Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julie Tippetts. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julie Tippetts. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2017

John Stevens & Trevor Watts – kilka krótkich opowieści plus nawigacja po tekstach Trybuny opiewających artystyczne ekscesy obu Panów


Być może na tych łamach powiedziano już wszystko o Johnie Stevensie i jego wiekopomnym dziele muzycznym Spontaneous Music Ensemble. Za każdym razem zachwyt recenzenta koegzystował z oczywistą w tym wypadku konstatacją, iż formacja ta nie byłaby tak istotna dla historii muzyki improwizowanej, gdyby nie udział sprawczy Trevora Wattsa.

Przypomnę zatem, iż  w tym miejscu odnajdziecie trzyczęściową monografię grupy, która w miarę szczegółowo i chronologicznie opowiada dzieje SME, począwszy od roku 1966, skończywszy na roku śmierci Johna, czyli 1994. Jej wymiar personalnie wielkogabarytowy (Spontaneous Music Orchestra) doczekał się w roku ubiegłym ciekawej reedycji, która została wnikliwie przeanalizowana przez Pana Redaktora dokładnie w tej opowieści .

Z kolei w innym miejscu Trybuny można znacząco poszerzyć swoją wiedzę o być może najwspanialszej, kwartetowej inkarnacji SME, która choć artystycznie funkcjonowała ledwie przez kilka miesięcy roku 1971, pozostawiła po sobie dwa i pół winyla oraz pół dysku kompaktowego genialnej wprost muzyki.

Nasz dzisiejszy zbiór krótkich opowieści o Johnie Stevensie i Trevorze Wattsie zacznijmy właśnie od tego ostatniego wydarzenia artystycznego. Po nim pochylimy się także nad dwoma innymi, krytycznie istotnymi nagraniami sprzed lat, które trafiły do nas całkiem niedawno w formie kompaktowych (po raz pierwszy) reedycji. A na sam koniec - przywołanie innych tekstów Trybuny, które w śmiałych żołnierskich słowach opiewają niewątpliwy geniusz obu muzyków.




Oslo, 21 maja 1971r.

Funkcjonujący scenicznie od drugiej połowy kwietnia do końca września 1971 roku, kwartet Spontaneus Music Ensemble (John Stevens na małym zestawie perkusyjnym, Trevor Watts na saksofonie sopranowym, Ron Herman na kontrabasie i Julie Tippetts na gitarze i wokalu), artystycznie spełniał się w postępie geometrycznym. Mniej więcej środkową część maja spędził on w Norwegii, gdzie koncertował (LP 1.2.Albert Ayler, Affinity Records), a także zarejestrował materiał dla norweskiej telewizji publicznej (NRK). Pisząc ponad dwa lata temu monografię SME, udało mi się jedynie ustalić fakt, iż w dniu 21 maja grupa zawitała do studia telewizyjnego i zarejestrowała niedługi materiał bez udziału publiczności. Do całkiem niedawna żyłem w przekonaniu, iż nagrania te nie przetrwały. Szczęśliwie jednak udało się ten film odnaleźć i jest on dziś dostępny na norweskiej stronie jazzowej Salt Peanuts.

Na trwający bez siedemnastu sekund, trzydziestominutowy film składa się dwuminutowa introdukcja werbalna Johna (ciekawy pasus o tym, iż ich muzyka nie jest wcale trudna w odbiorze, a dużo trudniejsze jest samo jej wykonanie) oraz połączone trzy kompozycje/ improwizacje SME 1.2. Albert Ayler, Norway oraz Tickets, please.

Realizacja telewizyjna jest niezwykle profesjonalna (oczywiście czarno-biała), ale bynajmniej nie jest statystycznym filmowaniem muzyków na scenie. Rzecz można, iż w wymiarze wizualnym jest bardzo efektowna (choćby pięknie przenikające się wzajemnie obrazy muzyków). John krótko obcięty, z długą brodą, o nieco majestatycznym wyrazie twarzy i niezwykle przenikliwym spojrzeniu. Trevor i Ron skupieni na swych instrumentach, wyglądają z całej czwórki najporządniej. No i Julie w posthippisowskiej fryzurze, wyposażona w nieoczywistą i ale intrygującą urodę, na krześle, przyklejona do mikrofonu. Dodajmy, co istotne, John i Julie występują w studio na boso.

Znających choć trochę tę edycję SME, dźwięki płynące z ekranu nie zaskakują, są przerażająco piękne i istotnie niepokojące. Wokal Julie splata się z sopranem Trevora, tworząc skupiony i trwale związany ze sobą dwudźwięk. Kontrabas Rona prowadzi warstwę rytmiczną, a wspiera go bardzo subtelnym drummingiem John. Akustyczne poczynania całej czwórki – w ostatecznym rozrachunku - stanowią nieprzerwany strumień dźwiękowy, który buduje klimat podróży, której cel nie jest nakreślony, być może w ogóle nie stanowi celu samego w sobie. Muzyka jest bardzo spokojna (z wyłączeniem końcowego fragmentu), być może najbardziej kontemplacyjna ze wszystkich nagrań tego kwartetu. Prawdziwe muzyczne misterium dane jest nam w środkowej części występu. Muzycy wstają i wychodzą przed swoje instrumenty. John ma w ręku jedynie dzwonek i … śpiewa razem z Julie, jej gitarą i saksofonem Trevora. Rytualna modlitwa o sen, który nie chce nadejść i dać ukojenia. Ekscytujące!!!

Jeśli jakimś cudem nie poznaliście jeszcze tej muzyki, uczyńcie to koniecznie. Jeśli znacie, a nie widzieliście, zróbcie to tym bardziej.



Londyn, czerwiec 1976r.

Mniej więcej dwanaście miesięcy temu wydana została reedycja (pierwszy raz na CD) pewnej wyjątkowej, kilkudniowej sesji nagraniowej formacji Trevor Watts String Ensemble. Myślę o płycie Cynosure (CD Hi 4 Head Records, 2016; LP Ogun Records, 1976).

Wnikliwi wielbiciele muzycznych talentów Wattsa i Stevensa doskonale wiedzą, iż poza uprawianiem całkowicie wyzwolonej improwizacji pod szyldem SME, obaj Panowie jeszcze w latach 60. ubiegłego stulecia powołali do życia formację Amalgam (przy czym, istotniejszy wpływ należy tu przypisać saksofoniście), z której w dość szczególnych okolicznościach wykluła się formacja John Stevens’ Away. Obie inicjatywy skoncentrowane były na muzyce improwizowanej, realizowanej w oparciu o gotowe kompozycje własne, na ogół przy wykorzystaniu instrumentarium elektrycznego (gitary!). Nawigacja do tekstów monograficznych obu grup pod koniec tego tekstu.




Już po powstaniu drugiej z grup, Trevor Watts kontynuował muzykowanie na polu jazzu z prądem bez udziału Stevensa. Nim jednak w lipcu 1976r. została zarejestrowana kolejna płyta Amalgam Another Time, kilka tygodni wcześniej Trevor zebrał w studiu oktet, który z uwagi na dużą ilość instrumentów smyczkowych, przyjął nazwę String Ensemble. Obok lidera na alcie i sopranie, na krążku będącym pokłosiem tego spotkania, odnajdujemy - na gitarach elektrycznych Dave’a Cole’a i Steve’a Haytona, na gitarze basowej Colina McKenzie, na kontrabasie Lindsaya Coopera, na wiolonczeli Sandy Spancer, na skrzypcach Steve’a Donachie, zaś na perkusji Liama Genockey’a. Grupa zagrała pięć kompozycji Wattsa, z których aż trzy zostały wykorzystane miesiąc później w trakcie rejestracji Another Time (Amalgam w kwartecie).

Muzyka zawarta na winylu Cynosure pozostaje w silnej korelacji artystycznej z innymi dokonaniami Amalgam. Czyli dynamiczne, elektryczne brzmienie rozbudowanej sekcji rytmicznej, która stanowi wyśmienity podkład dla saksofonowych popisów lidera. Jednakże potężny arsenał strunowców nie pozostaje bez wpływu na dramaturgiczny przebieg wydarzeń. Po dwóch bardzo dynamicznych fragmentach, początek trzeciego odbywa się w bardzo otwartej, improwizowanej formule (SME!). Muzyka jest cudownie rozwichrowana, a jej rytmika artystycznie zmierzwiona. Po kilku minutach sekcja daje gazu i przy wykorzystaniu zmyślnej synkopy, rwie do przodu niczym dobrze upalony Amalgam+. Fragment czwarty przynosi kolejną niespodziankę – oktet jakby rozrywa się na dwie części, akustyczną i elektryczną. Jedna szuka afrykańskich skal rytmicznych, druga próbuje pozostać przy estetyce typowej dla muzyki fussion tamtego okresu. Oba podzespoły z każdą chwilą zapętlają się i w krwistej galopadzie sięgają muzycznego zenitu! Fanastyczne!

W uzupełnieniu podstawowego materiału winylowego, na CD odnajdujemy trzy niedługie fragmenty koncertu Oktetu z tego samego miesiąca. Tu afrykańskie skale jeszcze bardziej dominują. Muzyka aż kipi rytmem i dynamiką. Koncert ten stanowi istotny zwiastun muzyki, jaką będzie eksplorował Watts w kolejnej dekadzie, w ramach wielu formacji opartych na rozbudowanym instrumentarium perkusyjnym (Drum Orchestra, Moire Music Drum Orchestra, Moire Music Sextet etc.).

Doskonała muzyka, którą polecam bezdyskusyjnie, choć nie mogę nie zaznaczyć, iż zwłaszcza nagrania studyjne Cynosure są kiepskiej jakości technicznej. Dźwięk pozostaje istotnie kasetowy i nieselektywny, a w uważnym odsłuchu nie można nie dosłyszeć … winylowych trzasków. Ta muzyka zasługuje na porządny remastering !


Stavanger, 7 września 1982r.

Wieloletnia współpraca Johna Stevensa z norweskim saksofonistą Frode Gjerstadem nie doczekała się jeszcze na Trybunie adekwatnej epistoły, ale jak już onegdaj doniosłem, prace trwają i niebawem winny zaowocować stosownym tekstem (czekam jedynie na rip-y winyli wydanych w połowie lat 80., które do dziś nie doczekały się wznowienia).




Głównym przejawem współpracy tych obu wybitnych muzyków była grupa Detail. Funkcjonowała ona zazwyczaj w składzie trzyosobowym (pierwszym basistą był Johnny Dyani, drugim Kent Carter), czasami dołączał do nich na czwartego amerykański kornecista Bobby Bradford. Być może jednak nie wszyscy wiedzą, iż w początkowym okresie Detail z założenia miał być kwartetem. Tu – tym czwartym – norweski pianista Eivind One Pedersen. Z różnych powodów, występów w kwartecie było niewiele, a pianista dość szybko wycofał się z grupy.  Jeden z koncertów w składzie czteroosobowym (z września 1982r.) ukazał się w tamtych czasach na kasecie (Circulasione Totale) i był do stycznia tego roku w zasadzie niedostępny. Dziś jest jednak z nami, dzięki odkryciom archeologicznym Gjerstada w jego domowej szafie (przy okazji jedynego żyjącego muzyka z tego grona). CD zwie się Detail At Club 7 (Not Two Records, 2017) i przynosi blisko 60-minutowy zapis dynamicznego, freejazzowego koncertu, podanego dla wygody słuchaczy w pięciu częściach. Na szczegółową analizę muzyki nań zawartej przyjdzie czas w zapowiadanej monografii Detail. Póki co, kupujcie ten doskonały krążek. Na lekturę przyjdzie czas po odsłuchu!


Nawigacja!

Na koniec dzisiejszej opowieści czas jeszcze na wskazanie sieciowej drogi dla tych, którzy mają ochotę poznać/ przypomnieć sobie inne opowieści Trybuny o Johnie Stevensie i Trevorze Wattsie.








Miłej lektury!!!!




piątek, 13 maja 2016

Trevor Watts i John Stevens – zagubione krążki z wyjątkowych lat 70. The Lost 70’s!


Zdążyliśmy już na tej stronie poznać dokonania Trevora Wattsa i Johna Stevensa na polu absolutnie swobodnej improwizacji (Spontaneous Music Ensemble), nie uniknęliśmy wyczerpujących opowieści o przygodach obu panów w sferze jazzu elektrycznego (lubimy też określenie fussion), czynione pod szyldami Amalgam i Away. Czas zatem stosowny, by omówić inne, równie istotne incydenty z udziałem saksofonisty i perkusisty, ciągle wszakże pozostając w zabawnych (z dzisiejszej perspektywy) latach 70. ubiegłego stulecia.


Warm Spirits, Cool Spirits

Naszą dzisiejszą opowieść zaczniemy od krążka wyjątkowego, z paru zresztą powodów. Po pierwsze, stanowi on dokumentację pierwszego od ponad 5 lat – licząc od ostatniego koncertu Kwartetu SME (patrz: post z 5 maja br.) – muzycznego spotkania Trevora Wattsa i Julie Tippetts, na polu swobodnej improwizacji, w małym składzie. Po drugie, co nietypowe w tym zestawie, w nagraniu nie bierze udziału perkusista, zatem możemy domniemywać, iż wkład Stevensa w nagranie Gorących i Zimnych Duchów miał charakter jedynie … duchowy. No i wreszcie, sesja ta - w przeciwieństwie do poniższych – nie została udostępniona światu w jakiejkolwiek innej formie poza pierwotnym winylem, wydanym pod szyldem Vinyl Records.
A całe spotkanie miało miejsce w londyńskim Riverside Studios, dokładnie 15 grudnia 1976r. Obok Trevora i Julie, wzięli w nim udział - pianista Keith Tippett (małżonek, a jakże) i elektryczny basista Colin McKenzie, już wtedy stały członek formacji Amalgam. Kwartet zarejestrował 10 fragmentów, które na okładce określone zostały jako kompozycje autorstwa wszystkich muzyków biorących udział w sesji. Śmiało w tym miejscu uznać je możemy za swobodne i kolektywne improwizacje, przy czym w wypadku czterech z nich, mamy do czynienia z solowymi miniaturkami (każdy z muzyków po jednej). Elektryczne wiosło Colina wprowadza do nagrania drobny ferment, który można zaliczyć do plusów sesji i element wzmacniający jej oryginalność, ja wszakże lepiej bym tu odebrał instrument akustyczny. Oczywiście z osobistego punktu widzenia, powodem wzmożonej eksploracji akurat tego krążka, jest występ duetu Trevor-Julie. Od razu dodajmy, że ich wspólna, jak zwykle empatyczna i silnie zintegrowana improwizacja ma inny smak, niż ta w Kwartecie SME. Rzekłbym, że jest mniej zwiewna, mniej melodyczna, bardziej ucieka w dysonanse i drobną agresję, ze strony zarówno saksofonu, jak i głosu (Julie nie gra w tej sesji na gitarze, używa jedynie skromnych perkusjonalii), zatem nie brakuje krzyku i wysokoskalowych pasaży altu i sopranu. Całość spowija trochę oniryczny klimat. Pan Tippett gra oszczędnie i raczej wyczekuje na to, co małżonka poczyni z Trevorem. Dość śmiało kreuje też lekko rockową, czy wręcz popową estetykę w improwizacji numer 4 (Bye Mongs – dedykacja dla właśnie zmarłego Mongezi Fezy!). Zwieńczeniem sesji (choć nie ostatnim fragmentem na płycie) jest kompozycja/ improwizacja Seek, gdzie z offu recytowane są podziękowania za muzyczne inspiracje, czynione prawdopodobnie głosem Keitha. Ten zaś, niejako przy okazji, delikatnie wtóruje na akustycznej harfie śpiewnemu altowi Wattsa (Thank You… Steve Lacy, Africa, Miles, Ornette…). Resumując – bardzo zwarta, udana opowieść. Gdyby zamienić bas na kontrabas, a być może dodać…np. Stevensa, odczuwalny byłby z pewnością posmak arcydzieła.





Przy okazji tego krążka, pora na wyjaśnienie niuansów związanych z nazwiskiem Keitha i Julie Tippett/ Tippetts. W wielu źródłach, ich nazwisko kończy się na literę „s”, na innych jest tejże litery pozbawione. A zatem jaki jest stan faktyczny? Otóż On w dowodzie ma wpisane Keith Graham Tippetts, jednak w wymiarze artystycznym stosuje wersję skróconą, a zatem zawsze… Tippett. Ona – po tymże mężu przyjmując nazwisko – nazywa się metrykalnie… oczywiście Tippetts. Na płytach, w dyskografiach, w necie – nazwisko Julie jest stosowane zamiennie. Na tym krążku … nazywa się Tippett.


Chemistry

Teraz cofnijmy się o kilkanaście miesięcy. Jest listopad roku 1975. John i Trevor paręnaście dni wcześniej grają koncert w berlińskim Quartier Latin, rejestrując debiutancki krążek nowej formacji Away (a może kolejny Amalgam – ten dylemat roztrząsaliśmy onegdaj na Trybunie). W najpopularniejszym podówczas studiu londyńskim (Riverside) melduje się piątka prawdziwych wyjadaczy. Obok naszych bohaterów – Kenny Wheeler (tr, fh), już po miesiącach terminowania w genialnym kwartecie Anthony Braxton (co słychać!), Jeff Clyne (b) i Ray Warleigh, doskonały i mocno niedoceniany, tak dziś, jak i wtedy, skromny alcista. Na pulpicie Johna i muzyków (to on będzie tu pełnił rolę przywódcy stada, i głównego tytułu wykonawczego), lądują trzy partytury jego autorstwa – Bass Is, Coleman i The Bird (dodajmy nigdy już potem niewykorzystane w trakcie płytowych rejestracji). To urzekające swym pięknem, gigantyczne free jazzowe perły – niebywała dynamika, krwiste improwizacje, często bardzo kolektywne. Istotnie kluczowe eksplozje emocji. Ogień i sperma na ścianach. Trudno wskazać, który z trójki Wheeler – Watts – Warleigh bardziej wbija nas w fotel. Clyne rwie deski z podłogi niesamowitym walkingiem swego kontrabasu, a wszystko trzyma w ryzach torpeda perkusyjna Stevensa. Chemistry! Chemia!!!! Jakże adekwatny tytuł. Oczywiste inspiracje Ornette Colemanem, a po części także śpiewnością altu Charlie Parkera i duchowością Alberta Aylera. Być może najwybitniejsza i najbardziej szczera płyta free jazzu tamtych czasów. Poziomem emocji i żarliwości porównać ją możemy chyba jedynie do … debiutu Amalgam (Prayer for Peace).
A tydzień później, tenże sam Warleigh, a także Watts i Stevens nagrywają sesję radiową dla Jazz in Britain jako…. Amalgam. Co to były za czasy!!!!




Istotne szczegóły edytorskie: Chemistry wydaje Vinyl Records. Po dwóch dekadach Konnex wydaje ją na CD, jako…. dodatek do pierwszej strony winyla SME Big Band and Quartet, pod szyldem John Stevens Works.


Love’s Dream

Uciekamy w przestrzeń historyczną i lądujemy na osi czasu w roku 1973, tym razem na okres tygodniowego koncertowania w Paryżu, pewnego bardzo nas interesującego kwartetu. Oto i gorący dla Stevensa i Wattsa interwał jesienno-zimowy (zakończony – przypomnijmy – genialnym Quintessence, a w jej trakcie także duetowy debiut Face To Face). W Europie – nie po raz pierwszy, nie ostatni - rezyduje amerykański trębacz Bobby Bradford. Martin Davidson (wraz z małżonką) zabierają go do rzeczonego Paryża, by trochę pomuzykował. Na partnerów dobrani zostają Stevens, Watts i Kent Carter (b). Fragmenty dwóch koncertów Davidson kompiluje na jednym winylu i wydaje w Emanem Records jako Bobby Bradford Love’s Dream




Po latach reedytuje nagranie na CD, dodając kolejne fragmenty. Dziś możemy to śmiało odpalać na naszych odtwarzaczach i tupać przy tym nogami … do tańca. Kompozycje Bradforda, bardzo bebopowe, aż zachęcają do aktywności ruchowej. Nie umieszczamy tej pozycji wprawdzie na najważniejszej naszej półce, ale radochy z odsłuchu jest co nie miara. Spokojnie można by to wydać w jednym boksie razem z drugą płytą Amalgam Play Blackwell and Higgins.


No Fear & Application, Interaction and…

Te dwie pozycje wskazywałem już podczas opowieści o Amalgam, jako przykład uprawiania rasowego free jazzu przez Wattsa i Stevensa w drugiej połowie lat 70. Na tę okoliczność funkcjonowali oni w trio z Barry Guyem. Oba krążki wydała Spotlite Records, a po latach na CD wznowiła Hi4Head Records.
Pierwsza sesja pochodzi w roku 1977 i zawiera pięć jakże konkretnych odcinków stuprocentowego free jazzu, skomponowanych głównie przez Stevensa, w tym jego hymniczne songi No Fear i Ah!, a także przez Wattsa. Dynamika, ekspresja, polot, czyli niemal śmiertelna dawka uzasadnionych emocji. Znakomita pozycja.






Drugi krążek, to także studyjne spotkanie, poczynione rok później. Zawiera bardziej improwizowany materiał. Dynamika i ekspresja pozostaje bez zmian, jedynie Panowie częściej bawią się w kolektywne interakcje, niebazujące na gotowych schematach do śpiewania. Wszystko byłoby tu cudowne, gdyby nie fatalne brzmienie każdego z instrumentów i ogólna jakość zapisu dźwięku. Mamy wrażenie, że odsłuchujemy źle nagłośniony koncert (ostro przesterowany bas!), nagrany monofonicznym kaseciakiem, a nie efekty pracy trójki muzyków w studiu nagraniowym. Inne wersje utworów z sesji wcześniejszej posłuchać możemy na dodatkowym krążku, wydanym już w tym wieku (Mining The Seam. The Rest Of The Spotlite Sessions).


Endgame


Na koniec tej opowieści znów krążek dość szczególny. Czwarty miesiąc roku 1979 i  okoliczności studyjne w niemieckim Ludwigsburgu. Przy instrumentach nasi bardzo dobrzy znajomi. Wattsowi (alt, sopran) i Stevensowi (perkusja) towarzyszy Barry Guy (kontrabas) i Howard Riley (piano). Panowie realizują pięć utworów, stanowiących kompozycje wspólne muzyków. I znów czas na ciekawostkę dyskograficzną. Choć płyta jest absolutnie demokratycznym tworem kwartetowym, na ogół zwykło się tę pozycję przypisywać Barry Guyowi. Być może dlatego, że jego nazwisko umieszczone jest na okładce jako pierwsze (muzycy są uszeregowani alfabetycznie, jeśli szukamy klucza), być może powody są inne. Pogłębiona analiza sesjografii Stevensa wskazuje jednak, iż muzycy ci w samym tylko roku 1979 spotykali się wspólnie wielokrotnie, w przeróżnych układach personalnych. Co więcej, miesiąc wcześniej Stevens, Riley i Watts grali kwartet z kontrabasem Rona Hermana, a w parę miesięcy później – Paula Rogersa. W każdym razie fonograficznym efektem tych spotkań jest jedynie Endgame, czyli płyta, którą właśnie omawiamy. 




Zostawmy wszakże te dylematy, a skupmy się na samej muzyce. Pięć fragmentów Gry Końcowej to improwizacja w oparciu o stricte jazzowe środki wyrazu, pozostawiająca jednak muzykom dużo swobody interpretacyjnej.  To muzyka, w której dominują raczej chwile zadumy niż dynamiczne ucieczki przed zastaną rzeczywistością. Watts gra jak zwykle śpiewnie, ale stosunkowo zachowawczo (jedzie ewidentne na zaciągniętym ręcznym), Stevens operuje głośno i na pełnym zestawie perkusyjnym (jak pamiętamy z innych opowieści o nim, tak zwykł postępować w przypadku grania… jazzu), Guy często rozpoczyna utwór i poniekąd zakreśla ramy konkretnej improwizacji, operując lekko zabrudzonym soundem. No i Riley, pianista o ciekawym dorobku, ale dla mnie rzadko odkrywczym. Gra czysto i bez nadmiernie szaleńczych pomysłów. Im dłużej trwa płyta, tym więcej go słyszymy, tym bardziej przejmuje od Guya pałeczkę przodownika-prowodyra. Refleksja końcowa – ta muzyka jest bardzo ecm-owska w klimacie, dynamice, czy poziomie kreacji. I nie jest to komplement, zwłaszcza w moich ustach. Płytę wydał Japo Records Manfreda Scheffnera, którego katalog niedługo potem został przejęty przez inny monachijski label - ECM, no i jesteśmy w domu…. By nie pozostawić niepotrzebnych wątpliwości – zdecydowanie jedna z najsłabszych płyt w dorobku Wattsa i Stevensa.

czwartek, 5 maja 2016

Spontaneous Music Ensemble – …nothing is really something, czyli 45 lat temu istniał kluczowy Kwartet


Czas na kolejny suplement do stosunkowo bogatego już zbioru opowieści Trybuny o Johnie Stevensie, a także jego znamienitej formacji muzyki swobodnie improwizowanej – Spontaneous Music Ensemble.

Jeśli za najwybitniejsze dokonanie w/w formacji uznamy wydawnictwo Quintessence (Eighty Five Minutes) – i raczej nie ma, co do tego faktu, specjalnej dyskusji wśród garstki szaleńców, których ostro kręci free improvisation – to śmiało za najciekawszy, poniekąd muzycznie najwspanialszy przykład edycji SME, która funkcjonowała dłużej i pozostawiła po sobie więcej niż jedną genialną płytę, uznać należy kwartet Stevens – Watts – Herman - Tippetts, koncertujący i nagrywający przez kilka miesięcy roku 1971.

Zarys tejże edycji SME i jej główną spuściznę wydawniczą, wylistowałem w drugiej części monografii grupy (dostępnej oczywiście na Trybunie). Teraz czas najwyższy wgryźć się nieco w szczegóły i uszeregować fakty historyczne, a także dorzucić garść refleksji, uzasadniających tezę postawioną w poprzednim akapicie.

U progu roku 1971, John Stevens i Trevor Watts mieli już za sobą kilka lat istotnych eksperymentów w ramach muzyki swobodnie improwizowanej. W roku bezpośrednio poprzedzającym okres nas interesujący, m.in. rozsiali spory artystyczny ferment nagrywając dość szczególną płytę, do nagrania której zaprosili zarówno młodych, niedoświadczonych muzyków, jak i … samą publiczność zgromadzoną w londyńskim The Crypt (maj ’70). Na tę okoliczność Stevens postanowił przetrenować po raz kolejny swój pomysł na kolektywną improwizację, mianowicie ideę Click Piece and Sustained Piece (po opis tej metody twórczej odsyłam do monografii SME). Warsztat z udziałem młodych muzyków i wciągniętej do zabawy publiczności przerodził się w prawdziwie rytualny taniec wolnej improwizacji. Jakże wspaniały był efekt końcowy, możemy posłuchać na krążku For You To Share (Emanem, wersja CD – 1998).



W parę miesięcy później, John zaprasza do gry w swym zespole kolejnych dwóch młodych muzyków, kontrabasistę Rona Hermana i wokalistkę, a także gitarzystkę Julie Driscoll (po mężu – Tippetts). Co ciekawe, ta druga ma za sobą karierę wokalistki muzyki pop (stopień jej ówczesnej popularności trudno mi dziś ocenić, ale drobna awantura o umieszczenie jej nazwiska panieńskiego przez francuskiego wydawcę, na okładce płyty SME, dowodzi, iż była dość… popularna). Julie incydentalnie wzięła już udział w jednym z koncertów SME w roku 1969, ale epizod ten z dzisiejszej perspektywy trudno uznać za istotny. Albowiem – wedle notatek Trevora Wattsa z tamtych czasów - dopiero drobne spotkanie „odsłuchowe” w Tangent Studios w Londynie, pod koniec marca ’71, było pierwszym poważnym liźnięciem wolnej improwizacji przez młodą Angielkę. I to ten moment możemy śmiało uznać także za premierowe spotkanie Kwartetu, który jest przedmiotem naszego dzisiejszego zainteresowania.



Trzymając się dalej faktów już bezspornych, potwierdzonych diabelnie precyzyjną dyskografią Stevensa, autorstwa Phila Wilsona, zauważmy, iż w dniu 25 kwietnia tamtegoż roku w Camden Theatre, w Londynie, Kwartet SME dokonuje dwóch rejestracji na potrzeby tamtejszego radia publicznego. Jedna dla BBC 1 i audycji Sounds Of The Seventies, druga dla BBC 3 - audycja Jazz in Britain. Ta pierwsza okoliczność skutkuje niespełna 15 minutowym zestawem pięciu utworów. Wśród nich m.in. kompozycje Stevensa Rhythm Is i Nothing, które będą w przyszłości inspiracją dla wielu rejestracji, a także swobodny fragment opisany jako Sustained Piece. Druga sesja przynosi blisko półgodzinną, dość swobodną improwizację w jednym odcinku, zawierającą fragmenty, które możemy potraktować jako swoiste szkice bazowe dla działań improwizacyjnych zespołu. Szkice te będą podstawą wszelkich działań artystycznych Kwartetu w kolejnych miesiącach – One. Two. Albert Ayler, Birds Of A Feather, Chains, a także Click Piece. Sesja dla radiowej trójki od 2007 roku dostępna jest na krążku Frameworks, fragment Quartet Sequence (Emanem Records).




Niespełna dwa tygodnie po sesjach radiowych, Kwartet SME, a także jego rozbudowana wersja bigbandowa, koncertuje w Notre Dame Hall, w Londynie. Jest 7 maja 1971r. – Orkiestra rejestruje marszowy Let’s Sing For Him (a march for Albert Ayler), a zaraz po niej na scenie pozostaje Kwartet, który improwizuje przez blisko 25 minut (szkice: One. Two. Albert Ayler, Birds Of A Feather, Nothing). Zarejestrowany incydent koncertowy szczęśliwie ląduje na czarnym krążku Live Big Band and Quartet, jakkolwiek fizycznie ma to miejsce dopiero…. w roku 1979 (Vinyl Records). Po dwudziestu latach od nagrania, niemiecki Konnex wznowi obie części winyla, ale na dwóch osobnych CD (o fanaberiach tego labelu pisałem już przy okazji opowieści o formacji Away Johna Stevensa).

Znów ledwie dwa tygodnie i kolejne wydarzenie w krótkiej, ale jakże intensywnej historii Kwartetu. Czwórka naszych bohaterów ląduje na tygodniowych feriach w dalekiej Norwegii. Koncert z 20 maja zostaje stosunkowo udanie (pod względem akustycznym) zarejestrowany, a po latach (dokładnie jedenastu) wydany na czarnej płycie przez Affinity Records. Zawiera długą, blisko 45 minutową rejestrację szkicu znanego z poprzednich koncertów -  1.2. Albert Ayler, co przy okazji stanie się nazwą całego wydawnictwa (do dziś bez edycji cyfrowej). Zabawne, sam tytuł utworu jest roboczym określeniem, używanym przez muzyków w trakcie prób. „Jeden-dwa” to po prostu wybicie rytmu przez perkusistę, a nazwisko wielkiego saksofonisty określeniem stylu, w jakim będzie prowadzona improwizacja. Dzień później Kwartet nagrywa program dla norweskiej telewizji. Do dziś nie udało się ustalić, czy zarejestrowany materiał gdziekolwiek fizycznie przetrwał.



Następne udokumentowane spotkanie Kwartetu ma miejsce w londyńskich studiach Polydor, 9 lipca 1971r. Być może fakt spotkania akurat tam, wskazywałby na możliwość wydania płyty w tej dużej wytworni, ale ostatecznie do tego nie dochodzi. W spotkaniu i rejestracji blisko 90-minutowego materiału uczestniczą także goście z Ameryki – free jazzowy trębacz Bobby Bradford oraz puzonista Bob Norden. Na pulpicie sterowniczym sekstetu i jego licznych podgrup lądują zarówno gotowe kompozycje Bradforda, jak i skromne szkice pod improwizacje Stevensa, choć tym razem nie napotykamy na tytuły, z jakimi mieliśmy do czynienia przy okazji poprzednich spotkań. Te nagrania, zapewne, najdobitniej dowodzą bardzo jazzowych korzeni samego Kwartetu SME, ale o szczegółach w dalszej części naszej rozprawki. Koleje wydawnicze tej sesji też są niezwykle ciekawe. Po trzech latach trzy z ośmiu zarejestrowanych fragmentów lądują na winylach wydanym we Włoszech, Niemczech i Japonii, a tytuł płyta przybiera następujący – Bobby Bradford with John Stevens and The Spontaneous Music Ensemble. Na całość sesji musimy poczekać kilka lat – prawa do nagrań przejmuje amerykańska Nessa Records i wydaje dwa winyle (Volume One z białą okładką,1980 i Volume Two z czarną okładką,1981), a w roku 2009 dwupłytowy dysk, jak sądzę, z całym materiałem z sesji lipcowej ’71.

Przy okazji mamy już pełnię lata 1971r. Kwartet postanawia spędzić wakacje (oczywiście bardzo pracowite) we Francji. Między 25 a 30 lipca w Herouville czwórka muzyków ciężko pracuje w okolicznościach studyjnych. Improwizowany materiał z 27 lipca, na który składa się typowy dla Kwartetu zestaw naszkicowanych inspiracji (One. Two. Albert Ayler, Birds Of A Feather, Nothing i Chains), wyjątkowo szczęśliwie udaje się francuskiemu wydawcy BYG przenieść na czarną masę winylową i pokazać światu już w kolejnym roku. Mam na myśli krążek Birds Of A Feather. Efekty pracy Kwartetu tegoż gorącego lipca, to jednak nie tylko niespełna 38 minut genialnej muzyki z w/w płyty. Kompetentne śledztwo Phila Wilsona wykazało, iż gotowych do wydania było jeszcze osiem kolejnych fragmentów muzycznych (m.in. znane już nam Rhythm Is, a także improwizacje Click Piece i Sustained Piece), w tym trzy z gościnnym udziałem Bob Nordena (puzon), którego poznaliśmy na poprzedniej sesji Kwartetu. Niestety po drodze wytwórnia plajtuje, taśmy matki giną bezpowrotnie, a same krążki (źle wytłoczone, dodajmy) zalegają magazyny na francuskiej prowincji (Stevens wyrusza po nie osobiście, by odzyskać część pieniędzy). Po szczegóły tej karkołomnej wyprawy odsyłam do monografii SME. Nie muszę już chyba dodawać, że nagrania francuskie nie doczekały się wersji cyfrowej.



By efektownie zwieńczyć historię Kwartetu, sięgnąć musimy po … notatki Trevora Wattsa (albowiem brak już danych o jakichkolwiek kolejnych zarejestrowanych nagraniach). Na początku września Kwartet pojawia się na Festiwalu Muzyki Pop (sic!) w Palermo, a koncert kończy się awanturą z nieprzygotowaną na trudniejsze dźwięki publicznością. Wedle relacji świadka część publiki domaga się piosenek Julie Driscoll (zatem była jednak dość popularna, nie tylko na Wyspach), druga część krzyczy i rzuca na scenę śmieci zawinięte w gazety (uff!). I jeszcze jeden epizod. Jeśli pamięć nie zawodzi Trevora, grupa w tym składzie, w tymże samym wrześniu, koncertuje w Paryżu, na Festiwalu Humanite.

Tyle historii. Brak danych o kolejnych incydentach Kwartetu. Julie pojawi się jeszcze na scenie wraz z rozbudowanym składem SME, na londyńskim koncercie w pierwszych dniach października i to będzie ten ostatni raz.

Reasumując, historia kwartetu Stevens – Watts – Herman - Tippetts, to pięć zarejestrowanych spotkań koncertowych lub studyjnych, dwa i pół winyla, podwójny kompakt i niespełna pół godziny muzyki na kolejnym. Plus kilka koncertów w trakcie tych kilku miesięcy, gdy Julie Tippetts brała udział w szalonej improwizacyjnej zabawie w ramach Spontaneous Music Ensemble.

Jak już wyżej zasugerowałem, ta edycja SME wyjątkowo głęboko tkwi korzeniami w muzyce jazzowej, wręcz free jazzowej. Oczywistym zdaje się fakt, iż osoba Alberta Aylera jest tu główną inspiracją. Roboczy tytuł jednego ze szkiców, z jego nazwiskiem, stał się znakiem rozpoznawalnym formacji. Sam Ayler zresztą był od zawsze prawdziwym muzycznym przewodnikiem Stevensa. Jak donoszą jego rówieśnicy, gdy w trudnym dla siebie finansowo okresie perkusista był zmuszony sprzedać całą swoją kolekcję płyt, pozbył się wszystkich, za wyjątkiem krążków Aylera.

Cechy charakterystyczne Kwartetu, uzasadniające powyższe inspiracje, to choćby wyraźnie zarysowana linia kontrabasu, który często utrzymuje stanowczy rytm improwizacji, użycie gitary i głosu ludzkiego (by dobrze uchwycić hymniczność muzyki aylerowskiej), a także oszczędna, kontrapunktująca praca perkusisty i niezwykle śpiewny sopran Wattsa (co zresztą zawsze było jego silną stroną).



Dorobek Kwartetu podzielić można na dwa skromne podzbiory. W pierwszym z nich odnajdujemy owe szkice dla improwizacji, penetrowane przez Kwartet w ścisłym składzie, wedle kilku kierunkowskazów. Na początek motyw przewodni, czyli One. Two. Albert Ayler (wyliczanka Stevensa), który płynnie zamienia się w szkic Birds Of A Feather (ang. określenie idiomatyczne: ciągnie swój do swego), a ten z kolei łagodnie uruchamia Nothing (…is really Something) z dużą rolą wokalistki, by na koniec płynnie dotrzeć do wieńczącego dzieło Chains Of Freedom. Każdorazowo w w/w szkice wplatane są stałe elementy kolektywnej improwizacji, zarówno „klikające” (Click Piece), jak i „trwające/zawieszające” (Sustained Piece). Na przestrzeni kilku miesięcy i czterech płyt prześledzić możemy, jak buduje się w Kwartecie jakość improwizacji, rośnie synergia wewnątrz grupy i wzajemna empatia muzyków. Niesamowicie dojrzewa wokalistyka Julie, która początkowo po prostu śpiewa, w trakcie kolejnych spotkać już krzyczy (Nothing Is Really Something!!!), by pod koniec tej historii genialnie improwizować, pokazując przy okazji niebywałe możliwości głosowe. Julie intensywnie rośnie w naszych uszach także jako gitarzystka. Początkowo gra gdzieś w tle cichymi akordami, by we francuskiej edycji już wytrwanie improwizować, wspaniale łącząc się w tym trudzie ze swoim głosem i saksofonem sopranowym Wattsa. To właśnie ta kooperacja, to niemalże fizyczne zjednoczenie głosu, gitary i sopranu jest największą wartością Kwartetu.

Druga część dorobku Kwartetu sprowadza się do sesji z 9 lipca, czyli wersji sekstetowej z Bobby Bradfordem i Bobem Nordenem. To tu szczególnie silnie słyszymy jazzowe korzenie SME. Pierwsze trzy utwory, to zresztą dynamiczne kompozycje trębacza (uwaga, Watts sięga po alt!), które śmiało możemy przypisać do kanonu wybitnych dzieł free jazzu. Potem dzieją się już prawdziwe cuda. Wszelkie dostępne źródła wiedzy o sesji nie wskazują, którzy dokładnie muzycy uczestniczą w poszczególnych utworach, zatem zdać się musimy na własny słuch. Kluczowe wydają się tu dwa najdłuższe fragmenty, trwające po blisko 20 minut. Tolerance/ To Bob to Kwartetowa eksplozja swobodniej improwizacji, delikatnie zdobiona trąbką Bradforda, zaś Rhythm Piece, to prawdziwy popis Julie, która szczytuje artystycznie, mając do pomocy skromny background ze strony Stevensa i silne wsparcie kontrabasu Hermana, który wchodzi z nią w piękną kooperację. Jeśli dodamy do tego zestawu uroczą zabawę w trio (Norway), gdzie Julie śpiewa pod pięknie rozwichrzone harmonie trąbki i altu, to obraz wyjątkowego spektaklu wolnej improwizacji - silnie wszakże osadzonej w estetyce jazzowej - będzie już pełen. Gdzieś pomiędzy tymi szaleństwami buszuje puzon Nordena, który choć na płycie gra najmniej, zawsze wie, co w danym momencie dopowiedzieć.

Paru szczęśliwców posiada czarne krążki, które wyżej przywołałem, paru kolejnych jest w posiadaniu ich rip-ów winylowych (w tym niżej podpisany). Reszcie pozostaje eksploracja CD Frameworks i 2 CD Bobby Bradford With John Stevens…  Nie sądzę, by wejście w ich posiadanie było nadmiernie trudne.

Zazdroszczę wszystkim tym, którzy jeszcze tej muzyki nie pochłonęli. Ile wspaniałych przeżyć przed Wami!


Ps. Reprodukcje okładek winylowych płyt, omówionych w tej opowieści, znajdziecie w części 2 monografii SME, dostępnej na Trybunie.

czwartek, 28 stycznia 2016

Spontaneous Music Ensemble - dzieło życia Johna Stevensa, odcinek 3


Not SME, but SME

Muzyczne dokonania Johna Stevensa pod szyldem SME/SMO nie wyczerpują bynajmniej osiągnięć naszego bohatera na polu swobodnej improwizacji. Poniżej lista istotnych i wartościowych artystycznie tytułów, które nie ukazały się w ramach idei SME i pewnie tylko sam John wie, dlaczego tak się stało.

„Dynamics Of The Impromptu” – kilka rejestracji live z LTC, nagranych skrzętnie przez Martina Davidsona, na przełomie niezwykle twórczych lat 1973-74. Improwizują Derek Bailey, Trevor Watts i John Stevens. Wydaje – niespodziewanie – nikomu nieznana amerykańska oficyna Entropy pod szyldem trojga nazwisk (obecnie dostępna jest reedycja FMR Records). Muzycznie bezwzględnie topowa rejestracja free improv w kartotece Stevensa.

„Four, Four, Four” – pasjonujący personalnie i niezwykle frapujący muzycznie kwartet z 1978 roku[1] (Stevens/Rutherford/Parker/Guy). Pierwotnie w licznych dyskografiach nagranie to przypisywano Evanowi Parkera. Wszakże po latach inspektor Davidson ustalił, że inicjatorem tego muzycznego spotkania był jednak Stevens. Martin dodatkowo reedytował nagranie w swoim zacnym EMANEM pod zmienionym tytułem „One Four and Two Twos”, albowiem oryginalne nagranie uzupełnił dwoma duetami z tamtego okresu – Rutherford/Guy i Stevens/Parker[2].




„The Longest Night – Volume 1&2”[3]; „Corner To Corner”[4] – dwa wspaniałe spotkania Johna Stevensa i Evana Parkera. Ich pierwsze spotkanie duetowe odbyło się pod szyldem SME („Summer 1967”), teraz już jedynie pod swoimi nazwiskami Panowie wznoszą się na wyżyny swych improwizatorskich możliwości. Szczególnie starsze nagranie z 1976 umieszcza każdego szczerego słuchacza w pozycji na kolanach (i to chropowate brzmienie!).


Inne aktywności muzyczne Johna Stevensa

Celem niniejszego opracowania jest istotnie dogłębne omówienie dokonań artystycznych Johna Stevensa w ramach muzycznej idei Spontaneous Music Ensemble. Wszakże bylibyśmy dalece niesprawiedliwi nie odnotowując innych jego muzycznych przygód, głównie na niwie free jazzu i jazz-rocka. Jakkolwiek jednak z powodu tych nagrań, nazwiska Johna Stevensa z pewnością nie umieszczalibyśmy dziś na absolutnym piedestale muzyki starego kontynentu ostatnich 50 lat.

Poniżej zatem moja prywatna lista płyt do odsłuchu, jako zadanie domowe dla Czytelników niniejszego tekstu, w ramach uzupełniania wiedzy o życiu i twórczości Johna Stevensa:

Jeff Clyne/ Ian Carr Quartet „Springboard”[5] –  z Wattsem i Stevensem jako uzupełnieniem składu,  już w roku 1966 grał bardzo kompetentny free jazz, śmiało wytrzymujący porównanie z debiutanckim SME „Challenge”.

Amalgam „Prayer for Peace”[6]  – formacja Trevora Wattsa, w latach 1969-76 z udziałem Johna Stevensa, zwłaszcza na swej debiutanckiej płycie osiąga mistyczny poziom improwizacji, ewidentnie w estetyce wczesnego Alberta Aylera. Dla mnie szczytowe osiągnięcie Trevora – już nigdy potem nie grał na alcie tak żarliwie i przeraźliwie szczerze[7].

John Stevens „Chemistry”[8] – doskonała free jazzowa rejestracja z 1975 r. Obok znanych z SME Wattsa i Wheelera doskonałą zmianę daje Ray Warleigh na saksofonie altowym.





John Stevens’ Away[9] –  sztandarowa free jazz-rockowa formacja Johna, szczególnie aktywna w drugiej połowie lat 70-tych. Uwagę czytelników kieruję szczególnie na debiutancki krążek nagrany na koncercie w Berlinie, z udziałem rozśpiewanego na alcie Trevora Wattsa. Ponieważ wiele czarnych krążków Away nie doczekało się wersji cyfrowej, polecam także Konnexowy CD„ Mutual Benefit”[10].






John Stevens Folkus „The Life Of Riley”[11] –  ciekawa i stosunkowo nietypowa kompozycja Johna, wykorzystująca rozbudowane instrumentarium, chwilami ocierająca się o estetykę … folkową.

John Stevens „Freebop”[12] – ta formacja, to hołd Johna dla weteranów bebopu z rodzimej Anglii. Zaiste nagrania najbliższe głównego nurtu jazzu jakże rzadko bywały udziałem Stevensa.

Detail „Backwards and Forwards”[13]  – ostatnie lata życia Johna zdominowane zostały przez wspólne nagrania z doskonałym norweskim saksofonistą Frode Gjerstadem, szczególnie w ramach tria, czasami kwartetu Detail. Polecam zwłaszcza wczesne nagrania (1982-1985) z udziałem Johnny’ego Dyani na basie.


Zamiast zakończenia (znów posiłkując się Martinem Davidsonem)

Godziny, by nie rzec lata świetlne, spędzone na eksploracji muzyki i słów, jakie świat napisał[14] na temat muzyki tworzonej przez Johna Stevensa i jego samego, nie pozwalają mi obiektywnie odpowiedzieć na pytanie, kim był John Stevens.

Domowy psycholog zanotowałby w swoim kajecie: typ społeczny, silnie empatyczny, pracoholik o trudnym charakterze. Bardzo dużo wymagał do innych, zbyt dużo wymagał od siebie. Bardzo silna, konfliktowa osobowość. Potrafił wybaczać, ale jemu wybaczano jeszcze bardziej ochoczo.

Na kilkunastu stronach maszynopisu próbowałem udowadniać, jak ważną postacią dla współczesnej muzyki improwizowanej był John Stevens. Czytelnicy sami ocenią, czy byłem w tej materii skuteczny. A na koniec podpórka. Po nagłej śmierci Johna w wieku lat 54, nie kto inny, jak Martin Davidson popełnił piękny i niezwykle kompetentny tekst „John Stevens: Aprecjacja”. Polecam go Waszej uważnej lekturze[15].



Suplement - Nagrane, niewydane. Fan muzyki improwizowanej w śmiertelnych konwulsjach

Niebywałym wsparciem w żmudnym procesie eksploracji dokonań Johna Stevensa okazała się  wspaniała dyskografia mistrza swobodnej improwizacji, popełniona przez Paula Wilsona „Territories of The Mind. A John Stevens Discography”[16]. Jej nieprawdopodobna wręcz szczegółowość (zawiera nie tylko sesje nagraniowe i radiowe, ale także szereg koncertów) pozwala zaczytać się w niej w sposób niemniej intensywny, jak i zasłuchać w samej muzyce. Blisko 80 stron dat, nazwisk, miejsc i tytułów, uzupełnionych o kompetentny komentarz, także w zakresie jakości nagrań, o ile się takie zachowały i są dostępne w archiwach dźwiękowych Brytyjskiej Biblioteki Królewskiej[17]. Efekt kosmicznej pracy wykonanej przez Wilsona pozwala także na wykreowanie listy nagrań SME, które nigdy nie zostały upublicznione.

Kwiecień 1966 – skład SME zbliżony do tego, który nagrał debiutancki „Challenge”, wchodzi do studia i nagrywa ścieżkę dźwiękową do… „Matni” Romana Polańskiego. Powstaje blisko 30- minutowy materiał, oparty na kompozycjach Krzysztofa Komedy, który ostatecznie nie trafia do filmu, ani na jakikolwiek krążek. Jedynie trwający niewiele ponad dwie minuty tytułowy „Cul-de-sac” dostępny jest na genialnym blogu Incostant Sol[18].

Październik 1966 – w studiu Watts i Stevens wspierani na basie przez Bruce’a Cale’a. Powstaje materiał na jedną stronę winyla, który uzupełniony o sesję z grudnia tego samego roku miał ukazać się w Bounty lub Dove Records pod tytułem „Peaceful Farewell” . A owa sesja grudniowa, to jedyne nagranie firmowane szyldem SME bez udziału Johna Stevensa, który w tym czasie bawił w Amsterdamie, za to z udziałem Kenny Wheelera, Paula Rutherforda, Evana Parkera i Barry Guya.

Wrzesień/ Październik 1967 – trio John Stevens/ Evan Parker/ Barre Philips. Blisko godzina studyjnych nagrań. Fragment 8-minutowy dostępny na Inconstant Sol[19]. Niesamowity sound kontrabasu Philipsa i gęsta gra Parkera. Marzymy o poznaniu całości.

Styczeń 1968 – większy skład, z udziałem wokalistek (m.in. Pepe Lemer, Norma Winstone) nagrywa dwie wersje kompozycji „Familie”[20], która daje prapoczątek eksplorowania idei „Click and Sustained Piece”. W węższym składzie, pół roku później ten sam temat jest emitowany w BBC Radio 3, w a kilkadziesiąt lat później zostaje wydany przez Martina Davidsona w ramach wydawnictwa „Frameworks” (EMANEM  4134).

Marzec 1968 – podwójne genialne trio (Parker, Watts, Kowald, Holland, Ali, Stevens). Dwie improwizowane części trwające 55 minut - pierwsza dostępna na Inconstant Sol[21]. Intensywna kolektywna improwizacja, ze szczególnym uwzględnieniem masywnych pojedynków obu saksofonistów. Brudne, nieczyste brzmienie dodaje smaczku. Wyborne. Miało ukazać się w Island Records.

Kwiecień 1968 – Watts, Bailey i Parker improwizują w towarzystwie Yoko Ono. Niedługo potem Stevens zagra na płycie Yoko i Johna Lennona. Epizod. Tego samego miesiąca kwintet, który dwa miesiące wcześniej popełnił wydawnictwo „Karyobin” gra wspaniały koncert w Akademii Sztuki w Berlinie.

Wrzesień 1969 – Watts i Stevens do tria biorą Steve’a Swallowa. Dwie kompozycje Stevensa miał wydać Polydor.

Październik 1969 – kwartet, który trzy lata wcześniej nagrał smakowity „Springboard” (Carr/Clynne/Watts/Stevens) improwizuje pod szyldem SME w studiach Polydor. Uwaga – w drugim fragmencie do kolegów dołącza Jullie Driscoll, która dwa lat później, już jako Pani Tippetts, stanie się fundamentem genialnego kwartetu SME. Nie wydał Polydor.

Maj 1971 – wyżej wspomniany genialny kwartet, czyli Stevens/Watts/Tippetts/Herman, dzień po koncercie w Oslo (LP „1.2.Albert Ayler”), nagrywa materiał dla norweskiej telewizji. Nie wiemy, czy zapis video przetrwał.

Lipiec 1971 – ponownie rzeczony kwartet, który przez tydzień przebywa we Francji i nagrywa materiał na trzy longplaye, w tym jeden dodatkowo z Bobem Nordenem na puzonie. Francuski wydawca upublicznia tylko niespełna 37 minutowy krążek („Birds OF A Feather”). Taśmy z pozostałymi nagraniami giną bezpowrotnie, a wydawca plajtuje i nie płaci. Stevens jedzie samochodem do Francji po płyty. Psuje mu się samochód, wraca do domu stopem, targając tylko tyle egzemplarzy, ile jest w stanie zarzucić na plecy[22]. Horror. Tej straty historia free improv nigdy sobie już nie powetuje. A kwartet w tym składzie nie zagra potem ani jednego dźwięku, gdyż Jullie Tippetts porzuca Johna Stevensa bezpowrotnie. Choć w….

Październik 1971 – rozszerzony skład SME koncertuje w Collegiate Theatre, powstaje ponad 90 minutowy materiał, z którym obcują dziś jedynie mole z Biblioteki Narodowej. Przy okazji Jullie Tippetts ostatni raz śpiewa z SME.

Grudzień 1971 – koncert rejestrowany przez Tangent Records. W składzie kwintetu m.in. Irene Schweizer. Sześć tytułów do wiecznego zapomnienia, bo Tangent nie wydał…

Październik 1973 – od kilku miesięcy Stevens eksploruje rozbudowaną wersję SME pod tytułem wykonawczym Free Space (w składzie kilku młodszych muzyków z tzw. drugiej generacji brytyjskich improwizatorów – m.in. John Russell, Nigel Coombes, Terry Day, Dave Solomon). W klubie Ronny’ego Scotta na kasecie zapisano ponad 50 minut muzyki. Materiał rzecz jasna ląduje w zasobach Biblioteki Narodowej, a po Free Space zostaje ledwie 15 minut muzyki w formie dostępnej dla reszty świata… (Otherways and Free Space „Life Amid The Artifacts” EMANEM 5014).

Sierpień 1978 – sesja radiowa dla BBC: połączone tria Eddiego Prevosta i Johna Stevensa z Lou Gare’em i Trevorem Wattsem. Pół godzinna krwista improwizacja, a my szczególną atencją darzymy popisy obu perkusistów. Szczęśliwie set dostępny na Inconstant Sol. 200%-owa rekomendacja!

Czerwiec 1991 – SME w trio strunowym improwizuje w towarzystwie Evana Parkera, on sam ma też set solo. Ponad godzina muzyki.

Styczeń 1992 – SME jedynie w duecie (Stevens i Smith) znów wspólnie koncertuje z Evanem Parkerem. Sola, duety i trio – łącznie prawie 65 minut muzyki. Nagrywa Martin Davidson.

Listopad 1992 – w trakcie okresu schyłkowego SME grywa także w kwartecie (dodatkowo Neil Metcalfe). Po tej mutacji pozostaje jedynie kilkuminutowy suplement „Peripheral Vision”, dołączony przez Martina Davidsona do kompaktowej edycji „A New Distance”. Tu:  kilkudziesięciominutowa improwizacja z londyńskiego Bird’s Nest.

Tekst pierwotnie - w wersji redakcyjnej - opublikowany na glissando.pl we wrześniu 2014r.. Tu zamieściłem go w wersji oryginalnej.



[1] LP View VS 011, CD Konnex KCD 5049
[2] Moja recenzja dostępna na portalu jazzarium.pl
[3] LP Ogun Records 120 (1977) i 140 (1978)
[4] Ogun OGCD 0005 (1993). Reedycja na podwójnym CD obu płyt Oguna w roku 2003 (OGCD 022/023)
[5] LP Polydor Special 545 007, nagranie niedostępne na CD
[6] LP Transatlantic TRA 196, CD FMR CD96, LP No Business Records (reedycja limitowana z roku 2012)
[7] Nagrania tej grupy zgrabnie uzupełniają dokonania tria Stevens/Watts/Guy - trzy pozycje z połowy lat 70-tych –niestety wszystkie o bardzo kiepskiej jakości dźwięku.
[8] LP Vinyl VS 102, CD Konnex KCD 5045 (jako John Stevens Works, dodatek do nagrania pierwotnie wydanego  na pierwszej strony winyla SME “Live Big Band and Quartet”)
[9] LP Vertigo 6360, niedostępne na CD
[10] KCD 5061. Też trudno dostępny, bo ta niemiecka oficyna od dawna nie istnieje.
[11] LP Affinity AFF 130, niedostępne na CD
[12] LP Affinity AFF 101, niedostępne na CD
[13] LP Impetus IMP 18203, CD Impetus IMP
[14] Po prawdzie świat wiele nie napisał. Trudno doszukać się w globalnej sieci jakichkolwiek większych opracowań dotyczących interesującego nas tematu. Jakkolwiek bibliografia zawarta w dyskografii Paula Wilsona jest obszerna. Nie brakuje jedynie recenzji. Bibliografia w języku nam ojczystym jest już całkowicie czarną dziurą.
[15] Tekst dostępny na European Free Improvisation Pages
[17] The British Library, 96 Easton Road, London NW1 2DB. Nie znam adresu strony internetowej.
[18] www.inconstantsol.blogspot.comnagranie dostępne pod tytułem Spontaneous Music Ensemble „Unreleased Radio Sessions and Broadcasts 1966-1968. MP3 Version” – dostępne już teraz wbrew tytułowi w formacie FLAC
[19] Jak wyżej
[20] Patrz przypis nr 2 (cześć 1)
[21] Patrz przypis nr 18
[22] Po szczegóły tej historii odsyłam do liner notes wydawnictwa „Frameworks”