Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Charuest. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yves Charuest. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 maja 2023

The May’ Round-up: Selva! Lai! Made of Bones! Brick Quartet! Nästesjö & Sandell! Orins! Aphar & Cruz! Yamada! Lingua del Sì!


Majowa zbiorówka recenzji gotowa! Zgodnie z wielowiekową tradycją ekstremalnie multigatunkowa, pełna krwistej improwizacji, doposażona w kilka nowych, intrygujących nazwisk do zapamiętania, goszcząca też całą masę naszych dobrych znajomych! Dziewięć ważnych powodów, by poczytać i posłuchać!

Dziś w zestawie duży pakiet nowości iberyjskich, ponadto akcent kanadyjsko-nowozelandzki, trochę Francji, Szwecji i Szwajcarii. Tym razem bez wątków krajowych, ale pewnego lokalnego muzyka doszukamy się w jednej z iberyjskich propozycji!

Słowo się rzekło, zaczynamy w Lizbonie ponadgatunkową porcją ekspresji, potem post-jazzowa Barcelona, znów Lizbona, tym razem równie psychodeliczna, jak fussion-jazzowa, wreszcie free jazz z Kanady. Po tej porcji dość dynamicznych wydarzeń zapraszamy na swobodnie improwizowany duet ze Szwecji, dwie dalece nietypowe propozycje z Francji (choć niemal same znane nazwiska!), kwantowy eksperyment z Barcelony, wreszcie garść swobodnej improwizacji na instrumentach dawnych, tu z krajowym wydawcą!

So welcome to hell and heaven of free impro!



 

The Selva  Camar​ã​o​-​Girafa (Clean Feed, CD 2023)

Namouche Studios, Lizbona, grudzień 2021: Ricardo Jacinto – wiolonczela, elektronika, harmonium (w jednym utworze), Gonçalo Almeida – kontrabas, elektronika oraz Nuno Morão – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 39 minut.

Portugalskie trio znamy i cenimy od lat, również za to, iż swoją ponadgatunkową propozycję estetyczną ubiera w zgrabne szaty powabnych, melodyjnych, niekiedy wręcz piosenkowych ekspozycji. Nowa płyta nic tu nie zmienia, może jedynie poszerza i tak już pokaźny zasób stylistycznych inspiracji. Od zwiewnej kameralistyki, przez rockowe emocje, aż po post-akustyczne electro. A wszystko przy użyciu wiolonczeli, kontrabsu i perkusji, oczywiście z istotną podpórką elektroniczną.

Pierwsza piosenka łączy urok post-barokowego śpiewu wiolonczeli z mrokiem kontrabasowych dronów. Wyjątkowo powolne otwarcie nabiera tu tempa dzięki świetnej pracy perkusisty. W drugiej opowieści rytmicznie szarpane struny wprowadzają flow w otchłań prawdziwie rockowych emocji, sfuzzowanego brzmienia i skocznej jak oberek dynamiki. W kolejnej części toniemy w post-gitarowych sprzężeniach, syconych dubowym oddechem niekończącej się przestrzeni dźwięku. Czwarta opowieść, to niemal rockowa piosenka (choć bez tekstu). Rytmiczny flow perkusji, stylowy drive kontrabsu i wiolonczela, która pięknie frazuje niemal czystym tembrem. I jak tu nie pójść w kompulsywne tango? W piątej odsłonie muzycy budują niezwykle filigranową narrację, która szybko odnajduje zasadną dynamikę. Owo post-akustyczne drum’n’bass zaczyna nabierać z czasem niemal elektrycznej gęstości. W tle zaś snuje się urokliwy, mroczny ambient. Ostatnią ekspozycję otwiera post-barokowe cello. Gorące westchnienia nabierają tu mocy, niemal tanecznego kroku, łapią dynamikę i kończą efektowny album w strugach rockowej ekspresji. Ot, i cała Selva!



 

Clara Lai  Corpos (Phonogram Unit, CD 2023)

Rosazul Studios, Barcelona, kwiecień 2022: Clara Lai – fortepian, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Oriol Roca – perkusja. Sześć utworów, 39 minut.

Corpos, to prawdziwie iberyjska perła – Katalończycy w portugalskich barwach! Trio z fortepianem w roli inicjatora, ogniska zamysłów kompozytorskich - wszystko tworzone jednak w klimacie dalece kolektywnej improwizacji. Do tego klasa każdego z muzyków! Świetny album post-jazzu, który doskonale czuje się także w obszarze dźwięków preparowanych i wszelkich dostępnych technik rozszerzonej artykulacji. Osobne brawa dla kontrabasisty, choć na tych łamach, to fakt oczywisty!

Początek nagrania definitywnie jazzowy, z kontrabasem i perkusją w roli introduktorów i bystrym pianem płynącym wprost z gorącej klawiatury. Już druga odsłona wpycha nas w przestrzeń dźwięków preparowanych – smyczkowy dron kontrabsu, wytłumione deep drums i smutne, minimalistyczne piano w kameralnym suspensie. W kolejnej części pianistka sięga po frazy grany inside, a w utworze czwartym buduje rozległą, choć filigranową, post-klasyczną ekspozycję, wyposażoną w ciekawą, nieco zwichrowaną rytmikę. Kontrabas i perkusja wchodzą do gry po kilku minutach z bujny pakietem dźwięków i ekspozycjami solowymi. Piąta improwizacja zdaje się być kluczową pod każdym względem. Inside piano, zmysłowy smyczek i talerze w rezonansie. Muzycy pokonują długą drogę z głębokiej krypty na deszczową powierzchnię racząc nas cudowną paletą powykrzywianych dźwięków. Popisowa rola przypada tu kontrabasiście, który post-barokowym tembrem buduje mroczny, tłusty flow. W roli wisienki na torcie minimalistyczne frazy pianistki. Finałowa opowieść wydaje się nad wyraz delikatna, pełna rezonujących fraz, rodzaj leniwej post-ballady z fortepianem w roli głównej.



 

Made of Bones  Handgun (Phonogram Unit, CD 2023)

Profound Whatever Studio, Pesinho, październik 2022: Duarte Fonseca - perkusja, João Clemente - gitara, Nuno Santos Dias – waldorf oraz Ricardo Sousa - kontrabas. Dziesięć utworów, 40 minut.

Portugalski kwartet złożony z muzyków o całkiem świeżych dla nas personaliach, to intrygująca zabawa w fussion-jazz z udanymi plamami rocka i post-ambientu, smakowicie wiedziona brzmieniem kwaśnego instrumentu klawiszowego zwanego waldorf. Nagranie, składające się z jednej, trwającej cztery dziesiątki minut improwizacji, podzielonej na dziesięć odcinków, pełne jest dramaturgicznych subtelności, a prowadzone w dalece nieśpiesznym, definitywnie portugalskim tempie.

Otwarcie albumu trwa ledwie trzy minuty, a szyte jest ostrym, kolektywnym ściegiem z odpowiednią dawką emocji. Potem artyści zwalniają i zaczynają snuć kwaśną, podszytą dubowym echem opowieść. Okazjonalnie łapią dynamikę, wpadają w zmyślny rytm, sycą improwizację zrównoważoną porcją hałasu. Świetnie czują się w leniwych, choć nerwowych sekwencjach short-cuts (choćby w części czwartej), udanie kreują bardziej melodyjne, jazzowe wątki (m-base’owa gitara w części piątej). W szóstej opowieści najpierw bawią się w małą radiotelegrafię, potem szyją meta balladową narrację, która płynie dość melodyjnym strumieniem. Ciekawie dzieje się części siódmej, która zaczyna się mroku, a klejona jest z drobnych fraz, także sampli. Z czasem opowieść łapie jazz-rockowy drive i zdaje się być jednym z najlepszych momentów płyty. Ostatnie trzy odcinki powracają do leniwego tempa, kreują narrację nadymając dźwięki, a nie szukając dynamiki. Gitara frazuje tu na jazzowo, klawisze płyną strugą ambientu. W końcowej narracji gitarze bliżej jest do estetyki rocka, a waldorfowi do post-psychodelii. Album kończy efektowne spiętrzenie, niepozbawione znamion hałasu.



 

Brick Quartet with Yves Charuest  Passing the Buck (Small Scale Music, DL 2023)

Feu La Passe, Montréal, wrzesień 2015: Jeff Henderson – saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara elektryczna, Jacob Desjardins – perkusja, instrumenty perkusyjne, Raphaël Foisy - bas elektryczny, cigar-box-noise-maker & screaming rubber chicken oraz Yves Charuest – saksofon altowy. Trzy utwory, 45 minut.

Ponadkontynentalny, kanadyjsko-nowozelandzki kwartet w towarzystwie znamienitego kanadyjskiego saksofonisty, to kolejna w dzisiejszym zestawie propozycja okołojazzowa. Tym razem wszakże pełna ekspresji, free jazzowych, dętych kawalkad, oparta na sile elektrycznej gitary i takiegoż basu, zatem skora do post-rockowych, tudzież psychodelicznych wycieczek. Koncert ma już osiem lat, ale wiele wskazuje na to, że warto było na niego czekać.

Pierwsze dwie części koncertu są jednym strumieniem dźwiękowym, zatem być może setem głównym spektaklu. Początek jest nieco chaotyczny, rodzaj gry rozpoznawczej. Dość szybko muzycy formują się w szyk free jazzowy, rozhuśtani lekkim wiatrem, ale podążający we wspólnie obranym kierunku. Dwa alty w nieustannej dyskusji, bystra, niekiedy post-rockowa gitara i kompulsywny bas, który tworzy wyśmienitą bazę dla improwizowanych popisów. Jakość brzmienia całego kwintetu nie jest tu perfekcyjna, ale sprzyja free jazzowym emocjom. Pierwsze istotne wytłumienie jest okazją do zmiany numeru traku. Początek drugiej części snuje się na poły hałaśliwymi dronami, nie brakuje w nim ciekawych, preparowanych fraz na gryfach obu gitar. Saksofony krzyczą i dość szybko kierują band ku ekspresyjnemu wzniesieniu. Narracja łyka dużo jazzu, a kończy się niemal brotzmannowską zadumą i melancholią. Finałowa część koncertu wydaje się na tle poprzednich dość filigranowa, przynajmniej w swej fazie początkowej. Leniwe flażolety, saksofonowe oddechy i funkowe grepsy basu, całość zaś doposażona ciekawymi preparacjami perkusisty. Z czasem improwizacja wpada w bystry półgalop, po czym gaśnie nie bez perturbacji związanych z ekspresyjnym zachowaniem gitarzysty.




Johannes N​ä​stesj​ö​/ Sten Sandell  Duo 230204 (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

KoncerKirken, Szwecja(?), luty 2023: Johannes Nästesjö – kontrabas oraz Sten Sandell – fortepian i głos. Jedna improwizacja, 31 i pół minuty.

Studyjnym nagraniem tych dwóch wspaniałych szwedzkich improwizatorów zachwycaliśmy się nie dalej, jak kilka tygodni temu. Teraz powracają do nas z nagraniem koncertowym, popełnionym minionej zimy, zapewne w ramach promocji albumu Duo akt I-VIII. Ledwie kwadranse z sekundami, a jaki ładunek emocji i jakości!

Duet nie dość, że jest krótki, to jeszcze wiele jego początkowych minut, to solowa ekspozycja pianisty. Czego tu nie ma? Post-klasyczne intro z klawiatury, leniwe, ale niepozbawione ekspresyjnych zdobień, efektowny półgalop, akcenty inside piano, moc czarnych klawiszy, kilka dźwięków głosowych i na finał części solowej pełnokrwista galopada. Kontrabas budzi się do życia rozśpiewanym, post-barokowym smyczkiem, który wchodzi w filigranowe interakcje z pianem, niczym luźna rozmowa przy porannej kawie. Gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato, opowieść nabiera post-jazzowego charakteru, zdobiona post-klasycznymi akcjami pianisty. Gdy wraca do arco, improwizacja nabiera cech kameralnej wspaniałości. Narracją rządzi wszakże dyktat ciągłej zmiany i każdy z muzyków czuje się w tej sytuacji bardzo komfortowo, doskonale panując nad indywidualną, jak i duetową dramaturgią. Za zmiany tempa zdaje się tu odpowiadać pianista, za zmiany w gęstości szyku improwizacji – kontrabasista. Pod koniec koncertu flow najpierw wpada w półgalop, potem grzęźnie w mgle dark chamber. Na ostatniej prostej emocje znów idą ku górze, dzięki mocy fortepianowych klawiszy zaczepionych o smugę kameralnego smyczka. Po burzy oklasków artyści serwują nam jeszcze skromny encore, doposażony w sporą dawkę free jazzu.




Peter Orins  Dead Dead Gang (Circum-Disc, CD 2023).

La malterie, Lille, wrzesień 2022: Maryline Pruvost – głos, Indian harmonium, Barbara Dang – fortepian, Gordon Pym – elektronika, obiekty amplifikowane oraz Peter Orins – perkusja i kompozycja (inspirowana tekstem Alana Moore’a Jerusalem). Cztery utwory, 44 minuty.

Kwietniowe nowości francuskiego Circum-Disc zaskakują! Najpierw kwartet dowodzony przez naszego ulubionego muzyka z Francji, który skomponował improwizowaną opowieść, dla której inspirację stanowiła literatura. Dodatkowo do kwartetowego instrumentarium wybrał zestaw dalece nietypowych narzędzi. Z jednej strony Orins określa Dead Dead Gang (świetna nazwa!) mianem wyjątkowo alternatywnej wersji muzyki … pop, z drugiej, w praktyce realizacji, urokliwie grzęźnie w elektroakustycznych, silnie predefiniowanych improwizacjach. Efekt w swej fazie początkowej zdaje się nas zachwycać, jednak dalszej części nagrania brakuje bardziej rozbudowanej dramaturgii i emocji typowych dla swobodnej improwizacji.

Aurę filigranowej, pełnej brzmieniowych subtelności opowieści otwarcia kreują tu typowe dla Orinsa perkusjonalne preparacje (klasa!), plamy inside piano, kobiecy, filigranowy śpiew i męskie szepty, także szczypta harmonium i elektroakustyczne tło. Narracja toczy się nad wyraz leniwie, ale ma swój rytm, a także pewną dramaturgiczną powtarzalność. Ta ostatnia cecha staje się fundamentem kolejnych części albumu, do tego miana kandydować może także niemal konceptualny minimalizm w kreowaniu akcji scenicznej. Osią drugiej części wydaje się harmonium, ale flow nie jest linearny, tworzą go incydentalne skupiska dźwięków. Całość przypomina wystudzony, martwy marsz w nieznanym kierunku. Płyta nabiera nieco wigoru w części trzeciej, ale nie dzieje się tak od razu. Początek utworu wspiera radiowy głos z offu, z kolei zakończenie udanie zdobi pewna ulotna, ale dość mroczna aura, także frazy inside piano i recytacje. Finałowa ekspozycja powraca do formuły minimalistycznej. Orins sugeruje drobny rytm, dobrze pracuje elektroakustyczny background, a wokalistka serwuje nam … wulgaryzmy w języku Szekspira. Rodzaj pokrętnej piosenki w proteście.



 

Léon Aphar & Ivann Cruz  Aphar's Cave (Circum-Disc, CD 2023)

La Renaissance, Lille, październik 2021: Léon Aphar – gitara i głos, kompozycje (z wyjątkiem trzech) oraz Ivann Cruz – gitara i głos. Osiemnaście utworów, 60 minut.

Druga z francuskich nowości zaskakuje jeszcze bardziej! Oto duet gitar akustycznych i zestaw ponadgatunkowych … piosenek. Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością (zwłaszcza dynamicznych protest-songów!), z drugiej wszakże strony album jest dość długi i dla impro-fanów może wydawać się w fazie końcowej mniej intrygujący. Ale kunszt instrumentalny i wokalny obu artystów i ich erudycja muzyczna - na kosmicznym poziomie!

Aphar i Cruz dość solidarnie dzielą się tu obowiązkami, każdy z nich ma przestrzeń na gitarowe ewolucje (na ogół prowadzone różniącymi się od siebie strumieniami narracji), każdy swoje do powiedzenia i zaśpiewania. W tej drugiej sferze muzycy często wchodzą w dialog, czasami nawet na siebie krzyczą. Z osiemnastu zaprezentowanych na albumie piosenek doprawdy każda jest inna. Mamy tu rewolucyjne pieśni żalu i udręki, post-folkowe narracje pełne blasku i emocji, bluesowe ballady i piosenki z … niemieckim tekstem. Nie brakuje brudnych, wręcz psychodelicznych brzmień, ani cytatów z klasyki rocka, folku, czy bluesa. Także powykręcanych narracji w stylu pijanej amerikany, tudzież bluzg w stylistyce szantowej. I co najważniejsze, obaj artyści świetnie się bawią racząc nas tym niesamowitym zbiorem … prostych piosenek.




Reiko Yamada  Interpreting Quantum Randomness (Phonos, LP/DL 2023)

Phonos, Barcelona, październik 2021: Reiko Yamada – syntezator analogowy, media mieszane, notacje graficzne (utwory 1-3,6), Ángel Faraldo – maszyna perkusyjna, obiekty, media mieszane (4,6), Barbara Held - flet (2,3), Andrés Lewin-Richter – media mieszane (5), Artur Majewski – kornet i elektronika (1,3), Ilona Schneider - głos (2,3) oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne (3,5). Sześć utworów wedle koncepcji Reiko Yamady i Macieja Lewensteina, 42 minuty.

Precyzyjnie skonstruowana improwizacja w procesie interpretacji kwantowej losowości? Why not! Ciekawych naukowego backgroundu odsyłamy na bandcamp wydawcy albumu, a tu – jak zwykle – skupiamy się na dźwiękach. Sześć elektroakustycznych opowieści, zrealizowanych siłami barcelońskimi (główna kreatorka jest w tej chwili rezydentką tego pięknego miasta), przy drobnym wsparciu krajowym, to intrygująca przygoda dla tych, którzy otwarci są na analogową elektronikę i akustyczne cuda doskonałych improwizatorów. Całość smakować winna szczególnie osobom o dużej wyobraźni, śmiało stanowić bowiem może soundtrack do psychodelicznego horroru. Utwory omawiamy wg opisu płyty, choć w realu nagrania obu stron przezroczystego winyla są zamienione (czyżby efekt kwantowej losowości?).

Pierwszy utwór na płycie budują elektroniczne pulsacje, niektóre dość filigranowe, inne dalece basowe. Na ich tle ściele się kornetowa chmura dźwięków wspartych elektroniką. Z czasem narracja gęstnieje i nabiera niemal post-industrialnego posmaku. Drugi utwór jest w pełni akustyczny i zdaje się być swobodną, delikatną improwizacją na flet i głos damski. Najciekawiej dzieje się w trzeciej odsłonie albumu, gdy do wspomnianego duetu dołącza kornet, perkusjonalia i lekka, syntetyczna powłoka syntezatorowych brzmień. Bystra, czuła na niuanse brzmieniowe i dramaturgiczne, dobrze zaplanowana improwizacja. Druga strona winyla robi zdecydowany krok w mroczne, nieznane przestrzenie fizyki kwantowej. Najpierw dostajemy się w wir bilardowej akcji maszyny perkusyjnej, z czasem wzbogaconej dość subtelnym ambientem. W kolejnej części toniemy w basowych pulsacjach i onirycznych plamach post-ambientu. Narracja nabiera tu mroku i grozy niemal z każdą sekundą. Wreszcie finałowa opowieść, budowana zgrzytającą, usterkową elektroniką, która także z czasem nosić zaczyna znamiona nerwowego dark ambientu.



 

Lingua del Sì  Forbidden Color (Antena Non Grata, CD 2023)

Carovana091, Locarno, maj 2022: Sandra Weiss – bassoon, Rodolphe Loubatière – werbel, Anna-Kaisa Meklin - viola da gamba, Violeta Motta – flety przestawne i hybrydowe. Siedem utworów, 44 minuty.

Albumy dzisiejszej zbiorówki nie przestają nas zaskakiwać choćby na moment. Na finał muzyka swobodnie improwizowana, pełna naszych ulubionych technik rozszerzonych, wykonywana na instrumentach dawnych. Wcale nie subtelna, nie zawsze wyciszona, dalece głęboka i akustycznie dotkliwa. Innymi słowy – sam miód!

Szum pustej przestrzeni, tajemnicze kroki, puste oddechy, pierwsze strunowe boleści i incydentalne podmuchy hałasu z nieznanego źródła - aura otwarcia zadaje pytania i nie daje prostych odpowiedzi. Mechanika metalowych przedmiotów, czerstwej ciszy i kreatywnego minimalizmu. Muzyka dawna dewastowana urokami współczesności. Druga opowieść budowana jest dłuższymi frazami, które pracują z echem, kolejnym instrumentem tej szalonej zabawy z dźwiękiem. Tu kropkę nad „i” stawia masywny bassoon. W trzeciej odsłonie, pośród szumu nieistniejącego morza i pomruku martwych obiektów, odbywa się prawdziwa ceremonia skupienia. Ciężka praca przynosi tu efekt w postaci gęstego post-baroku, która łapie ochłapy ekspresji. Na czele czwartej opowieści viola da gamba, która cierpi katusze. Reszta instrumentów formuje się tu w dron współczujących. W piątej części cała ta szalona orkiestra bierze głęboki oddech, ale jeszcze nie kona. W szóstej z kolei przybiera formę krzyku, który zdaje się płynąć znikąd donikąd. Długie pociągnięcia pędzlem i rytuał gorzkich żali. Końcowa improwizacja stawia na śpiew – viola, bassoon i flet toną w mrukliwej melodii pożegnalnej.

 

 

wtorek, 27 lipca 2021

Yves Charuest & Benedict Taylor! Knotted Threads!


Zapraszamy na międzypokoleniowy mariaż kanadyjskiego saksofonisty i brytyjskiego altowiolinisty, którego efekt dźwiękowy trafia do nas dzięki kolejnemu mariażowi, tym razem wydawniczemu – połączonych sił edytorów kanadyjskiego i słoweńskiego.

Na niekrótkiej płycie dostajemy to, co zdaje się lubimy najbardziej na tych lamach – bezczelnie swobodną improwizację, gęstą, pełną emocji, która lubi zniekształcone, preparowane dźwięki, ale nie stroni też incydentalnie od pięknych, kameralnych fraz, zebranych w całość – co oczywiste – przez ponadgatunkowych bluźnierców o niewyczerpalnych pokładach kreatywności.

Yvesa Charuesta słuchaliśmy całkiem niedawno przy okazji jego udanej solowej płyty, z kolei dokonania Benedicta Taylora śledzimy niemal na bieżąco. Ten drugi z muzyków zdaje się być jednym z najważniejszych ogniw młodej brytyjskiej improwizacji, dodatkowo silnie związanym z naszym ulubionym belgijskim labelem A New Wave Of Jazz. Bez zatem zbędnych ceregieli zaglądamy do pewnego kanadyjskiego studia nagraniowego, by poznać, co mogą mieć ze sobą wspólnego saksofon altowy i altówka.

 


Podróż po oceanie niełatwego piękna, najeżonego rafami błyskotliwych preparacji, zaczynamy spokojnym strumieniem filigranowych fraz, pełnych saksofonowych parsknięć i westchnień oraz strunowych obcierek, szumów i zgrzytów. Muzycy rzeźbią w glinie, wspinają się na łagodne płaskowyże, szukają pierwszych bardziej dźwięcznych fraz z godnym szacunku lenistwem dramaturgicznym. Nie stronią od imitacji i zaskakujących fake sounds, jakkolwiek odbiorca nie ma problemu z lokalizacją osób odpowiedzialnych za dany dźwięk, gdyż od pierwszej chwili doskonale wiemy, iż altówka pracuje na lewej flance, a saksofon za prawej. Narracja gęsta, incydentalnie prowadzona w całkiem żwawym tempie, wypełniona jest dźwiękami w pełni kompatybilnymi, dobrze się zazębiającymi, zarówno na etapie małych melodii, jak i plejady gwizdów i świstów. W okolicach połowy pierwszej, wielominutowej improwizacji duet zaczyna nam przypominać ulotne dźwięki strunowej epoki Spontaneous Music Ensemble, na próbie którego niespodziewanie pojawił się saksofon Trevora Wattsa! Muzycy nie odpuszczają sobie choćby na milimetr, pracują intensywnie, cały czas dbając o właściwe interakcje. Dwa soczyste strumienie improwizacji, to już prawie rwący potok emocji, to dwa konie wyścigowe galopujące w równej, sportowej walce, ku chwale swoich wypłowiałych od słońca flag ponadnarodowych. Tuż przed metą cudowne spowolnienie, ku małym frazom violi i efektownemu rezonansowi tuby, wszak zwycięzcą tego odcinka podróży jest każdy z jego uczestników.

Druga improwizacja, ponownie wielominutowa, zaczyna się plejadą short-cuts, które zadają sobie pytania i szybko odnajdują właściwe odpowiedzi. Oto dialog w poszukiwaniu wspólnych fraz, który tym razem bardziej stawia na czyste dźwięki, umieszczając preparacje na drugim planie narracji. Muzycy zdają się oddychać pełnymi płucami, incydentalnie pozwalają sobie na pierwsze bardziej hałaśliwe dźwięki i skromne salwy ekspresji. Narracja toczy się tu od zmiany do zmiany - mamy fazę strunowych dronów i jednooddechowego dęciaka, bystre zatrzymanie wprost w ramiona lamentujących dźwięków i akcentów niemal ambientowych, a zaraz potem garść cichych, urywanych fonii i równie efektownych preparacji, aż do poziomu niemal kocich śpiewów. Finałową fazę przeciągania liny i suchych oddechów, a nawet podwójnego drona, wieńczy dialog pełen wzajemnych, jakże nerwowych uszczypliwości, czyniony na tle zamaszystych podmuchów ciepłego wiatru. Tymczasem pióro recenzenta raz za razem wznosi się ku górze, co może być jedynie sygnałem znamionującym zachwyt piszącego te słowa.

Kolejne trzy improwizacje stawiają na krótszą, kilkuminutową formułę. Pierwszą z nich otwiera zrównoważona emocjonalnie altówka. Po niedługiej chwili w tle zarysowują się suche dźwięki saksofonowych dysz. Muzycy prowadzą grę na małe pola i nie szukają dynamiki. Serwują nam garść wzajemnych docinków, bystrych preparacji i pytań o dalszą drogę. Szeleszczące frazy post-strings i prosta mechanika instrumentu dętego drewnianego - tu wszystko zdaje się oddychać czerstwym rezonansem i w ostateczności prowadzić na skraj szumiącej ciszy. Czwartą improwizację artyści tkają z jeszcze drobniejszych ułamków dźwięku – trzaski, szmery, ugniatanie strun, przedmuchiwanie dysz, obłoki zaniechania. Altówka stara się rytmicznie trzeszczeć, saksofon także stawia na repetycje, a całość tego fragmentu płyty nabiera pewnej wewnętrznej dynamiki. Po niedługiej chwili muzycy znów jednak szukają ciszy, tłumią emocje, ale wprost kipią od pomysłów what next. Viola wpada w delikatny taniec, saksofon nuci tajemniczą melodię, a na sam koniec oba instrumenty gwiżdżą na całego!

Finałowa improwizacja tej jakże różnorodnej batalii free impro stara się zagęszczać ścieg. Więcej tu dramaturgicznych zakrętów, zadziornych fraz, żwawsze jest także tempo samej opowieści. Altówka rzęzi jak gruźlik, saksofon zalotnie podśpiewuje, ale tembr jego głosu także zdaje się być nieco wczorajszy. Muzycy szukają wspólnych fraz, specyficznego meta tempa. Prowadzą intensywne dyskusje o życiu, czasami parskają emocjami, niczym przekupki na bazarze. W tej fazie spektaklu dominują czystsze frazy, mniej preparowane, co w niczym nie tłumi ekspresji po obu stronach sceny. Improwizacja gaśnie dość spontanicznie, ale z należytą pieczołowitości poświęconą każdemu wydobywanemu dźwiękowi.

 

Yves Charuest & Benedict Taylor Knotted Threads (Tour De Bras/ Inexhaustible Editions, CD 2021). Yves Charuest – saksofon altowy oraz Benedict Taylor – altówka. Nagrane w Studio Concrete, Montréal, Kanada, 2019 rok. Pięć improwizacji, około 62 minuty.



wtorek, 18 sierpnia 2020

Matthias Müller! Guilherme Rodrigues! Yves Charuest! Yannick Chayer! The next collection of solo improvisations!


Nie dalej jak w połowie lipca prezentowaliśmy na łamach Trybuny kolekcję solowych nagrań muzyki swobodnie improwizowanej, silnie zakorzenionych w rzeczywistości pandemicznej (innymi słowy, powstałych już głównie po jej ogłoszeniu). Dziś kontynuujemy ów wątek, jednak wszystkie zaprezentowane poniżej nagrania powstały jeszcze w czasach wirusowej wolności, a z wrednym COVID-19 łączy je jedynie moment upublicznienia.

Zaczniemy od naszego ulubionego, niemieckiego puzonisty Matthiasa Müllera, w wersji koncertowej, potem płyta, która powstała również za naszą zachodnią granicą, jakkolwiek w wykonaniu czysto portugalskim, a po tych dwóch krwistych petardach czeka nas jeszcze odsłuch/odczyt dwóch solowych płyt z dalekiej Kanady.

 

 

Matthias Müller  Acud​/​Bunker (self-bandcamp, DL 2020)

 

Zapraszamy na dwa sety koncertowe na puzon solo! Pierwszy z Berlina (Acud, Solo Impro Festival, lato 2018), drugi z Essen (Goethebunker, Free Essen Festival, jesień 2016). Łączny czas trwania 51 minut i 42 sekundy.

Na starcie pierwszego z koncertów mamy wrażenie, iż znaleźliśmy się w tunelu wysyconym dźwiękami konającej post-elektroniki. Dociera do nas dron czerstwego powietrza, która raz wydaje się być wyjątkowo mroźne, innym razem nad wyraz ciepłe. Jakbyśmy oglądali coś wyjątkowo urokliwego przez szybę, która matowieje. Po paru minutach dron zaczyna się jednak do nas zbliżać, a także zacinać i rozwarstwiać. Po 5 minucie flow narracji przybiera już postać szumów i szelestów, pełnych mroku i tajemnicy. Tuż przed upływem 7 minuty wreszcie słyszymy czysty dźwięk puzonu - goła skóra, bez dodatków i preparacji. Muzyk wciąż wszakże preferuje dłuższe frazy. W okolicach 10 minuty pojawiają się akcenty pulsującego powietrza, które nabierają wymiaru para-perkusjonalnego. Tą metodą muzyk schodzi niemal do poziomu ciszy. Syczy i szumi - oto puzon, który oddycha. Matthias nie goni donikąd, pieści fazy, cedzi pojedyncze dźwięki. Jego opowieść pełna jest detali, szczegółów, także preparowanych dźwięków. Kolejna faza koncertu to pomrukujące, nieco taneczne frazy, które stanowią introdukcję do kolejnej epopei dronowej. Ten wątek bazuje na czystym brzmieniu blaszaka. Dron zaczyna żyć, podrygiwać, wypuszczać powietrze niepozbawione pokrętnej melodyki i zapętlonej rytmiki. Artysta gasi opowieść z mistrzowską precyzją.

Drugi koncert proponuje nam na wejściu puzon o czystszym brzmieniu, stawiający kroki na nieco wyższym pułapie brzmieniowym. Dźwięki szybko wszakże lepią w coś na kształt dronu, który także smakuje tańcem, ale tym razem, to taniec na … linie.  Muzyk zwinnie przechodzi do fazy pół preparacji, dekonstrukcji szumu i zabijania dźwięku. Równie szybko kończy ten wątek i otrzymuje garść oklasków. Bez zbędnej zwłoki przystępuje do budowania nowej opowieści. Na początku serwuje nam odrobinę technicznych popisów, ale najlepszy fachura w tej branży może sobie na to pozwolić! Muzyk gada sam ze sobą, przedrzeźnia się, syczy, prycha i biadoli. Po czym zagęszcza i pętli narrację, ekspresyjnie szumi, preparuje dźwięk aż do osiągnięcia trudnego dla naszych uszu, ale jakże efektownego pisku. W połowie seta – dla wytchnienia – proponuje nam kilka pasaży czystej, puzonowej pracy suwaka i blaszanych rurek. Śpiewa, burczy, nadstawia karku. W 18 minucie czeka nas krótki, perkusyjny taniec samej blachy, jakże efektowny, komentowany dętymi salwami! Jeden z najpiękniejszych momentów całej płyty! Brawo! Tuż po nim kilka rytmicznych prychów i zawadiackie tremola – trombone in its best! Szumy, oddechy, także dynamiczne frazy! Po wybiciu 24 minuty muzyk i jego rozgrzany puzon zaczynają się sukcesywnie uspokajać. W ramach procesu - bystry, wielowymiarowy dron szumiąco-tłocząco-dźwięczący! Sama hydraulika dużego blaszaka. Dźwięki gasną, jak niedźwiedź, który układa się do snu zimowego. Brawo raz jeszcze!

 

 


Guilherme Rodrigues  Cascata (Creative Sources, CD 2020)

 

Portugalski wiolonczelista zamknął się w berlińskim Tonus Arcus Studio na dwie godziny i zagrał nieprzerwany potok swobodnych improwizacji. Z przygotowanego materiału wykroił … 23 fragmenty, których odsłuch zajmie nam niewiele ponad 37 minut. Wszystkie one wypełnione są frapującymi, czasami niezwykle pięknymi dźwiękami, podanymi jednak w wielu wypadkach w odcinkach czasowych krótszych niż minuta. Po wysłuchaniu całej płyty recenzent zastanawia się, czy nie wolałby posłuchać całości rejestrowanych w marcu 2019 roku dźwięków, bez cięć edytorskich.

Zostawiamy jednak ową drobną ambiwalencję na boku i zaglądamy do rozbudowanego zbioru improwizowanych mikro etiud. Pierwsza, to zmysłowe jęczenie smyczka, pracującego na dużej przestrzeni, z równie czystym, jak i zabrudzonym brzmieniem. Druga, to ciche szorowanie strun, które nabierają dźwięczności (tu stawiamy pierwszy stempel jakości!). Trzecia, to szarpanie strun i uderzanie w pudło rezonansowe instrumentu, czynione jednak w pogrzebowym tempie. Czwarta, to piękny, czysty, zmysłowy barok. Kolejne epizody, to taniec smyczka na strunach, potem już jego bieg ze śpiewem na ustach, a także powiew zefirka od oceanu, skontrapunktowanego ostrym zgrzytem na gryfie. Na tym ostatnim, bolesnym i groźnym odcinku stawiamy kolejny stempel jakości! Dziewiąta etiuda gładzi nam skronie minimalistycznym pizzicato i pięknie podprowadza pod część dziesiątą (trwającą ponad 4 minuty!), która łączy w sobie szorowanie strun i ambientowe wybrzmiewanie, z akcentami prepare (kolejny stempel jakości!). Jedenasty, to minimalistyczna, barokowa powieść, która frazuje … na rockowo. Dwunasta, to nerwowe ruchy na gryfie i małe przepychanki. Trzynasta z kolei, to garść smykowych akordów, z posmakiem baroku i tanecznymi zadziorami. Czternasta etiuda trwa kilkanaście sekund - jeden posuwisty ruch smyczka po strunach.

Piętnastą opowieść konstruują małe podskoki i ciche piłowanie strun, szesnastą zaś - pojedyncze frazy arco vs. pizzicato, z których rodzi się siedemnasta etiuda – truely arco dancing! Osiemnasta - barok na niskich strunach - nie może się tu obyć bez … stempla jakości! Kolej na kilka zwinnych podskoków, powiewów wiatru i garść głębokiego baroku czynionego na niezłej dynamice. I już jesteśmy w etiudzie dwudziestej pierwszej – uderzanie po gryfie, kilka zgrzytów i drobiazgowe przeciąganie liny (podwójny stempel jakości!). Przedostatnia część, to powrót estetyki minimal – kilka ruchów smyczkiem i repetujące pizzicato. Wreszcie finał – deep, very deep baroque! Po chwili krok ku górze, śpiew i płacz, a zaraz potem finałowe wybrzmiewanie, która daje recenzentowi czas na postawienie ostatniego już dziś stempla jakości.

 

 


Yves Charuest  Le Territoire de l'anche (Small Scale Music, CD 2020)

 

Montreal, dwa marcowe dni 2019 roku. Jedenaście swobodnych improwizacji na saksofon altowy, a w roli głównej Kanadyjczyk Yves Charuest. Całość trwa 58 minut i 6 sekund.

Solowy spektakl na najzwinniejszy z saksofonów zaczyna się długimi, rezonującymi frazami. Dźwięki zdają się topić w szeleście dysz, oddechu tuby, eksplodować salwami krótkich emocji, ale i lepić się do plastrów ciszy. Skrzecząca fabuła jest odrobinę repetytywna, ma swój wewnętrzny nerw i nie broczy na skróty. Muzyk z kocią zwinnością wpada w oddech okrężny, schodzi w dół i szuka końcowej ciszy. W drugiej części garść bardziej dynamicznych, rwanych fraz, które także wpadają w drżący rezonans - jedna nakłada się na drugą, a wszystkie śpiewają kastracyjnym falsetem. Świetna robota, bystra technika użytkowa! W kolejnej części muzyk znów powraca do dłuższych fraz, ale cały topi się w nerwowych podrygach, wiele dźwięków wydaje na jednym oddechu, z imponującą intensywnością, wgryza się w tubę, zasklepia w jej środku. Zaraz potem rusza ostro ku górze, jakby grał na samym ustniku. Tańczy wokół własnej osi, znów szyje opowieść dynamicznie i gęstym ściegiem. Piąta odsłona, jakby w ramach komentarza – cichy, syczący dron, znów z wykorzystaniem oddechu okrężnego. Tuż potem kolejny fragment z mocno stonowaną dynamiką – syki, pół stuki, szmery, suche, wiotkie preparacje.

Siódma improwizacja, najdłuższa na płycie, zaczyna się głębokimi, spokojnymi oddechami. Tuba podśpiewuje, łyka wilgotne powietrze, chlapie półdźwiękami na prawo i lewo. Po niedługim czasie flow nabiera jednak dynamiki, a szybkie, rwane akcje szukają okazji do wyładowania wewnętrznych emocji. Muzyk urozmaica opowieść, śle długie frazy, które potem rwie na strzępy i wrzuca do paleniska. Na sam finał ponad 10-minutowej epopei taniec na suchych dyszach. Good job! Ósma część, to jakby preparowana coda poprzedniej improwizacji. Pętla suchego powietrza, która wpada do spoconej tuby. Skrzeczy, śpiewa i zawodzi. Dziewiąta improwizacja, to kolejna perełka w zestawie – mechanika dysz, rytm miarowych oddechów. Dźwięk wyślimacza się ze swej skorupy i kąsa urodą! Czujemy obecność każdego fragmentu instrumentu, a powietrze wokół śpiewa i gwiżdże. Potem zwinna konstelacja prychów, strzałów z dysz, pół dźwięków, ćwierć nutek i potoku płynów ustrojowych, która stanowi niebanalne podprowadzenie pod ostatnią improwizację. Ta, początkowo zdaje się być wyjątkowa cicha, brzęczy jak mucha na parapecie. Nabiera jednak mocy i pięknie przepoczwarza się w meta barokowy taniec na zgliszczach jazzu. Brawo!


 


Yannick Chayer  Gebilde (Small Scale Music, CD 2020)

 

Kolejna samotna, kanadyjska przygoda, to improwizujący Yannick Chayer, który do swych niecnych czynów wykorzystuje saksofon (na ogół sopranowy), syntezator (także sample), instrumenty perkusyjne i tzw. efekty. Całość składa się z dziesięciu epizodów, które trwają 41 minut i 19 sekund (brak danych dotyczących miejsca i czasu powstania nagrania).

Opowieść zaczyna się szelestem i drżeniem instrumentów perkusyjnych, które płyną przez opary dźwięków elektroakustycznych. Otwarcie płyty nie trwa nawet minutę, wiele obiecuje, choć po prawdzie, w dalszej części, spełnione zostaną tylko niektóre nasze oczekiwania. Dalsza opowieść koncentruje się na dialogu saksofonu sopranowego, którego dźwięk podlega częstym dekonstrukcjom (choć wyraźnych znamion live proccesing trudno się tu doszukać) i syntezatora, którego wspierają from time to time samplowane plamy. Ów dialog bywa konstruktywny i intrygujący, bywa też – niestety dość często – zdominowany przez dźwięki syntetyczne, które miewają momenty dramaturgicznie trudne. W trzeciej części sopran stawia na emocje free jazzu, pnie się ku górze, a rola syntezatora kończy na drobnej podpórce stylistycznej. Jeśli dodamy do tego pogłos perkusjonalii, fragment ten zda się być jednym z lepszych na płycie. Ciekawie brzmi także początek czwartej części, który tli się szelestem zdartej płyty winylowej, a w jego tle budzi się szemrzący saksofon. W kolejnych epizodach dęciak często staje na placach i efektownie skrzeczy, zdaje się jednak tonąć w syntetycznym morzu dźwięków, pełnym nieukierunkowanego chaosu, połamanych struktur rytmicznych i dziwnie skrojonych emocji.

Dominacja syntezatora nad żywymi oddechami dęciaka ma już miejsce niemal do końca płyty. W siódmej części elementem, który zdaje się udanie żenić owe kłótnie żywego i martwego, są wstręty szumiącej post-elektroniki. Początek dziewiątej części brzmi, jakby dźwięki wydobywane były przez dziecięcy instrument klawiszowy. Tu jednak saksofon nie daje za wygraną i zdaje się być ostatecznym triumfatorem odcinka – intensywnie skrzeczy na tle dogasającej repety syntezatora. Na sam już finał syntetyka grzmi, dudni i idzie po swoje złote runo. Na końcu czeka ją jednak wyłącznie cisza. Solowa płyta, która brzmi jak duet (czy wszystko graliśmy tu 100% live?), dobiega końca i nie pozostawia po sobie zbyt wielu wrażeń.

 

 

wtorek, 19 września 2017

Agustí Fernández ! – kwartet, trio i duet, edycje międzynarodowe


Najwybitniejszy muzyk improwizujący z Barcelony, w ciągłym biegu edytorskim. Nagranie goni nagranie, płyta pędzi za płytą. Jak onegdaj bystrze zauważyła Trybuna, wiele aktywności muzyka realizuje się w kraju nad Wisłą i Odrą. Nie inaczej jest w trakcie ostatnich miesięcy. Była płyta Celebracyjna dla Fundacji Słuchaj!, także aktywny udział w nagraniu (i efekcie finalnym) orkiestry Memoria Uno (wydawca niżej podpisany), nie zabrakło wreszcie improwizowanych, kameralnych epizodów dla Not Two Records.

O tych ostatnich dotychczas jeszcze nie wspominaliśmy, a warte są – co oczywiste w przypadku tego muzyka – naszej sporej atencji. Nim jednak zmierzymy się z nimi, intrygujący kwartet, zarejestrowany przez pianistę w Kanadzie, z udziałem tamtejszych muzykantów.




Kwartet!

Czas i miejsce zdarzenia: 19 czerwca, 2014, Studio Hotel2Tango, Montréal.

Ludzie i przedmioty: Yves Charuest – saksofon altowy, Agustí Fernández – fortepian, Nicolas Caloia – kontrabas, Peter Valsamis – perkusjonalia.

Co gramy: muzyka improwizowana, all music by the musicians.

Efekt finalny: sześć traków o łącznym czasie 49 minut, trafia do nas pod tytułem Stir (Tour De Bras, 2017). Podmiotem wykonawczym są wymienieni z imienia i nazwiska muzycy, w kolejności, jak wyżej.

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Pierwszy. Dość standardowy free jazz - rzecze recenzent u progu nagrania. Dobra sekcja i Agusti pędzący po klawiaturze. Dwuminutowe intro mija w mgnieniu oka (także ucha). Drugi. Narracja, póki co, snuje się w istotnie przewidywalny sposób. Ładne granie, ale bez ekscytacji. Gęsto, narowiście, bez wszakże zaskoczeń. W fazie eskalacji dużo zyskuje alcista. Kwartet pcha jednak do przodu dynamiczny Katalończyk. Po 12 minucie wpadamy wraz z muzykami w delikatny trans. Dzięki zmysłowym pasażom pianisty, ma on nieco psychodeliczny posmak. Numer ciekawie wybrzmiewa szlakiem tyczonym przez duet alt-kontrabas. Trzeci. Skupienie godne mistrzów free improv. Z domieszką sonorystyki, dodajmy. Agusti zaczyna preparować, dzięki czemu cały kwartet płynie, jakby o poziom wyżej, a kajet recenzenta zapełnia się pełnymi entuzjazmu bazgrołami. Z głębi ciszy wyłania się lekko dronizująca narracja. Kontrabas podaje pasaż na bardzo niskim smyku (doskonałe!). Piano solo, tak intensywnie preparowane, jakby cała orkiestra tu grała. Szeleszczący drumming i drobne implozje altu (świetne! nie można tak było od początku? – umiejętność zadawania głupich pytań pozostaje atutem recenzenta). Diabelnie urokliwa eskalacja sięga finału. Czwarty. Zwinny walking kontrabasu, czyżby powrót do jazzu? Numer zdecydowanie pod dyktando tego instrumentu. Do 90 sekundy piano i alt mają przerwę śniadaniową. Free na całego, tuż potem. Cuchnie bystrą, upaloną kameralistyką w wyjątkowo pikantnym sosie. Good work! Piąty. Dynamicznie, bez preparacji, gęsto na temat, jazzowo i bezkompromisowo. Przy okazji bardzo udane wyjście z tegoż tematu. Szósty. Na finał ciekawy, zadziorny smyk i drobne inkrustacje pozostałych instrumentów. Na spokojnie, ale nie sennie. Z kajetu recenzenta: zbyt wiele dobrych fragmentów, by nie wystawić tej płycie wysokich not.




Trio!


Czas i miejsce zdarzenia: 31 sierpnia 2016 roku, Alchemia, Kraków.

Ludzie i przedmioty: Agustí Fernández – fortepian, Artur Majewski – kornet i echo,  Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa.

Co gramy: swobodna improwizacja.

Efekt finalny: pięć utworów, 51 minut, dostępnych na płycie Spontaneous Soundscapes (Not Two Records, 2017). Podmiotem wykonawczym są wymienieni z imienia i nazwiska muzycy, w kolejności, jak wyżej.

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Pejzaż dźwiękowy 1. Głośny fortepian w formule inside/out. Drapieżny tembr basu, wysoko sonizujący kornet. Ciało w ciało, dźwięk w dźwięk (słuchaj głęboko, reaguj spontanicznie! – recenzent tłumaczy na nasze mądrości z liner notes). Pod koniec dynamicznie z klawiatury, przy wsparciu świetnego kornetu. Pejzaż dźwiękowy 2. Znacznie spokojniejsza, równie zwarta, kompaktowa narracja. Agusti preparuje, Artur melodyzuje, a Rafał plumka po swojemu. Gdy kornet łapie piano w pół zdania, wychodzi z tego wyborne, kompleksowe sonore. Gdy Agusti zamienia się w perkusjonalistę, kornet i bas idą równym krokiem, ręka w rękę i wytwornie wybrzmiewają, na minimalistyczną modlę. Pejzaż dźwiękowy 3. Wielowymiarowy, bo 17 minutowy… Start od strony ciszy, wiele sekund bez piana. Wraca pojedynczymi akordami i plami teren. Trochę molekularna, dość precyzyjna narracja w estetyce search & reflect. Metaliczna sonorystyka piana pięknie wzbogaca ład tej improwizacji. Opiłki ciszy, rwane frazy, wyczekiwanie. Piano włącza kameralistyczny drive – interesujący dysonans akustyczny. Odrobina kolektywnego burczenia w duecie bas-piano plus suche sonety kornetu – silne skupienie, choć emocje nie spływają jeszcze z czoła muzyków. Jest i drobna eskalacja, ale zaniechana. Ten epizod jest tylko pozornie spokojny. Dużo dzieje się wewnątrz tej narracji. Agusti zmienia kierunki i metody frazowania, niczym gwałciciel rękawiczki w trakcie dużej roboty. Gitara basowa płynie constans. Kornet szuka zaczepki, ale nie zawsze ma dość energii, by poderwać całe trio (tu żongluje echem). Szczypta psychodelii w konsekwencji tych działań, porządkowana pianem z klawiatury. Pejzaż dźwiękowy 4. Ostro, sonorystycznie, wręcz noisowo (kornet!). Obcierki, które tłumią początkowy dynamizm odcinka. Trochę prostej semantyki dźwięku improwizowanego. Pójście w eskalację, to dobry wybór. Po 7 minucie drapieżnie, pod włos! Konwulsyjnie! Najlepszy fragment płyty bez cienia wątpliwości. Pejzaż dźwiękowy 5. Znów sonorystyczna introdukcja fortepianu i … basu (nareszcie!). Kornet pędzi górnym pasmem i ponownie uruchamia echo. Trochę grzmi, trochę popaduje. Minimalizm zdecydowanie nie szkodzi tej improwizacji. Szczypta dźwiękowego impresjonizmu. Pachnie nawet Cage’em. Gitara basowa płynie inaczej niż zwykle, ewidentnie szuka zaczepki, a nie walkingu. Na finał rządzi echo, narracja ciekawie narasta, dronizuje się i perfekcyjnie wybrzmiewa. Ostatni dźwięk wieńczy dzieło.




Duet!

Czas i miejsce zdarzenia: data nieznana, DTS Studio, Kraków.

Ludzie i przedmioty: Agustí Fernández – fortepian, Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa.

Co gramy: swobodna improwizacja.

Efekt finalny: sześć utworów, 45 minut, wydane jako Ziran (Not Two Records, 2016). Podmiotem wykonawczym są wymienieni z imienia i nazwiska muzycy, w kolejności, jak wyżej..

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Rozmowa pierwsza. Ostre preparacje wewnątrz fortepianu, miażdżenie strun na ołowianym gryfie gitary. Suwnice, trasy przesyłowe, druty wysokiego napięcia, przemysłowe konstrukcje. Gęsto, w jednym industrialnym ciele. Masywnie, boleśnie, nieśmiertelnie, szczerze. Wybrzmienie jest równie gęste, burzowe, z piorunami. Trochę przeciągania liny. Mięśnie, krew i sperma. Rozmowa druga. Więcej strunowych ekspozycji. Tarcie skóry o skórę. Rezonans. Agusti ciągle tkwi w środku swojego wielkiego instrumentu. Aż dymi. Narracja pozostaje zwarta, bez choćby szczeliny na zwątpienie. Zwarcia, konwulsje, szorstkie obcierki, aż do zdarcia naskórka. Proces gęstnienia tych dźwięków, sklejania, uroczo dynamizuje się, a sama eskalacja znów zdaje się mieć niezwykle przemysłowy wymiar. W tym gąszczu zdarzeń akustycznych muzycy potrafią wszakże pleść separatywne opowieści, co tylko dodaje uroku całej improwizacji. Rozmowa trzecia. Piano po klawiaturze. Czyżby koniec sonorystycznych ekscesów? Bystre palcówki Rafała. Dynamicznie, bez przecinków i nadmiaru wielokropek. Galopada, ale kto tu, kogo zagoni w kozi róg? Rozmowa czwarta. Nisko, ledwo nad podłogą. Piano z głębi oceanu, bas na powierzchni, wolne, rwane frazy, oniryczne stemple. Modulowana ekspozycja, spektralne rozpływanie się dźwięków w morzu potu i znoju. Rytm piana po niskich klawiszach wiedzie fragment ku nieuchronnemu finałowi. Rozmowa piąta. Kameralistyczne piano, schowane jakby z boku, wprost z klawiatury. Bas snuje ciągle tę samą opowieść (może czas na jakiś drobny zwrot dramaturgiczny? – pyta przebiegle recenzent). Muzycy tańczą wokół własnej osi i delikatnie dynamizują swoje poczynania, choć fragment jako całość, nie unika monotonii. Rozmowa szósta. Znów bez preparacji. Mały recital fortepianowy w lokalnej filharmonii. Septymy basu na uboczu. Finał nie czyni burzy nawet w szklance wody. Z kajetu recenzenta: pierwsze dwie Rozmowy, które zajmują prawie pół płyty, pełne hałasu i akustycznych zadziorów (ach, te preparacje Agustiego!), zwiastowały coś więcej, niż to, co dostajemy po wybrzmieniu ostatnich dźwięków.