Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joel Ring. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joel Ring. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 stycznia 2022

Amado! Lencastre! Transition Zone! Cirera! Erades! Neverending Sextet! Zabelka! Mirror Unit! The January Round-up as a good begining!


Stary, zatęchły rok 2021 upuścił ten ziemski padół ledwie kilka dni temu, zatem jego muzyczne echa będą nam jeszcze towarzyszyć przez wiele kolejnych tygodni. Jak zwykle garść płyt spóźni się na nasz recenzencki schedule wydawniczy, kilka innych albumów zginie w potoku świeżynek roku jak najbardziej nowego. Ale pisać trzeba, bo skoro grają, a niektórzy także kupują …

Ów stary rok zakończyliśmy zdecydowanie po portugalsku, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by w podobnych klimatach przestrzennych rozpocząć nowe dwanaście miesięcy! Zaczniemy z wysokiego C, dalece … norweskim kwartetem Rodrigo Amado, potem czeka na nas iberyjski oktet João Lencastre’a i trio z udziałem kolejnych dwóch Portugalczyków, wsparte na silnym wiośle amerykańskim. Po portugalskiej części, przyjdzie czas na urywek kataloński i dwie całkiem nowe, bystre improwizacje, z których pierwsza powstała … w Portugalii. Po tych szaleństwach definitywnie opuścimy już Iberię i polecimy do Skandynawii, potem do Wiednia (ale z kanadyjskim międzylądowaniem), a naszą dzisiejszą marszrutę zakończymy w braterskich Niemczech! W ujęciu gatunkowym zaczniemy od ognia free jazzu, potem będziemy zmieniać stylistyki jak rękawiczki, a ów trip sfinalizujemy bystrą sonorystyką na dwa saksofony altowe. Welcome!

 


Rodrigo Amado Northern Liberties  We Are Electric (Not Two Records, 2021)

Pierwszą zbiorówkę recenzji w 2022 roku nie sposób nie zacząć w pięknej Lizbonie! Lato roku 2017, ważne miejsce na kulturalnej mapie miasta, czyli Ze dos Bois i kwartet muzyków: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Thomas Johansson – trąbka, Jon Rune Strøm – kontrabas oraz Gard Nilssen – perkusja. Panowie mają dla nas przygotowane cztery soczyste, free jazzowe improwizacje, które trwają łącznie niespełna 48 minut.

Muzycy zaczynają swój występ na raz - z piękną, szorstką, post-colemanowską melodyką, z posadowionymi na flankach dęciakami w stanie permanentnej wymiany poglądów i dziarską sekcją rytmu, która od startu szyje bardzo gęstym ściegiem. Tempo, emocje, niestygnący zew krwi toczą narrację, która błyskotliwie dzieli się na fazy ekscesów solowych, prowadzonych zawsze z akompaniamentem pozostałych uczestników eskapady. Zaczyna trąbka na niezłej dynamice, potem tenor na delikatnym spowolnieniu, wreszcie kontrabasowy smyczek. Potem znów trąbka, i znów ognisty tenor, wreszcie kontrabas w trybie pizzicato. A ostatnie dźwięki pierwszej, najdłuższej części, to zmysłowy duet trąbki i saksofonu. Druga opowieść zaczyna się niemal kameralnie - smyczkiem i perkusyjnymi szczoteczkami. Piękna, rozhuśtana ballada łapie oczywiście bakcyla dynamiki, ale tym razem podkręcanie tempa nie wydaje się być naczelnym celem muzyków. Finałowe depnięcie całego kwartetu ma wszakże moc artyleryjskiego wystrzału!

Trzecia historia rodzi się w klimatach niemal cool jazzowych, w tle pracują smyczek i perkusyjne talerze. Muzycy biorą się za bardziej energiczne działania dopiero po upływie pięciu minut. Tym razem płyną bystrym, marszowym krokiem z posmakiem bluesa. Kolejne świetne ekspozycje solowe ze strony dętych wynoszą wskaźniki jakości całego przedsięwzięcia na niebotyczny poziom. A samych muzyków znów jednoczy tempo, bowiem w galopie Północni Wyzwoliciele realizują się najpełniej. Czwartą improwizację otwiera samotny smyczek. Reszta łapie się na akcję po kilkudziesięciu sekundach. Rozśpiewani, wręcz rozwrzeszczani gnają po swoje, aż ciepła krew leje się ze ścian, a ogień emocji wrze! Doskonałe nagranie!

 


João Lencastre's Communion  Unlimited Dreams (Clean Feed Records, 2021)

Jazzowa Wspólnota perkusisty i kompozytora João Lencastre’a przybiera różne formy, na ogół są to mniejsze składy, ale na najnowszej płycie rozrasta się aż do rozmiarów oktetu! Poza bezdyskusyjnym liderem w jego składzie pomieścili się następujący muzycy: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, Ricardo Toscano – saksofon altowy, Benny Lackner - piano i elektronika, André Fernandes oraz Pedro Branco – gitary elektryczne, João Hasselberg – bas elektryczny i elektronika oraz Nelson Cascais – kontrabas. Nagrania powstały w maju ubiegłego roku, w miejscu zwanym Estúdios Atlântico Blue. Sześć kompozycji trwa 39 minut z sekundami.

Słowo się rzekło, skoro jazzowe kompozycje, to i narracja Nielimitowanych Snów kreślona jest wedle dość precyzyjnego scenariusza – są zatem zwarte i dobrze skrojone tematy, ale też duża przestrzeń dla improwizacji, częściej kolektywnych niż solowych. Sporo ciekawego dzieje się niemal w każdym utworze na etapie introdukcji, które są swobodne, rozimprowizowane i stylowe. Zresztą w wielu momentach oktet Lencastre’a pokazuje, iż całkiem dobrze radziłby sobie bez kompozycyjnych ram.

Otwarcie płyty klei się z niemal kameralnych fraz, a narracja budowana jest z pewnym suspensem, podkreślanym łagodnym posmakiem elektroniki. Saksofony prychają, gitary skrycie się uśmiechają, a gdy do gry wejdzie rozbudowana sekcja rytmu (z podwójnym basowym oprzyrządowaniem), opowieść zdecydowanie brnie już do przodu, pełna atrybutów bystrego fussion jazzu. Druga historia zdaje się być szczególnie udana. Taneczny i rozśpiewany temat szybko ucieka w swobodne, kolektywne, ale kontrolowane improwizacje. Rytm, dynamika i spore pokłady ekspresji decydują tu o jakości kompozycji. Jeśli trzecia opowieść początkowo zbyt chyli się ku balladzie, to w dalszej części elektryczna moc oktetu pcha ją w ramiona niemal psychodelicznego post-fussion. Dużo dobrego idzie tu z klawiatury piana, a całość zdobi saksofonowe solo. W kolejnej części do zestawu sił i środków już zastosowanych dodać możemy kameralny smyczek i całkiem rockowe emocje na ostatniej prostej. Z kolei piąta odsłona ścieli się mocno jazzowymi frazami, ale połamana rytmika i rosnące z każdą peltą emocje wynoszą artystów niemal na free jazzowy szczyt. Końcowa kompozycja nie stroni od łagodnych fraz piana, zdaje się być wyjątkowo precyzyjnie zaplanowana, zdobią ją zaś niemal symultanicznie prowadzone improwizacje obu gitar.

 


Fred Lonberg-Holm/ Abdul Moimeme/ Carlos Santos  Transition Zone (Creative Sources, CD 2021)

Jazzowe, tudzież free jazzowe emocje porzucamy na dłuższą chwilę. Przed nami swobodnie improwizujące trio: Fred Lonberg-Holm – wiolonczela i elektronika, Abdul Moimême – dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie!) i obiekty oraz Carlos Santos – komputer, syntezator. Jesteśmy w Lizbonie, w studiach Naumoche, jest początek maja roku 2018. Pięć improwizacji, ponad 72 minuty.

Amerykanin i dwóch Portugalczyków zapraszają nas na kosztowanie gęstej potrawy, budowanej na ostrych relacjach, w jakie wchodzą dźwięki żywej wiolonczeli, dwóch gitar, które tylko incydentalnie brzmią jak gitary i aktywnej, chwilami odrobinę inwazyjnej elektroniki. Spektakl tej trójki bardzo często przeradza się w zmysłową paradę fake sounds, w trakcie której jedynie niektóre dźwięki możemy z dużym prawdopodobieństwem przypisać wiolonczeli. Reszta jest tu zagadką, dodajmy na ogół niezwykle intrygującą.

Od startu muzycy kreślą obszar estetyczny, jakie pozostanie w ich zainteresowaniu przez całą sesję nagraniową. Budują czerstwą, dalece post-industrialną magmę dźwięków, która raz za razem zaskakuje, a za każdą pętlą narracyjną zdaje się czaić nowy pomysł. Opowieść incydentalnie przyobleka szaty post-chamber, zanurzone wszakże w bezmiarze nieschematycznej elektroniki, czy przestrzeniach dalece post-akustycznych. Jądrem prawdziwej tajemnicy są tu gitary, które potrafią budować niebywałe tło, pełne ambientu, metalicznego frazowania i tysiąca zagadek. Opowieść często przypomina najlepsze fragmenty starych nagrań AMM, tych z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Takie skojarzenia szczególnie towarzyszą nam w trakcie drugiej i czwartej części. Z kolei zakończenie drugiej, to mały spektakl post-kameralnych jęków, które generowane są zapewne głównie przez wiolonczelę. Trzecia opowieść wystawia tenże instrument na atak syntetycznych dźwięków z wielu źródeł. Narracja wydaje się być bardzo nerwowa, pełna preparowanych fraz, ma wszakże swoją bystrą dynamikę, którą kreśli także gitara, brzmiąca tu przez moment niemal folk-rockowo. Szczególnie udana wydaje się być ostatnia improwizacja. Zaczyna ją krótkimi, zabrudzonymi frazami cello. Gitara buduje tu zmysłowe, dubowe echo, a sama elektronika oddycha wyjątkowo delikatnie. Z czasem ta ostatnia bierze na swoje barki kształtowanie meta rytmiki, dzięki czemu gitary i cello paść mogą sobie w objęcia i płynąć w kompulsywnym tańcu dzikiej swobody. Narracja skąpana w post-industrialnej poświacie na sam koniec zdaje się powracać do dziewiczych, niemal akustycznych fraz, głęboko oddychać i szukać ukojenia w bardziej kameralnych splotach dźwiękowych.

 


Albert Cirera & MuMu  Âmago (bandcamp’ self-released, DL/CD 2021)

Wbrew tytułowi wykonawczemu, zapraszamy na odsłuch solowej płyty katalońskiego saksofonisty! W ramach narzędzi pracy dwa saksofony – sopranowy i tenorowy oraz tzw. działania post-produkcyjne, które Albert Cirera określa mianem kompozycji MuMu. Nagrania powstały w Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, w trakcie dwóch majowych dni ubiegłego roku. Dziewięć utworów trwa niespełna 35 minut.

Wydana cztery lata temu płyta Lisboa’ Works, wyniosła Alberta Cirerę do rangi jednego z najważniejszych współczesnych eksperymentatorów w zakresie preparowania saksofonu. Muzyk postawił poprzeczkę niebywale wysoko i po prawdzie przez miniony okres nikt, nawet sam Katalończyk, do tego typu narracji w ujęciu solowym nawet się nie zbliżył. Dziś powraca on do formuły samotnej improwizacji, ale odnajduje siebie i swoją kreatywność w ogromnym oddaleniu od ówczesnych, lizbońskich eksperymentów. Zdaje się, że nade wszystko stawia na prostotę swojego improwizowanego przekazu, pokazując, iż etykieta wielkiego emancypatora saksofonowych dekonstrukcji nie powinna być mu przypisana na stałe.

Nagranie Âmago składa się z dwóch części. Cztery utwory (dwa pierwsze i dwa ostatnie), to rozbudowane improwizacje, których dźwiękowa dokumentacja dociera do nas w stanie nienaruszonym pod względem akustycznym. Pozostałe pięć utworów, to enigmatyczne, na ogół nie dłuższe niż minuta, przetworzenia dźwięków nagranych wcześniej. W tej pierwszej, zasadniczej grupie improwizacji Cirera korzysta na ogół z saksofonu sopranowego i kreśli zmysłowe, definitywnie cyrkulacyjne przebiegi, którym niezwykle blisko do dokonań mistrza w tej materii, czyli Evana Parkera. Pierwsza z nich, po szumiącym wstępie, ucieka w meta rytmiczną, swobodną narrację. Improwizacja płynie do nas szerokim strumieniem, od czasu do czasu stać ją wszakże na chwilę bystrej zadumy lub radosne tańce wokół własnej osi. Druga część brzmi delikatniej, prowadzona jest jednak na dużej dynamice, z niemal folkowym zaśpiewem. W połowie flow intrygująco gaśnie, dźwięki zdają się tonąć w mroku, ale po chwili następuje efektowny restart. Przedostatnia improwizacja początkowo szuka echa, repetuje, by po kilku nawrotach wpaść w cyrkulacyjny wir i mknąć w nieznane, znów z delikatnym, folkowym posmakiem. Finałowa część płyty skupia się na drobnych, cichych, preparowanych dźwiękach. Wiele wskakuje na to, iż to improwizacja grana na saksofonie tenorowym. Narracja wpada po pewnym czasie w sidła ekspresji, skacze ku górze, wiruje, czyniąc ów moment bodaj najlepszym momentem całego nagrania.

Pięć środkowych, post-produkcyjnych prac zwanych kompozycjami MuMu, to m.in. poszukiwania elektroakustycznej poświaty dla dronowych plam dźwiękowych, ale nade wszystko niebanalna zabawa w saksofonową polifonię. Muzyk nakłada na siebie warstwy narracji i buduje całkiem efektowne piramidy. Najciekawsza brzmieniowo wydaje się być część piąta, w której Cirera dekonstruuje frazy saksofonu tenorowego.

 


Luis Erades/ Pol Padrós/ Diego Caicedo/ Javi Garrabella/ Joni Sigil  Nocturna Discordia #265 (Discordian Records, DL 2021)

Teraz już zdecydowanie lądujemy w Barcelonie! Koncertowa seria Nocturna Discordia w klubie Soda Acústic i ubiegłoroczny, późnopaździernikowy wieczór. Na scenie piątka artystów: Luis Erades – saksofon altowy i barytonowy, Pol Padrós – trąbka, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Joni Sigil – instrumenty perkusyjne. Sześć niepredefiniowanych improwizacji trwa prawie 42 minuty.

Na małej scenie klubowej odnajdujemy niemal samych znajomych, za wyjątkiem saksofonisty, który stanowi dla nas pewną zagadkę. Scena barcelońskiej free impro nie jest zbyt rozległa, ale i tak domniemujemy, iż w tym zestawie personalnym muzycy grają ze sobą po raz pierwszy. Sama idea tej konfiguracji zdaje się być bardziej niż intrygująca. Dwa dęciaki sugerują kierunek free jazzowy, gitara i bas z prądem mogą tu zarówno szukać jazz-rockowych koncepcji, jak i pójść w ciemny zaułek świata i hałasować. Ale na to wszystko nakłada się zestaw instrumentów perkusyjnych i bystra myśl, by smugami preparowanych fraz na talerzach i cierpkim werblu budować zmysłowy no drumming percussion i powodować, iż cała kwintetowa ekspozycja unikać będzie rytmicznych uproszczeń, raczej cedzić dźwięki w stanie stand by, tudzież uroczo broczyć po kolana w chwilami gęstej, niemal post-industrialnej magmie swobodnej improwizacji! I tak właśnie dzieje się przez owe niepełne trzy kwadranse!

Początek koncertu to gra na małe pola, urywane, rozpoznawcze frazy ze strony niemal każdego muzyka. Niemal, bo gitarzysta na dobre włącza się do gry dopiero po pewnym czasie i ciągnie kwintet w otchłań odrobinę hałaśliwych fraz. Niedźwiedzie free chamber (ach ten baryton!) nabiera tu po raz pierwszy cech dźwięków post-przemysłowych. Tempo stabilne, by nie rzec wolne, daje okazję do celebrowania prawie każdej frazy, a szczególnie efektów jak zwykle doskonałej roboty gitarzysty. Ten ostatni ma tu swoje kilka chwil, ale warto też odnotować zmysłowy duet saksofonu i trąbki. Druga część rodzi się na gryfie gitary i perkusyjnych talerzach, przesycona zaś jest sonorystycznymi wycieczkami obu instrumentów dętych. Z kolei trzecia historia (prawie kwadrans!) zdaje się zawierać wiele dysonujących ze sobą fragmentów. Szuka dynamiki, ale – jak wiemy ze wstępu – raczej bezskutecznie, intrygująco się pętli, często rezonuje całym zestawem instrumentalnym, a każdy z artystów ma kilka chwil niemal wyłącznie dla siebie. Kończy się zaś w oparach zmysłowego, jakże mrocznego ambientu. Czwarta improwizacja, to mniej niż trzy minuty skoncentrowane wokół perkusjonalii i wnętrza gitary, która frazuje dalece zaskakującymi dźwiękami. No i jeszcze parę preparowanych, dętych zdobień w ramach wisienki na torcie. Wreszcie finałowa, prawie dziesięciominutowa narracja. Wlecze się jak żółw po pustyni, cedzi frazy, narasta z woli saksofonu i gaśnie wobec braku reakcji pozostałej części załogi. Na zakończenie muzycy uroczo lamentują i gaszą płomień narracji, pozostając w mentalnej symbiozie.

 


Joel and the Neverending Sextet  Pouring Textures (Motvind Records, LP 2021)

Czas na obiecaną Skandynawię! Sekstet pod wodzą tytularną i kompozytorską szwedzkiego wiolonczelisty Joela Ringa zwie się Niekończącym, a w jego składzie odnajdujemy innych muzyków z tej części świata, głównie Norwegów. Są to: Heida Mobeck – tuba, Anton Jonsson i Tomas Sandström – obaj perkusje, Milton Öhrström – piano oraz Karl Hjalmar Nyberg – saksofon tenorowy i klarnet. Pięć kompozycji, które zaczynają się w obszarze głównego nurtu jazzu, a kończą w swobodnej, chwilami niezwykle efektownej, kameralnej improwizacji, trwa tu 35 minut. Muzyka powstała w miejscu zwanym Flerbruket, w lutym 2020 roku.

Pierwszy temat pachnie zdrowym bebopem na sto kilometrów! Opowieść ma jednak pewien kameralny suspens, a po ekspozycji zamysłu kompozytorskiego cudownie rozjeżdża się na boki pijanym pianem i zmysłowo burczącą tubą. Drugi epizod zdaje się mieć niemal rockowy drive! Dwie perkusje robią tu swoje! Śpiewny saksofon na czele czeredy tancerzy, ale i kameralny smyczek, który wynosi fazę improwizacji na poziom niemal call & responce! Po powrocie dynamiki narracja staje się uroczo pokrętna, prawdziwie zawadiacka (znów ta tuba!), a ku zamglonemu niebu ciągnie ją chytry saksofon.

Dwie kolejne kompozycje pokazują, iż pomysły Ringa lubią pozostawiać w artystycznej relacji z estetyką Henry Threadgilla. Precyzja, nadymająca się tuba i nieskończona lekkość, powabność na poły melodyjnych fraz. Pierwszą z tych powinowactw, po wywołaniu rytmu (one, two, three, four!), otwiera perkusja, a urodę dalszej jej części budują smyczkowe inkrustacje wiolonczeli. Po prezentacji tematu narracja rozlewa się niczym lawa w strugi wyjątkowo zmysłowych improwizacji, tak kolektywnych, jak i separatywnych. Pod odzyskaniu dynamiki flow nabiera ognia. Kolejny utwór, to już prawdziwa symfonia drums and percussion, dwie maszyny improwizują, potem biją rytm i wzywają na żer! Reszta wraca do gry w połowie trzeciej minuty, a narrację zdobi improwizacja piana na tle lekkiego drummingu. Wreszcie ostatnia kompozycja – zaczyna się nudnym, balladowym tematem, ale po jego prezentacji sekstet odpływa w otchłań smakowicie preparowanych dźwięków. Zabawa toczy się w pobliżu ciszy i eksploduje jakością. Free chamber with tuba taste trwać mógłby jeszcze wiele minut, ale dyktat kompozytorski każe wrócić do tematu, co okazuje się procesem dość bolesnym. Szczęśliwie koda kompozycji, swym smutnym rozśpiewaniem, ratuje finałową fazę nagrania.

 


Mia Zabelka/ Glen Hall  The Quantum Violin (FMR Records, CD 2021)

Sytuacja czasoprzestrzenna jest tu następująca: na przełomie lat 2020/2021 w Wiedniu pracowała Mia Zabelka (skrzypce, także elektryczne, głos, różne hałasy, elektronika i samotne obiekty), w Toronto zaś Glen Hall (oscylator kwantowy, urządzenia zwane OMax i CataRT oraz dużo kreatywnych eksperymentów na etapie miksu). Okazjonalnie te dwójkę wspierał wokalnie, zapewne wprost z Japonii – Kenji Siratori. Po prawdzie nie wiemy, w jakiej kolejności powstały poszczególne dźwięki, który z muzyków był tym pierwszym, który zaś wcielał się w rolę artysty muzykującego na bazie czegoś, co powstało wcześniej. Dodajmy jedynie, iż na okładce płyty przy nazwisku Hall pojawia się określenie kompozycje, a przy danych Austriaczki widnieje napis kompozycje na żywo. Całość przedsięwzięcia artystycznego składa się z czternastu części, a odsłuch całości zajmuje godzinę zegarową z sekundami.

Długa opowieść o Kwantowych Skrzypcach ma definitywnie kilka faz, zdaje się przeplatać wątki z dominującym soundem skrzypiec z wątkami całkowicie oddanymi w ręce elektroniki, będącej jednak efektem działań obu muzyków. Początek, to gęste, elektroniczne intro, w magmie którego możemy doszukać się brzmienia elektrycznych skrzypiec. Kompozycje (improwizacje) od drugiej do piątej stawiają w centrum uwagi skrzypce. Elektronika ma tu wiele zadań, ale głównie koncertuje się na zdobieniach, narracyjnych kontrapunktach, tudzież na polifonizacji strumienia dźwiękowego żywego instrumentu. Mia gra bardzo ekspresyjnie, jak zawsze fantastycznie frazuje, potrafi być rozśpiewana i taneczna, ale także kąsać ostrym brzmieniem i efektownie preparować dźwięki swojego instrumentu. Kompozycje od szóstej do ósmej, to spory challange nawet dla osłuchanego odbiorcy. Dominuje elektronika, która choć ma tysiące intrygujących twarzy, zdaje się silnie pracować na umęczeniem naszych uszy. Dodajmy, iż w utworze ósmym pojawia się głos ludzki, oczywiście poddany rożnym dekonstrukcjom.

Utwory od dziewiątego do jedenastego śmiało możemy określić mianem najlepszych momentów tej szalonej płyty. Skrzypce grają i śpiewają, i preparują, a elektronika (post-produkcja) buduje na ich bazie wielowątkową narrację. Całość zdaje się być równie urokliwa, jaki i nieco schizofreniczna. Mamy wrażenie, że nasza percepcja może tu wszystkiego nie ogarnąć. Już w jedenastej części elektronika zaczyna powoli przejmować stery, by w dwóch kolejnych utworach, nie bez aktywnego udziału skrzypiec, zbudować niemal noise’ową ścianę dźwięku! Oszołomieni poziomem decybeli z radością lądujemy w ostatniej części (dedykowanej Pauline Oliveros), gdzie nasze zszargane nerwy koi syntetyczny ambient, równie mroczny, jak i zmysłowy, w strugach którego z radością odnajdujemy dźwięki żywych skrzypiec!

 


MirroR Unit  Sonic Rivers (FMR Records, 2021)

Zabawa w lustrzane odbicia, to spotkanie dwóch saksofonów altowych i idea permanentnego preparowania ich dźwięków. Panowie Georg Wissel oraz Tim O’Dwyer spotkali się pierwszego dnia lipca 2019 roku w Kolonii. Jak piszą, był straszny upał, a w pomieszczeniu, w którym rejestrowali nagranie, nie działała klimatyzacja (Kinosaal Alte Feuerwache). Efekty dźwiękowe ich potu podzielone zostały na płycie na pięć improwizacji, które trwają łącznie 47 minut z sekundami.

Dwa czysto brzmiące saksofony altowe odnajdujemy w dość rozległej przestrzeni kina, w której nie brakuje pogłosu, a zapowiadany upał zdaje się dopiero nadciągać. Początek jest minimalistyczny - dysze niczym perkusyjne pałeczki zaczynają kreślić szlak improwizacji. Muzycy dbają o drobiazgi, są bardzo wyczuleni na niuanse, ale w tej części nagrania nade wszystko szukają punktów wspólnych i wydają się stosować niemal bliźniacze metody artykulacji. Szumią, szeleszczą, rzężą i chichoczą. W kolejnej opowieści prezentują nam hydrauliczne możliwości swoich dętych powierników. Lekko brudzą brzmienie, być może w tubach pojawiają się obce ciała. Płyną spokojnie w poszukiwaniu tanecznego kroku, tudzież utraconej wieki temu melodyki. Niczym Marcel Proust cedzą słowa i kręcą się wokół własnych myśli. W trzeciej odsłonie upał zaczyna chyba doskwierać, albowiem saksofony pracują niczym małe wentylatory. Znów frazują głównie imitacyjnie, incydentalnie łapiąc drobne ochłapy rezonansu. Tempo nieznacznie rośnie, a akcje muzyków nabierają intrygującej intensywności.

Wejście w czwartą improwizację stawia słuchacza w bardziej komfortowej pozycji, albowiem muzycy kreują tu coś dalece ciekawszego niż dotychczas. Mruczą jak koty, szczerzą kły, choć są blisko ciszy, wydają się być agresywni i skorzy do figli. Wreszcie pojawia się pewien dysonans dramaturgiczny - lewa flanka śpiewa sprośne piosenki, prawa rytmicznie rechocze. W kolejnym epizodzie mamy wrażenie, że muzycy i ich saksofony łączą się w jeden byt. Ustniki stają się ustami, korpus dęciaka spoconym ciałem artysty. Muzycy łapią kolejną porcję humoru, przedrzeźniają się i śpiewają. Na zakończenie spotkania toną w ciszy, zasłuchają się w kroplach potu, który kapie na podłogę. Płyną wysoko, ale na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach. Wzdychają z przekąsem, marząc o dużych porcjach napojów chłodzących.

 


czwartek, 23 lipca 2020

Dead Neanderthals! Humanization 4tet! Nuno/ Lärmschutz! Discordian Wind Quartet! Pumkin! Atkins & Clarke! Dial! The Dinner Party! The July Morning Summary!


Nasza obecna new normal reality redefiniuje codzienność, niweczy sens wszelkich planów, niczego jednak nie redukuje w podkaście muzyki improwizowanej – dźwięków wciąż przybywa, a recenzenci nie nadążają z dostarczeniem nowych wskazówek jakościowych tym, którzy chcą ów wrzący tygiel emocji w jakikolwiek sposób ogarnąć.

Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak niezwłocznie przystąpić do lipcowej zbiorówki recenzji płyt świeżych i najświeższych, które przewaliły się po odtwarzaczach redakcji, niektóre nawet z siłą wodospadu! Dziś bez stylistycznej myśli przewodniej, z gwarancją wszakże dużych emocji. Zaczniemy bardzo głośno, dobitnie, acz z niskim udziałem akcji improwizowanych, zakończymy zaś w błogim cieple open jazzu, który skutecznie releguje wszelkie ambiwalencje.

Piorunujące otwarcie zapewni nam nasz ulubiony duet z Holandii, potem przez dłuższy moment pozostaniemy na Półwyspie Iberyjskim, zrobimy krótki skok do Norwegii, by naszą podróż skończyć kilkoma bystrymi nagraniami ze Zjednoczonego Królestwa. A zatem – muzycy do instrumentów, pismaki do piór, a potencjalni nabywcy dźwięków – na zakupy!




Dead Neanderthals  Blood Rite (Utech Records, Kaseta/DL 2020)

Na estetyczne i foniczne oczyszczenie receptorów słuchu zapraszają nas Otto Kokke na syntezatorze i René Aquarius na perkusji oraz wokalu. Tym razem nasi ulubieni dźwiękowi terroryści i konceptualiści zapraszają na 27-minutową podróż w jednym akcie, powstałą jak zawsze w okolicznościach holenderskiego White Noise Studio.

Rytmiczne uderzenia w masywny zestaw perkusyjny i gigantyczny jęzor syntezatora, który brzmi swym najniższym z możliwych pasm fonii. Zdaje się, że stoimy u bram piekła, a potem robimy ogromny krok do przodu! Syntezator charczy, buduje dron z mułu, gliny i grobowych wnętrzności, perkusja pracuje zaś równo w repetytywnych konwulsjach. Dramaturgię chwili multiplikuje głos drummera (krzyk? pre-growl?). Doom & harsh in Apocalipse now! – wszystko żyje tu życiem prawdziwie pośmiertnym. Raz na kilka minut narracja skrzy się jakimś tajemniczym nowym elementem, ale po kilku meta pętlach wszystko wydaje się wracać do karkołomnej normy tego dźwiękowego spektaklu. W dziesiątej minucie na moment milknie perkusja, a dron syntetyki staje w miejscu i skowycze o kilka oktaw wyżej, ale też pyta o kierunek dalszej drogi. Ta pierwsza potrzebuje aż trzech minut, by na powrót wybić się ponad zgiełk syntezatora. Wraz z jej kardynalnym rytmem powraca też metafizyczny krzyk wprost z gardła drummera.

Po dwudziestej minucie tętno serca perkusji nabiera jeszcze bardziej czerstwej rytmiki. Dron syntetyki zaczyna sprawiać wrażenie, jakby miał ostatecznie zastygnąć. Analogowa zgrzebność chwili buduje nowy wymiar dramaturgiczny tej szalonej opowieści. Jak kruszący się beton, jak eksplozja elektrowni atomowej, która dokonuje się na zwolnionych obrotach. Muzyka nabiera charakteru definitywnie ostatecznego. Rządzi nami, niczym starotestamentowy bóg, który oferuje jedynie karę. Ta historia dokonuje swojego żywota mniej więcej na pięć kwadransów sekund przed napływem ostatecznej ciszy. Perkusja milknie, syntezator kona, wreszcie głucha syntetyka przybiera barwy bolesnej ciszy. Oto po raz kolejny Dead Neanderthals postawili nas pod ścianą i całkowicie zredefiniowali nasz ogląd rzeczywistości. Wydają się być wciąż groźniejsi niż osławiony Covid-19.




Humanization 4tet  Believe, believe (Clean Feed, CD 2020)

Trzymamy poziom emocji, choć zdecydowanie zmieniamy stylistykę. Rasowy free jazz, oparty o skomponowany materiał, proponuje nam portugalsko-amerykański Humanization 4tet, który istnieje już kilkanaście lat i właśnie dostarcza nam swoją czwartą płytę. Moc sprawcza przedsięwzięcia, to Luís Lopes – gitara elektryczna, któremu partnerują: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Nagranie z lata 2018 roku, poczynione w okolicznościach studyjnych Nowego Orleanu. Sześć kompozycji, 35 minut i 10 sekund.

Płytę zaczyna kompozycja obca, który wybudzi ze letargu nawet umarłego. Dynamiczny, melodyjny temat i niemal funkowy groove. Opowieść inicjuje śpiewny saksofon, mocna, akustyczna sekcja stawia zasieki, a gitara z prądem pcha wszystkich w eksplozywne tango. Temat powraca raz za razem, ale solą tego momentu, jak i wielu w trakcie całej płyty, są improwizacje saksofonisty i gitarzysty. Ponieważ jednak prawie wszystko dzieje się tu na dużej dynamice, nie ma czasu na antrakty solowe. Improwizacje toczą się symultanicznie, a momenty, gdy którykolwiek z artystów milknie należą do rzadkości. Owa programowa kolektywność, to jeden z elementów, który konstytuuje jakość tej muzyki.

Drugi utwór pachnie post-rockiem. Sam temat podany jest bardzo swobodnie, skory na wszelkie interpretacje. Muzyka bucha ogniem, choć wieńczy ją post-bluesowe spowolnienie. Trzecia kompozycja zaczyna się wręcz dancingowo, ale szybko wpada w wir ekspresyjnych podmuchów tenoru, wspartych żelazną sekcją rytmu. Kluczem do tej części jest fantastyczna ekspozycja Lopesa, który razi psycho-rockowymi emocjami. Czwarty i piąty utwór otwierają amerykańscy bracia (synowie Denisa!). Najpierw koncentrujemy się na spokojnym, niemal balladowym saksofonie, który dość szybko łapie post-aylerowskiego bakcyla mistycyzmu, a w piątej części natrafiamy na dynamiczną i rytmiczną pracę sekcji, funkująca gitarę i tenże saksofon, który zdolny jest skruszyć każdy mur. Znów świetny moment Lopesa, który snuje abstrakcyjną, nieco separatywną opowieść, którą świetnie kontrapunktuje tenorzysta. Każdy z wątków ma tu swoją wartość, a dyspozycja dnia każdego z muzyków gwarantuje nam mistrzowskie wykonanie. Ostatni utwór zdaje się, że konsumuje wszelkie walory Believe, believe. Pokaz warsztatu, wyobraźni, no i przede wszystkim świetnej kooperacji wewnątrz kwartetu. Ogniste pętle narracji, bystre interakcje i na ostatniej prostej jurny, free jazzowy galop.




Jorge Nuno/ Lärmschutz  Faux Amis vol. 15 (Faux Amis, Kaseta/DL 2020)

Wątek portugalski kontynuujemy w okolicznościach na póły holenderskich. Tamtejszy label Faux Amis dostarcza nam dość regularnie splitowych kaset, na których łączy nagrania własnej formacji Lärmschutz z dokonaniami zaproszonego gościa (gości). Tym razem w tej roli gitarzysta z Lizbony Jorge Nuno, którego znamy z ekspresyjnych, psychodelicznych improwizacji zakrapianych rockową estetyką. Tu proponuje on nam improwizacje na gitarę akustyczną, powstałe w domowych, jakże pandemicznych okolicznościach minionej wiosny. Na drugiej stronie kasety rzeczony Lärmschutz, tym razem w akustycznym, równie swobodnie improwizującym duecie - Rutger van Driel na puzonie oraz Stef Brans gitarze lub mandolinie.  Obie strony kasety trwają po 29 minut i kilkadziesiąt sekund.

Portugalczyk stawia na rozwiązania minimalistyczne – drobne preparacje smyczkiem po strunach, kilka zjawisk mechaniki użytkowej, smukłe flażolety i chytre półakordy, zabawy w echo i rezonans, ale także garść zwykłych fraz czynionych kostką lub palcami. Improwizacje są dobrze skonstruowane, przemyślane, nie bez prób budowania tzw. narracji właściwej. Tak dzieje się choćby w trakcie trzeciej części, która ma posmak psycho-rockowej ballady. W kolejnej muzyk proponuje samoodychające, suche frazy, które przypominają porannego bluesa odartego z przyjemności wieczornego pijaństwa, po czym nabierają cech post-rockowej piosenki bez tekstu. Na koniec muzyk powraca do preparowania dźwięku i gry z rezonującymi strunami. Natrafiamy także na kilka ciekawych niuansów brzmieniowych, powstałych już za progiem gitarowym, które udanie reasumują bystrą, półgodzinną improwizację.

Strona holenderska także stawia na pełną akustykę – oddechy suchego puzonu i gitarowych preparacji. W tej koncepcji same dźwięki wydają się być ornamentami, które zdobią ciężką pracę fizyczną improwizatorów. W dwóch utworach w miejsce gitary pojawia się mandolina. Muzyka nabiera lekkości i zdaje się być bardziej śpiewna. Puzon, jakby w rekontrze, także zaczyna frazować z odrobinę większą dawką dźwięku i melodyki. W drugiej części Improwizacja nawet nabiera w usta spore porcje bluesowych emocji, w trzeciej zaś skrzy się niebanalną melancholią. Artyści pozwalają sobie także na momenty bardziej dynamiczne, dzięki czemu ich półgodzinna porcja muzyki liczyć może na wiele ciepłych słów recenzenta. Najłagodniejszy jest ostatni odcinek tej opowieści – puzon skacze do samego nieba, a gitara nostalgicznie łka i zawodzi.




Discordian Wind Quartet  Live At Magia Roja (Discordian Records, DL 2020)

Barcelona! Klub Magia Roja! Zapraszamy na kolejny odcinek niekończącego się serialu artystycznych aktywności El Pricto! Tym razem wenezuelski saksofonista wciela się w rolę kompozytora i dyrygenta formacji nazwanej Discordian Wind Quartet: Fernando Brox - flet, Jordi Santanach – klarnet basowy, Pol Padrós – trąbka oraz Aram Montagut – puzon. Koncert, który odbył się w czerwcu ubiegłego roku, składa się z ośmiu utworów, trwa około 48 minut.

Kwartet instrumentów dętych bez saksofonu?! Tylko w Barcelonie! Intrygujący, tajemniczy, nieoczywisty koncert, który być może uznać winniśmy za jedną najspokojniejszych płyt w całym katalogu Discordian Records. Choć zaczyna się nad wyraz … niespokojnie.  Flet, puzon, klarnet i trąbka śpiewają dętą piosenkę, z połamanym rytmem i technikami artykulacyjnymi, budowaną metodą ciągłych zmian i dramaturgicznych zaskoczeń – typical beauty of Pricto! Rodzaj chamber music z post-jazzowymi inkrustacjami, gotowymi w każdej sekundzie burzyć pozorny ład kameralnych fraz. Tu, na starcie koncertu, opowieść nabiera mroku (patrz: tytuły!), brudzi swoje brzmienie i sączy złowrogi jad. Kolejne epizody, to próby systematycznego wychodzenia z owego dark suspens. Krótkie, urywane, na poły taneczne frazy – szybkie wdechy i efektowne wydechy - to pomysł na drugą część. Trzecia zdaje się być nieco frywolna, a muzycy bawią się w skomponowane call & responce. Płyną wysokim wzgórzem, częściej stają na placach, niż szukają pozycji na kolanach. W czwartej opowieści prym wiedzie trąbka - reszta instrumentów drży lub podśpiewuje, a z całości sączy się molowy nastrój i dramaturgiczne zwątpienie.

W drugiej części koncertu dyrygent pozostawia muzykom odrobinę więcej swobody w zakresie improwizacji, tak indywidualnych, jak i kolektywnych. Nie zmienia to jednak faktu, iż frazy grane unisono pozostają zasadniczą treścią tej opowieści. Stabilne pasaże, rozsądek chwili - każda salwa muzycznego temperamentu bywa tu komentowana frazą wprost z batuty dyrygenta. Narracja toczy się na delikatnie zaciągniętym ręcznym, a gros emocji zdaje się być poupychanych po kieszeniach. Intrygująco robi się w części siódmej - szumy w tubie, oddychająca cisza w wentylach, garść drobnych preparacji. Kameralna sonorystyka z ciszą w roli piątego instrumentu. W ostatniej części muzycy wypuszczają więcej pary z ust – pijackie półśpiewy, zalotne frazy, podawane nawet z czymś na kształt rytmu. Wybudzenie z letargu nie trwa jednak długo. Kwiecista opowieść wydaje bowiem z siebie ostatnią frazę – ostry dźwięk pod sam sufit Magia Roja.




Pumkin  The Best of Pumkin (Dugnad Records, DL 2020)

Czas na nowe nazwiska europejskiej muzyki improwizowanej, przynajmniej na tych łamach! Trio zwie się Pumkin, a personalnie tworzą go: Joel Ring – wiolonczela, Karl Hjalmar Nyberg – saksofon oraz Ole Morten Vågan – kontrabas. Jesteśmy w Oslo, w miejscu zwanym Studio Paradiso, jest początek marca 2018 roku. Muzycy proponują nam pięć improwizacji (być może delikatnie predefiniowanych), które trwają niewiele ponad 30 minut. Tytuł płyty zdaje się być nieco przewrotny, albowiem wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż to debiutanckie nagranie tria.

Open jazzy chamber buduje kontrabasista, który równie dobrze kreuje zwinne pizzicato, jak i pracuje smyczkiem nie szczędząc post-barokowych emocji, wiolonczelista zdolny do wszystkiego, płynący często szerokim korytem, czasami uroczo post-ambientowym, wreszcie saksofonista, który zdaje się być zarówno bystrym kolorystą, jak i zaskakującym dzikim zwierzakiem, któremu niewiele brakuje do ognia free jazzu. Dramaturgiczną bazą dla Pumkin pozostaje kolektywna improwizacja, świetnie skomunikowana wewnętrznie, gdzie każda akcja liczyć może na adekwatną reakcję.

Od pierwszego dźwięku Skandynawowie kreują gęsty, zwinny flow, pozbawiony choćby źdźbła słodyczy. W pierwszej części znakiem jakości stemplujemy zadziorny dialog kontrabasu i cello. W drugiej na obu gryfach pojawiają się smyczki, opowieść nabiera kameralnego uroku i pełna jest drobnych, molekularnych fraz. W połowie opowieści muzycy zwalniają, a po kilku mrugnięciach okiem, ruszają w imponującą mantrę repetycji i wyłącznie błyskotliwych fraz. Trzeci odcinek znów łyka więcej jazzu, pojawiają się akcenty percussion (zapewne na pudle kontrabasu) i piękne, zadziorne frazy wiolonczeli. Z kolei czwarta część zaczyna się na samym dnie kontrabasu, z którego smyczek wydobywa moc niepokojących dźwięków. Czynione w pełnym skupieniu call & responce także domaga się stempla najwyższej jakości. Free chamber wybucha tu z pełną mocą, a w tubie saksofonu rodzą się emocje godne free jazzu! Kontrabas i cello piszczą jak małe kociaki! Wreszcie finał, stonowany, prawdziwy dark chamber z post-barokowymi akcentami. Na ostatniej prostej każdy imituje tu każdego. Pełna symbioza.




Matt Atkins/ Martin Clarke  Six Decisions (MRM Recordings, CD 2020)

Przenosimy się do Londynu. Nagranie powstałe w okolicznościach studyjnych, w miejscu zwanym The Music Room, na początku 2019 roku. Matt Atkins zagra na perkusji, instrumentach perkusyjnych, będzie także używał taśmy (magnetofonu, po prawdzie) i elektroakustycznych obiektów, zaś Martin Clarke - w trakcie sześciu bardzo swobodnych improwizacji - używał będzie saksofonu. Całość odsłuchu nie zajmie nam więcej niż 34 minuty.

Sześć Decyzji, to swobodna, grana na ogół na sporym luzie, niezobowiązująca improwizacja dwóch artystów, którym donikąd się nie spieszy. Muzyka, która ponawia pytanie o rolę i zakres aspiracji dźwięków syntetycznych w zetknięciu z żywymi instrumentami. I znów karkołomna teza redakcji, iż te pierwsze świetnie zdają egzamin, jako metoda poszerzenia artystycznych środków wyrazu, nie zaś główna treść improwizacji, zdaje się odnajdywać na tej płycie kolejny dowód rzeczowy w sprawie.

Niedługa płyta dwóch Panów wskazanych w preambule tego tekstu bez trudu odnajduje nasz skromny entuzjazm, gdy elektroakustyczna poświata zdaje się być świetnym tłem dla improwizacji żywych perkusjonalii i saksofonu. Tak dzieje się w utworze pierwszym, który stanowi bystre free improv z ciekawymi kontrastami i dysonansami estetycznymi, gdzie percussion intrygująco mąci, a saksofon konsekwentnie porządkuje narrację. Równie dobrze muzyka Atkinsa i Clarke’a prezentuje się w trzeciej części, gdy muzycy zdają się zagłębiać w estetyce kind of free jazz, a całość narracji niepozbawiona jest molowego posmaku melodyki godnej Krzysztofa Komedy. W czwartej części opowieść płynie niemal wyłącznie akustycznym korytem, a w ostatniej broczy po kolana w szumach i szmerach, bystrze szukając inspiracji dramaturgicznej w dźwiękowych preparacjach. Szczególnie podoba nam się wtedy minimalistyczny saksofon, pracujący niemal wyłącznie na wdechu. Jakby w opozycji do wyżej wspominanych momentów, w utworze drugim za sterami odnajdujemy elektroakustyczne obiekty, które nie wydają się łase na interakcje z żywym dźwiękiem saksofonu, w piątym zaś pojawiają się dźwięki z magnetofonu kasetowego, których rola w narracji nie zostaje zbyt precyzyjnie nakreślona. 




Sue Lynch/ Dawid Frydryk/ Dave Fowler/ John Edwards  Dial  (FMR Records, CD 2019)

Pozostajemy w Londynie, zmieniamy tylko miejsce – świetnie nam znany klub Iklectik. Na scenie kwartet Dial, który tworzą: Sue Lynch – saksofon tenorowy, klarnet i flet, Dawid Frydryk – trąbka i flugelhorn (muzyk pochodzący w Wrocławia!), John Edwards – kontrabas oraz Dave Fowler – perkusja. Na srebrnym krążku dostajemy po prawdzie nagrania z dwóch różnych koncertów – krótsza improwizacja z roku 2018 i dłuższa, być może cały koncert, z roku 2019. Całość trwa około 48 minut.

Dial, to przykład muzyki improwizowanej, silnie osadzonej w estetyce jazzowej, której naczelną konstytucją jest prawdziwie realny kolektywizm. Równość wobec praw improwizacji, wobec każdego dźwięku i rozwiązania dramaturgicznego. Słucha się tego doskonale, co unaocznia już pierwszy utwór. Muzycy produkują małe frazy, macają się wzajemnie, sprawdzają dyspozycję dnia. Rwany, bystry tenor, śpiewna trąbka, wreszcie sekcja serca i ognia, z masywnym, jedynym w swoim rodzaju kontrabasem Johna Edwardsa. Post free jazz z otwartą głową i dobrymi płucami, bez pustych przebiegów, pełen niuansów i dramaturgicznych perełek. Ozdobą tej części płyty zdaje się być nade wszystko solowe expo smyczka na gryfie kontrabasu - piękne, brudne, meta barokowe pasaże.

Druga część zaczyna się w ciszy oczekiwania. Swobodna spirala narracyjna, która nakręca się jakby samoistnie, w konsekwencji kolejnych akcji i interakcji muzyków. Opowieść budowana z puzzli, które niemal idealnie do siebie pasują. Bystre kipiele emocji, godne klasyki free jazzu, kontrapunktowane są tu post-kameralnymi spowolnieniami (niezastąpiony smyczek Edwardsa!), które skrzą się także indywidualnymi stemplami jakości. W połowie siódmej minuty czyni tak trębacz, parędziesiąt sekund później tenorzystka, która świetnie wykorzystuje smyczkowy podkład. Dużo dramaturgicznej kreacji bierze tu na siebie kontrabas, ale to dla nas żadne zaskoczenie. Dwa istotne momenty ma także Lynch, gdy ciągnie samotnie jarzmo narracji, raz proponując bystrą sekwencję dźwięków na tenorze, innym razem, już pod sam koniec koncertu, na klarnecie. Po upływie trzydziestej drugiej minuty kwartet przełącza się na tryb fire music, opowieść dostaje dodatkowego kopa rytmicznego, swoje trzy gorsze wrzuca wspomniany klarnet, po czym opowieść przechodzi w stadium gaszenia płomienia narracji. Znów wszystko dzieje się tu bardzo kolektywnie, choć nie sposób nie podkreślić paru pięknych fraz trąbki.




The Dinner Party  Wednesday Afternoon (FMR Records, CD 2020)

Na ostatniej dziś płycie barwy brytyjskie reprezentują wydawca i saksofonista (po części także pianista), ale samo nagranie powstało we Włoszech, w miejscowości Monopoli (Eticarte Waveahead Studio, sierpień ubiegłego roku). Trio The Dinner Party w składzie: Vladimir Miller – fortepian, Adrian Northover – saksofon altowy oraz Pierpaolo Martino – kontrabas. Muzycy proponują nam osiem kompozycji (dwie autorstwa pianisty, pozostałe, to dzieło wszystkich muzyków, zatem z improwizacją, jako główną metodą twórczą), które trwają około 48 minut.

Zgodnie z informacją zawartą w preambule całego tekstu, dzisiejszą opowieść kończymy w klimatach open jazzu. Środowe Popołudnie chwilami haczy nawet o jazzowy mainstream (choćby w kompozycjach pianisty, dobrych do tańca i śpiewania, niczym evergreeny Krzysztofa Komedy!), ale szczęśliwie daleko mu do idiomu ECM-owskiej nudy. Klasa muzyków czyni jednak wiele (tego Pana na saksofonie cenimy sobie szczególnie!), a wystarczy sięgnąć po ostatni, najdłuższy utwór, by przekonać się, że The Dinner Party, to zdecydowanie coś więcej niż jazz, nawet ten najbardziej otwarty.

Kompozycje na płycie, te tworzone kolektywnie, to bardziej scenariusze, luźne zapiski tego, jak przebiegać ma proces budowania narracji i kreowania improwizacji, zarówno tych solowych, jak i kolektywnych. Pianista wychowany być może na klasyce i warsztacie rosyjskich konserwatoriów, dba tu o każdy niuans dramaturgiczny, dużo oryginalności i pomyślunku prezentuje kontrabasista, a klasa saksofonisty nie wymaga rekomendacji, nawet wtedy, gdy jego altowy instrument po prostu śpiewa melodię. Dowodem na kreatywność kontrabasisty niech będzie utwór czwarty, w którym flow opowieści buduje wyjątkowo zwinne szarpanie za struny. Jeszcze wcześniej, w trzecim, cała rytmika zdaje się być ciekawie poszarpana, w czym jego udział wydaje się niepodważalny. Kolejnym stemplem jakości może być utwór numer pięć, niepozbawiony pianistycznych preparacji, znów z bystrym pizzicato i wyjątkowo dynamicznym saksofonem, niemal z posmakiem rockowej ekspresji. Muzycy równie dobrze radzą sobie z tajemniczą melancholią, jaka dopada ich w szóstej opowieści. Wreszcie, wspomniana już ostatnia, ponad 11-minutowa kompozycja. Zaczyna się wymianą krótkich fraz, z pogłosem - filigranowy flow, ale budowany z odpowiednią dynamiką. Po chwili wchodzi smyczek, emocje rosną, a do ognia dorzuca saksofon. Po fazie post-barokowego spowolnienia, trio rozlewa się w szeroki strumień open jazzu i z nostalgicznymi emocjami zwinnie dociera do ostatniego dźwięku.