Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toshimaru Nakamura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toshimaru Nakamura. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 kwietnia 2022

The Raw Tonk Records strikes again! Multi-Directional & Ceramic Soul!


Brytyjski label Raw Tonk Records, dowodzony przez saksofonistę Colina Webstera, obchodzi w tym roku 10-lecie działalności i zgodnie z zapowiedziami regularnie dostarcza nowe wydawnictwa. Jego dokonania śledzimy na bieżąco, zatem jakakolwiek płyta nie zostaje pozostawiona na tych łamach bez zgrabnej laurki.

Jeśli z perspektywy owej zacnej rocznicy mielibyśmy wskazać gatunkowe tropy, jakimi charakteryzują się produkcje RT, to bez ryzyka popełnienia większego błędu moglibyśmy wskazać na free jazz, który lubi rockowe emocje, który nie stroni od brudnego, punkowego brzmienia, który wreszcie nie boi się eksperymentów, ale raczej twardo stąpa po oceanie muzyki improwizowanej.

Piszemy o owych tropach głównie z kontekście dwóch najnowszych albumów Raw Tonk, z których jeden wydany został w marcu, a premiera drugiego przypada na koniec pierwszej dekady maja. Oto bowiem nowe albumy zdają się nie mieścić w konwencji gatunkowej opisanej wyżej. Jedna z nich jest post-gitarowym eksperymentem z Japonii, która w bezmiarze elektroakustycznych preparacji (czy nawet czarów!), stawia retoryczne pytania o źródła pochodzenia dźwięku, wzbudzając przy tym całkiem post-rockowe emocje. Z kolei druga otwiera przed fanami RT bezmiar jazzu, chwilami całkiem blisko posadowionego jego głównego nurtu. Jazzu na światowym poziomie, bardzo nastawionego na improwizację, czasami nad wyraz swobodną, ale z pewnością zgłaszającego aspiracje stania się jednym z elementów corocznego topu całkiem mainstreamowych pism jazzowych.

Jednego wszakże możemy być pewni – wysokiego kunsztu artystycznego i bezwzględnie zdrowych emocji. Zatem zapraszamy do odczytu i odsłuchu! A zaczynamy od jazzu!

 


Andrew Lisle/ John Edwards/ Kit Downes  Multi​-​Directional (CD, 2022)

Cafe Oto, Londyn, listopad 2020 i trio w składzie: Andrew Lisle – perkusja, John Edwards – kontrabas oraz Kit Downes – fortepian. Muzycy przygotowali dla nas cztery długie improwizacje (all tracks by the musicians), łącznie prawie 70 minut.

Muzycy rozpoczynają swoje dźwiękowe podwoje w klimatach open jazzowej gry wstępnej. Spokojny flow fortepianowych klawiszy, ciepły, acz szorstki tembr kontrabasu i od startu aktywny, rozbudzony drumming, który będzie tu (uprzedźmy wypadki!) często kierował rozwojem sytuacji dramaturgicznej. Po kilku minutach muzycy tłumią emocje i przechodzą do fazy chilloutowych pytań i odpowiedzi. Krótkotrwale epizody solowe, garść minimalizmu i pierwsze frazy kontrabasowego smyczka. W drugiej części ponad 20-minutowej improwizacji otwarcia artyści budują bardziej zwartą, dynamiczną ekspozycję. Rośnie tempo, wzmaga się poziom ekspresji. W tej części tym, który najczęściej wychodzi przed szereg jest oczywiście perkusista. To właśnie on kończy utwór dalece subtelnym, szczoteczkowym drummingiem. Druga opowieść zaczyna się minimalistycznymi preparacjami. Wejście w tryb narracji właściwej dzieje się za sprawą smyczka. Wraz z rozwojem dynamiki rośnie też jakość improwizacji, zwłaszcza, gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato. Muzycy nie gubią wszakże jazzowego sznytu i raz za razem zdobią improwizację synkopowanymi subtelnościami i ciepłym, pełnym akustycznego uroku brzmieniem.

Kolejny odcinek podróży zaczyna się w nieco mroczniejszych zakamarkach sceny. Echo, delikatny klawisz, smyczek i szemrzące talerze - nerwowy, choć powolny flow i intrygujący, rezonujący background. Perkusja i smyczek szukają brudnych fraz, piano zaś w ramach dysonansu stawia na wyjątkowo czyste brzmienie. Oto, jak wytłumiony neo-classic napotyka na post-barokowe westchnienia. Opowieść zdaje się przypominać open jazzową balladę, która nie potrzebuje wiele, by złapać wiatr w żagle i pognać w bezmiar nieskończoności jazzowej improwizacji. Tempo płynie tu z dynamicznych szarpnięć kontrabasisty i energii kinetycznej zestawu perkusyjnego. Narracja wchodzi w fazę kolektywnych, wielopoziomowych improwizacji, formując się w strumień fire music i czyniąc ów fragment być może najlepszym na całej płycie. I jakby nam było mało - efektowne zakończenie spoczywa na barkach rozgrzanego do czerwoności smyczka. W ostatniej improwizacji muzycy od samego początku stawiają na dynamikę i zadziorne frazowanie. Z jazzowym, niemal free jazzowym zębem i całą masą eksplodujących emocji! W fazie wytłumienia serwują nam piękne, smyczkowe preparacje, którym towarzyszy efektowny background piana i perkusji. Każdy z muzyków bardzo swobodnie tu improwizuje, a całość lepi się w bystry, kolektywny splot zdarzeń. Open-minded post-jazz nie stroniący od brzmieniowych subtelności, świetnie skomunikowany i niebywale dynamiczny, to symptomy jakości ostatniej prostej tego nagrania.

 


Riuichi Daijo/ Toshimaru Nakamura  Ceramic Soul (CD, 2022)

Japońskie Ftarri, marzec 2021 i koncertowy duet (zatem bez elementów post-produkcji): Riuichi Daijo – gitara elektryczna oraz Toshimaru Nakamura - no-input mixing board (innymi słowy, dźwiękowy mikser bez danych na wejściu!). Dwie improwizacje, ponad 52 minuty.

Muzycy zapraszają nas do dźwiękowego teatru cudów. Na scenie gitara elektryczna o tysiącu twarzy i cała reszta dźwięków, które powstają wokół niej, generują się same z siebie, wreszcie płyną z kosmosu przestrzeni tworzącej się wokół artystów. Same niespodzianki i kilka naprawdę frapujących sytuacji dramaturgicznych. Na początek faza dźwiękowego robaczkowania – skrobanie, chrobotanie, plamy surowego prądu giętkich strun i echo głuchej przestrzeni. Drobne gitarowe frazy konfrontowane z dronem masy, w mroku niedopowiedzenia, w ciszy nadchodzącej eksplozji. Opowieść pełna jest czupurnej mocy, muzycy skorzy do figlowania, a efekty ich działań nieustannie niebezpieczne. Warstwa pozagitarowa chwilami zdaje się pracować niczym maszyna, swoisty generator dziwnych, fałszywych dźwięków. Całość szybko nabiera posmaku industrialnego, mimo, iż gitarowe pląsy niekiedy wydają się być dość filigranowe. Stół mikserski czasami sprawia wrażenia kreatywnego echa gitary, innym razem zdolny jest przejmować inicjatywę i siać elektroakustyczny popłoch na scenie. Gitara lubi rockowe klimaty, jej interlokutor ceni każdą sytuację foniczną. Narracja dwóch ośrodków dźwiękowych szczególnie dobrze lepi się w postrockowych pasażach, ale także radzi sobie w bardziej nostalgicznych momentach. Zapowiadane niespodzianki dzieją się tu niemal na każdym zakręcie improwizacji. Mikser potrafi brzmieć niczym zmutowane zębem czasu post-elektro, gitarze wystarczy jeden krok do jazzowego frazowania, tudzież pre-noise’owej ekspozycji. Final pierwszego seta kipi od hałasu i post-rockowych emocji.

Początek drugiej improwizacji budowany jest z drobiazgów. Elektroakustyczna poświata szeleści, chrobocze, gitara zaś cedzi każdy dźwięk z wyjątkowym skupieniem. Mikserski stół pracuje tu niczym perpetuum mobile! Z niczego może być tylko coś! Potrafi brzmieć niczym lustrzane odbicie prawdziwej gitary, a nawet jak przesterowany bas. To już prawdziwy festiwal fake sounds - post-rockowe gryzmoły zatopione w nierealnym tle meta elektroniki. Coś najciekawsze, taki melanż dźwiękowy potrafi nabrać dynamiki. Przez moment mamy wrażenie, że grają nam dwie noise rockowe gitary. W połowie tego szaleństwa muzycy zdejmują nogę z gazu i serwują nam małą grę w pytania i odpowiedzi! Potem ścielą scenę szklistą powłoką ambientu i gitarowych sprężeń, tudzież preparacji, a na koniec, tuż po chwili elektroakustycznego rozgardiaszu, proponują nam kojący nerwy, relaksujący hałas zakończenia.

 


wtorek, 4 sierpnia 2020

Biliana Voutchkova plays Stiebler and another … Another Timbre’ New Pearls in the Crown!


Jak czytamy na bandcampowej stronie wydawnictwa, brytyjski Another Timbre, prowadzony od kilkunastu lat przez Simona Reynella, koncentruje się na wysokiej jakości muzyce eksperymentalnej – skomponowanej, improwizowanej i wszelkich odcieni zawartych pomiędzy nimi. Dziś zapraszamy właśnie do owych odcieni, to every shade between!

Czeka nas podróż po zakamarkach kameralistycznej awangardy, podczas której często goszczące na tych łamach wodotryski emocji zastąpione zostaną przez subtelne dźwięki cedzone przez zęby. Pisząc onegdaj o nagraniach AT użyłem określenia, iż czasami są to samotne podróże w poszukiwaniu utraconego dźwięku.

Dzisiejsza wycieczka stawiać będzie nade wszystko na eksplorację piękna dźwięków (chwilami szczęśliwie bardzo pokracznego!), a w jednej z głównych ról wystąpi nasza ulubiona skrzypaczka Biliana Voutchkova! Posłuchamy ją w samotnej interpretacji muzyki skomponowanej przez Ernstalbrechta Stieblera, jak i w strunowym trio i duo. W uzupełnieniu dania głównego, dwa intrygujące dodatki, które dotarły do odtwarzaczy redakcji dzięki uprzejmości wydawcy. Oba skoncentrowane na improwizowanej stronie życia wydawniczego AT, a zatem szczególnie nas interesujące. Co ciekawe, na listach wykonawców znajdziemy kilku naprawdę dobrych znajomych ze świata muzyki dalece swobodniej improwizowanej. Dodajmy, iż wszystkie omawiane dziś płyty są dostępne w wersji CD, a swoją światową premierę miały w maju br.




Für Biliana by Ernstalbrecht Stiebler

Na początek Ernstalbrecht Stiebler i jego cztery chamber works for strings - trzy utwory skomponowane całkiem współcześnie (w tym jedna dedykowana głównej wykonawczyni), zaś ten czwarty pochodzący z epoki kamienia łupanego, z czasów, gdy na świecie nie było nawet Pana Redaktora (tj. z 1963 roku). W roli naczelnego aparatu wykonawczego Biliana Voutchkova (skrzypce), która dwie pierwsze kompozycje wykona samotnie, w rzeczonej, najstarszej kompozycji wspomagać ją będą Michael Rauter (wiolonczela) i Nurit Stark (altówka), zaś w ostatnim, najdłuższym utworze - jedynie Rauter. Nagrania zarejestrowano w bułgarskim radio, w lipcu ubiegłego roku. Całość odsłuchu zajmie nam 55 minut i kilkanaście sekund.

Zaczynamy od tytułowej kompozycji Für Biliana! Narracja przypomina żałobny śpiew o dżdżystym poranku. Suchy smyczek rysuje małe pętle na szorstkich strunach. Sekwencja dźwięków zdaje się być dość rozbudowana, a powtarzające się frazy, from time to time, wzbogacane o kolejne, równie urokliwie brzmiące elementy. Rzewna, soczysta, jakże molowa opowieść o nieznanym. W dalszej części nagrania w strumieniu skrzypcowych dźwięków pojawiają się drobne zgrzyty, jakby świadomie zafałszowane frazy, siejące dramaturgiczny niepokój. Druga solowa ekspozycja na skrzypce zwie się Glissando i samą swą nazwą mówi nam wiele o prawdopodobnym scenariuszu wydarzeń. Zmysłowa melodyka z poprzedniego epizodu odchodzi w niepamięć. Skrzypce zawodzą, przypominają syrenę alarmową, który budzi strach. Opowieść skacze ku górze, by po chwili zjechać na sam dół. Dźwięki zdają się być powykrzywiane, kanciaste, żylaste, innym słowy – boleśnie piękne! Na finał Biliana serwuje nam nieco dłuższe frazy, które wieńczą ową karkołomną podróż.

Do opowieści kreowanej przez trzy strunowce wchodzimy przez wąsko uchylone drzwi, na palcach, pełni skupienia i dramaturgicznej trwogi. Szelest dźwięków płynnych kontrastuje tu z drżeniem fraz urywanych. Niektóre są ostre jak brzytwa, inne suche na wiór. Surowy strach stąpania po polu minowym bez wyznaczonej trajektorii. Muzyka sprawia wrażenie improwizacji, której przebiegu pilnuje tajemniczy demiurg. Dużo suspensu, plamy ciszy - strategia zaniechania, która skrywa nierozpoznane emocje. Chwile piękna, małe eksplozje dźwiękowe. Zmiany dramaturgiczne w przebiegu narracji wydają się być śladowe, choć z perspektywy całego, blisko dziewiętnastominutowego utworu, dzieje się naprawdę sporo. Choćby szczypta głośniejszych fraz w okolicach dwunastej minuty, następująca tuż po niej faza dłuższych pasaży dźwiękowych, potem krótka strefa zadziornych akcji i bystrych reakcji, pełna świszczących smyków, wreszcie pełny zwrot niemal do poziomu ciszy, a pod sam koniec utworu bystra wymiana zdań w konwencji pizzicato vs. arco. Muzycy brną w estetyce pokruszonego baroku, co rusz zerkając w kierunku dawno już roztrzaskanego średniowiecza.

Finałowy duet budują skrzypce, które zdają się piąć ku górze i wiolonczela, która pokonuje trasę odwrotną. Dominują długie frazy, incydentalnie lepiące się w jeden strumień dźwięków. Biliana używa także własnego głosu, ale czyni to na tyle subtelnie, iż być może to tylko złudzenie foniczne. Wraz z rozwojem dramaturgii utworu oba strunowce zaczynają jednak schodzić coraz niżej, by w połowie opowieści przywitać się z ciszą. Klimat robi się odrobinę dark ambientowy. Flow skrzypiec zdaje się rozlewać bardzo szeroko, cello wręcz przeciwnie. Każdy krok stawiany jest z coraz większą rozwagą, a może i niepokojem. Na zakończenie mamy wrażanie, jakby muzycy definitywnie zeszli już do grobu. Ostatnie dźwięki, to tylko suchy, bezdźwięczny świst smyczków po martwych strunach.




Let Pass My Weary Guiltless Ghost by Magnus Granberg & Skogen

Czas na blisko godziną kompozycję autorstwa Magnusa Granberga. Podmiotem wykonawczym będzie on sam (piano preparowane!) oraz formacja Skogen w składzie (dodajmy, dalece intrygującym!): Anna Lindal (skrzypce), Rhodri Davies (harfa), Toshimaru Nakamura (no-input mixing board), Petter Wastberg (elektronika), Ko Ishikawa (sho), Leo Svensson Sander (wiolonczela), Simon Allen (wibrafon i amplifikowane struny), Henrik Olsson (obiekty) oraz Erik Carlsson (instrumenty perkusyjne). Nagrania powstały w Berlinie, w listopadzie 2019 roku.

Cisza skupienia, jakże charakterystyczna dla poszukującej muzyki współczesnej, zwłaszcza tej, która nie stroni od improwizacji, jest naszym udziałem na początku także tego nagrania. Muzycy w liczbie aż dziesięciu dają życie krótkim, urywanym frazom, a jeden z nich – kompozytor i pianista – kilkoma uderzeniami w klawiaturę swego instrumentu tyczy szlak narracji i ze skończoną liczbą przypadków w zakresie odstęp od tej zasady, czynił tak będzie po niemal ostatni dźwięk tej niekrótkiej opowieści. Swoboda, łagodność, swoista powolność ruchów, wreszcie dobry sojusz żywych i syntetycznych dźwięków, to kolejne drogowskazy dla tej podróży. Chamber dekonstruowane elektroniką, dość abstrakcyjne i intrygująco brzmiące, toczy się nad wyraz konsekwentnie, choć po pewnym czasie można odnieść wrażenia, że dźwięki delikatnie rozmazują się na ekranie, jakby ktoś polewał je wodą. Narracja pachnie swobodną improwizacją, ale jesteśmy pewni, że ktoś skrupulatnie czuwa nad jej przebiegiem. Proces dekonstrukcji akustycznych dźwięków w nurt medytacyjnej elektroakustyki trwa tu w najlepsze i jako zjawisko samo w sobie, należy zapisać je po stronie niewątpliwych atutów nagrania.

Po upływie kwadransa doświadczamy pierwszego momentu pewnej zmiany. Piano na kilka chwil zostaje niemalże same, a reszta instrumentów bierze głębszy oddech, po czym powraca, ale raczej w indywidualnie wybranych momentach. Flow staje się bardziej minimalistyczny, po części bardzo repetytywny, a my znów musimy podkreślić udane współistnienie żywego i syntetycznego, mimo, iż w wielu momentach ta druga opcja zdaje się być w przewadze liczebnej. Kolejne stadium opowieści stawia prawie wyłącznie na akustykę – siła spokoju i medytacji w wirze dobrych, abstrakcyjnych skojarzeń dramaturgicznych. Chwilowy, jakże uroczy stan meta chaosu, po upływie 24 minuty zdaje się porządkować pianista. Syntetyka brzmi w gęstym tle, pojawiają się akcenty perkusjonalne, drżące smyki i coś, co brzmi, niczym prosta elektryka urządzeń analogowych. Po upływie dwóch kwadransów obie frakcje zdają się płynąć nieco separatywnymi korytami – akustyka definitywnie medytuje, syntetyka grymasi i łobuzuje. Z czasem owa dychotomia przypadku zdaje się powodować, iż cały flow nabiera mocy i dobrej gęstości. Po 40 minucie mamy krótki spektakl dominacji dźwięków preparowanych i dekonstruowanych do stadium syntetycznego. Piano, oczywiście, robi swoje, uparcie tyczy szlak i sprawia, iż całość może zdać się chwilami zbyt monotonna (lub po prostu zbyt długa; wszak ze świata free impro wiemy, iż najlepsze płyty kończą się po wybiciu niepełnych trzech kwadransów). Finał nagrania cieszy nasze uszy, niezależnie od wskazanych przed momentem ambiwalencji – akustyka piana wybrzmiewa zmysłowo, małe struny drżą i tańczą, a w tle ślimaczą się dźwięki przypominające harmonium, którego nie ma przecież na scenie. Ów subtelny dysonans poznawczy miło doprowadza nas do ostatnich dźwięków, które ustanawia szumiąca elektroakustyka ciszy.




unfurling by Angharad Davies/ Klaus Lang/ Anton Lukoszevieze

Ostatnia dziś perełka, to 52-minutowy utwór wspólnie skomponowany i wykonany (improwizowany?) przez trio w składzie: Angharad Davies – skrzypce, Klaus Lang – harmonium oraz Anton Lukoszevieze – wiolonczela. Nagranie zarejestrowana w marcu br., w trakcie rezydencji muzyków w angielskim Huddersfield, w miejscu zwanym Dai Hall.

unfurling, to jeden, nieprzerwany strumień dźwiękowych improwizacji (zasięg predefinicji procesu nieznany), który składa się jakby z trzech osobnych wątków. Każdy z nich ma swoje otwarcie, rozwinięcie i emocjonalne wygaszenie. Każdy zdaje się mieć inną myśl przewodnią, rodzącą się wszakże w trakcie bystrej i chwilami nad wyraz swobodnej improwizacji.

Pierwszą opowieść zaczynają rezonujące struny, które choć pozornie spokojnie, kryją w sobie spory potencjał do hałasowania. Smyki uderzają po gryfach, a posadowione na samym środku sceny harmonium zaczyna budować swój quasi elektroakustyczny dron. Wszystkim zjawiskom fonicznym towarzyszą trzaski, zgrzyty, tarcia i para-mechaniczne odgłosy. Harmonium definitywnie przejmuje władanie strumieniem narracji po upływie 4 minuty. Molowy, mroczny flow, który trzyma nas w silnym uścisku upoconych ramion. Oba strunowce także płyną nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, zatem rzeczony dron ma już trzy elementy składowe. Po czasie zaczyna pulsować i modulować swoje natężenie. W okolicach 13 minuty wyższe dźwięki skrzypiec i wiolonczeli popadają w delikatny skowyt. Masywna opowieść gaśnie nagle, tuż po upływie kwadransa. Scenę spowija cisza, szmery i szelesty, oddech powietrza, myśli muzyków. Smyczki stoją w blokach startowych pełne niepokoju o swój los. Cello plami ścieg narracji brudnymi frazami, skrzypce jęczą, a harmonium głęboko oddycha, pozostając w fazie przed-dźwięku. Ten ostatni instrument swoją nową ekspozycję dronową rozpoczyna po wybiciu 20 minuty. Tym razem stojący, gęsty flow zdaje się być nieco wyżej zawieszony, przez to jednak bardziej niepokojący. Muzycy potrzebują ledwie kilka chwil, by znów zlepić się w jedno, ciemne, mroczne i nerwowe ciało. Wiolonczela dba o dół, skrzypce o górę, a cała reszta drży masywnym harmonium. Trójdron zapowiedzianej śmierci dzieje się w naszych uszach!

Po 31 minucie aktywniejsze na flankach strings zdają się rozrywać strukturę opowieści. Wątek główny gaśnie, struny zawodzą i rezonują. Opowieść nie schodzi tym razem do poziomu ciszy, ale w pięknym chaosie sytuacyjnym, generowanym przez instrumenty, które drżą akcentami para-perkusjonalnymi, rodzi się nowy wątek jakże stylowego free chamber. Harmonium w wersji dronowej powraca w 37 minucie. Tym razem każdy z muzyków zdaje się wnosić do strumienia dźwiękowego drobinki melodii, pewien rodzaj wewnętrznej śpiewności. Niespodziewanie opowieść nabiera pięknego, rzewnego posmaku post-barokowego. Frazy pełne niepokoju i bólu egzystencji aż proszą, by je … delikatnie zanucić. Cello znów pcha opowieść ku sferom bliskim podłogi, skrzypce zaś stają na rozdrożu. Ów intrygujący deep barok wpada w dron i zdaje się kierować opowieść ku zmysłowemu zakończeniu. W trakcie tego żmudnego procesu w głowach muzyków, a może także w powietrzu przestrzeni koncertowej, rodzi się kolejny szalony pomysł. Narracja miast gasnąć, budzi się do prawdziwej rewolucji. Struny trzeszczą, gryfy drżą, harmonium wije się w konwulsjach. Chocholi taniec nad przepaścią trwa w najlepsze! Eksplodują kolejne ośrodki ekspresji, a dźwięki bawią się w wielki konkurs piękności. Finał nagrania przypomina niedogaszony żar, które wznieca nowy płomień. Akustyczny, piękny galimatias! Nerwy, kły, złote pierścienie! Brawo!


poniedziałek, 28 maja 2018

Andreae! Birchall! Nakamura! Willberg! Anarchy Improve Made in Japan!


Wydarzenia na młodej, brytyjskiej scenie muzyki improwizowanej, szczególnie tej mającej ewidentnie post-punkowe korzenie, śledzimy na bieżąco. Każdy miesiąc przynosi nowe tytuły, w czym prym wiedzie, szczegółowo już na tych łamach omówiony, label Colina Webstera – Raw Tonk Records! Czas zatem na majową premierę!

Trio Andreae/ Birchall/ Willberg gościło już u nas dwukrotnie. W grudniu ubiegłego roku omówiliśmy krążek A Hair in The Chimney, zaś kilka tygodni temu koncertowe ujawnienie tego składu – Live in Beppu. Ten drugi incydent artystyczny dokonał się w trakcie pobytu Brytyjczyków w Japonii, wiosną roku ubiegłego. Także wówczas, w samym Tokyo, trio zarejestrowało materiał z elektronicznym magikiem tamtejszej sceny Toshimaru Nakamurą, którego znamy choćby ze wspólnych nagrań z Johnem Butcherem. Piszę o nim magik, wcale nie będąc złośliwym. Muzyk obsługuje bowiem no input mixing board, czyli urządzenie elektroniczne generujące dźwięki samo z siebie, nie mające nic na wejściu. Tylko komputer i jego wnętrze! Prawdziwe muzyczne perpetum mobile!




Muzycy zagrali koncert w Tokyo 13 kwietnia 2017 roku, a co skrzętnie podpowiada tytuł dysku, rzecz działa się w miejscu zwanym Ftarri. Sam Andreae na saksofonie, David Birchall na gitarze elektrycznej, Otto Willberg na kontrabasie, wreszcie wspomniany Toshimaru Nakamura na owej desce rozdzielczej. Nagranie Live at Ftarri składa się z czterech części i trwa niespełna 45 minut.

One. Od samego początku narracja gęsta jest od zgrzytów, szturchnięć, przepięć, dziwnych, brudnych, dotkliwych artystycznie incydentów akustycznych, wspieranych oprzyrządowaniem, które generuje swój dźwiękowy świat nie korzystając z niczyjej pomocy, czyli w stu procentach wirtualną rzeczywistość! Meta noise, który ma zarówno akustyczne źródła dźwięku, jak i te elektroniczne. Tłusta, soczysta, twarda elektroakustyka! Do improwizacji tria w aurze field recordings z Live in Beppu doszło trochę kabli i kilka giga bajtów pamięci, a w muzyków ze Zjednoczonego Królestwa jakby nowy duch wstąpił, jakby dostali trzy nowe życia! Ile energii, jakie emocje, cóż za temperamenty! Od lewej – groźny kontrabas z ołowianym smykiem, zakotwiczony saksofon z pordzewiałą tubą, deska z kablami, które skwierczą i wiją się wokół muzyków, no i rozdygotana gitara, która szuka zwady, gotowa na każde sceniczne rozwiązanie. Ta ostatnia wchodzi w ciągłe zwarcia z elektroniką i czyni wiele dobra dla jakości improwizacji. To na razie zasadnicza oś wydarzeń. 10 minuta, muzycy zdają się tworzyć bardziej płynne ekspozycje, które zaczynają ciekawie ze sobą konweniować (tu także, saksofon z kontrabasem).

Two. Wolniej, dosadniej, ale równie zgrzytliwie, niepokornie, punkowo. Ciekawy pasaż wprost z saksofonu Andreae (muzyk ciągle na krzywej wznoszącej), jak zwykle oryginalny Birchall na gitarze (świetnie znamy go z tej strony). Szczypta industrialnych dźwięków, które dobrze robią temu fragmentowi improwizacji. Kontrabas wisi na smyku, a gitara z deską wytrwale rysują powierzchnie. Głębokie bruzdy, nisko zawieszone drony. Od 6 minuty muzycy nieco tłumią emocje. Działają bardziej selektywnie, kilka skupionych, małych opowieści. Na finał traka intrygująca próba kolektywnych imitacji (tu, na osi saksofon i deska).

Three. Intensywna interaktywność ze strony wszystkich uczestników spektaklu. Nieco onirycznej zwiewności, lekkości, groteskowości dźwiękowej. Bez pośpiechu, ale z zadziorami, wręcz natarczywie. W tym akurat momencie deska zdaje się być odrobinę zbyt aktywna, zawłaszcza wysokie pasmo nadawania. W ramach komentarza, spora dawka akustycznych mikrozdarzeń. Ta płyta miała lepsze momenty – notuje niecierpliwy recenzent. Najlepszym rozwiązaniem zdaje się być krok w kierunku noise, co muzycy czynią, wykazując się dużą czujnością dramaturgiczną. Dobra waloryzacja! Na finał części kilka dotkliwych zwarć, pyskówek i drobnych złośliwości. Jakież to piękne! Sporo elektroniki, ale w jak najlepszym stylu.

Four. Kontynuacja sytuacji na scenie, ale w nieco spokojniejszym wydaniu. Separatywne ekspozycje, które sobie nie szkodzą. Bywa nawet, że ze sobą zgrabnie konweniują. Deska znów odrobinę nadpobudliwa, ale muzyk słucha, co grają pozostali i na ogół podejmuje dobre decyzje, wchodzi w ciekawe interakcje. Dobry głos saksofonu, udane pętle na gryfie gitary, a kontrabas znów wisi i drży. Gęsta, narowista narracja najeżona ostrymi krawędziami, kantami i brudem za paznokciami. Muzycy wybrzmiewają z potem na czole, a najciekawiej dzieje się na skrajnym pozycjach – kontrabas plącze struny, gitara psychodelizuje. Deska zdaje się wybierać ton hałasu, ale recenzent wybacza Japończykowi tę woltę, gdyż całość płyty broni się bez cienia wątpliwości. Muzycy udanie gaszą światło!