Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raymond Boni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raymond Boni. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 września 2022

The September Round-up: Land Over Water! Aumbrambama! The Kort'dakian Crisis! Sources! Fu-Rin-Ka-Zan! To Live and Breathe! Legacies for Our Grandchildren! Aarhus!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziś, jak na nasze kanony, dużo w niej będzie jazzu, zarówno tego swobodnego, bez ram stylistycznych i ograniczeń w zakresie ekspresji, jak i tego, który chwilami sięgać będzie do swych korzeni i posiłkować się main-streamową estetyką. Tym razem unikniemy szczególnie bolesnych eksperymentów, choć w zestawie nie zabraknie niespodzianek, takich jak choćby obecność w elektroakustycznej improwizacji legendy amerykańskiej i europejskiej sceny hip-hopowej. Będą nagrania bardzo świeże, ale także kilkuletnie, a na końcu opowieści nawet takie, które na swą premierę czekały kilkadziesiąt lat!

Pośród ośmiu omawianych dziś albumów aż pięć wydano we Francji – czekają na nas podwójne nowości z naszych zaprzyjaźnionych labeli Circum-Disc i Dark Tree, a także jedna z eksperymentalnego eux sæm.

Zaczniemy od dwóch swobodnie improwizowanych ekspozycji, które free jazz mają posadowiony z tyłu głowy – odpowiednio z Holandii i Polski. Potem rzeczony pięciopak francuski, bardzo różnorodny estetycznie, z kilkoma gorącymi, współczesnymi nazwiskami, ale też nie bez udziału … amerykańskich weteranów free jazzu i anonsowanego wcześniej hip-hopu. Na finał zaś dzisiejszego zestawu samotny Walijczyk w barwach portugalskich, w nagraniach koncertowych z duńskiego Aarhus, popełnionych 35 lat temu, a wyszukanych na starych kasetach w pewnej zatęchłej piwnicy.



 

Hugo Costa, Raoul van der Weide & Onno Govaert  Land Over Water (Creative Sources, CD 2022)

Rotterdam, Noorse Kerk (koncert), Okapi Recordings (studio), czas nieznany; Hugo Costa – saksofon altowy, Raoul van der Weide – kontrabas, obiekty perkusyjne oraz Onno Govaert – perkusja. Cztery improwizacje, 41 minut.

Portugalski saksofonista, którego znamy z kilku mniej lub bardziej hałaśliwych odmian improwizacji (choćby Albatre, czy Anticlan), od pewnego czasu gustuje także w akustycznych, open jazzowych wystąpieniach. Na najnowszej płycie do tria dobrał sobie wybitnych muzyków z Holandii, dzięki czemu mógł na koncertowych i studyjnych rejestracjach pozwolić sobie na pełną swobodę kreacji, mając pewność, że efekt całości, tak czy inaczej, będzie wyjątkowo wartościowy. Album składa się dwóch rozbudowanych improwizacji (w tym jednej koncertowej), dwuminutowego interludium i kilkuminutowej, dość kameralnej ekspozycji na zakończenie.

Na początek rzeczony koncert i ponad osiemnaście minut swobodnego free jazzu. Kilka pierwszych przebiegów realizowanych jest dość spokojnie, z odrobiną elektroakustycznych wtrętów kontrabasisty. Przywołany free jazz zdaje się być dla muzyków nade wszystko drogowskazem, a nie celem samym w sobie. Nim muzycy dojadą tu na końcowy szczyt, bawią się w rezonujące subtelności, saksofonowe półmelodie na dużym wydechu i całą masę kontrabasowych wspaniałości. Portugalczyk zostawia Holendrom dużo miejsca na scenie, a ci rewanżują się mocą jedynie udanych wyborów. Druga, szybka narracja odbywa się już w okolicznościach studyjnych, a składa się na nią intro kontrabasu, trochę perkusjonalnych akcji saksofonowych dysz i drummingowe stemple jakości. Trzecia improwizacja, to znów kilkunastominutowa beauty impro drama! Na starcie szum z tuby, rytmiczne podrygi kontrabasu i perkusji, dające silną inspirację do polirytmii, pełnej fikuśnych, połamanych dysharmonii. Kolektywną narrację zdobi solo drummera i zmysłowe pogwizdywanie kontrabasisty. Tu także free jazz z subtelnościami efektownie nabiera tempa i śle nam moc brawurowych pozdrowień. Sześciominutowy finał albumu budowany jest na kontrabasowym smyczku, saksofonowych, długich pasażach i bystrych kontrapunktach drummera. Kameralna, niemal post-barokowa ekspozycja systematycznie pęcznieje, a na koniec pachnie wyjątkowo zrelaksowanym Aylerem.



 

|fontAnna|, Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Aumbrambama (Torf Records, DL 2022)

Poznań, Kołorking Muzyczny, 23 lutego 2022; |fontAnna|- głos i obiekty, Piotr Dąbrowski – perkusja kieszonkowa i głos oraz Michał Giżycki – saksofon sopranowy i klarnet basowy. Trzy improwizacje, 36 minut.

Czwarta płyta poznańskiego labelu Torf trzyma zdumiewająco wysoki poziom swoich poprzedniczek, i jak one, zdaje się być dalece rożna od pozostałych albumów w zestawie. Jakość i różnorodność, to cechy edytorskiego katalogu, które nie zawsze idą w parze, zwłaszcza, gdy w każdej rejestracji pojawia się dęty śpiew szefa wydawnictwa. Aumbrambama przeczy tym obiegowym opiniom, to bowiem album niosący nas przez całe 36 minut naprawdę wysokim wzgórzem. A jej podstawowe atrybuty pięknie konsumują trzy słowa w języku Szekspira - ritual fire music! Emocje, brzmieniowa wrażliwość i wybuchowy temperament perkusisty (używającego także głosu), ponadgatunkowej wokalistki, wreszcie zmysłowego saksofonisty i klarnecisty.

Początek sesji należy do pocket drummera, który buduje polirytmiczną fakturę bogatym bukietem perkusjonalnych świecidełek i ewidentnie dalekowschodnim posmakiem. W ów potok fonii z łatwością wkleja się saksofon sopranowy, który jednym oddechem nadaje improwizacji odpowiedni poziom ekspresji, a drugim wciąga ją na wysoki szczyt i śle stamtąd bogobojne pokłony. Po kilku minutach w tej efektownej strudze emocji pojawia się wokalistka, która najpierw mantruje, a potem śpiewa w nieznanym języku. Na starcie drugiej improwizacji muzycy sytuują się bliżej ciszy, a dźwięki otwarcia znów płyną z perkusjonalii. Głos tym razem jodłuje, a potem skomle o łyk zimnej wody. Tymczasem na scenę wtacza się klarnet basowy, który jasno daje do zrozumienia, że najbliższe chwile nasycone będą jego nisko brzmiącą ekspresją. Najpierw zabiera w podróż wokalistkę, potem porywa do lotu nerwowy drumming. Opowieść w środkowej części błyskotliwie przygasa, a jej odbudowa znów liczyć może na emocje klarnetu, wspieranego kocim mruczeniem pozostałej części załogi. Trzecia improwizacja w dużej części tkana jest z drobnych, zagubionych fraz. Oto narracja leniwych i wzdychających improwizatorów, którzy szukają drogi na kolejny szczyt, ale wciąż uroczo zbaczają z obranej ścieżki. Rozhuśtana, melodyjna, jakże śpiewna opowieść dociera do kresu po kilkunastu minutach. To, w jaki sposób gaśnie, raz jeszcze dowodzi kunsztu tej trójki szaleńców.



Mike Ladd, Emilie Škrijelj & Tom Malmendier  The Kort'dakian Crisis (eux sæm, CD 2022)

Mulhouse, Météo Music Festival, La Filature, 27 sierpnia 2021; Mike Ladd – głos i poezja, Emilie Škrijelj – akordeon, turntable, elektronika oraz Tom Malmendier – perkusja. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Francusko-belgijski duet, który używa także nazwy własnej Les Marquises, znamy w tym gronie dość dobrze, z kolei amerykański poeta, głos zbuntowanego pokolenia z przełomu millenium, w periodykach poświęconych muzyce improwizowanej bywa nie zbyt często. A to błąd! Czyż bowiem jego fantastyczne produkcje awangardowego hip-hopu, te czynione już po tej stronie Wielkiej Wody, choćby w ramach sublabelu Biga Dada Recordings, nie niosły ze sobą pierwiastka improwizacji? Mniej zorientowanych odsyłamy do nagrań sprzed 20 lat, a wszystkich zapraszamy na koncert elektroakustycznego akordeonu, perkusji i zmysłowego głosu poety, w brzmieniu których nie sposób nie doszukać się wpływu takich formacji, jak choćby legendarne The Infesticons!

Od pierwszej sekundy koncertu artyści budują bogaty flow, który urokliwie lepi się z progresywnego, gęstego drummingu, elektronicznej magmy soczystych, syntetycznych wymiocin i głosu, który kaznodziejskim tembrem sypie w nas słowami, metaforami i prawdami objawionymi. Paleta możliwości okablowanego akordeonu wydaje się nie mieć tu granic - artystka pełni rolę dj-a, który sypie zjawiskowymi, chwilami naprawdę zadziornymi i zgrzytliwymi frazami. Także możliwości akustycznych brzmień perkusji i głosu zdają się być nad wyraz bogate. Narracja równie efektownie prezentuje się w fazie dynamicznej, jak i w strefie spowolnienia. W tej drugiej opcji dostajemy się w wir niemal akustycznych subtelności, a świetną robotę wykonuje poeta, który niczym wytrwany aktor teatralny dostosowuje tembr głosu i tempo wypowiedzi do sytuacji scenicznej. Ten ostatni potrafi też zamilknąć i dać sygnał do zmiany sposobu budowania narracji (choćby w okolicach 14 minuty). Po kolejnych dziesięciu minutach dostajemy się w wir turntable’idalnych popisów Emilie, czynionych w momencie, gdy jej partnerzy ewidentnie gaszą poziom ekspresji. Ostatni kwadrans koncertu przynosi jeszcze więcej smaczków. Zestaw perkusyjny Toma dwukrotnie wpada w intensywny rezonans, bardzo podobać się może także moment, w którym narracja robi się wyjątkowo cicha, niemal oniryczna, a plastry żywego akordeonu stają się wyjątkowo urokliwe. Finałowe kilka minut, to bystra droga na szczyt, którego osiągniecie zwiastuje krzyk Mike’a, a potem rzęsiste oklaski publiczności.



Abdou & Boni  Sources (Circum-Disc, CD 2022)

Lille, la malterie, 21-23 grudnia 2020; Sakina Abdou – saksofon i flet oraz Raymond Boni – gitara. Dziewięć improwizacji, 33 minuty.

Kolejne spotkanie międzypokoleniowe! Młoda adeptka zaawansowanych technik wydobywania dźwięków z instrumentów dętych drewnianych oraz gitarowy mistrz, prawdziwy weteran sceny francuskiej, co to bystre improwizacje grywał z Joe McPhee cztery i więcej dekad temu. Spotkanie tej dwójki charakteryzuje pewien wzajemny dystans, tak międzypokoleniowy, jak i po części estetyczny. Z jednej strony dużo szacunku, ale z drugiej wiele ochoty, by z tego spotkania powstało naprawdę coś wartościowego. Abdou mniej niż zazwyczaj preparuje, nie używa swojego recordera, z kolei Boni sypie z rękawa tysiącami pomysłów, bywa nienośne post-klasyczny, ale gdy kosa trafi tu na kamień, improwizacja iskrzy podniebnymi fajerwerkami. Tak dzieje się choćby w opus magnum tego krótkiego albumu, w przedostatniej improwizacji.

Wspomniany na wstępie wzajemny szacunek zdaje się determinować artystów zwłaszcza w dwóch pierwszych improwizacjach. Sporo tu czystych fraz i raczej mniej zadziornych interakcji. Jak się okazuje, od współczesnej awangardy do francuskiej klasyki gitarowej nie wiedzie aż tak daleka droga. Trzecia i czwarta odsłona, to pierwsze perełki w zestawie. Muzycy pracują blisko ciszy, serwują nam plejady filigranowych fraz, stosując nieco mniej konwencjonalne rozwiązania. Abdou sięga pierwszy raz po flet, oboje nie stronią od drobnych preparacji. W kolejnych dwóch opowieściach muzycy ślą nam trochę melodii, garść jazzu i pewną taneczną dostojność, jakby dawali nam chwile wytchnienia przed tym, co na ich albumie definitywnie najciekawsze.  W siódmej odsłonie powraca flet, a gitara sypie brudnymi dźwiękami. A tuż potem zapowiadany skok jakości! Zabrudzone, metaliczne wyziewy gitary, mroczne oddechy saksofonu i intrygujący suspens dramaturgiczny. Zmiana goni tu za zmianą. Tuba śpiewa, charczy i syczy, a gitara stroi bardzo nisko. Emocje pną się ku górze i zgrabnie finalizują opowieść. Album kończy ballada, która zdaje się konsumować wszelkie ambiwalencje, jakie zrodziły się w głowie recenzenta. Choć nie brakuje w niej stylowych, dętych kantów i zadziornych westchnień.



Le Trio Voyageur  Fu-Rin-Ka-Zan (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nagrania nieznane; Ludovic Montet – wibrafon, instrumenty perkusyjne, głos i kompozycje, Stefan Orins – fortepian i głos oraz Charles Duytschaever – perkusja i głos. Osiem utworów, 48 minut.

Fu-rin-ka-zan, to prawdopodobnie zbitka japońskich słów określających wiatr, las, ogień i góry. Album o tym tytule jest zaś rodzajem pamiętnika francuskich muzyków z podróży po Japonii. To zbiór bystrych, jazzowych kompozycji, które śmiało zaliczyć może do tzw. nurtu głównego, ubranych w zgrabną melodyki, doposażonych w zwinne, nieprzegadane improwizacje i dalece chill-outowy klimat, przynajmniej w percepcji miłośników zgrzytliwych i bolesnych wojaży free impro. Zestawienie wibrafonu, niepreparowanego fortepianu i perkusji może sugerować ocean słodyczy, ale zapewniamy, iż artyści potrafią tu pokazać czarci pazur!

Dwie pierwsze kompozycje tyczą nam szlak, po którym podążać będą artyści. Smukły jazz bez pretensji do nieomylności, budowany niemal z baletową gracją. Piano i wibrafon czynią tu honory solistów, ale ich eskpozycje dobrze komponują się z kolektywnym charakterem narracji. Muzyka do tupania nogą i śpiewania, ale także do niezobowiązującej refleksji. Trzecia opowieść przybiera szaty ballady z bluesowym posmakiem, która po czasie łapie bakcyla dynamiki. Kończy ją solo perkusisty, który jest także jednym instrumentalnym aktorem kolejnego utworu. Tu niemal afrykańska polirytmia bogacona jest rytmicznymi okrzykami pozostałych muzyków, czynionymi w języku japońskim. Piąta część znów startuje z pozycji sweet song, ale nabiera wigoru, a kończy ją duet inside piano i perkusyjnych szczoteczek, budowany z dużą atencją emocjonalną. Z kolei szósta opowieść powstaje głównie na klawiaturze piana i wibrafonach powierzchniach płaskich. To przykład niemal post-klasycznej narracji. W przedostatniej części muzycy pokazują ów zapowiadany pazur. Dynamika, czarne klawisze w konwulsyjnym, rytmicznym tańcu i dużo dobrych emocji, wieńczonych zmysłową, tłumioną improwizacją. Album kończy samotnie wibrafonista. Jego delikatne, wręcz oniryczne frazy udanie reasumują całe nagranie.



Vinny Golia, Bernard Santacruz & Cristiano Calcagnile  To Live and Breathe... (Dark Tree Records, CD 2022)

Piacenza, Casa Spezia, 5 lutego 2017; Vinny Golia – saksofon sopranowy i flet piccolo, Bernard Santacruz – kontrabas oraz Cristiano Calcagnile – perkusja. Pięć improwizacji, 53 minuty.

Na foniczną dokumentację spotkania amerykańskiego saksofonisty, bezdyskusyjnego weterana gatunku i jego nieco młodszych, ale też pozostających w sile wieku kolegów - francuskiego kontrabasisty i włoskiego perkusisty - czekaliśmy długie pięć lat. To kolejny w dzisiejszej zbiorówce pokaz swobodnego jazzu, otwartego na wszelkie sugestie stylistyczne. Jeśli nie wtłaczamy włoskiego wydarzenia w ramy free jazzu, to jedynie dlatego, iż artyści kreują w trakcie niemal całego koncertu plejady dźwiękowych subtelności i dowodzą, iż w otwartej kameralistyce także mają dużo do powiedzenia.

Pierwsze cztery improwizacje, to zasadnicza część koncertu, podana w jednym strumieniu dźwiękowym. Na starcie wysoko zawieszony sopran, niskie pizzicato kontrabasu i aktywny drumming posadowiony gdzieś pomiędzy nimi. Śpiewna melodyka, żywy groove basu i sporo kreatywnego fermentu ukrytego wewnątrz narracji. Żywa, dynamiczna improwizacja, nieco filuterna, gdy wszystkie instrumenty zaczynają grać w wysokich rejestrach. Finał otwarcia kipi od emocji saksofonu, które gasić musi zwinny smyczek. Druga faza koncertu przenosi nas do przestrzeni bardziej kameralnej. Smutny saksofon i kontrabas, który decyduje tu niemal o wszystkim, wreszcie rezonujące talerze, które w końcowej fazie kradną show. W trzeci odcinek wchodzimy na barkach perkusisty, który buduje urokliwe expo dając sygnał, że i on może postawić nas do pionu jakością swojego frazowania. Narracja nabiera wigoru, gdy do gry wchodzą pozostałe instrumenty, oferując dobre emocje i kilka fajerwerków ze strony świetnie rozgrzanego drummera. W ostatniej części seta muzycy ponownie chyla się ku kameralistyce. Saksofon woli tu leniwie śpiewać, ale kontrabas i znów świetna perkusja macą flow i kreują świetne figury dramaturgiczne. Po oklaskach czas na encoreI Golia sięga po flet piccolo, Santacruz zaczyna na smyczku, potem sunie delikatnym pizzicato, a Calcagnile dodaje kilka perełek ze swojego coraz bogatszego zasobnika jakości. To być może nietypowe, ale zdaje się, że bis tego więcej niż dobrego koncertu jest jego najlepszą częścią.



Horace Tapscott Quintet  Legacies for Our Grandchildren - Live in Hollywood, 1995 (Dark Tree Records, CD 2022)

Hollywood, Catalina’s Bar & Grill, 19-20 grudnia 1995; Horace Tapscott – fortepian, Michael Session – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, Thurman Green – puzon, Roberto Miranda – kontrabas, Fritz Wise – perkusja oraz gość specjalny: Dwight Trible – wokal. Sześć utworów (różni kompozytorzy), godzina zegarowa.

Zgodnie z zapowiedzią preambuły tej zbiorówki cofamy się w czasie, w tym wypadku o skromne 27 lat. Na scenie znanej kalifornijskiej miejscówki dla fanów pełnokrwistego jazzu spotykamy legendę gatunku, pianistę, który w zgrabnym kwintecie serwuje nam sześć pure jazzowych kompozycji, zdobionych efektownymi, niekiedy wręcz free jazzowymi solówkami. Muzyka ta z perspektywy trzeciej dekady XXI wieku wydaje się dość oczywista i przewidywalna, ale z drugiej strony, czy ktoś potrafi dziś grać jazz środka na takim poziomie kreatywności?

Koncert z Hollywood składa się z dwóch, przeplatających się wątków. Nieparzyste tematy zdają się tu stanowić esencję jakości – dwie pierwsze, to kompozycje Tapscotta, ta trzecia, to utwór Milesa Davisa. Świetnie ze sobą współgrają stylistycznie - melodyjne, ale twarde tematy, niebywały groove kontrabasu, który trzyma flow od pierwszej do ostatniej sekundy i wyjątkowo smakowite solówki saksofonu i puzonu. Sam pianista trzyma się tu trochę z boku, pełni rolę strażnika jakości wykonania kompozycji, a gdy już rusza w tango ze swoją ekspozycją solową, bywa wystudzony, niekiedy stanowiąc dysonans dla śpiewnego tematu i harcujących dęciaków. Choć tematy pianisty budzić winny szacunek (jakże precyzyjne aranże, które stymulują emocje na scenie!), to trzeba oddać królowi, co królewskie. Temat Davisa, to top tego koncertu - dynamiczny, nasycony połamanymi synkopami i świetną robotą drummerską. Utwory parzyste, z pespektywy recenzenta, mogłyby w ogóle nie znaleźć się na tym albumie. Pojawia się w nich wokalista, a tematy stanowią afroamerykańskie spirytualsy. Rodzaj hołdu dla korzeni jazzu i czarnej kultury nie budzi naszych wątpliwości, te wynikają raczej z przesłodzonej estetyki piosenek, jakie serwuje nam kwintet +1. Honoru parzystych kompozycji broni finałowa ballada, którą zdobi świetny step pianisty i rozśpiewane frazy saksofonu sopranowego.




Steve Hubback  Aarhus (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/ DL 2022)

Aarhus, 1987; Steve Hubbach - perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika. Dwa utwory (prawdopodobnie fragmenty dwóch koncertów), 45 minut.

Walijski perkusista, aktywny na scenie improwizowanej od zamierzchłych lat 70. ubiegłego stulecia, odkrył w trakcie pandemii zbiór starych kaset ze swoimi solowymi koncertami z roku 1987. Z obszernego materiału dało się wykroić dwie strony kasety, zachowując przyzwoitą jakość brzmienia (choć klejenia taśmy są słyszalne). Muzyk w trakcie tych występów udanie korzysta z elektroniki, a w procesie improwizacji skupia się na czystym drummingu i raczej nie winniśmy oczekiwać od niego stosowania rozszerzonych technik wydobywania dźwięków z werbla, tomów, czy talerzy.

Pierwsza strona kasety składa się z trzech podepizodów. Początek tworzony jest na plamie ambientu, po której urokliwie ślizga się circle drumming, silnie doposażony w pogłos. Muzyk incydentalnie do kotła dźwięków wrzuca elektroniczne zgrzyty, ale szczęśliwie dość szybko porzuca ten rodzaj aktywności. Druga część budowana jest wyłącznie na perkusji i po prawdzie nie przynosi nic szczególnie ekscytującego. To jedynie wystudzone emocje powtórzeń i zgranych, perkusyjnych grepsów. Mały ambient powracana na koniec seta i narracja od razu zyskuje na jakości. Druga strona kasety też klei się z trzech wątków i wydaje się być dużo ciekawsza. Pierwsza odsłona jest pure drummingowa, ale skoncentrowana na drobiazgach, pełna brzmieniowych smaczków i niebanalnej dynamiki. W części drugiej pojawia się soczysty ambient, który po kilku pętlach narracyjnych przechodzi z pozycji tła to roli pełnoprawnego kreatora improwizacji. Przez moment słyszymy chór kościelny, który kontrapunktowany jest dość agresywnym bębnieniem. Wreszcie sam finał strony i kasety, definitywnie najbardziej intrygujący w zestawie. Muzyk sięga po bliżej nieokreślony w albumowym credits instrument strunowy. Posiłkując się elektronicznym tłem buduje doskonałą ekspozycję. Najpierw szarpie za struny, potem prowadzi na nich drummingową narrację. Zakończenie skrzy się ciekawymi frazami, metalicznym echem i niemal oniryczną poświatą.

  

 

poniedziałek, 25 lipca 2016

Daunik Lazro – francuski łącznik


Daunik Lazro, wybitny francuski saksofonista wolnej muzyki improwizowanej, kolejna być może ofiara dominacji kultury anglosaskiej we wszechświecie (bo permanentnie niedoceniany przez całą swoją muzyczną przygodę, trwającą ponad cztery dekady), trafił już na te łamy przy okazji omawiania trzech genialnych kwartetów jego nieco młodszej koleżanki znad Sekwany, Joelle Leandre. Na zapowiadane wtedy kilka słów o nim i jego muzyce przyszedł dziś odpowiedni moment.

Dyskografia autorska muzyka, urodzonego 71 lat temu w Chantilly, nie jest nadmiernie rozbudowana. Znacząca jej cześć powstała z udziałem improwizujących rodaków i wydana została we Francji. O kolaboracjach z Leandre (choćby Paris Quartet i Madly You) już pisałem, warto także wspomnieć o niejednokrotnych spotkaniach z wyjątkowym francuskim sopranistą Michelem Donedą i takimż portugalskim skrzypkiem Carlosem Zingaro. Jeśli chodzi o świat anglosaski, częstym partnerem Daunika bywał Joe McPhee. Osobiście po raz pierwszy usłyszałem tembr jego saksofonów w trakcie zwarcia trzech instrumentów dętych, drewnianych, na krążku bez tytułu, który dwadzieścia lat temu wydała oficyna Vand’Oeuvre – wraz z Lazro dmuchali na niej, wspomniany przed momentem McPhee i Evan Parker.

Dziś szerzej zajrzymy na dwa wydawnictwa już z bieżącej dekady (ich wspólną cechą kosmiczna jakość muzyki tam zawartej), a także rzucimy okiem i uchem na trzy starsze krążki, które z jakichś względów warto dziś uznać na wysoce interesujące.


Promieniowanie niepozbawione sensu

Zacznijmy od wydanej dwa lat temu płyty Sens Radiants (Dark Tree Records). To swoiste międzypokoleniowe spotkanie trzech znamienitych francuskich improwizatorów. Najmłodszy z tego grona, aktywnie muzycznie dekadę z okładem, kontrabasista Benjamin Duboc, dekadę starszy perkusista Didier Lasserre i nasz weteran, od połowy lat 70. aktywny na scenie free, Daunik Lazro, tu jedynie na saksofonie barytonowym. Wspomniany krążek jest dokumentacją fonograficzną koncertu, jaki odbył się 20 września 2013r. w na festiwalu Ecouter pour I’Instant w Le Fliex, Francja. Przy okazji nagranie z oklaskami jest muzyczną kontynuacją pierwszego spotkania tego tria, w okolicznościach studyjnych, w sierpniu 2010r., które swój wyraz wydawniczy odnalazło na krążku Pourtant Les Cimes Des Abres (Dark Tree Records, 2011).






Nie mam w zwyczaju, recenzując jakąkolwiek płytę, rozpoczynać od porównania do znanego już zespołu, czy nagrania. Ale w wypadku tria Lazro-Duboc-Lasserre, nie potrafię się powstrzymać, by nie porównać ich muzyki do dokonań legendy free improvisation, angielskiej formacji AMM! Oszczędna w środki wyrazu, skupiona, chwilami minimalistyczna improwizacja trzech muzyków niezwykle silnie wyczulonych na pojedyncze interakcje, potrafiących także budować oniryczny klimat, a nawet transową narrację, operując przy tym zwartymi i przeplatającymi się wzajemnie plamami dźwięków. Perkusista funkcjonujący w trakcie koncertu na sporym pogłosie (nie znam miejsca, zatem nie wiem, czy to efekt zamierzony, czy jedynie zastana rzeczywistość), często operuje pałkami na glazurze talerzy, niczym Eddie Prevost, potrafi też napędzać kolegów nieoczywistym rytmem, czy nawet jego sugerowaniem. Saksofonista działa z zaplecza, często milknie na długie minuty, by powrócić w absolutnie kluczowym momencie i zdynamizować improwizację (uwaga! tu potrafi być głośno i drapieżnie, choć nie są to charakterystyki dominujące w muzyce tria). Ciekawie wykorzystuje sonorystycznie swój baryton, grając chwilami w naprawdę wysokich rejestrach, jawiąc się kolorystą dużego formatu, przy okazji nie po raz pierwszy, udowadniając wysokie kompetencje. Wreszcie kontrabasista, zdaje się w tej zabawie jednak postacią centralną i to nie tylko z uwagi na miejsce, z którego dociera do nas tembr jego instrumentu, niski, mocny i nieznoszący sprzeciwu. Dużo gra smyczkiem, budując przy tym klimat swoistego niepokoju i nieprzewidywalności, lubi ostro tym smykiem uderzać w gryf instrumentu, czym nadaje całej improwizacji siłę wyrazu i jakość przekazu. Muzyka całego trio, korzystając z amm-owskiej podpórki… trwa i jest to jedyny niezaprzeczalny fakt, jeśli chodzi o jej percepcję.

Płyta studyjna składa się z czterech fragmentów o różnym poziomie intensywności gry, koncert zaś jest nieprzerwanym, ponad 55-minutowym ciągiem dźwięków. Wydane we Francji, w małej oficynie o niebogatym dorobku, Dark Tree. Jeśli gdziekolwiek da się kupić te krążki, zróbcie to koniecznie.




Pod wpływem Kurary

Czas na niezwykłe spotkanie trzech fascynujących postaci – francuskiego, eksperymentującego gitarzysty Jean-Francois Pauvorsa, doskonale nam znanego free drummera Rogera Turnera i bohatera dzisiejszej opowieści, tu z rurą barytonową i altową. Na krążek Curare (NoBusinness Records, CD/LP 2011) złożyły się dwie okoliczności koncertowe – pierwsza w znanym klubie Instant Chavires w roku 2008, druga w trakcie festiwalu Jazz en Franche-Comte, dwa lata później. Intrygujące spotkanie lekko wycofanego saksofonisty, ekspresyjnego gitarzysty (wszakże bez specjalnych doświadczeń w zakresie improwizacji o choćby odrobinę jazzowych korzeniach) i perkusjonalisty kameleona, który odnajdzie się w każdych okolicznościach estradowych. Pauvros, facet o wyglądzie wychudzonego Williama Burroughsa w długich włosach, trzymając swe różne gitary w ręku, nie ma żadnych ograniczeń w sposobie gry i doborze środków wyrazu. Wyobraźnia miota nim po scenie, a my możemy tylko konstatować, co pewien czas: ja bym na to nie wpadł… Raz brzmi jak Joe Morris, innym razem stosując technikę slajdową, ślizga się i płynie po gryfie umoczonymi palcami, niczym bluegrassowy wyjadacz. Gdy sytuacja w procesie improwizacji tego wymaga, zamienia się w gitarzystę basowego i napędza całe trio, niczym silnik atomowy. Stanowi bezsprzecznie inspirujący dysonans estetyczny i stylistyczny dla pozostałej dwójki muzyków. Lazro na początku całej zabawy czai się jak tygrys na żerowisku, nieco ustępuje pola gitarzyście, ale to efekt zamierzony i dramaturgicznie uzasadniony. Gdy przyjdzie jego moment, barytonem wydzierga marszrutę improwizacji dla całej załogi, a groteskowość sytuacji scenicznej podkreśli komentarzem gardłowym. Zgrabnie dyscyplinuje szaleństwo koncertowe, pyskatym i śpiewnym altem. Gdy improwizacja przebiera bardzo skupiony charakter, gdy wydawanie dźwięku przypomina wyciskanie soku z nadgniłej cytryny, jest królem tego rytuału i jedynym sprawiedliwym. Turner jest wszędzie, w każdym momencie podkreśla tupaniem wyczyny kolegów i dynamizuje w ujęciu dramaturgicznym całą improwizację. Pod koniec nie zabraknie też szczypty psychodelii (Lazro palcuje jak Coltrane, to chyba przypomina jedną z jego kompozycji!) i onirycznego pląsania na finał.
Kurara, indiańska trucizna do smarowania grotów strzał. Trafiony, zatopiony!





Starsze incydenty, personalnie różnorodne

Cofnijmy się w czasie o blisko dwie i pół dekady. W dyskografii Lazro niewiele jest pozycji, w których jest on głównym podmiotem wykonawczym (poza sporadycznymi ekspozycjami solowymi). Tu – wyjątek potwierdzający regułę. Podwójna winylowa płyta Daunik Lazro Sweet Zee (Hat Art, 1985), niestety do dziś niewznowiona na nośniku cyfrowym. Pierwszy krążek, to fantastyczne, prawdziwie rozwichrzone free improv w pasjonującym personalnie kwartecie – dwaj faceci odpowiedzialni za niskie częstotliwości, Tristan Honsinger (wiolonczela, głos) i J.J. Avenel (kontrabas), wyjątkowy Toshinori Kondo na trąbce (także głos) i Lazro na saksofonie altowym. Blisko trzy kwadranse improwizacyjnego szaleństwa o brudnym soundzie i piekielnym, mimo braku perkusji, ładunku dynamizmu. Sweet Zee I i II, zarejestrowane na festiwalu jazzowym w szwajcarskim Willisau, w sierpniu 1983r. Drugi czarny krążek dzielą między sobą dwie formacje trzyosobowe. Najpierw alt Lazro zaplątany został między struny gitary Raymonda Boni i skrzypiec Carlosa Zingaro – ponad 23-minutowa perła precyzyjnej, acz śmiałej estetycznie improwizacji (koncert na Sens Music Meeting, Francja, maj 1983r.). Na koniec kolejna formacja bez backgroundu rytmicznego – Joelle Leandre (kontrabas i głos), George Lewis (puzon z przystawkami), no i Lazro znów tylko na alcie. Tym razem aż pięć drobnych miniatur swobodnej improwizacji, godnych każdej naszej chwili do zmarnowania (rejestracja francuska ze stycznia 1984r.). Po odsłuchu całości można tylko zadać sobie pytanie, która z czterech stron Sweet Zee, uwiodła nas najbardziej. Pytanie jest cokolwiek retoryczne. Doskonała muzyka.

Ciekawym wydawnictwem jest płyta Periferia (in Situ, 1995), sygnowana przez demokratyczny kwartet w składzie – Daunik Lazro (alt, baryton), Carlos Zingaro (skrzypce, także w wersji elektrycznej), Sakis Papadimitriou (piano) i Jean Bolcato (kontrabas, głos). Każdy z muzyków przygotował na okoliczność spotkania w Vando’eure-Les-Nancy (kwiecień 1994r.) po dwie kompozycje, które zostały poddane kolektywnej, acz skupionej i wrażliwej na szczegół brzmieniowy improwizacji. Ciekawa okazja, by poznać muzykę Daunika w atmosferze zupełnie odmiennej od szaleństwa Słodkiej Zee.




Pozostańmy przy kontrabasie Bolcato i dodajmy doń perkusję Christiana Rolleta. Tych dwćch Panów doprosił Daunik Lazro (alt, baryton) do realizacji pomysłu, firmowanego trojgiem nazwisk, A.H.O And His Orchestra (Blue Regard, 1997). Znów na pulpitach studyjnych pojawiły się kompozycje każdego z muzyków (także Steve’a Lacy i Charlesa Tylera), które na wysokim poziomie kooperacji zostały nam podane w wersji silnie improwizowanej. Bardzo jazzowa propozycja, której wiele fragmentów granych jest unisono, a my możemy zachwycać się fantastycznym brzmieniem instrumentów i telepatycznym wręcz zrozumieniem muzyków. Piękna płyta!



Ps. Uwaga! Trybuna udaje się na zasłużone wakacje, w trakcie których nie planuje nowych publikacji (choć licho nie śpi..). Nowych zwariowanych opowieści o jeszcze bardziej zwariowanych muzykach oczekujecie po 15 sierpnia.