Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Luc Guionnet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean-Luc Guionnet. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 kwietnia 2026

Cyril Bondi & d'incise as Diatribes in four celebration trios!


Cyril Bondi i d'incise, filary kreatywnej sceny szwajcarskiej, kompozytorzy, improwizatorzy, element sprawczy wyjątkowej Insub Meta Orchestra, animatorzy labelu Insub Records, pracują razem od 20 lat. Zaczynali jako duet Diatribes i przy okazji owej zacnej rocznicy do tej nazwy powracają.

Artyści rozpoczynali swoją przygodę ponoć od noise electronic improvisation, dziś są głównie kompozytorami i wykonawcami minimalistycznej muzyki współczesnej. Poniżej zaprezentują nam się w czterech jubileuszowych, trzyosobowych ekspozycjach, które z jednej strony noszą miano kompozycji, z drugiej śmiało nawiązują dramaturgicznie do improwizowanych początków ich współpracy.

W roli gości jubileuszowych wydawnictw (dwóch na CD, dwóch na kasetach) odnajdujemy skrzypaczkę Clarę Levy, wiolonczelistę Stefana Thuta, saksofonistę Jean-Luc Guionneta i operatorkę hurdy-gurdy Lise Barkas, przy okazji grającą także na bagpipes. Cztery bardzo różne opowieści - meta neo-folk, post-jazz, elektroakustyka, instrumentalne nagrania terenowe – to tropy, które winny przykuć naszą uwagę. To także nic nieznaczące drogowskazy, albowiem wysokiej jakości muzyka kreatywna w ogóle takich nie potrzebuje. Zapraszamy do odczytu i odsłuchu!

 


L'apport: Ke ya me transí

Zaczynamy diatrybowy przegląd od studyjnego nagrania tria złożonego ze skrzypiec, wibrafonu i elektroniki. Na bazie zapomnianej pieśni sefardyjskiej muzycy toczą tu post-improwizowane dysputy. Topią się w żalu, umierają, rodzą na nowo, skomlą i opłakują nieistniających zmarłych. Od czasu do czasu sieją rytmiczny zamęt, który trzykrotnie stanowi dramaturgiczne interludium tej niebywałej opowieści.

Delikatny skowyt skrzypiec, oniryczne plamy wibrafonu i szemrząca, wijąca się po podłodze elektronika tworzą tu aurę otwarcia. Ów łabędzi śpiew konającego przyjmuje najczęściej formę luźnego, rozwarstwiającego się drona. Niekiedy panoszą się w nim ochłapy melodii, których autorem nie jest jedynie skrzypaczka. Anonsowane rytmiczne interludia budzą niepokój, ale też nadzieję, która gaśnie równie szybko, jak się wznieciła. Ścieżki dźwiękowe trzech instrumentów od czasu do czasu multiplikują się. Nie wiemy, czy to efekt post-produkcji, czy może instrumentalnej zręczności wykonawców. Ten gęstniejący potok smutku i żalu zostaje ciekawie podsumowany po ostatnim rytmicznym kontrapunkcie. Muzycy serwują nam wtedy porcję drobnych, zwinnych dźwięków, które wchodzą w intrygujące interakcje. Ich po części minimalistyczny tryb dobrze koreluje z panującą wokół ciszą. Na końcowej prostej opowieść tonie w umierającej melodii, w powtórzeniach, które zdają się nie mieć końca.

 


L'apport: Lâ dèchigeâ

Tym razem nasi bohaterowie (wyposażeni w shruti box i laptopa) spotykają na wysokości 1.700 metrów wiolonczelistę i w raz nim budują cichą, minimalistyczną opowieść, której zadaniem wydaje się nade wszystko niezakłócanie akustyki otoczenia, kreowanego przez szemrzące owady, przelatujące ptaki, szum wiatru, plusk wody i inne odgłosy szwajcarskiego pogórza.

W warstwie instrumentalnej docierają do nas stłamszone, ukradkowe melodie wiolonczeli i shruti box oraz cienka, syntetyczna warstwa drobnych zdarzeń fonicznych płynąca zapewne z laptopa. Całość wydaje się ceremoniałem wyczekiwania, a może bardziej egzystowania w obliczu nienachalnej przyrody. Drobne ekspozycje, dźwięk za dźwiękiem, bez specjalnych interakcji. Posmak folkowy jest tu oczywisty, podobnie jak medytacyjny wymiar nagrania. Czasami narracja lepi się w bardziej zwarty dron, ale na tyle cichy, byśmy słyszeli dźwięk przelatującego owada. Ostatni kwadrans tej opowieści wydaje się bardziej mroczny, jakby odrobinę intensywniejszy. Ale to może tylko złudzenie foniczne.

 


L'apport: An awkward position

Trzecie spotkanie, to dobrze zaplanowana improwizacja z udziałem doskonale nam znanego francuskiego saksofonisty. Diatrybowe narzędzia pracy, to w tym wypadku perkusja i elektronika. Sześć niedługich epizodów, które śmiało sytuują się w obrębie szeroko rozumianego post-jazzu.

Artyści rozpoczynają swoją przygodę w definitywnie minimalistycznym kontekście. Szyją narrację drobnymi, elektroakustycznymi frazami, z których część nie daje się precyzyjnie przypisać konkretnemu instrumentowi. Bazują na strzępach linearności, dbają o każdy szczegół dramaturgiczny. W kolejnych ekspozycjach dodają nowe elementy. Bywa, że frazują bardziej intensywnie, zwłaszcza, gdy saksofon wchodzi w post-jazzowe zwarcia z perkusją. Elektronika, brzmiąca na ogół analogowo, staje najczęściej w roli kontrapunktującej i szukającej niebanalnej zagrywki. W trzeciej odsłonie pojawia się wyraźny ślad rytmu, w kolejnej dominuje filigranowy rezonans. Piąty epizod, to trzy różne wymiary akcji perkusjonalnych, z kolei finał szyty jest cokolwiek pożegnalną melodyką, zwieńczony zaś zostaje efektownym dronem na pełnym wydechu.

 


L'Apport: Apprendre la manière

Na koniec zostawiamy sobie prawdziwy smakołyk. Znów strzęp folkowej melodii, tym razem francuskiej, staje się tu przedmiotem tortur czynionych perkusją, metalofonem, elektroniką, ale nade wszystko lirą korbową i dudami. To szalony, niemal rytualny taniec, które osiąga różne poziomy intensywności, czy stadia dramaturgii, ale nie przestaje być czymś, w czym można całkowicie się zatracić. Wspaniałe nagranie!

Album składa się z dwóch prawie półgodzinnych części i kilkudziesięciosekundowej kody. Początkowa faza pierwszej opowieści zdaje się być wielkim loopem gęsto frazującej liry korbowej (brzmiącej niczym bluesowa gitara), wybijanego na werblu, folkowego rytmu i plam elektroniki, która także dekonstruuje zadaną melodię. Pomiędzy pętlami narracji pojawiają się plastry ciszy, które wraz z rozwojem sytuacji scenicznej ustępują jednak pola poszarpanej, dzikiej, transowej taneczności. Muzycy pastwią się nad melodią, tłuką ją jak mięso na kotlety, a nogę z gazu zdejmują dopiero pod koniec pierwszej odsłony albumu. Druga jego część kontynuuje rytuał niszczenia. Najpierw postawa artystów wydaje się bardziej agresywna, potem nieco łagodniejsza, ale jeszcze bardziej rytmiczna. Melodia nie poddaje się jednak, choć chwilami skrzeczy niczym zarzynana świnia, bo po krótkim, ambientowym interludium, już w końcowej fazie utworu zwycięża – wszyscy zaczynają wtedy śpiewać używając swoich instrumentów w jakże pokrętny sposób, doładowani nową porcją energii. Album domyka koda, która przypomina drżącą od ruchów tektonicznych magmę, nasyconą dodatkową porcją elektroniki, znanym już wcześniej rytmem i melodią, która płynie szerokim korytem aż po ostatni dźwięk.

 

L'apport: Ke ya me transí (Kaseta 2026). Cyril Bondi - wibrafon, d'incise - elektronika oraz Clara Levy - skrzypce. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Jeden utwór, 40 minut.

L'apport: Lâ dèchigeâ (CD 2026). Cyril Bondi - shruti box, d'incise - niepodłączony laptop, obiekty oraz Stefan Thut – wiolonczela. Nagranie terenowe u podnóża Sé Blanc (~1700m), okolice Barmaz, Góry Wallis, Szwajcaria. Jeden utwór, 50 minut.

L'apport: An awkward position (CD 2026). Cyril Bondi – perkusja, d'incise – elektronika oraz Jean-Luc Guionnet – saksofon. Nagrane w Bodeek, Molenbeek, Belgia. Sześć utworów, 36 minut.

L'Apport: Apprendre la manière (Kaseta, 2026). Cyril Bondi - perkusja, metallophone, d'incise – elektronika oraz Lise Barkas - hurdy-gurdy, bagpipe. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Trzy utwory, 54 minuty.

Wszystkie wydawnictwa: Insub Records.



 

piątek, 17 października 2025

Toc & Jean-Luc Guionnet in la malterie!


Francuskie trio Toc cieszy nasze uszy już od kilkanastu lat. Wydali dużo albumów, zagrali setki koncertów (nie ominęli w tym zacnym dziele pewnego spontanicznego festiwalu w zachodniej Polsce), chętnie wchodzą w kwartetowe koincydencje. Ich muzykę zwykliśmy obrazować sytuacją, w której słynni The Doors, po śmierci swojego wokalisty, kontynuują karierę w instrumentalnym trio i skupiają się wyłącznie na improwizacji.

Tak, definitywnie kochamy Toc i bardzo cieszymy się, iż w naszych odtwarzaczach wylądowała właśnie ich nowa płyta. I to w wersji trio+ z francuskim kolegą, świetnie nam znanym saksofonistą Jean-Luc Guionnetem. So, welcome!

  


Sytuacja jest zdecydowanie koncertowa, znana nam miejscówka w Lille i jedna improwizacja, która trwa dwa kwadranse i trzy minuty z sekundami. Początek nagrania wydaje się typowy dla tocowych introdukcji – rytmiczne szmery na werblu, strzępy gitarowych fraz i plamy rozgrzewającego się Fendera. Saksofonista pojawia się w grze po kilkudziesięciu sekundach, jest nieco wystudzony, jakby w oczekiwaniu na interakcje partnerów. Muzycy potrzebują tu ledwie kilku chwil, by uporządkować szyk i ruszyć w podróż, dla której free jazz, fusion, rockowa psychodelia, tudzież ognista ściana dźwięku są w pełni akceptowalnymi opcjami. Flow z każdą chwilą zdaje się rozlewać coraz szerszym korytem. Przypomina dziecięcy kalejdoskop, tyle, że pleciony wyłącznie mrocznymi barwami.

W okolicach dziesiątej minuty kwartet jest już w kipieli, w szalonym tańcu, który ciągnie ku kolejnym wzniesieniom ekstremalnie rozgrzany saksofonista. Po kilku minutach muzycy zdejmują jednak nogę z gazu i przechodzą w tryb drżącego wyczekiwania. Każdy dodaje teraz do strumienia dźwiękowego indywidualne zdobienia i smaczki dźwiękowe. Opowieść przybiera formę kołysanki, która z każdym kolejnym wahnieniem nabiera intensywności. Saksofonista znów staje na froncie i wzywa do walki. Gitarzysta wpada w trans, choć niekoniecznie pnie się ku kolejnemu wzniesieniu. Pianista i perkusista rozglądają się wokół i szukają nowych inspiracji.

Tymczasem perkusja wpada w umiarkowanie dynamiczny 2step i zdaje się kierunkować kwartet niejako na nowo. Tuż po przekroczeniu dwudziestej piątej minuty muzycy znów stają w ogniu emocji, choć w przeciwieństwie do poprzedniej tego typu sytuacji flow wydaje się bardziej rozrzedzony, niepodziewanie swobodny, mimo wysokiego poziomu intensywności. W tym momencie każdy z artystów wydaje się mieć swój pomysł na drobną destymulację. Ale do tej jednak nie dochodzi. Finał koncertu, to kolejny spazm ekspresji, który zostaje wyjątkowo zwinnie ugaszony i umiera przy wystudzonych dźwiękach gitary.

 

Toc & Jean-Luc Guionnet Quelques idées d’un vert incolore dorment furieusement (Circum-Disc, CD 2025). Jean-Luc Guionnet – saksofon, Jérémie Ternoy - Fender Rhodes, piano bass, Ivann Cruz – gitara oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w la malterie, Lille, Francja, marzec 2024. Jedna improwizacja, 33 minuty.

 

 

wtorek, 17 września 2024

Frédéric Blondy in two Relative Pitch’ drones!


Francuski pianista Frédéric Blondy nie często bywa gościem mediów skoncentrowanych na muzyce improwizowanej. To artysta na tyle wszechstronny, zorientowany ponadgatunkowo, iż poszukiwanie go w jakiejkolwiek szufladzie stylistycznej wydaje się być z góry skazane na niepowodzenie.

Szczęśliwie nowojorski The Relative Pitch Records letnim czasem dostarczył nam aż dwa nowe albumy z udziałem rzeczonego artysty, dla których improwizacja jest główną metodą pracy. Jeden z nich, to Onceim - orkiestra nowych kreacji, eksperymentów i improwizacji, której Blondy jest szefem (dyrektorem artystycznym), drugi album, to ekspozycja pracującego wspólnie od lat kwintetu Hubbub, którego jedną piąta potencjału stanowi osobowość artystyczna pianisty.

Co niezmiernie intrygujące, obie formacje mają pod względem estetycznym wiele ze sobą wspólnego. Prowadzą żmudne, skupione, równie post-kameralne, jako i post-eksperymentalne improwizacje, które tylko od czasu do czas popadają w spazm nadekspresji. Rozbudowana, ponad 30-osobowa orkiestra potrafi być niebywale subtelna, z kolei kwintet w stadium rozbłysku bywa efektowny, niczym wielka orkiestra symfoniczna. Oba albumy łączy jeszcze jedna cecha – są doprawdy wyśmienite i już teraz - z niemal stuprocentową pewnością - trafiają na naszą coroczną listę best-off.



 

Onceim

Trzynaście instrumentów strunowych (w tym dwie gitary), trzynaście instrumentów dętych, fortepian, akordeon, trzy zestawy perkusyjne i dwa wyposażone w elektronikę, wreszcie osoba dyrektora artystycznego, który jedynie czuwa na całością wykonu, albowiem nic nie wskazuje, by pełnił rolę instrumentalisty lub dyrygenta. Oto Onceim w pełnej krasie, którego moc rażenia wydaje się przeogromna. Album zawiera trzy utwory – ten pierwszy trwa prawie pięćdziesiąt minut, dwa kolejne to już krótsze formy. Nagrania pochodzą z lat 2018-2020, czyli swoje odczekały, by ujawnić światu swe niewątpliwe powaby.

Otwarcie lepi się z fonii, którym nie sposób w każdym przypadku nadać miano instrumentalnych – plejada szmerów i szumów, pojedyncze szarpnięcia za struny, delikatnie drżące smyczki, akcenty percussions i zatrwożone, dęte wyziewy jeszcze nieuformowane w drony. Wielka machina w uśpieniu, dyszy i leniwie dygocze. Gdy flow zaczyna niewinnie narastać, zdaje się od razu eksplodować wielowarstwową urodą i zmysłową linearnością. Pięknie zgrzyta, pojękuje, ale i kąsa mikro melodiami. Nim wybije kwadrans opowieść zaczyna piąć się ku górze niesiona rytmicznymi dźwiękami gongu. Całość nabiera pewnej ptasiej ulotności, przypomina mewy w locie wnoszącym i tupot gęsich stóp, ale i grzmoty nadchodzącej letniej burzy, piąta pora roku Vivaldiego po przedawkowaniu. Po upływie dziesięciu minut orkiestra zaczyna szukać ciszy. Proces skutkuje jednak plejadą nerwowych, także elektroakustycznych incydentów i po ledwie kilku minutach opowieść formuje się w efektowne crescendo. Ale i tu w końcu artystów dopada mrok ciszy. Wzdychają, nucą strzępy melodii, kołyszą się na wietrze. Dobijają do końca w stanie niemal ceremonialnego rozmodlenia.

Druga część tego niezwykłego albumu nie trwa nawet dziesięciu minut. Dociera do nas z gęstej mgły, obleczona poranną rosą, nasycona dramaturgicznym zawahaniem. Tworzą ją oniryczne pasaże dętych, skrzypienia i szelest talerzy. Ta kołysanka ma jednak prawdziwie złowieszczy background. Buduje linearną narrację korzystając z minimalistycznych fraz kontrabasów. Dość szybko wchodzi w stan finalizacji, który zdaje się być trudnym, górskim podejściem realizowanym w trakcie szybko nadchodzącego zmierzchu. Trzecia improwizacja, choć powstała w tej samej lokalizacji, co pierwsza, brzmi inaczej, bardziej przestrzennie, operuje jeszcze szerszym spektrum dźwięku, choć jako całość wydaje się dość matowa. Instrumenty dęte preparują, perkusje pracują tuż przy podłodze, strunowce gaworzą z elektroakustyką i zgrzytają zębami. Kilkuminutowy proces narastania sprawia, iż Onceim przez moment sprawia wrażenie wielkiej, freejazzowej maszyny śmierci. Po czasie krzyki, lamenty, demoniczne westchnienia szyją niemal monumentalną, dronową ekspozycję. Po upływie dziesiątej minuty narracja zaczyna przygasać. Pozostaje jednak kłębowiskiem nerwowych akcji i równie kompulsywnych interakcji. Dopiero ostatnia prosta niesie iskierkę nadziei, post-melodyjnego uspokojenia.



 

Hubbub

Na spotkaniu kwintetowym odnajdujemy trójkę muzyków, którzy uczestniczyli w ekscesach orkiestrowych. To samo miejsce, zbliżony punkt na osi czasu. Piano, dwa saksofony, gitara i perkusja w dwóch rozbudowanych improwizacjach – ta pierwsza trwa prawie czterdzieści minut, ta druga prawie dwadzieścia.

Rezonujące, saksofonowe drony, talerze eksponowane skromnym drummingiem, drobne incydenty wprost z klawiatury piana i gryfu gitary tworzą kameralne otwarcie, pełne echa utraconych melodii i mantry niedopowiedzenia. Dość sprawnie uformowany, linearny flow zdaje się tu być czteroramiennym dronem, upstrzonym minimalistycznym, perkusyjnym stepem. Dużo dobrego w tle czyni gitara – rezonuje, pulsuje basowo. Gdy kwintet narasta na pełnym wydechu, mamy wrażenie, że znów znaleźliśmy się na koncercie Onceim. Ale tu, w małej grupie improwizatorów, zamiana w źdźbło ciszy następuje w ułamku sekundy. Narracja w dalszej fazie utworu jest nade wszystko dronowym up & down. Gitara stawia na minimalizm, ale jakże twórczy, kontrapunkty piana i perkusji stymulują emocje, dęte westchnienia koją nerwy. W połowie opowieści pojawia się śladowy rytm wprost z gitary, a flow zdaje się być bardziej intensywny. Po kilku minutach energia zdaje się jednak opuszczać muzyków. Improwizacja wchodzi w stadium onirycznej lewitacji. Nim ostatecznie skona, nabiera jeszcze krwi i efektownie pęcznieje mocą ludzkich mięśni. Na gryfie gitary pojawia się smyczek, drżą czarne klawisze piana, dęte nadymają się, a perkusja stawia nerwowe stemple.

Drugą opowieść otwiera dęty dron płynący z samego dna. Szeroko, ze szczebiotem dysz i rezonującymi tubami. W tle sączy się szum gitarowej amplifikacji i rezonują talerze. Narracja pęcznieje dzięki kolektywnym preparacjom, wydaje się być bardziej intensywna niż w pierwszej odsłonie albumu. Zgiełkliwa, prawdziwie diabelska kołysanka szuka hałasu i niemal go odnajduje. Improwizacja wchodzi teraz w fazę dramaturgicznego zawahania. Są ślady rytmu perkusji, ale nie podjęte przez resztą załogi. Drony nabierają trwogi, ale stają się dość minimalistyczne. Dygocząca, ale powolna narracja chłostana bywa perkusyjnymi blastami, które brzmią niczym grom z jasnego nieba. Po upływie kwadransa opowieść pnie się jednak ku górze. Ów kompulsywny dygot podkreślają smyczek i drżące tuby. Tracenie mocy obydwa się w bardzo nerwowej aurze. Wszystko przypomina tu agonię wielkiego zwierza w ciemnym lesie.

 

Onceim Laminaire (CD, 2024). Onceim (Orchestre de Nouvelles Créations, Expérimentations et Improvisations Musicales): Frédéric Blondy – dyrektor artystyczny, Patricia Bosshard, Prune Bécheau – skrzypce, Cyprien Busolini, Elodie Gaudet, Julia Robert – altówki, Félicie Bazelaire, Anaïs Moreau, Deborah Walker – wiolonczele, Sébastien Beliah, Benjamin Duboc, Frédéric Marty – kontrabasy, Giani Caserotto, Jean-Sébastien Mariage – gitary, Xavier Charles, Jean Dousteyssier, Jean-Brice Godet, Joris Rühl – klarnety, Pierre-Antoine Badaroux, Bertrand Denzler, Benjamin Dousteyssier, Stéphane Rives – saksofony, Louis Laurain, Franz Hautzinger – trąbki, Alexis Persigan – puzon, Jean Daufresne, Vianney Desplantes – saxhorns, Alvise Sinivia – fortepian, Pierre Cussac – akordeon, Rémi Durupt, Antonin Gerbal, Julien Loutelier – perkusje, instrumenty perkusyjne, Arnaud Rivière, Diemo Schwarz – elektronika. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, październik 2020 (utwór 1), La Muse en Circuit, Alfortville, styczeń 2020 (2) oraz Eglise Saint-Merry, Paryż, kwiecień 2018 (3). Łącznie 75 minut.

Hubbub abb abb abb (CD, 2024). Frédéric Blondy – fortepian, Bertrand Denzler – saksofon tenorowy, Jean-Luc Guionnet – saksofon altowy, Jean-Sébastien Mariage – gitara elektryczna, Edward Perraud – percussion – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Eglise Saint-Merry, Paryż, sierpień 2019. Dwie improwizacje, 57 minut.



wtorek, 30 stycznia 2024

Jean-Luc Guionnet & Lê Quan Ninh! Those whose fathers never met!


Muzyków, których album za moment odczytamy, znamy dobrze lub bardzo dobrze. Francuski saksofonista nie stroni od free jazzu (choćby The Ames Room), ale zdaje się, że jego prawdziwą bajką jest eksperymentalna elektronika, tudzież zaawansowane techniki wydobywania dźwięków z instrumentu dętego, blaszanego. Z kolei francuski perkusjonalista o wietnamskich korzeniach, krążący po obrzeżach świata swobodnej improwizacji od kilkudziesięciu lat, nagrywa na tyle rzadko, iż być może nie mieliśmy zbyt wielu okazji, by przekonać się, jak wspaniałym jest artystą. To samo możemy zresztą powiedzieć o jego partnerze, który równie rzadko improwizuje wyłącznie na akustycznym instrumentarium.

Wiele wskazuje na to, iż spotkanie we francuskim Nancy, dwa lata temu, jest pierwszą wspólną rejestracją tych artystów w duecie. Dodajmy już na samym wstępie – niezwykle zmysłową, poczynioną w dalece zjawiskowej akustyce, po części medytacyjną, wreszcie perfekcyjnie zbudowaną pod względem dramaturgicznym. Jakakolwiek chwila z tego dość długiego nagrania nie wydaje się być zbyteczna, a całości winniśmy słuchać w maksymalnym skupieniu, bo w obszernych fragmentach wypełniona jest dźwiękami posadowionymi tak blisko ciszy, jak tylko jest to możliwe.

Panie i Panowie, Jean-Luc Guionnet & Lê Quan Ninh!




Pierwsza i czwarta opowieść trwają po kilka minut, druga i trzecia po kilkanaście, zaś finałowa ekspozycja, to ponad dwadzieścia pięć minut dźwiękowego rytuału o niepoliczalnych zasobach piękna. Artyści startują tu z poziomu ciszy zupełnej i tamże kończą swą podróż po upływie ponad godziny zegarowej. Oddech matowego saksofonu i delikatne drżenie metalowych akcesoriów perkusjonalnych, to aura pierwszej improwizacji - filigranowej, minimalistycznej, nasyconej ceremoniałem oczekiwania na to, co być może nigdy nie nadejdzie. Druga opowieść snuje się wokół fraz preparowanych, wydzielonych dramaturgicznie porcjami gęstej ciszy. Drżący werbel i saksofonowe parchanie lepi się tu w mgławice rezonansu i szumu, z czasem zaś formuje w zwarte, dronowe, niekiedy delikatnie pulsujące strumienie dźwięków. Muzycy coraz częściej powtarzają wykreowane frazy, wpadając w wielominutową medytację. Po pewnym czasie flow zdaje się narastać, potem równie efektownie przygasać.

Trzecia część w swym początkowym stadium, to plejady drobnych, niekiedy preparowanych dźwięków, które wchodzą w całkiem bystre interakcje. Nie brakuje wszechobecnej ciszy, ale improwizacja okazjonalnie potrafi nabrać sporej intensywności, niesiona saksofonowymi świdrami i nad wyraz aktywnymi perkusjonaliami. Bywa wypełniona pełnymi dźwiękami, bywa tkana jedynie z dętego szumu i rytmicznych mikrozdarzeń na werblu i talerzach. Czwarta odsłona sprawia wrażenie precyzyjnie zaplanowanej. Budowana jest krótkotrwałymi akcjami, dzielonymi dużymi plastrami ciszy. Perkusjonalia drżą i szeleszczą, okazjonalnie przyjmując formę drummingu, saksofon oddycha wyjątkowo szerokim pasmem - od gęstego szumu do dętego pisku. Jakkolwiek cała historia wydaje się być wyjątkowo filigranowa.

Ostatnia opowieść ma kilka faz – skupione otwarcie, intrygujące rozwinięcie i niebywałą, wielominutową finalizację. Początek tkany jest z drobiazgów, ale nasycony podskórnym rytmem. Incydentalnie frazy saksofonu wydają się być dość mocne, ale ich brzmienie łagodzi cisza wypełniająca swoją obecnością każdy etap narracji. Obłoki rezonansu w rytuale medytacyjnego spowolnienia bywają tu kontrapunktowane drobnymi, dynamicznymi akcjami, które wcale nie są posadowione zbyt daleko od estetyki free jazzu. Improwizacja, wciąż sycona rytmem, systematycznie obniża jednak poziom intensywności, zdaje się zamierać w szumiącej ciszy. W połowie utworu muzycy zaczynają niespodziewanie pogwizdywać, po czym zanurzają się na wiele minut w medytacji lepionej z drżących, rezonujących fraz. Całość formuje się w dość mroczny, ale na poły melodyjny dron. Improwizacja zastyga w ruchu. Trwa i zdaje się nie mieć końca.

 

Jean-Luc Guionnet & Lê Quan Ninh Those whose fathers never met (Bandcamp’ self-released, DL 2023). Jean-Luc Guionnet – saksofon altowy oraz Lê Quan Ninh – instrumenty perkusyjne. Nagrane w CCAM, Vandœuvre-lès-Nancy, wrzesień 2022. Pięć improwizacji, 66 minut.




piątek, 29 grudnia 2023

Barcelona makes the world go round: Isysxae! Chant! Garcia & Guionnet! Pricto! Nonetheless! AX!


Nic lepszego nie mogło nas spotkać na koniec spontanicznego, umierającego już niechybnie roku 2023 niż zestaw pełnokrwistych nowości z naszej ukochanej Barcelony!

Czeka dziś na nas sześć wyjątkowo smakowitych świeżynek – pewien koncert z poznańskiego Dragona (jakże być inaczej!), dwie premiery nowego labelu Hera Corp., założonego przez Alexa Reviriego (z silnymi akcentami baskijskimi i francuskimi), wreszcie trzy najnowsze dziecięcia Discordian Records, a pośród nich pierwsza solowa płyta El Pricto!

So, welcome and dance to the end of the year 2023!



 

Isysxae Living Systems Decay - Live in Poland (Bandcamp’ self-released, kaseta 2023)

Dragon Social Club, Poznań, Fast Forward 6th Spontaneous Music Festival, październik 2022: Ferran Fages – gitara elektryczna, Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Pere Xirau – perkusja. Trzy improwizacje, 14 minut.

Katalońskie trio zagrało na deskach poznańskiego Dragona 32-minutowy set. Na potrzeby albumu muzycy wykroili z niego ledwie trzy fragmenty – niespełna dwuminutowy, niespełna ośmiominutowy, wreszcie niespełna czterominutowy. Oczywiście decyzja artysty bywa rzeczą świętą, niemniej tych, którzy ów koncert widzieli w całości zdaje się dopadać niewymowny żal nieodwracalnej straty. Ów konceptualny minimalizm w zakresie formy zdaje się być jednak znakiem rozpoznawczym Isysxae – ich debiutancki, studyjny album trwał całe … 22 minuty. Wszystkie te dywagacje możnaby puścić w niebyt zapomnienia, gdyby nie drobny fakt, iż muzyka Fagesa, Chanta i Xirau, to jedno z najciekawszych zjawisk na współczesnej, europejskiej scenie free impro.

Pierwsza plama krwi, to post-rockowy wymiot, ulepiony z riffu ciężkiej gitary, kompulsywnego wrzasku saksofonu tenorowego i porcji circle drums, która oplata wszystko niczym gęsta, tłusta pajęczyna. Lepki, siarczysty pomiot dźwięku, zastygająca plama napalmu o zbyt filmowym poranku. Drugi wyziew fonii tworzą preparowane frazy wprost z rozgrzanego werbla, tuba saksofonu rżąca jak dobijany koń, wreszcie gitarowe plamy sprzężeń i narastającego przesteru. Lawa zdaje się tu być już całkowicie zastygła, stygmatyzuje dźwięk, buduje ścianę post-industrialnego hałasu. Zdaje się, że wszystko tu wyje, rozdziera szaty, dotkliwie samokaleczy się. Perkusja w wiecznej pętli, saksofon z tubą ryjącą dziurę w ziemi i gitara w stadium umierającej post-fonii. I to wszystko wydaje się być podejrzanie lekkie, jakby zaczynało unosić się w powietrzu. Trzeci strzęp koncertu w fazie początkowej tonie w echu gitarowej amplifikacji, wdechów wprost do tuby i perkusjonalnych zdobień. Represyjny dub zaczyna pulsować, towarzyszy mu szczebiot rozklekotanej perkusji, z kolei saksofon rysuje pętle niczym pijany lunatyk. Umierający spektakl post-dźwięku przypomina gasnące ognie sztuczne rozproszone w złotym palenisku.



 

Tom Chant Solo (Hera Corp., Kaseta 2023)

La Isla (Kraj Basków?), czas nieznany: Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy. Sześć improwizacji, 31 minut.

Tom Chant pozostaje z nami, by zaprezentować swoją pierwszą (!) solową płytę. Trzy improwizacje na saksofon tenorowy, tyleż na sopranowy, a wszystko z permanentnym wykorzystaniem tzw. technik rozszerzonych, czyli przekładając na język bardziej zrozumiały – nie będzie melodii, jedynie samo cierpienie. A że barceloński Brytyjczyk, to mistrz tego typu dętych eksploracji, płyta Solo nie może nam nie sprawić gigantycznej radości z odsłuchu.

Pierwsza tenorowa zawierucha zdaje się mieć całkiem naturalistyczny wydźwięk. Przypomina niedźwiedzia w trakcie czynności fizjologicznej, tudzież dzikie koty w pogoni za sforą nieznośnych myszy. Soundtrack do kreskówek Walta Disneya? Muzyk stosuje krótkie odcinki fonii, a oddziela je przerwami na wzięcie oddechu. Pracuje jak żywy człowiek, ale czasami przypomina post-industrialną maszynę do generowania szumów i pisków. Naturalność całej sytuacji scenicznej podkreśla piejący w oddali kogut, z którym muzyk zdaje się wchodzić w drobne interakcje. W części drugiej narracja bardziej skłania się ku onirycznym dronom z odrobiną melodii. Muzyk rzeźbi teraz skałę łyżeczką do herbaty. W części trzeciej można odnieść wrażenie, że Chant szuka granicy akustycznego przesteru, ponownie woli krótkie, urywane frazy. Sopranowa część albumu nie jest bynajmniej bardziej łagodna. Artysta szuka swojego dźwięku, szyje frazy, które przypominają pracę silnika elektrycznego, a może zepsutego wentylatora. Tuba jego instrumentu jest tu chyba zamknięta od pierwszej do ostatniej sekundy. Drżenie powietrza i półwrzask rozgrzanych dysz, a wszystko jakby doprawione posmakiem tajemniczej syntetyki. W finałowej ekspozycji muzyk początkowo szuka echa, a może ściany, od której odbijają się dźwięki jego instrumentu. Można także odnieść wrażenie, że nie tylko generuje dźwięki instrumentalne, ale także przemieszcza się z saksofonem kreując dodatkowe fonie. A na koniec znów przypomina leśne zwierzę szukające ofiary.



 

Miguel A. García & Jean-Luc Guionnet Duo (Hera Corp., Kaseta 2023)

Sala Bastida, Azkuna Zentroa (Bilbao), czas nieznany: Miguel A. García oraz Jean-Luc Guionnet – elektronika, elektroakustyka (instrumentarium nieoznaczone). Dwie improwizacje, 41 minut.

Bask i Francuz, to artyści, których znamy z wielu elektroakustycznych eksploracji, tego drugiego także z soczystych, saksofonowych wycieczek w nieznane. Tu spotykamy obu zaplątanych w niekończące się zwoje kabli. Ich elektroniczny i akustyczny ekwipunek zdaje się funkcjonować w symbiozie, jakkolwiek dźwięki syntetyczne pozostają w dużej przewadze. Estetyka duetu, to może nie jest do końca nasza bajka, ale trzeba artystom oddać, iż z plejady różnorakich, mniej lub bardziej tajemniczych fraz są w stanie budować zwarte, linearne, na poły dronowe improwizacje, które są udaną puentą obu długich, wielominutowych minutowych odcinków.

Pierwsza, nieco dłuższa improwizacja zdaje się unaoczniać tezę zawartą w poprzednim zdaniu w sposób szczególnie dobitny. Muzycy startują z poziomu drobnych, rwanych fonii i swobodnie płyną od szmeru ciszy do mikro eksplozji hałasu. Efektem ich wielominutowych eksploracji jest oniryczny dron, upstrzony plejadą nieinwazyjnych mikro usterek. Druga część wprowadza do zastanej estetyki nowe elementy. Na starcie zgrzyty i piski zdają się być niesione tajemniczym rytmem. Muzycy wchodzą w intrygujące interakcje, dodając raz za razem nowe dźwięki. W połowie improwizacji tłumią elektroakustyczne emocje i na dłuższą chwilę zanurzają się w chmurze martwego ambientu. Z czasem, metodą jaką znamy z pierwszej części, tworzą wspólny, dźwiękowy front, rodzaj półpłynnej lawy pełnej drobnych post-fonii. Tu ostatecznym rezultatem ich prac jest ściana dźwięku, definitywnie pobudowana z materiałów łatwopalnych.



 

El Pricto Moonburnt (Discordian Records, DL 2023)

Miejsce akcji nieoznaczone, Barcelona (?), 2019-2022: Prictopheles - syntezatory, prictar, klarnet i głos. Dziesięć utworów, 32 minuty.

Kolejna znacząca, barcelońska postać muzyki kreatywnej z debiutanckim albumem solowym! Oto i El Pricto, muzyk, który już kilka lat temu porzucił saksofon na rzecz instrumentarium elektronicznego – na ogół analogowego, także własnej produkcji. Jego płyta przynosi nam mnóstwo wrażeń. O ile w części pierwszej artysta stawia na umiar i precyzję wypowiedzi, o tle w drugiej uwalnia swój temperament i szyje nam kilka kompulsywnych opowieści w klimatach noise & harsh. Ta druga odsłona solowego Pricto zdaje się być przeznaczona jedynie dla wielbicieli gatunku, reszcie pozostaje zachwyt nad bezgraniczną kreatywnością muzyka.

Początek albumu jest dalece dynamiczny. Tworzy go kilka zwinnie uformowanych warstw trzasków, zgrzytów i drobnych przesterów, którym w tle towarzyszy pasmo ambientu. W kolejnych opowieściach Pricto bogaci flow akcentami perkusyjnymi, którym nadaje okazjonalnie posmak dubowy, a które ciągle wzmacnia strumieniem ambientu. W tym tyglu zdarzeń nie brakuje też pasm, które wydają się być post-akustycznymi melodiami, niczym wspomnienia dawno utraconej młodości. Elektroakustyczna burza śnieżna zaczyna się od utworu numer cztery i wypełnia nasze receptory słuchu aż do ostatniego, znów bardziej stonowanego fragmentu. Muzyk kreuje tu na ogół krótkie, noise’owe frazy, które szereguje w potoki mniej lub bardziej inwazyjnych fonii. Czasami jego narracja przypomina taśmę magnetofonową puszczoną od tył. W ostatniej opowieści melodie utraconej młodości zdają się triumfalnie powracać. Rozdygotany ambient w bogatym bukiecie akcji post-percussion cudownie koi nasze zmysły i pozwala wspominać całe nagranie w bardziej ciepłych kolorach.



 

Nonetheless This Is Not Existing (Discordian Records, DL 2023)

The Golden Apple, Barcelona, wrzesień 2021: João Braz – wiolonczela, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna oraz Prictopheles – syntezator, prictar (utwór 5), noise box (3). Pięć utworów, 35 minut.

Wenezuelski magik od analogowej elektroniki zostaje z nami, by wraz z argentyńskim gitarzystą i portugalskim wiolonczelistą zaserwować nam pikantne, swobodnie improwizowane danie o niepoliczalnych walorach smakowych. Gęste, oleiste, ale i lekkie, niemal ulotne. Nade wszystko zaś pokazujące, iż łącznie wody i ognia, tu elektroniki i dźwięków akustycznych, tudzież elektrycznych może dokonywać się w warunkach całkowicie pokojowych, bez jakiegokolwiek rozlewu krwi. Wystarczy klasa samych artystów!

Pierwsze trzy improwizacje możemy tu uznać za rodzaj gry rozpoznawczej, podprowadzenia pod główny utwór albumu, ten czwarty, trwający kilkanaście minut. Najpierw trochę zaskoczeń – syntetyka brzmi tu niebywale delikatnie, podczas, gdy akcje obu strunowców wydają się masywne, twardo brzmiące i niekiedy hałaśliwe. Całość wszakże śmiało możemy zaliczyć do typowego dla sceny Barcelony festiwalu fake sounds. Konia z rzędem temu, kto precyzyjnie wskaże źródła poszczególnych dźwięków. Bywa, że wszystko brzmi tu jak gitara, bywa, że każdy staje się perkusjonalistą. Druga opowieść pachnie eksperymentalnym rockiem – odbiorcy pozostaje wybór najtrafniejszego skojarzenia. King Crimson z okresu Red? Krautrock? Rock in Opposition? Trzecia historia lepi się z drobnych faz wchodzących w wyjątkowo udane interakcje. Wreszcie danie główne, mieniące się niezliczoną ilości kolorów, mające kilka zasadniczych faz. Najpierw to delikatna kameralistyka, potem dark ambient, wreszcie efektowne rozwinięcie, pełne zaskakujących wydarzeń, dźwięków preparowanych i całkiem sporej dawki hałasu. Album wieńczy niespełna trzyminutowa koda, która miast koić emocje, jeszcze je wznieca. Syntetyczne post-percussion, jazzowa gitara i dynamiczne, wiolonczelinowe pizzicato - jakże udane podsumowanie jeszcze bardziej udanej całości.



 

Ehsan Sadigh/ Liba Villavecchia/ Vasco Trilla AX (Discordian Records, DL 2023)

T.U.R.F. (Thriller's Underground Recording Facilities), Barcelona, maj 2021: Ehsan Sadigh – gitara, syntezator gitarowy, Liba Villavecchia – saksofon altowy oraz Vasco Trilla – perkusja. Siedem utworów, 43 minuty.

Na zakończenie przeglądu barcelońskich nowości kolejne trio, tym razem udanie łączące typical bcn sound perkusjonalii i saksofonu z gitarą elektryczną, która na specjalną sesję nagraniową dotarła z dalekiego Iranu. Efekt prac trójki improwizatorów zdaje się być dalece ponadgatunkowy, a międzykontynentalne koincydencje intrygujące, ale trzeba przyznać, iż w mniej dynamicznych ekspozycjach muzycy sprawiają wrażenie przeładowanych pomysłami i potencjalnymi kierunkami, w jakich mogłyby się rozwijać poszczególne improwizacje. Zdecydowanie najciekawiej jest tu w dynamicznych, naznaczonych piętnem psychodelicznego rocka, niekończących się opowieściach z krainy tysiąca i jednej nocy.

I właśnie od takiego, ekspresyjnego utworu zaczyna się album. Gitara bazuje tu na funkowym loopie, perkusja bije rytm, a saksofon zmyślnie ogrywa go jazzowymi strumieniami ekspresji. W utworach parzystych muzycy stawiają na zadumę, rezonujące frazy, saksofonowe drony i gitarę, która wypełnia pustą przestrzeń ambientem, tudzież przeistacza się w syntezator gitarowy, snujący melodyjne opowieści. Z kolei utwory nieparzyste konsekwentnie bazują na rytmie i niosą wiele ciekawszych zdarzeń. Trzecia część, to rodzaj tanecznej narracji z intrygująco połamanym metrum, z kolei w części piątej mamy free jazzowe otwarcie saksofonu i perkusji, pod które podłącza się ekspresyjna gitara niosąca dużo rockowego fermentu. Podobać się może także pieśń pożegnalna, z tym wszakże zastrzeżeniem, iż winna swoje dynamiczne podwoje zakończyć po mniej więcej czterech minutach. Ekspresyjna ostatnia prosta nie jest tu bowiem w stanie zrekompensować kilkuminutowego, dramaturgicznego rozdroża, jakie artyści fundują sobie w trakcie zbyt długiej improwizacji. 

 

 

wtorek, 22 grudnia 2020

Müller, Normand & Vrba comme Triche! Jean-Luc Guionnet et Le GGRiL!


Dokonania francuskiego labelu Circum-Disk śledzimy na tych łamach na bieżąco, nie unikając recenzji jakiegokolwiek wydawnictwa, bo po prawdzie, każde z nich zasługuje choćby na garść ciepłych słów. Tuż przed rocznymi, podsumowującymi deliberacjami znajdujemy czas na prezentację ostatnich dwóch tegorocznych płyt spod szyldu CD. Obie są kolaboracjami z kanadyjskim (francuskojęzycznym) labelem Tour De Bras, którego dzieła doceniamy równie często.

Najpierw czeka nas spotkanie z ekscytującym triem (z udziałem m.in. najlepszego puzonu tej części świata!), potem zaś nagranie permanentnie przez nas hołubionej orkiestry GGRiL, która tym razem generuje dźwięki pod dyktatem … notacji graficznej przygotowanej przez francuskiego saksofonistę Jean-Luc Guionneta. Obie omawiane dziś płyty miały swoją premierę 12 grudnia.

 


Matthias Müller/ Éric Normand/ Petr Vrba  Triche (Tour de Bras/ Circum Disk, CD 2020)

Matthias Müller (puzon), Éric Normand (bas elektryczny) oraz Petr Vrba (trąbka i elektronika) zapraszają na set dziesięciu elektroakustycznych improwizacji (ponad 50 minut muzyki), które śmiało możemy określić mianem swobodnych. Jednakże z uwagi na dość rozbudowany arsenał dźwięków, preparacji i trybów narracyjnych zastosowanych w praktyce muzykowania, istnieje prawdopodobieństwo, iż artyści przed sesją nagraniową (wiedeńskie Studio Amann, czerwiec 2019) powzięli pewne postanowienia, co do przebiegu niektórych procesów dźwiękowych.

Muzycy wchodzą w spektakl z dość dużą energią, z pominięciem tzw. wstępnego rozpoznania. Od razu dostajemy się w wir preparacji małego zakładu szlifierskiego. Trochę burczenia i stękania blaszaków, spora garść prądu na gryfie basówki – trzy strony świata drżą, jęczą i pomrukują w dość jednostajnym tempie. Pierwszy na powierzchnię bardziej typowych dźwięków wydobywa się puzon. Bas żłobi mu rytm w estetyce para-rockowej. Druga część oddycha w pełni elektroakustycznym powietrzem. Preparacje pełne echa, łagodne minimal cuts ze strony basu, kilka tajemniczych fraz ze strony trąbki. Etos suspensu buduje narrację – gra na małe pola w ślimaczym tempie. Trzecia opowieść pachnie mikro industrialem – bas pojękuje, puzon preparuje, a tło post-elektroniki szuka hałaśliwych strzępów dźwięku. Szumiąca przestrzeń zdaje się nabierać masy, a całość sprawia wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli w spektaklu live proccesing. Vrba ewidentnie miesza na kablach i coś przetwarza. Puzon nie oddaje pola i brnie w akustykę. Nie brakuje ostrych fraz z każdej strony, ale narracja ma tyle przestrzeni wokół siebie, że nie istnieje ryzyko zatopienia się w morzu hałasu.

Czwarta improwizacja intryguje jeszcze dobitniej. Wilgotne wentyle, szumy i szmery w pobliżu ciszy, mikro akordy basu. Znów dramaturgiczny suspens, a także postępujący rezonans wzajemnie przenikających się dźwięków. Dynamika rodzi się niespodziewanie z puzonowych dronów. Narracja brnie ku eskalacji i parska kilkoma akcentami noise. Wszystko obleczone zdaje się być jednak niemal dubową przestrzenią, dzięki czemu opowieść, mimo swej masy, zyskuje na ulotności. Tajemniczości też nam nie zbywa, bo coraz więcej fonii trudno nam powiązać z ewentualnymi źródłami ich pochodzenia. Kolejna improwizacja zaczyna się na poziomie ciszy. Wyziewy, szmery, szumy, parsknięcia, pulsujące, dłuższe frazy syntetyki i smyczek, który niespodziewanie pojawia się na gryfie basówki. Oba blaszaki zaczynają śpiewać na flankach, jakby na przekór sytuacji dramaturgicznej. W części szóstej znów powraca gęsta, elektroakustyczna poświata, ale pod rękę z dubowym echem. Pre-ambient i plamy prądu, trochę rytmu i emocji ze strony puzonu. Bas rysuje figury rytmiczne na przesterze – to sygnał, iż robi się naprawdę gorąco! Dęciaki nic sobie jednak z tego nie robią i podśpiewują pod nosem.

Siódma opowieść stawia na drobiazgi. Ktoś ugniata coś w pocie czoła, wentyle szumią, struny wydają nietypowe frazy, a elektronika wypełnia puste przestrzenie pomiędzy dźwiękami. W ramach puenty blaszaki uroczo skrzeczą, jeden na drugiego. Kolejna improwizacja znów ze stemplem jakości – puzon i trąbka uśmiechają się i prychają, a bas buduje filigranowe flażolety, po czym wpada w czerstwy rezonans. Narracja pozbawiona elektroniki chwyta rytm i wręcz tanecznie podryguje. Bas sięga po post-jazzowe frazowanie, świetną ekspozycją popisuje się trąbka. Puzon rysuje drony i też jest z siebie zadowolony. Przedostatnia improwizacja zdaje się zadość czynić syntetyce, której zabrakło w poprzedniej części. Sporo elektroakustyki, wręcz plądrofonii, perkusyjne akcenty basu, coś śpiewającego bardzo wysokim głosem. Flow zlewa się na koniec w jednolity dron i podprowadza nas pod finałową część. Z ciszy bije martwy rytm post-techno, głucha przestrzeń drży, rezonuje z basem, tapla się w syntetycznej poświacie, która przejmuje dominację. Puzon na stronie rysuje swoje małe pętle. Muzyka zdaje się jednak umierać z braku akustycznych powodów do życia.

 


GGRIL + Jean-Luc Guionnet  Tatouages Miroir (Tour de Bras/ Circum Disk, CD 2020)

Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée zaprasza w rodzinne strony, do Rimouski (Quebec) i miejsca zwanego la Coop Paradis. W dwa wieczory przełomu marca i kwietnia 2019 roku powstało tam nagranie, które zamieszczono na omawianym dysku. Notację graficzną Jean-Luc Guionneta językiem bystrej, acz skomponowanej improwizacji przełożył na dźwięki 11-osobowy skład GGRiL:  Robert Bastien (gitara elektryczna), Isabelle Clermont (harfa), Alexandre Robichaud (trąbka), Éric Normand (bas elektryczny; witamy ponownie!), Olivier D'Amours (gitara elektryczna), Catherine S. Massicotte (skrzypce), Rémy Bélanger de Beauport (wiolonczela), Gabriel Rochette (puzon), Robin Servant (akordeon diatoniczny), Sébastien Côrriveau (klarnet basowy) oraz Mathieu Gosselin (saksofon barytonowy). Całość nagrania podano w jednym traku, który trwa niespełna 47 minut.

Oddechy, mikro dźwięki, szum ciszy zwiastującej niezapowiedziane. Orkiestra stawia pierwszy stempel mocy brzmiąc głównie instrumentami strunowymi. Potem następuje cisza i kolejny stempel. Sekwencja działa dobrze, orkiestra brnie do przodu, a frazy zdają się lać coraz szerszym korytem.  Udział instrumentów dętych zaczyna być zauważalny, a swoboda działania całej maszyny dźwiękowej wydaje się rosnąć. Tempo nie jest jednak eskalowane, sporo w tej grze spokoju, a nawet lenistwa – rodzaj zawieszonego nad przepaścią free chamber. Pojawiają się pierwsze preparowane dźwięki, a szlak dalszego spaceru tyczy bas. Mimo wielu zaplanowanych w tej fazie koncertu akcji i reakcji, narracja toczy się bez szczególnego jarzma notacji. Kolejny stempel mocy przenosi orkiestrę do krainy ciszy, zdobionej wieloma nanodźwiękami i oddychającej przestrzenią miejsca zdarzenia. Opowieść zaczyna jednak gęstnieć, a akcje intrygująco zazębiać się. W tle definitywnie czai się zło, to zasługa basu, który drży i dudni. Kolejnych kilka zaplanowanych akcji odrobinę wytrąca flow z emocji, ale za to serwuje nam nad wyraz ciekawe dźwięki.

W połowie 16 minuty znów krok w kierunku ciszy. Oddechy, puste dysze, szum i szelest martwej narracji, dobrze skontrapunktowanej ostrymi frazami całej załogi. Muzyka na moment ucieka w kierunku contemporary i nie obfituje w szczególnie spontaniczne akcje. Wtem jednak puzon zrywa się do lotu niemal aylerowskimi, free jazzowymi zaśpiewami, doprowadzając cała narrację do stadium krótkotrwałego hałasu. W odpowiedzi znów porcja ciszy i półdźwięków, którą miażdży unisono sekcji strunowej. Ta ostatnia, bez zbędnej zwłoki, wchodzi w fazę małych gierek w podgrupach, pozostających wszakże pod sporą kontrolą notacji kompozytorskiej. Gdy reszta instrumentów powraca do gry, opowieść zaczyna gęstnieć i wymykać się z owej kontroli, aż po granicę hałasu. W dalszej części jeszcze kilka razy narracja skacze do góry i opada z hukiem w dół. Gdy strunowce na chwilę oddają pole, rządzić zaczyna sekcja elektryków, z basem, który nie szczędzi nam przesterów. Po chwili znów strings pchają opowieść w kierunku dark chamber. Gitara i bas nie dają za wygraną i szukają rockowych emocji. Owa walka przeciwieństw zdaje się dobrze wpływać na dramaturgię spektaklu.

Względna stabilizacja następuje po wybiciu 36 minuty, gdy w rolę rozjemcy wciela się klarnet basowy. W tle mąci jednak bas i sugeruje nowe, finałowe rozdanie. Gitara małą porcją hałasu zgłasza swój akces. Niespodzianka zdaje się teraz gonić niespodziankę. Akcje, reakcje, zbiorowe przepychanki, akcenty percussion (niczym mały ping-pong!) - swoboda, która mogłaby sugerować koniec kompozytorskiej notacji. W ostatnich minutach muzycy nie zdejmują nóg z gazu, ale opowieść toczy się już w bardziej uporządkowany sposób. W roli łagodzącej obyczaje, zwinna, kobieca harfa! Swoje mają do dodania także skrzypce. Stemple mocy nadal aktywne, oddychające pełną piersią. Coś na kształt rytmu i dźwięk … kastaniety prowadzą nas do kresu tej niebanalnej podróży.

 


piątek, 1 marca 2019

GGRiL! Un Ensemble! Glasgow Improvisers Orchestra! Splitter Orchester! Marmolada! An explosive beauty of a larger one!


Zapraszamy na mały festiwal dużych składów! Pięć intrygujących, wieloosobowych orkiestr z kilku zakątków świata. Muzyka komponowana, muzyka improwizowana oraz wszystkie możliwe kombinacje tychże zjawisk, wariacje na temat i inne, równie szalone incydenty!

Najpierw dwie absolutnie świeże płyty, wydane dosłownie przed momentem, potem zaś trzy, które miały swoje premiery w roku ubiegłym. Orkiestry francuskojęzyczne, także szkocka, niemiecka i polska. Tłumy muzyków na scenie, moc wrażeń po stronie odbiorców i wrzący tygiel ponadgatunkowych odniesień artystycznych.




GGRiL  Façons (Circum-Disc/ Tour de Bras, 2CD 2019)

Naszą podróż zaczynamy w kanadyjskim Quebecu. Orkiestrę GGRiL, znaną także pod pełną nazwą Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, kojarzyć winniśmy choćby z doskonałą płytą Vivace, nagraną kilka lat temu z Evanem Parkerem. Szefem przedsięwzięcia zdaje się tu być basista Éric Normand, o którym ostatnio ciepło wspominaliśmy przy okazji tria z Johnem Butcherem.

Na podwójny krążek Façons (całość nagrania pomieściłaby się na jednej płycie kompaktowej) składają się trzy spotkania muzyczne (wszystkie miały miejsce w roku 2018). Na każdym z nich Orkiestra wykonała kompozycje stworzone specjalnie na jej zamówienie. Łącznie w przedsięwzięciu wzięło udział 22 muzyków. Nie będziemy ich tu wszystkich wymieniać, wskażemy jedynie, iż w Orkiestrze znalazło się miejsce dla ośmiu instrumentów dętych drewnianych i blaszanych (tu goście specjalni: Caroline Kraabel, Ingrid Laubrock i John Butcher), trzech basów, czterech gitar, dwóch zestawów perkusyjnych, trzech instrumentów smyczkowych oraz jednego akordeonu i harfy. Pełna lista płac: https://tourdebras.bandcamp.com/album/fa-ons

Na początek kompozycja Organon, efekt pracy Isaiaha Ceccarelliego (21 minut), na którą składa się, cytując wydawcę, kilka zbiorów monolitycznych uzgodnień. Narrację buduje od pierwszej sekundy monumentalny dron, który płynie wolno, ale stabilnie, strumieniem dźwiękowym będącym efektem działań zapewne wszystkich muzyków na scenie. Grzmoty, skowyt, pomruki – elektroakustyczna burza w piorunami. Jako pierwsze z tej chmury intrygujących dźwięków wyłaniać próbują się dęciaki. Mocny fundament dla ich podskoków generuje czereda basów elektrycznych, kontrabasów i gitar elektrycznych. Pary w dłoniach nie brakuje także perkusjonalistom. Rzecz można – Power Orchestral Drone & Noise! W 10 minucie sekcja dolna delikatnie zmienia szlak podróży, a cała narracja zaczyna rozpływać się na mniejsze frakcje dźwiękowe. Jakby lód topniał pod nogami muzyków – dęciaki grzmią, dysze łapią oddech, wentyle ciężko pracują. Dobrze wyeksponowana zdaje się być szczególnie podsekcja blaszana. Po kilku minutach Orkiestra stanowczo wyhamowuje. Muzycy stoją w miejscu - klimat semi-oniryzmu, pasaż z bliżej nieokreślonego źródła dźwięku, eskadra małych dronów. Mutujące się, zwiewne płaszczyzny meta melodyki, powstające nie bez udziału elektroakustyki, czynionej zapewne przez gitarowe amplifikatory. Rodzaj zmysłowego symphonic noise, pełnego zgrzytów i perkusyjnych ornamentów. Na końcówce bystre wybrzmiewanie.

Tuż po Organon, w ramach uzupełnienia dysku pierwszego, skromna 7 i pół minutowa praca Xaviera Charlesa Sur les Genoux. To zapisany efekt pewnego tajemniczego warsztatu – rodzaju ćwiczenia z umiejętności słuchania. Muzycy zdają się oddychać zupełnie innym powietrzem niż w trakcie poprzedniego spotkania. Opowieść budują głównie instrumenty smyczkowe. Małe, spokojne, niemal pojedyncze ekspozycje. Ledwie kilku muzyków, szczypta elektroakustyki niewiadomego pochodzenia, prychanie dętych i blaszanych. Stateczna, bardzo molekularna narracja, naznaczona piętnem improwizacji. Kind of strings in hardly sonic enviroment.

Czas na dysk drugi i kompozytorski pomysł Johna Butchera w sześciu częściach, nazwany Local Fixations. Przez blisko trzy kwadranse muzycy będą dość swobodnie improwizować, korzystając zapewne jedynie z pewnych drogowskazów, nakreślonych przez autora. Punkt wyjścia dla Lokalnych Problemów zdaje się być wymarzony – gitary, basy i amplifikatory, sprzężenia i spięcia, półmrok czystego noise. Niemal free rockowe otwarcie, czynione także przy wsparciu energetycznej trąbki. W 3 minucie kilka plastrów smyczkowego miodu dla złagodzenia sytuacji fonicznej. Urocza i zmysłowa, mała filharmonia. Gitary jednak ripostują, złorzeczy klarnet basowy. Owczy pęd kieruje muzyków ku eskalacji, bez udziału wszakże jakichkolwiek akcentów perkusyjnych. Te ostatnie czynią wstęp do kolejnego Problemu. Struny, elektroakustyka prądu, drżące membrany, także gitara akustyczna i akordeon – szeroki bukiet filigranowych ekspozycji, w tym saksofonu samego Butchera. Moc pojedynczych dźwięków, które lepią się w gęstą ciecz. Fragment zdominowany przez akustyczne instrumenty, w tym także bystry kontrabas. Kolejna opowieść rodzi na się na gryfach strunowców, do gry wchodzi również gitara z akcentami quasi flamenco – wyborna zabawa w call & responce. Krótkie, urywane frazy akordeonu i trąbki, prawdziwie urokliwa miniatura. Czwarty Problem ogłasza grzmot kontrabasu. Wsparcie idzie ze strony perkusjonalii i dęciaków. Kontrabas raz za razem czyści teren podmuchami potężnej fonii, pod które podłącza się coraz więcej instrumentów. Narracja gęstnieje, nawet na etapie stabilnego wybrzmiewania – dobra zmian gitar elektrycznych i skrzypiec. A kontrabas grzmi do ostatniego dźwięku. Cudowny odcinek! Piąty Problem – sopranowy Butcher, kontrabas i gitara, oto trio otwarcia. Nalot dywanowy elektroakustyki – perfekcyjny kontrapunkt! Tłusta ekspozycja, w której ważne dramaturgicznie momenty dźwiga na swych plecach akordeon. W drugiej części niespodziewanie pikuje ku górze – świst gorącego powietrza zdaje się rozrywać nam narządy słuchu. Porządek na scenie robi smyczek na gryfie kontrabasu. Wreszcie finalny Problem – struny w sytuacjach sonorystycznych, dęte kontrapunkty, małe perkusjonalia. Groza tajemniczej post-filharmonii. Na scenę zaczynają przybywać dodatkowe instrumenty, zdaje się, że całe GGRiL osiąga stan wrzenia. Na ostatniej prostej dużo dobrego ze strony reeds & brass. Piękny finał doskonałej - szczególnie w trzeciej odsłonie – płyty, budowany dronowo-ambientowym kosmosem półdźwięków!




Un Ensemble  Points Sans Surface (Circum-Disc, 2019)

Czas na rdzennie francuski ansambl Un. Na potrzeby wykonania kompozycji Points Sans Surface w pewnym tajemniczym miejscu (nie doszukałem się szczegółów w opisie płyty) zebrało się 29 muzyków, w tym szef Orkiestry David Chiesa, którego znamy raczej jako kontrabasistę, ale tu grać będzie na elektrycznym pianie.  Pełne instrumentarium Un Ensemble jest następujące: osiem instrumentów dętych drewnianych i blaszanych, trzy smyczkowe, trzy zestawy perkusjonalii, trzy basy, trzy gitary, dwa syntezatory analogowe, dwa głosy, także rzeczone piano, india harmonium oraz ludzie odpowiedzialni za elektronikę, brzmienie oraz … oświetlenie. Uff… pełna lista muzyków w linku: Strona płyty

Autorem kompozycji jest dobrze nam znany saksofonista Jean-Luc Guionnet (zagra na saksofonie altowym). Ponieważ zdecydowanie tym nagraniem wkraczamy w świat muzyki współczesnej, być może opis metody wykonania kompozycji zajmie nam więcej czasu niż zapis recenzenckich wrażeń z samego odsłuchu. A zatem – 29 wykonawców, soundsystem dla 25 muzyków, wyposażony w 8 głośników plus system do obsługi oświetlenia, które stanowi ważny element dramaturgiczny wykonania (obawiam się, że tego nie usłyszymy na płycie). Publiczność jest otoczona przez muzyków i głośniki. Każdy z instrumentów podłączony jest pod mikrofon. Sygnał dźwiękowy przekazywany jest na konsolę mikserską, gdzie jest wzmacniany, odtwarzany i miksowany z innymi dźwiękami. Do publiczności docierają zatem trzy strumienie fonii – akustyczna wprost od muzyków, przetworzona z głośników oraz mieszana (przy czym, dźwięki żywe docierają na zdecydowanie innej wysokości niż te z głośników). That’s all! Spektakl dźwiękowo-wizualny trwa prawie 66 minut, jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków, na płycie podzielonym na osiem części.

Dźwięki otwarcia, to drony brzmiące niczym upalony akordeon, ale zapewne to syntezator analogowy lub india harmonium (z uwagi na skomplikowany sposób tworzenia fonii na koncercie, proponuję nie przywiązywać nadmiernej wagi do precyzyjnego wskazywania źródeł dźwięku). Fonia dociera z samego dna ciszy, a towarzyszy jej pomruk sali koncertowej, delikatny szelest swoistego field recordings. Prawdziwa meta muzyka w oczekiwaniu na coś niezwykłego. W 7 minucie pierwotny dron delikatnie moduluje się, a z samego dna piekła dostarczane są nowe podwarstwy narracji. Muzycy szorują struny, drży elektryka gitar. Zmiana traku na krążku następuje jednak w niemal zupełnej ciszy. W dalszej kolejności – pakiet drobnych, niemal pojedynczych dźwięków akustycznych. Przestrzeń huczy jednak elektroakustyką. Ansambl zdaje się kroczyć po złote runo, ale każdy krok stawiany jest z wyjątkową rozwagą. Głosy kobiece z megafonu, plamy prądu na kablach, w dole drony analogowej elektroniki. Wchodzą smyczkowe dużą falangą (trzeci trak), niemal nalot dywanowy. Mocny flow elektroakustyki, from time to time inkrustowany pięknymi plamami żywych dźwięków. Filharmonia w ogniu! Po 8 minucie do gry wchodzą dęciaki i skutecznie stopują całą narrację. Spektakl konsumuje wielki łyk kameralistyki, potem narasta, dynamizuje się i powoli pożera własny ogon. Zmysłowy, bardzo emocjonalny odcinek batalii. Atak dużych blaszaków, upiorny taniec, czuć, że gra duża orkiestra! Rytmiczne akcenty drummerskie aż po nagły stop! I jakby powrót do stanu początkowego – szmery oczekiwania, które przerywa krzyk z megafonu (start traku czwartego). Cisza, small piano, drobne przetasowania foniczne, grzmoty, pomruki, rozkwit elektroakustyki, moc gatunkowych znaków zapytania. Głosy z zaświatów, sonorystyka nieistniejących instrumentów, piękne smyki. Znów głos obwieszcza początek nowego (piątego), tu jakby coś wyliczał, obok smyki proszą o łyk świeżej wody. Stylowe kontrapunkty z wielu miejsc, na ogół z gotujących się gryfów. Piękny chaos punktowej improwizacji: strings gonią niczym pociągi na wietrze, gadający puzon, sto pomysłów na sekundę. Startuje szósty odcinek – drony, które zdają się scalać analogową elektronikę, obok bukiet incydentalnej akustyki, dzwonki, krzyki, znów megafon. A my już płynnie sięgamy po siódmy fragment – tu narracja zdaje się stać w miejscu, jak na początku koncertu, w poszukiwaniu nowych punktów zaczepienia. Niski dron o dętej, owalnej strukturze. W 5 minucie znaczący epizod drummerski, bardzo efektowny i powtarzany od czasu do czasu. Megafon czuwa, tu jakby zachęcał do kolejnych perkusyjnych eskalacji. Sonorystyka spływa na nas garściami, to z dęciaków, to jakby z kabli. Bogata narracja, także z akcentami noise. Pod koniec uporczywe poszukiwanie ciszy, pojedyncze dźwięki znikąd – efektownie, ale trochę bez emocji. Wreszcie finałowa partycja – obwieszczą ją groźnie brzmiący talerz. Z niemal metafizycznej ciszy wyłania się mikro zgiełk, generowany wszystkimi strumieniami fonii. Ambientowy niepokój, strach przed konsekwencją zaniechania. Akcenty dęte serwowane bardzo separatywnie. Pomruki, szmery, wycieranie potu z czoła, smyki na niskich gryfach. Wybrzmiewanie i narastanie, sinusoida emocji. Wielogatunkowy spleen ciągnie nas do ostatniego dźwięku. Electro-acoustic contemporary composition in impro enviroment has ended!




Glasgow Improvisers Orchestra Featuring  Marilyn Crispell &Evan Parker   Parallel Moments Unbroken (FMR Records, 2CD 2018)

Choć orkiestra improwizatorów z miasta stołecznego Glasgow jest tylko młodszą siostrą London Improvisers Orchestra, to dorobek fonograficzny ma dużo większy. Dziś sięgamy po jej najnowszy, dwunasty już krążek, który choć jest z nami ledwie kilkanaście tygodni, to zawiera nagrania już dość wiekowe. Koncert pomieszczony bowiem na pierwszym dysku miał miejsce w roku 2013 (CCA Glasgow), a ten na drugim – w roku 2014 (City Halls, Glasgow). Każdy z nich zdobi szacowna persona, o czym śmiało informuje wydawca, umieszczając ich w tytule wykonawczym. Osobą zaś wiodącą w samej orkiestrze jawi się saksofonista Raymond MacDonald, który pojawia się na liście płac także w kategorii kompozytor. Nikt z muzyków nie został przypisany do roli dyrygenta, zatem nie znamy bliższych szczegółów w zakresie kreacji procesu improwizatorskiego, czynionego przez całkiem sporą grupę muzyków. Definitywnie wszakże wracamy do świata free jazz/ free improv, ba, na drugim z dysków – uprzedźmy przebieg wydarzeń – poczujemy nawet smak swingu i Orkiestry Gila Evansa!

Koncert GIO z udziałem Marylin Crispell składa się z siedmiu części i trwa 28 minut z sekundami. Na scenie odnotowujemy obecność: dziesięciu instrumentów dętych, dwóch smyczkowych, trzech zestawów perkusyjnych (pośród nich Gino Robair), dwóch gitar, kontrabasu, fortepianu (gość!), harfy, wibrafonu, trzech zestawów elektronicznych, wreszcie dwóch głosów (w tym Maggie Nicols).

Nagranie otwiera solowa ekspozycja Crispell, grana spokojnie, z lekkim pogłosem. W dalszej kolejności do gry wchodzą instrumenty strunowe oraz odrobina dźwięków elektronicznych, a sama narracja gęstnieje i dynamizuje się, przy dużej aktywności perkusistów. Tuż potem minutowe interludium dla harfy i gitary. Powrotowi strunowców ponownie towarzyszy zgiełk na kablach, dialog głosu i klawiszy, także partii dętych zatopionych w szmerach bogatej instrumentacji. Akcja goni akcję, elektronika i akustyka, cicho i głośno, what ever you want! Płynne wejście w ciszę, harfa, głos, cicha gitara. Pasmo małych, wysokich i niskich półdronów. Także puzon, wielogłos fletów, kameralne struny i kwilące gitary elektryczne. Znów ułamek ciszy, potem dialog saksofonu i piana w konwencji call & responce (zapewne McDonald i Crispell). Pachnie dobrym free jazzem na kilometr! W komentarzu bystra kipiel w kilku tubach, także trąbki. Finałowy odcinek rodzi się z krzyku eskalacji, czynionych w podgrupach. Fire music as well! Finalne tłumienie spoczywa na barkach, a raczej gardłach kobiet. W tle polerują się struny. Urokliwe!

Drugi dysk wypełnia koncert z gościnnym udziałem Evana Parkera na saksofonie tenorowym. Składa się z jedenastu części, trwa blisko 50 minut, a na scenie obok saksofonisty odnajdujemy także: sześć innych dęciaków, dwa instrumenty smyczkowe i kontrabas, perkusję, elektronikę, aż cztery gitary, fortepian, harfę, obój i głos.

Parallel Moments Unbroken, część druga, powstaje z dźwięków strun, które narastają do pary z wydarzeniami perkusyjnymi, także fraz trąbki i saksofonów, jazzowego fortepianu, wreszcie ciepło brzmiącego saksofonu tenorowego Parkera. Czysty, stateczny flow dobrych fonii. Nie brakuje partii granych unisono, zapewne wprost z zapisów na kartkach. Małe expose głosu ludzkiego intonuje drugą część, znów silnie eksponującą tembr saksofonu gościa. W międzyczasie strunowce budują słodki background. Narracja narasta niemal symfonicznie, całość zdaje się być szczegółowo wyreżyserowana, mając wszakże u stóp bazę zdecydowanie free jazzową. Kolejne spiętrzenie następuje przy udziale saksofonu, piana i gitary. W oddali szum dużych aktywności, czuje się potencjał do zmyślnego hałasowania.  Tuż potem narracja otwiera jednak nowe wrota (numer traka przeskakuje na czwórkę) – tenor Parkera tyczy szlak jeszcze cieplejszym tembrem, akompaniament orkiestry zaczyna zaś smakować cool-jazzem. Zdaje się, że za kotarą przyczaił się sam Miles Davis, do tego w towarzystwie Gila Evansa. W ramach interludium Parker flirtuje z samotnością, by po niedługiej chwili ponownie przywołać zimny dreszcz słodyczy. Smyki, filharmoniczne zadęcie, kolejny smooth sax, dużo lukru, mało spontaniczności. Głosy z oddali i trąbka już całkowicie milesowska. Ósma partycja zdaje się burzyć ów ład i porządek - trochę brudu w dyszach, zadziorów na gryfach, ochłapy intrygującego chaosu. Less jazzy, more chamber! Dobra zmiana rozbudowanej sekcji gitar. W kolejnej części cool pozornie powraca – małe frazy, coś drży na kontrabasie, próba wejścia w obszar call & responce. Wzrost aktywności części milczącej Orkiestry sprawia, że smak dobrego free jazzu staje się naszym udziałem. Przedostatni odcinek – rozbudowane intro gitar, saksofon w pozie letargu, słodki dźwięk ala Fender do pary. Przez moment Parker brnie w oddech cyrkulacyjny, podbiegają do niego flet i trąbka, dzięki czemu doświadczamy drobnej kipieli. Zdaje się, że wraz z muzykami biegamy od ściany do ściany. Finał, choć wiele w nim niebanalnych dźwięków, znów topi się w słodyczy rozwiązań dramaturgicznych, na wprost zaciągniętych z opasłych tomów historii Orkiestry Gila Evansa. Samo wybrzmiewanie także bez błysku, z głosem kobiecym w tle.

Pełna lista muzyków obu koncertów:




The Pitch & Splitter Orchester  Frozen Orchestra (Splitter)  (Mikroton Recordings, CD 2018)

Definitywnie porzucamy jazzowe frazowanie, a w poszukiwaniu nowych, intrygujących zjawisk na scenie muzyki współczesnej, która improwizację traktuje, jako jedno z podstawowych narzędzi działania, przenosimy się do Berlina. Przedmiotem naszych zainteresowań będzie ostatnia, jak do tej pory, płyta Splitter Orchester, poczyniona wspólnie z formacją The Pitch. W tej ostatniej odnajdujemy klarnecistę Michaela Thieke, wibrafonistę i perkusjonalistę Mortena J. Olsena, kontrabasistę Koena Nuttersa oraz grającego na organach Borisa Baltschuna. To właśnie ta czwórka muzyków skomponowała materiał, który wraz z rozbudowaną załogą Splitter, wykonano w trakcie dwóch grudniowych dni roku 2017 w studiobörne45.

W ramach zaś samej Orkiestry – prawdziwy kwiat berlińskiej sceny improwizowanej! Wskazując instrumentarium, jakie wykorzystano w trakcie nagrania, wymienimy niektórych muzyków z imienia i nazwiska. A zatem na scenie: siedem instrumentów dętych drewnianych i blaszanych (m.in. Matthias Müller, Axel Dörner, Robin Hayward), trzy instrumenty klawiszowe (m.in. Magda Mayas, Andrea Neumann), trzy zestawy różnorakiej elektroniki, dwa instrumenty smyczkowe (m.in. Biliana Voutchkova), kontrabas (Mike Majkowski), dwa zestawy instrumentów perkusyjnych (m.in. Burkhard Beins) oraz gitara.


Kompozycja Frozen Orchestra (Splitter) trwa równą godzinę zegarową. Mimo, iż była nagrywana przez dwa dni, na płycie stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków. Początkowa, wielominutowa partia kompozycji bazuje na gęstym niczym zastygająca lawa dronie, zbudowanym głównie z akustycznego żeliwa. Narracja stoi w miejscu, niczym stopklatka, drży zawieszona na nieboskłonie, jednocześnie umoczona po kolana w gęstym strumieniu niskich dźwięków. Proces jej narastania jest niemal niedostrzegalny, ale czujemy okiem wewnętrznym, iż ma miejsce. Parafrazując klasyka – more suspended & sustained piece. W okolicach 7 minuty pojawiają się pierwsze pojedyncze mikro frazy z gitary, klawinetu (?), skrzypiec lub/i wiolonczeli. W 10 minucie wytrawne ucho recenzenta odnajduje drobne modyfikacje w zakresie kształtowania się niskich partii drona. Dzieło zdaje się być prawdziwie monumentalne – zakochaj się albo uciekaj! Decydujemy się na pierwsze rozwiązanie! 15 minuta przynosi pierwsze objawy studzenia intensywności ekspozycji, 20 zaś – kolejne drobne stadium tego procesu. Po kolejnych pięciu minutach, flow drona ulega zdecydowanemu rozwarstwieniu. Podsekcja instrumentów klawiszowych i elektroniki zdaje się tyczyć szlak nowej ekspozycji. Elektroakustyczna mieszanka wielosmakowa! Grzmoty niskich dęciaków, szum wody z kabli, ptasia kawalkada mikro zdarzeń akustycznych - cała narracja już definitywnie wyhamowuje. Budzimy się w rzeczywistości nocnej burzy z piorunami. Ciepłe podmuchy wiatru i 100% wilgotności powietrza. Jego gęstość sprawia, iż w głowie recenzenta budzi się wspomnienie berlińskiego post-techno sprzed ćwierć wieku i magicznego Basic Channel! Niesamowity efekt – dominuje brzmienie syntetyczne, które zdaje się mieć urodę akustycznych dźwięków! W okolicach 30 minuty z tej pozornie chaotycznej powłoki zaczyna wyłania się nowy dron. Podkreślmy wszakże - intensywność nalotu dywanowego jest ciągle naszym udziałem. Dobre akcenty z niskich klawiatur, bogactwo tła. Sama narracja toczy się pozornie dość spokojnie, a muzycy jakby otwierali bramę do ambientu – ciemnego, chwilami nawet czarnego. Rośnie liczba akcentów wprost ze strun – piękny wielogłos akustyki, trwale wtopiony w masywny dron, który po 42 minucie zdaje się delikatnie zastygać. Towarzyszą temu pojedyncze akordy piana. Przed muzykami proces powolnego, ale systematycznego gaszenia płomienia. Gitarowe pląsy, estetyka minimal, oczekiwanie na nieuchronność końca spektaklu. Od 55 minuty także plamy dęciaków, pojedyncze pasaże strunowców, wibrafon, kontrabas, piano, dzwonki, gitara – jakby muzycy, jeden po drugim, wychodzili z gęstej mgły. Posmak chamber, dron tli się w pogorzelisku. Jakże stylowe wybrzmiewanie. 




Marmolada  Musica Privata V (Musica Privata, CD 2018)

Na finał dzisiejszej orkiestrowej opowieści akcent krajowy, przy okazji najmniejsza z prezentowanych formacji, składająca się bowiem z jedenastu muzyków. Marmolada, bo tak słodko brzmi nazwa grupy, to jakby mała wersja Łódzkiej Orkiestry Improwizowanej. Podmiotem sprawczym przedsięwzięcia jest saksofonista Paweł Sokołowski, także główny organizator cyklicznego, łódzkiego festiwalu Musica Privata. W trakcie edycji 2016 tegoż wydarzenia powstało nagranie, które dziś przystawiamy do naszych uszu. W składzie Marmolady odnajdujemy także: dwie wiolonczele (Małgorzata Bogusz - Cyganowska, Adam Webster), saksofon altowy (Marcin Garncarek), głos (Bartosz Wrona), dwie gitary elektryczne (Michał Sember, Michał Tylak), … smartfon (Cezary Perliński), mały akordeon (Marta Kazimierczak), perkusjonalia (Aleksander Wnuk) i kontrabas (Ernest Ogórek). Koncert, będący nieprzerwanym ciągiem dźwięków (z jednym, drobnym klejeniem po części siódmej), trwa 46 minut bez jednej sekundy, a podzielony został na dziewięć części.

Muzyka Marmolady zdaje się być bardzo swobodnie improwizowana, dodatkowo nic nie wskazuje na to, iż w orkiestrze mamy jakikolwiek ośrodek dyrygencki. Ważny element dramaturgiczny narracji stanowi tu rytm, który raz po raz, z różnych ośrodków dowodzenia, wtłaczany jest w szranki improwizacji i sprytnie popycha ją do przodu. Otwarcie koncertu nie budzi wątpliwości, co do dalszego jej przebiegu – struny w tańcu, sprytne smyki, akcenty perkusjonalne na gryfach, prychanie i przedęcia saksofonów, czyli free improv z rozmachem, w pięknych akustycznie okolicznościach przyrody. Pierwszy motorem napędowym jawi się Wrona i jego ekspresyjne gardło, tudzież powykręcany rytm, tamże posadowiony. Pozostawili muzycy zdają się jeść mu z ręki. Narracja pierwszy rytmiczny dryl łapie już po kilkudziesięciu sekundach. Grzmoty gitar z prądem akcentują zmianę numeru traku na dysku. Znów moc pięknych, strunowych ekspozycji, skromne preparacje, także słodki tembr saksofonu i dźwięki ze smartfona (jak domniemujemy). Muzykowanie toczy się jakby w podgrupach, zawiera także incydenty solowe. Trzecią część wprowadza do gry akordeon. W tle szczypta akustycznej … elektroakustyki, piłowanie strun, także syntetyczne półdźwięki. Rodzi się rytm, po części za sprawą gitar. Tuż potem małe wytłumienie na barkach kontrabasu, a zmiana traku zdaje się już spoczywać na elektronice, którą dostarcza chyba smartfon (bo któżby inny). Niebanalna kumulacja dźwięków saksofonu i percussion. Moc energii i uśmiechów na ustach. Gracja swobody i scenicznego luzu. Piąty trak wybrzmiewa z akordeonem, a bazę rytmiczną generuje gitara, mająca wsparcie w drobnej fonii dętej. Początek szóstego traku ogłasza Wrona! Niespodziewanie ekspozycja staje się dalece molekularna - rodzaj dramaturgicznego zawieszenia. Głos sieje niepokój, a nastrój wzmaga się dzięki strunowcom, które zdają się być gotowe na wszystko. Rytm rodzi się na gryfach wiolonczeli i kontrabasu. Całkiem zmysłowe call & responce! No i Wrona na prezydenta! Siódmy rodzi się z ciszy i mroku, gardeł i zawilgoconych tub saksofonów. Cello na tle czeredy małych dźwięków, akordeon, saksofon, szczypta syntetyki i … cenzorskie wyciszenie narracji. Ósmy odcinek, niczym tango wyzwolonych improwizatorów – małe struny, szmery i oddechy. Trochę smutnych pasaży i rozśpiewany Wrona. Skromny rytm w dalekim tle (od kogo?). Meta melodie, tańce połamańce. Spiętrzenie całej Marmolady staje się powoli faktem (hałas też chce być elementem tej gry!). Bystry finał ma miejsce dzięki zapobiegliwości gitarzystów. Do ostatniego odcinka muzycy przystępują z marszu, płynnie i bez zająknięcia. Szybko podłapany rytm goni ku kolejnej eskalacji. Saksofony, gitary, tajemnicze obiekty, no i finałowe harce na alcie. Gitary idą z nim pod rękę! Zdaje się, że finał koncertu nie mógł być lepszy! Ekspresyjnie i emocjonalnie, z dobrym, choć delikatnie wyciszonym stopowaniem.
  


wtorek, 13 czerwca 2017

Benjamin Duboc – powieść wielowątkowa z kontrabasem w roli tytułowej


Benjamin Duboc, francuski improwizujący kontrabasista (wiek średni w rozkwicie), powoli wydeptuje już sobie stałe miejsce na Trybunie Muzyki Spontanicznej. Nie dziwi to jednak absolutnie nikogo, albowiem muzyk to doprawdy doskonały.

Nie dalej jak kilkanaście dni temu udowadniałem – mam nadzieję, skutecznie – iż czegokolwiek muzyk ten nie tknie się w ostatnich latach, to efekt fonograficzny budzi niekłamany podziw (przynajmniej Pana Redaktora). W tym akurat przypadku dowodem rzeczowym były płyty popełnione w ramach ekscytującej francuskiej wytwórni Dark Tree Records. Tu trop dla przypomnienia.

Jeśli zatem powiedziało się A, czas najwyższy powiedzieć B. Jak Benjamin! W trakcie ostatnich dwóch tygodni, w tempie karabinu maszynowego, przetoczyło się przez odtwarzacze redakcji kolejnych kilkanaście płyt z udziałem Duboca, zarówno autorskich, jak i tych bardziej współtwórczych. Dzięki temu dynamicznemu procesowi śmiało możemy dziś przystąpić do omówienia kilku z nich, zaś szczególny nacisk położymy na pewien trójpak. Zresztą od niego zaczniemy.


Primare Cantus/ Śpiew pierwotny – trzy dowody na poparcie tezy otwarcia

Od lipca 2010 do lutego 2011 roku, Benjamin Duboc poczynił sześć rejestracji studyjnych (w każdym razie, bez oklasków), w przeróżnych konfiguracjach personalnych, także w wersji solowej. Po kilku miesiącach, nagrania wyedytowane aż na trzech dyskach, ujawnił światu Ayler Records pod intrygującym tytulem Primare Cantus. Data publikacji nie była prawdopodobnie przypadkowa, albowiem dokładnie w roku 2011 nasz bohater … obchodził czterdzieste urodziny. Nie tylko zresztą ta okoliczność stanowi o wyjątkowości trójpaku. Decyduje o tym przed wszystkim zawarta na nim muzyka. Bez zbędnych kalkulacji dzieło Śpiewu Pierwotnego określić można mianem opus magnum francuskiego kontrabasisty (oczywiście z gruntownym zastrzeżeniem – jak do tej pory!).




Dysk pierwszy. Duboc, sam na sam ze swoim kontrabasem, przez 42 minuty snuje monumentalną, minimalistyczną opowieść o meandrach niskich częstotliwości. Wykorzystuje głównie dolny fragment kontrabasu (jak rozumiem, poniżej progu), traktowany smykiem. Ten dość wąski rejestr instrumentu uzupełnia wyższymi dźwiękami, będącymi skutkiem tarcia strun i generowania wibracji otworem gębowym. Jakkolwiek opis procesu sugeruje, iż mamy do czynienia wyłącznie z dźwiękami akustycznymi, wytrawne ucho recenzenta doszukać się potrafi kosmetycznych amplifikacji. Prawdziwa symfonia rozedrganego minimalizmu. Repetycja wibracji. Wibracja repetycji. Prawdziwy śpiew pierwotny z głębi ziemi, zaiste przeklętej. Determinacja, cierpliwość, posłuszność wobec przyjętej strategii działania. Około 20 minuty, w tej zwartej strukturze dźwięku, doszukać się można syndromu… rytmu. Jakby spirala maszyny na moment zatrybiła, ale i tak stanowi to jedynie ornament, źdźbło trawy na wielkiej łące. Drobiny nowych dźwięków pojawiają się nie częściej niż raz na kilka minut, choć z czasem (w proustowskim niemalże ujęciu!) dron narracji jakby pęczniał. Pod sam koniec ulega wszakże skromnego rozwarstwieniu, by krok po kroku dreptać do finału, delikatnie się eskalując. Finał zaś stanowi ostre uderzenia smyka w zapocony gryf! Primare Cantus - piękne, jakże duże wyzwanie dla odbiorcy.

Dysk drugi.  Trzy skromne duety Duboca z muzykami, z którymi współtworzy on swoją sztukę niemal na co dzień. Swoiste Brothers in Arms.

Na początek Jean-Luc Petit (saksofon tenorowy i barytonowy; nie należy mylić go z Julienem Petitem, saksofonistą znanym ze współpracy z Herbem Robertsonem, w ramach Space Cadets). Trzy zwarte, nieprzegadane opowieści. Sonorystyka saksofonu w opozycji do rwania strun i demolowania pudła rezonansowego. Dynamiczny smyk w opozycji do jurnego galopu saksofonu, wprost z krwawiącej dyszy. Drapieżny drumming Duboca, trochę wulgarnych macanek na boku ze strony Petita. Gdy baryton szeleści i drży jak niedotarty dwusuw, kontrabas rwie się ku akordowej eskalacji. Po jej wystudzeniu, cedzi emocje przez gęste sito, na szczęście durszlak pęka od nadmiaru dźwięków.

Duet drugi, to spotkanie z perkusistą, tu bardziej perkusjonalistą (small drum kit, rzeklibyśmy) Didierem Lasserre. Epizod pierwszy to krótkie talerzykowe fajerwerki, zdobione łamanymi strunami kontrabasu. Jakby wstęp do epizodu drugiego, który śmiało kandydować może do najlepszego odcinka trójpaku. Drżenie, rezonans, metatrans. Wyjątkowej urody post-elektronika bez kabli! Pulsacja, histeryczno-oniryczne talerzykowanie. Wielowymiarowy dron, który przepoczwarza się w kilkunastominutową perłę dźwiękową. Wyjątkowe! Finał tego duetu, jakby w opozycji do poprzedniego fragmentu. Ostre, kanciaste riffy i sonoryzm perkusjonalii – szczoteczkowanie, szuranie, trochę więcej konwencjonalnego drummingu w dostojnym tempie.

Czas na trzeci duet. Saksofon tenorowy i jego właściciel - Sylvain Guérineau. Cztery miniatury o silnie jazzowej strukturze. Tenor jest powabny, płynie bez kantów, gdyż akurat tych w nadmiarze serwuje nam kontrabasista. Duża amplituda dynamiki tej rejestracji, muzykom zdarza się brnąć przez improwizację nawet w tempie balladowym.

Dysk trzeci. Dwie rozbudowane narracje i field recordingowy epizod. Najpierw duet z gitarzystą Pascalem Battusem. Od razu zastrzeżenie: Pascal nie będzie grał na gitarze, a jedynie używał przystawki gitarowej, przetwornika, który został tu zdefiniowany jako guitar pickup. Dostajemy się zatem w otchłań quasi elektronicznych (elektrycznych!) poszukiwań narracyjnych punktów zaczepienia. Kontrabas jedzie smykiem w bardzo niskim rejestrze. Jest chyba lekko amplifikowany, co udanie konweniuje z gitarowymi zgrzytami, strojnymi trzaskami na kablach i gałkach potencjometrów. Rodzaj dość subtelnego noise’u. Duboc robi swoje i nie wchodzi początkowo w czupurne zwarcia. Trochę minimalistycznego wyciszenia, z którego wyłania się skoczny, zmutowany drumming strunowca, zwinnie kontrapunktowany przez szmery z przetwornika gitarowego (z kajetu recenzenta: sonorystyczne ach!). Temu ostatniemu trudno zaimponować w spokojniej narracji. Dużo ciekawiej dzieje się w drugiej połowie nagrania, gdy muzycy postanawiają brnąć w estetykę przesterowanego noise’u. Zgiełk, konkretny hałas, eskalowanie narracji – to właściwy kierunek! Duboc zdziera skórę ze strun kontrabasu, krew tryska po oczach – ogień! Piękna, kolektywna nawałnica z piorunami, z delikatnie wpisanymi w dramatyzm sytuacji scenicznej, repetycją i ograniczaniem środków wyrazu.

Po burzy z piorunami, tuż przed erupcją wulkanu, czas na szczyptę wyciszającego, choć odrobinę egzystencjalnego field recordingu autorstwa Benjamina.  Szum miasta, skowyt deszczu. Pasaż drwiącej z siebie natury dźwięku (z kajetu recenzenta: ciekawe, ile tu dołożono na etapie postprodukcji).

Finał trójpaku! A jak finał, to koniecznie trio! Sophie Agnel na fortepianie, Christian Pruvost na trąbce, Benjamin Duboc na kontrabasie. Od samego początku dynamika spotkania jest dalece konkretna. Muzycy kolektywnie brną w delikatnie onirycznym, trochę psychodelicznym nastroju (będzie się działo!). Wszystkie instrumenty brzmią niemal podobnie. Współczesna kameralistyka, ale na ostrym speadzie. Tuż po pierwszym wytłumieniu emocji, minimalistyczne pasaże każdego z muzyków, pełne mikrozdarzeń akustycznych - ochłapy sonorystyki, noise’owe akcenty. Intrygująca eskalacja, jakby wprost z głębi ziemi, z bardzo niskiego pułapu. Aż trudno uwierzyć, że przed nami produkują się wyłącznie akustyczne instrumenty. Pruvost jest nieznośne elektroakustyczny, dmie lewą powierzchnią płuc, uprawia sztuczki magiczne. Agnel gniecie struny fortepianu, chyba już na nich leży. Duboc drży całym ciałem, subtelnie zaznacza rytm, chlaszcząc pudło kontrabasu kijem bejsbolowym. Muzyka konkretna, dalece konkretna! Eksplozywne, czupurne, stanowczo wyjątkowe zwieńczenie urodzinowego trójpaku. Jaki piękny hałas! Preparacje pianistki, szaleństwa trębacza, smykowe implozje kontrabasisty. Krzyk instrumentów (trąbka!). Wybrzmienie następuje na obolałym gryfie kontrabasu, ze skomlącym smykiem, który całkowicie zatracił poczucie rzeczywistości. What a game!




Jeśli przebrnięcie przez solową część Primare Cantus okaże się, dla niektórych z nas, zadaniem ponad siły, mam dobrą wiadomość.  W kwietniu 2013 roku, Benjamin rejestruje płytę solową. Zwie ją St. James Infirmary (Improvising Beings, 2014). Nagranie poczynione w obiekcie sakralnym, zatem z gwarancją wspaniałego brzmienia niejako w pakiecie. Dwie rozbudowane opowieści, które diametralnie różnią się od eksperymentu Pieśni Pierwotnej. Pierwszą śmiało pomieścić możemy w jazzowej estetyce. Frazy, akordy, improwizacje i szczypta melodii. Niebanalny pokaz kompetencji muzyka. Opowieść druga jest bardziej różnorodna stylistycznie. Łatwiej powiedzieć, czego tu nie ma. Bogactwo narracji, technik improwizatorskich, po części także rodzaj podręcznika dla adeptów kontrabasu.  Można ten właśnie fragment solowych ekspozycji Duboca określić mianem jego the best of. Rodzaj portfolio, które dołącza do CV, w trakcie procesu aplikowania o etat w najlepszej orkiestrze świata. Piękne, głębokie, choć nie zawsze czyste brzmienie.


Double-Basse – duet z dolin

Świat niskich częstotliwości, to naturalna fauna i flora dla faceta, który rwie grube struny kontrabasu. Pomysł na duet z klarnetem kontrabasowym zdaje się w tej sytuacji rozwiązaniem oczywistym. Partner zwie się Jean-Luc Petit (muzyk przywołany kilka akapitów wcześniej, tym razem jednak na innym dęciaku). Panowie przyjęli nazwę Double –Basse, której adekwatność nie budzi jakichkolwiek wątpliwości.




Spotkanie studyjne (? – w każdym razie bez oklasków), poczynione w kwietniu 2013r. dokumentuje doskonała płyta This Is Not Art (Clean Feed Records, 2015). Dwie rozbudowane, całkowicie wyzwolone improwizacje, toczone wszakże w dużym skupieniu i bez popisów indywidualnych. Niczym J.S.Bach dogorywający w ogniu piekielnym, z głosami potępienia w tle i śmiercią w oczach. Duboc nie dość, że brzmi monumentalnie, to gra z bywałą atencją i tyczy piękny szlak dla postękiwań nielekkiego dęciaka. Demoluje struny kontrabasu ołowianym smykiem, płynie po nich lub ordynarnie gwałci je histerycznym drummingiem. Muzyka trwa onirycznymi pasusami, jest metaforyczna i wciąż stawia znaki zapytania. Sonorystyczna zaduma, szczypta kreatywnej zasady imitacji, to główne elementy składowe konstruktywnych utarczek obu muzyków. Tytuł wszak zobowiązuje! Brzmienie kontrabasu jest czyste, lśniące, ale dalekie od barokowego stroju Barry’ego Guya. Tembr strunowca jest matowy, szorstki, lubi chlastać po twarzy, gdy za blisko podejdziesz. Petit w pierwszej części pozostaje raczej w ukryciu, nie jest nadmiernie ekspresyjny i jedynie komentuje wyczyny Duboca. W części drugiej staje na środku sceny i robi wszystko, by zadać kłam opinii recenzenta.


Kwintet Nuts i duetowe uzupełnienie

Kolejna perła w dorobku Benjamina, to ulotny, nietypowy i ciekawy personalnie kwintet, ukrywający się pod nazwą Nuts i łączący w sobie dwa pokolenia muzyków improwizujących z … trzech kontynentów.

Dwa zestawy perkusyjne (Didier Lasserre i Makoto Sato) przyczajone delikatnie w tle, na przeciwległych flankach. Bliżej naszych uszu, także szeroko rozstawione dwa zestawy dęciaków (Itaru Oki i Rasul Siddik). Na samym zaś środku Benjamin Duboc i jego wyjątkowo ogromny kontrabas. Muzyka jest swobodnie improwizowana, mnóstwo w niej komunikatywnej i niebanalnej sonorystyki z dęciaków, jazzowy drive bębnów, które pozostają w ciągłym zwarciu i kontrabas, który rządzi, niepokoi, rozrywa przestrzeń akustyczną koncertu swym gigantycznym soundem. Jest sam, ale chwilami brzmi tak potężnie, masywnie, jakbyśmy słyszeli, co najmniej trzy takie instrumenty. Skojarzenia z włoskimi płytami Billa Dixona z lat 90. jak najbardziej zasadne, zwłaszcza, iż zaciąg dęty gra przede wszystkim na trąbkach i flugelhornach (okazjonalnie także flety, inne drobne reeds i preparacje). Muzyka bywa dynamiczna, nie brakuje w niej jednak szczypty niesentymentalnego liryzmu i progresywnych chwil artystycznego zaniechania.





Orzeszki (Nuts) pozostawiły po sobie, jak dotąd, dwa wydawnictwa. Pierwsze zwie się
L'Atelier Tampon-Ramier (Sans Bruit, 2008 – nagranie dostępne jedynie w plikach) i jest rejestracją pierwszego koncertu kwintetu, jaki miał miejsce w Paryżu, we wrześniu 2007r.  (tytuł płyty, to nazwa klubu, który gościł Nuts). Druga zaś, to Symphony For Old And New Dimensions (CD Ayler Records, 2009). Nagranie z lutego 2009r. z Le Carré Bleu, w Poitiers (gdzieś we Francji).

Pełnoprawne uzupełnienie dwóch smakowitych płyt kwintetu Nuts, stanowić może płyta duetu, który jest jego… podzbiorem. Benjamin Duboc i Itaru Oki (trąbka, flugelhorn, flet) w grudniu 2009r. w Paryżu, zarejestrowali kolejny wartościowy artystycznie materiał, który edytorsko udostępniła nam francuska inicjatywa wydawnicza Improvising Beings pod tytułem Nobusiko (2010). Osiem drobnych, improwizowanych perełek z japońskimi tytułami, do wiecznej eksploracji. Skupienie, dbałość o niuanse, akustyczna perwersja.


Ogniste Trio The Fish plus duet na dokładkę

Czas na drobną epistołę z nieco głośniejszymi, mniej subtelnym dźwiękami. Tu głównym partnerem kontrabasisty będzie saksofonista altowy, Jean-Luc Guionnet. Wraz z perkusistą Edwardem Perraudem muzycy funkcjonują pod nazwą własną The Fish, mają także za sobą epizod duetowy.

Nazwisko alcisty może niektórym z nas kojarzyć się z innym triem, The Ames Room (Clayton Thomas, Will Guthrie), które kilkakrotnie gościło w Polsce na koncertach. Rybia muzyka jest równie ekspresyjna, stanowi bowiem przykład absolutnie bezkompromisowego free jazzu. Gdy Guionnet na początku koncertu wkłada do ust lufę swojego karabinu, to wyciąga ją wraz z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Gra narowiście, z głębokim zadęciem, często stosuje repetycję. Być może nie jest to ulubiony rodzaj ekspresji Pana Redaktora, ale i to ma swoją wartość. Na tle gęstej powłoki saksofonowych erupcji, odnaleźć można w niemal klinicznym stanie doskonałą robotę kontrabasisty, tu dodatkowo, w bystrej kooperacji z jakże kompetentnym drummerem. I tak też słuchałem obu płyt The Fish, a czas płynął wartko i stosunkowo kreatywne.




Pierwsza ekspozycja płytowa tria, to podwójne wydawnictwo Live At Olympic Café & Jazz À Mulhouse (Ayler Records, 2007). Dysk pierwszy, to dwa sety z paryskiego koncertu, z grudnia 2005r, zaś drugi – jednosetowy incydent z Moulhouse, z sierpnia 2006r. Trwająca łącznie 110-minut, ekspresyjna petarda zaspokoi gusta każdego wielbiciela gatunku. Osobiście bardziej podoba mi się młodsze nagranie tria. Myślę o krążku Moon Fish (Clean Feed Records, 2012). Trzy kwadranse tego koncertu (dane szczegółowe niedostępne) zdają się być bardziej zwarte narracyjnie, mniej przegadane. Być może o walorach tego akurat nagrania decyduje także zrównoważony emocjonalnie czas jego trwania.




W kontekście słów, jakie padły w odniesieniu do muzyki The Fish, zupełnie zaskakujące okazuje się wspólne nagrania Duboca i Guionneta w duecie. Panowie wchodzą do całkowicie innej bajki. W listopadzie 2005r. w Paryżu realizują nagranie, które trafia na krążek W (Amor Fati, 2008). Trwająca niespełna 41 minut improwizacja opiera się na akustycznie destruktywnej sonorystyce bardzo suchego altu i drapieżnego, traktowanego głównie smykiem, kontrabasu. Dramaturgicznie pozostajemy w stylistyce niezwykle minimalistycznej, a istotnym atrybutem narracji jest cisza, która często oddziela od siebie duetowe ekspozycje. Muzycy w wielu momentach płynną wspólnie, stosując bardzo konsekwentnie zasadę imitacji. Odniesienie do szeroko rozumianej muzyki współczesnej też nie jest tu złym tropem. Niełatwe w odbiorze, konsekwentnie prowadzone, bardzo konkretne w brzmieniu nagranie, które intryguje ponadnormatywnie. Szkoda, że jak dotąd nie doczekaliśmy się ciągu dalszego tego duetu.


Inne epizody, damsko-męskie

Ponieważ nasza wielowątkowa powieść o muzyce Benjamina Duboca urosła już do rozmiarów trudno przyswajalnych z ekranu telefonu, czy nawet komputera, czas najwyższy zmierzać ku końcowi. A zatem na koniec skromne zajawki innych, także ciekawych przygód muzycznych kontrabasisty z Francji.

Le Retour D’Ulysse (Promenade) (Improvising Beings, 2015). Duet Duboca z francuską saksofonistą Alexandrą Grimal (tenor, sopran). Długie, dwupłytowe wydawnictwo zawiera chwilami dość ciepłe i na ogół niebanalne improwizacje (także jedną kompozycję Johna Coltrane’a). Duboc gra na swoim doskonałym poziomie, ilość fajerwerków tryskających z gryfu kontrabasu, jak zwykle imponuje. Grimal nie zawsze jest jednak w stanie utrzymymać poziom, zaproponowany przez partnera. Szczególnie dzieje się tak, gdy sięga po saksofon tenorowy. Gdyby płyta miała wymiar trzech kwadransów broniłaby się zdecydowanie lepiej.




There Starts The Future (Ayler Records, 2009). Choć na tej płycie, formalnie Benjaminowi przypada jedynie rola sidemana, nie sposób przez chwilę nie pochylić się nad tym doskonałym nagraniem. Firmuje je Abdelhai Bennani Trio. Francuski saksofonista, marokańskiego pochodzenia, gra wyjątkowo interesująco, nie dominuje, jak to ma w zwyczaju wielu saksofonistów w trio, świetnie wchodzi w improwizowane interakcje z kontrabasistą i tym trzecim, perkusistą Edwardem Perraudem. Ta trzyosobówka ma konkretnie demokratyczny strój, każdy z muzyków do free jazzowej konstrukcji dokłada swoje trzy gorsze. Płyty słucha się wyśmienicie, zwłaszcza drugiej jej części, gdy nasz bohater ewidentnie przejmuje rolę lidera tej eskalacji. Na końcu gra już prawie sam, a jego partnerzy mogą jedynie głośno wzdychać z wrażenia.

Free Unfold Trio (Amor Fati, 2006). Jeśli pragniecie posłuchać bardzo wytrawnego i kompetentnego tria jazzowego z fortepianem, to trafiliście idealnie. Duboca wspiera tu Didier Lasserre na perkusji i Jobic Le Masson na fortepianie. Nagranie poczynione na festiwalu w Bordeaux, w 2006 roku. Pod tym szyldem muzycy popełnili także incydent studyjny – Ballades (Ayler Records, 2009).




Entropy/ Enthalpy (Rouge Art, 2015). Podwójne wydawnictwo firmowane przez jednorazową formację The Turbine! (wykrzyknik stanowi część nazwy tego składu). Zapewne dla wielu fanów, silnie zapatrzonych w improwizowaną muzykę anglosaską, było to jedyne, jak dotąd, spotkanie z muzyką Duboca. Bardzo poważny zaciąg amerykański (Hamid Drake, William Parker, Harrison Bankhead) sprawia, że to najbardziej znane z nagrań naszego dzisiejszego bohatera. Znane, nie znaczy dobre. Dla mnie to wyjątkowo nierówna płyta. W wielu fragmentach gra podwójnej sekcji rytmicznej prowadzi donikąd. Są ekscytujące fajerwerki, pokazy sztucznych ogni, popisy indywidualne, tylko dobrej muzyki jak na lekarstwo. Z tego za długiego wydawnictwa, moją uwagę przykuwa jedynie blisko 30-minutowy free jazzowy pokaz emocji, gdy kwartet dwóch basistów i dwóch perkusistów wspiera świetnym flowem, francuski saksofonista Lionel Garcin (nazwisko do zapamiętania).



Ogromne podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań !