Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Landfermann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Landfermann. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lipca 2026

Elisabeth Coudoux & Emiszatett: Vestis!


Kolektyw artystów związanych z kolońskim Impaktem nie potrafi dostarczyć nagrania, które nie byłoby warte uwagi. Przed nami kolejny dowód w sprawie.

Na studyjnej scenie septet, a w głowach kolektywna improwizacja podparta bliżej niesprecyzowaną notyfikacją (tu nazwaną kompozycją), która tyczy szlak jej strukturalnego kształtowania. Tak przynajmniej donosi albumowe credits.

Szefem przedsięwziecia jest wiolonczelistka Elisabeth Coudoux, a pośród jej partnerów odnajdujemy szerokie grono dobrze nam znanych muzyków, z których przynajmniej dwóch … dojedzie jesienią do Poznania na pewien spontaniczny event. W wymiarze instrumentalnym, poza wspomnianym cello, także puzon, werbel, piano i harmonium, kontrabas i niezwykle istotna w procesie elektronika. Dwie dwudziestominutowe epistoły o dużym ładunku piękna i dramaturgii. Zapraszamy!

  


Inauguracja pierwszej części osnuta jest wokół szumów, szmerów, wdechów i wydechów – wszystko przypomina pracę wielkiego statku parowego. W tle drżą struny i płyną strugi elektronicznego ambientu. Ów kolektywny dark slow motion z czasem zaczyna nabierać masy właściwej, a sam proces staje się wielowątkowy – raz się zagęszcza, innym razem ucina jak spod skalpela, ma impulsywne wzloty i równie efektowne upadki. Poszczególne frazy instrumentalne nakładają się na siebie lub wzajemnie depczą. Wszystko czynione jest z dużą precyzją, ale wydaje się całkowicie swobodne, naturalne, niczym niepodyktowane. Już po kilku minutach septet brzmi niczym wielka orkiestra symfoniczna, w czym spory udział ma elektronika, która prawdopodobnie multiplikuje akustyczne frazy. Bywa, że wszystko tu śpiewa i melodyjnie rezonuje, wpierane czymś na kształt meta rytmu wprost z klawiatury piana. Bywa, że frazy nabierają mocy godnej prenatalnego post-industrialu. Piłowane struny, wydechy puzonu, szmer elektroniki potrafią łączyć się w ekspozycje dronowe. Chwilami aż trudno uwierzyć, iż za ten tygiel zdarzeń odpowiada tylko siedmioro artystek i artystów. W końcu słyszymy nawet syreny alarmowe. Wieńcząca utwór faza urokliwego falling down przybiera postać demonicznej kołysanki, zdaje się płynąć wyjątkowo szerokim korytem, osadzona nade wszystko na melodyjnej, po części onirycznej wokalizie.

Druga ekspozycja pozbawiona jest gry wstępnej - od pierwszej sekundy daje do wiwatu. Głośne cello, nerwowe okrzyki, połamany post-rytm. Zdaje się, że tym razem wylądowaliśmy w maszynowni statku parowego. Masywny common flow dość szybko rozwarstwia się, ale równie zgrabnie powraca do zadanej intensywności. Potem na front wychodzi elektronika, następnie głos, który dyskutuje z każdym napotkanym dźwiękiem, wreszcie piano z klawisza, które także dorzuca nowy wątek. Opowieść na kilka chwil osiąga stadium niemal free jazzowe. Po dziesiątej minucie następuje wystudzenie – narracja przypomina otulone tumanami kurzu pogorzelisko. Nic, tylko zbierać trupy. W kolejnych minutach opowieść przypomina nerwową huśtawkę. Atak post-industrialny strun, puzonu i elektroniki napotyka na kontrę piana i głosu, które starają się łagodzić emocje. W końcu wszyscy nabiera powietrza w płuca, a potem efektownie je wydychają. Wiolonczela eksploduje, wparta tajemniczymi akcjami percussion, wszyscy krzyczą. Ta kompulsywna eskapada zaczyna obumierać mniej więcej dwie minuty przed końcem. Potem już tylko migotliwe światełka ścielą się na mrocznym, zachmurzonym niebie.

 

Elisabeth Coudoux Emiszatett: Vestis (Impakt, DL 2026). Pegelia Gold – głos, Marcus Schmickler – elektronika, Matthias Muche – puzon, Philip Zoubek – fortepian, harmonium, Robert Landfermann – kontrabas, Etienne Nillesen – werbel oraz Elisabeth Coudoux – wiolonczela, kompozycja. Nagrane w Maarweg Studio, Köln, Niemcy, listopad 2021. Dwa utwory, 40 minut.



środa, 21 lipca 2021

Luís Lopes: Quartet from Lisbon & Berlin in Sinister Hypnotization!


Dwudziesty dziewiąty tydzień pandemicznego roku 2021 kolegium redakcyjne Trybuny Muzyki Spontanicznej postanowiło poświęcić muzyce improwizowanej z Portugalii. Jak zwykle powodów decyzji tego zabawnego gremium jest bardzo wiele, ale w większości są one ogólnie znane. Warto choćby zwrócić uwagę na fakt, iż zacny portugalski label Clean Feed Records obchodzi w tym roku swoje 20 urodziny. Być może właśnie dlatego, w swoim późnowiosennym koszu nowości, znalazł on miejsce dla wielu portugalskich produkcji. Jak to zwykle bywa, ilość nie zawsze idzie w parze z jakością, ale przestrzeni dla dobrej lub bardzo dobrej muzyki improwizowanej w palecie świeżynek nie zabrakło.

Nasz przegląd portugalskich nowości podzielimy na dwa sety. Najpierw odczytamy jedną płytę, ale z grona premier zdecydowanie najciekawszą, a potem - już w następnej opowieści - pochylimy się nad kolejnymi sześcioma nowościami. Dodajmy, iż w tym tygodniu nasze receptory wzroku i słuchu koncentrować się będą nie tylko na produkcjach rzeczonego Clean Feed, albowiem – jak świetnie wiemy! – improwizowana muzyka portugalska wydawana jest na całym świecie. A zaczynamy już dziś, od Złowrogiej Hipnotyzacji! Brawa już za sam tytuł!

 


Spektakl dźwiękowy wykreowany przez na poły portugalski, na poły niemiecki kwartet, złożony z elektrycznej gitary, piana Fendera, bezprogowego kontrabasu i bystrej, progresywnej perkusji musi nosić znamiona wydarzenia pełnego hałaśliwych i jakże psychodelicznych emocji! Lizbońsko-berlińska idea Luísa Lopesa wszystko nam to gwarantuje, ale nadaje też swej nielinearnej narracji tak efektownej gęstości, iż burza braw, to najmniejsza dolegliwość, jaką winni napotkać muzycy za swoje dzieło. Od razu zatem zaznaczmy – oto nasz kolejny pewniak na grudniową listę the best of 2021!

Płytę otwiera ledwie minutowa gra rozpoznawcza – amplifikowany smyczek na gryfie kontrabasu, który żłobi bruzdy, małe frazy gitary, stojące w miejscu pętle gęstego piana i aktywny circle drumming. Dynamika rodzi się tu oczywiście z woli perkusisty. Cały background wypełnia kontrabas, który brzmi masywnie niczym sfuzzowana gitara basowa. Druga kompozycja, która nosi znamiona całkiem swobodnej, ale zapewne częściowo zaplanowanej improwizacji, z miejsca stawia stemple i zasieki, kłębi zadziorne wątki, uprawia pewien rodzaj kolektywnej jazdy po prąd! Piano brzmi jak psychodeliczna gitara, sama zaś gitara zdaje się parskać nieco łagodniejszymi frazami, ale też niesie w sobie prąd wysokiej mocy. Bas i perkusja pracują, jak maszyna śmierci. Narracja klei do siebie wszystkie dźwięki, które tłoczą się niemal ciało w ciało, bez milimetra wolnej czasoprzestrzeni i brną definitywnie w kierunku ściany dźwięku. Gitara pachnie zmutowanym post-Baileyem, piano rży, a sekcja rytmu czyni swoje, raz za razem szukając dodatkowej mocy w meta rockowych przełomach. Stal, inne metale ciężkie, wulkany emocji, katarakty zdarzeń. Po czasie ów cudowny chaos sytuacyjny zdaje się porządkować rytm, który powstaje pod palcami silnych dłoni niezmiennie aktywnego perkusisty. Jego akcje kreują platformę, po której sunie bardzo efektowna ekspozycja fenderowskiego piana.

Trzeci utwór, ponad trzynastominutowy, zdaje się być kluczem do tytułowej Hipnotyzacji. Pierwsze minuty płyną nieco spokojniejszym strumieniem hałasu - rozkołysane, kolektywne frazy brzmią niczym mroczna wersja Return To Forever! Matowe, suche ochłapy dźwięków łączą się w stylowe, lekko wytłumione post-fussion. W tle kolejne pętle rysuje doskonały tego dnia kontrabas, który wspina się na wzgórze, po czym spada na twarz, nie tracąc jednak rezonu. Po umiarkowanym spowolnieniu właśnie ów instrument kreśli nam piękną ekspozycję solową, wspierając się na onirycznym akompaniamencie piana i talerzowych preparacjach. Uśpiona od dłuższej chwili gitara czeka jednak na sygnał do ataku. Po wybiciu siódmej minuty basowy drive wypuszcza ją na efektowne, niemal rockowe expo. W tle kwaśne strugi dźwiękowe generuje piano. Po upływie dziesiątej minuty kwartet pracuje już w trybie galopu – smukłe eksplozje, ogniste fajerwerki, srebrzyste iluminacje, what ever you want! Na zakończenie utworu uwagę skupia na sobie nade wszystko kontrabas, który szaleje na przetwornikach – true monster magnet! Po niedługiej chwili opowieść gaśnie w mrocznym ambiencie utraconego tchu.

Czwarta improwizacja, znów ubrana w szaty kompozycji, otwiera się duetem perkusji i silnie amplifikowanego basu. Flow at stand by, w tle echo piana. Gra na małe pola, oddechy, westchnienia, wybrzmiewające dźwięki, filigranowe sprzężenia, małe preparacje. Krótki festiwal fake sounds szybko podprowadza nas do ostatniej części płyty. Ta stawia na moc i krwiste emocje od pierwszej sekundy! Na czele orszaku złoczyńców gitara i piano, stemplowane hc-punkowymi przełomami sekcji rytmu i śmierci. Flow gęstnieje, przeklejony do podłogi mimo pęczniejącego drummingu. Zdaje się, że w tym momencie sprzężenia dźwiękowe produkują już wszystkie instrumenty. Post heavy-jazz chyli się ku hałaśliwej katastrofie. W połowie piątej minuty kontrabas sprawia wrażenie, jakby rychtował nam nowy rytm, piano zalotnie brzęczy, a perkusja sugeruje wzrost aktywności. Muzycy mnożą pytania, ale stoją po pas w kwaśnych, rockowych emocjach. Power Quartet na ostatniej prostej stawia na dynamikę. I to jest kolejne mistrzowskie pociągnięcie!

 

Luís Lopes Lisbon Berlin Quartet Sinister Hypnotization (Clean Feed Records, CD 2021). Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Pinheiro – piano Fendera, Robert Landfermann – kontrabas (w wersji bezprogowej z dodatkowymi efektami) oraz Christian Lillinger – perkusja. Nagrane w Butterama Recording Center, Berlin, 5 maja 2018 roku. Pięć kompozycji (dwie pierwsze gitarzysty, kolejne całego kwartetu), łączny czas trwania 37 minut i 29 sekund.