Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Moran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Matt Moran. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 listopada 2025

The Relative Pitch’ fresh four: Abstract Forest! The Unseen Pact! Tarabita Espiral! Plank 9!


Nowojorski The Relative Pitch Records każdego miesiąca podrzuca soczyste, kompaktowe nowości. Dziś ogarniemy cztery z nich, te mające daty premier ustalone na wrzesień i październik tego roku.

Czas na wątki amerykańskie i latynoamerykańskie, incydentalnie także europejskie - kilka Pań, kilku Panów, moc swobodnej, akustycznej improwizacji, no i jakość na niemal każdym kroku. Dwa tria, duet i solówka – zapraszamy, very welcome!

 


 

Joe Morris, Brad Barrett & Beth Ann Jones Abstract Forest

Dimension Sound Jamaica Plain, Massachusetts, USA, styczeń 2025: Joe Morris – gitara, efekty, Brad Barrett – wiolonczela oraz Beth Ann Jones – kontrabas. Pięć improwizacji, 53 minuty.

Akustyczne trio strunowe (tu z incydentalnymi efektami gitary w jednym utworze), to definitywnie krew muzyki swobodnie improwizowanej. Abstract Forest, to nagranie ze znamienitym gitarzystą umieszczonym na okładce ponad tytułem albumu i nazwiskami kooperantów, ale z pewnością powstałe w demokratycznych okolicznościach. W najdłuższych, kilkunastominutowych improwizacjach odnajdziemy delikatnie przegadane frazy, ale to raczej wyjątki od reguły. Album jako całość, a zwłaszcza ostatnia improwizacja niwelują bowiem te jakże subtelne ambiwalencje.

Otwarcie mieni się wszystkimi odcieniami strunowych dźwięków – od błysku czystej frazy po muł brudnych, szorstkich fonii. Jakby swobodny chamber napotykał na strzępy abstrakcyjnego post-jazzu. Druga odsłona trwa prawie dwadzieścia minut i w jej trakcie muzycy znajdują czas na wszystko – na minimalistyczne otwarcie, wartkie rozwinięcie, zgrabne ekspozycje solowe i melodyjne zakończenie. W trzeciej części pojawiają się gitarowe efekty, a flow bazuje na preparacjach. Całość jest intrygująca, niekiedy dość intensywna, a na koniec znów melodyjna. W czwartej improwizacji czujemy swąd upalonego bluesa. Spokojny start inwokuje nad wyraz dynamiczny, szyty czystymi dźwiękami ciąg dalszy. I wreszcie anonsowany finał płyty – trzy świszczące smyczki wpadają w oniryczny trans, sycą improwizację mnóstwem podprogowych akcji. Opowieść jest intensywna, pełna zdecydowanie niekameralnych emocji.

  


Sofia Borges & Ada Rave The Unseen Pact

Hal5 Studio, Amsterdam, lipiec 2024: Sofia Borges – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Ada Rave – saksofon tenorowy, sopranino. Siedem improwizacji, 38 minut.

Portugalkę i Argentynkę spotykamy w Amsterdamie. Obie od dawna związane są z europejską sceną muzyki improwizowanej, tą na ogół centralną i zachodnią. Ich holenderskie spotkanie, to swobodny post-jazz, który bazuje na dynamice perkusistki i dobrze kontrolowanej ekspresji saksofonistki. Zawsze na temat, bez chwili przestoju, dobre, smakowite granie uformowane w siedem kilkuminutowych opowieści.

Artystki introdukują każdą opowieść bardzo spokojnie, niekiedy wręcz w leniwym tempie. Chętnie sięgają po zabrudzone frazy, jakby czekały aż wzbudzi się w ich sercach duch kreatywnej intensywności. Bywają na swej drodze dość kameralnie usposobione, rozkołysane, melodyjne jak w trzech pierwszych częściach, bywają też bardziej agresywne, wręcz free jazzowe, jak w czwartej i szóstej opowieści. Z kolei piąta historia szyta jest perkusjonalnymi błyskotkami i długimi oddechami z samego dna saksofonowej tuby. Końcowa improwizacja niesie pożegnalną melodię, która z czasem nabiera intrygującej intensywności. Saksofon zdaje się tu być wyjątkowo zwinny, akcje perkusji definitywnie precyzyjne.

 


Maria Valencia, Matt Moran & Brandon Lopez Tarabita Espiral

IBeam Brooklyn, Nowy Jork, maj 2024: Maria Valencia – saksofon altowy, Bb clarinet, Matt Moran – wibrafon oraz Brandon Lopez – kontrabas, instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 46 minut.

Kolumbijską saksofonistkę i klarnecistę odnajdujemy u boku znamienitych postaci free jazzu, nie tylko nowojorskiej sceny, w składzie instrumentalnym dalekim od standardu. W duszach artystów dużo swobody, wręcz improwizacyjnej dezynwoltury, także wiary w moc narracyjnej autokreacji. Efekt końcowy wydaje się wszakże dalece nierówny. Iskrzące jakością momenty przeplatane tu są niespodziewanymi postojami i dramaturgiczną flautą. A w głowach improwizatorów tli się chyba za dużo pomysłów. Nagranie naznaczone jest permanentną zmiennością - brzmienia, sposobu frazowania, tudzież tropów gatunkowych. A jednak słucha się go zaskakująco dobrze.

Pierwsze dwie improwizacje mają długość strony winylowej każda. Tę pierwszą inaugurują szmery z tuby klarnetu, wibrafonowe okruchy i kontrabasowe zabawy z akcentami percussion. Trio bez trudu łapie tu post-jazzowy drive, ale w drodze na narracyjny szczyt wielokrotnie zmienia kierunek, tudzież popada w tajemnicze didaskalia. Narracja balansuje, syci się przeciwieństwami, dramaturgicznymi dysonansami. Druga opowieść wydaje się ciekawsza, choć jeszcze bardziej poszatkowana jest na epizody. Przypomina klasykę swobodnej improwizacji, jaką znamy z garażowych nagrań brytyjskich drugiej połowy lat 60. ubiegłego stulecia. To zarówno istotny komplement, jak i narracyjna wada. Tak czy inaczej, moment, gdy artyści popadają w ewokującą pomysłami medytację wydaje się najlepszym fragmentem albumu. Ten zaś wieńczy ponad ośmiominutowa koda, szyta frazami preparowanymi, dużą porcją akcentów percussion i intrygującym zejściem w otchłań pulsującej ciszy.

  


Berlinde Deman Plank 9

Czas i miejsce akcji nieznane: Berlinde Deman - serpent, głos, efekty.

Na zakończenie jesiennych, nowojorskich nowości album solowy na dęty instrument zwany serpent, głos w formie mglistych wokaliz i analogowe efekty dźwiękowe. Podróż to dalece tajemnicza, osnuta dark ambientową poświatą, tylko pozornie relaksująca.

Pierwsza, najdłuższa ekspozycja, to plejada dętych oddechów, które szukają echa. Ambientowe tło pulsuje, potem zaczyna śpiewać wraz z dęciakiem, a wszystko wydaje się ukryte na dnie oceanu. W kolejnych odsłonach opowieść unosi się ku górze i szuka mniej mrocznych inspiracji. Przybywa akcentów melodyjnych i relaksacyjnych, ale na backgroundzie wciąż czai się coś definitywnie niepokojącego. W trzeciej części odnajdujemy się na post-barokowym koncercie, który z czasem zaczyna pulsować niskimi częstotliwościami i budzić coraz większą trwogę. Szczególny niepokój sieje tu – nie po raz pierwszy na płycie – tajemnicza, mroczna wokaliza. W czwartej części dęte frazy zdają się mieć więcej niż jedną warstwę. Pojawiają się drobne, elektroakustyczne usterki. Serpent płynie długim, śpiewnym strumieniem. Albumowy finisz trwa ledwie dwie minuty, a szyty jest radosnymi, dętymi podmuchami. Delikatnie pulsuje, jak mglisty, blady świt po dość trudnej nocy. Śmiało mógłby stanowić fragment debiutanckiej płyty This Mortal Coil, tej sprzed ponad czterdziestu lat.



piątek, 18 czerwca 2021

Nate Wooley! Mutual Aid Music has a history!


W oceanie muzycznych pomysłów amerykańskiego trębacza Nate’a Wooleya kwartet Battle Pieces zajmuje miejsce dość szczególne. Jest bowiem pomysłem na improwizację, tu istotnie predefiniowaną, najbliżej posadowionym muzyki kameralnej. Skład na trąbkę, fortepian, wibrafon i saksofon buduje swoje opowieści nieśpiesznie, dba o niuanse brzmieniowe i nade wszystko dramaturgiczne. Kwartet Battle Pieces ma swym dorobku edycję pierwszą, drugą i … czwartą. Nic nam nie wiadomo o upublicznieniu edycji trzeciej, ale ona istnieje, przynajmniej na papierze, a jej dalekim odgłosem mogą być intuitywne instrukcje, jakimi posługuje się … rozbudowana do oktetu wersja Battle Pieces, jaką odnajdujemy na najnowszej płycie Wooleya, nazwanej dość buńczucznie Mutual Aid Music, czyli muzyka pomocy wzajemnej, tłumacząc z angielskiego najprostszym sposobem.

Na dwupłytowym wydawnictwie (Pleasure Of The Text Records, CD 2021) odnajdujemy osiem improwizacji, dla których rozpisano dość szczegółowe, ale jednak bardzo swobodne instrukcje, o szczegółach których napiszemy za kilka chwil. Na razie poznajmy line-up, na który składają się rdzenni członkowie Battle Pieces: Nate Wooley – trąbka, Ingrid Laubrock – saksofon, Sylvie Courvoisier – fortepian i Matt Moran oraz doproszeni do oktetu: Mariel Roberts – wiolonczela, Joshua Modney – skrzypce, Cory Smythe – fortepian i Russell Greenberg – wibrafon i instrumenty perkusyjne. Całość nagrania trwa 91 i pół minuty.



 

Każdy z utworów zamieszczonych na płycie zdaje się być inaczej skonstruowany, toczy się z inną dramaturgią, dostarcza także bardzo zróżnicowanych emocji. Każdy z muzyków w trakcie wykonywania danego utworu ma dwa rozwiązania do wyboru: albo improwizuje całkiem swobodnie, albo korzysta z przygotowanych koncepcji kompozytorskich, które nie są wszakże ścisłymi wytycznymi zapisanymi na pięciolinii, to raczej opis technik gry, zasad harmonii, czy też tonacji oraz innych atrybutów dźwiękowych, jakimi winien się dany muzyk kierować realizując swoją improwizację. Kardynalną wszakże wytyczną dla każdego muzyka w trakcie każdego utworu jest intensywne słuchanie partnerów i wchodzenie z nimi w interakcje, określane tu jako tzw. pomoc wzajemna. Przy okazji tychże wytycznych kłania nam się nieśmiertelny duch koncepcji improwizatorskich Johna Stevensa, realizowanych zarówno w ramach mniejszych składów Spontaneous Music Ensemble, jak i większych, tych pod szyldem Spontaneous Music Orchestra.

Opowieść zaczyna się bardzo kolektywnie budowanym strumieniem dźwiękowym, ale nie wychodzącym poza obszar estetyczny, który śmiało możemy określić mianem post-chamber. Molowe, rzewne zaśpiewy, a na czele pochodu wyrazista, czysta w brzmieniu trąbka. Narracja powolna, silnie zadekretowana, niemal post-romantyczna, doposażona wszakże w drobne kanty i efektowne, zadziorne frazy. Emocje koi wibrafon, ciepła dodaje piano, a małe intrygi snują instrumenty dęte. Ciekawiej robi się w kolejnej części, którą zaczyna duet saksofonu i trąbki. Tuż po wejściu w ich szyk narracyjny wibrafonu i piana (być może należy użyć tu liczby mnogiej!), opowieść wtacza się na niemal free jazzowy szczyt. Po wystudzeniu muzycy koncentrują się na bystrych interakcjach, po czym za sprawą agresywnego piana cała opowieść narasta i marszowym krokiem, już zapewne pełną ławą instrumentalną, osiąga całkiem spektakularne zakończenie.

Zapewne to koncepcje autorskie sprawiają, iż po porcji dużych emocji czeka nas istotne ich wytłumienie. Trzecia część budowana jest delikatnymi, bardzo skrupulatnie skonstruowanymi frazami. Zaczynają wibrafon i skrzypce, potem do gry wchodzi minimalistyczne piano i łagodne dźwięki dęciaków. Trochę zamieszania wprowadza ostre cello, ale dźwięk percussion znów studzi emocje. Muzycy zdają się celebrować dramaturgiczne zaniechanie, czekają na to, co wydarzy się w dalszej części nagrania. Tym najmniej cierpliwym jest chyba łobuzujący na boku wibrafon. Część czwarta w pełni rekompensuje nam pewne ambiwalencje, wynikające z dramaturgii utworów nieparzystych. Najlepsza część pierwszego dysku zaczyna się garścią tajemniczych fraz wibrafonu, nerwowymi preparacjami trąbki i strunowymi boleściami. Dirty free chamber w pełnej krasie, które z każdą sekundą zdaje się nabierać mocy, a nawet hałasu! Muzycy odbywają długą podróż od preparowanych brzmień ciszy po eksplozywne wzgórza emocji. Każda akcja może tu liczyć na bystrą reakcję, a koncepcja mutual aid zdaje się perfekcyjnie funkcjonować w tej ośmioosobowej grupie społecznej. W ramach efektownej wisienki na torcie dostajemy jeszcze kompulsywny duet fortepianów, z których jeden proponuje dźwięki preparowane, drugi zaś efektowne palcówki po klawiaturze. Równie dosadny zdaje się być komentarz obu dęciaków. Finałowe wzniesienie ma pełne walory freejazzowe, a wieńczą je piękne dźwięki inside piano ze strunowymi ornamentami.

Otwarcie drugiej płyty jest dalece ceremonialne, ogłasza je bowiem masywne uderzenie w gong. Riposta strunowych instrumentów jest nagła i szyje nerw dla całej ekspozycji. Hałaśliwy chamber zbiera plony niemal przy każdej pętli narracyjnej. Masywne frazy fortepianów i leniwe oddechy dętych budują kontrapunkt, a całość narracji wykonuje wyboistą drogę od dłuższych do krótszych fraz. Znów dużo dobrego dostarczają oba fortepiany, które ponownie bawią się w Dawida i Goliata. Finał należy wszakże do skrzypiec, które kończą utwór równie efektowną łobuzerką, jaką go zaczynały. Kolejna opowieść definitywnie rozgrywa się w podgrupie fortepianów i strunowców. Pozostałe instrumenty, nawet jeśli zdolne są wydać jakikolwiek dźwięk, stanowią jedynie tło. Znów dużo kameralistyki i post-barokowych smyczków. Na koniec najwięcej werwy wykazują dęciaki i to właśnie one ciągną formację na stosunkowo efektowne spiętrzenie, kończące utwór.

Trzecia część wydaje się być nad wyraz konkretna. Niezbyt długa, z nerwem życia, nastawiona na bystre akcje i takież reakcje. Zaczyna piano, potem strunowe drony, kilka dźwięków wibrafonowych. Cała opowieść trzyma się dolnych rejestrów, zdaje się być smutna i zrezygnowana. O zmianę klimatu dba tym razem agresywne, preparowane piano, ale skontrapunktowane zostaje strumieniem słodyczy płynącym ze strony wiolonczeli i skrzypiec. Saksofon i trąbka przypominają o sobie na samym końcu, ewidentnie przespały bowiem ten numer. Czas na finał, aż 15-minutowy, oferujący dużo zdarzeń, wiele akcji, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża, gdy pytanie o dalszą drogę zdaje się być głównym zajęciem większości muzyków. Zaczynają dęciaki, potem strunowce, wreszcie wibrafony. Są kanty i zadziory, ale i chwile nostalgicznej zadumy i trywialnej nudy. Dużo zabawy w podgrupach, mało emocji na scenie głównej. Leniwa dynamika zyskuje na parametrach dopiero po dziesiątej minucie, ale nie na długo. Kilka chwil ubarwionych metodą call & responce, bystre expo fortepianu i finałowe, całkiem udane na tle całości utworu, nerwowe podrygi niemal wszystkich instrumentów. Nagranie milknie w poświacie dźwięków preparowanych.

 

 

wtorek, 11 lutego 2020

Nate Wooley! What If the Battle Pieces are going on?!


Stos z płytami datowanymi na zabawny rok 2020 rośnie w tempie geometrycznym! Ale redakcja Trybuny wciąż jeszcze pamięta o tych, wydanych w zamierzchłym roku 2019. Dziś kolejny odcinek, dodajmy - na pewno nie ostatni.

Nasz alterglobalny bohater, amerykański trębacz Nate Wooley, w ciągu minionych dwunastu miesięcy nie próżnował. Kilka pozycji wydawniczych z jego istotnym udziałem szczerze na tych łamach omówiliśmy (choćby doskonałe płyty kwartetu From Wolves To Whales), o kilku nie wspomnieliśmy raczej z braku czasu niż powodów artystycznych (mocny akcent w trzecim i czwartym odcinku Strings Ivo Perelmana). Dziś natomiast, w ramach deseru, proponujemy odczyt i odsłuch dwóch jesiennych premier z udziałem Wooleya. Pierwsza, to czwarty już odcinek serialu Battle Pieces (choć trzeci nie znalazł jak dotąd wymiaru edytorskiego, chyba, że coś nam umknęło), druga, to duet z naczelnym pianistą free jazzu z Wielkiego Jabłka – Matthew Shippem.




‎Nate Wooley  Battle Pieces 4  (Relative Pitch Records, CD 2019)

Sylvie Courvoisier na fortepianie, Ingrid Laubrock na saksofonach, Matt Moran na wibrafonie oraz Nate Wooley na trąbce. Koncert zarejestrowany w nowojorskiej Roulette, w grudniu 2018 roku. Jeden trak, 46 minut z sekundami.

Łagodna, bopowa trąbka podaje zgrabny strzęp melodii, cichy wibrafon pulsuje, sucha tuba saksofonu prosi o łyk wody, a pojedyncze dźwięki czarnych i białych klawiszy fortepianu tańczą bez jakiegokolwiek pośpiechu – oto aura, w której możemy damsko-męską batalię zacząć na dobre! Predefiniowana improwizacja, która snuje się po concerthallu z gracją wyuzdanej baletnicy, przykład post-jazzowej kameralistyki, kreowanej przez doświadczonych muzyków, którzy świetnie wiedzą, o co w tym wszystkich chodzi. Mają wybitnie wyostrzony zmysł słuchu, dobrze na siebie reagują, nie miewają złych pomysłów w sensie dramaturgicznym, czynią swoje powinności w duchu dalece wyzwolonej demokracji. Nie stronią od zadziorów i spięć pełnych akustycznej doniosłości, przy okazji budują narrację naładowani zdecydowanie większą dawką emocji, niż to pamiętamy z odcinka pierwszego i drugiego. Ich instrumenty wydają wyłącznie udane dźwięki, nawet w intymnych sytuacjach, przepełnionych spokojnymi frazami i kameralistyczną zadumą.

W początkowej fazie koncertu dużo dźwięków serwuje nam saksofonistka. Pozornie ciepła w brzmieniu, ale za to diabelnie niebezpieczna w czynach. Po 11 minucie odnotowujemy bystry duet saksofonu i wibrafonu, w klimacie czerstwego post-jazzu. W komentarzu trębacz proponuje repetytywny szum, którym stymulował będzie improwizację przez dłuższą chwilę. W nieodległym tle pojedyncze, ostre dźwięki fortepianowych strun zdobią opowieść minimalistycznym sznytem. Kolejna faza, to pianistyczne solo, wcale nie kameralne, ale dalece ogniste! Trąbka szumi, saksofon drży, a wibrafon bierze sprawy w swoje ręce i też ma bardzo udane, solowe pięć sekund. Przed upływem 21 minuty, w oparach wielowarstwowego szumu, narracja gaśnie aż do poziomu ciszy. Restart wydaje się być wyjątkowo zmysłowy, wyjście z cienia smakuje mistrzowską akustyką. Dynamiczna narracja jazzy & chamber as well powraca po kilku minutach. Kwartet płynie szerokim strumieniem, pojawiają się incydenty w duetach (tak damskim, jak i męskim). Tę fazę koncertu wieńczy solowa ekspozycja trębacza, którą komentuje ulotne chamber partnerów, powolne, łagodne i piękne.

W okolicach 30 minuty spektaklu kwartet znów nabiera dynamiki i intensywności. Świetne zmiany daje Wooley, chwilami aż warczy z emocji. Tuż obok niego błyskotliwie repetuje Laubrock. Wyjątkowo stylowy zdaje się być także krótkotrwały duet fortepianu i trąbki. Muzycy w tym akurat momencie prawdopodobnie posiłkują się pewnymi scenariuszowymi skryptami, śpiewają niemal jednym głosem. Rolę finałowego wodzireja bierze na siebie wibrafon. Klimaty chamber wydają się królować niepodzielnie na ostatniej prostej. Melodyjne piano i delikatnie preparowany saksofon idealnie wklejają się w zadaną teksturę improwizacji. Wooley dmie w zamkniętą trąbkę w ramach zabawnego komentarza. Całość gaśnie w tempie umiarkowanym, niemal przez pełne dwie minuty. Ostatnie dźwięki, to minimalistyczna repeta wibrafonu.




Matthew Shipp  & Nate Wooley  What If?  (Rogueart ‎, CD 2019)

Matthew Shipp na fortepianie oraz Nate Wooley na trąbce, studyjna rejestracja z Park West Studios, z czerwca ubiegłego roku. Panowie zagrali dwanaście kompozycji (all compositions by), które przy bliższym poznaniu wydają się być całkiem swobodnymi improwizacjami. Na skupiony odsłuch całości potrzeba dokładnie 55 minut i 4 sekundy.

Co, jeśli? to bez wątpienia kolejny przypadek swobodnej, improwizowanej kameralistyki, która estetyczne i stylistyczne korzenie ma głęboko osadzone w jazzie. Opowieść zaczyna się mocnym, tłustym flow, przy użyciu niemal wyłącznie czarnych klawiszy i rozhisteryzowanej trąbki, która skrzeczy niczym stado gołębi po sterydowej kuracji, wzmacniającej ich masę mięśniową. Od szczytującej ekspresji do niemal spirytualnej ciszy. Po tak efektownym intro, kolejne odcinki płyty wydają się być nieco spokojniejsze, a to, co najważniejsze zaczyna się od utworu ósmego. Nim jednak do niego dotrzemy, sprawdźmy, co dzieje się w tak zwanym międzyczasie.

Odcinek drugi, to minimalistyczne piano i luźno podwieszona trąbka, które budują narrację w cokolwiek pogrzebowym tempie, bez dramaturgicznej spiny, wypełnioną dużą ilością powietrza. Oczywiście, jeśli zachodzi taka potrzeba, opowieść natychmiast gęstnieje, a piano nie szczędzi nam dźwięków w jednostce czasu (w przypadku Shippa, rzecz jasna, bez zaskoczeń). Trzecia część wydaje się być bardziej kanciasta, stawiająca na kontrapunkty. Piano płynie zadziorami, trąbka ssie suche powietrze i prycha nim, niczym smok wawelski. Kolejna opowieść rodzi się z ciszy i popiołów – małe klawisze i długie, skrzeczące frazy trąbki. Piąta stawia na agresywne frazy, preparowanie dźwięków i hałas wielobarwnych klawiszy. Flow nabiera nieco chybotliwej dynamiki i stawia ów fragment po stronie najmocniejszych atutów nagrania. Szósty odcinek otwiera piano, które gra … post-ragtime - powykręcany, filigranowy rytm, obok wysoko podwieszona trąbka, popołudniowa rozmowa o życiu i świecie współczesnym. Siódma część płyty może uchodzić za jej trailer – śpiewna trąbka z akcentami sonore i czarne klawisze, które stawiają zasieki. Free chamber z meta melodią i odrobiną masy mięśniowej – typical what if.

Oto docieramy do rzeczonej ósemki, nazwanej Space Junk, która przy okazji jest najdłuższą historią na płycie. Na wejściu bystre reakcje w estetyce call & responce - urywane frazy w poszukiwaniu nowych dźwięków i rozwiązań dramaturgicznych. Muzycy wzajemnie przekomarzają się, stroszą pióra i swawolą bez umiaru. W połowie piątej minuty dokładają do ognia i błyskotliwie hałasują. Demony stają u bram – trąbka krzyczy, pod nią sunie walec czarnych klawiszy. Brawo! Dziewiąta historia szyta jest po raz kolejny dość gęstym ściegiem, zdobiona progresywnymi przebiegami obu instrumentów. Moc jest z nimi, szczególnie z kipiącą trąbką i jej rozszalałymi wentylami.  Zaraz potem rzeczony blaszak, zagotowany po brzegi, rozdaje całusy na prawo i lewo, a piano brnie w półgalop. Nate stawia stemple doskonałości, Matthew udowadnia, że … potrafi być subtelny i wyrafinowany, stosując wyłącznie białe klawisze. Pięknie wytracają tempo i znajdują ostatni dźwięk. Epizod jedenasty brzmi na klawiaturze nieco abstrakcyjnie. Trąbka podłącza się po kilkudziesięciu sekundach i zawadiacko cmoka. Narracja nabiera dynamiki, leje się szerokim strumieniem, po czym zastyga w filozoficznej zadumie. Na ostatnie prostej piano wydaje się nieco zbyt masywne. Wreszcie finał – trąbka dobrze preparuje suche dźwięki, czarne klawisze zawłaszczają przestrzeń nagrania, ale pełne są dramaturgicznych wątpliwości. Flow znów jest gęsty, ciągnie się od dołu do samej góry i z powrotem, niczym gotująca się lawa w zbyt wąskim przesmyku. Shipp puszcza salwy fonii niczym serie z karabinu maszynowego, Wooley z trudem utrzymuje się na powierzchni. Finał płyty, która być może, w tym akurat momencie, zasługiwałaby na coś więcej, muzycy osiągają wspólną repetycją.


wtorek, 31 października 2017

Nate Wooley – Battle Pieces! Bitwy bez rozlewu krwi!


Baczność! Nate Wooley będzie grał! I to repertuar bitewny!

Rozlewu krwi nie uświadczymy z pewnością, przynajmniej w dosłownym znaczeniu. Będzie nawet odrobinę wytwornie i z dużą elegancją, wszak w szranki bitewne staną także dwie niewiasty!

Do rzeczy zatem – jesteśmy w niemieckiej Kolonii, w bodaj najbardziej znanym miejscu dla muzyki improwizowanej w tym właśnie mieście, czyli klubie The Loft. Koniec stycznia 2016 roku, a na scenie czwórka muzyków – na fortepianie Sylvie Courvoisier, na saksofonie (tenorowym) Ingrid Laubrock, na wibrafonie Matt Moran i sprawca całego zajścia – Nate Wooley na trąbce.

Ta czwórka muzyków kontynuuje ekscesy artystyczne zapoczątkowane na płycie studyjnej, która powstała dwa lata wcześniej (Battle Pieces, Relative Pitch Records, 2015 -  w tym miejscu  pisała o tym Trybuna). Niemiecki koncert jest z nami od dwóch miesięcy, także nazywa się Battle Pieces (Relative Pitch Records, 2017), ale w katalogu wytwórni, a także dyskografii Wooleya bywa oznaczany cyfrą 2. Odsłuch czterech odcinków tytułowej ekspozycji (tu, z numerami 4, 5, 6 i 7) zajmie nam godzinę zegarową i jedną minutę. Z przyjemnością zaglądamy zatem do środka.




Bitwa nr 4. Spokojna, nieeksplozywna rozgrzewka instrumentów. Każdy z muzyków puszcza w przestrzeń klubową po kilka dźwięków i czeka na to, co zrobi reszta. Szczypta kameralistycznej aury, okraszonej pytaniem recenzenta o ewentualne działania przedprodukcyjne (innymi słowy, co idzie z głowy, co zaś z notacji, niezależnie od jej formy). Na pytanie tak postawione, do końca płyty nie znajdziemy odpowiedzi w stu procentach wiarygodnej. Tempo od pierwszych chwili zdaje się być nieco tłumione, co zwinnie podkreśla smakowity pasaż Nate’a na dość jeszcze wychłodzonym instrumencie. Komentarz Sylvie na akustycznej klawiaturze, dla odmiany z odrobiną ognia. Narracja chwyta niemal pogrzebowy rytm i jasno stawia sprawę – nigdzie nam się dziś nie śpieszy. Konsekwencją – poziom naszych emocji, który na tę chwilę przyjmuje wartości ujemne. Wooley skwapliwie dorzuca jednak do ognia, dzięki czemu muzyka toczy się z odrobiną żaru (pozostali muzycy stawiają jedynie ornamenty – tu bezwzględnie zaznacza się ingerencja kompozytorska). Szczęśliwie w okolicach 11 minuty Ingrid postanawia zadać kłam insynuacjom recenzenta. Pięknie prowadzi swojego dęciaka, a na scenie doświadczamy pierwszych prawdziwie improwizowanych ekscytacji. Wooley jest jednak czujny i pod koniec tej długiej, blisko 20 minutowej ekspozycji, bez kłopotu gasi żar improwizacji, patrząc obu Paniom głęboko w oczy.

Bitwa nr 5. Wooley proponuje niebanalną i urokliwą melodię, którą powtarza i którą stara się inspirować partnerów do aktywnych działań twórczych (czy można to nazwać kompozycją?). Repetycja trwa, a pozostała trójka interesująco komentuje. Dynamika tego fragmentu jest o tempo szybsza niż w pieśni otwarcia, ale sam krok narracji jest ledwie spacerowy. Zamiast eskalacji, subtelne wyciszenie przy akompaniamencie piana i wibrafonu. Saksofon Ingrid jest nienachalny, lekki, ale nie cool jazzowy. Muzycy brną na delikatnie zaciągniętym ręcznym. Coś jednak musi się zdarzyć! Odwagi nie brakuje saksofonistce, która ambitnie dynamizuje swoje poczynania. Dmie uroczo i stawia ów pasus w szranki walki o najlepszy, jako dotąd, fragment płyty (ze świetną asystą Sylvie – jakże ognisty duet!). Po chwili moment ciszy, który gwałci Nate i jego trąbka. Wytrawna, solowa ekspozycja sonore (miód, malina! – notuje w kajecie recenzent). Muzyk wydaje dźwięki nawet otworem gębowym! Komentarz Ingrid też pozbawiony znamion melodii i struktury rytmicznej. Tryumfalnie powraca melodia przewodnia, tym razem grana przez fortepian.

Bitwa nr 6. Z mroku i ciszy wyłaniają się niezwykle zdyscyplinowane preparacje i drobne incydenty akustyczne. Macanki w podgrupach idą w najlepsze. Pod koniec 5 minuty wstajemy z grobu i mamy ochotę na odrobinę życia. Opowieść gęstnieje, fortepian zdaje się stawiać swoje warunki, a emocję płoną, ale pod ścisłym nadzorem Referendarza.

Bitwa nr 7. Saksofon i trąbka w spokojnym tańcu, piano dba o bazowe dźwięki. Jak na zasady panujące w trakcie tych bitew, ze sceny zieje sporą porcją energii, a działania muzyków noszą znamiona dynamicznych. Spodziewane wytłumienie narracji zastaje całą czwórkę w pozycji akceptującej. Bez sprzeciwu kogokolwiek. Wracamy do poziomu ciszy. Emocje zdają się nie mieć wymiaru koncertowego, ale być może nikt nie zapytał, czy po drugiej stronie sceny jest jakaś publiczność. Jako kontrapunkt, szczypta niebanalnego oniryzmu, jakby z wnętrza wibrafonu. 5 minuta upływa nam w atmosferze konstruktywnego minimalizmu i drobnych, molekularnych improwizacji, w drodze wymiany nie do końca zbieżnych poglądów. Jakkolwiek recenzent nie dostrzega zdań odrębnych, czy sporów językowych. Ingrid znów podnosi jakość nagrania wspaniałą, solową ekspozycją. Tuż potem Nate w podobnej roli i z równie dobrym artystycznie skutkiem. Jakże błyskotliwe sonore! Przy okazji, perfekcyjne wsparcie ze strony piana i wibrafonu. Finał koncertu zdecydowanie nadrabia drobne niedoskonałości całego spektaklu. Jest, jak na warunki tu panujące, wyjątkowo ekstatyczny i akustycznie precyzyjny.

Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrania!

wtorek, 21 czerwca 2016

Nate Wooley – Siedmiopiętrowa Góra, Księga Piąta


Przypomnijmy – Seven Storey Mountain to kompozycja-idea, stworzona przez Nate’a Wooleya, wybitnego nowojorskiego trębacza, do wielokrotnego wykonywania z udziałem rotujących się muzyków o różnych doświadczeniach i osobowościach. To próba odnalezienia osobnych sposobów kreacji na bazie tych samych, prostych muzycznych idei – manipulowania taśmą, czy stosowania długich form muzycznych z delikatnie zarysowanym schematem działania.

Cztery pierwsze wykonania utworu zostały szczegółowo omówione na Trybunie w opowieści z 8 marca br. o nieco prowokacyjnym tytule Jazz is Dead! … czyli improwizacja inaczej.

Dwa pierwsze spotkania w celu realizacji kompozycji-idei odbyły się w składach trzyosobowych. Edycja trzecia zgromadziła na scenie siedmiu muzyków, czwarta zaś… dwunastu (w tym Tilt Brass Sextet). W najnowsze wykonanie Siedmiopiętrowej Góry zaangażowanych zostało dziewiętnastu muzyków (w tym Tilt Brass Octet). Do podwójnego zestawu perkusyjnego i wibrafonowego, skrzypiec, trąbki oraz elektroniki, znanych z poprzedniego spotkania, Wooley dodał drugie skrzypce i aż trzy instrumenty dęte (saksofon basowy, klarnet kontrabasowy i tuba). Rozbudowany został do oktetu, wywodzący się z muzyki współczesnej, zespół Tilt Brass. Zauważmy, iż o ile filharmonicy grają tu akustycznie, o tyle pozostali muzycy amplifikują swoje instrumenty, innymi słowy – emitują dźwięki ze wzmocnieniem sygnałem. Nagranie zarejestrowano w Abrons Art Center (New York City) 9 maja ubiegłego roku. Na krążku CD zwie się to Seven Storey Mountain V (Pleasure Of The Text Records, 2016). Tyle fakty.




Wspinaczkę na Siedmiopiętrową Górę rozpoczyna nieco pompatycznie oktet puzonowo-trąbkowy, grając zaaranżowany motyw, którego nie powstydziłby się sam Joe Williams, gwiazda hollywoodzkiej muzyki filmowej. Oczywiście ten lekko groteskowy wstęp nie trwa długo – do gry wchodzą zwielokrotnione amplifikacjami dźwięki nieakustycznych improwizatorów, którzy z lekką szyderą wskazują filharmonikom miejsce w szeregu. Perkusiści zdzierają szczoteczkami powierzchnie swych membran, tworząc mało przyjazny klimat. Z dalekiego świata docierają do nas … akordy piana, choć takiego instrumentu nie mamy w rozpisce. Wchodzimy delikatnie, ale stanowczo w dubowaną rzeczywistość i w tej solidnej poświacie permanentnego pogłosu zostaniemy do samego finału. Zrujnowany przed momentem nastrój zgrabnie odbudowuje duet wibrafonów, wspierany pasażami elektroniki. By jednak nie było zbyt pięknie, z góry atakuje nas dron parawokalny, budując trajektorię dla ostrego ataku pary skrzypiec, zmutowanych prądem o dużym natężeniu. W międzyczasie wciąż wiszący nad głowami muzyków dron, rozszarpywany jest incydentami akustycznymi w podgrupach. Złośliwe skrzypce nie chcą odpuścić, elektronika dorzuca swoje trzy grosze, a amplifikowane dęciaki ryją rzeczywistość akustyczną w wyjątkowo niskich rejestrach (klarnet kontrabasowy!). Każdy instrument dociera do naszych uszu z oddali, a nastrój oniryczności niespodziewanie staje się naszym udziałem. Wciąż przybywa przestrzeni, demoniczny klimat dubowy jakby się multiplikował. Mamy nad sobą ścianę dźwięku, ale jednocześnie czujemy jej lekkość i nieoczywistość. Muzyka narasta, jak natrętny motyw w ravelowskim Bolero. W ten pozorny chaos, z gracją baletnicy, wdziera się Tilt Brass i ułożonymi frazami pięknie porządkuje sceniczny hałas. W oddali słychać już przygotowania do wielkiego finału, które potęguje delikatnie zarysowujący się rytm – okazuje się, że w tej nieoczywistej rzeczywistości nawet filharmonicy mają ochotę pohałasować. I robią to! Wraca dron parawokalny i przywołuje całą zgraję do porządku. Pomaga mu wibrafon. Możemy powoli stawać na baczność i w skupieniu czekać na wybuch oklasków po drugiej strony sceny. Po kilku podejściach śmiało osiągamy nasz cel. Brawo!!!!

Ta niebywała podróż trwa blisko 50 minut i warto wybrać się w nią przynajmniej kilka razy. Wciąga jak pasjonująca lektura i nie pozwala zasnąć snem sprawiedliwego. Myślę, że warto wybrać się także w rozbudowaną wersję podróży, poczynając od części I, a kończąc na V. Jeśli znajdę dość czasu, by ją odbyć, z pewnością opowiem, jak było.


****

Rok bieżący, jak dotąd, nie epatuje nadmierną ilością nowych nagrań Nate’a Wooleya. Jakkolwiek, przynajmniej kilka nowych tytułów warto w tym miejscu wskazać. Drugiego wydawnictwa doczekała się formacja Icepick, tworzona przez trębacza z pasjonującą sekcją Ingebrigt Haker-Flaten (b) i Chris Corsano (dr). Po monofonicznej kasecie (!?!) Hexane (Monofonus Press, 2014), czas na … czarny krążek Amaranth (Astral Spirits, 2016). Rzeczonego winyla jeszcze nie posiadam, a na nagraniu kasetowym niewiele słychać, więc póki co, temat jakości muzycznej inicjatywy Icepick musimy znacząco przemilczeć.




Na innym winylu ukazała się nie pierwszą już płyta Wooleya z Chrisem Corsano i portugalskim kontrabasistą Hugo Antunesem. Najpierw był kwintet Posh Orch (LP Orre, 2013), z dodatkiem piana i elektroniki, potem doskonałe trio Malus (LP NoBusiness Records, 2014), teraz zaś trafia do nas znów wersja kwintetowa Purple Patio (LP NoBusiness Records, 2016), gdzie bazowe trio zostało rozbudowane o dwie dodatkowe perkusje!

Krążek Argonautica (Firehouse 12 Records, …nareszcie CD, 2016), to nowy, elektryczny pomysł Wooleya, stworzony w hołdzie i z udziałem Rona Milesa, trębacza kojarzonego przede wszystkim z muzyką fussion. Dwie trąbki, dwie perkusje, elektryczne piano i … akustyczne piano. Opis płyty sugeruje muzykę improwizowaną. Pożyjemy, zobaczymy…




Na koniec tej niedługiej opowieści o nowościach płytowych Nate’a Wooleya, słowo… o jego debiucie. Do niedawna żyłem w przeświadczeniu, że trębacz (rocznik 1974) przed rokiem 2000 nie poczynił nagrań, które później dotarłyby na jakikolwiek nośnik. Jakże zatem spore było moje zaskoczenia, gdy po kolejnej udanej aukcji internetowej, wszedłem w posiadanie płyty formacji Sangha Trio Frantically Frantically Being At Peace (Slippery Slope, 1997). Obok Nate’a muzyczne ostrogi zdobywali tu jego rówieśnicy – basista Eric Warren i perkusista Charlie Doggett. Na krążku, obok dwóch znanych standardów, młodzi amerykanie grają muzykę skomponowaną przez grupę poprzez wolną improwizację. Muzyka jest doprawdy wyśmienita, gra Wooleya – już wtedy, prawie 20 lat temu – rzuca na kolana, a koledzy też radzą sobie całkiem dobrze. Co ciekawe – mimo szperania po sieci – nie znalazłem jakichkolwiek śladów ich przyszłej aktywności. Zatem Nate został bogiem, a koledzy raczej poświęcili się karierze naukowej, albo zostali zwykłymi pijakami. Płyta wszakże – absolutnie do polecenia!




wtorek, 8 marca 2016

Nate Wooley – Jazz is dead! … czyli improwizacja inaczej


Jak pokazuje rzeczywistość praktyki medialnej XXI wieku, tytuł i obraz bywają znacznie ważniejsze od treści informacji, jaką chcemy przekazać światu. Osobiście mam jednak nadzieję, że merytoryczna zawartość opowieści o pewnym aspekcie życia artystycznego Nate’a Wooleya – wspaniałego trębacza z New York City - dorówna swemu nieco prowokacyjnemu tytułowi.

Słuchając muzyki Nate’a Wooleya (a potem o niej pisząc), od dłuższego już czasu, popadam w lekką paranoję. Z jednej strony doskonały technicznie muzyk, wybitny improwizator, współuczestnik kilka naprawdę wyjątkowych płyt na scenie free improv, z drugiej - autor kilku cokolwiek nudnych płyt z improwizacjami na bazie dalece konkretnych kompozycji własnych i co gorsza cudzych (… Wynton Marsalis). O tych ambiwalencjach czytaliście już m.in. na tej Trybunie, przy okazji podsumowania dokonań artystycznych Nate’a w roku 2015.

Ten muzyczny Dr Jekyll and Mr. Hyde, szczęśliwie dla moich dylematów, realizuje się artystycznie także na polu muzyki, która daleka jest w swej nieoczywistości zarówno od muzyki jazzowej, jak i akustycznych zabaw w wolną improwizację. Poniżej, przy okazji omówienia aż siedmiu pozycji z jego dość już bogatej dyskografii (człowiek w tym roku skończy 42 lata), zagłębimy się w otchłań, jakkolwiek improwizowanej, to jednak muzyki z pogranicza poszukującej elektroniki, neurotycznej psychodelii, noise’u, niemal rockowego drive’u, czy też brzmień, które zupełnie niespodziewanie przywołają nam wspomnienie transowej, narkotycznej muzyki Milesa Davisa z pierwszej połowy lat 70. ubiegłego stulecia, określanej wtedy m. in. przymiotnikiem „fussion”. Innymi słowy, pochłonie nas dużej klasy muzyczny eksperyment, a co najważniejsze, ewidentnie będziemy improwizować.



Seven Storey Mountain
  
„Siedmiopiętrowa Góra Thomasa Mertona jest jedną z najsłynniejszych książek, jakie kiedykolwiek napisano o poszukiwaniu wiary i spokoju. Jest to niepowtarzalny dokument duchowy człowieka, który odszedł od świata dopiero wówczas, gdy się w nim zanurzył” (cytuję za wydawcą polskiego przekładu).

„Napisałem ten kawałek (Seven Storey Mountain) z tą ideą, by móc go wielokrotnie wykonywać z udziałem rotujących się muzyków o różnych doświadczeniach i osobowościach (…). Utwór ten jest próbą odnalezienia osobnych sposobów kreakcji na bazie tych samych, prostych muzycznych idei (manipulacja taśmą, długie formy muzyczne z delikatnie zarysowanym prostym schematem działania). To pogoń tu ekstatycznemu doświadczeniu” (Nate Wooley przy okazji wydania dwóch pierwszych edycji utworu).



Posłużyłem się cudzym tekstem, by udanie wejść w opowieść o niebanalnym pomyśle Wooleya na muzyczną przygodę, bo i koncept, i efekt końcowy każdej edycji wart jest naszej najwyższej atencji.

Seven Storey Mountain doczekało się dotychczas czterech edycji w wersji fonograficznej, przy czym dwie ostatnie znalazły się w jednym kartonowym opakowaniu, a świat ujrzał je na półkach wirtualnych sprzedawców trzy lata temu - Seven Storey Mountain III And IV   (Pleasure Of The Text Records, 2013), w limitowanym nakładzie ledwie 500 egzemplarzy. „Schemat” wykonania utworu,  niezależnie od numeru edycji i muzyków w nim uczestniczących, jest podobny. Wstęp to jednostajny dron, wielodźwięk bardzo powoli wprowadzający nas w dzieło. W edycji IV za ten prolog odpowiedzialny jest …. akustyczny sekstet instrumentów blaszanych (Tilt Brass Sextet), grający jedynie „suche” dźwięki (innym słowy, operujący jedynie narastającym szumem). Potem do gry wchodzi wibrafon (Matt Moran), który jednostajnymi dźwiękami przywołuje pozostałe instrumenty na scenę. Kolejni muzycy dokładają swoje i powoli, acz tempo cały czas rośnie, budujemy imponującą ścianę dźwięku. C. Spencer Yeh na skrzypcach i Nate Wooley na trąbce uciekają skutecznie od akustycznych parametrów swoich instrumentów – silnie mutują dźwięk, pętlą się wzajemnie i sprzęgają. Garść kabli, przetworników i monochromatycznych ekranów buduje niezbędne tło (Ben Vida). Dwie perkusje (Chris Corsano i Ryan Sawyer), smagane mocno umoczonym w psychodelicznym sosie pędzlem elektroniki, tną przestrzeń salki koncertowej na nierówne części, a my wraz ze wszystkim dwunastoma muzykami na scenie płyniemy – być może – ku wiecznej ekstazie. Choć wszyscy wiedzą o celu tej podróży, po drodze znajdują wystarczająco dużo czasu na swobodne improwizowanie i niebanalne dialogi w podgrupach. A jeśli to podróż, to musi być trans – tego doświadczamy bez ustanku, i to on sprawia, że każde zakończenie tej klasy wyprawy będzie smakowało niedosytem. Tak jest w przypadku każdej edycji Seven Storey Mountain.




Edycja IV to rejestracja z roku 2013, zaś edycja III powstała dwa lata wcześniej. Od razu zaznaczmy – a czego nie powiedzieliśmy wcześniej – wszystkie nagrania SSM powstają na żywo (tu obie w Issue Project Room na Brooklynie) i nie są poddawane jakimkolwiek działaniom postprodukcyjnym. Za realizację Trójki odpowiada septet muzyków, zaś Czwórki – jak już być może zdążyliście się zorientować - sekstet bazowy plus sekstet dęty. W tej wcześniejszej realizacji istotną stroną zabawy jest wibrafon, choćby dlatego, że aż dwa takie instrumenty kreują wówczas muzyczną rzeczywistość (za ten drugi odpowiada Chris Dingman).

Dwa pierwsze spotkania w ramach idei Siedmiopiętrowej Góry odbyły się w składach trzyosobowych. ‎ Za dźwięki, jakie słyszymy na  Seven Storey Mountain II  (Important Records, 2011), odpowiadają Nate Wooley, C. Spencer Yeh i Chris Corsano. W tej części najdobitniej doświadczamy roli, jaką w całym przedsięwzięciu pełni ten drugi, szalony skrzypek wychowany z dala od świata mainstreamu (jakkolwiek pojmowanego), wieczny eksperymentator i nonkonformista muzyczny. Jego skrzypce, iskrzące prądem, balansujące na granicy akceptowalnego dla ucha ludzkiego pogłosu, wypełniają znaczącą cześć przestrzeni dźwiękowej koncertu. Wooley wpycha w to wszystko wiele analogowych szumów i elektronicznych pasaży (używając oczywiście głównie swojej trąbki), a Corsano kreśli pętle na perkusji, niczym szalony wilk znaczy teren na rykowisku. Nagrano w grudniu 2008r. na żywo w Issue Project Room.



No i pozostała nam do omówienia edycja pierwsza, poczyniona we wrześniu 2007, w Abrons Art Center w Nowym Yorku – wydana pod trojgiem nazwisk jako Seven Storey Mountain  (Important Records, 2009). Wooleya wspomagają w pokonywaniu siedmiopiętrowej góry David Grubbs (gitarzysta znany raczej z rockowego eksperymentu; pojawia się on także w części III), tu rozgrzewający do czerwoności harmonium i nasz doskonały znajomy, Paul Lytton na perkusjonaliach, śmiało wspomaganych delikatną elektroniką.

Siedmiopiętrowa Góra - wyjątkowa, oczyszczająca podróż po zakamarkach muzycznej wyobraźni Wooleya i jego kolegów, poniekąd swoiste antidotum na wszelki przesyt dźwięków i zgubnych interakcji, także w naszych głowach.

Inne preparacje – kwartet, duet i incydenty solowe

Pomniejszych i nieco rzadszych przygód z improwizacją w wymiarze dalece niesynkopującym nie brakuje w dorobku trębacza z Nowego Yorku. Tu przywołam kolejne cztery, każde ukazujące trochę inny pomysł Wooleya na zawładnięcie naszą muzyczną ekscytacją.



Wooley/  Yeh/  Chen/  Carter ‎ NCAT  (Monotype Records, 2013)

Tu – w przeciwieństwie do SSM – zamysł autora jest nieco inny. Najpierw improwizuje akustyczne, czy elektroakustyczne trio w składzie trąbka (Wooley), skrzypce (C.Spencer Yeh) i wiolonczela (Audrey Chen). Potem nagranie dostaje się w ręce, a raczej kable i maszyny Todda Cartera, który dodając kilka akordów piana, buduje z improwizacji tria prawdziwie sycząco-skwierczącą ścianę muzycznych impulsów. Z radością wyłapujemy chwile, gdy w potoku wielogłosu dźwięków, których pochodzenia nie potrafimy do końca określić, odnajdujemy znajome brzmienia instrumentów strunowych, czy blaszaka Nate’a, silnie jednak zmutowanych w fabryce Cartera. 34 minuty (tylko!) na winylu Monotype budzą nasz apetyt na zdecydowanie więcej takich incydentów. Doskonała płyta! Nagrane w Amsterdamie w roku 2008.




Peter Evans/  Nate Wooley  ‎High Society  (Carrier Records, 2011)

Duet dwóch młodych (jakby nie było) amerykańskich trębaczy w nieoczywistym znoju kolektywnych preparacji na dwie amplifikowane trąbki. W trakcie godziny tej koincydencji nie uświadczymy choćby jednego akustycznego dźwięku. Nie każdy z sześciu fragmentów Zacnej Socjety „ryje nam beret” i  implikuje potok muzycznych uniesień, ale z pewnością godny jest paru cennych chwil na skupiony odsłuch. Być może Evans czasami zdaje się nam zdolniejszym technikiem, ale moc wyobraźni jest zdecydowanie udziałem Wooleya.




Nate Wooley  The Almond  (Pogus Productions, 2011)

72-minutowy dron sklecony z brzmienia trąbki (multiplikowanej po wielokroć) i głosu ludzkiego. Zalecenie odautorskie: słuchać głośno lub w słuchawkach, a może jedno i drugie. Duże wyzwanie dla słuchacza, wymaga stuprocentowej koncentracji w trakcie całego procesu interakcji pomiędzy dźwiękami płynącymi z głośników, a naszym umęczonym narządem percepcji. Uwaga: chwilami jest naprawdę głośno. Gdy wybrzmi, mamy wrażenie, jakby coś istotnie ważnego właśnie się skończyło, a wokół panuje niewymowna pustka. Transcendencja w służbie muzycznej semantyki.




Nate Wooley  ‎Wrong Shape To Be A Storyteller   (Creative Sources, 2005)

Po prawdzie debiut fonograficzny Wooleya. Muzyczna igraszka młodzieńca przed trzydziestymi urodzinami, wg nieco utartego schematu: a jakiż to kolejny ciekawy dźwięk można wydobyć z niedużego instrumentu blaszanego? A puenta? Ten kształt nie służy do opowiadania historii. Całość podana niedbale, cięta na drobne fragmenty nieostrym nożem. Tupet i bezczelność godna mistrza w tej dziedzinie, czyli Anthony’ego Braxtona i jego pomnikowego For Alto. Słuchając cierpimy chwilami razem z trębaczem, ale w tej zabawie jest metoda, bo wokół skwierczy muzycznym anarchizmem wysokiego lotu. Poznać koniecznie, powracać po latach już nieobowiązkowo.



Ps. Tytuł niniejszego postu nie jest bynajmniej parafrazą tytułu punkowego hymnu The Exploited “Punk’s Not Dead”, ale innego, znacznie ważniejszego dla historii angielskiego punk rocka utworu anarchistycznej załogi The Crass i jej – także poniekąd hymnu – „Punk Is Dead!”

czwartek, 18 lutego 2016

Nate Wooley - resume ostatnich dwunastu miesięcy plus drobny suplement


Przyznam bez cienia wątpliwości, iż ubiegłoroczny, wczesnowiosenny pobyt w warszawskim klubie Pardon, To Tu, przy okazji koncertu duetu Nate Wooley/ Paul Lytton, był jednym z lepiej spożytkowanych przeze mnie muzycznych wieczorów całego roku 2015. Synergia, jaka ma miejsce w trakcie płytowych ujawnień tego zestawu muzyków (a takich spotkań było już kilka, o czym historia free improv nigdy nie zapomni, a o jednym wspominam na końcu tej epistoły), znalazła swoje skuteczne odwzorowanie na małej scenie całkiem przytulnego klubu w naszej zacnej stolicy.

Przy okazji, koncert ów ujawnił niebywałą kompetencję improwizacyjną Nate’a, w którą co prawda od dawna wierzyłem, ale jednak dopiero tu mogłem jej posmakować niemal face to face (siedziałem wszak w drugim rzędzie). Nasz zapał i podziw dla trębacza z Nowego Jorku zmultiplikował się w momencie finału tego doskonałego koncertu, gdy niemiłosiernie upocony Wooley przeprosił za, jego zdaniem nie do końca wspaniały występ, gdyż uczestniczył w nim… ze złamanym placem.

Ale nie ów ubiegłoroczny koncert jest powodem dla powstania tego posta, a raczej potrzeba skromnego podsumowania ubiegłorocznych dokonań Wooleya w wymiarze płytowym. Tych istotnych z mojego punktu widzenia pozycji dyskograficznych doliczyłem się sześciu.



Zacznijmy od tej, w mojej ocenie, zdecydowanie najciekawszej. W studiu na Long Island, w lutym dwa lata temu, spotkało się czterech absolutnie konkretnych improwizatorów – obok naszego bohatera (tr), Dave Rempis (sax) i Chrisa Corsano (dr), czyli muzycy, których nazwiska mówią wiele nawet średnio obeznanym w środowisku free oraz Pascal Niggenkemper (b) – być może on jest tu mniej rozpoznawalny, zapewne jednak tylko do momentu pierwszego odsłuchu CD „From Wolves To Whales” (Aerophonic Records), płyty sygnowanej nazwiskami całej czwórki.  A na niej ponad 50 minut huraganu istotnie swobodnej improwizacji – podzielonego na pięć fragmentów – serwującego posiadaczowi tego wydawnictwa, wszystko to, czego należałoby oczekiwać od kwartetu w tym wymiarze personalnym. Sonorystyka, telepatyczna kooperacja (uwaga, w tym składzie grają ze sobą po raz pierwszy!), a także mięsiste, solowe popisy każdego z muzyków. I ciszą w słuchacza, i ścianą dźwięku. I odrobiną zadumy, i krwistym ciosem prosto w nos. Doskonała pozycja, która jedynie przez nieznajdujące usprawiedliwienia przeoczenie, nie znalazła się na moim rocznym podsumowaniu 2015 w wymiarze globalnym (patrz: post z 31 stycznia).



Na w/w podsumowaniu nie zabrakło na szczęście miejsca dla innej pozycji, w powstaniu której maczał swe zwinne paluchy Nate Wooley. Myślę o „Ninth Square” (Clean Feed) i jego koncertowym spotkaniu z Evanem Parkerem (sax) i Joe Morrisem (g) w Klubie Firehouse 12, na sam koniec kalendarzowego lata 2014. Uzasadniając rekomendację na rocznym resume całej sceny Free Improvisation, przywoływałem głównie powietrzne podmuchy saksofonów Evana Parkera. Po prawdzie wysoka ocena dla tego wydawnictwa, to także skutek świetnej roboty trębacza i gitarzysty. Zatem i dla nich „Ninth Square” jest ewidentnym powodem do zadowolenia.



Jeśli dwie powyższe pozycje znacząco umęczą wasze uszy, poniekąd zszargają poczucie rzeczywistości, nieodzownym – być może - stanie się chwila stosownej zadumy. Bardzo pomocnym narzędziem w jej kreowaniu okazać się może kolejne ubiegłoroczne wydawnictwo Nate’a, tym razem sygnowane jedynie własnym nazwiskiem, a zatytułowane „Battle Pieces” (Relative Pitch Records). Nie jest to bynajmniej solowa produkcja, ale zgrabny, bo koedukacyjny, kwartet w składzie: obok lidera, na pianie Sylvie Courvoisier, na saksofonie Ingrid Laubrock, a na wibrafonie Matt Moran. Zestaw instrumentów sugerowałby nikomu nie potrzebne skojarzenia z Modern Jazz Quartet i latami cool jazzu. Na szczęście na płycie jest cokolwiek inaczej. Muzyka improwizowana delikatnie pikująca w kierunku współczesnej kameralistyki, ale – zapewniam – ognia i odpowiednich emocji tu nie brakuje. Tytuły poszczególnych utworów sugerują bitwy i siermiężne dekonstrukcje, jednak rzeczywistość studyjnej eksploracji raczy nas udaną kooperacją słuchających się uważnie muzyków. Po powtórnego zapoznania bez słowa wątpliwości.



Bliska estetyce „Battle Pieces” jest najnowsza, szósta już płyta kwartetu wiolonczelisty Daniela Levina. Stałym i istotnie znaczącym członkiem kwartetu jest tu od samego początku istnienia formacji Nate Wooley, zatem nie dziwi obecność „Friction” (Clean Feed) w tym zestawieniu (przy okazji dodajmy, że wibrafon Morana także czerpie tantiemy z kwartetu od jego zarania). Odkrywczość muzyki kwartetu Levina utrzymuje stały, dodajmy dość średni poziom, ale słucha się tego uroczo, a ja za każdym razem znajduję chwilę, by nad produkcją kwartetu śmiało się pochylić i łyknąć odrobinę niezobowiązującej radochy.



Kwartetem Levina niespodziewanie wkroczyliśmy w świat muzyki improwizującej na bazie przygotowanych kompozycji. Dwie ostatnie nowości Wooleya datowane na rok 2015 przynoszą taką właśnie porcję doświadczeń. Najpierw trzecie ujawnienie jego stałego zespołu, eksplorującego muzykę skomponowaną. O ile dwa pierwsze edycje, odpowiednio kwintetu i sekstetu, eksplorowały niuanse kompozycji Wooleya, o tyle najnowsza „(Dance to) The Early Music” (Clean Feed) skoncentrowana jest na kompozycjach… Wyntona Marsalisa (jakże zatem adekwatny tytuł wydawnictwa). O ile pierwszy utwór, w szybkim metrum, ze świetnym solem Nate’a dawał nadzieję, że muzyka Marsalisa będzie jedynie zaczynem konstruktywnej free jazzowej petardy, o tyle kolejne minuty szansy takiej tę płytę skutecznie pozbawiły. Bez emocji, bez myśli przewodniej, bez specjalnego pomysłu. Trzecia płyta tego składu (m.in. znów Moran, także Harris Eisenstadt), trzecia porażka. Muzykę komponowaną Wooleya i jego free improv produkcje dzieli prawdziwa przepaść, tyle estetyczna, co jakościowa i – mimo czynionych przeze mnie od lat prób wyjaśnienia przyczyn tego stanu rzeczy – całkowicie niewytłumaczalna.



W sumie możnaby w tym momencie zastosować nowoczesną dziennikarską metodę szybkiego pisania czyli Kopiuj-wklej i powyższymi epitetami -  bez ryzyka szczególnie dotkliwego błędu -  opatrzyć kolejną ubiegłoroczną świeżynkę, czyli duet Wooleya z Kenem Vandermarkiem, opatrzony tytułem „All Direction Home” (Audiographic Records). Panowie przytargali do studia teczki skoroszytów zapisanych nutkami i przez godzinę pięknie przynudzają. Strata czasu.

Na koniec, by nieco podnieść nastrój tego posta i lekko podgotować krew w naszych free improv’ głowach, przypomnienie dwóch płyt Nate’a Wooleya z roku 2012, którego podówczas znalazły się na moim corocznym The Best Of.



Najpierw powrót do przywołanego na wstępie Paula Lyttona i jego wspólnych płyt z Wooleyem – wydawnictwo “The Nows” (Clean Feed), z gościnnym udziałem Ikue Mori i Kena Vandermarka. Absolutnie konkretna porcja free improv na poziomie nieosiągalnym dla większości śmiertelników. Weteran Lytton (przaśne perkusjonalia wspierane elektroniką) i młodziak Wooley (a wydawało się, że o możliwościach sonorystycznych trąbki wiemy już wszystko), w dwóch koncertowych setach (tudzież dyskach). W trakcie pierwszego z nich nasze tytuły wykonawcze ochoczo wspiera Ikue Mori (elektroniczne zabawki), zaś w trakcie drugiego w przeróżne rury dmie sam Ken Vandermark, udowadniając przy okazji, iż w swobodnej improwizacji ma jeszcze sporo do powiedzenia (a ja miałem ostatnimi laty sporo w tej kwestii wątpliwości). Posiadać koniecznie, słuchać często.



Na sam już koniec wątek portugalski i smakowite wydawnictwo RED Trio + Nate Wooley  „Stem” (Clean Feed). Last, but not least, bodaj największa niespodzianka roku 2012 na scenie free improvisation. Nie posądzałem Portugalczyków z RED Trio aż o taką wrażliwość estetyczną na polu muzyki swobodnie improwizowanej. Wszak z Johnem Butcherem rok wcześniej nieba nam nie uchylili nadmiernie. Może to wpływ Wooleya, który kolejną pozycją edytorską puka do bram wiecznej gloryfikacji, może inna chemia zadziałała… Wyszło naprawdę przednio.