Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josh Sinton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josh Sinton. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2025

The Scatter Archive’ notes: Wastell! Moore & Prevost! Arch Quartet! Džukljev & Thieke! Lash, Sinton & Ward! Lash & Thomas!


Najwyższy czas zajrzeć na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive! W porównaniu do naszej poprzedniej wizyty (bodaj lipcowej) odnajdujemy tu mnóstwo nowych albumów, publikowanych na ogół w tempie jeden na tydzień. Edycja wyłącznie w formie digitalnej ma swoje niezaprzeczalne walory – niskie koszty produkcji i możliwość szybkiego udostępnienia nagrań.

Spośród miliona nowych płyt, jakie zostały upublicznione w drugiej połowie roku 2024 na scatterowej stronie, do poniższego omówienia wybieramy sześć.




Mark Wastell Cello-Intern XVIII

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2023: Mark Wastell – violoncello. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Marka Wastella spotykamy ostatnio głównie za sterami drums & percussion, ale świetnie pamiętamy, iż jego prymarnym narzędziem pracy jest wiolonczela. Muzyk w latach 2022-2024 grywał raz w miesiącu solowe ekspozycje w londyńskiej Hundred Years Gallery. Nie były to koncerty, nie były to próby. Artysta przez godzinę improwizował niezależnie od tego, co akurat działo się w Galerii. W nagraniu słyszymy zatem rozmowy i inne odgłosy codziennego życia tego miejskiego przybytku kultury. Brzmienie instrumentu jest bardzo surowe, a dźwięki zbierane były zapewne jednym mikrofonem.

Szorstki, jednostrumieniowy flow instrumentu, punkowe brzmienie i rockowy niemalże temperament artysty powodują, iż trwająca niewiele ponad dwa kwadranse opowieść w pięciu częściach kipi od emocji, jest niezwykle intensywna, z rzadka sięga po bardziej stonowane, kameralne frazy. Wastell syci narrację dużą dawką post-barokowej melodyki, ale tarza się z nią po podłodze lub wznosi na palcach i spogląda na zamglone, londyńskie niebo. Bywa delikatny jak w odsłonie drugiej, bywa drapieżny jak wygłodniały kocur w czwartej. Lubi mrok, choć nie unika ulotnej taneczności, zdarza się też, że jego instrument trzeszczy w posadach, jak w części trzeciej. W końcowej odsłonie pokazuje pewną żylastość post-barokowej estetyki, znów zdaje się urokliwie gorączkować, piszczeć i skowyczeć. Niesamowite nagranie!



 

N O Moore & Eddie Prévost Scratched Earth

Hundred Years Gallery, Londyn, październik 2024: N O Moore – gitara elektryczna, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 24 minuty.

Tych dwóch artystów, mimo dzielących ich niemal dwóch pokoleń, ma w dorobku sporo wspólnych improwizacji, na ogół czynionych w triach i kwartetach. Tym razem, w urokliwych w okolicznościach HYG, spotykają się w duecie i w trakcie krótkiej ekspozycji decydują się nie zagrać ani jednego typowego, czystego dźwięku gitary, czy perkusji. Moore tonie w euforii amplifikacji, Prevost szyje na swoim wielkim talerzu niekończące się strumienie rezonansu. Bywa też, że obaj toną w oparach całkiem soczystego post-industrialu.

Już pierwsze dźwięki koncertu stawiają nas do pionu poziomem hałasu i intensywności. Gitarowy amplifikator furczy i rzęzi, a blask rezonującego talerza łączy niebo i piekło. Cała narracja zdaje się śpiewać, niczym pijana diwa operowa. Po pewnym czasie gitarowe preparacje zaczynają znajdować ujście w post-rockowej estetyce, z kolei akcje perkusjonalne nabierać pewnej taneczności. Opowieść trzeszczy, skrzypi i syczy, by po kilku chwilach zamienić się w ocean onirycznego ambientu. Na scenę raz za razem powraca też estetyka industrialna, ale jej wyskoki mają teraz charakter incydentalny. Koncert wieńczy … gitarowa melodia, które niesie się na dronowej strudze rezonansu.



 

Arch Quartet (Anna Homler, Tasos Stamou, David Leahy, Adrian Northover) Chummage

Arch 1 studios, West Ham, London, wrzesień 2014: Anna Homler – głos, obiekty, zabawki i urządzenia, Tasos Stamou – preparowana cytra, looper, David Leahy – kontrabas oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Sześć improwizacji, 34 minuty.

Nagranie kwartetu muzyków, którzy odbyli sesję nagraniową przy okazji muzykowania z London Improvisers Orchestra, przeleżało się na czyimś twardym dysku całą dekadę, ale warto było czekać. Z jednej strony kontrabas i saksofon pod jurysdykcją artystów, których znamy i cenimy, z drugiej głos, cytra i garść elektroakustycznych zabawek ze strony tych mniej rozpoznawalnych, ale z pewnością wartych zapisania w naszych kajetach. To, co najlepsze na Chummage zdaje się dziać w pierwszej odsłonie albumu. W dalszych bywa, że nadmierna kreatywność elektroakustyków tłamsi walory brzmieniowe kontrabasu i saksofonu. W kontekście wszakże całości Arch Quartet wychodzi z tego obronną ręką.

Pierwsza improwizacja żywi się nade wszystko brzmieniem akustycznym, delikatnym pulsem drgających strun, ciepłym smyczkiem i frazującym molekularnie saksofonem sopranowym. Wokalistka najpierw cedzi dźwięki, potem rozpościera ramiona śpiewu z dalekowschodnim akcentem. Nieinwazyjne, rozdrobnione plamy elektroakustyki dodają całości odpowiedniego blasku. Począwszy od drugiej części owa dystyngowana równowaga pomiędzy tym, co akustyczne, a tym, co akustycznym być już przestało, ulega zachwianiu. Muzycy nie stronią od hałaśliwych incydentów, ale potrafią też pochylać się nad pojedynczym dźwiękiem. W kolejnych opowieściach wokalistka w folkowym zaśpiewie i cytrysta, który szuka brudu i zniekształceń, zaczynają dominować, a o tym, że wciąż jest z nami saksofonista przypominamy sobie dopiero po wielu minutach. Finałowa ekspozycja nieco ów rozchwiany obraz narracji porządkuje. Nisko osadzona introdukcja, zwinne, wielokierunkowe preparacje i głos, który płynie tembrem smyczkowej narracji. Na ostatniej prostej kwartet osiąga zaskakującą dynamikę i syci się mnóstwem udanych interakcji.



 

Marina Džukljev & Michael Thieke Motionless Pool

Kulturni Centar Vojvodine Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, grudzień 2021: Marina Džukljev – fortepian, Michael Thieke – klarnet. Siedem improwizacji, 38 minut.

Mimo zalewu brytyjskiej muzyki improwizowanej, na łamach SA nie brakuje miejsca na spektakle kontynentalne. Pośród albumów drugiego półrocza na szczególną uwagę zasługuje album Serbki i Niemca. To doprawdy wyśmienite nagranie – z natury swej minimalistyczne, skupione na drobnych frazach, brzmieniowych i dramaturgicznych niuansach. Artyści zdają się nie wychodzić tu poza okowy swobodnej, chwilami wystudzonej kameralistyki, ale w każdym dźwięku, w każdym ruchu scenicznym czuć, jak wielkie emocje w nich drzemią.

Magię improwizacji otwarcia buduje, wprawiony w rezonans, pojedynczy dźwięk fortepianowego klawisza i suche powietrze wydychane z zimnej tuby klarnetu. Dogasające życie wytrawionej z emocji kameralistyki. W drugiej części muzycy odbywają niedługą podróż od ekspozycji perkusjonalnej na strunach i dyszach do rozśpiewanego, rezonującego strumienia zlepionych w jednej byt dźwięków inside piano i klarnetu. W trzeciej opowieści pojawia się leniwy rytm, który wiedzie w nieskończoność kolejne porcje delikatnych uderzeń po strunach i klarnetowych wyziewów. Czwarta improwizacja zdaje się kontynuować wątek części poprzedniej, ale sadowi się o trzy poziomy niżej. Prawdziwy zamęt sieją tu pojedyncze dźwięki klawisza. Kolejna odsłona, to celebracja, elegijne wyniesienia drobnych fonii z samego dna pudła rezonansowego i głębin klarnetowej tuby. Wszystko nabiera rezonującej poświaty i formuje się w jednorodną strugę akustycznego piękna. Przedostatnia improwizacja, to stygnący w bezruchu strumień matowych, wychłodzonych klawiszy i melodyjnego szumu z tuby. Z czasem wszystko nabiera pewnej soczystości, ale broczy po kolana w mrocznej mazi. W finałowej opowieści w dogorywające trzewia artystów wkrada się zaskakująca nerwowość. Szybkie oddechy, drapanie strun, szczypta hałaśliwego anturażu na moment kreują klimat niemalże post-industrialny. Jeszcze piękniejsze jest jego studzenie, wprost w objęcia ciszy zdobionej pojedynczymi dźwiękami. 



 

Dominic Lash, Josh Sinton & Alex Ward Lash.Sinton.Ward

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2024: Dominic Lash – kontrabas, Josh Sinton – saksofon barytonowy, flet altowy, głos oraz Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna. Jedna improwizacja, 41 minut.

Lash i Ward, to artyści, których cenimy od lat, starając się nie marnować jakiejkolwiek okazji do obcowania z ich muzyką. Tu spotykamy ich w trio z saksofonistą i flecistą Sintonem, muzykiem zza Wielkiej Wody, które lubi improwizować z obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Nagranie koncertowe charakteryzuje się sub-doskonałym brzmieniem, ale dobrze to koreluje z ponadgatunkową improwizacją, jaką serwują nam muzycy. Z jednej strony open jazz, szczególnie od Sintona, z drugiej rozhuśtana kameralistyka (gdy Ward gra na klarnecie), czy post-psychodelia (gdy ten sięga po gitarę), wreszcie Lash, który najlepiej czuje się w formule ekstremalnie kreatywnego arco & pizzicato in one note.

Koncert rozpoczyna się porcją leniwych, preparowanych dźwięków – od barytonowej doliny po klarnetowe wzniesienia, w oparach kontrabasowej różnorodności i głosu saksofonisty. Z czasem narracja przybiera formę nerwowych podskoków i free jazzowych spiętrzeń, ale bywa, że przypomina rozciąganie zwiotczałych mięśni w potoku kameralnych eksperymentów. Muzycy dobrze czują się w obu sytuacjach, choć częściej odnajdujemy ich w tej pierwszej. Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut Ward przesiada się na gitarę skutecznie redefiniując gatunkową estetykę spektaklu. Narracja staje nieco mniej intensywna, choć nadal jest gęsta i upstrzona ciekawymi zdarzeniami. Artyści ćwierkają jak wróbelki, by po chwili generować rozlegle strumienie ambientu i post-psychodelii, a potem na dłużej zastygnąć z rzewnej kameralistyce. Powrót do gry na dwa dęciaki i kontrabas odbywa się tu dość niespodziewanie, poprzedzony tajemniczymi frazami ze strony Warda (jeszcze gitara, czy już preparowany klarnet?). W końcowych fragmentach koncertu Sinton sięga po flet, a Lash koncertuje się na smyczkowym frazowaniu. Finalizacja jest melodyjna, istotnie rozciągnięta w czasie.



 

Dominic Lash & Pat Thomas Elements and Properties

Café Oto, Londyn, marzec 2023 (utwory 1,4) oraz Curious Ear in St Margaret's Church, Manchester, luty 2024 (2,3): Dominic Lash – gitara elektryczna, Pat Thomas – fortepian. Cztery improwizacje, 43 minuty.

Dominic Lash pozostaje na scenie, przesiada się jednak na gitarę elektryczną, co czyni ostatnimi laty bardzo chętnie. Cztery improwizacje, zarejestrowane na dwóch koncertach, czyni tu w zacnym towarzystwie Pata Thomasa wyposażonego wyłącznie w akustyczne instrumentarium. Ich wspólna opowieść najchętniej kieruje się ku free jazzowi, ale incydentalnie nabiera zaskakująco … bluesowego posmaku, zarówno ze strony rytmicznie uwarunkowanego pianisty, jak i niekiedy dość melodyjnie frazującego gitarzysty.

Skupione otwarcie bazuje na frazach inside piano i stłumionych, post-bluesowych introdukcjach gitary. Pierwsza improwizacja dość szybko wpada we free jazzowy tumult, sycony adekwatną porcją emocji. Druga opowieść, która stanowi niemal połowę płyty, mieni się intrygującą różnorodnością. Początek tkany jest z gitarowych plam psychodelii i post-klasycznej repetycji piana. Muzycy leniwie snują się po scenie, sięgają po atrybuty ballady, chętnie pochylają nad brzmieniowymi detalami, jakby zbierali siły na bardziej temperamentne resume. Pozostała część albumu, to dwie krótsze odsłony, oparte zarówno na ponadgatunkowej refleksyjności, jak i tanecznym pulsie pianisty i post-bluesowym, niemal rockowym frazowaniu gitarzysty. Końcowa część koncertu lepi się na starcie z drobnych, szumiących fraz, potem przybiera postać free jazzowego marszu, wreszcie kona w ciepłej melodyce.

 



piątek, 10 stycznia 2020

Yoni Kretzmer! The Brooklyn’ Sax Killer and his Mis-Takes!


Stali Czytelnicy tych łamów z pewnością zauważyli, iż nasze recenzenckie macki rzadko sięgają po muzykę zza Wielkiej Wody (w jej jak najbardziej północnym wymiarze). Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele, nie są one jedynie natury artystycznej, ale nie świadczą one bynajmniej o tym, iż dźwięków z tamtej części świata w ogóle nie słuchamy. Baa, czynimy to nad wyraz często, na ogół jednak – po odsłuchu - upychając pliki z muzyką w otchłani niezliczonych pamięci zewnętrznych naszych komputerów.

Czas jakiś temu namierzyliśmy wszakże pewnego saksofonistę, rezydenta Brooklyńskiego, pochodzącego z Jerozolimy, któremu zaczęliśmy się bacznie przyglądać. Z płyty na płytę, nasz niekłamany podziw dla jego kunsztu improwizatorskiego rósł, zatem musiał w końcu nadejść moment, w którym muzyk ten trafi na łamy Trybuny, i to od razu w formie małego overview, by nie rzec – fjuczersa!

Panie i Panowie, Yoni Kretzmer!




2Bass Quartet

Przygodę z muzyką tenorzysty z Nowego Jorku zaczynamy od najnowszej płyty jego formacji 2Bass Quartet. Wydawnictwo ubiegłoroczne, choć nagranie pochodzi z roku … 2013. Zgodnie z nazwą, w składzie kwartetu odnajdujemy dwa kontrabasy – w lewym kanale zagra Sean Conly, w prawym zaś niemal legenda tamtejszej sceny free jazzowej - Reuben Radding. Na perkusji odnajdujemy także naszego dobrego znajomego – Marka Pride’a. Ich trzecia płyta zwie się Mis-Take, składa się z siedmiu improwizacji (określonych przez Kretzmera, jako idee kompozytorskie), trwających 44 minuty i 38 sekund. Wydawcą CD jest OutNow Recordings, label z Brooklynu, którym zarządza saksofonista i który dokumentuje niemal wszystkie jego rejestracje.

Mocny tembr saksofonu tenorowego, masywne kontrabasy, posadowione na przeciwległych flankach, które nieustannie sieją ferment, rzadko grając frazy imitacyjne, wreszcie pełna energii, żywa perkusja. Czy świat swobodnego free jazzu potrzebuje czegoś więcej? Jeśli ową sytuację sceniczną uzupełnimy mistrzowskim warsztatem i wysokim poziomem kreatywności muzyków oraz świetnym brzmieniem wszystkich instrumentów, nasze szczęście nie może nie osiągać stanu maksymalnego. I tak dzieje się w przypadku Mis-take! Narracja toczona jest bardzo swobodnie, improwizacja ma, co prawda pewne ramy, ale zdaje się, że predefinicja procesów dźwiękowych ograniczyła tu się jedynie do wykreowania pewnego ładu dramaturgicznego całości spektaklu muzycznego.

Rzućmy uchem i okiem, jak to wygląda w praktyce. Zacznijmy od samego początku: lewy kontrabas pracuje smyczkiem, prawy szarpie struny, środkiem sunie siarczysty saksofon, który zdaje się zwoływać czeredę złoczyńców na rykowisko. O marszowy flow, nieco aylerowski w posmaku, dba trafiająca zawsze w punkt perkusja. Tenor nakręca tu spiralę emocji, razi szczerością i intensywnością przekazu, plami emocjami, pewny każdego zadęcia, idzie po swoje bez najmniejszych skrupułów. Drugi utwór budują riffy kontrabasów, na których ściele się dźwięk sonoryzującego saksofonu, obok błyszczą perkusjonalne ornamenty. Pełen niepokoju, multikreatywny tenor bucha wyobraźnią, szczerzy zęby i gna w najlepsze. Na początku trzeciej części kwartet stawia na ciszę. Kontrabasy plotą balladę, silnie akcentowaną przepięciami perkusyjnymi, tenor śpiewa zmutowany czerstwą współczesnością be-bop. Gdy ten ostatni milknie, basy zaczynają pojękiwać post-barokiem, czyniąc ze smyczków prawdziwe narzędzie zbrodni. Na finał pieśni robi się naprawdę gorąco – afektowany post-blues puka do twoich drzwi. Nie waż się otwierać!

Czwarta idea kompozytorska – lewy kontrabas, wiedziony smyczkiem, sięga niezwykle wysoko, potem maltretuje struny. Saksofon i perkusja od razu wrzucają szósty bieg. Prawy kontrabas szarpie struny, ciągle czegoś szuka. Po 90 sekundach speedowy free jazz jest już udziałem każdego z muzyków. Wszystkie dźwięki wydają się multiplikować – ściana akustycznego noise, to prawdopodobnie jedyna droga ucieczki. Po solówce perkusji, światło gasi smyczek prawego kontrabasu. Piąta historia budzi się przy dźwiękach preparowanych. Wejście w temat jest lekkie, nawet frywolne. Podłączenie się do zabawy przez perkusję buduje nerw wewnętrzny i kieruje całość narracji ku ognistej kipieli. Saksofon szczytuje (na poły cyrkulacyjnym oddechem), kontrabasy maltretują się wzajemnie, a progresywny drumming dopełnia obrazu całości. Szósta część rozgrywa się bez udziału saksofonu. Dwa smyki, gently percussion, ballada post-chamber. Chwila wytchnienia przed finałową rozgrywką. Ta zaczyna się niczym cisza przed burzą – saksofon prycha, oba kontrabasy tkwią w stanie powolnej preparacji, percussion przelewa hektolitry wody. Rezonans talerzy, skupiony flow tenoru – opowieść, która nabiera dynamiki mniej więcej po trzech minutach. Full drums, saksofon, który chrobocze egzystencjalnymi wątpliwościami, rozbujane kontrabasy – oto, jak unaocznia się idea rocka i bluesa w swobodnej, post-jazzowej opowieści. Tenor aż śpiewa, aż grzmi, aż kipi. Pod nim dwa basy i jedna perkusja – prawdziwa autostrada do piekła!




New Dilemma

Pozostajemy w obszarze muzyki jak najbardziej improwizowanej, jakkolwiek element ingerencji kompozytorskiej Kretzmera w przebieg strumieni dźwiękowych zdecydowanie zyska na znaczeniu. Druga płyta formacji New Dilemma, która przy okazji rozrosła się z kwintetu do sekstetu, to przykład predefiniowanej improwizacji w duchu kameralistycznym, pozostającej rzecz jasna pod silnym wpływem free jazzowego temperamentu lidera.  W aspekcie instrumentalnym – swoiste połączenie kwartetu free z instrumentami strunowymi, w aspekcie zaś personalnym - Frantz Loriot (altówka), Christopher Hoffman (wiolonczela), Josh Sinton (klarnet basowy), Pascal Niggenkemper (kontrabas), Flin Van Hemmen (perkusja) oraz nasz bohater (saksofon tenorowy). Dwupłytowy zestaw CD zwie się Months, Weeks and Days, składa się z dziewięciu kompozycji (chyba winniśmy się trzymać tego określenia), a trwa blisko 110 minut. Nagranie studyjne z maja 2016 roku, dostępne na rynku od roku 2018 (OutNow Recordings).

Nie sposób nie nazwać Miesięcy, Tygodni i Dni dziełem epickim, z uwagi na jego rozmach, mnogość pomysłów aranżacyjnych, tygiel nieustających zmian w procesie narracji i całe mnóstwo doskonałych improwizacji, zarówno solowych, jak i kolektywnych. Jednej rzeczy na tej płycie nie uświadczymy wszakże z pewnością, a mianowicie – nudy! Być może niektóre utwory mogłyby być odrobinę krótsze, ale i tak dzieło Kretzmera nie wydaje się przegadane, albo zbyt rozwlekłe. Daleko mu do porażającej epickości czteropaków Anthony’ego Braxtona, tudzież wielodyskowego dzieła Tyshawna Soreya Pillars.

Wejście w dzieło od razu stawia nas na baczność. Blisko 20 minutowa pieśń otwarcia rodzi się w kameralistycznej plątaninie wyłącznie ciekawych dźwięków – rezonujące smyki, liczenie strun, małe percussion i masywny, nisko zawieszony temat podawany przez saksofon i klarnet basowy, powolny i smagły bass drone chamber! Narracja nabiera wiatru w żagle – temat gaśnie na strunach, a dęciaki zaczynają harcować w najlepsze. Free jazzowa kipiel z tenorem w roli wodzireja nie trwa jednak długo. Płomień przygasa przy wtórze strings, a bystre solo czyni klarnet basowy, mając za partnera grzmiący kontrabas i ludzkie gardło – upalone chamber z jazzowym wrzaskiem dętym. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się, jak w kalejdoskopie – sporo akcentów kolektywnych, erupcje mocy komentowane stonowanymi pasażami, zapewne po części powodowanymi dyktatem pięciolinii, wreszcie w pełni demokratyczny dostęp do przestrzeni nagrania dla każdego z instrumentów, także w zakresie indywidualnej kreatywności. Od spokoju rozjuszonej kameralistyki po ścianę free jazzowego ognia. Zmiany, zmiany, zmiany…. Drugi utwór otwierają strunowce, posyłając zalążek tematu. Tenor wrzeszczy z desperacji, a klarnet basowy gra marsza. Po chwili jazzowy duet saksofonu i perkusji, który napotyka na agresywną postawę violi i cello, wspieranych zazdrosnym klarnetem basowym. Kolejny doskonały moment, to wspólny, krwisty pasaż dętych w tle niemal tanecznych podrygów reszty sekstetu. Co rusz dynamiczna faza improwizacji natyka się na komentarze czytane z pięciolinii, które na moment gaszą jej ogień lub wkręcają cały zespół w nowy wątek narracji. Początek trzeciej historii, to dramatyczny wrzask klarnetu basowego i temat grany wysoko, głównie przez strings. Perkusja wchodzi po dwóch minutach i zabiera wszystkich na free jazzową galopadę. Po jej wybrzmieniu, głos rozpaczy staje się udziałem altówki i wiolonczeli, po czym zostaje cudownie ugaszony preparacjami kontrabasu i dęciaków. Po chwili wszyscy znów gnają na zatracenie, a światło gasi perkusja. Czwarta część, to moment wytchnienia – piękna introdukcja wiolonczeli, brzmi jak temat wprost z Bacha, z komentarzem cello i percussion. Smukła meta ballada z grzmotami kontrabasu. Piąty utwór, który wieńczy pierwszy dysk – masywne, brudne intro w wykonaniu strunowców, wsparte hałasem talerzy. Saksofon i klarnet basowy po paru chwilach skrzeczą i złorzeczą, kreując molową, nieco histeryczną opowieść, która nie może skończyć się happy endem. Gęsta od potu, masywna narracja bez udziału perkusji, w której to dęciaki grają temat, a strunowce wyją do księżyca i zatracają się w tańcu.

Dysk drugi rozpoczyna także opowieść długometrażowa (ponad 17 minut). Perkusyjne intro, preparacje i grzmoty klarnetu basowego i kontrabasu, obok saksofon wraz z cello, grający temat z pięciolinii. Rwany, niepokojący walczyk dla niegrzecznych chłopców. Z czasem całość nabiera mocy, siłą ekspresji tenoru i ostrym, fermentującym tembrem kontrabasu. Po kolektywnej erupcji, strunowe wyciszenie, a zaraz potem kolejny, zmysłowy pasaż saksofonu z bystrym tłem ze strony pozostałych instrumentów. Znów pomysł goni tu pomysł – jest moment na liczenie strun na gryfie altówki, taniec masywnego smyczka po gryfie kontrabasu, prychy zirytowanego klarnetu basowego. Im bliżej końca, tym ogień narracji narasta - kilka bystrych, wyśmienitych ekspozycji solowych (altówka, klarnet, tenor, perkusja), które upstrzone kameralistycznym komentarzem docierają do ostatniego dźwięku. Temat drugiej opowieści wypływa spod strun, saksofon śpiewa bardzo jazzowo, a wszyscy szukają zwady. Po paru minutach nastaje dobry moment dla strunowców, które wojują z perkusją, a w roli mediatora, smakowity klarnet basowy. Ten ostatni transferuje narrację ku formule free jazzowego kwartetu bez udziału strings. Gdy te powracają, emocje gasną. Trzecia historia to duet saksofonu i perkusji. Bystrze brną w pół galopie, co rusz komentowani przez strunowce, które albo koją zszargane nerwy, albo wręcz dolewają oliwy do ognia. Po chwili mamy tu małą wojnę free jazzu z chamber – kwartet grzmi i skrzeczy, ale viola & cello, choć w mniejszości, nie dają za wygraną. Gdy ostateczne zjednoczenie dokona się na naszych uszach, ognisty finał tryska emocjami. Wreszcie czas na finał wielomiesięcznej epopei – deep drums, nisko zawieszone wiolonczela i klarnet, długie i ponure pasaże drones inside & outside. Tenor prycha suchym powietrzem, strings grają barok, klarnet śpiewa pokrętną kameralistykę. Gdy wszystko wskazuje na to, że meta melodyjny pasus saksofonu wieści koniec płyty, repetujące strunowce, a potem także perkusjonalia, sieją ferment i budzą demona swobodnej kreacji. Pożegnanie nie jest zatem słodkie – całkowicie wyzwolony tenor grzmi na tle opadających, strunowych dźwięków, po czym gasi światło przy blasku rezonujących talerzy.




Trio

Na zakończenie pierwszej bytności *) Yoni Kretzmera na spontanicznych łamach, proponujemy odrobinę wytchnienia przy dalece swobodnych improwizacjach trąbki, kontrabasu i saksofonu tenorowego. Studyjna rejestracja z 2016 roku, ze słynnego studia Systems Two na Brooklynie: Thomas Heberer na trąbce, Christian Weber na kontrabasie i Yoni Kretzmer na saksofonie tenorowym. Ich płyta z roku 2018 zwie się BIG (OutNow Recordings), składa się z sześciu improwizacji (być może poprzedzonych drobnymi ustaleniami scenariuszowymi), trwa zaś 44 minuty i 49 sekund.

Jazzowe intro, klejone ciepłymi frazami, które jednak dość szybko łapią brud i szukają, póki co, incydentalnych preparacji, to sytuacja na wejściu. Trąbka jakby z bajki kameralistycznej, kontrabas z oceanu swobodnej improwizacji, zaś saksofon po kolana zanurzony w dorobku free jazzu. Drugi odcinek, uprzedźmy przebieg wypadków – podobnie jak ostatni, jawi się najciekawszym momentem Dużego. Na początek agresywne preparacje, szorstkie, bezczelnie rwane frazy, smyczek, który goreje i tuba saksofonu, która krzyczy. Rytm, ekspresja, a w drugiej fazie nagrania doskonały deep bowed bass. Trzecia opowieść skrojona chyba w celu przygaszenia entuzjazmu recenzenta – wysoka trąbka, niski saksofon i dudniące pizzicato kontrabasu. Pasywne chamber, budowane bez specjalnej chemii pomiędzy jego twórcami. Na plus ciekawe dialogi trąbki i tenoru w estetyce stevensowskiego Flower.

Czwarta improwizacja stawia na długie pasaże. Smyk, znów osadzony niemal na dnie kontrabasu, czyni tu najwięcej dobrego. Piąta historia, to ciekawy krok w kierunku preparacji i akcentów sonorystycznych. Trąbka dmie po krawędziach, oddycha ciężkim powietrzem, struny kontrabasu rwą się jedna po drugiej, a saksofon szuka intrygujących dźwięków w czwartym wymiarze. Potem wszyscy czynią dwa kroki w kierunku jazzu, ale pomysł zostaje niezwłocznie odwołany, czyniąc finał bardzo udaną preparacją. Ostatni utwór na płycie, jako się rzekło, sporo rekompensuje, nie tylko dlatego, że jest najdłuższy i nieźle upstrzony ciekawymi sytuacjami. Zaczyna go gadulstwo trąbki i zwinne szarpanie strun, które stara się naśladować saksofon. Narracja pachnie jazzem, ale wszystko zdaje się być tu robione z zębem. Saksofon dmie z klasą (choć nie taką, do jakiej przywykliśmy na dwóch poprzednio dziś omawianych płytach), nie skąpi swoim frazom melodyjności. Jeśli partnerzy na moment zaczynają przynudzać, wrzuca wyższy bieg i nie pozwala przygasnąć narracji. Znów kapitalną robotę czyni kontrabas i jego wyjątkowo nisko zawieszony smyczek. Dobre zakończenie płyty zawdzięczamy tenorowi, który brudnym, masywnym flow wieńczy nagranie. Gdy na ostatniej prostej trąbka szumi na potęgę, ten rży i daje do wiwatu.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań.


*) wnikliwa analiza śledcza Pana Redaktora wykazała, iż Yoni był – epizodycznie – gościem tych łamów, niemal 4 lata temu, przy okazji krótkiej notki o poprzedniej płycie 2Bass Quartet Book II. Tamże – proroczo – obiecaliśmy śledzić dalsze poczynania Kretzmera! Here We Are!



wtorek, 21 czerwca 2016

Nate Wooley – Siedmiopiętrowa Góra, Księga Piąta


Przypomnijmy – Seven Storey Mountain to kompozycja-idea, stworzona przez Nate’a Wooleya, wybitnego nowojorskiego trębacza, do wielokrotnego wykonywania z udziałem rotujących się muzyków o różnych doświadczeniach i osobowościach. To próba odnalezienia osobnych sposobów kreacji na bazie tych samych, prostych muzycznych idei – manipulowania taśmą, czy stosowania długich form muzycznych z delikatnie zarysowanym schematem działania.

Cztery pierwsze wykonania utworu zostały szczegółowo omówione na Trybunie w opowieści z 8 marca br. o nieco prowokacyjnym tytule Jazz is Dead! … czyli improwizacja inaczej.

Dwa pierwsze spotkania w celu realizacji kompozycji-idei odbyły się w składach trzyosobowych. Edycja trzecia zgromadziła na scenie siedmiu muzyków, czwarta zaś… dwunastu (w tym Tilt Brass Sextet). W najnowsze wykonanie Siedmiopiętrowej Góry zaangażowanych zostało dziewiętnastu muzyków (w tym Tilt Brass Octet). Do podwójnego zestawu perkusyjnego i wibrafonowego, skrzypiec, trąbki oraz elektroniki, znanych z poprzedniego spotkania, Wooley dodał drugie skrzypce i aż trzy instrumenty dęte (saksofon basowy, klarnet kontrabasowy i tuba). Rozbudowany został do oktetu, wywodzący się z muzyki współczesnej, zespół Tilt Brass. Zauważmy, iż o ile filharmonicy grają tu akustycznie, o tyle pozostali muzycy amplifikują swoje instrumenty, innymi słowy – emitują dźwięki ze wzmocnieniem sygnałem. Nagranie zarejestrowano w Abrons Art Center (New York City) 9 maja ubiegłego roku. Na krążku CD zwie się to Seven Storey Mountain V (Pleasure Of The Text Records, 2016). Tyle fakty.




Wspinaczkę na Siedmiopiętrową Górę rozpoczyna nieco pompatycznie oktet puzonowo-trąbkowy, grając zaaranżowany motyw, którego nie powstydziłby się sam Joe Williams, gwiazda hollywoodzkiej muzyki filmowej. Oczywiście ten lekko groteskowy wstęp nie trwa długo – do gry wchodzą zwielokrotnione amplifikacjami dźwięki nieakustycznych improwizatorów, którzy z lekką szyderą wskazują filharmonikom miejsce w szeregu. Perkusiści zdzierają szczoteczkami powierzchnie swych membran, tworząc mało przyjazny klimat. Z dalekiego świata docierają do nas … akordy piana, choć takiego instrumentu nie mamy w rozpisce. Wchodzimy delikatnie, ale stanowczo w dubowaną rzeczywistość i w tej solidnej poświacie permanentnego pogłosu zostaniemy do samego finału. Zrujnowany przed momentem nastrój zgrabnie odbudowuje duet wibrafonów, wspierany pasażami elektroniki. By jednak nie było zbyt pięknie, z góry atakuje nas dron parawokalny, budując trajektorię dla ostrego ataku pary skrzypiec, zmutowanych prądem o dużym natężeniu. W międzyczasie wciąż wiszący nad głowami muzyków dron, rozszarpywany jest incydentami akustycznymi w podgrupach. Złośliwe skrzypce nie chcą odpuścić, elektronika dorzuca swoje trzy grosze, a amplifikowane dęciaki ryją rzeczywistość akustyczną w wyjątkowo niskich rejestrach (klarnet kontrabasowy!). Każdy instrument dociera do naszych uszu z oddali, a nastrój oniryczności niespodziewanie staje się naszym udziałem. Wciąż przybywa przestrzeni, demoniczny klimat dubowy jakby się multiplikował. Mamy nad sobą ścianę dźwięku, ale jednocześnie czujemy jej lekkość i nieoczywistość. Muzyka narasta, jak natrętny motyw w ravelowskim Bolero. W ten pozorny chaos, z gracją baletnicy, wdziera się Tilt Brass i ułożonymi frazami pięknie porządkuje sceniczny hałas. W oddali słychać już przygotowania do wielkiego finału, które potęguje delikatnie zarysowujący się rytm – okazuje się, że w tej nieoczywistej rzeczywistości nawet filharmonicy mają ochotę pohałasować. I robią to! Wraca dron parawokalny i przywołuje całą zgraję do porządku. Pomaga mu wibrafon. Możemy powoli stawać na baczność i w skupieniu czekać na wybuch oklasków po drugiej strony sceny. Po kilku podejściach śmiało osiągamy nasz cel. Brawo!!!!

Ta niebywała podróż trwa blisko 50 minut i warto wybrać się w nią przynajmniej kilka razy. Wciąga jak pasjonująca lektura i nie pozwala zasnąć snem sprawiedliwego. Myślę, że warto wybrać się także w rozbudowaną wersję podróży, poczynając od części I, a kończąc na V. Jeśli znajdę dość czasu, by ją odbyć, z pewnością opowiem, jak było.


****

Rok bieżący, jak dotąd, nie epatuje nadmierną ilością nowych nagrań Nate’a Wooleya. Jakkolwiek, przynajmniej kilka nowych tytułów warto w tym miejscu wskazać. Drugiego wydawnictwa doczekała się formacja Icepick, tworzona przez trębacza z pasjonującą sekcją Ingebrigt Haker-Flaten (b) i Chris Corsano (dr). Po monofonicznej kasecie (!?!) Hexane (Monofonus Press, 2014), czas na … czarny krążek Amaranth (Astral Spirits, 2016). Rzeczonego winyla jeszcze nie posiadam, a na nagraniu kasetowym niewiele słychać, więc póki co, temat jakości muzycznej inicjatywy Icepick musimy znacząco przemilczeć.




Na innym winylu ukazała się nie pierwszą już płyta Wooleya z Chrisem Corsano i portugalskim kontrabasistą Hugo Antunesem. Najpierw był kwintet Posh Orch (LP Orre, 2013), z dodatkiem piana i elektroniki, potem doskonałe trio Malus (LP NoBusiness Records, 2014), teraz zaś trafia do nas znów wersja kwintetowa Purple Patio (LP NoBusiness Records, 2016), gdzie bazowe trio zostało rozbudowane o dwie dodatkowe perkusje!

Krążek Argonautica (Firehouse 12 Records, …nareszcie CD, 2016), to nowy, elektryczny pomysł Wooleya, stworzony w hołdzie i z udziałem Rona Milesa, trębacza kojarzonego przede wszystkim z muzyką fussion. Dwie trąbki, dwie perkusje, elektryczne piano i … akustyczne piano. Opis płyty sugeruje muzykę improwizowaną. Pożyjemy, zobaczymy…




Na koniec tej niedługiej opowieści o nowościach płytowych Nate’a Wooleya, słowo… o jego debiucie. Do niedawna żyłem w przeświadczeniu, że trębacz (rocznik 1974) przed rokiem 2000 nie poczynił nagrań, które później dotarłyby na jakikolwiek nośnik. Jakże zatem spore było moje zaskoczenia, gdy po kolejnej udanej aukcji internetowej, wszedłem w posiadanie płyty formacji Sangha Trio Frantically Frantically Being At Peace (Slippery Slope, 1997). Obok Nate’a muzyczne ostrogi zdobywali tu jego rówieśnicy – basista Eric Warren i perkusista Charlie Doggett. Na krążku, obok dwóch znanych standardów, młodzi amerykanie grają muzykę skomponowaną przez grupę poprzez wolną improwizację. Muzyka jest doprawdy wyśmienita, gra Wooleya – już wtedy, prawie 20 lat temu – rzuca na kolana, a koledzy też radzą sobie całkiem dobrze. Co ciekawe – mimo szperania po sieci – nie znalazłem jakichkolwiek śladów ich przyszłej aktywności. Zatem Nate został bogiem, a koledzy raczej poświęcili się karierze naukowej, albo zostali zwykłymi pijakami. Płyta wszakże – absolutnie do polecenia!