Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Braxton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anthony Braxton. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 maja 2024

Joe Fonda! From The Source!


From The Source, to kolejny smakowity kąsek w portfelu krajowej Fundacji Słuchaj, która chętnie używa także szyldu FSR Records. Dla amerykańskiej legendy free jazzowego kontrabasu, Joe Fondy, to nie pierwsza obecność w tych szeregach, pierwsza wszakże z nagraniem nieco starszym, które warto przypomnieć fanom muzyki kreatywnej na definitywnie światowym poziomie. Dodatkowo poczynionym w składzie dalece frapującym, zarówno pod względem instrumentalnym (m.in. dwie wokalistki, tap dancerka), jak i nade wszystko personalnym, albowiem z udziałem samego Anthony’ego Braxtona. Nagranie pochodzi z czasów, gdy mistrz kreatywnej narracji grywał jeszcze frazy zbliżane do estetyki otwartego jazzu. Obu Panów – lidera bandu, kompozytora i kontrabasistę oraz saksofonistę, klarnecistę i flecistę odnajdujemy tu w doskonałej formie, do tego, w towarzystwie dalece intrygującym (jeszcze Herb Robertson!). Zatem efekt całości bez cienia wątpliwości zapisujemy złotymi zgłoskami w historii gatunku.

Efektem sesji nagraniowej w słynnym brooklyńskim studiu Systems Two, zrealizowanej niemal dokładnie 28 lat temu, jest sześć kompozycji - trzy kilkunastominutowe i tyleż bardziej zwartych w ujęciu czasowym narracji, z których ostatnia stanowi balladę z tekstem na głos damski i kontrabas.



 

Pierwsza opowieść zdaje się konsumować wszystkie atuty tego albumu. Żwawy temat podaje tu roztańczony kontrabas, któremu wtórują spokojny alt i nerwowa trąbka. Opowieść skrzy się szczyptą braxtonowskiego stylu (zwłaszcza, gdy sam Braxton po kilku minutach przesiada się na kontrabasowy klarnet), co w tym wypadku traktujemy jako komplement najwyższej wagi. Stałym elementem narracji jest aktywna taperka, która szyje ścieg opowieści wspólnie z perkusistą, potrafi być okazjonalnie od niego aktywniejsza. W roli efektownej wisienki na torcie dwa głosy damskie – jeden pracujący w trybie permanentnego eksperymentu, z wokalizami wyśpiewanymi w jakimś dziwnym, być może własnym języku, drugi skupiający się na recytacji i przemycaniu do narracji ważnych treści. Całość buzuje emocjami, także pewną teatralnością, która wszakże dodaje urody, a nie szkodzi percepcji dzieła. Ponad dwunastominutowa opowieść stwarza niemal nieograniczoną przestrzeń dla improwizacji, ale też ramy kompozycji trzymają w ryzach temperament muzyków, budują akcje w podgrupach, dbają o odpowiednie sekwencje działań każdego z artystów. Kontrolowana swoboda buduje tu jakość, daje też wszystkim komfort pracy.

Drugą opowieść otwiera kontrabas, który rysuje niemal shorterowski temat, intrygująco osadzony w estetyce jazzu lat 60. ubiegłego stulecia, jakby na wprost wyjęty z najlepszego kwintetu Milesa Davisa. Braxton pracuje na flecie, a rytm szyją, poza groove kontrabasu, także perkusja i taperka. Wątek wokalny pojawia się dopiero w drugiej fazie utworu. W ramach akcji w podgrupach - piękny duet basu i wokalistki w nieznanym języku. Introdukcję trzeciej odsłony bierze na siebie taperka. Po chwili w akcji są już głos i saksofon. Opowieść z każdą chwilą zyskuje tu coraz wyraźniejszy sznyt braxtonowski, dzieląc się przy okazji na wiele fantastycznych akcji w mniejszej obsadzie – świetne ekspozycje solowe trąbki i kontrabasu, tudzież równie wyśmienity duet saksofonisty i wokalistki.

Czwarta część ma dwie fazy. Najpierw zostaje całkowicie oddana w ręce kontrabasisty, który w trakcie solowej ekspozycji także mruczy pod nosem. Spokojny, na poły balladowy temat pojawia się dopiero po pięciu minutach i smakuje na powrót bystrym jazzem sprzed lat. Swoje wartościowe trzy grosze dokłada wokalistka w nieznanym języku, a w fazie finałowej nie brakuje pokrętnej, braxtonowskiej rytmiki. Piąta opowieść znów nie pozwala nam zapomnieć o jakości wspomnianej estetyki, zarówno w kontekście improwizacji klarnetu kontrabasowego, jak i samej melodyki kompozycji. Z jednej strony nerwowa, hiperaktywna taperka, z drugiej kolejny doskonały duet Braxtona i wokalistki w nieznanym języku. Nasze rozbujane emocje gasi szósta kompozycja, wspomniana na wstępie ballada. Dużo w niej śpiewu z tekstem, ale i zmysłowego tapingu.


Joe Fonda feat. Anthony Braxton, Brenda Bufalino, Herb Robertson, Vickie Dodd, Grisha Alexiev From The Source (FSR Records, CD 2023). Joe Fonda – kontrabas, kompozycje, Anthony Braxton – saksofon altowy, F Melody, sopranino, klarnet, klarnet kontrabasowy, flet, Brenda Bufalino – tap dance, głos, concertina, Vickie Dodd – głos, Herb Robertson – trąbka, także kieszonkowa oraz Grisha Alexiev – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Systems Two, Brooklyn, Nowy Jork, marzec 1996 roku. Sześć kompozycji, 63 minuty.


*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została kiedyś opublikowana



 

wtorek, 17 maja 2016

Anthony Braxton – nadprodukcja echa w lustrzanym domu


O idei muzyki tworzonej nie tylko przez żywe instrumenty, ale także podłączone do nich odtwarzacze z gotowymi plikami muzycznymi, czyli Echo Echo Mirror House Music, pisałem już na tej stronie dwukrotnie.

Pamiętamy zapewne świetnie, iż Anthony Braxton, jeden z najwybitniejszych współczesnych muzyków improwizujących, chciałby kiedyś posłuchać wykonania wszystkich swoich kompozycji…. jednocześnie. Idea EEMHM pcha go w tym kierunku.

Parę tygodni temu omówiłem dwie płyty wydane z taką właśnie muzyką. Jedna na duży skład (Echo Echo Mirror House (NYC) 2011), druga na standardowy septet Braxtona (Echo Echo Mirror House, Victoriaville, 2011), z którym realizuje on swoje szalone pomysły muzyczne od wielu już lat. Recenzując te pozycje prosiłem o odrobinę cierpliwości, sugerowałem odpowiedni poziom zaangażowania w trakcie odsłuchu.

Teraz trafia do nas kolejne wydawnictwo z „lustrzaną” muzyką, tym razem wydane nie przez macierzysty New Braxton House, ale nowojorski Firehouse 12 Records (nota bene, label powstały dekadę temu, w celu wydania … dziewięciopaku Braxtona z jego koncertowymi nagrania dużego składu 12+1).




A zatem dziś w naszej opowieści trzypłytowy zestaw 3 Compositions (EEMHM) 2011. Ciągle pozostajemy – zauważmy - w tymże samym 2011 roku. Na scenie klubu Firehouse 12 sami znajomi – Taylor Ho Bynum (kornet, flugelhorn, trąbko-puzon), Mary Halvorson (gitara), Jessica Pavone (skrzypce i wiola), Jay Rozen (tuba), Aaron Siegel (perkusja, wibrafon), Carl Tesla (kontrabas, klarnet basowy) i oczywiście sam Braxton (saksofony - alt, sopran i sopranino). Rzecz jasna, każdy z muzyków podłączony jest do ipoda (albo… odwrotnie), na którym zapisano – być może – cały, blisko 50-letni dorobek artystyczny Braxtona. Na warsztacie kompozycje 372, 373 i 377 (każda, trwająca blisko godzinę, wypełni po jednym dysku).

Nowojorski klub Firehouse, to nie jest miejsce, w którym nadmiar dźwięków dobrze radzi sobie w czasoprzestrzeni. Ich mała selektywność, to zdecydowanie pierwsze wrażenie płynące z odsłuchu koncertującego Septetu. Implikuje ona zresztą ważny aspekt całego przedsięwzięcia. Oto bowiem słuchacz przez większą część koncertu ma ogromny problem z rozróżnieniem, który dźwięk jest grany na żywo, a który odtwarzany z ipoda. Być może, gdybyśmy nie byli pozbawieni wizji i widzielibyśmy, co się dzieje na scenie, nasza percepcja byłaby lepsza. A tak stoimy pod ścianą, wijąc się konwulsjach dalece ograniczonych możliwości zapanowania nad nadmiarem wrażeń. Ilość generowanych przez wszystkich muzyków sampli jest tak duża, że doświadczamy wrażenia … dużego chaosu, co więcej – osobiście – czułem (słyszałem?) już po kilku chwilach obcowania z tym muzycznym wyzwaniem, jakby na scenie były … wyłącznie ipody!




Siedmiu muzyków nie szczędzi nam dźwięków, dodatkowo doświadczamy zderzania się kilku sampli równocześnie, co skutecznie wypełnia przestrzeń naszej półkuli mózgowej, tej odpowiedzialnej za myślenie abstrakcyjne (niektóre sample są dobrze rozpoznawalne, na szczęście dla tych, który znają muzykę Braxtona). Samplowane są zarówno melodie (te z kwartetów z lat 70. rozkosznie umilają walkę z rzeczywistością akustyczną koncertu), jak i fragmenty improwizowane, głosy ludzkie (Braxton pisał także opery!), dźwięki publiczności, oklaski, a nawet konferansjerka (co już trąci lekką megalomanią).
Po kilkunastu minutach Kompozycji 372 miałem wrażenie, że zaczynam trochę nad tym wszystkim panować (udało mi się wyłowić kilka wątków granych na żywo), ale po upływie kolejnego kwadransa, atakowany absolutnie nieprzyswajalną dawką bodźców, znów poczułem, że topię się w niekończącej się magmie wielodźwięków (są tu zapewne momenty, gdy każdy z muzyków jednocześnie gra i uruchamia ipoda – jakby nie było, 14 źródeł dźwięku, każde na swoim terytorium, każde trochę jakby na przekór pozostałym, z trudno dostrzegalnym związkiem przyczynowo-skutkowym).

Jeśli jakimś cudem, wyjątkowi odporni słuchacze dotarli do drugiego dysku (a prawdziwi szaleńcy – do trzeciego!), spotkała ich skromna nagroda. Materiał zawarty na tychże dyskach jest … nieco spokojniejszy. Narracja prowadzona jest w sposób bardziej ciągły, w zdecydowanie wolniejszym tempie, przez co rosną – choćby minimalnie – szanse na ogarnięcie całości przedsięwzięcia. Drobiny przyjemności dotykają naszych uszu zwłaszcza pod koniec dysku drugiego, gdy klimat się delikatnie wycisza, a nastrój robi lekko oniryczny.

Echo Echo Mirror House, to winien być prawdziwy raj dla klanu braxtonofili (sam się do nich zaliczam, jako samozwańczy prezes koła zachodniopolskiego), ale forma zdecydowanie przerosła treść. Poprzednie edycje tej koncepcji miały odpowiednio wyważone proporcje. Sample były intrygującym zaproszeniem do improwizacji. W trakcie koncertów w Firehouse stały się celem samym w sobie. Zdominowały koncepcję, przegniotły muzyków. A może Septet stanął na baczność, a ipody same zdecydowały o obrazie całości? Rwana narracja, ewidentna nadprodukcja dźwięków, czyli ipody tworzące własny świat, przejmujące władzę nad człowiekiem.

Całość brzmi, jakby to był ostatni koncert Anthony’ego Braxtona, a każdy niewykorzystany dźwięk utracony zostanie bezpowrotnie.

Na szczęście minęło już 5 lat od tego wydarzenia, a sam zainteresowany ma się całkiem dobrze.



środa, 9 marca 2016

Anthony Braxton – usłyszeć wszystkie kompozycje jednocześnie


Pisząc na Trybunie kilka tygodni temu o czteropaku GTM (Iridium) 2007, niejako przy okazji przypomniałem swoiste idee fixe Anthony’ego Braxtona, iż chciałby on dożyć momentu, gdy usłyszy wykonanie wszystkich swoich kompozycji jednocześnie.

Braxton to umysł ścisły (wszak nauczycielem jest akademickim), zatem wie doskonale, że jeśli naprawdę chcemy, by ziściło się nasze największe marzenie, trzeba się ostro wziąć do pracy i dać temu marzeniu szansę na zaistnienie.

Oczywiście powód dla powstania idei/koncepcji Echo Echo Mirror House Music mógł być całkowicie inny, nie mniej, jeśli zagłębimy się w tenże pomysł, to okaże się, że proces myślowy u genialnego saksofonisty przebiegać mógł właśnie wedle scenariusza z poprzedniego akapitu.

Echo Echo Mirror House to bowiem system muzyczny (określenie Braxtona), polegający na tym, że wszyscy muzycy uczestniczący w nagraniu podłączają do swoich instrumentów ipody (pełne kompozycji naszego bohatera z całego okresu jego kariery) i korzystając z nawigacji lidera, a także przygotowanych już wcześniej graficznych notacji, kreują improwizowaną rzeczywistość, łącząc gotowe sample z występem na żywo. By dać sobie odrobinę szansy na zrozumienie koncepcji, do opisu załączam zdjęcia z sesji nagraniowej płyty, o której za chwilę kilka słów. Wnikliwa analiza dokumentacji fotograficznej wydaje się w tym wypadku absolutną koniecznością.




Jaki jest praktyczny efekt realizacji tego systemu muzycznego, możemy doświadczyć słuchając dwóch wydawnictw. Najpierw sięgnijmy po Echo Echo Mirror House (NYC) 2011 (New Braxton House, 2012).

W październiku 2011 roku, w klubie Roulette, na Brooklynie, spotkało się piętnastu muzyków. Prawie w całości byli to uczniowe Braxtona (bo kto inny pojąłby w lot koncepcję?), przy okazji także jego wieloletni współpracownicy (może jedynie saksofonista Steve Lehmann na miano takie nie zasługuje). Przedmiotowo analizując to istotne spotkanie, powiedzmy, iż na scenie pojawiło się sześć dęciaków „drewnianych”, trzy blaszane (w tym oczywiście tuba), cztery instrumenty strunowe (w tym gitara), no i rzecz jasna bas z perkusjonaliami. Cały ansambl w godzinę z sekundami wykonał Kompozycję nr 376, a nam pozostaje wsłuchać się w efekt fonograficzny opublikowany przez wydawnictwo New Braxton House (tu wersja – do wyboru – FLAC lub mp3, do ściągnięcia za dychę bez jednego centa, ze strony tricentricfoundation.org).


Trudno, co oczywiste po tym co napisałem już w tej opowieści, w dwóch, trzech zgrabnych zdaniach opisać wrażenia po godzinie dość jednak szalonej muzyki, nie mniej bardzo chciałbym zachęcić, byście poświęcili temu potokowi wzajemnych inspiracji (także na linii człowiek-maszyna) tę drobną sześćdziesięciominutową chwilę. To nic wobec wieczności, a istnieje duża szansa, że dacie się temu konceptowi świadomie uwieść. Założenie wszakże jedno – absolutne skupienie (dobre słuchawki konieczne) i odrobina dobrej woli.

Piętnaście instrumentów, tyleż ipodów, zatem być może niejeden z nas zagubi się w tym potoku wrażeń i skojarzeń. Dla tych, którzy wolą bardziej kameralnie, a także dla tych, którym po nowojorskim spotkaniu mało – drugie wydawnictwo: Echo Echo Mirror House (Les Disques Victo, 2013). Tu sam tytuł płyty niewiele nam powie, ale już nazwa wydawnictwa znacznie więcej. Koncert Septetu Braxtona na Festiwalu w kanadyjskim Victoriaville, w maju 2011 roku; standardowy skład: Taylor Ho Bynum (tr), Jay Rosen (tuba), Jessica Pavone (vl), Mary Halvorson (g), Carl Tesla (b), Aron Siegel (p), Anthony Braxton (reeds). Skupienie, wrażliwość, empatia i dyscyplina. To cechy konstytuujące istotną jakość tego nagrania. Na okładce opis – Kompozycja 347+, czas trwania 62:37.




Zapomniałem dodać – nie przywiązujcie wagi do numeracji kompozycji Braxtona. Każde wykonanie jest inne, każde dostarcza wrażeń inaczej. A gdy wrócicie do początku tej opowieści i przywołanego tam idee fixe, a także zarysu koncepcji Echo Echo Mirror House, kwestia ta stanie się już całkowicie nieistotna.

Publikując ponad siedem lat temu relację z koncertu Septetu Anthony’ego Braxtona z krakowskiej Mangghi (zamieszczoną wówczas na diapazon.pl, 2008), spotkałem się z komentarzami, iż po pierwsze dobrze oddała ona atmosferę wydarzenia, ponadto stanowić może źródło wiedzy, jak rozumieć i jak czerpać przyjemność ze współczesnej muzyki Braxtona. Zatem teraz przypomnienie tej relacji, jako uzupełnienie opowieści o Echo Echo i zachęta do zanurzenia się w tej muzyce po same uszy.

Ps. W zakładce "Pokrewne namiętności i inne archiwalia" (prawa strona bloga), zamieściłem moją skromną monografię Braxtona, opublikowaną po raz pierwszy na diapazon.pl na początku roku 2008. Zapraszam do lektury.

-------------------


Anthony Braxton in Manggha

Koncert najważniejszej postaci współczesnej muzyki improwizowanej - Anthony’ego Braxtona - dwa miesiące temu w Gdańsku, przeszedł prawie bez echa. Teraz stało się jednak inaczej. Oto od dawna zapowiadany Septet, w stolicy polskiego free jazzu, pięknym Krakowie, naprzeciwko Wawelu, w okowach ośrodka kultury japońskiej, wywołał spore zainteresowanie, przekładające się na wypełnioną kilkuset widzami i słuchaczami salę (widzieli wszyscy, nie wszyscy chyba słyszeli – vide inne komentarze dostępne w sieci).
Po pierwszym secie uciekło tylko kilku Francuzów z trzeciego rzędu, ale muzyka na tym nie ucierpiała. Wasz diapazonowy reporter siedział zaś w rzędzie drugim, na wprost sceny. Widział i słyszał bardzo dobrze. A oto zapiski powstałe w jego oszołomionej głowie.

Aktorzy. Siedmiu wspaniałych

Anthony Braxton operujący czterema rurami, ale skoncentrowany na sopranie i sopraninie (to właśnie z tego najmniejszego instrumentu wydobywa dźwięki najbardziej drapieżne). Po alt sięga rzadziej, gra bardziej plamami, buduje klimat, podpowiada, mniej improwizuje. Klarnetem kontrabasowym w kluczowych momentach zapętlającej się opowieści, wprowadza twórczy ferment, zgrzyt, estetyczny dysonans. Taylor Ho Bynum na pięciu instrumentach - czterech trąbkach i puzonie, na którym gra chyba tego wieczoru najpiękniej. Aaron Siegel na perkusji i wibrafonie - wytrawny pałker, bardzo kreatywny wibrafonista. Prowadzi niezwykle ciekawe zabawy sonorystyczne z gitarzystką Mary Halvorson w istotnych momentach setu pierwszego. Mary, intelektualistka, ale ostra jak dobry heavy metalowy szarpidrut. Skrzypaczka Jessica Pavone - liryczna, piękna, zadumana, potrafiąca wszakże pohałasować przesterowanym dźwiękiem. Misiowaty, nieco pocieszny Jay Rozen na tubie i małym instrumencie dmuchanym (okaryna?), niepanujący do końca nad nutowymi papierzyskami. Wreszcie Chris Dahlgren na kontrabasie i wiolonczeli (tylko w secie drugim). Niesamowita mimika, grał każdym mięśniem swojej twarzy. Często używa smyczka, lubi kształtować indywidualnie dźwięk (pamiętamy jego duet "ABCD" z naszym głównym bohaterem).



Założenie fundamentalne

Muzykę tworzą wszyscy muzycy obecni na scenie. Każdy ma być aktywny, kreatywny i współodpowiedzialny za efekt końcowy.

Set pierwszy

Zabawa w dźwięki. Kolaż. Układanki z fragmentów różnych kompozycji. Muzyka jest gęsta. Co chwila łamana, odwracana, wywracana, kontrapunkt goni kontrapunkt. Koncepcja "a gdyby tak...". Tworzą się duety, tercety, kwartety. Co chwila inny odłam Septetu przejmuje na moment władzę nad resztą towarzystwa i słuchaczami, by niedługo potem oddać ją kolejnej grupie, kontrapunktującej improwizowany pasus wyłaniający się z ich fragmentu kompozycji. Radość muzykowania, jednocześnie totalne skupienie. Popisy solowe ograniczone samą koncepcją, enigmatyczne, ale przeto bardzo dosadne, nasycone treścią.

Set drugi

Pojawia się rytm. Koncepcja Ghost Trance Music, raczej ta znana z nagrań pochodzących z drugiej połowy lat 90. (nagrania dla Braxtonhouse, czy też Nonet z "Yoshi"), nie zaś tych ostatnich zgromadzonych na czteropaku wydanym dla Imprec. Rytm staje się zasadniczym wyznacznikiem prowadzonej narracji. Od pierwszego dźwięku zostaje brutalnie nadany, toczy się gwałtownie, czasami zamiera, by po kilku chwilach wrócić ze zdwojoną siłą. Wszystko podlane lekko klasycyzującym sosem. Dużo przestrzeni wypełniają Dahlgren (szaleje ze smyczkiem) i Pavone, która w ważnych momentach wiedzie prym, a muzyka staje się zaskakująco wówczas urocza i nad wyraz liryczna. Oddychamy głęboko. I nie prosimy zbyt nachalnie o bis, bo muzycy dali nam już naprawdę wiele.

Sposoby komunikacji

Ta muzyka opiera się na perfekcyjnej komunikacji pomiędzy muzykami. Sygnalizacje za pomocą kartek z nutami (z daleka wyglądają, jakby nic na nich nie było napisane – nawet bym się nie zdziwił, gdyby tak było naprawdę, znając poczucie humoru naszego bohatera), rysowane rękoma znaki graficzne - trójkąty, koła, otwarte przestrzenie. Nieustanne interakcje. Każdy staje się tu na moment małym kompozytorem, kreującym świat wokół siebie i współpartnerów. Prym wiedzie rzecz jasna Braxton (albo proponuje nowy wątek, albo ocenia propozycje innych, nie zawsze je akceptując), ale równie kreatywni są Ho Bynum i Siegel (ten zwłaszcza, gdy gra na wibrafonie). Dziewczęta raczej w roli inspirowanych, niż inspirujących. Rozen wyraźnie stworzony do wyższych celów niż komunikacja niewerbalna. Dahlgren niezwykle skupiony, szybkim wzrokiem dopadnie każdego. Obserwowanie tej siódemki muzyków przy pracy stanowi przyjemność samą w sobie.



Klepsydra

Klepsydra sterująca procesem improwizacji. Tak. Ta muzyka to improwizacja. Mimo tylu dźwięków podanych wprost z pięciolinii. Improwizacja fragmentami muzyki zapisanej. A klepsydra? Trochę jak żart (ileż jest tego w całym Braxtonie?). W pierwszym secie przesypała się cała (godzina), w drugim zostało jej jeszcze trochę piasku do przesypania (set 50 minutowy).

Szczypta emocji odautorskich

Wspaniały koncert, wyjątkowe zwieńczenie mojej wieloletniej fascynacji muzyką Anthony'ego Braxtona. Dodatkowo możliwość obcowania z nią z tak bliskiej perspektywy (środek drugiego rzędu!), powoduje, że dwie godziny spędzone w Centrum "Manggha" staną się zapewne trwałym elementem mojej muzycznej świadomości.

Coda

63-letni Anthony Braxton, u progu piątej dekady twórczej aktywności, niczego światu udowadniać już nie musi. Ale wciąż tworzy, wciąż jest niebywale kreatywny. Inaczej nie potrafi. Jego życie muzyczne, to ciągła pogoń za nowym, nierozpoznanym, nieprzewidywalnym. Mieliśmy okazję uczestniczyć w kolejnym akcie tej niebywałej podróży. Założenie fundamentalne koncertu zostało spełnione. Siedmiu absolutnie świadomych celu muzyków stworzyło dzieło pt. "Anthony Braxton in Manggha". Jedyne w swoim rodzaju. Kolejny koncert będzie już zupełnie inny.

Krakowska Jesień Jazzowa - Anthony Braxton Septet (Anthony Braxton - composer, saxes, contrabass clarinet; Taylor Ho Bynum - trumpets, trombone; Jessica Pavone - viola, violin; Jay Rozen - tuba, Chris Dahlgren - bass, viola; Aaron Siegel - drums, vibes, gongs; Mary Halvorson - electric guitar)
Kraków, Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha", 6.12.2008

Kolaż zdjęciowy z koncertu mojego autorstwa, zdjęcia - oczywiście - Krzysztofa Penarskiego. Pozdrowienia!


wtorek, 2 lutego 2016

Anthony Braxton - cztery wieczory w Iridium (2007)


Anthony Braxton  GTM (Iridium) 2007, Volume 1-4 (New Braxton House)

Cztery wieczory, osiem setów u progu wiosny 2007r., zarejestrowane i wyedytowane jakiś czas temu w ramach inicjatywy New Braxton House, to sowita (ponad 8-godzinna) dawka kolejnej odsłony Braxtonowskiego Ghost Trance Music. Tym razem w Septecie, jako formacji bazowej plus zaproszeni do niektórych setów goście (+1, +2). Nic w tej muzyce nie mam już zamiaru odkrywać, wszakże słucham jej z lubością i ekstazą, godną lepszej sprawy.

Septet, czyli najczęstsza dla Braxtona w drugiej połowie ubiegłej dekady formuła personalna – rury lidera, dwa blaszaki, skrzypce, gitara, bas i perkusja z wibrafonem. Najbieglejsi z biegłych uczniowie Mistrza w mozolnym trudzie sprostania wizji kompozytora, czy raczej inicjatora swobodnych improwizacji, uplecionych wokół starszych jego kompozycji. Dwie Panie (Jessica Pavone i Mary Halvorson) kontra pięciu Panów (Jay Rosen, Taylor Ho Bynum, Carl Tesla, Aron Siegel, no i sam Anthony Braxton).






Niemal metafizycznym pragnieniem Anthony Braxtona jest usłyszeć kiedyś wykonanie swych wszystkich kompozycji jednocześnie – tu kolejny krok w tym kierunku. Muzyka gęstnieje, a inspiracji przybywa z każdą nanosekundą koncertu. Krok dalej zostanie postawiony kilka lat później, gdy światło dziennie ujrzy idea Echo Echo Mirror House, gdzie wprost z ipodów muzycy wrzucają do tygla kolektywnych improwizacji prawdziwe wykonania starych kompozycji Braxtona, w tym także tych wspaniałych kwartetowych z lat 70ych ubiegłego stulecia.

Ghost Trance Music – wracając do wątku głównego tej recenzji – to ogromne wyzwanie dla muzyków, także spore dla nas słuchaczy. Efekt po tamtej stronie sceny, w trakcie czterech wieczorów w Nowojorskim Iridium - piorunujący, a i niżej podpisany swobodnie daje radę, czerpiąc z odsłuchu blisko 490 minut muzyki samoodnawialne pokłady ekstazy.

Na tle innych dokonań Braxtona ostatnich lat, w wielu fragmentach kołysze nas do snu bardzo spokojna sekwencja dźwięków, ale osobiście polecam – oczywiście z czystej przekory – bardziej dynamiczny fragment zawarty na Vol. 3, Set 2.

Uwaga: całość do zakupienia jedynie w sieci (http://tricentricfoundation.org). Okładki trzeba sobie wyprodukować samemu. Wydana w ramach fundacji braxtonowskiej Tricentric - tamże dostępna ogromna kolekcja koncertów, dokonań studyjnych i bezcennych bootlegów. Uwadze Waszej polecam szczególnie koncertowe rejestracje w ramach tych ostatnich – wiele wspaniałych koncertów, głównie z lat 70-90, w większości przypadków, choć bez masteringu, to jednak o bardzo dobrej jakości dźwięku. Jeszcze niedawno można było je pozyskać bez dodatkowych kosztów, jedynie po stosownej rejestracji na stronie. Sprawdźcie koniecznie - warto tam bowiem zajrzeć i pozostać przez kolejne 10 lat.


Tekst dotychczas nie publikowany.

Anthony Braxton - recenzje zebrane


Anthony Braxton  Seven Compositions (Trio) 1989  (hatOLOGY

Prawdziwa perła w kolekcji nagrań Anthony'ego Braxtona, szczęśliwie wznowiona po wielu latach od momentu nagrania. Przy okazji bodaj jedyne wspólne nagranie Braxtona z genialnym, brytyjskim perkusistą Tonym Oxleyem (jeśli gdzieś razem zagrali, to incydentalnie w jakimś dużym składzie; ja w każdym razie nie pamiętam). Dodatkowo rzadka okazja posłuchania improwizującego Braxtona w typowym jazzowym triu. W repertuarze pięć kompozycji lidera, standard i numerek dumnego syna Albionu. Całość zakomponowanych dźwięków urocza zlepiona typowym dla Braxtona improwizacyjnym sosem. Bardzo smakowite danie z tego powstało.



Basista lekko wycofany (och, nie wspomniałem o nim - Adelhard Roidinger, Austriak z pochodzenia; osobiście spotykam go po raz pierwszy), zarówno w zakresie brzmieniowym, jak i udziału w procesie twórczym. Wszakże jest tu, choć delikatnym, to jednak istotnym elementem powodzenia całego przedsięwzięcia. Zaś kąśliwe dialogi głównych bohaterów, jako danie główne - ci istotnie w świetnej kooperacji, jakby grali razem co najmniej od końca drugiej wojny światowej. Dobitny dowód na silnie jazzowy rodowód muzyki tworzonej przez Braxtona. Piękna płyta.

Czekamy na kolejne reedycje "kapeluszowe", bo szwajcarskie archiwa pękają w szwach od wspaniałej, acz niedostępnej muzyki, głównie z przełomu lat 80. i 90. poprzedniego stulecia.


Anthony Braxton Creative Orchestra (Köln) 1978  (hatOLOGY)

Szwajcarscy "Kapelusznicy" już po raz drugi w ostatnich miesiącach raczą nas reedycją wiekopomnego wydawnictwa Anthony'ego Braxtona.

Po Triu z roku 1989 ("Seven Compositions"), tym razem duży skład - Kreatywna Orkiestra, która 30 lat temu decydowała o obliczu free jazzu w wymiarze wieloosobowym. Koncert z Kolonii, z maja 1978 roku - zebrane na dwóch dyskach 105 minut doprawdy genialnej muzyki, współtworzonej przez 21 młodych, acz już wtedy wybitnych improwizatorów. Uszy nasze wypełniają dźwięki generowane przez m. in. Marty'ego Ehrlicha, Kenny'ego Wheelera, Leo Smitha, Marylin Crispell, Raya Andersona, George'a Lewisa, Johna Lindberga, Neda Rothenberga (w zakresie instrumentarium - 5 drewniaków, 7 blaszaków, piano, akordeon, wibrafon, gitara elektryczna, 2 kontrabasy, perkusja, marimba i syntezator).



5 kompozycji Braxtona (numeracja między 45 a 59, zatem podówczas dla niego współczesnych) plus zbiorowa improwizacja ("Językowa"). Niebywale różnorodna propozycja muzyczna - krwiste batalie rozgadanych artylerzystów ("Language Improvisations"), stonowane dialogi piechoty gotującej się do decydującego natarcia ("Comp. 59"), defilada pozornych zwycięzców, przeradzająca się w transowy, rytualny taniec dezerterów ("Comp. 58"), śpiewy wciąż jeszcze żywych ptaków przy wtórze kanonady moździeży ("Comp. 51"). Porywające tematy, kompetentne improwizacje (tak solowe, jak i kolektywne), ciekawe dekonstrukcje przestrzeni muzycznej za pomocą syntezatorowych zabawek (Bob Ostertag), udane ornamenty gitary elektrycznej (James Emery).

Absolutny kanon free jazzu, kanon muzyki kreatywnej.


Anthony Braxton  For Alto  (Delmark)

Ileż trzeba mieć tupetu, by w wieku 23 lat nagrać płytę pod tytułem "Trzy kompozycje Nowego Jazzu"? Ileż śmiałości, zadziorności i pewności siebie, by w wieku lat 24 nagrać 73 minuty na saksofon solo i to w czasach, gdy tego typu eksploracje miały charakter incydentalny i raczej objawiały się światu w innych gatunkach muzyki?



Oczywiście znamy wielu szarlatanów muzycznych, gotowych na zdecydowanie większe szaleństwa i bardziej kontrowersyjne eskapady. Ale "For Alto" z roku 1969 to płyta, która chyba najdobitniej pokazuje, jak wielkim i kreatywnym muzykiem jest Anthony Braxton.
73 minuty solowej kawalkady altowych dźwięków pierwotnie ukazało się na dwóch winylach. Reedycja z początku tego tysiąclecia przynosi czarnoodziany dysk, typowe dla Braxtona fikuśne rysunki obrazujące potok muzycznej świadomości autora i skąpy komentarz wydawcy. Oto muzyka, która na zawsze wykłuła kanon freejazzowej gry na saksofonie. Otwarła uszy całemu światu na dźwięki dotychczas zarezerwowane dla podświadomości nielicznych. I choć w wymiarze audiofilskim sprawia wrażenie jakby powstała w okopconym garażu, na lekko przegrzanych piecach, ten brudny, niechlujny background dodaje jej posmaku autentyczności.

Każda z ośmiu kompozycji zawarta na "For Alto" warta jest nieustannego odsłuchu i stanowi trwały punkt odniesienia dla naszych kolejnych, nowych przygód z jazzem. W nowym roku zacznijmy muzyczny karnawał od spotkania z porażającym klasykiem.


Anthony Braxton & Kyle Brenders  Toronto (Duets) 2007  (Barnyard Records)

Początek nowego roku, tuż po ogłoszeniu dorocznych zestawień najlepszych, czy najbardziej ulubionych płyt, bywa dla recenzentów okresem trudnym. Otóż bowiem w nasze ręce często wpadają wtedy płyty wydane tuż pod koniec roku poprzedniego, często naprawdę udane, które nie zdążyły załapać się na listy rankingowe. I cała zabawa bierze w łeb.
Czas zatem, by ogłosić pierwszą wielką płytę roku 2008, która na doroczny ranking nie załapała się z powodu konwencji kalendarza. Duet Anthony'ego Braxtona z młodym, wielce obiecującym saksofonistą z Kanady, Kyle'em Brendersem, nagrany w Toronto późnym latem 2007, na takie miano zasługuje bezwzględnie.



Koncepcja Ghost Trance Music, to jeden z najważniejszych wkładów Anthony'ego Braxtona do historii muzyki współczesnej. Powstała i rozwijana była głównie w drugiej połowie ubiegłej dekady i na początku bieżącej. Nie miejsce tu i czas, by wyłożyć tę - skądinąd - bardzo ciekawą teorię. Być może przyjdzie na to czas niebawem.

Muzyka GTM prezentowana była przez Braxtona w bardzo różnych składach personalnych - od kwartetu począwszy, na dużych składach skończywszy. Nigdy wszakże nie była grana jedynie w składzie dwuosobowym. Omawiany podwójny dysk z Toronto, prezentuje dwie kompozycje Braxtona zagrane właśnie w duecie wedle modły Muzyki Duchowego Transu. Kompozycja 199, a zatem już dość wiekowa i Kompozycja 356, czyli raczej dość świeża. Dyskografia www.restructures.net zawiera pełne zestawienie wszystkich kompozycji Braxtona, ze wskazaniem na konkretne ich wykonania - odsyłam zatem pośpiesznie wszystkich zainteresowanych szczegółami.

Anthony Braxton (sss, ss, as) - kanał prawy i Kyle Brenders (cl, ss, ts) - kanał lewy. GTM, czyli rytm, jako baza do muzycznych eksploracji. Uciekamy w niebanalną sonorystykę, ale rytm nie pozwala uciec nam definitywnie. Zawsze wracamy. Dialogi saksofonistów są chwilami bardzo zadziorne, by - zwłaszcza na drugim dysku - popadać w uroczą free jazzową melancholię (i wtedy robi się najpiękniej). Muzycy słuchają się bardzo wnikliwie, wiele jest tu ciekawych interakcji, a proponowane ścieżki improwizacji bywają naturalną konsekwencją zagrań interlokutora. Czas płynie bardzo demokratycznie. Uwaga na Brendersa - w roli improwizatora nie ustępuje Mistrzowi. Dodatkowym smaczkiem nagrania jest piękne brzmienie saksofonu tenorowego, rzadkiego w muzyce Braxtona instrumentu (on sam na nim, jak wiadomo, nie grywa, a i wśród współpracowników ten dęciak nie pojawia się zbyt często).

Blisko 100 minut wspaniałej podróży po sferach muzycznej podświadomości... Udane intro kolejnego szalonego roku współczesnej muzyki improwizowanej.


Anthony Braxton Quartet   Moscow (2008) (Leo Records)

Trio Anthony’ego Braxtona, znane nam choćby z ubiegłorocznego festiwalu w Victoriaville (obok lidera, Taylor Ho Bynum, trąbki przeróżne i Mary Halvorson, gitara), na tegorocznym, czerwcowym koncercie w Moskwie, wzbogacone zostało o subtelne brzmienie fagotu (za co bezpośrednio odpowiedzialna jest niejaka Katherine Young, niechybnie kolejna utalentowana studentka z Wesleyan).

Kompozycja 367B, zwał jak zwał, trwająca ponad 70 minut (oj, duża musiała być tamtejsza klepsydra) plus trzyminutowe encore. Powiedzieliśmy Moskwa, dodajmy, że rzecz działa się at the DOM (gdziekolwiek to jest), u progu tegoż lata.



Z fagotem dramaturgia tej muzyki chwilami nam ciekawie pęcznieje, wszakże pozostając dla mnie zestawem dźwięków, przy której moje członki radośnie wypoczywają (uroda tej muzyki nie jest może zbyt oczywista, ale uznajmy w tym gronie, że bananowe blondynki nie są też szczytem naszych preferencji estetycznych). Warto w tę muzykę zanurzyć uszy, potem bez stresu, czasami na ułamek sekundy od niej odejść, by ze szczerą radością szybko powrócić, bez uszczerbku dla ciągłości przyczynowo-skutkowej. Nie chcę przez to powiedzieć, że to muzyka dla mniej zaawansowanych Braxtonofili, ale naprawdę nie bójmy się jej. Popłyńmy wraz z nią i nie zadawajmy sobie zbędnych pytań.

Przy okazji kolejny asumpt do niekończącej się opowieści o kwartetach Anthony’ego Braxtona i bezwzględnie najświeższe wydawnictwo z muzyką tegoż Pana (rzecz wszak działa się niecałe pół roku temu).


Anthony Braxton   Sextet (Victoriaville) 2005  (Victo)

Festiwal w kanadyjskim Victoriaville dwa lata temu gościł Anthony’ego Braxtona. W trakcie trzech kolejnych dni AB zagrał trzy koncerty, które zostały uwiecznione na płytach Victo Records – kolejno: kompozycję 345 z Sextetem, wolne improwizacje w duecie z Fredem Frithem i krótką, acz dosadną decybelowo kooperację z noisową formacją Wolf Eyes.



Mnie najbardziej zainteresowało nagranie Sextetu, które dowodzi wciąż wspaniałej formy lidera. Ciekawe instrumentarium – saksofony i klarnety, trąbka i przetworniki, skrzypce, tuba i elektronika plus sekcja (na basie doskonały Chris Dahlgren). W tej muzyce jest wszystko, czym od lat zachwyca nas Braxton. I jazz, i kameralistyka, i zabawa przetworzonym elektronicznie dźwiękiem. Jest także Braxton jakiego znamy choćby z doskonałych kwartetów w latach 80. Jest improwizacja i żelazna dyscyplina. Jest polot, wigor, konstrukcja, dekonstrukcja i wyciszenie. Wspaniała muzyka.


Anthony Braxton  Quartet (GTM) 2006  (Important Records)
  
Śmiem twierdzić, iż to najważniejsze wydawnictwo Anthony'ego Braxtona po roku 2000! Cztery kompozycje na czterech dyskach, w klasycznym kwartecie jazzowym. Oto czym jest muzyka trójcentryczna rozpisana na duży skład (przypomnijmy: trzy niezależne od siebie centra dowodzenia procesem improwizacji) przeniesiona w dwanaście nowych wymiarów i zredukowana do czterech podmiotów wykonawczych (jak zwykle, matematyczna precyzja kompozytora). Braxton zwie to Ghost Trance Music! Erudytom polecam wnikliwą analizę przypadku dokonaną przez samego autora, a dołączoną do pięknie wydanego digipacku.



Oto absolutnie wolna muzyka, powstająca na zderzeniu procesu komponowania i improwizowania. Drodzy żurnaliści, profesjonaliści, nie łamcie sobie piór - nie zdołacie precyzyjnie zdefiniować tej muzyki! Oto czterech całkowicie wyzwolonych z wszelkich konwencji muzyków, którzy bynajmniej nie atakują nas kawalkadą dźwięków, lecz wręcz przeciwnie - każą nam się zatrzymać i głęboko zadumać. Oto wielka, intelektualna przygoda z dźwiękiem.


Anthony Braxton  Trio (Victoriaville) 2007  (Victo Records)

Formacja odpowiedzialna za tę muzykę trochę nieformalnie nazywa się Diamond Curtain Wall Trio. Obok podmiotu sprawczego mamy tu Taylora Ho Bynuma na trąbce, kornecie i wspomagaczach oraz Mary Halvorson na gitarze elektrycznej (znamy podwójny dysk tej formacji - "Trio (Glasgow) 2005", choć z innym gitarzystą). Co istotne, Braxton poza arsenałem instrumentów dmuchanych, korzysta także z elektroniki.



Kompozycja 323C, wykonana na Festiwalu w Victoriaville. Muzyka uroczo płynie przez nasze uszy, aczkolwiek momentami bywa agresywna, a jej walory sonorystyczne stanowią w dużym stopniu o jakości całego przedsięwzięcia. Zwracam uwagę na bardzo umiejętne i dalece wstrzemięźliwe korzystanie z elektronicznego wspomagania przez samego Braxtona (zresztą, w dobieraniu odpowiednich propozycji instrumentalnych nigdy nie miał problemów). W ramach trzech zestawów instrumentów, dowodzonych przez wspaniałych muzyków, oczywiście kosmiczna synergia. Piękna, trwająca godzinę, muzyczna przygoda (wszyscy jej twórcy winni pojawić się u nas w grudniu, w ramach Septetu). Ja przy tej muzyce odpoczywam.


Anthony Braxton  12+1tet (Victoriaville) 2007 (Victo Records)

Bardzo świeże wydawnictwo Anthony[ego Braxtona, prezentujące koncert na festiwalu Victoriaville w roku 2007. Trzynastoosobowy skład (dokładnie ten sam, którego opasłe tomy nagrań rok wcześniej dały początek wydawnictwu Firehouse Rec. – słynne 10-cd z nowojorskiego Iridium), przeto bogate instrumentarium, obok dęciaków różnej maści, także konglomerat zabawek dzwonkopodobnych i często wyrazista w prowadzeniu zaczepnych improwizacji gitara elektryczna. 70-minutowa kompozycja nr 361, ale jak to w wypadku "późnego" Braxtona, mamy tu tak naprawdę swobodną improwizację, by nie rzec żonglerkę fragmentami także innych kompozycji (przez co nasz bohater niechybnie zbliża się do realizacji swego życiowego marzenia, czyli jednoczesnego wykonania wszystkich swoich kompozycji).



W przeciwieństwie do chyba nazbyt rozbudowanego zestawu dziewięciu kompozycji z Iridium, tu mamy tylko konkret, zwieńczenie tej formuły. Oczywiście wspaniała muzyka, oczywiście kosmiczna erudycja głównego narratora i niemal cyrkowe popisy instrumentalistów. Dla mniej wtajemniczonych dodam, iż pośród ostatnich dużych składów AB (czy to jeszcze muzyka trójcentryczna zapytać by trzeba kompozytora), to nagranie jest niezwykle przyswajalne i – rzecz jasna – absolutnie nie dające się opisać banalnym językiem recenzenta.


Anthony Braxton & Italian Instabile Orchestra  Creative Orchestra (Bolzano) 2007 (Rai Trade/Tracce)

Z dwóch wydanych w roku ubiegłym, wielkogabarytowych projektów Anthony'ego Braxtona, ten jawi mi się jako zdecydowanie bardziej udany. Kanadyjska propozycja (Anthony Braxton and the AIMToronto Orchestra Creative Orchestra (Guelph) 2007) zbyt - jak dla mnie - ucieka w kierunku trzecionurtowym i choć przyjemna dla ucha, w głowie pozostawia raczej mało konkretne wspomnienia.



Co innego Creative Orchestra z Bolzano - kooperacja Braxtona z aktywną od lat Italian Instabile Orchestra. Włoska załoga pilnie wykonuje kompozycje mistrza, absolutnie posłuszna jego batucie. Sam Braxton - obok roli wodzirejskiej - kreuje nam trochę altowej rzeczywistości. Sześć odcinków muzycznych, cztery kompozycje pięknie zaprezentowane przez 17-osobowy skład. Fragmenty mainstreamowe kontrastowane są z zadziornymi free improwizacjami. Wiele emocji, ciekawych dysonansów brzmieniowych, kilka smakowitych popisów solowych. Bardzo konsekwentna, przystępna muzyka, udanie nawiązująca do kreatywnych orkiestr Braxtona z lat 70. Polecam nawet malkontentom.

Teksty powyższe pierwotnie zamieszczono na portalu diapazon.pl w latach 2006-09.



Anthony Braxton  3 Compositions Of New Jazz  (Delmark)
Anthony Braxton  8 Duets: Hamburg 1991 (Music and Arts)
Anthony Braxton and Richard Teitelbaum  Duet: Live at Merkin Hall, NYC (Music and Arts)
Anthony Braxton/ Chris Dahlgren  ABCD (Not Two)

W oczekiwaniu na wielokrotnie przekładany koncert jednego z najważniejszych żyjących muzyków - Anthony Braxtona - zachęcam Was do lektury poniższych wynurzeń i słuchania jego nagrań.

Muzyk jazzowy? Braxton by się pewnie obruszył. Aktywny od blisko 40 lat muzyk sam twierdzi, że jazz przestał grać jakieś 30 lat, poza tym w erze "po Aylerze" granie free jazzu przestało mieć jakikolwiek sens.
Ma dość radykalne poglądy na wiele kwestii, zarówno muzycznych, jak i całkiem społecznych. Mając 23 lata nagrał debiutancki krążek pod swoim nazwiskiem i miał czelność nazwać go "Nowym Jazzem". Swoje kompozycje tytułuje na ogół liczbami i dziwnymi kaligrafami. Znacie jego koncepcję muzyki trójcentrycznej? Czytaliście o tym? Czy poczuliście się niczym Sokrates? To wiem, że nic już nie wiem. A raczej nie rozumiem.
Ciekawa postać, która nagrywa chwilami naprawdę genialną muzykę. Nie łatwą, ale na pewno bardziej komunikatywną niż jego przekaz werbalny. Rzadko są to tradycyjne składy, z sekcją rytmiczną i instrumentami solowymi. Bo i sam Braxton zawsze daleki jest od wszelkich konwencji, balansując na granicy wolnej improwizacji i kompozycji, w bardzo współczesnym rozumieniu tego ostatniego terminu. Raczej nie swinguje (pewnie dlatego nie słucha go redaktor Brodacki z "Jazz Forum").
Gdy już sięga po nieswoje kompozycje lub bardziej tradycyjne zestawy narzędzi muzycznych, ja wychodzę z pokoju. Eksplorację standardów, bez względu na stopień ich twórczego przetworzenia, pozostawiam redaktorom bardziej wyedukowanych (ja jestem tylko rozkochany). Już wolę jego solowe przebiegi, fascynujące duety (tych chyba najwięcej), nietypowe tercety i kwartety. Pomysłowość Braxtona budzi mój szacunek, stopień skomplikowania kompozycji każe prosić o jeszcze więcej doznań.
I to chyba właśnie dzięki niemu wiemy, że saksofony i klarnety mają naprawdę piękną i szeroką gamę dźwięków.

Zacznijmy od nietypowego kwartetu i tych trzech kompozycji prowokacyjnie nazwanych Nowym Jazzem. Jest rok 1968, kilka miesięcy po debiucie na krążku Muhala Richarda Abrahmsa (kłania się AACM, nie tylko w wymiarze braxtonowskim). Leroy Jenkins na skrzypach i wielu dodatkowych, figlarnych instrumentach, Leo Smith (jeszcze wtedy nie "Wadada") na trąbce i wielu dodatkowych, figlarnych instrumentach, Richard Abrahms na pianie, wiolonczeli i alto klarnecie, no i sam Braxton na saksofonach i klarnetach (już wtedy, a także i potem - wszystkie możliwe rury za wyjątkiem tenoru). Czterdzieści kilka minut całkiem fascynujących poszukiwań uciekających harmonii, zagubionych w przestrzeni dźwięków, eleganckich mikrowojen, intrygująco brzmiących instrumentów. Wspomniane wyżej bogate instrumentarium, gardłowe melorecytacje i lekka skłonność do subtelnej kakofonii przypominają nam lepsze dokonania Art Ensemble Of Chicago, ale ponieważ jest rok 1968, nie będziemy tego traktować jako inspiracji, gdyż ta miała raczej grot przeciwny. Dwie kompozycje autorstwa Braxtona, jedna Smitha. Uwaga, bardzo wciąga!



Peter Niklas Wilson na kontrabasie to współtwórca pierwszego z omawianych tu duetów Braxtona. Tym razem przenosimy się do Hamburga i jest rok 1991. Wszechstronnie wykształcony Niemiec w ramach 8 kompozycji (zatem tytuł całości nieprzypadkowy) udanie podąża za myślą kompozytorską AB - otrzymujemy całkiem melodyjną i strawną porcję silnie jazzowych improwizacji. Strawną wedle kanonów kompozycji Braxtona rzecz jasna, tutaj zgodnie z zasadą "jak ja improwizuję, ty mi zgrabnie przygrywasz" lub "stwórzmy razem ciekawy efekt sonorystyczny". Piękne brzmienia, zwłaszcza klarnetu kontrabasowego i czyste, kontrabasowe pochody Wilsona. Oczywiście nie nucimy przy goleniu, dzieciom przed snem też nie polecamy. "8 Duets" polecamy wszakże tym, którzy z pozoru trudno dostępną muzykę AB obchodzą - całkiem niesłusznie - szerokim łukiem. To płyta, która potwierdza, iż Braxton to człowiek jazzu pełną gębą, zatem jego słowne igraszki, cytowane na wstępie, puszczamy mimo uszu. To jazz! (konstatacja ważna dla redaktora Brodackiego).



Kolejny duet - na zasadzie kontrastu - poleciłbym raczej otwartym na świat i ciekawie dźwięki filharmonikom. Nowy York, rok 1994. Richard Teitelbaum, wielce zasłużony dla krzewienia kultury elektronicznej człek muzyki, i tej klasycznie pojmowanej, jak i tej całkiem jazzowej (uczeń Luigi'ego Nono). Nagrania pochodzą przed kilkunastu lat, zatem tym bardziej chylimy czoła zebranemu instrumentarium (kbks, samplery, komputer, etc). Rzecz nagrana na koncercie, brzmi dość specyficznie, zwłaszcza, gdy muzyka kreowana przez rury Braxtona dociera do nas zza grubej powłoki nieco onirycznego klimatu, budowanego przez bogatą fakturę dźwiękową, tworzoną ad hoc przez Teitelbauma. Koncert absolutnie dla wtajemniczonych, polecam zatem nie czytającym jazzforum. Dwa wyimprowizowane sety plus zgrabny encore. Zabawna okładka w klimacie bokserskim. Groźny alt Braxtona w filharmonii. Tylko pozornie prowokacyjne. Czyż minimaliści z trzema akordami w trakcie pełnowymiarowego koncertu nie byli bardziej awangardowi?



Wreszcie "ABCD" - ostatnia z przywołanych w preambule pozycji. To pierwsza w Polsce płyta Anthony'ego Braxtona, wydana oczywiście dzięki operatywności Marka Winiarskiego (postać zapewne nieznana szerokim kręgom jazzforumfanów). Braxton na czterech rurach (ach, te brzmienia - sonorystyczne niebo w moich uszach!) plus znany nam z innych pozycji z katalogu Not Two - Chris Dahlgren na kontrabasie i elektronice (!). Cztery wersje jednej kompozycji naszego bohatera i tyleż muzycznych peregrynacji autorstwa Dahlgrena. Bardzo wysmakowane wycieczki dźwiękowe. Panowie bardzo ciekawie koegzystują w oparach rozszarpywanych harmonii, okraszając się wzajemnie inspirującymi kontrapunktami, zwłaszcza gdy nad brzmieniem duetu zawisa piętno elektronicznych przekształceń i zniekształceń. Zwracam szczególnie uwagę na utwory parzyste (Dahlgrena), gdzie słuchać wyraźnie poważne zabiegi postprodukcyjne, albowiem wytrawne ucho Waszego recenzenta słyszy przynajmniej trzech Braxtonów i dwóch Dahlgrenów (odsyłam do cyfr zawartych w tytułach utworów). Efekt fascynujący, trafnie konstytuujący tezę o wyjątkowej klasie całego albumu. Nagranie mamy z roku 2003, co dowodzi także nadal wysokiej formy AB, zwłaszcza w formule duetowej. Piosenki jak zwykle niełatwe i długie (całość przekracza 76 minut), choć tytuł płyty sugerowałby coś z natury prostego. W kategorii "Braxton - życie i twórczość" pozycja zacna, natomiast w krajowych kategoriach wydawniczych - z pewnością jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych roku, z pewnością - tuż za jubileuszem Ptaszyna (dostał list od Marszałka Jurka !).


 Max Roach/Anthony Braxton  One In Two, Two In One   (Hat Hut Records)

Jeśli wciąż mało nam muzycznych doznań, sięgnijmy koniecznie po dość zaskakujący duet z końca lat 70ych ubiegłego stulecia. Otóż na scenie, obok siebie bebopowy weteran perkusji Max Roach i tytan free jazzu Anthony Braxton, wtedy jeszcze "stuprocentowy" jazzman. "One In Two, Two In One" - koncert nagrany na festiwalu Willisau (jak wiele wydanych w zacnej kapeluszowej wytwórni szwajcarskiej) w roku 1979, wydany zaś dokładnie dekadę później. Spotkanie muzyków, którzy pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego. A jednak udaje się wyśmienicie. 



Braxton w genialnej wprost formie, absolutnie nienaginający się do estetyki Rocha, do tego, wyjątkowo jak na niego komunikatywny. Dwa długie sety, w trakcie których czujemy jak interakcje pomiędzy muzykami się zacieśniają, wchodząc z każdą minutą na wyższy poziom. To, co gra Roach powyżej 70 minuty to prawdziwa eksplozja, jakiej z pewnością nie usłyszycie na jego innych płytach. Braxton? Jakże dobitnie możemy się tu przekonać, jak wytrawnym, kreatywnym jest saksofonistą i klarnecistą. 75 minut muzyki tego duetu słucham wciąż w pozycji rozdziawionej gęby.

Teksty pierwotnie zamieszczone na portalu Gaz-eta Vivo.pl w roku 2006.

środa, 27 stycznia 2016

Radość kompletna - Anthony Braxton na przełomie trzeciej i czwartej dekady życia


Obiektywne omówienie wielopakowego "The Complete Arista Recordings Of Anthony Braxton" wymaga na wstępie nowego zdefiniowania pojęcia "Kompletnej Dyskografii". Otóż bowiem rzeczony 8-płytowy box nie zawiera bynajmniej pełnego zestawu nagrań Braxtona dla wytwórni Arista, nie został także uzupełniony jakimkolwiek bonusem, zarejestrowanym ongiś w studiach wydawnictwa i odkurzonym obecnie, co na ogół bywa stałym elementem podobnych "kompletnych nagrań". Nie znajdziemy tu także tzw. alternatywnych wykonań utworów, publikowanych wcześniej.


Na ośmiu dyskach mamy "jedynie" pełny zestaw muzyki wydanej 30 lat temu przez Aristę na dziewięciu wydawnictwach winylowych (w tym dwóch podwójnych i jednym potrójnym). W wypadku tego zestawu, absolutnie kompletna jest z pewnością radość płynąca z odsłuchu ponad ośmiu godzin muzyki Braxtona. Muzyki dotychczas - w większości przypadków - niedostępnej w formacie CD.

Braxton podpisał swój pierwszy "majerski" kontrakt (i chyba jedyny) w roku 1974. Miał za sobą okres prenatalnych eksperymentów "Nowego Jazzu" (które po latach okazały się kamieniami milowymi muzyki free), francuski przystanek końca lat 60. i pierwszej połowy 70. (freejazzowcy zza wielkiej wody koczowali podówczas masowo na paryskich ulicach), współpracę z Chickiem Coreą w ramach projektu Circle i – co dość istotne dla przebiegu dramaturgicznego tego omówienia – nagranie podwójnego zestawu standardów "What’s New In The Tradition".

Kontrakt podpisał, bo po prawdzie musiał (element socjalno-bytowy tej opowieści nie może ujść naszej uwadze), albowiem założył rodzinę i kupił dom w Woodstock. W okresie kolejnych sześciu lat nagrał dla Aristy 9 płyt, które w znaczącej części stanowią o wartości jego dokonań przełomu trzeciej i czwartej dekady życia.

Na "kompletny" zestaw nagrań dla wspomnianej w preambule wytwórni składają się nagrania solowe, duet z Muhalem Richardem Abramsem, duet z Georgem Lewisem wsparty orkiestrą Berlińską, trio z kolegami z AACM, pokaźna dawka nagrań kwartetowych, kompozycje wykonane w ramach kreatywnej orkiestry, gigantyczny projekt muzyki współczesnej na cztery orkiestry oraz drobny suplement skomponowany na dwa fortepiany.

Nagrania z trzynastu płyt winylowych zostały poupychane na ośmiu płytach CD, zatem siłą rzeczy nabywcy tego drogiego (skądinąd) zestawu pozbawieni zostali możliwości dogodnego, w pełni chronologicznego odsłuchu wszystkich nagrań, bez konieczności manipulowania krążkami. Np. każda ze stron analogowego "For Trio" umieszczona jest na innym CD, także niektórych sesji kwartetu trzeba szukać na dwóch CD (podobnie solowych eksploracji). Ale to w sumie drobne niedogodności. Opis płyt jest precyzyjny i pozwala w miarę sprawnie poruszać się po wydawnictwie.

Co bardziej zaawansowani technologicznie słuchacze zgrali zapewne całość muzyki do swych wyuzdanych ipodów, pogrupowali nagrania wedle winylowych kanonów, a także ściągnęli z netu oryginalne okładki (czego nam wydawcy "kompletnej" dyskografii – z niewiadomych powodów – poskąpili), przez co osiągnęli docelowy poziom komfortu.

Idąc za głosem tej ostatniej grupy słuchaczy, omówienie nagrań Anthony'ego Braxtona dla Aristy poprowadzę wg schematu analogowego, ubarwiając opowieść reprodukcjami pięknych, oryginalnych okładek czarnych płyt.


New York, Fall 1974

Jeśli miałbym jednym zdaniem podsumować największą wartość omawianego ośmiopaku, rzekłbym, iż jest nią pokaźna dawka nagrań kwartetu Braxtona z udziałem brytyjskiego trębacza Kenny'ego Wheelera. Dotychczas ich wspólne nagrania nie były w zasadzie dostępne w formacie cyfrowym. Wheeler, w tamtym okresie zdecydowanie free improviser, wniósł do muzyki Braxtona typowy dla europejskich muzyków improwizujących klasycystyczny sznyt, kameralne zadęcie, chwilę zadumy (choć sam pochodził z Kanady, całe swe życie artystyczne związany był z Wielką Brytanią). I choć osobiście bardziej cenię sobie w roli kwartetowego uzupełnienia, w tamtych latach, puzon szalonego George’a Lewisa, to obcowanie z trąbką Wheelera jest wartością samą w sobie i niesie istotne – dla mych uszu - walory sonorystyczne.






Jesienna sesja w kwartecie otwiera nasze wydawnictwo. Przy okazji nieodparte, choć subiektywne wrażenie, że Braxton po nagraniu "What’s New In The Tradition" zdecydowanie docenił brzmienie i frazowanie dobrej, jazzowej sekcji rytmicznej (co nie było częstym jego udziałem w pierwszym, pięcioletnim okresie działalności artystycznej). Docenił na tyle silnie, że przez kolejne dwadzieścia lat nagrywał głównie przy wsparciu kontrabasu i perkusji.
W tej sesji, obok Dave’a Hollanda (znacząco polubili się po wspólnym graniu w Circle), na perkusji Jerome Cooper (w kolejnych latach zastąpiony przez Barry’ego Altschula - także kolegę z Circle). Cztery kompozycje (wg słów samego autora, pierwsza z nich to atonalna wersja słynnej "Donna Lee"), a w ostatniej gość – Leroy Jenkins na skrzypcach. Wspaniały jazz! Z naciskiem na słowo jazz. Wszak kwartety z lat 70., w trakcie całej muzycznej przygody Braxtona, najbliższe są jazzowego mainstreamu, w pełnym rozumieniu tego słowa. Temat, improwizacje, czasami odrobinę kolektywne, temat, coda. Któż powie, że Braxton nie gra jazzu?!? 

Jesienna, nowojorska sesja sprzed 34 lat, to nie tylko kwartet. Płytę uzupełnia drobny duet z Richardem Teitelbaumem (inne ich nagrania dla Aristy, to właśnie jeden z brakujących elementów naprawdę kompletnej dyskografii) oraz nagrania kwartetu saksofonowego. Obok głównego bohatera – Julius Hemphill, Olivier Lake i Hammiet Bluiett, czyli 3/4 World Saxophone Quartet, i to jeszcze przed swoim pierwszym płytowym ujawnieniem! Jak się okazuje, Braxtona uznać można za protoplastę tej wybitnie popularnej formacji współczesnego jazzu!


Five Pieces, 1975

Lipcowa sesja kolejnego roku, to już tylko kwartet – z Wheelerem, Hollandem i Altschulem. Cztery kompozycje Braxtona (m.in. kolejne wersje kompozycji "23", eksplorowanej silnie poprzedniej jesieni) oraz nagrany w duecie z kontrabasem standard "You Stepped Out Of A Dream", otwierający cały zestaw, co po raz kolejny dobitnie dowodzi nam, że sesja tradycyjnych tematów z 1974 r. miały istotny wpływ na dalszy, muzyczny rozwój naszego bohatera. Pięknie improwizujący Braxton, uroczy towarzysz jego opowieści, choć nieco oddzielny estetycznie, Wheeler i rasowa jazzowa sekcja (Holland także bardzo czupurny w improwizacjach, zwłaszcza w rzeczonym standardzie). 




Szczególną uwagę zwracam na kompozycję "23E", trwającą ponad 17 minut – perełka w koronie tego składu, kwintesencja braxtonowskiej koncepcji muzyki na kwartet jazzowy w tamtych czasach. Muzyka iskrzy, z każdym kolejnym nagraniem, coraz mocniej, ale na apogeum tego składu musimy chwilę poczekać (rzecz bowiem wydarzy się na koncercie, ale dopiero na dysku szóstym – choć chronologicznie, ledwie 18 dni później).


Creative Orchestra Music 1976

Duże tematy muzyczne Braxton przerabiał już wcześniej (słynne CCC, nagrania czekające na swoją kompletną dyskografię), zarówno jako kompozytor, jak i muzyk do wynajęcia. Kreatywne Orkiestry w latach 70., to był pomysł świata free jazzu na szukanie nowych środków artystycznego wyrazu. Tu, lutowa sesja '76, oczywiście z Nowego Jorku - sześć kompozycji Braxtona, w każdej odrobinę inny skład (patrz: opis płyty), wielu wspaniałych muzyków (cała Free Nowy York w studiu!), w roli dyrygentów częściej Leo Smith i M.R. Abrams, niż sam Braxton. 




Niesamowity konglomerat muzycznych pomysłów - klasyczne big-bandowe przebiegi brutalnie gwałcone saksofonem kontrabasowym, sonorystyczne gierki kilkunastu wojujących instrumentów (w tym szmery Teitelbauma!), marsze weselne uciekające w ostre free – wyjątkowa muzyka, wytrzymująca niechybnie próbę czasu. I wyobraźcie sobie, że w roku 1977 "Down Beat" (ten sam magazyn, ten sam!!!) ogłasza tę wspaniałą płytę nagraniem roku! Oj, świat zeszmacił się nam przez te lata okropnie...


Duets 1976 (with Muhal Richard Abrams)

Wrzesień 1976 roku. Skromny duet z Muhalem Richardem Abramsem (piano). Dwie kompozycje obce (w tym otwierający klasyk Dolphy’ego "Miss Ann"), reszta utworów autorstwa Braxtona (w tym jeden wspólny obu Panów). 





W kontekście tego, co przedtem i potem w tym zestawie, delikatny odpoczynek dla naszych uszu. Zwłaszcza Muhal gra dość zachowawczo, ale dzięki temu zostawia pole szalejącemu na kilku instrumentach dmuchanych Braxtonowi. Świetny materiał dla początkujących fanów naszego bohatera – lekcja pt. "Dlaczego Braxton jest wybitnym instrumentalistą".


For Trio

Szczególne, ze względów personalnych, nagranie w zestawie. Kompozycja "76" (nota bene, wszystkie kompozycje zamieszczone w boksie określane są mianem "opusów") w dwóch wersjach. Najpierw trio z Douglasem Ewartem i Henrym Threadgillem, potem z Roscoe Mitchellem i Josephem Jarmanem. Nazwiska wywołujące drżenie każdego free fana – i słusznie! Braxton pilnie szukający swych afrykańskich korzeni. 




Każdy z muzyków ma do dyspozycji dziewięć instrumentów, a całość skomponowana jest nad wyraz precyzyjnie (odsyłam do opisu wydawnictwa). Plemienne inicjacje na dziesiątki dętych, perkusyjnych i innych małych przedmiotów. Trochę krzyków i garść szeptów. Zabawa dźwiękiem, mocno osadzona w klimatach wczesnego Art Ensemble Of Chicago, bliska także estetyce wspólnego nagrania Braxtona i Jarmana ("Together Alone"). Muzyka nobliwie łaskocze moje narządy słuchu, wszakże intelektu nie uruchamia specjalnie. Może zbyt wiele matematyki na etapie koncepcji, zbyt mało frywolności w trakcie wykonania. Wrzesień 1977 roku.


The Montreux/Berlin Concerts

Otóż i opus magnum "kompletnej dyskografii". Dwa koncerty kwartetowe i suplement. Pierwszy z roku 1975 (wspomniane 18 dni później), czyli Wheeler w roli klasycyzującego frytowca w konfrontacji z afroamerykaninem z ambicjami plus zabójcza sekcja rytmiczna, niebiorąca jeńców! Nagranie koncertowe ze Szwajcarii. Szkoda, że tylko 30-minutowe. Zaczyna się jak w filharmonii, kończy jak w porządnym nowojorskim lofcie! Na płycie wszakże nie ma chwili wytchnienia, bo zaraz odpalany jest kolejny koncert w kwartecie. Mija rok, lądujemy w Berlinie, Wheelera zastępuje George Lewis i koncert rozpoczyna się na nowo. Kolejne trzy torpedy. Tu jazda jest już ekstremalna. Karkołomne improwizacje, zwłaszcza Lewisa, kosmiczna chemia pomiędzy muzykami (koncert w ramach tej samej trasy, co słynny HatHutowy Quartet (Dortmund) 1976, tylko pięć dni późniejszy – sam nie wiem, czy ten nie jest lepszy). Niestety i tu – po pół godzinie - ktoś drastycznie wyłącza nam odtwarzacz. Płaczemy łzami wielkimi, jak kurze jaja. Dostajemy wszakże mały bonus na pocieszenie. 




Dwa dni po koncercie kwartetu, Braxton i Lewis, w towarzystwie Berlin New Music Group, wykonują ponad dwudziestominutową kompozycję "63". Jeśli liczyliście, że dwóch struchlałych jazzmanów podejdzie na kolanach do świergotania filharmoników, to jesteście w strasznym błędzie. Drapieżne improwizacje obu wybitnych muzyków delikatnie puentowane są bogatym orkiestrowym instrumentarium. Wielka rzecz, cudowne zwieńczenie genialnych koncertów kwartetowych (na CD nie słuchamy tego jednym ciągiem, albowiem to ostatnie nagranie kończy dysk zarezerwowany dla Creative Orchestra).


Alto Saxophone Improvisations 1979

Michael Cuscuna, producent aristowskich nagrań, wspomina po latach, iż sesje solowe Braxtona, zamieszczone na tej płycie, były dla niego najtrudniejszym wyzwaniem, przynajmniej, jeśli chodzi o realizację tego kontraktu. Muzyk trochę grymasił, był bardzo krytyczny wobec nagrywanego materiału i często, nawet po kilku miesiącach, wracał do nagrań i chciał poprawiać ich brzmienie. Cóż z tych ambiwalencji po 30 latach wynika? Piękna, czasami liryczna, solowa petarda – trzynaście kompozycji zarejestrowanych podczas trzech sesji (wbrew nazwie płyty, zdecydowana większość nagrań powstała w listopadzie 1978 roku), trzy standardy (w tym coltranowskie "Giant Steps"), reszta autorstwa Braxtona. 




Dla mnie osobiście jakiekolwiek nagrania solowe naszego ulubieńca nigdy nie zbliżyły się do poziomu solowego debiutu - "For Alto", ale raczej bywam odosobniony w tych sądach. Altowy Braxton w wersji solowej to majstersztyk w każdym wariancie. Nie sposób, zagłębiając się w tej muzyce, tego nie usłyszeć.


For Four Orchestras

Z pewnością najbardziej szalony zamysł kompozytorski w życiu Braxtona. Kompozycja (opus) "78", rozpisana na cztery (!) 39-osobowe orkiestry. Blisko dwie godziny muzyki. Stuprocentowa notyfikacja, bez śladu improwizacji, czterech dyrygentów. Zawsze podziwiałem w Braxtonie tę jego artystyczną bezczelność, tupet. W wieku 33 lat zmierzył się z historią muzyki współczesnej. Nie śmiem oceniać, czy poległ. Nie czuję się kompetentny. Szalony pomysł, szalona muzyka. 




Spuentuję ją bardzo osobistym wspomnieniem. Otóż pierwszy raz słuchałem tego nagrania idąc samotnie nad morze, wieczorem, w całkowitych ciemnościach, przy lekkim mrozie. Muzyka na uszach, całkowicie zagłuszająca dźwięki mrocznej natury, tworzyła demony w mojej głowie, a ja sam nie wiem, jak pokonałem 4-kilometrowy odcinek. I takaż ta muzyka na całe życie mi już pozostanie.


For Two Pianos


To już rok 1980 i blisko 50-minutowe wykonanie kompozycji "95". Frederic Rzewski i Ursula Oppens na dwóch fortepianach, dodatkowo okazjonalnie wspomaganych przez zither i melodikę. Smakowite, acz dla mnie mocno chill’outowe, zwieńczenie kontraktu z Aristą.




Czas na małe resumé - "The Complete Arista Recordings Of Anthony Braxton" znakomicie uzupełnia dyskografię naszego bohatera, wydaną w formacie CD. Trudno zresztą sobie wyobrazić ją bez tych nagrań. Abstrahując od nagrań niejazzowych tu zamieszczonych (patrz: dwie ostatnie pozycje), drodzy melomani otrzymali kwintesencję jazzowego Anthony’ego Braxtona. Zwłaszcza dla tych, którzy wciąż podchodzą do jego muzyki, jak pies do jeża – lektura obowiązkowa. A dla reszty? Kolejny smakowity kąsek wspaniałej historii jazzu.

Czekamy wytrwale na kolejne reedycje. Nagrań dostępnych tylko winylowo wciąż bardzo dużo!!! Wydawcy! Do dzieła!

Tekst pierwotnie zamieszczony na portalu diapazon.pl w styczniu 2009r.