Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gerald Cleaver. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gerald Cleaver. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 września 2026

Pascal Niggenkemper, Sakina Adbou, Liz Kosack & Gerald Cleaver in The Ocean Within Us!


Pascal Niggenkemper, kontrabasista, improwizator i kompozytor jest stałym gościem Trybuny. Muzyk, którego dokonania na niwie kreatywnego free jazzu ostatnich dekad znamy świetnie, od zarania swej kariery, a od pewnego czasu szczególnie często, sięga po autorskie kompozycje i wokół niego snuje intrygujące opowieści.

Dziś sięgamy po kwartet świetnie umocowany personalnie, który zabiera nas w podroż definitywnie oceaniczną. Kontrabas, saksofon, instrumenty klawiszowe, perkusja, głosy i drobne ornamenty elektroakustyczne, to baza instrumentalna jedenastu opowieści, z których trzy trwają po mniej więcej dziesięć minut, pozostałe stanowią krótszą formę dramaturgiczną.

      


Pierwsza piosenka ma formę onirycznej meta ballady – recytowany tekst, szum saksofonu i perkusyjnych szczoteczek, elektroakustyczna poświata wokół delikatnie frazującego kontrabasu. W drugiej odsłonie dominuje dynamiczny, post-swingowy drive, frywolny, efektownie wyśpiewany. Kolejny utwór, to znów spokój, tym razem wysycony mrokiem i subtelnymi, dętymi melodiami, precyzyjnie zaplanowanymi i w ten sam sposób wykonanymi. Dopiero na etapie finalizacji muzycy frazują nieco swobodniej.

Czwarta historia bazuje na atrybutach post-jazzu. Otwarcie spoczywa na barkach instrumentów klawiszowych i elektroniki, rozwinięcie to domena narzędzi akustycznych. Obie te sfery wchodzą w dalszej fazie w ciekawe dysputy. Piąta część przywołuje dynamikę i emocje, jakie znamy z drugiego utworu. Wszystkie instrumenty zdają się tu być osadzone w rytmie, który pulsuje i wzbudza interakcje. Szczególnie kreatywne są akcje klawiszy.

Utwory szósty i siódmy, to zapowiadane dłuższe formy. Pierwszy z nich jest bardzo spokojny, wyważony, trochę oniryczny, z istotną rolą smyczka i dętych melodii. Całość jest okraszona recytacją. Nie brakuje ambientowego backgroundu i efektownego, improwizowanego zakończenia. Dla odmiany siódma kompozycja, to jazzowy drive, dynamika i iskrząca wymiana uprzejmości w ramach całego składu. Narracja przypomina rozdygotane fussion, upstrzone separatywnymi improwizacjami niemal wszystkich. Szczególnie ciekawa jest relacja pomiędzy saksofonem, a klawiszami.

Ósemka, to kontrabasowa uwertura, wzbogacona szumem elektroniki, natomiast dziewiątka wydaje się największą na albumie porcją swobodnej improwizacji. Brzmienie smyczka, dęte melodie i śpiewy, to atuty utworu. Kompozycja dziesiąta, to znów większa forma, która mija jednak szybko z uwagi na basowy groove, szybkie akcje perkusji i taneczne podrygi, znów skupione wokół saksofonu i instrumentów klawiszowych. Finał albumu trwa krótko, jest słodką, pożegnalną melodią.

 

Pascal Niggenkemper, Sakina Adbou, Liz Kosack & Gerald Cleaver The Ocean Within Us (Subran Music, CD 2026). Pascal Niggenkemper – kontrabas, głos, kompozycje, motors, Sakina Adbou – saksofon, recorder, głos, Liz Kosack – instrumenty klawiszowe, głos oraz Gerald Cleaver – perkusja, głos, elektronika. Nagrane w Downtown Studio, Strasbourg, Francja, listopad 2025. Jedenaście utworów, 66 minut.

 

 

wtorek, 30 maja 2023

The Relative Pitch’ late winter outfit: Brandon Lopez! Kasten-Krause & Pavone! Ensemble Dedalus! Bogacz & Aires!


Amerykański label Relative Pitch nie zwalnia szalonego tempa edytorskiego. Od czasu naszego poprzedniego spotkania z jego nowościami minęło już kilka tygodni, zatem najwyższy czas zajrzeć na wydawniczy bandcamp, wprost do nowych płyt, których nazbierało się już … dziesięć!

Recenzencki wysiłek podzielimy tym razem na kilka etapów, a dziś przyjrzymy się czterem albumom, które światło dzienne ujrzały pod koniec zimy (tudzież na skraju wiosny) roku bieżącego. Jak zwykle w przypadku tego wydawnictwa czeka nas moc wrażeń, duży rozstrzał stylistyczny i kilka głośnych nazwisk do wyszczebiotania. W ujęciu tematycznym – free jazzowe trio, kameralny duet strunowy, elektroakustyczny spektakl w rozbudowanym składzie z istotną rolą elektroniki i post-produkcji, wreszcie urugwajski duet ze skraju free jazzu i kameralistyki. 



 

Brandon Lopez Trio Matanzas

Czas i miejsce akcji nieznane (prawdopodobnie nowojorska Roullette): Brandon Lopez – kontrabas, Steve Baczkowski – saksofony oraz Gerald Cleaver – instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 41 minut z sekundami.

Trzy zacne, nowojorskie persony otwartego jazzu w koncertowej odsłonie, w soczystym, choć silnie zabrudzonym strumieniu swobodnej wymiany myśli, improwizacji, która wieloma charakterystykami zdaje się przypominać loftowe nagrania z Wielkiego Jabłka, jakie urozmaicały scenę free jazzową ładnych kilka dekad temu. Czujemy to swąd przepalonej instalacji elektrycznej, zapach zbutwiałego dachu, no i dramaturgiczną swobodę, która pozwala artystom grać, co chcą, czasami zapuszczać się w bezmiar niekończącego się jam session, rodzaju otwartej próby zagubionej w oparach dymu papierosowego. Początek i koniec koncertu, to miód dla fanów kontrabasowego groove, zabrudzonego, preparowanego tembru saksofonu i bystrych perkusjonalii, które udanie zdobią teren. Środkowa część koncertu obniża poziom, sprowadza się do wspomnianej przed momentem otwartej próby, gdy muzykom przychodzą do głowy niestworzone ilości pomysłów - każde z nich inicjują, niektóre porzucając w pół słowa.

Pierwsza odsłona koncertu trwa tu kilkanaście minut, a buduje ją tłuste, kontrabasowe pizzicato, intrygująco charcząca tuba saksofonu i rytmiczne perkusjonalia. Po krótkiej sekwencji bez saksofonu, narracja zwalnia, a strugę emocji zapewnia kontrabasowy smyczek. Zwinna, nieprzegadana narracja zwieńczona zostaje rozśpiewanym pochodem saksofonowych fraz, podskoków smyczka i dudniącego werbla. Druga improwizacja trwa prawie dwa kwadranse. Rozpoczyna ja perkusyjne intro, pracuje ostry smyczek, a w tubie saksofonu dzieją się przeróżne rzeczy. Muzycy mają tu czas na frazy preparowane, pomysły rzucane ad hoc i kilka definitywnie niedokończonych wątków, narracyjnych mielizn. Ostatnie kilka minut koncertu wiele wszakże rekompensuje. Kontrabas buduje wówczas rytm energicznym smyczkiem, a dęciak deklamuje melodię umiarkowanie czystym tembrem, wsparty na koherentnym drummingu.




Tristan Kasten-Krause & Jessica Pavone Images of One

Greenpoint Recording Collective, Brooklyn, Nowy Jork, wrzesień 2022: Tristan Kasten-Krause – kontrabas oraz Jessica Pavone – altówka. Cztery utwory, 37 minut.

Kolejna nowość RP, to improwizacja wyjątkowo precyzyjnie zaplanowana. Kameralna, niepokojąca, chwilami nerwowa, dwuosobowa symfonia trwogi, ale rozpisana na role i trzymająca się scenariusza od pierwszej do ostatniej sekundy. W końcowym, najdłuższym utworze – być może aż nazbyt dobitnie. Bliżej nam nieznany kontrabasista i altowiolinistka, która z Anthony Braxtonem nagrała kilka tysięcy płyt. Warto w tym nagraniu nie przeoczyć choćby jednego dźwięku.

Pierwsza opowieść z miejsca buduje nastrój trwogi, boleściwego suspensu. Dwa smyczki frazują tu stosunkowo wysoko, całość przypomina muzykę dawna graną w czasach baroku, przefiltrowaną przez traumy współczesności. W drugiej odsłonie oba instrumenty nabierają odrobinę siarczystego brzmienia, kontrabas płynie wyraźnie pod altówką, a narracja z każdym nawrotem nabiera mroku i tajemniczości. Pod jej koniec mamy wrażenie, że muzycy wspinają się na wysoką górę, a ich instrumenty śpiewają z bólu wysiłku. W trzeciej części martwy marsz artystów w nieznanym kierunku zdaje się nabierać niemal egzystencjalnego lęku przed kolejnym krokiem. Monotonna narracja jest tu celem samym w sobie. Wreszcie czwarta, finałowa opowieść, trwająca ponad trzynaście minut. Ma kilka wyraźnych faz, różniących się od siebie tempem i rodzajem frazowania. Wszystko wszakże w tej części wydaje się precyzyjnie zaplanowane. Długie i krótkie frazy, powolne i grane w pewnym mechanicznym rytmie. Szczypta melodii i dużo dramaturgicznego suspensu. Ostatecznie koncept trzymanej w ryzach narracji wygrywa tu z potencjalną swobodą ekspresji.



 

Ensemble Dedalus + eRikm Fata Morgana

Różne miejsca, takież okoliczności i czas: ErikM – kompozycja, elektronika, nagrania terenowe, Didier Aschour – gitara, Amélie Berson – flet, Thierry Madiot – puzon, Christian Pruvost – trąbka, Silvia Tarozzi – skrzypce oraz Deborah Walker – wiolonczela. Dziewięć utworów, 51 minut.

Fata Morgana, to doskonały tytuł dla tego akurat nagrania. Mamy tu kompozytorski koncept godny muzyki współczesnej, która kocha rozbudowane opisy procesu twórczego, czasami bardziej niż same dźwięki. Zainteresowanych metodą, jaką artysta główny, słynny impro-elektronik ErikM, doszedł do efektu końcowego tej elektroakustycznej układanki odsyłamy na bandcamp wydawcy. Tu skupiamy się na samej muzyce, która jest doprawdy wyśmienita. Pokazuje bezmiar fraz sześciu instrumentów akustycznych pięknie skompilowanych odrobiną kreatywnej elektroniki i post-produkcji. Oto ten rodzaj gry, którą lubimy najbardziej - elektronika jak stymulator działań akustycznych. Jeśli nagraniu mielibyśmy coś zarzucić, to drobne braki w samej dramaturgii i generowanych emocjach na długim dystansie, zwłaszcza w drugiej części nagrania. Choć sam finał albumu tryska wyjątkową urodą.

O jakości Fata Morgany decydują w dużej mierze dwa utwory, rozbudowane, kilkunastominutowe historie. Jedna album otwiera, druga go wieńczy. Początek budowany jest z drobnych fraz, które sycą narrację dobrze zaplanowaną sekwencją zdarzeń – strunowe, długie pasaże, fletowe westchnienia i blaszane fermentacje. W tle snuje się oniryczna aura elektroniki. Leniwa, kameralna opowieść ma wszakże swój drive i mnóstwo emocji skrywanych za każdym niemal dźwiękiem. W kolejnych utworach dramat bazuje na krótkich, urywanych frazach, które wchodzą w zmysłowe interakcje (nawet przypominające call & responce), bądź na długich pociągnięciach pędzlem, gdy klimat całości jest konsekwencją urokliwych brzmień i warstwowej narracji. Niektóre utwory bazują na minimalizmie, inne na gęstym, tłustym procesie post-improwizacji. Każdy z instrumentalistów ma tu swoich kilka chwil, ale duch kolektywnej narracji, szytej wyobraźnią kompozytora, króluje tu niepodzielnie. Frazy syntetyczne podpowiadają, uzupełniają, nie skapią nam także nagrań terenowych, smakowicie wplecionych w narrację, niemal każdorazowo zdominowaną przez dźwięki akustyczne. Finałowa opowieść budowana jest wyjątkowo pieczołowicie. Krótkie i długie frazy, szum, cisza i elektronika, która podsyła dźwięk przypominający stado mew. Ów elektroakustyczny tygiel drobnych interakcji w końcowych minutach łączy się w pożegnalny, smakowity dron, który najpierw zdaje się kreować meta melodię, potem jednak coraz bardziej ucieka w mroczną otchłań zakończenia.



Santiago Bogacz & Emiliano Aires Retrato años después

4Tavella, Montevideo, Urugwaj, wrzesień 2021: Santiago Bogacz – gitara oraz Emiliano Aires – klarnet. Dziewięć improwizacji, 43 minuty.

Krótkie overview nowości Relative Pitch kończymy urugwajskim duetem – niebanalnej gitary elektrycznej o wielu twarzach i tyluż koneksjach gatunkowych oraz zwinnego, równie kameralnego, jak free jazzowego klarnetu.

Album składa się z czterech rozbudowanych improwizacji i pięciu miniatur, trwających na ogół mniej niż minutę. Otwarcie jest umiarkowanie spokojne, ale od razu pokazujące, iż muzycy są tu w dobrej komitywie, świetnie się słuchają i równie doskonale na siebie reagują. Gitara doposażona małym prądem atakuje szeroką paletą oryginalnych brzmień, fraz i pomysłów dramaturgicznych. Gdy klarnet idzie w tango, gitara urocząco rozpływa się w sennych marzeniach. Potem sytuacja ulega odwróceniu. Trzecia narracja rodzi się w mroku, trzeszczy rezonansem i miewa ekspresyjne rozbłyski. Klarnet w meta rytmicznej mantrze, gitara nasączona post-jazzem. Piąta historia budowana jest z drobiazgów, początkowo leniwa, po czasie wpada w ekstatyczny taniec. Klarnet znów nie szczędzi nam emocji, a gitara ponadgatunkowych skojarzeń, tu odrobinę rockowych. Finałowa ekspozycja startuje w mroku i na wdechu. Muzycy i ich instrumenty przypominają tu nocne kojoty, przyczajone przed nadciągającą burzą. Nerwowe, pożegnalne rozkołysanie udanie reasumuje jakże zgrabny album. Wspomniane pięć miniatur, to rodzaj improwizatorskich wprawek, które kreują różne klimaty, sycą się odmienną dynamiką i dają drogowskazy do dalszej pracy dla obu artystów. Tu szczególnie podobać się mogą epizody siódmy i ósmy, oba nasycone soczystą psychodelią.



 

czwartek, 16 maja 2019

Larry Ochs! A Small Six for Big 70th!


Amerykański saksofonista Larry Ochs na początku maja – jakby odrobinę niepostrzeżenie - ukończył 70 lat! Muzyk, którego większość kojarzy głównie z Rova Saxophone Quartet (nad czym niejednokrotnie na tych łamach utyskiwaliśmy), ma w dorobku całe mnóstwo doskonałych płyt nagranych poza bazową formacją i … ciągle ich przybywa!

Wnikliwa analiza Pana Redaktora wykazała, iż ostatnie kilkanaście miesięcy jest pod tym względem naprawdę wyjątkowe. Muzyk dostarcza nam więcej niż jedną płytę na kwartał, czego nie miał w zwyczaju czynić w latach poprzednich. Z tym większą zatem radością, przystępujemy do omówienia sześciu nowych płyt z udziałem Larry Ochsa jako autora lub współautora.




The Fictive Five  Anything Is Possible (Clean Feed, CD 2019)

Naszą opowieść zaczynamy – nie może być inaczej - definitywnie prawdziwą petardą! O formacji The Fictive Five usłyszeliśmy bodaj cztery lata temu, gdy doszczętnie zryła nam berety swoim fonograficznym debiutem pod takim właśnie tytułem. Dziś ów wyjątkowy kwintet powraca nagraniem równie wysmakowanym, przy okazji świetnie wpisującym się w naszą nieustającą, redakcyjną dysputę o sposobach predefinicji procesu improwizacji. Płyta zawiera kompozycje, pod którymi podpisuje się Ochs lub cały kwintet. Rozumieć je najprawdopodobniej należy, jako zaplanowane struktury poszczególnych utworów, które wypełnione zostają po brzegi soczystymi, swobodnymi improwizacjami. Dodajmy, iż muzycy w trakcie koncertów mają przed sobą pulpity z pięcioliniami, jednakże słuchając efektów ich pracy, mamy wrażenie, iż jedynie po to, by realizacja zdefiniowanej struktury nie była w jakikolwiek sposób zagrożona. A zatem, studyjne okoliczności przyrody, New Jersey, koniec maja 2018 roku: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Nate Wooley – trąbka, Ken Filiano i Pascal Niggenkemper - kontrabas i efekty oraz Harris Eisenstadt – perkusja. Pięć utworów z tytułami (niektóre także z dedykacjami), 61 minut i 3 sekundy.

Na prawej flance saksofon i kontrabas, po środku perkusja, trąbka i drugi kontrabas na lewej flance. Ochs wyrusza w podróż wspierany przez Filiano, który zwinnym pizzicato wzmacnia jego przekaz. Wooley podłącza się po chwili, mają przy sobie Niggenkempera, który używa smyczka. Od startu nie przysypia także Eisenstadt. Gęsta, bogata w dźwięki narracja płynie szerokim strumieniem, mając u swych podstaw dwa kontrabasy, delikatne i z wyczuciem wspierane elektroniką - bijące serca kolektywnej improwizacji. Moc niuansów brzmieniowych i teksturalnych, skrupulatność i precyzja, ponadnormatywna umiejętność słuchania i reagowania (wspierana zapisami z pięciolinii). Pierwsze wytłumienie przychodzi dość szybko – tenor i trąbka dyskutują, na obu gryfach toczą się bystre preparacje, talerze wieszczą dobrą nowinę. Od ekspresji skupienia po ciszę dramaturgicznej powolności. Kolektywizm emocji w parze z gracją pojedynczych fraz. Zadana struktura stwarza luźne ramy, zaś wewnątrz kwintetu, w ramach estetyki call & responce, dopuszczalne jest każde zachowanie. Na zakończenie blisko 12 minutowej ekspozycji – prawdziwe królestwo niskich dźwięków, komentowane przez saksofon i trąbkę pasmem szytym unisono. Drugą opowieść otwiera zmysłowa introdukcja sopranino i perkusji. Prawy kontrabas ze smykiem włącza się w połowie trzeciej minuty, zaraz po nich jego lewy odpowiednik dorzuca garść syntetycznych fonii. Zmiana na tenorowy i wejście trąbki następuje dopiero po wybiciu piątej minuty. W takich elektroakustycznych okolicznościach rozbudowanej sekcji rytmicznej, trębacz kreśli zatrważająco piękną ekspozycję. W 9 minucie powraca saksofon i szybko dociera na szczyt, pnąc się po zmysłowym smyku lewego kontrabasu. W 12 minucie solo perkusji, tuż potem znów Wooley tańczy z kontrabasami, traktowanymi różnymi technikami. Krok następny, to kompulsywne duo trąbki i perkusji, skomentowane ekspresyjnie przez saksofon i preparowane kontrabasy. Narracja onirycznie staje w miejscu, ginąc w deszczu rzęsistych eksplozji zachwytu recenzenta.

Trzecią, nieco krótszą opowieść intonuje ciepły tenor. Trąbka wchodzi tuż po nim, gra imitacyjnie, może nawet coś na kształt tematu, zapisanego na pięciolinii. Melodia, która pachnie żywą kompozycją, posmak ballady, którą łamie w pół aktywny drumming i bystra riposta saksofonu, a także podśpiewująca trąbka. Czas na czwarty epizod, podobnie jak drugi, rozbudowany do 20 minut. Honory gospodarzy czynią tu oba kontrabasy i garść kabli, które je otaczają. Saksofon i trąbka wchodzą do gry w połowie trzeciej minuty (perkusja odrobinę wcześniej). Dynamiczny marsz po złote runo! Na froncie taneczny dialog dęciaków. Każdy reaguje tu na każdego. Gęsty, kolektywny bukiet pięknych kwiatów. Pięć strumieni magii zlewa się wprost do oceanu błyskotliwości. Garść niemal free jazzowych emocji. W 10 minucie kontrolowany stopping, który inicjuje zestaw kolejnych dramaturgicznych sekwencji - solo perkusji, duet saksofonu i trąbki, duet kontrabasów, znów solo perkusji, samotna trąbka, pizzicato vs. arco, trąbka i saksofon unisono, i tak dalej, i temu podobne! Jakże uroczo wykonywana predefinicja! Partytura mistrzów! Narracja łapie niemal free bopowy dryl, a Wooley zdaje się zgarniać całą pulę - moc wyrafinowanego jazzu, który płonie emocjami po zmysłowy kres. Uff… czas na finałowe, kilka ledwie minut – saksofon, elektroakustyka kontrabasów, talerze, szczypta repetycji, cool trumpet, spokojne, choć nerwowe zakończenie. Całusy trąbki i talerzy, mlaskanie kontrabasów, szorstki saksofon i perkusja. Prawa flanka rządzi, lewa kontrapunktuje, wszyscy zaś wyjątkowo intensywnie poszukują ostatniego dźwięku.




Jones Jones (Larry Ochs, Mark Dresser, Vladimir Tarasov)  A Jones In Time Saves Nine (NoBusiness Records, LP/DL 2018)

Debiutancka płyta tria Jones Jones ukazała się trzy lata temu, a zawierała moskiewski koncert z roku 2011. Dziś, gdy sięgamy po ich najnowsze wydawnictwo (koncerty z roku 2016), dopada nas nieodparte wrażenie, iż te poprzednie nie specjalnie doceniliśmy. A zatem w ramach zadośćuczynienia – przed nami płyta A Jones In Time Saves Nine, kolejna doskonała pozycja, która przez nieuwagę/ brak czasu/ głupotę redakcji nie trafiła na listę najlepszych płyt roku ubiegłego. Personel jest w tym wypadku oczywisty: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Mark Dresser – kontrabas i Vladimir Tarasov – perkusja. Płyta w wersji winylowej zawiera cztery utwory, w wersji downloadingowej – aż siedem i tę drugą właśnie omówimy (łącznie 55 minut z sekundami).

W początkowej fazie narrację kreuje smyczek, na poły barokowy, z delikatnie upalonym brzmieniem. Wspiera go saksofon tenorowy, wystudzony, ale z oczywistymi tendencjami do eskalowania napięcia oraz mały drumming, który pilnuje złych myśli. Muzycy z gracją baletnicy nabierają rozpędu, rytmu, free jazzowej brawury. W każdym geście, każdym dźwięku czuć klasę mistrzowską. Smyczek trzyma dół, reszta zwinnie harmonizuje flow, a wszystko odbywa się w warunkach akustyki idealnej. W strumieniu swobodnej improwizacji szczególnie pięknie odnajduje się Ochs - oszczędny, precyzyjny, zawsze trafia w dramaturgiczny punkt. Drugi epizod rodzi się w tubie kipiącego sopranino. Wspierany okrężnym drummingiem Tarasova, nasz dzisiejszy bohater daje prawdziwy popis! Kontrabas wchodzi po parudziesięciu sekundach i zwinnym, ale o tempo wolniejszym walkingiem wprowadza intrygujący dysonans estetyczny. Po pewnym czasie wychodzi przed szereg i gra zmysłowe solo. Narracja toczy się bardzo płynnie, zdobiona świetnymi interakcjami, mimo dynamiki – z pewną nieśpiesznością i refleksyjnością. Na finał powraca klasycyzujący smyczek i spina ów wulkan jedynie dobrych emocji.

Trzecia część dyszy w spokoju – improv chamber przyczajone na smyczku. Aktywne perkusjonalia, precyzja wykonania, być może odrobina predefinicji w żmudnym procesie improwizacji (komponowanej improwizacji?). Po grze wstępnej Dresser proponuje rozwiązanie rytmiczne i znów pióro recenzenta gotuje się z emocji (kontrabasista zdaje się osiągać tego dnia wyjątkowy poziom kreatywności!). Muzycy są równie wyraziści, gdy schodzą w okolice ciszy – sonorystyka, preparacje, tylko dobre pomysły. Piękny post-chamber! Czwartą pieśń niesie na skrzydłach znów smyczek, który zdaje się wspinać na wysoką górę. Soki z tuby, dzwonki z perkusjonalii, drony ze strun, ciepłe, ale zadziorne riposty saksofonu. Przy okazji, kolejna eksplozja Tarasova, który w tej chwili zdaje się ciągnąć całą opowieść, jest wszędzie, zdobi wyczyny kolegów każdą sekundą swojej obecności. Na wydechu, bystra kipiel, what a game!

Skończył nam się winyl, bez zbędnej zwłoki przechodzimy zatem do bonusa elektronicznego. Czułe intro piątego epizodu – znów świetna komunikacja i niezobowiązujące rozmowy o szczęściu. Z czasem nabierają dynamiki, a tenor kreśli pętle wyjątkowej urody. Szósta część – szczoteczki czynią nastrój, a wysoko zawieszony kontrabas zmysłowe solo. Komentarz rozbrykanego, nieco krnąbrnego sopranino, jak strzał w sam środek tarczy! Pizzicato kontrabasu, niczym konik polny na polu minowym! Wreszcie finałowa część – otwiera ją drummerskie, filigranowe, jakże błyskotliwe solo. Bas wchodzi rytmem, saksofon sieje niepokój ciepłym chłodem. No i krok w mięsistą eskalację. Świetny wybór! Siarczysty, dynamiczny finał bucha młodzieńczą fantazją!




Spectral (Dave Rempis, Darren Johnston, Larry Ochs)  ‎EmptyCastles (Aerophonic Records , CD 2018)

Trio Spectral, to kolejna nazwa własna, nieobca Czytelnikom Trybuny. Trzy dęte instrumenty w żmudnym procesie instant composing, innymi słowy – komponowaniu natychmiastowym, czyli zwartej improwizacji czynionej z należytą rozwagą i kameralną szczegółowością (definicja własna autora). O ile dwie pierwsze płyty Spectral powstały w typowych okolicznościach studyjnych, o tyle trzecia, którą za moment poznamy, nagrana została w wielkim, betonowym … bunkrze. Czy miejsce powstania nagrania zdeterminowało efekt finalny, przekonamy się za kilka chwil. W połowie czerwca 2017 roku w owym tajemniczym miejscu spotkali się: Dave Rempis - saksofon altowy i barytonowy, Darren Johnston – trąbka i Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino. Dziewięć improwizowanych kompozycji, około 50 minut muzyki.

Dwa saksofony (Ochs w kanale prawym) i trąbka w onirycznych okolicznościach post-atomowego bunkra – echo, naturalny pogłos, cisza, która ma barwę i smak. Drony, piski i skomlenia trzech dętych, w początkowej fazie małe, rwane narracje. Kameralna zaduma, szczypta sonorystyki, skupienie, siła pieczołowitości, blask pasaży i uroda pojedynczych dźwięków. Skromne wymiany poglądów w szerokim strumieniu separatywnych opowieści każdego z muzyków. Drugi epizod przynosi więcej interakcji, bystrzejszego słuchania, odrobinę bardziej dynamicznej narracji. Muzycy stylowo nabierają mocy, by równie udanie ugasić płomień. W trzecim – saksofon na lewej stronie pnie się ku górze, dyskutując z echem. Po 90 sekundach odzywa się sopranino i brnie w imitację. Trąbka milczy. Niuanse molekularnych fraz. Na finał trąbka komentuje ptasi dialog saksofonów. Po czym, bez zbędnej zwłoki, kreuje czwartą część. Dysze saksofonów czynią perkusyjne akcenty, całość wspina się na szczyt, staje na palcach, by wznieść kilka okrzyków. Muzycy zdają się przedkładać dialog z echem, nad ekspresję i większą intensywność przekazu. Piąty – baryton i wyjątkowo szorstka trąbka, także jęczący tenor. Bystre koincydencje - przyczajona improwizacja kąsa z zaskoczenia. Szelest dysz i szum wentyli.

W kolejnej opowieści – saksofony tańczą na łące, trąbka kusi powabem swej fonii. Mały konkurs piękności – od czystego dźwięku do preparacji i z powrotem. W siódmej - kameralne wyczekiwanie na wzrost poziomu emocji. Bardzo abstrakcyjny fragment. Ósma opowieść kontynuuje wątek zadumy nad kolektywnym procesem improwizacji. Podczas gdy tenor zdaje się nabierać mocy i kąsać urokliwą ekspozycją, alt komentuje i stawia na zaniechanie. Trąbka sączy małe fonie i zaprasza do zabawy w call & responce. Jakby narracja na powrót nabierała mocy. Wreszcie finałowa część – parada słoni, kolektywne pokrzykiwania, blask rytualnej miłości. Całusy i końskie zaloty – eksplozja akustycznej urody chwili. Na ostatniej prostej garść ekspresji dla tych, który oczekiwali większych emocji.




Larry Ochs/ Mars Williams/ Julien Desprez/ Mathieu Sourisseau/ Samuel Silvant  ‎Stroboscope (The Bridge Sessions, CD 2018)

Kolejny odcinek sesji mostowych, amerykańsko-francuskich! Larry Ochs (tenor i sopranino), Mars Williams (alt i zabawki) i Samuel Silvant (perkusja), wszyscy z nadania Wuja Sama, Julien Desprez (gitara elektryczna) i Mathieu Sourisseau (gitara basowa) jako przedstawiciele kultury wysokiej znad Sekwany. Kwiecień 2014 roku, studio nagraniowe - jak zazwyczaj w tej serii, spotkanie organizowane ad hoc, stawiające na kolektywną i dość swobodną improwizację. Dwa sety, łącznie 40 i pół minuty.

Set pierwszy (krótszy) zaczyna ostra, rockowa gitara z metalicznymi strunami, która płynie nieco kwaśnym strumieniem. Gitara basowa zdaje się oddychać jej powietrzem. Towarzyszą im salwy obu saksofonów, umieszczonych na przeciwległych flankach.  Środkiem truchta dość aktywny drummer. Muzycy dość szybko podejmują decyzję o pójściu w ogień całą szerokością palety dźwięków, jaką dysponują. Pikantna, kompulsywna narracja, zdobiona elektro-preparacjami z basu.  Psycho-rockowa masywna sekcja i tańczące free jazzowe dęciaki. Tracą moc około 6 minuty – wpadają w delikatny trans, łagodnieją, a całość ekspozycji nabiera jakości w postępie geometrycznym. Samozwańczym królem stada wydaje się Desprez, który napędza maszynę, stawia wymagania brzmieniowe, potrafi też trzeźwo i na bieżąco komentować wyczyny partnerów. Emocje zatem wciąż buzują! Rytm nabiera mocy, prądu przybywa, saksofony już prawie stoją w ogniu. Fire music as well! Set kończy się w ciszy strun suchej gitary.

Set drugi (blisko pół godzinny) rodzi się w rozgrzanych tubach saksofonów. W tle industrialna kipiel basu i gitary, tworząca twardą, ambientową powłokę.  Zgrzyty i przepięcia mocy. A trip to noise, to wiemy od pierwszej sekundy tej opowieści. Kolektywna eskalacja, w sumie bez zaskoczenia. Jednak już po 3 minutach muzycy zwinnie gaszą płomień. Bas ponownie szuka chmury post-electro-blue-ambientu. W ramach wsparcia, saksofonowe, niebanalne pląsy, które zwinnie się zagęszczają. W 12 minucie kolejny moment intrygującego, mrocznego spowolnienia. Sekcja pracuje niczym piec hutniczy, dęte flanki plamią teren from time to time. Po chwili, to właśnie te ostatnie zostają same na scenie i nie czują zbytniej tremy. Nawet podśpiewują pod nosem. Ciężki dron basu i gitary zakłóca jednak klimat sielanki – gitara wchodzi w dialog z saksofonem, bas intonuje funkową ekspozycję. Po 20 minucie narracja staje się soczysta, kompulsywna, a kończy ją ponownie dialog saksofonów.  Obok bas szuka drobin hałasu, a cały kwintet bez ponaglania przystępuje do procesu finałowego odliczania. Repetycja strun pod wysokim napięciem, small drumming, pocałunki suchych dysz. Ostatni dźwięk należy do sopranino.




Larry Ochs/ Nels Cline/ Gerald Cleaver  ‎What Is To Be Done (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w ogniu gorącej, na poły rockowej gitary, zasilanej prądem dużej mocy. Jedna z dwóch najnowszych płyt w dzisiejszym zestawie. Znów sami znajomi, choć nie wszyscy kojarzeni bywali jak dotąd, z równie ekspresyjnymi zachowaniami: Larry Ochs - tradycyjnie tenor i sopranino, Nels Cline – gitara elektryczna i efekty oraz Gerald Cleaver – perkusja. Trzy improwizacje, 49 minut, nagrane w grudniu 2016 roku.

Jazz-rockowe intro, dobry, dynamiczny drive i saksofon tenorowy, który śle mistrzowskie pozdrowienia na poste-restante. Gitara pływa w melodii i rytmie, kreśli pasma fonii, pełne ekspresji. Mocny flow, być może odrobinę zbyt mało subtelny, jak na oczekiwania recenzenta. Proste schematy dramaturgiczne, perkusja z poziomem kreatywności na zaciągniętym ręcznym, kipiąca metalem gitara i saksofonista, który raz za razem próbuje przebić się ze zdaniem odrębnym, ale nie wszystkie jego prośby okazują się skuteczne. Trochę hałasu, spora dawka improwizacji (ta ostatnia, wedle słów samych muzyków, stanowi element konstytuujący całość ekspozycji). Duża zmienność akcji, ale nie wszystkie parametry narracji cieszą ucho, tudzież łechtają intelekt. Na chwilę konstruktywnego oddechu cierpliwy słuchacz liczyć może dopiero pod sam koniec ponad 20 minutowej opowieści, gdy gitarzysta przypomina nam, że free jazzowa improwizacja, to pole, na którym czuje się świetnie i to właśnie z tej strony znamy go najlepiej. A w ramach wisienki na torcie – garść psychodelii wprost z gryfu jego gitary.

Druga część, zdecydowanie najkrótsza, startuje jazzową gitarą, która kreśli ramy i zakres oczekiwań wobec partnerów. Wszakże moc gitarowych przetworników znów czyni tu swoje i demoluje bardziej kreatywne pomysły pozostałej dwójki. Cała narracja jest jednak wyjątkowo spokojna, a gitara na finał brzmi niczym wystudzone organy Hammonda. W taki oto sposób, delikatnie wytłumiony, rockowy temperament Cline’a wprowadza nas w część ostatnią, znów ponad 20 minutową. Rockowy drive perkusji, psychodeliczna mantra gitary i tylko dobre plamy z tuby saksofonu. Bez wątpienia, najlepszy jak dotąd, moment nagrania. W 11 minucie intrygujące pasaże saksofonu dzieją się już na tle niemal doom metalowego przymierza gitary i perkusji. W porównaniu wszakże do początku płyty, muzycy zdają się lepiej kooperować, a dominacja Cline’a nie ma już miejsca. Po stylowym wytłumieniu, wzięciu oddechu, na finał płyty znów dostajemy się w gorącą, rockową kipiel. Sopranino Ochsa znów musi walczyć o swoje, ale dzielnie znosi ów proces i doprowadza tę bardzo nierówną płytę do szczęśliwego zakończenia.




Larry Ochs/ Gerald Cleaver   Songs Of The Wild Cave (Rogueart, CD 2018)

W trakcie dzisiejszej opowieści byliśmy już w bunkrze, na sam zaś finał trafiamy do … jaskini (zatem tytuł płyty nie jest metaforyczny!). Południowo-zachodnia Francja, pierwszy dzień października 2016 roku. Po żmudnych przygotowaniach (ciekawskich szczegółów, odsyłam do rozbudowanego liner notes), do jednej z jaskiń trafiają dwaj podróżnicy, przygotowani na każde wyzwanie – Larry Ochs (saksofon tenorowy i sopranino) oraz Gerald Cleaver (perkusja, instrumenty perkusyjne). Pogrążeni w absolutnej ciemności, napotkawszy ciszę globalną, zagrają siedem swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam dokładnie 61 minut bez dziewięciu sekund.

Podmuchy tenoru, małe skorupy dźwięków i perkusjonalia, którą brzmią jak strumień lejącej się wody. Spokojna, meta ekologiczna podróż dźwiękowa. Pierwsze kroki w ciszy i ciemności zdają się być rozważne i odpowiedzialne. Rodzaj skupienia, pełnego wszakże zdrowych emocji, w okolicznościach post-akustycznych. Drugi epizod zdecydowanie podnosi nam poziom adrenaliny – full drumming amplifikowany głębią jaskini robi wrażenie piorunujące!  Obok tenorowe zadziory, łapiące kontakt z pogłosem, tłumionym masywnością skał. Trzecia część schodzi głębiej (Deeper) – skupione percussion z oddali i saksofon, który zdaje się opowiadać historię stworzenia świata. Ekspresja rośnie – rytualny drumming i śpiewny saksofon. Taniec opętanych szczęśliwców!  Muzyka nabiera kardynalnej mocy, redefiniuje pojęcie akustyki free jazzu. Tytuł kolejnej części budzi grozę (Down) – flow znów jest dość dynamiczny, tworzony mocnym biciem w werble i tomy, także agresywnym tembrem sopranino. Muzycy grają swoje, nie czekając na reakcję echa – intensywnie wykuwają nowy idiom free music. Never stop!

Piąta historia tłumi dynamiczny klimat – nastrojowe percussion i głucha tuba saksofonu. Powraca smak pieśni otwarcia – sonore i magia szeleszczących przedmiotów. Spowolnienie w poszukiwaniu utraconego. Sopranino brzmi niczym flet prosty. Szósty epizod pogłębia tematykę poprzedniej części. Dzwonki, małe gongi, szum w tubie, wszystko czynione z mocą rytualnego wyniesienia. Pomruki tenoru, folkowy sznyt perkusjonalii. Zatopieni w Glinie, jakże zmysłowe zagęszczenie, klekot saksofonu, czupurność talerzy, oddechy i przedechy, myśli zdrożne i przebiegłe. Symfoniczny meta free folk! Czas na closing game – niemal kwadrans powrotu do free jazzowej estetyki. Full drumming, śpiewny, zawadiacki tenor, korpulentna narracja, ale bez eskalowania emocji. Żywe mięso bez kropli transcendencji, która powoli stawała się naszym udziałem w trakcie poprzedniej improwizacji. Finał płyty niezwykłej zdaje się być odrobinę zwyczajny i przegadany. Być może Pieśni Dzikiej Jaskini lepiej byłoby zakończyć po epizodzie numer sześć.



piątek, 2 lutego 2018

Ivo Perelman! The Golden Gate to Eternity!


Jeśli we współczesnym free jazzie szukać mielibyśmy muzyka najbardziej pracowitego, wytrwałego, stale i pieczołowicie rozwijającego kompetencje improwizatora i dążącego konsekwentnie do celu, jakim jest znaczące zaistnienie w historii gatunku, to na miano takiego niestrudzonego wędrowca (Margin Walker!) najdobitniej zasługuje brazylijski saksofonista Ivo Perelman.

Rezydujący w Nowym Jorku muzyk od lat nagrywa, koncertuje i bywa zauważanym w gęstej pajęczynie bardzo dobrych muzyków jazzowych. Na tych łamach nie sięgaliśmy zbyt często po jego nagrania, bodaj tylko CD Soul, nagrany w kwartecie dwa lata temu, doczekał się kilku ciepłych słów.

Redakcja Trybuny ma wszakże wrażenie, że rok ubiegły wiele zmienił w dotychczasowej, powszechnej percepcji twórczości Perelmana. To niebywałe, ale muzyk w samej tylko stajni Leo Records wydał w roku 2017 aż 13 płyt. Fakt ten nie byłby może aż tak wyjątkowy, gdyby nie jakość nagrań zawartych przynajmniej na części z nich oraz poziom kunsztu improwizatorskiego, jaki stał się udziałem muzyka.

Leo Feigin zaordynował dla wszystkich tych wydawnictw złotą czcionkę, zarówno dla tytułów samych płyt, jak i personaliów muzyka. To chyba dobry pomysł. Rodzaj Złotej Bramy do krainy wiecznej, muzycznej nobilitacji.

Za moment nad dwiema pozycjami z tego bogatego zestawu, w ocenie redakcji, krytycznie doskonałymi (z udziałem Nate’a Wooleya!), zdecydowanie nadstawimy ucha, a pozostałe wylistujemy. A zatem najpierw Kamień Filozoficzny, a zaraz potem Octagon!

Dodajmy dla porządku, iż wszystkie nagrania, o których dziś wspominamy, powstały w okresie maj-czerwiec 2017 roku na Brooklynie, w studiu Parkwest (poza jednym wyjątkiem, zresztą informuje o tym sam tytuł).




Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Nate Wooley ‎ Philosopher's Stone

49:34, 10 improwizacji, all music by the musicians - saksofon tenorowy, fortepian i trąbka. Potencjometry ustawione, możemy startować!

Part 1.  Muzycy w ciągłym zwarciu. Wet za wet. Piano w roli stabilizatora, katalizatora, odpowietrznika. Czuwa nad dynamiką, tonacją, kreśli ramy. Sprawia, że szaleństwa, jakie rodzą się w tubach dęciaków, mają choć drobny kontakt z podłożem. Part 2. Tenor, który skowycze, trąbka, która szura i szumi, niczym zdezelowany klimatyzator, no i znów piano, jak cerber, pilnuje ładu i porządku, dające przyzwolenie (przy bardzo ograniczonych środkach wyrazu – Shipp minimalista? Niebywałe! – konstatuje po raz pierwszy dziś zachwycony recenzent). Tenor Ivo od startu brzmi zaskakująco, raz przypomina niski sopran, innym razem potrafi być rumiany, jak zdrowy alt. Narracja, która dostojnie kroczy, co chwila stawiając na sztorc emocje słuchacza krwistymi dialogami dęciaków. Tu, z lekką przewagą w półdystansie Wooleya (co, za sonore!). Dramaturgiczna równowaga wszakże trwa (Shipp!). Part 3. Rytm improwizacji bije sercem wewnętrznym, jest jednak permanentnie dewastowany wyobraźnią saksofonu i trąbki. Struktura narracji pęcznieje i ugina się pod ciężarem dialogu. Imitacja, która zdaje się być wyniesiona do rangi sztuki (telepatia, czy notatki przedprodukcyjne? – pyta dociekliwy recenzent). Taniec na linii, determinacja, skupienie, geniusz pojedynczych dźwięków. Piano gra krótkie interwały, stawia stemple, komentuje, dopowiada. Jego służebna postawa też winna budzić nasz podziw. Part 4. Upiorna ballada dla cierpiących inaczej. Free improv wg scenariusza? Albo metafizyka! Part 5. Narracja postawiona na ostrzu noża. Ciało w ciało. Trzy głowy, jedna hydra! Diabelska czołobitność. Korpulentna piękność. Krok w krok, przy akompaniamencie mistrza ceremonii, Shippa!

Part 6. Znów muzycy brną łeb w łeb. Narracja pozbawiona incydentów solowych. Tu każdy jest bogiem, a wokół panuje patriarchalne równouprawnienie. Shipp w roli drummera? Wszystko mu się dziś udaje! Eskalacja goni eskalację, choć samo tempo improwizacji jest umiarkowanie marszowe (Matthew, jak Ty panujesz nad swoimi emocjami! – recenzent w akcie personifikowania swojego zachwytu). Na tle powszechnego geniuszu Wooleya, mistrz ciężkiej pracy organicznej – Perelman – stawia równie dobitne stemple doskonałości! Znów jego tenor idzie w podniebny rejestr i ryje beret całej armii recenzentów, którzy milkną w obliczu pytania retorycznego (czy na takim typie saksofonu można dobywać aż tak wysokie dźwięki?). Part 7. Albert Ayler is coming! Tłusta wariacja na temat Ghost z wyjątkowo rozszalałym pianistą. Są chwile, gdy Ivo gra więcej niż Nate, czy Matthew, ale to tylko incydenty. Shipp, pan dyrektor rozdaje cenzurki i pilnie obserwuje! Rytm, energia, raw power! W drugiej części tego odcinka prawdziwe expose pianisty. Ayler może być dumny! Wooley wpada w rynnę dronu i brzmi jak matka boska nieustającej pomocy! Perelman nie chce być gorszy! What a game, Masters! Na wybrzmieniu zachwyt nad ciszą, jak spowija klawiaturę fortepianu. Part 8. Tenor na solowym spacerze. Rzadki moment filozoficzny. Po chwili trąbka staje tuż obok, a konsekwencją kolejnej eksplozji może być jedynie obopólny orgazm. Sonore ścieka ze ścian! Nate przekracza właśnie kolejną granicę możliwości dobywania dźwięków z instrumentu blaszanego. Ivo ma podobne zamiary. Narracja płynie szerokim strumieniem, a kolana recenzenta zdają się być już zdarte do krwi, z uwagi na pozycję, w jakiej słucha tej płyty. Oba dęciaki znów grają tym samym dźwiękiem, wchodzą w siebie, jak w masło (ach, ten Bertolucci!). Finał najdłuższego utworu płyty wieńczy kolejna erupcja geniuszu trębacza. Part 9. Odrobina Aylera, w ramach repryzy Siódemki. Trochę przekomarzania, dość dynamicznego, jak na ten krążek. Piano in Rhythm and Sound! Melodyka siłą improwizacji? Szczypta patosu zamiast odpowiedzi. Ale ta improwizacja może sobie pozwolić nawet na to. Part 10. Tenor introdukuje samotnie. Higher than high! Trąbka wchodzi dopiero w trzeciej minucie tej niebywałej kody. Ballada pełna nostalgii, na życie i na śmierć! Ivo i Nate imitują się jak dwa kopulujące czmiele w locie symultanicznym. Brawo! A Shipp nie ma odwagi, by uderzyć w jakikolwiek klawisz. Milczy i słucha. Ostatnie dźwięki ociekają krwią sonorystyki i pokrętnie zaszytej w niej melodii. Wonderful!

What a fuck! – krzyczy recenzent w języku Szekspira, uświadamiając sobie, że być może najlepsza płyta, jaką słuchał w trakcie ostatnich nastu miesięcy, w ogóle nie trafiła na jego prywatny, coroczny top!




Ivo Perelman/ Nate Wooley/ Brandon Lopez/ Gerald Cleaver ‎ Octagon

49:16, 8 improwizacji, all music by the musicians – saksofon tenorowy, trąbka, kontrabas, perkusja. Czas start!

Part 1. Kontrabas stawia słupy graniczne (cóż za brzmienie!), tenor startuje z poziomu trzeciego piętra. Taka oto duetowa introdukcja Octagona. Smyk na strunach sprawia, że także lot Lopeza może być odpowiednio wysoki. Melodia wije się po dyszach, pląta wokół strun. Bez galopady, jakże dostojnym krokiem. Part 2. Tym razem słowo wstępne jest udziałem wyłącznie kontrabasisty, dodatkowo nucącego pod nosem sprośne melodyjki. Saksofon po paru chwilach dołącza, refleksyjnie plamiąc przestrzeń foniczną. Drummer pojawia się w 2 minucie. Ruszają! Tak, z taką sekcją, to można konie kraść! Po kolejnych 120 sekundach, ostre wejście notuje trębacz, dmąc w swą rurę, jak w kolejową sygnałówkę. Szorstki, bardzo zabrudzony sound. W międzyczasie sekcja rysuje coś na kształt rytmu. To marsz, noga w nogę. Być może akompaniament piana na poprzedniej płycie był nieco bardziej wyszukany – komentuje na boku recenzent. Dęciaki opowiadają na przeciwległych flankach, środkiem zaś brnie, niczym walec, rozdygotana para kontrabas – perkusja. Gęsto, ale ze świetnym brzmieniem. Na finał utworu cała narracja uroczo się gmatwa, a na dźwięki ostatnie sekcja zostaje już sama. Part 3. Intro perkusisty, tuż potem saksofon i kontrabas, a trębacz, co staje się już zasadą na tej płycie, wbiega w improwizację jako ostatni. Tempo ponownie bardzo stonowane. Historia toczy się nieśpiesznie, z dużą przestrzenią dla niuansów narracyjnych i improwizacyjnych. Tu na wszystko jest czas. Kilka uroczych, rozszarpywanych melodii, które wzajemnie się przenikają (błyskotliwy dialog Ivo i Brandona). Obok, na prawej, nieco wycofany Nate. W sumie ta ballada jakby wisiała w powietrzu, a kontakt z podłożem gwarantuje jej jedynie dobra robota Geralda na czerstwych werblach i kotłach. Ta rozmowa zdaje się nie mieć końca. Brawo! Part 4. Wspólny wstęp saksofonu i trąbki, to dramaturgicznie pewna nowość na płycie. Wooley zrywa kokon lenistwa i przystępuje do dzieła. Dialog delikatnie iskrzy, choć obu muzykom dość daleko do intensywności Kamienia Filozoficznego. Posmak melodyki Aylera, i na tym nagraniu odciska swoje piętno. Śpiew trąbki, zakręty saksofonu. Kontrabas dołącza dopiero w czwartej minucie. Wkłada do narracji spory balast niskich częstotliwości. Tuż potem rwie struny i daje doskonały podkład pod eskalację Ivo i Nate’a. Tak, to w sumie trzy popisowe ekspozycje. Emocje buzują! A drummer drąży skałę na obrzeżach bębna basowego.

Part 5. Improwizacja toczona jakby o dwa tempa szybciej. W okolicznościach Octagon, to niemal galopada! Na flankach zwinne imitacje i rekontry, w środku ogień palącej się sekcji. Ledwie 2 minutowa ekspozycja. Part 6. Wracamy do marszowego kroku. Ta akurat opowieść zdaje się być nieco bardziej konwencjonalna. Emocje stygną, melodii przybywa. Sekcja na poziomie wzroku. Jazzowy walking kontrabasu, który dynamizuje wszystko i wszystkich w pobliżu. Tenor podskakuje wysoko i daje kilka punktów dodatkowych do łącznej oceny za styl. Trąbka znów w przyczajeniu. Sekcja, nie po raz pierwszy, nie ostatni, wieńczy dzieło w samotności. Part 7. Czyżby dobre sonore?! O tak! Kontrabas ramię w ramię z trąbką, drapanki perkusjonalne, milczący saksofon (może delikatnie dyszy). Diabelski moment! Nate, jak cudownie, że się przebudziłeś! – mruczy pod nosem recenzent. Ivo wchodzi do gry po 90 sekundach. Melodyzuje porządkująco i trzyma fasadę narracji. Dużo energii i emocji. Dziki nerw kontrabasu. Whaw! To drummer napędza jednak ten dyliżans! W 6 minucie saksofon idzie ku górze i zdaje się być zwycięzcą tej eskalacji. Sekcja łapie synkopę i nie jest to łatwy moment tej opowieści. Tak dla improwizatora, jak i słuchacza, który chce przebywać z dala od oczywistości jazzowych rozwiązań. Od 9 minuty sekcja zostaje sama na scenie i przez pięć minut rzeźbi finał. Milczenie dętych, to chyba najlepszy komentarz. Part 8. Krótki, 150 sekundowy finał. Saksofon i smyczek na kontrabasie. Skowycząco, wyzywająco, trochę też sentymentalnie, ale w poprzek prostych skojarzeń. Na koniec zatem, tak jak na początku, tylko skromny duet, w ekspozycji, która jednak znacząco punktuje, zwłaszcza na tle wielominutowych męczarni sekcji w poprzednim odcinku. Final zastaje nas w lekkim niedosycie wrażeń.


****

W ramach suplementu, uzupełnijmy ofertę handlową Leo Records w zakresie płyt z wizerunkiem Ivo Perelmana, datowanych na złoty rok 2017.

Pośród kilkunastu płyt, o których wspominaliśmy w preambule tej powieści, największy poklask zyskało chyba duetowe wydawnictwo Live In Brussels. Podwójny dysk koncertowy popełniony przez saksofonistę w towarzystwie – co nie zaskakuje – Matthewa Shippa. Horda pismaków z całego światła maksymalnie ogwiazdkowała ten krążek, po czasie umieszczając go także na wielu listach najlepszych płyt roku. Ciało redakcyjne Trybuny nie podziela jednak entuzjazmu tłumu, zwłaszcza, gdy brukselski koncert skonfrontuje z płytami, na które wylał się przed momentem wartki strumień entuzjazmu Pana Redaktora.




90 minutowy koncert duetu, składający się z trzech setów i skromnego encore, oczywiście jest dobrą, a nawet bardzo dobrą płytą. Forma i dyspozycja dnia Perelmana nie budzi zastrzeżeń, Shipp gra swoje (czyli dużo), a narracja toczy się zwinnie i bezkonfliktowo. O, właśnie – bezkonfliktowo… Ta para muzyków zna się tak dobrze (patrz także niżej), że doprawdy nie jest w stanie czymkolwiek się zaskoczyć. Ta para muzyków potrzebuje krnąbrnego punktu odniesienia, osoby, która zasieje ferment i skłoni ich do większej kreatywności. Na Kamieniu Filozoficznym doskonale z tej roli wywiązał się Nate Wooley. Tu, w ramach duetu, na scenie L'Archiduc w stolicy Belgii, powodów do ekscytacji jest jakby mniej. Improwizacja prawdziwie iskrzy dla recenzenta dopiero pod koniec płyty, gdy dobrze rozgrzani muzycy potrafią wejść w ciekawsze i mniej przewidywalne interakcje. Tenor Perelmana zmysłowo szybuje ku niebu, zrywa pajęczyny na suficie, tworzy niebywałe ekspozycje. Reakcją Shippa są na ogół bardziej dynamiczne uderzenia w klawiaturę. Stać go na dużo więcej. Pierwsza z dziś omawianych płyt dowiodła tego w dwójnasób.

Na sam już finał dzisiejszej opowieści lista pozostałych złotych płyt Ivo Perelmana, wydanych w roku ubiegłym dla Leo Feigina. Redakcja jeszcze się nad nimi nie pochyliła, jakkolwiek całkiem możliwe, iż nastąpi to w pewnej perspektywie czasowej.

Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Joe Hertenstein (perkusja)  Scalene 

Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ William Parker (kontrabas)/ Bobby Kapp (perkusja) ‎ Heptagon

Ivo Perelman/ Matthew Shipp/ Jeff Cosgrove (perkusja) ‎ Live In Baltimore


I to nie jest koniec! Uzupełnieniem powyższej kolekcji nagrań jest … 7 płyt wydanych jako seria The Art Of Perelman-Shipp. Duety, tria i kwartety. Po pełną listę tytułów wysyłam na www.discos.com. Miłej lektury!


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań.