabella – gitara basowa oraz Cristian Sarmiento – perkusja. Całość, to pięć utworów, które trwają 37 minut z sekundami. Dodajmy, iż płyta nagrana została po rockowemu – każda ścieżka osobno, a gałki potencjometrów znalazły się w rękach różnych producentów.

Kompozycje zawarte na płycie Enemigo Vital mają chwilami epicką wręcz rozpiętość, trwają nawet osiem czy dziewięć minut. Bazują na dynamicznym wstępie z riffami gitary, godnymi nie tyle klasyków ciężkiego metalu, ale raczej grunge’u, a nawet noise rocka, zwinnym rozwinięciu i niemal w każdym przypadku efektownym interludium, które przekierowuje narrację w otchłań mrocznego, gitarowego dark-ambientu, tak charakterystycznego dla solowych płyt Caicedo. W podobnym klimacie następuje zwieńczenie każdego z utworów, które potrafi trwać nawet kilkadziesiąt sekund. Narracja rockowego bandu zdobiona jest tu wokalem w estetyce black metalu, po części growlem, ale na tyle wyraźnie artykułowanym, iż zdecydowanie słyszymy, iż tekst został napisany w konkretnym języku (zapewne katalońskim).

Caicedo prowadzi band twardą ręką, ale nie komplikuje zadania sobie, ani partnerom. Po typową heavy rockową solówkę sięga bodaj tylko raz. Intrygująco frazuje w trzecim utworze, gdy w jego grze słychać echa prog-rocka, a nawet riffy przypominające najlepsze momenty kanadyjskiej grupy Rush. Tempo dyktuje tu prosty, ale bardziej punkowy niż metalowy drumming. Świetnie kreuje on zmienność akcji w utworze numer cztery, w którym także gitara zdaje się pokazywać więcej niż jedną twarz. Z kolei wyjątkowo intrygująco rozpoczyna się ostatnia kompozycja - gęsta magma progresywnej perkusji, która sunie na dużej prędkości, ciężki riff gitary godny najlepszych chwil Black Sabbath i milion rockowych pętli narracyjnych. Po zaskakującym stoppingu opowieść nabiera punkowego przyspieszenia. Flow gitary brudzi się, opowieść na moment staje w cmentarnej mgle, po czym rusza na finałowe złamanie karku! Co za emocje!

 


Cryptae  Decrepit Collection (Cryptae’ bandcamp, LP/DL 2021)

Czas na dwa spotkania z naszym kolejnym, stałym już przewodnikiem po świecie mrocznych, brudnych i zapalczywych dźwięków – perkusistą René Aquariusem. Najpierw duet z Keesem Peerdermanem (gitara, bas, syntezator?). W ramach pierwszego kontaktu z muzyką Cryptae proponujemy Nieudolną Kolekcję, reedycję dwóch pierwszych mini albumów, nagranych w latach 2017 i 2019. Muzycy przygotowali dla nas pięć meta rockowych petard, z których ta ostatnia trwa dłużej niż cztery poprzednie razem wzięte (całość, to niewiele ponad dwa kwadranse).

Model stylistyczny Cryptae, to motoryczna, prosta, punkowa perkusja i definitywnie szalona, kwaśna, ekstremalnie sfuzzowana gitara, która wraz z basem tworzy jeden strumień harsh-post-rocka. W ramach wisienki na torcie zmutowany kolejnym fuzzem (?) wrzask, który jako jedyny wskazuje na black metalowe inklinacje duetu. Jeśli w grze gitary chcielibyśmy dopatrzeć się bardziej oczywistych tropów stylistycznych, to kierunek naszych poszukiwań winien być definitywnie amerykański – dekady temu, w ramach szeroko rozumianego noise rocka, brzmienia bandów związanych choćby z Amphetamine Reptile, takie jak Tar (tu bardzo zagęszczony), prostolinijny, ale silnie zmutowany Guzzard, wreszcie wczesny, jakże surowy, na poły metaliczny Helmet.

Pierwsze dwa utwory mają dość rozbudowaną formę, trwają łącznie prawie 10 minut. Tempa, na ogół zróżnicowane dyktuje drummer, gitara zaś hasa do lewej do prawej i zdaje się nie mieć jakichkolwiek zahamowań. Rży jak koń, rzęzi jak gruźlik, pakuje w nas tony emocji w estetyce black & punky. Dwie kolejne petardy, choć krótsze w formie, zdają się do tego tygla zła wlewać nieco urozmaicenia. Choćby kwaśne frazy, ale i szczyptę melodii ukrytą za ścianą sfuzzowanej gitary. Ów chocholi taniec nad grobem rocka zdaje się być efektownym festynem, pełnym fajerwerków. Ostatni utwór, trwający prawie 19 minut, to już prawdziwie eksplozywna psycho-drama. Duża zmienność akcji, punkowe przyspieszenia, wokalne strumienie wymiocin, ale i pasma post-rockowych znaków zapytania, incydentalnych spowolnień i piekielnych autorefleksji. Pojawiają się pasma suchego, czysto brzmiącego syntezatora. Te ostatnie wieńczą zresztą cały utwór. Jako pierwszy gaśnie gitarowy fuzz, dzięki czemu usłyszeć możemy melodyjną gitarę, takiż bas, no i perkusję, która bije żwawy rytm do samego końca. Ostatecznie opowieść umiera na tle zawieszonej plamy syntezatora.

 


Dead Neanderthals  Rat Licker (wielu wydawców, 7” EP 2021)

Idziemy za ciosem! René Aquarius na perkusji oraz Otto Kokke na saksofonie – ten kompulsywny, ale dalece konceptualny duet znamy na tych łamach dokładnie z każdego nagrania, jakie poczynił przez jedenaście lat swojego istnienia. Ich niebywała przygoda muzyczna startowała od mini albumów, które mieściły w sobie po kilkanaście ledwie minutowych wyziewów punkrockowej nadekspresji, granych w jakże … free jazzowym składzie. Teraz Dead Neanderthals proponują nam śmiały powrót do przeszłości. Na siedmiocalowej płycie mają dla nas … 12 petard o horrendalnej mocy. Co ciekawe, w ramach wspierania umierających wydawców muzyki niepokornej, płyta udostępniana jest przez muzyków jednocześnie na bandcampach kilku labeli. Uwaga, całość tej szalonej historii, to ledwie 9 minut muzyki, nagranej tradycyjnie w White Noise Studio.

Punkowy, prosty jak tylko się da, motoryczny drumming i rozwrzeszczany saksofon, sfuzzowany niczym outsiderska gitara, siarczyście brzmiąca i kąsająca złą energią, to baza tej fantastycznej eksplozji heavy jazzu (tak onegdaj DN się samookreślali!). Tempa różne, na ogół szybkie, nanosekundowe chwile zawahania i całe kilometry jazdy na dramaturgicznym wydechu. W wielu momentach saksofon brzmi tu w kilku płaszczyznach, czasami przypomina nisko zawieszony, czerstwy syntezator, który znamy z wielu nagrań DN (credits o tym ostatnim nie wspominają).

Szczególnie wyraziste zdają się być ultrakrótkie parsknięcia dźwiękowe. Czwarty numer trwa 11 sekund, piąty 21, z kolei ósmy 25, a dziewiąty całe 18 sekund. Emocje, co chwila sięgają tu zenitu, a Rene i Otto, jak zawsze konsekwentni artystycznie, nie pozostawiają nam czasu na głębszą refleksję. Ostatni numer, choć nie trwa nawet minuty stanowi jakby stylistyczne resume tej płyty. Ostre frazy, efektowne zwolnienia, rockowe przełomy i post-gitarowe sprzężenia! Kochamy Dead Neanderthals lub … nienawidzimy. To równie gorące uczucia!

 


Hellish Form  Remains (Hellish Form’ bandcamp, CD/LP 2021)

Na ubiegłorocznej, pierwszej płycie kalifornijski duet zabrał nas swym niebywałym doom metalowym walcem (ostatnie słowo ma tu chyba podwójne znaczenie!) nie tyle do piekła, co do muzycznego nieba. Ich druga płyta delikatnie nasz entuzjazm dla ich dokonań temperuje, ale Hellish Form pozostaje jednym z najciekawszych nowych głosów w gatunku. Za dźwięki odpowiadają tu: Willow Ryan – gitara, syntezator, głos i teksty oraz Jacob Lee – gitara, bas i głos. Jak widać, płytowe credits nie wymienia perkusji, która zdaje się być niezwykle ważnym medium tego muzycznego szaleństwa (czyżby ów doom walec grany był metodami syntetycznymi?). Remains składa się z czterech części i trwa 44 minuty. Muzyka powstała wiosną ubiegłego roku.

Początek płyty buduje typowy dla tej formacji klimat – silnie sfuzzowany riff gitarowy, świetnie korelujący z wczesnymi dokonaniami Black Sabbath i pracująca step by step perkusja, która ryje doom bruzdę w ziemi. Narracja gęsta, ale z oddechem egzystencjalnej refleksji, jakże typowej dla dobrego black metalu. Głos szyje desperackim ściegiem, ale śle nam teksty, które przy odrobinie skupienia dają się sklecić w zdania mające sens logiczny. W dalszej części pierwszego utworu pojawia się pasmo syntezatorowe, które istotnie łagodzi ów fantastyczny do tej pory klimat trwogi. W ramach kolejnych dodatków, które zdobią narrację pozostającą w stanie wiecznej repryzy, nieco bardziej melodyjne frazy gitary i ponownie pasmo syntezatorowe. Druga opowieść delikatnie zwalnia (o ile to w ogóle możliwe!), znów stawia na delikatniejsze frazy gitary (oczywiście główny wątek gitarowy na mocnym fuzzie pracuje w sposób niezakłócony). Najpierw flow gęstnieje, po czym opada niemal na dno i z mozołem wstaje w formie syntezatorowego pasma, wyjętego z dumnej historii … new romantic from the 80’s.

Trzeci odcinek ponawia żmudną drogę przed siebie, jak zwykle bez jasno nakreślonego celu, gdzie nieustanne powtarzanie frazy jest naczelną konstytucją. Kolejne wejścia syntezatora niosą tym razem na swych barkach sporo mrocznych, definitywnie post-romantycznych skojarzeń. Muzyka zdaje się na tym etapie albumu nabierać chłodu, pewnej zimnofalowej (znów sięgamy do nomenklatury lat 80.) ornamentyki. Oto post-doom w nowej, jakże piekielnej formie. Ostatnią kompozycję kreują na wstępie liderujący fuzz gitary i nieco skonfundowane frazy syntezatora. Elementem porządkującym ów pozorny chaos zdaje się być wiecznie żywe doom drums. W ramach kolejnego urozmaicenia pojawia się tu pasmo gitarowe, które brzmi wręcz avant-popowo. Jedno z pasm syntezatora czyni równie istotne, stylistyczne spustoszenie. W połowie najdłuższej części płyty nasz walcowy doom niespodziewanie przyspiesza. Na samo zakończenie narracja znów równa krok do szyku podstawowego, a opowieść rozlewa się bardzo łagodnym, ale szerokim korytem dźwięków gitary i perkusji.

 


Sly & The Family Drone  Jamaica​!​! Meets Sly - Celebrating The End Together In The Good Time Swamp (Sly’ bandcamp, Cassette 2021)

Pozostajemy w kręgu muzyki definitywnie szalonej! Tym razem Matt Cargill i jego ponadgatunkowa załoga o przeuroczej nazwie Sly & The Family Drone (James Allsopp, Callum Buckland, Matt Cargill, Ed Dudley, w roli gościa Alan Courtis). Zwariowani Anglicy spotykają na swej drodze inną, równie zwariowaną załogę o nazwie Jamaica!! (Leon, Roberto, Mary, Josh, Richie, John, Jason, Duane, Eddy, Darren, Sebastian) i postanawiają wspólnie pocelebrować koniec. Nie wiadomo jedynie - ich, czy kogoś innego. Prawdziwa post-post jazda składa się tu z dwóch rozbudowanych meta improwizacji, które trwają łącznie niemal pełne 44 minuty. Nagranie nosi znamiona wstępu live.

Początek owego tajemniczego koncertu rozsyła błędne tropy. Łagodne, akustyczne dźwięki, które giną w głuchej przestrzeni pracującego wytrwale echa. Słychać odgłosy uśpionego miasta, pierwsze frazy perkusji i elektroakustycznego backgroundu. Powstaje nerwowy flow, który dramaturgicznie bazuje na powtórzeniach. Z martwych wstaje także saksofon, który śle roztańczone frazy, ale głęboko zanurzone w półmrocznym ambiencie. Narracja snuje się jak poranny deliryk, którego spacer po pustych ulicach zdobią jedynie incydentalne wybuchy żywej perkusji. Mniej więcej w połowie nagrania beat tej mocnej maszyny stabilizuje swój marszowy krok w nieznane. Oto sytuacyjny chaos, który jest w stanie zaskoczyć nas w każdej sekundzie swojego istnienia.

Początek drugiej części sprawia wrażenie, jakby był popromienną mutacją pierwszej. Post-psychodelia meta rockowych popłuczyn szuka dramaturgicznego punktu zaczepienia. Beat perkusji przypomina dobre, trip-hopowe wzorce sprzed trzech dekad. Napięcie rośnie, nie wiadomo jedynie, w którym kierunku. Pojawia się hiphopowy MC, który stara się budować flow, ale jego próby toną w hałasie przetworników gitarowych, pogłosie i delayach. Narracja staje w miejscu, po czym rusza od nowa i buduje kolejny, chaotyczny wątek, który prowadzi donikąd. Nie brakuje atrybutów rockowych, jest bas, zmutowana gitara (?), na powrót pijany saksofon i cudownie odnaleziony MC. Kwaśne frazy, efektowny rozgardiasz, podróż bez jakichkolwiek drogowskazów - aż trudno uwierzyć, jak dobrze można czuć się przy akompaniamencie takiego soundtracku! Docieramy zatem do mety cali i zdrowi.

 


Sune Soundtracks  Rituals (Głowa Konia Nagrania, DL 2021)

Na finał naszej dzisiejszej autodestrukcyjnej play-listy garść post-elektroniki, jaką proponuje nam Paweł Nałysnik. Swój gęsty, zaborczy meta ambient produkuje przy wykorzystaniu gitary, basu, organów i całej masy efektownych … efektów. Muzyka nagrana tego lata, składa się z sześciu części i trwa 37 minut.

Muzyk buduje napięcie bardzo stopniowo i z rozwagą sięga po kolejne narzędzia tortur. Najpierw wypuszcza dronowy passus, który brzmi definitywnie syntetycznie. Coś w nim pulsuje, coś żyje, coś próbuje oddychać. W kolejnej części pojawia się brud. Wgryza się w każdy dźwięk, repetuje, jak zepsuta prasa hydrauliczna, zanurzona w mrocznym pogłosie. Flow zdaje się już teraz posiadać bardzo bogate życie wewnętrzne. W kolejnej części zdaje się, że słyszymy pracę silnika wysokoprężnego, którego otacza mgła na poły harmonijnej pracy syntezatora. A może gitary? Coś zaczyna melodyjnie seplenić w czeluści tej elektromechaniki.

Najciekawsze na tej płycie zaczyna się wraz z utworem czwartym. Pulsujące echo post-techno daje tu rytm, plamy gitarowej syntetyki sycą zaś przestrzeń pewną równowagą emocjonalną, nieco czerstwą, ale dalece zmysłową.  Dancing ambient in the blue dark. Zaraz potem dostajemy się w chroboczącą przestrzeń, która zdaje się nie mieć końca. Ambient otacza nas z każdej strony, pulsuje pasmo basu, a całość nabiera charakteru otrzeźwiającej medytacji. Finałową ekspozycję otwiera wysoko zawieszony, syntetyczny dron. Jego sound znów pachnie siarką, on sam rezonuje niczym pijany robotnik przy pasie transmisyjnym. Nerwowa, gęsta końcówka dodatkowo buduje jakość całej płyty. Czekamy na followerów!

 

 

piątek, 4 września 2020

Sly and The Family Drone! Walk It Dry & Gentle Persuaders!


Z brytyjską formacją Sly and The Family Drone (jakże piękna trawestacja oryginalnej nazwy!) zetknęliśmy się po raz pierwszy przy okazji wspólnej płyty z holenderskim Dead Neanderthals. Potem było jeszcze krótkie spotkanie z wydawnictwem koncertowym. Dziś proponujemy natomiast zapoznanie się z dwoma najnowszymi płytami grupy. Najpierw pochylimy się nad nowością, potem zajrzymy jeszcze do tej, wydanej w roku ubiegłym.

Naczelną postacią S&FD jest Matt Cargill, który daje życie tej szalonej muzyce wykorzystując syntezatory, wszelkiej maści elektronikę, a także uczestnicząc aktywnie w ważnym strumieniu dźwiękowym dla ostatecznej formuły muzycznej, czyli rozbudowanej sekcji perkusyjnej. Na krążku Walk It Dry (Love Love Records, CD/LP 2020) pojawia się także kilku innych muzyków: James Allsopp (saksofon barytonowy), Callum Buckland (perkusja, elektronika, głos) oraz w jednym utworze Alex Bonney (trąbka). Na wcześniejszym wydawnictwie Gentle Persuaders (Love Love Records, CD/LP 2019) skład personalny nie jest już wyszczególniony, jakkolwiek z pewnością nie oznacza to, iż za wszystkie dźwięki na płycie odpowiada Matt Cargill. Przed skupionym odczytem/ odsłuchem płyt dodajmy jeszcze, iż ta nowa składa się z ośmiu części i trwa niewiele ponad 33 minuty, a ta starsza – z czterech części i trwa 34 minuty z sekundami.

 


Walk It Dry

Krzyk saksofonu barytonowego na sporym pogłosie, masywny, rockowy drumming i elektroniczne pasmo basu, które pilnuje linii ostrzału – rytuał zniszczenia zostaje rozpoczęty! Opowieść pełna ekspresji rocka i kwasu wyłącznie dobrej psychodelii, bystrze okraszona poświatą dubu, kosmicznego echa i dobrze dawkowanego pogłosu. Flow siarczysty, surowy, dramaturgicznie rozchełstany, a jednak pełen wewnętrznej dyscypliny i konsekwentnie przeprowadzany od strefy hałasu po pełne pogłosu wybrzmiewanie. Druga opowieść stawia na szybki drumming i post-elektroniczne akcenty percussion. Na tle tego szaleństwa saksofon wydaje się być nad wyraz leniwy i pełen improwizacyjnego luzu. Dużo dzieje się w tle – mutacje, dewiacje, destrukcje dźwięków lub tego, co z nich jeszcze zostało. Kolejny utwór delikatnie tonuje emocje – moc pięknych, dubowych klimatów, świergot post-elektroniki, rezonujące, żywe plastry fonii. Czwarta historia znów stawia nas do pionu, proponując ekspresyjny drum’n’bass! Towarzyszy mu siarczysty i zmutowany wrzask saksofonu. Jeśli rockowa repetycja daje tu moc, to reszta zdaje się mieć już charakter definitywnie out of the genre, gdzie wszystko jest możliwe, jak choćby … dźwiękowe samozmiażdżenie na koniec pierwszej strony winyla.

Przy wejściu do drugiej jaskini czekają już na nas drżące talerze, zapętlony saksofon i perkusyjna czereda gotowa do ataku, nie pozbawiona plądrofonicznych przesterów. Krzyk, grzmot i post-elektroniczna poświata wybrzmiewania. Dobrze, że kolejna opowieść stawia na czerstwy dark ambient i daje chwilę na niezbędny oddech. Talerze, dęte półdrony i para-syntetyczne melorecytacje. Perkusja milczy, ale czai się za rogiem. Grzmią plamy basu. Coś rodzi się ze strachu, ale do końca utworu nie daje rady wydostać się na powierzchnię. Siódma część znów zostawia dźwiękom dużo swobodny i dubowej przestrzeni – post-elektroniczne percussion, prychy saksofonu, echo złego kosmosu. Perkusja rozkręca się z każdą sekundą, zagęszczając opowieść, a wisienką na torcie zdaje się być pełna powietrza i dobrych preparacji trąbka. Brawo! Wreszcie finał, który stawia na ambient – szum powietrza i dźwięki, które przypominają akordeon, podłączony pod prąd wysokiego napięcia. Śpiewa rzewną piosenkę, koi emocje i … budzi lęk. Twin Peaks 2020! Tło szuka mroku i schodzi do krypty. Akcenty percussion trzymają nas jednak przy życiu, aż do całkowitego wybrzmiewania, które zdobią… afrykańskie śpiewy. 

 


Gentle Persuaders

Otwarcie płyty nie może nie przypaść w udziale saksofonowi, który na pogłosie woła o pomstę do nieba! W tle coś jęczy i rzęzi, mała perkusja krąży na orbicie - długa, ponad 14-minutowa ekspozycja rozwija się dość leniwie. Mrok, szum czerstwego ambientu i noise, który zdaje się czaić na za rogiem. Opowieść pełna swobody, improwizowanego luzu. Saksofon śle drony od prawej do lewej i z powrotem, a perkusja wchodzi do gry na dobre dopiero w połowie utworu. Towarzyszą jej sprzężenia i piski elektroniki. Opowieść - coraz bogatsza w wydarzenia - powoli przybiera szaty krzykliwego post-jazzu z rockowymi, ostrymi pazurami! Gaśnie w echu dronów saksofonowych.

Druga strona winyla – saksofon topi się w elektrycznych sprzężeniach, dmie i cierpi. Perkusja zaczyna wybijać rytm, jak młot. Pasmo syntetycznego basu buduje dół, nad którym tańczy rozchełstany saksofon. Narracja nabiera intensywności i równego kroku, niczym załoga Kraftwerk kilka dekad temu. Strumienie ciekłej psychodelii zdają się lać z każdej strony nieistniejącej sceny. Trzecia opowieść budzi się do życia w oparach brudnego, skwierczącego post-ambientu. Syntetyczne mgławice i żywy drumming tworzą nowy paradygmat emocji. Przestrzeń pęcznieje, echo narasta. Bije dzwon stopy na bębnie basowym, tło charczy, a saksofon leniwie śpiewa wulgarne teksty, wszystko na tle bardzo dynamicznej sytuacji ogólnej. Utwór gaśnie w plądrofonicznej poświacie. Czwarta, ostatnia historia sięga po pozorny spokój i estetykę powykręcanej electro ballady. Słychać gołe dysze saksofonu, coś gwiżdże i szeleści. Subtelny niepokój wisi nad miastem. Perkusja w ramach podsumowania jakże udanej płyty zaczyna jątrzyć do pary z syntetyką. Para rockowy drum’n’bass prowadzi nas na spotkanie z ostatnim dźwiękiem. Oniryczny dub jest z nami!

piątek, 14 września 2018

El Pricto! Triplezero! Anticlan! Sly & The Family Drone! Peixe Frito! Wasteland! MIA! Kern! Total Improvisation Troop! Dalibert! The summary for last days of summer - big excitement guaranted!


Kalendarzowa jesień za pasem, szczęśliwie lato jednak nie odpuszcza. Trudno doświadczyć nudy. Także, w muzyce improwizowanej!

Dziś dziesięć płyt do odczytania. Jak zwykle mieszanka prawdziwie piorunująca – od grind rocka i doom metalu, po elektroakustykę i kojące dźwięki wprost z klawiatury fortepianu. A wszystko naznaczone piętnem improwizacji! Także kolejna porcja nowych nazwisk do zapamiętania. Dzień, jak co dzień na Trybunie!

Katalonia w prawdziwie demonicznym wydaniu, niebanalna Holandia, takaż Anglia, kwiecista Portugalia, szczypta Niemiec, Kanady i Francji. Let’s go and crazy!




El Pricto/ Diego Caicedo/ Javier Garrabella/ Vasco Trilla  Demonology (Discordian Records, 2018)

Wenezuelski saksofonista El Pricto, to prawdziwie renesansowa postać. Szef najważniejszego dla muzyki improwizowanej labelu Barcelony, Discordian Records, uwielbia literackie i artystyczne inspiracje dla muzyki, którą tworzy. Najnowsza pozycja w katalogu zwie się Demonology i jest kompozycją będącą pokłosiem … 72 demonów Ars Goetia, zaczerpniętych z siedemnastowiecznego dzieła The Lesser Key Of Salomon The King. Składa się z tyluż fragmentów, trwających od … 1 do 3 sekund. Muzycy układają z tych mikrofraz dłuższe, muzyczne wypowiedzi. Repetycje, permutacje, skróty i rozwinięcia – gęsta, usiana zasiekami, zdyscyplinowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnych wskazówek kompozytora.

Efekt kipi emocjami, a także precyzją i determinacją w zakresie wykonania koncepcji kompozytora. Dostajemy 25 minutową, dynamiczną, poszarpaną, multigatunkową ekspozycję, budowaną w estetyce, będącej krwistą mieszanką grind-core punk, noise rocka i free jazzu. Polecam szczególnej uwadze graficzny zapis tych mikrokompozycji! Zresztą same tytułu mówią już wiele: black metal, thrash metal, death metal, free, solo, slow doom metal, broken rhythm, blast, beat, grind core, hard core, short loops, latin, epic, extended technique, ha-ha-ha, short growl, drum fill i …żagań (pisane z polskimi znakami diakrytycznymi!).

Historia muzyki zwichrowanej w pigułce! Postmodernistyczna moc wielkiej kreacji - strzelisty saksofon altowy El Pricto, ostra, niemal doom metalowa gitara Diego Caicedo, elektryczny bas Javiera Garrabelli i mocna, zmysłowa perkusja Vasco Trilli. Gdybyśmy zechcieli poszukać całkiem współczesnej, muzycznej inspiracji dla Demonology, to trop może być tylko jeden – Naked City Johna Zorna.




Triplezero 000 (Binary Sorrow/ Antinomia Records, 2016)

Pozostajemy w stolicy Katalonii, ciągle jest z nami Vasco Trilla (perkusja, a także tabla). Obok niego Pablo Selnik na fletach (silnie amplifikowanych) i Denys Sans, odpowiedzialny za elektronikę. Muzyków wspomaga głosem Eric Baule. Formacja zwie się Triplezero. Płyta 000 nie jest może najświeższą pozycją edytorską, dotarła do nas jednak dopiero tego lata. Zawiera, bazująca na skomponowanym materiale, improwizowaną muzykę … death/doom metalową, tworzoną dokładnie przy pomocy instrumentarium, wymienionego wyżej. Przedrostka post możemy w odniesieniu do tej muzyki używać bez ograniczeń. Zajrzyjmy głębiej do tego szalonego przedsięwzięcia artystycznego.

Zaczynamy ścianą post-black metalowego hałasu. Atak dźwięków serwowany naprzemiennie z  pasmami niskiej, złej elektroniki, zdobionymi głosem typowym dla trawestowanego gatunku (teksty Selnika, inspirowane literaturą H.P. Lovercrafta, nie dla osób mniej tolerancyjnych obyczajowo i światopoglądowo). Rodzaj plemiennego rytuału inicjacyjnego. Być może także rodzaj gigantycznego żartu stylistycznego. Kolejne siedem utworów, to krótkie, niekiedy lapidarne perełki noise’ elektroniki z demonicznym głosem i doskonałą perkusjonalistyką Vasco. Slow metal drums, zgiełk fletu na dużym prądzie, brzmiący jak armia gitar elektrycznych, ołowiana elektronika, post-techno zasklepione w krypcie grobowca, interludia noise and industrial, robotyka wirtualnych maszyn, także minuta z czystym dźwiękiem … tabli. What ever you want! Kolejny żywy (i syntetyczny) dowód na monstrualny eklektyzm barcelońskiej sceny muzycznej.

Płytę wieńczy 17 minutowa pieśń tytułowa. Epicka w rozmachu, chwilami genialna w doborze artystycznych środków wyrazu. Pulsujący dron, repetycje, brudny, tłusty sound post-techno. Flet pod wysokim napięciem, elektroakustyka spod dłoni i stóp Trilli, bogata, ciągle zmieniająca się narracja. Wreszcie multiplikująca się tabla, która po 13 minucie, wspierana oniryczną elektroniką, prowadzi nas na pola niemal metafizycznego chill-outu. Na sam finał siarczysta post-elektronika w formie śmiercionośnej mantry. Płyta jedyna w swoim rodzaju, nagrana za pierwszym podejściem, bez post-produkcji!




Anticlan  Volcano Hour (Creative Sources, 2018)

Przenosimy się do Holandii. Na studiu nagraniowym 2/3 power improv trio Albatre (Hugo Costa na saksofonie altowym, Philipp Ernsting na perkusji) w towarzystwie gitarzysty Josué Amadora. Swobodna improwizacja pod nie byle jakim szyldem Anticlan i prawdziwie eksplozywnym tytułem. Dodajmy, obok wybuchów wulkanu, czekają nas także powolne strumienie stygnącej lawy.

Sześć niebywale intrygujących opowieści, zbudowanych przez dobry, uważny, gęsty drumming, gitarę z prądem, lontem do silnie avant-rockowego brzmienia i ze szczyptą zdrowej psychodelii pomiędzy strunami, wreszcie saksofon altowy, który świetnie się z nimi komponuje, choć nie ma zwyczaju wychodzenia przed szereg. Dalece swobodna wymiana dźwięków, lekko zaczepiona w estetyce free jazzu, niestroniąca od rockowych emocji, płynąca szerokim strumieniem od ciszy do hałasu i z powrotem.

Drugi i trzeci fragment skrzy się pięknym, wręcz medytacyjnym klimatem. Uroda gitary eksploduje – minimal deep improve! Amador nie waha się wkraczać w post-industrialną estetykę. W czwartym rośnie poziom decybeli, kind of true power trio. Znów gitara wywołuje wytrysk endorfin u recenzenta. Gdy zamilknie, para sax & drums pięknie ucieka we free jazzowy galop. Costa ma tu swoje pięć minut i perfekcyjnie z tego korzysta. W kolejnej piosence powraca quite stream, zdobiony ornamentami pulsujących strun, przedmuchanych dysz i konwulsyjnej pracy werbla i tomów. Sporo rockowej ekspresji, tu zbyt gwałtownie wyciszonej. Finał umila nam aktywny drumming, wokół którego koncentruje się niespokojny alt i szklista gitara. Świetna płyta!




Sly & The Family Drone  Live at Café Oto (Bandcamp?, 2018)

Mokry od potu karnawał chaosu! To nie jest bynajmniej epitet recenzenta, ale konstruktywna samoocena muzyków. Lubimy na tych łamach stylistyczną egzotykę, niepokorność i zdrowy hałas, zatem czym prędzej odkrywamy karty. Formacja Sly and The Family Drone, to na ogół duet: Matt Cargill – głos, efekty, elektronika i Callum Joshua Buckland – perkusja. Parę dni temu pisaliśmy o ich wspólnej płycie z Dead Neanderthals. Tym razem ich osobna, najnowsza produkcja – koncert z londyńskiej mekki free improve, czyli klubu Cafe Oto! Dwa półgodzinne sety.

Drapieżny, gęsty i bezkompromisowy melanż żywej perkusji i elektronicznych, hałaśliwych pasaży w dalece punkowej estetyce. Równie żywiołowa publiczność w klubie, zdecydowanie podnosi temperaturę spektaklu. Rock and noise improvised as well! Gorący temperament muzyków i główny parametr podlegający procesowi improwizacji, czyli natężenie dźwięku. Triumf artystycznej swobody i naprawdę bezczelnego wykraczania poza dostępne gatunki. Ekstremalizm wyniesiony do rangi sztuki. Prawdziwie chocholi taniec till to death. Ciekawy moment pod koniec pierwszego seta – solowe expose perkusji, na tle drona niskich częstotliwości i zapach upalonego electro!

Choć trudno to sobie wyobrazić, drugi set jest jeszcze gorętszy. Elektronika wsparta samplami płonie dalece intensywniej (żadna gitara nie byłaby chyba w stanie generować takiego przekazu fonicznego!). Pedał gazu wciśnięty maksymalnie. Na finał drummer włącza turbodoładowanie, a na scenie pojawia się wiele przypadkowych instrumentów dętych (wedle słów naocznych świadków, przyjaciele grupy podłączyli się pod występ!). Zgiełk i znój. Cierpienie i odkupienie. Doprawdy, efekt jest frapujący!




Peixe Frito  Jazz From Here. 11.02.1918 (Last Pork Records, 2018)

Zdecydowanie zasłużyliśmy na moment oddechu! Doskonałym wyborem będzie zatem portugalski kwintet Peixe Frito (po naszemu – smażona ryba): Paulo Chagas - flet i saksofony, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, tibetan blow, Paulo Duarte – gitara elektryczna, Alvaro Rosso – kontrabas i Pedro Santo – perkusja. Sześć krótszych opowieści na początek, potem trzy dłuższe.

Zaczynamy od Coltrane’a na delikatnym speadzie, z dobrą ekspozycją gitary elektrycznej. Cała zresztą płyta, budowana jest na ciekawym kontraście akustycznych ekspozycji i dźwięków elektronicznych/ elektrycznych (gitary). Dominują spokojne, nieśpieszne improwizacje (poza jednym wyjątkiem). Oniryzm często wykorzystywanej ciszy, stemple nieinwazyjnej psychodelii, intrygujące dźwięki dęte, precyzyjna sekcja rytmiczna. Żmudna, skupiona narracja, przykład skrupulatnego rzeźbienia w skale improwizacji. Z jednej strony szczypta kameralistycznego zadęcia (szczególnie Chagas na flecie!), z drugiej - niebanalny posmak fussion, gdy trąbka łączy się w procesie generowania dźwięków z elektroniką.

Siódmy fragment, Swing From The Zone, bodaj najdłuższy na płycie, jest też fragmentem najbardziej dynamicznym. Rasowy free jazz tryska po ścianach! Quasi semicki taniec, rozbujała, wyzwolona porcja dobrze upalonego fussion jazzu. Chwilami nawet z elementami funky. Na finał tej naprawdę udanej płyty, kolejne dwa utwory w delirycznym, spokojnym, acz naładowanym dobrą psychodelią klimacie. Powabna sonorystyka kontrabasu, zwinna elektronika i wyraziste ekspozycje dęte.




Parlato/ Chagas/ Lenglet/ Gibbs  Wasteland (Setola Di Maiale, 2018)

Paulo Chagas zostaje z nami (flet, obój, zabawki dźwiękowe, … woda), ale tym razem towarzyszyć mu będzie bardziej międzynarodowe towarzystwo: Rosa Parlato – flet, elektronika, głos, Philippe Lenglet – gitara elektryczna, obiekty oraz Steve Gibbs – gitara klasyczna, 8-strunowa, głos. Siedem rozbudowanych, dość swobodnych improwizacji elektroakustycznych.

Wasteland, to kolejny i nie ostatni dziś przykład łączenia dźwięku żywego z syntetycznym, tu z delikatną przewagą tych pierwszych. Flet, obój, dwie dychotomiczne gitary i kilka zwojów kabli. Szczypta egzotyki, nieco kontrowersyjne wokale, zabawy dźwiękowe, ale i poważne dyskusje na temat. Płyta długa (ponad 70 minut), nie w każdym momencie aż tak intrygująca, by nadstawiać ucha (mało kompromisu na etapie selekcji materiału). Także kilka momentów akceptujących zbyt łatwe dźwięki, jak na wymagania recenzenta.

Skoncentrujmy się wszakże na plusach. W drugim utworze niebanalna ekspozycja fletu, na tle … lejącej się wody. W kolejnym, udany pasus klasycyzującej improwizacji z dobrze tłumionymi emocjami (obój w roli głównej). W czwartym intrygujący, nowy dźwięk (hichiriki?) na tle dość pasywnych gitar. Sonorystyka dętych daje punkty dodatkowe do oceny końcowej. W piątym - sekwencja naprawdę udanych interakcji elektroakustycznych. Także dobry dialog gitary akustycznej i sonoryzującego oboju. A w utworze finałowym zdaje się, że wreszcie cały kwartet dramaturgicznie trybi! Akademickie naleciałości idą w odstawkę, rośnie kreacja i pomysły na rozwój narracji. Ciekawy przykład minimalizmu w procesie improwizacji. Szczypta psychodelii na gryfie gitary elektrycznej, kilka dobrych dźwięków z kabli i nieoczywistych zachowań dęciaków.




Ensemble MIA ‎Live 2016 (Creative Sources, 2017)

Portugalska scena muzyki improwizowanej zdaję się specjalizować w dużych składach, zwinnie poruszających się po oceanie swobodnej muzyki bez scenariusza. Ensemble MIA, to kolejny przykład. Rejestracja z Festiwalu Encontro de Musica Improvisada de Atouguia de Baleia, z roku 2016. Aparat wykonawczy jest ogromny – ponad 60 muzyków, podzielonych na sześć improwizujących składów, każdy z innym przewodnikiem/ dyrygentem. Nie będziemy ich wszystkich wymieniać (każdy z uczestników przedsięwzięcia pojawia się na scenie maksymalnie dwukrotnie), zainteresowanych odsyłamy do sieci globalnej. Może jedynie wskażmy personalia kilku bliższych nam muzyków, takich, jak Luiz Rocha, Alvaro Rosso, Sarah Claman, Miguel Mira, Karoline Leblanc, Bruno Parrinha, Jean-Marc Foussat, Mia Zabelka czy po raz kolejny goszczący w tej zbiorówce Paulo Chagas.

Pierwsza historia, dyrygowana zwinnie właśnie przez Zabelkę, toczy się w atmosferze elektroakustycznego rezonansu, z ciekawą ekspozycją instrumentów strunowych, a w dalszej części perkusjonalnych. Druga – pod przewodnictwem Marka Lotza – eksponuje dęciaki na tle elektrycznych gitar, zawiera także niebanalne preparacje piana i moc przeróżnych głosów obojga płci. Trzecia (F. Choiselat) funkcjonuje na zasadzie kontrastu – z jednej strony rytm, melodia i bystry puzon, z drugiej rozwichrzone eksplozje werbalne, wszystko zaś bogato zinstrumentalizowane. Czwarta (N.Taylor) startuje kameralistyką akustycznych gitar, by po pewnym czasie napotkać hałaśliwe symfoniczne interludia. Sam finał tej akurat improwizacji jest wyjątkowo dynamiczny, przynajmniej na tle pozostałych wydarzeń spektaklu. Początek piątej opowieści (S.Corda) także smakuje dobrą kameralistyką, która płynnie przechodzi w rytualny taniec godowy z okrzykami i wrzaskami (może także publiczności). Wreszcie finał (F.Simoes) – triumfalny powrót elektroakustyki, przy wtórze nadpobudliwych dęciaków, zadziornych strunowców i kolejnych rytualnych śpiewów, czynionych w asyście puzonu.

Mnóstwo intrygujących improwizacji nieco traci na wartości z uwagi na jakość samej rejestracji koncertu. Dźwięk jest mało selektywny, niemal monofoniczny, a brzmienie całości pozostawia wiele do życzenia. Bardzo szkoda. 




Kern  Mittendrin (Creative Sources, 2017)

Przystanek Niemcy i studyjna rejestracja tria Kern: Edith Steyer – saksofon altowy i klarnet, Yorgos Dimitriadis – perkusja oraz Matthias Müller – puzon. Dziesięć improwizowanych opowieści, mających na wejściu status composed by.

Przykład wyjątkowo zgrabnej i świetnie wykonanej improwizacji ustrukturyzowanej. Rodzaj free jazzu delikatnie zakotwiczonego. Średnie pokolenie europejskich improwizatorów, kariery w trakcie stabilnego wzrostu. Czegóż chcieć więcej? Tempo, emocje, sonorystyka – genialny puzon (dla Matthiasa to już norma, patrz: poprzednie recenzje na tych łamach), idący za nim krok w krok dobry, wyrazisty, niebanalny saksofon altowy (na dwa krótkie fragmenty zamieniony na klarnet) i precyzyjny, niezachowawczy drumming. Różnorodne, intrygujące, akceptowalne na każdym poziomie percepcji opowieści, niepozbawione także szczypty klasycyzującego zadęcia, charakterystycznego dla wykształconych akademicko muzyków niemieckich. Szczególnie udane zdają się być dłuższe fragmenty, bardzo swobodnie improwizowane. Trzeci odcinek serwuje nam zwinne synkopy, przykład dobrego jazzu bez niskich częstotliwości. Piąty zdaje się być wyjątkowo śpiewny, szczególnie dotyczy to puzonu, który błyskotliwie mutuje brzmienie. W kolejnym, puzon swoim wyjątkowym tembrem sprawia wrażenie, jakby muzyk korzystał ze wsparcia elektronicznego.

Finałowe odcinki Mittendrin konstytuują wysoką jakość całego nagrania. W siódmym muzycy improwizują w estetyce call & response, są czujni i świetnie na siebie reagują. W ósmym utworze, o jakże adekwatnej nazwie Polar, dają przykład pięknego deep sonore. Czujemy prawdziwy chłód arktyczny. Brawo! Tuż po nim kolejna perła sonorystycznego slow motion. Na sam już finał temat grany z kartki, ale wyjątkowo stylowy.




Total Improvisation Troop  Karma Moxie (atrito-afeito, 2018)

Wracamy do poszukującej elektroakustyki. Kanadyjska pianistka Karoline Leblanc i kolejna pozycja w katalogu labelu, przez nią prowadzonego. Septet zwie się dość buńczucznie Total Improvisation Troop, personalnie zaś to: Alexandre St-Onge – bas elektryczny z asystą komputera, Anne-Françoise Jacques – amplifikowane obiekty rotujące, Karoline Leblanc – fortepian i taal, Lawrence Joseph – gitara elektryczna, efekty, Paulo J Ferreira Lopes - talerze, Peter Burton - kontrabas, Vergil Sharkya – syntezator, efekty. Pięć dość zwartych, w formie i czasie, swobodnych improwizacji.

Troje muzyków odpowiada tu głównie za dźwięki akustyczne, czworo zaś za elektroniczne lub elektryczne. Ta wojna sprzymierzonych nie do końca prowadzona jest na równych prawach. Innym słowy, świat syntetycznych dźwięków jest tu w przewadze, nie tylko ilościowej, ale także dramaturgicznej. Przykład skupionej, uważnej narracji, chwilami nieco akademickiej. Kind of contemporary improve. Wiele udanych preludiów ze strony piana, kontrabasu czy perkusjonalii zdaje się gubić trop w trakcie konfrontacji z dość natarczywym i inwazyjnym światem syntetyki. Choćby w drugim utworze, gdy zwinna improwizacja inside piano natrafia na zgrzyty i plamy nieznoszącej sprzeciwu elektroakustyki. Karolina dzielnie trzyma stery improwizacji, jednak orszak obiektów, płaszczyzn i kabli nie odpuszcza choćby na moment. Wszystko brzmi trochę, jak soundtrack do polskich filmów fantastycznych z lat 70. ubiegłego stulecia.

Nieco ciekawsza zdaje się tu być druga część płyty, choćby fragment czwarty, gdy niebanalne piano snuje wartościowe opowieści, a elektroakustyka ogranicza się do kreślenia tła narracji. W części finałowej druga strona medalu proponuje coś na kształt syntetycznej perkusji w dalekim planie. Żywe instrumenty odnajdują wtedy skrawek przestrzeni dla siebie i nie marnują czasu.




Melaine Dalibert ‎ Musique Pour Le Lever Du Jour (Elsewhere Records, 2018) ‎

Na finał dzisiejszej zbiorówki płyta niezwykła. Niemal idealne zwieńczenie karkołomnych opowieści o dziwnych płytach. Komponowana muzyka na fortepian, godna wszelkich kanonów muzyki, którą zwykliśmy określać mianem minimalistyczej. Kompozytor i wykonawca pochodzi z Francji, nazywa się Melaine Dalibert. Jedna godzina i jedna minuta strukturyzowanego chill-outu!

Music for the daybreak. Czyli dźwięki na czas odpoczynku. Muzyk stosując dwa, trzy algorytmy, sekwencje dźwięków, buduje niebywały klimat nagrania. Bez zbędnej intelektualnej głębi, czy rozbudowanego słowa pisanego w zakresie ideologii, tak charakterystycznego dla muzyki współczesnej, pianista proponuje nam podróż jedyną w swoim rodzaju. Długie dźwięki, miękki rezonans, cisza i ukojenie. Pokonywany dystans czasowy buduje jakość. Jedyne, co możemy stwierdzić na temat przebiegu narracji, to fakt, iż zdaje się, że w drugiej połowie nagrania przerwy pomiędzy dźwiękami są nieco dłuższe, jeszcze silniej akcentując minimalistyczny i relaksacyjny charakter całości. Piękna muzyka!