Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weasel Walter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weasel Walter. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2026

Ewen, Smith & Walter play without the title!


W bogobojny dla niektórych piątek wrzucamy do odtwarzacza wyjątkowo gorące nagranie. Sandy Ewen na gitarze elektrycznej, Damon Smith na kontrabasie i Weasel Walter na instrumentach perkusyjnych, to amerykańskie trio, które śmiało zasługuje na miano power, choć rozumiane bardzo pokrętnie i raczej niestandardowo. Zapowiada się naprawdę niebagatelna przygoda. Bierzemy głęboki oddech i odlatujemy!

 


Pierwsza z siedmiu improwizacji jest najdłuższa, trwa ponad kwadrans i bodaj jako jedyna miewa chwile wytchnienia, zdjęcia nogi z gazu, próby łapania dramaturgicznego dystansu. Tak, czy inaczej kontrabas stawia tu stemple własną krwią, gitara tonie w onirycznej chmurze czegoś, co w ułamku sekundy może stać się paliwem atomowym, a perkusja (tu zwana perkusjonaliami, nie wiedzieć czemu) krąży wokół niczym szarańcza i zawłaszcza przestrzeń gęstej, jak wulkaniczna lawa narracji. Muzycy doskonale kontrolują jednak poziom intensywności. Gdy tylko zbliżają się do stadium hałasu, biorą głęboki oddech i pochylają się nad pojedynczym dźwiękiem, bo w tej demonicznej narracji liczy się każdy szczegół, a każdy fraza zdaje się pasować do pozostałych, jak elementy puzzle’a.

W drugiej opowieści muzycy przechodzą suchą stopą od porcji szumów i chropowatych szelestów do ekspozycji o niemal post-industrialnym posmaku. Ów kolektywny spazm sprawia, iż bywają tu momenty, gdy nie jesteśmy w stanie wskazać źródła danego dźwięku. W trzeciej części, mimo, iż gra spoczywa na brzmieniu smyczka, narracja staje się jeszcze bardziej intensywna – ciało w ciało, bez chwili zastanowienia, czy przestrzeni na refleksje. Perkusja wpada w galop, gitara sprzęga suchym powietrzem, kontrabas bliski jest noise possition. W kolejnej ekspozycji, tu huśtawce definitywnie mrocznych emocji, panoszą się porcje szmerów, metalicznych obcierek, czy prądu, który ścieka z gryfu gitary. Muzycy skaczą sobie do gardeł, ale wciąż pozostają w przyjacielskich relacjach.

Gdy wydaje się, że wszystko już wiemy o tym albumie, w części piątej i szóstej artyści dokładają nowe elementy, sprawiające, iż nasz dotychczasowy, duży już zachwyt przybiera jeszcze bardziej monstrualne rozmiary. Piątą przypowieść otwiera rozwibrowany, wysoko posadowiony smyczek. Jego melodia boli, podobnie jak kolejne spazmy perkusji. Gitara tonie w post-psychodelii, pozornie jest tu najmniej dotkliwym fonicznie atrybutem improwizacji. Tempo rośnie, każdy zakręt grozi śmiercią lub trwałym kalectwem. W szóstej części smyczek kreuje nowy gatunek muzyczny – to heavy barok! Artyści brną teraz w gęstym mule bagiennym, a każda akcja wymaga kolejnego napięcia mięśni. Przez moment zastygają w mrocznej mgle, to chyba najpiękniejszy moment tego albumu. To cisza, która buzuje post-hałasem. Nie po raz pierwszy perkusja sprawia jednak, że improwizacja dostaje kolejne życie.

Ostatnia opowieść w fazie początkowej wydaje się zagadkowo delikatna, wręcz spokojna. Muzycy z mozołem kręcą kolejne spirale narracji, jakby toczyli wielki kamień pod niekończącą się górę. Smyczek śpiewa żałobną pieśń pozostając w pozycji na kolanach, gitara krzyczy wraz z nim, a perkusja dynamicznie dygocze z emocji. Ostatnie dwadzieścia sekund płyty, to oddech konania.

 

Ewen/ Smith/ Walter Untitled (Balance Point Acoustic, CD 2026). Sandy Ewen – gitara, Damon Smith – kontrabas oraz Weasel Walter – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Cloud Recordings, Collinsville, USA, listopad 2025. Siedem improwizacji, 62 minuty.

 

 

piątek, 7 października 2022

Alex Ward and three fresh kicks! In one duo and two trios!


Brytyjski klarnecista i gitarzysta Alex Ward dostarcza nam właśnie trzy nowe płyty, idealnie pokazujące jego pasje, stylistyczne konotacje i niebywałą różnorodność w procesie komponowania i improwizowania.

Wszystkie prezentowane dziś twory edytorskie mają definitywnie demokratyczny charakter. W albumowych credits pojawiają się niekiedy kompozycje, ale kwintesencją każdej z płyt jest namiętna, prawdziwie dzika improwizacja. Oto przed nami kameralny duet, który potrafi kąsać niemal free jazzową energią i dwa tria śmiało sytuujące się na przecięciu free rocka, swobodnej improwizacji i mięsistego free jazzu. Na dwóch pierwszych albumach Alex sięga zarówno po klarnet, jak i gitarę, a na trzecim, mając u boku giganta brytyjskiego saksofonu barytonowego, koncentruje się wyłącznie na gitarze.

Z radością zaglądamy do wnętrza każdego z nich!

 


Dominic Lash & Alex Ward  Antonyms (Copepod, CD 2022)

Początek marca 2020 roku, Stowaway Studios, Londyn; Alex Ward – klarnet i gitara elektryczna oraz Dominic Lash – kontrabas. Pięć kompozycji (dwie pierwsze autorstwa Lasha, środkowa wspólna, dwie ostatnie Warda), 45 minut.

Początek albumu jest bardziej niż intrygujący. Zawieszone w czasie i przestrzeni preparacje smyczka i dziwne, piskliwe odgłosy, które dopiero po kilku chwilach uznajemy za dźwięki klarnetu. Najpierw frazy godne slow motion chamber, pchane do przodu leniwym pizzicato, potem nagły zwrot dramaturgiczny, aż do stanu niemal pre-freejazzowego. Nagranie uspokaja się w momencie powrotu smyczka i osiągnięcia marszowego tempa. Drugi utwór stawia recenzenta w pewnym rozkroku. Początkowe, zmysłowe, niemal post-barokowe frazy płyną do nas długimi, pięknie nasyconymi tłumionymi emocjami pasażami. Nagle w tym tyglu nieoczywistości pojawia się gitara, która w początkowej fazie brnie sprzęgającym się dronem, ale po chwili zaczyna rozsiewać jazzowy ferment i nakłania kontrabas do grania skocznego tematu zaczerpniętego z pięciolinii. W swej fazie schyłkowej narracja wpada w dość kolokwialną repetycję, ale udanie skrzy się rockowym spiętrzeniem i sięga po ciekawą dynamikę.

Kolejne dwa utwory zdecydowanie zapisujemy po stronie atutów albumu. Początek trzeciego, to smutny dialog smyczka i klarnetu. Muzycy wspinają się na wysokie wzgórze i nie stronią od dźwięków preparowanych. Narracja dość szybko nabiera zadziorności i targa naszymi emocjami od dołu do samej góry. Akcje imitacyjne, ale zaczepne, skoki w bok i dźwiękowe kuksańce. Kontrabas przechodzi w tryb pizzicato, dynamika rośnie, a narracja szczęśliwie unika jazzowych mielizn. Powrót smyczka wbrew pozorom dodaje jeszcze emocji - uderza po gryfie i ewidentnie zaczepia studzącą emocje gitarę. Początek czwartej opowieści kipi od niemal rockowych erupcji. Psychodeliczny background gitarzysty i doskonała robota kontrabasisty, który płynie zmysłowym pizzicato & arco. Muzycy zdają zmieniać podgatunki niczym przepocone rękawiczki. Jest sznyt jazzu, jest swąd rocka, ale finał tonie w kameralnym półmroku. Ostatni utwór zaczyna się bardzo nerwowo. Klarnecista pyskuje, kontrabasista szarpie za struny i drży z emocji. Gęsta opowieść ma swoje bystre tempo. Muzycy zdają się płynąć dość precyzyjnie zaplanowanym strumieniem dźwięków, ale ekspresji przybywa im z każdym krokiem. Tuż za rogiem niechybnie czai się free jazz! Samo zakończenie jest nawet zaskakująco taneczne, a cisza zostaje osiągnięta ostrym cięciem skalpela.



 

Deadly Orgone Radiation  Desecration Of Form (Copepod, CD 2022)

Koniec lipca 2018 roku, radiowy Nick Name Show, WFMU, Nowy Jork; Alex Ward – gitara elektryczna i klarnet, James Sedwards – gitara elektryczna oraz Weasel Walter – perkusja. Cztery improwizacje, prawie 39 minut.

Z triem DOR zdecydowanie przenosimy się do pieczary free rocka. Dwie nieźle harcujące gitary na przeciwległych flankach i masywny, dynamiczny, chwilami rockowy, niemal punkowy drumming. W początkowej fazie nagrania gitarzyści mają dużo swobodny, ale frazują dość podobnie i wydają się być mocno skoncentrowani na tym, by sprostać kompulsywnym akcjom perkusisty, który trzyma flow wyjątkowo silną ręką. Gdyby w tym gronie pojawił się jeszcze basista, mielibyśmy niechybnie ultra rockowy walec. Druga opowieść dodatkowo podkreśla dynamiczne walory pierwszej odsłony. Rytm wybijany perkusyjnymi pałeczkami, dwie hałasujące gitary, z których jedna pachnie post-bluesem, druga przypomina noise rockową brzytwę Steve’a Albiniego. Gitarzyści najpierw skoczą tu na niezłą wysokość, a potem, po stłumieniu dynamiki przez drummera, uciekają w intrygujące preparacje, zdobione talerzowymi ornamentami. Sam finał płonie w ogniu gitarowych sprzężeń i perkusyjnych eksplozji.

W kolejnych dwóch improwizacjach Alex sięga po klarnet, dzięki czemu jakość improwizacji wspina się na jeszcze wyższy poziom. Trzecia odsłona na tle pozostałych, to niemal balladowe tempo, pozwalające artystom na pokazanie swojego wysokiego kunsztu. Początek zdaje się być zarówno post-psychodeliczny, jak i zmysłowy, oniryczny. Narracja często redukuje się tu do duetu gitary i klarnetu, a dyscyplina dramaturgiczna temperamentnego perkusisty budzić musi spory podziw. Intensywność nagrania faluje, jest miejsce na szybkie incydenty solowe, a całość śmiało zaliczyć możemy do albumowego opus magnum. W czwartej części jakości też nie brakuje, a artyści powracają do niemal free jazzowej furii. Agresywna gitara, roztańczony klarnet i perkusja, która nie bierze jeńców z jednej strony, ale i pewna lekkość, gibkość całości z drugiej. Emocje skaczą tu do samego nieba, obserwujemy dużo imitacji na linii gitara-klarnet, a dynamiczne tempo trzyma w ryzach improwizację niemal do ostatniego dźwięku.

 


Alan Wilkinson, Alex Ward & Jem Doulton  Wilkinson Ward Doulton (Shrike Records, CD 2022)

Koniec stycznia 2020 roku, Sam and Rachel's, zapewne w Londynie; Alan Wilkinson – saksofon altowy, barytonowy i klarnet basowy, Alex Ward – gitara elektryczna oraz Jem Doulton – perkusja. Cztery improwizacje, 54 minuty.

Alex Ward i Jem Doulton od dawna muzykują w duecie, które ongiś zwinnie zatytułowali Dead Days Beyond Help. W swych improwizowanych podróżach, pełnych rockowej ekspresji napotkali jakiś czas temu na mięsiste, free jazzowe saksofony Alana Wilkinsona, dzięki czemu popełnili koncert, który winien zadowolić niejednego fana ognistej muzyki, niezależnie od konotacji gatunkowych. Przy okazji zasłużyli też na miano pełnokrwistego power trio! Start pierwszej improwizacji potwierdza zasadność epitetu, jakim obdarzyliśmy muzyków w poprzednim zdaniu – na raz, z okrzykiem na ustach! Histeryczny alt, siarczysta gitara i stawiająca ołowiane stemple perkusja, to elementy składowe tego szaleństwa. Rockowy swąd, free jazzowe podmuchy i drumming, korty nie musi stawić na moc, by budować dobre emocje. W tym zestawie do ściany dźwięku wiedzie wyjątkowo krótka droga, a soczyste riffy, skąpane w saksofonowym sosie, smakują tu wyjątkowo dobrze. W drugiej opowieści muzycy dość długo ukrywają swoje zamiary. Początek skrzy się jazzem i psychodelicznym sznytem gitary. Wejście w fazę kipieli dzieje się głównie za przyczyną perkusji. Znów na skok w ogień potrzeba tu ledwie kilku chwil. Gitara staje w płomieniach i daje radę zagłuszyć gotujący się saksofon barytonowy! Narracja bucha fajerwerkami, ale to saksofon sprawia, iż wychodzi na prostą i szuka mniej intensywnych rozwiązań. Druga część najdłuższej na płycie improwizacji zdaje się być najlepszą częścią albumu. Świetną zmianę daje tu baryton, który nie musi już uciekać przed ścianą dźwięku gitary. Ta ostania też stawia na brzmieniowe subtelności.

W trzeciej improwizacji pojawia klarnet basowy, które w duecie z perkusją introdukuje narrację. Początek iście balladowy, podkreślany onirycznie brzmiącą gitarą, ale już po kilku pętkach emocje rosną, a wraz z nimi dynamika nagrania. Jazzowa narracja szybko zapełnia się rockowymi riffami, ku górze skacze też poziom natężenia dźwięku. Klarnet basowy nie daje się tak łatwo zepchnąć ze sceny. Zakończenie świetnej ekspozycji zdobią jego pomrukiwania i gitarowa repetycje. Finałowa improwizacja w swej fazie początkowej zaskakuje brzmieniowymi niespodziankami. Znów wiele dobrego płynie z tuby barytonu. I to ten instrument staje na czele bardziej intensywnej fazy utworu. Połamany rytm i rockowe riffy sprawiają, iż ekspresyjna kipiel staje u bram! Koncert gaśnie w mroku gitarowych sprzężeń.

 


czwartek, 4 stycznia 2018

John Butcher! In addition to the 2017’ works! *)


Jak to zwykle bywa w przypadków muzyków kreatywnych, każdy rok kalendarzowy przynosi kilka lub nawet kilkanaście nowych wydawnictw. Nie inaczej jest w przypadku brytyjskiego saksofonisty Johna Butchera, postaci pomnikowej współczesnego free improv, przynajmniej z punktu widzenia Trybuny Muzyki Spontanicznej.

O doskonałej płycie Last Dream of the Morning pisaliśmy złotymi literami minionej jesieni, przy okazji śmiało sadowiąc ów krążek, po niedługim czasie, na liście najlepszych płyt roku (co miało miejsce dokładnie cztery dni temu).

Poza w/w tytułem dyskografia saksofonisty ze Zjednoczonego Królestwa powiększyła w trakcie minionych dwunastu miesięcy jeszcze o pięć pozycji (przynajmniej wedle dociekań Pana Redaktora). Dziś nad dwiema z nich pochylimy się dość szczegółowo, a o pozostałych wspomnimy w nadziei, że przyjdzie kiedyś czas na ich odsłuch.




John Butcher/ Damon Smith/ Weasel Walter ‎ The Catastrophe of Minimalism  (Balance Point Acoustics)

Nowe wydawnictwo nie zawsze oznacza … nowe nagranie. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku Katastrofy Minimalizmu, po części, dotyczy także drugiej z omawianych dziś płyt. Oto bowiem błyskotliwa, dalece swobodna improwizacja w składzie: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Damon Smith – kontrabas (a także odrobina elektroniki) i Weasel Walter – instrumenty perkusyjne, zarejestrowana została w czerwcu … 2008 roku (koncert w Grand Oakland, Kanada). Płytę, jak najbardziej świeżą, dostarcza Balance Point Acoustic – 5 utworów, blisko 55 minut muzyki.

One. Start improwizacji wyznacza gęsty, soczysty tembr silnego kontrabasu Damona (on sam też jest … potężnie zbudowany). Tenor Johna jest rozwibrowany, a działania perkusjonalne Weasela, dla odmiany, dość delikatne i wysublimowane (za pełnym zestawem drummerskim, muzyk ten bywa ogniście wybuchowy!). Intro trwa niespełna trzy minuty.

Two. Ostry werbel i szczypta talerzykowania stanowi początek kolejnej improwizacji, już pełnowymiarowej w aspekcie czasowym. Krótkie solo perkusyjne zostaje zmysłowo skomentowane przez kontrabas. Saksofon pojawia się po 120 sekundach. To drastycznie zmutowany sopran (i tu, walory akustyczne są wyjątkowe). Muzycy improwizują w stanie permanentnego zwarcia. Akcja! Reakcja! Nie żałują energii, nie stronią od emocji na scenie. Smykowy kontrabas nabiera demonicznego wymiaru, drumming jest szybki, zwinny, nie mniej błyskotliwy niż rozpędzony saksofon. 6 minuta oznacza krok w doom improv. Oniryczna, zmysłowa, wstrząsająca narracja, który z każdą sekundą zagłębia się w ciszy.

Three. Powrót do krwistej dynamiki! Improwizacja leje się, jak niewystudzony napalm, który pali wszystko do gołej ziemi. Tenor Butchera jest agresywny, sekcja pędzi, jak szalona. Zgodnie z wyjątkowo udanym tytułem całej płyty, muzycy definitywnie stronią od zachowań minimalistycznych. Kontrabas rządzi i rozrywa struny ostrym smykiem. Tu także, 6 minuta oznacza zejście w cichsze rejestry. Wyrafinowana sonorystyka, to naturalna kolej rzeczy. Kilka minut zadumy i muzycy ponownie ruszają na wyprawę! Ta ma wyjątkowo free jazzowy wymiar, czemu sprzyja dynamiczny walking Smitha. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni, Butcher schodzi na dalszy plan i daje się Jankesom wyszaleć. A Ci, jakby dostawali dodatkowy zastrzyk energii! Powrót saksofonu jest precyzyjny, szumi kropelkowo i zdaje się kiełznać ambicje partnerów. Piękny, sopranowy taniec, prawdziwie ptasia eskalacja. Dwudziestominutowa epopeja dobiega końca, a jej główną cechą charakterystyczną – ciągła zmiana biegu narracji. Na sam finał, liryczny dialog Johna i Damona.

Four. Odrobina wzajemnego siłowania się. Kontrabas brzmi jak piła mechaniczna, saksofon jak kosa, a drummer stawia upocone stemple. Dynamika rośnie, ekspresja leje się po ścianach, a jedyny, który nie milknie na całej płycie, to kontrabasista. Galop przy wtórze kropelkowej ekspozycji sopranu. Bodaj najszybszy fragment Katastrofy. Zdaje się także, iż Damon wreszcie podłączył swoje elektroniczne akcesoria. Groźne, soczyste tło dla improwizacji, i tak wprowadzonej bardzo nisko. Drżenie, które ostrzega przed konsekwencjami zaniechania. Ale nie na tej płycie! Solo Waltera, rodzaj bezczelnej odpowiedzi. Burza z piorunami, to z kolej efekt działań Smitha. W 10 minucie smykowa ekspozycja studzi emocje (by the way… sax milczy od dość dawna). Kontrabas zjeżdża na sam dół! Sopran powraca! Panowie czynią swoją powinność, zmysłowo dyskutując na niezobowiązujące tematy.

Five. Prychanie saksofonisty, trochę jak komentarz w kontekście brudnych paluchów kontrabasisty na skwierczących strunach, grających niczym dobosz na odpuście. Bystry free jazz! Konwulsje na zestawie perkusjonalnym! Baa, wszyscy muzycy zdają się szczytować w tym właśnie momencie! Stop w błyskotliwą sonorystykę znów jest mistrzowskim pociągnięciem! Ta, osadzona jest jednak w podskórnym rytmie, przez co finał tej dramatycznie dobrej płyty jest niecodzienny. Erupcja tenoru wieńczy dzieło! To bodaj pierwsze spotkanie muzyków w takim układzie personalnym. Wszakże poziom synergii wewnątrz tria, jakby zadawał kłam temu faktowi. Brawo!




Akio Suzuki/ John Butcher ‎ Immediate Landscapes (Ftarri, 2017)

Przed nami kolejna płyta, która obok stosunkowo świeżego materiału, zawiera także rejestrację, która czekała na upublicznienie wiele lat (tu, ponad dekadę). Johnowi Butcherowi – saksofon tenorowy i sopranowy, na krążku Immediate Landscapes, towarzyszy Akio Suzuki, którego instrumentarium pozwalam sobie zacytować w całości, dodatkowo jedynie w języku Szekspira - Pebbles, Glass Plate, Sponge, Pocket Bottle, Voice Analapos, Brass Plate, Cardboard Box, Wood Screws, Bamboo Stick, Metal Plate, Noise Whistle, Swizzle Sticks (dociekliwych Czytelników odsyłam do internetowego translatora). CD dostarcza nam dokumentację dwóch koncertów. Pierwszy odbył się w ramach wydarzenia określonego jako Arika Resonant Spaces Tour, Scotland & Orkney (czerwiec, 2006). Drugi zaś, blisko dekadę później w Tokyo, tym razem w ramach Ftarri Festival (listopad, 2015).

Starszy z koncertów (utwory 1-5) zawiera w głównej mierze, podawane w niezwykle onirycznym klimacie, na dużym pogłosie akustycznym, etno-pląsy na rozbudowany zestaw niestandardowych przedmiotów wydających dźwięki i zatopiony w ich soundzie saksofon sopranowy, pracujący na ogół w bardzo wysokich rejestrach. Japończyk, który obok faktu bycia czynnym muzykiem, jest także konstruktorem swojego instrumentarium i… szamanem (info: discos.com), dominuje w nagraniu, zarówno pod względem akustycznym, jak i dramaturgicznym. Butcher rzadko wychodzi przed szereg, częściej koncentruje się na komentowaniu poczynań partnera i akompaniowaniu. W jego tubie dzieją się zapewne akustyczne cuda, ale giną one w pogłosie i florze dźwiękowej, produkowanej przez Suzukiego. Rytuały szamańskie dzieją się na naszych … uszach, ale radości recenzentowi przynoszą stosunkowo małą porcję. Nie brakuje klimatów typowych dla field recordings, prób sonorystycznych reakcji saksofonisty, czy perkusyjnych, wzajemnych imitacji, ale aura przestrzeni dominuje niepodzielnie w trakcie ponad 30 minutowego koncertu.

Koncert całkowicie nam już współczesny (utwór 6, 26 minut z sekundami), szczęśliwie odbywa się już w bardzo przyjaznych warunkach akustycznych. Muzycy zeszli na ziemię i zaczęli improwizować w sposób zdecydowanie bardziej przyswajalny dla recenzenta. Ten ostatni wreszcie może podelektować się dźwiękiem. Nadal w nagraniu dominują wysokie rejestry (chwilami baaardzo!), ale w tych okolicznościach przyrody jest także okazja, by docenić kunszt improwizatorski Japończyka. Narracja dostarcza dużo dźwięków w jednostce czasu. 8-9 minuta, to zmyślne sonore saksofonu na tle trąco-trzeszczących powierzchni płaskich i owalnych. Rodzaj dobrej improwizacji, która utrzymuje kontakt z podłożem. W 15 minucie do zdecydowanej gry wchodzi tenor, komentowany szeregiem drobiazgowych incydentów perkusyjnych. 18 minuta, to przykład uporczywego ugniatania … balonika. Dzieję się zatem sporo, choć podobnie, jak w przypadku pierwszego koncertu, dramaturgicznie prym wiedzie Suzuki. Choć owo drugie spotkanie jest karkołomnie ciekawsze, to płytę Immediate Landscapes czeka w przyszłości raczej duża porcja kurzu na jednej z wysoko położonych półek w salonie recenzenta.


****

Dyskografię Johna Butchera, datowaną na rok 2017, uzupełniają jeszcze trzy pozycje. Litewski NoBusiness Records dostarczył, jedynie na winylu, ciekawy personalnie kwintet Anemone. Nagranie A Wing Dissolved in Light firmują, obok Johna, także Peter Evans (tp), Frédéric Blondy (p), Clayton Thomas (b) i Paul Lovens (dr).

Kolejny winyl, to duet saksofonisty z japońskim gitarzystą Keiji Haino. Nagranie wydane przez londyńskie Cafe Oto, to także rejestracja koncertu, zgodnie zresztą z tytułem wydawnictwa -  Light Never Bright Enough. Live at Cafe Oto.

Najnowszą produkcją Butchera jest niezwykle intrygujący kwartet, w którym odnajdujemy także Johna Russella (g), Dominica Lasha (b) i Slavika Solberga (dr). CD zwie się Into Darkness i zawiera rejestrację koncertu z IKLETIC (Ircd).

Redakcja czeka na możliwość odsłuchu tych ostatnich trzech pozycji. Z pewnością warto!


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie recenzowanych dziś wydawnictw.


*) ang. W uzupełnieniu prac datowanych na rok 2017