Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Russell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Russell. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 kwietnia 2025

John Russell & Jean-Michel Van Schouwburg are before the wedding!


Brytyjski gitarzysta John Russell od czterech lat plecie swoje misterne, improwizowane opowieści w innej czasoprzestrzeni. Z wielką radością odnotowujemy każde nowe wydawnictwo z jego udziałem. Po prawdzie nie ma ich wiele, zatem to, nad którym dziś pochylamy nasze zmęczone receptory słuchu i wzroku cieszy szczególnie, nawet w sytuacji, gdy koncertowa rejestracja nie trwa nawet dwóch kwadransów.

Naszą radość multiplikuje fakt, iż na albumie odnajdujemy Johna w zacnym towarzystwie belgijskiego wokalisty Jean-Michela Van Schouwburga, o którego klasie donosiliśmy na tych łamach wielokrotnie.



 

Sytuacja dramaturgiczna na starcie koncertu jest następująca: sucho brzmiąca, wystudzona gitara akustyczna ze swobodą wplata się pomiędzy strumienie głosu, lepione z szumiąco-rzeżących głosek, jakże charakterystycznych dla … języka polskiego. Trochę pisków, kocich lamentów i porcje ćwierć akordów budują rodzaj relaksującej kołysanki, kleconej wszakże bezwzględnie dla niegrzecznych dzieci. Muzycy dobrze się ze sobą komunikują, a ich poziom reaktywności trudno nie uznać za wysoki. Ekspresja zdaje się być pod pełną kontrolą każdego z nich, ale ochota do swawolenia i robienia psikusów wydaje się definitywnie namacalna, czego dowodem garść kantów i rock’n’rollowych zadziorów ze strony gitarzysty. Narracja na tym etapie podróży ma zmienne tempo i zróżnicowany poziom intensywności. Wystarczy ukradkowe spojrzenie, by obaj kładli się do snu i głęboko wzdychali, wystarczy jeszcze krótsza chwila, by w pełni wybudzeni stali w gotowości do porannych igraszek.

Artyści potrafią iść żwawym, post-bluesowym krokiem, sycąc ów marsz plejadą atrakcyjnych fraz i brzmień, innym razem leżą na plecach i roześmiani wierzgają nogami. Wokalista, jak zwykle w jego przypadku, mieni się wszystkimi kolorami tęczy – od mięsistego barytonu po kacze gdakanie, od słowa do małej melodii, od soczystego śpiewu po modlitewne lamenty. Bywa, że gitarzysta cedzi balladowe frazy, a wokalista dogorywa dygocząc całym przełykiem. Obaj szybko osiągają szczyt, jeszcze szybciej toną w bagnie preparowanych, niekiedy całkiem tajemniczych dźwięków. Brawura nie opuszcza Van Schouwburga – niespodziewanie bzyczy niczym zepsuty syntezator. Russell trzyma dramaturgię w ryzach, raz za razem celnie kontrapunktując. Gdy ten pierwszy serwuje garść barowych przyśpiewek, nuci przy goleni i sepleni, ten drugi rozpuszcza chmurę zmysłowych flażoletów. Tymczasem w odpowiedzi na drapieżne frazy wokalu, gitara wpada w dynamiczne riffowanie. Tańce, hulanki, swawole!

Wymiana zdań trwa tu nieustannie. Gdy Jean-Michel chrapie i chrząka, John dręczy struny i te trzeszczą jak stara wersalka. Ten pierwszy przypomina japońskiego żołnierza zagubionego w okopach drugiej wojny światowej, ten drugi tańczy niczym chińska baletnica. Kilka dźwięków z wiejskiej zagrody, kilka taktów zawadiackiego walczyka, smutne melodie i radosne podskoki. A na koniec piękna koda - wokalista znów przypomina sobie o brzmieniu polskich, niepowtarzalnych spółgłosek. John jeszcze tylko policzy struny i mogą wpadać w objęcia burzliwych oklasków.

 

John Russell & Jean-Michel Van Schouwburg Before the Wedding (Empty Birdcage Records, CD 2025). John Russell – gitara oraz Jean-Michel Van Schouwburg – głos. Nagrane w Klubie Gromka, Ljubljana, Słowenia, kwiecień 2018. Jedna improwizacja, 26 minut.

 


piątek, 18 lutego 2022

John Butcher in trios and quartets! A new stuff never stops!


Jeden z absolutnych faworytów redakcji, angielski saksofonista John Butcher, dosyła nowe nagrania światu muzyki improwizowanej niemal nieustannie. Na łamach Trybuny staramy się o nich pisać na bieżąco, ale i tak, na początku każdego roku, sporządzać musimy coś na kształt dogrywki i w szybkiej zbiorówce opisywać płyty saksofonisty, o których nie zdążyliśmy napisać w trakcie mijającego roku.

Nie inaczej jest u progu roku 2022! Co więcej, nawet pobieżna analiza dyskografii Johna wskazuje, iż już sam styczeń przyniósł pięć kolejnych wydawnictw (wszystkie za sprawą pewnego labelu z Luksemburga!). Zatem dzisiejsza opowieść o nowych płytach z udziałem saksofonisty nie jest bynajmniej formą podsumowania starego, ale raczej ostrym wejściem w nowy rok. Za moment pochylimy się nad dwoma z owych pięciu luksemburskich nowości, potem sięgniemy po … kolejną nowość z roku bieżącego, a pięcioodcinkową recenzję zepniemy dwoma nagraniami opublikowanymi zdecydowanie w roku minionym, na obu znajdując rejestracje dźwiękowe, które na publikację czekały ładnych kilka lat.

Nim nadstawimy oczy i uszy nad porcją, jak zawsze w wykonaniu Johna, wspaniałej muzyki, zauważmy, iż wszystkie tria i kwartety dziś prezentowane, to swobodna improwizacja realizowana przez kolektywne składy, zatem na każdej z nich Butcher jest jednym z kilku twórców tej demokratycznej porcji dźwięków. Fakt dalece oczywisty na polu free improvised music, ale godny przypominania przy każdej okazji.

 


Beins/ Butcher/ Dafeldecker  Induction (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Przegląd najnowszych dokonań Johna Butchera (tradycyjnie korzystającego z saksofonu tenorowego i sopranowego) zaczynamy od tria poczynionego w towarzystwie austriackiego kontrabasisty Wernera Dafeldeckera oraz niemieckiego perkusjonalisty Burkharda Beinsa. Dwie niemieckie rejestracje z czerwca 2019 roku (KM28, Berlin oraz KulTurnhalle, Lipsk), podzielone na jedną długą i trzy krótsze improwizacje, trwają tu łącznie 42 minuty.

Muzycy zgromadzeni na berlińskiej scenie znają się doskonale, ale do pierwszych dźwięków podchodzą z dużym respektem. Małe perkusjonalia, powiewy suchego powietrza z tuby saksofonu, drżenie kontrabasu i wielka chmura rezonansu, jaka tworzy się pomiędzy trzema akustycznymi ośrodkami dźwięku. Muzycy budują emocje stojąc w miejscu, zatrwożeni wielką niewiadomą tego, co może się wydarzyć. To prawdziwa ceremonia oczekiwania! Pierwsze bardziej energiczne ruchy zdają się być dość nerwowe, ale bez trudu budują rytmiczne podwaliny bardziej zwartej narracji. Dźwięki każdego z instrumentów są nieustanie preparowane, stąd improwizacja dość szybko nabiera post-industrialnego posmaku. Czasami wszystko brzmi tu perkusjonalnie, innym razem przypomina rytmiczny ruch zepsutych maszyn włókienniczych. Gęsta zabudowa strumienia dźwiękowego jest efektem zarówno dużej kreatywności muzyków, jak i skupienia, tudzież dużej cierpliwości w budowaniu kolejnych akapitów opowieści. W okolicach 15 minuty na scenie pojawia się moc, dzięki której improwizacja wchodzi na wyższy poziom intensywności i dynamiki. Wszystko tu rytmicznie burczy, krzyczy i lamentuje. Piękny moment!

Na drugą stronę winyla przenosimy się do Lipska, gdzie czekają na nas trzy bardziej zwarte czasowo opowieści. Początek pierwszej wyznacza gong, który długo wybrzmiewa w samotności. W tle słychać cichy smyczek, a zaraz potem efektowny wybuch rezonujących talerzy. Nie jesteśmy pewni, czy w tym tyglu zdarzeń fonicznych ma także udział saksofon. Dopiero, gdy smyczek podejmie się roli wiodącej słyszymy już definitywnie dźwięk sopranowego dęciaka. Narracja przypomina rytualny przemarsz przez opuszczone miasto. Wszystko tu ze sobą rezonuje, tworzy symfonię strachu, która dość szybko znajduje posmak ciszy. Muzycy zdają się powtarzać pewne sekwencje czynności, jakby trasa ich improwizacji była gdzieś zapisana, wyryta w przydrożnej skale. Trzecia opowieść trwa niewiele ponad trzy minuty. To misterna, prawdziwie filigranowa plecionka dźwięków. Szlak podróży tyczy kontrabasowy smyczek, nieustannie rezonują talerze, a mistrzem ceremonii zdaje się być saksofon, który wydaje dziwne, tajemnicze, wysoko zawieszone dźwięki. Początek czwartej części, a trzeciej w Lipsku, niewiele zmienia w akustycznym obrazie całości. Wielka chmura rezonansu łączy się tu z kłębowiskiem szumów, tworząc prawdziwy festiwal fake sounds. Po kilku zakrętach opowieść nabiera bardziej rozpoznawalnego brzmienia. Narrację ciągnie za sobą, jak wór ziemniaków, nerwowy saksofon tenorowy. Smyczek boleśnie traktuje struny, a na werblu toczą się wielkie bitwy małych przedmiotów. Improwizacja skrzy się pomysłami, ale jej intensywność faluje niczym wzburzone morze. Najpierw plejady małych, rwanych dźwięków, a na linii kontrabas – saksofon bystra praca w trybie call & responce. Potem kilka powtórzeń i krok w kierunku dłuższych fraz, bardziej spójnych, ale zaskakujących brzmieniowo. Opowieść zbliża się do ciszy, ale nie stroni od bardziej hałaśliwych fraz. Tonie w renesansie i powtórzeniach, przypominając współczesne dokonania brytyjskiej legendy gatunku AMM. Narracja powoli staje się jednym, wielkim dronem. Przed jej końcem czeka nas jeszcze małe wzniesienie i grad pomysłów saksofonisty, który maci spokój zakończenia. Na ostatniej prostej frazy dęciaka przypominają ptasie tremolo.

 


Butcher/ Lehn/ Robair  Shaped & Chased (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Kolejne trio dobrych (by nie rzec, bardzo dobrych) znajomych i znów Berlin (ausland, listopad 2019 roku). Obok saksofonisty, wyposażonego w tenor i sopran, spotykamy tu Gino Robaira - elektronika, obiekty, instrumenty perkusyjne oraz Thomasa Lehna - syntezator analogowy. Znów cztery improwizacje (znów jedna długa i trzy krótsze), znów 42 minuty (ale tym razem bez parunastu sekund).

Pierwsze dźwięki na płycie, to dzieło Robaira, który przypomina, iż bywa nie tylko kreatywnym elektronikiem, ale nade wszystko zwinnym perkusistą! Na starcie słyszymy także echo analogowej elektroniki, a po chwili bystry najazd tenorowych pomruków, pełnych energii, a nawet znamion agresywności. Gęste otwarcie nie oznacza tu marszu na wysokie wzgórze, albowiem artyści dość szybko zanurzają się w onirycznej otchłani preparowanych fraz dętych i elektroakustycznych szumów i skwierczeń. Butcher jednak nie odpuszcza i znów wznosi opowieść na wyższy poziom ekspresji. Świetne interakcje towarzyszą tu każdej akcji zaczepnej, są zaś efektem zarówno doskonałej komunikacji, jak i kreatywności każdego z muzyków. Budują oni swoją opowieść na dużym luzie, na każdym kroku znajdując okazje do subtelnych, małych zagrywek, mimo, iż flow saksofonu raz za razem oplątywany jest smugami syntetycznych fonii. Post-industrialny rezonans, incydenty fake sounds, głównie ze strony Robaira, ale także pełne kiście syntezatorowych plam Lehna, który wciąż zaskakuje minimalizmem, z jakim buduje swoją improwizację. Narracja w drugiej części 20-minutowego seta nie stroni od ekspozycji dronowych i całkiem efektownych ekscesów post-freejazzowych.

Druga strona winyla i trzy krótsze historie. Pierwszą otwiera perkusjonalista i serwuje nam garść urokliwych szczegółów brzmieniowych swojego bogatego instrumentarium. Tuż obok tli się dęciak, który brzmi nad wyraz syntetycznie i syntezator skoncentrowany na generowaniu chmury szumów. Opowieść łapie ciekawą dynamikę z woli perkusji, determinującej saksofon i syntezator do wyciskania siódmych potów. Kolejną improwizację kreują na wstępie obiekty wałęsające się po glazurze werbla. Tenor podaje tu czysty, freejazzowy sound, ale opowieść dość szybko chowa się w powłoce elektroakustycznych subtelności. Na koniec znów emocje biorą gorę, znów za sprawą wyjątkowo dziś aktywnego tenorzysty. Ostatnia część płyty rozbudzana jest przez ciche drony każdego z artystów, kreujące na poły syntetycznie brzmiącą balladę, pełną wszakże mroku i znaków zapytania. Oniryczne pląsy z ciszą, wystudzony sopran i coś na kształt drummingu, który ciągnie narrację ku światłu. Syntezator pracuje spokojnie, zdaje się być dziwnie nostalgiczny. Finał tej doskonałej płyty znów stawia na dynamikę, rozsiewaną przez rozgrzany saksofon, bystre perkusjonalia i kolejny raz wyjątkowo filigranową pracę analogowego syntezatora.

 


Hannah Marshall/ John Butcher/ Mandhira De Saram/ Douglas Benford  A Spanner In The Poetry Machine (Douglas Benford Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Opuszczamy już Niemcy i na odsłuch trzech kolejnych płyt przenosimy się do Zjednoczonego Królestwa. Londyńskie Hundred Years Gallery, luty 2019 roku i kwartet w składzie: Hannah Marshall - wiolonczela, Douglas Benford – harmonium i obiekty, Mandhira De Saram – skrzypce oraz nasz bohater i jego dwa dęciaki. Dwie długie improwizacje, łącznie 53 i pół minuty.

Początek pierwszej improwizacji rodzi się z drobnych, na ogół preparowanych fraz, które formują się w dronowe pasaże dalece kameralnej ekspozycji. Narracja w typie stand by jęczy strunami, wzdycha tubą saksofonu i lśni elektroakustycznym, fermentującym posmakiem, który zdaje się generować harmonium i podczepione pod nie tajemnicze obiekty. Opowieść buduje się na kilkupoziomowym dysonansie – frazy czyste lub preparowane, spokojne odgłosy lub nerwowe konwulsje, cisza lub na poły hałaśliwe incydenty. Improwizacja nie jest wszakże pozbawiona mrocznych i zagubionych w ciszy przestojów, które burzą dramaturgię koncertu. Butcher - operujący w tym secie głównie na sopranie - co pewien czas stara się zakłócać ów marazm narracyjny, wybudzać z letargu pozostałych uczestników spektaklu, którzy koncertują się raczej na budowaniu zmysłowego i nieco tajemniczego backgroundu.

Dużo ciekawiej dzieje się w secie drugim. Początek też skrzy się drobiazgami – pojedynczymi odgłosami strun, metalicznym rezonansem płynącym z obiektów i echem, które szczególnie ciekawie konweniuje tu z brzmieniem strunowców. Swoje czyni saksofon, tym razem głównie tenorowy, który bez zbędnej zwłoki staje na czele pochodu i nadaje improwizacji bystry drive pozbawiony kameralnych zaniechań i wątpliwości. Opowieść ma w sobie więcej życia, ale nie unika samozawieszających się fraz, które łapią ciszę, niczym lep zagubione muchy (choćby w okolicach 8 minuty). Inicjatywa ustawodawcza znów pozostaje w rękach saksofonu. Tło strun i harmonium buduje tu czyste, kameralne frazy, bądź jątrzy nerwowymi szarpnięciami za struny. W okolicach 18 minuty muzycy dyskutują metodą call & responce, nadającą całości zdrowy posmak w pełni kolektywnej improwizacji. Znów tym, który zaprasza do stołu jest saksofonista. Pod koniec opowieść rozpływa się w drony i kieruje na drobny, finałowy szczyt. Tenor zdobywa go z podniesionym czołem, strunowce, pełzające tuż zanim, nerwowo podrygują.  

 


John Russell/ John Butcher/ Dominic Lash  But Everything Now Left Before It Arrived (Meenna, CD 2021)

Na osi czasu cofamy się aż do grudnia 2010 roku i lądujemy w szkockim Glasgow (GIO Fest III, CCA). Na scenie John Russell na gitarze akustycznej, Dominic Lash na kontrabasie i John Butcher na tenorze i sopranie. Muzycy raczą nas pięcioma swobodnymi improwizacjami, które łącznie trwają 40 minut.

Zaczynają dłuższymi dźwiękami saksofonu i kontrabasowego smyczka, którą zdobią mikro frazy gitary. Ciche, mroczne chamber z zabrudzonym brzmieniem, kreowane dalece ograniczonymi zasobami. Muzycy potrzebują ledwie jednego ukradkowego spojrzenia, by zaserwować nam kilka bardziej dynamicznych i groźnych sytuacji dźwiękowych. Ale dziś, na tej scenie donikąd się nie spieszą! Jak dzikie kocury szczerzą zęby, ale pozostają na swoich stanowiskach. W roli największego mąciciela świetnie czuje się smyczek. Drugą opowieść inicjują post-klasyczne frazy strunowe, dobrze skomentowane wysoko osadzonym saksofonem. Improwizacja powstaje z drobiazgów, które łapią ciekawą dynamikę i wdrapują się na niewielkie wzniesienie. Z kolei trzecia część początkowo wydaje się dość abstrakcyjna w brzmieniu. Narrację prowadzi w nieznanym kierunku kontrabasowe pizzicato. Szczęśliwie bystry sopran ogarnia dramaturgię narracji i proponuje małą wspinaczkę, która okazuje się całkiem okazałym, imponującym brzmieniowo crescendo. Świetnie czuje się w tej konwencji gitara, a kontrabas udanie sięga po smyczek. W dalszej części ekspozycji ten ostatni powraca do trybu pizzicato i syci improwizację post-jazzowym posmakiem, nie odbierając jej ciekawej dynamiki.

Koncert definitywnie nabiera wigoru w dwóch ostatnich częściach. Najpierw niemal klasyczne intro gitary i leniwe szarpanie za struny kontrabasu. Duet w tej formie ciekawie się pętli, budując bazę dla saksofonu. Ten pojawia się dopiero po trzech minutach i sprawdza perkusyjne możliwości swoich dysz. Gra prowadzona jest tu na dużym stopniu szczegółowości, a zdobią ją całe plejady preparowanych dźwięków. Po małej eskalacji narracja gaśnie w oparach szumów i pomruków. Ostatnia improwizacja trwa ponad 11 minut i rozwija się dość leniwie. Początkowo tworzą ją suche drony saksofonu i gitarowe riffy, pozbawione jednak dynamiki. Improwizacja toczy się od samego dołu do nieskończonej góry – z jednej strony smyczkowe i saksofonowe westchnienia, z drugiej gitarowe, bystre inkrustacje. Powstaje z tego niezłe kłębowisko emocji, ale muzycy decydują się na stopping i zejście na sam dół. W wyniku tych zaskakujących koincydencji wykształca się strunowy duet, którego ekspozycja skrzy się intrygującymi znakami zapytania. Powrót saksofonu wynosi narrację na najwyższy z możliwych poziomów! Szumy i piski, ocean drobnych fraz i całe morze ptasich okrzyków! Ślizgi po strunach i tajemnicze odgłosy w tubie! Na ostatniej zaś prostej radosne śpiewy dęciaka i efektowne szumowisko strun!

 


Jennifer Allum/ John Butcher/ Ute Kanngiesser/ Eddie Prévost  Sounds Of Assembly (Meenna, CD 2021)

Kolejny odkurzony koncert, to kwiecień 2013 roku i londyński przybytek oświaty i kultury Stanhope School. Czworo muzyków: Ute Kanngiesser - wiolonczela, Jennifer Allum - skrzypce, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz John Butcher i jego dwie rury. Pięć swobodnych improwizacji trwa ponad 48 minut.

Początek spektaklu, to typowa gra rozpoznawcza, drobne frazy klejone w pytania i odpowiedzi, sycone oddechem free chamber. Opowieść dość szybko wzbogacona zostaje wielkim, rezonującym talerzem Prevosta, którego brzmienie nie będzie nas opuszczać niemal do końca koncertu. I to właśnie ów talerz wybudza drgania drugiej improwizacji, a towarzyszą mu short-cuts pozostałych instrumentów. Sopran kwili tu jak sroczka, skrzypce i wiolonczela szarpią delikatnie za struny, a sama narracja stawia na razie na kreatywny minimalizm. Kolejna część kontynuuje zastaną estetykę dodając do niej więcej nerwowości i całe kiście preparowanych dźwięków, które budują mroczną, gęstą atmosferę spektaklu.

Podobnie, jak w przypadku poprzednio omawianej płyty, im dalej tu w las, tym robi się coraz ciekawiej! Czwarta improwizacja trwa prawie 19 minut i jest zdecydowanie daniem głównym. Najpierw echo talerza i syczący smyczek na krawędzi werbla, potem saksofonowe drony i strunowe preparacje. Po kilku minutach opowieść efektownie pęcznieje, nabiera free jazzowego ognia, budowanego dronami, ostrymi szarpnięciami za struny i coraz silniejszym rezonansem talerza. Cello i skrzypce zdają się tu ciągnąć ku światłu, saksofon i perkusjonalia zdecydowanie szukają mroku. Kwartet dzieli się na podgrupy, a nawet skromne incydenty solowe. Pod koniec ekspozycji muzycy powracają do mocy płynącej ze zjednoczonego składu i pichcą nam doprawdy imponujący finał, budowany najpierw rezonansem i preparacjami saksofonu, potem niemal wyłącznie smyczkowym piłowaniem. Piąta improwizacja, choć to wydaje się niemożliwe, podnosi poprzeczkę jakości jeszcze wyżej! Początek ma dość nerwową dynamikę, pełen jest dysonujących fraz, haczy też o mroczną kameralistykę. Po uzasadnionym spowolnieniu drżący talerz zdaje się ustawiać wszystkich po kątach. Poziom głośności pnie się ku górze, a muzycy kleją nam bodaj najbardziej intensywny fragment tego wieczoru. Znów kilka bystrych dialogów (choćby saksofonu i cello) i bardzo efektowne wybrzmiewanie po 8 minucie. Ale to nie koniec! Nim talerz zawyje po raz ostatni, muzycy proponują nam zmysłowe, dronowe spiętrzenie. Brawo!

 

   

piątek, 25 czerwca 2021

Dominic Lash’ Spoonhunt and three new albums! Consorts Ensemble and two quartets!


Brytyjski kontrabasista, improwizator i kompozytor Dominic Lash gości na naszych łamach w miarę regularnie, choć przyznajmy, iż nie za często. Dziś wszakże okazja do prezentacji jego twórczości jest dalece szczególna, albowiem artysta dostarcza nam aż trzy nowe płyty! Wszystkie wydane przez niego samego w ramach inicjatywy Spoonhunt, wszystkie wyprodukowane na nośniku fizycznym (co nie było dotychczas regułą), wszystkie zarejestrowane na koncertach w londyńskim Cafe Oto (dwie pierwsze nawet tego samego dnia!), wreszcie wszystkie wyposażone w ładunek pięknych dźwięków, niosących niebywałe emocje!

Nasz krótki przegląd zaczniemy od … 21-osobowego składu, który bystrze improwizuje wedle wskazówek kompozytorskich Lasha, zaraz potem odczytamy swobodnie improwizujący kwartet brytyjskich asów, którego koncert jest jednym z ostatnich publicznych występów Johna Russella (płyta dedykowana zmarłemu w styczniu bieżącego roku gitarzyście), wreszcie napotkamy na kwartet hiszpańsko-brytyjski, który gra smakowity jazz z przyległościami, znów wedle wskazań kompozytorskich kontrabasisty.

 


Consorts  Distinctions

W połowie stycznia ubiegłego roku, na niewielkiej scenie Café Oto pomieściła się cała armia muzykantów. Poznajmy ich dane personalne: Douglas Benford – harmonium, instrumenty perkusyjne, Steve Beresford – elektronika, Marjolaine Charbin – fortepian, Chris Cundy – klarnet basowy, Seth Cooke - steel sink and metal detector, Angharad Davies – altówka, Phil Durrant – syntezator modularny, Matthew Grigg – gitara z amplifikacją, Bruno Guastalla – wiolonczela, Martin Hackett – syntezator, Tim Hill – saksofon barytonowy, Tina Hitchens – flet, Sarah Hughes – zither, Mark Langford – klarnet basowy, Dominic Lash – kontrabas i kompozycja, Yvonna Magda – skrzypce, Hannah Marshall – wiolonczela, Helen Papaioannou – saksofon barytonowy, Yoni Silver – klarnet basowy, Alex Ward – klarnet z amplifikacją oraz Shaun Crook – live sound. Skomponowana improwizacja Distinctions jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków i trwa 46 minut z sekundami.

Ceremonia dźwięku budzi się do życia w ciszy nieistnienia – elektroakustyczne piski, drobne frazy dętych, kontrabas, mała elektronika. Im mniejszy, delikatniejszy dźwięk, tym lepiej zdobi on narrację wstępną. Tworzą ją także dźwięki ciągnione (sustained) i cisza, która szczelnie wypełnia puste przestrzenie pomiędzy frazami. Pierwsze wzniesienie narracyjne ma miejsce w okolicach 5 minuty, ale opowieść szybko wraca do estetyki short-cuts with long eyes! Dramaturgię buduje także smyczek na kontrabasie i cała plejada tajemniczych dźwięków elektronicznych. Multi-składnikowy dron powstaje z mozołem, ale systematycznie i precyzyjnie. Zdarzają się jeszcze momenty zawahania - flow przygasa, ale natychmiast rodzi się na nowo i rusza w dalszą podróż z rosnącą determinacją. Zasadniczy strumień dźwięków płynie dołem (cała armia klarnetów basowych i barytonu), delikatnie błyszczy się też w górnych partiach, zdobionych wyziewami elektroniki i innych przedmiotów muzycznego użytku. Narracja pęcznieje naprawdę efektywnie dopiero w okolicach 17 minuty. Muzyka przypomina wtedy stado szerszeni, tudzież innych owadów brzęczących, a może eskadrę złowieszczych krążowników zasnuwających niebo pożogi. Ów strumień kardynalnych fonii zdaje się mieć kilka warstw – dęte pomruki, strunowe boleści i morze basowych westchnień.

W połowie nagrania opowieść wyhamowuje, schodzi na samo dno, wprost w objęcia gwiazdozbioru drobnych, urywanych i nerwowych fraz. Dęte wydechy topią się w elektroakustycznej poświacie - rozhuśtane emocje, tygiel strachu i dramaturgicznego suspensu. Narracja sprawia wrażenie tworzonej definitywnie ad hoc, z kompozytorem, który zatracił się w wirze improwizacji i dyrygentem, który jeszcze się nie narodził. W okolicach 30 minuty wszystkie dźwięki dostają na moment syntetycznego pogłosu, jakby ktoś przepalił bezpieczniki w Cafe Oto. Emocje rosną, strumień dźwięków w dalszym ciągu pęcznieje - przypomina wielki świder, który buduje kolejną linię metra. Oj, tak, muzycy zdecydowanie idą już na spotkanie ze ścianą dźwięków! Jeden przekrzykuje drugiego, trzeci modli się do nieistniejącego boga, czwarty ciśnie na gaz – stare, dobre czasy Globe Unity Orkiestra stają nam przed oczyma, niczym piękny koszmar z ulubionych horrorów. Na prawej flance poziom emocji eskalują klarnety, wsparte amplifikacją, na lewej drży moc gniecionej akustyki repetującego fortepianu. Wszyscy jadą na pełnym wydechu - kompulsywny spazm wielkiej improwizacji, furia i deterministyczny nihilizm nieograniczonej wolności tworzenia trwa do końca 43 minuty. Wtedy to hipo-dron mocy zaczyna rozpadać się na pojedyncze elementy, które wciąż jeszcze generują energię kinetyczną, jak małe planety hałasu w bezmiarze kosmicznej pustki. W połowie 45 minuty płomień narracji zaczyna definitywnie gasnąć, ześlizgiwać się ze strun, wydawać martwe oddechy. A potem już tylko finałowe podrygi syntetyki, która umiera jako ostatnia.

 


John Butcher/ Dominic Lash/ John Russell/ Mark Sanders  Discernment

Tego samego dnia, w tym samym miejscu czeka na nas kwartet w składzie wyjątkowym: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Dominic Lash – kontrabas, John Russell – gitara oraz Mark Sanders – perkusja. Cztery swobodne improwizacje (trzy pierwsze, to nieprzerwany ciąg dźwięków) trwają niespełna 40 minut, a cała płyta dedykowana jest Russellowi, który zmarł niemal dokładnie rok po tym koncercie.

Na scenie mamy wprawdzie kwartet dalece międzypokoleniowy, ale muzycy znają się świetnie (Londyn, to przecież małe miasto!), zatem nie potrzebują jakiejś szczególnej introdukcji, by wejść w dobre akcje i jeszcze bystrzejsze reakcje. Talerze, smyczek, sucha tuba saksofonu i mikrofrazy gitary budują wszakże dalece nieśpieszną i stonowaną emocjonalnie improwizację otwarcia. Niektóre dźwięki grane są na wdechu, inne wynikają z dramaturgicznego zaniechania. Muzycy nie forsują tempa i nie będą tego czynić w trakcie całego koncertu. Dynamika rośnie incydentalnie, na ogół wtedy, gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato. W drugą część płyty wchodzimy płynnie, jakkolwiek jest ona kardynalnie nowym wątkiem improwizacji. Gitarzysta łagodnie pląsa, saksofonista udanie skrywa swoje emocje, a nad całością opowieści zdaje się czuwać główny strateg improwizacji, usadowiony u wezgłowia dużego kontrabasu. W roli złotnika, tudzież zdobiciela narracji bystry i kreatywny drummer. Muzycy nie stronią od preparacji, cały czas szukają zadziornych fraz i kantów, ale pozostają na etapie przedekspresyjnym. Na finał odcinka dostajemy bystre solo gitary, w klimatach niemal neoklasycznych. Kolejny etap trylogii pierwszego seta rozpoczyna wystudzony saksofon sopranowy. Reszta załogi nie wykazuje jednak ochoty, by iść na całość, raczej wdaje się w spokojne przepychanki, tudzież dramaturgiczne uprzejmości. Muzycy z mozołem doprowadzają ów fragment koncertu do finału, na samych końcu fundując nam drobną eksplozję mocy.

Ostatnia część spektaklu, de facto jego drugi set, trwa 17 minut i jest zamkniętą formą dramaturgiczną. Zaczynają go perkusjonalia i smyczek kontrabasu. Po chwili podłącza się jak zwykle delikatna gitara i cokolwiek rozochocony saksofon. Improwizacja szuka swojej dynamiki, ale co rusz hamuje, a muzycy stają w obliczu pewnych rozterek sytuacyjnych. Tenor ciągnie w kierunku rytmu i bluesowych niemal pomysłów, smyczek kontrabasu zgłasza zdanie odrębne. W efekcie tych nieco ambiwalentnych zachowań kwartet najpierw wpada w ramiona open jazzu, a potem koi troski w obliczu bardziej kameralnych fraz. Na zakończenie artyści dobywają jednak ze swoich trzewi odrobinę więcej energii kinetycznej, dzięki czemu ostatnie partie dźwięków możemy uznać za bardziej niż udane. Aktywny saksofonista, gitarzysta ze wzajemnie zazębiającymi się riffami, bystry drummer i jakże elastyczny dramaturgicznie kontrabasista efektownie wieńczą dzieło w oczekiwaniu na zasłużone oklaski.

 


Dominic Lash Quartet  Limulus

Ostatnia dziś płyta, to znów londyńskie Café Oto, ale na osi czasu cofamy się do stycznia 2019 roku. Sześć kompozycji tzw. lidera wykona tu dla nas kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i instrumenty perkusyjne, Dominic Lash – kontrabas i rzeczone kompozycje, Ricardo Tejero – saksofon altowy oraz Alex Ward – gitara elektryczna. Całość koncertu zamieszczonego na srebrnym krążku, to niemal 52 minuty.

Pierwsze trzy utwory koncertu, to nieprzerwany strumień jazzowej improwizacji, która raz za razem czerpie inspirację z różnych gatunków – rocka, kameralistyki, czy otwartego, jakże ekspresyjnego post-free jazzu. Pierwszy temat, pełen rytmu, swobodnej melodii i dobrego humoru, podają jednocześnie kontrabas i gitara. Perkusja dba o właściwy kierunku rozwoju dynamiki, a roześmiany saksofon czuje, że znajdzie w tej przestrzeni dużo miejsca dla swojej kreatywności. Power Quartet zaczyna swój multigatunkowy taniec z gracją i wyłącznie dobrymi emocjami. Szczególnie ekscytujące wydają się wzajemne imitacje gitary i saksofonu, czynione w prawdziwie ognistej fazie improwizacji. Zakończenie tego wątku skrzy się mroczną psychodelią, budowaną smyczkiem kontrabasowym. Muzycy płynnie wchodzą w drugi temat, który dość mocno zmienia klimat koncertu. Smyczek zabiera nas do krainy swobodnego post-chamber. Początkowo opowieść wydaje się nad wyraz leniwa (gitara pachnie dalekim wschodem!), ale to tylko pozory. Emocje i nerwy biorą górę, muzycy przyjmują otwarte pozycje i skaczą w ogień free jazzu. Niemal niepostrzeżenie zaczyna się trzecia kompozycja, introdukowana przez trio bez saksofonu, które bezceremonialnie swinguje i buduje ciekawą dynamikę. Świetne expo staje się udziałem gitary. Saksofon wchodzi do gry wprost w prezentację tematu, po czym ucieka w efektowne solo w klimatach definitywnie godnych Charlie Parkera. Muzycy znajdują też czas i miejsce na solową ekspozycję perkusisty.

Po krótkiej chwili kwartet powraca na dwie kolejne kompozycje. Pierwsza z nich powstaje w ciszy, z wytłumionym smyczkiem i gitarą, która frazuje niezwykle semicko. Perkusyjne szczoteczki tworzą klimat ballady, która jednak dość szybko przepoczwarza się w efektowne, bardzo rozwichrzone free impro! Po niedługiej, kolektywnej ekspozycji, na czoło wysuwa się kontrabas, który najpierw smyczkiem tłumi emocje, a potem śmiało przystępuje do solowej przebieżki. W tak zwanym międzyczasie zaczyna się już kolejny utwór. Gitara i saksofon lepią się w gasnące solo basu przeciągłymi frazami. Preparacje perkusji także kreują ciekawy suspens. Dynamika rośnie, powraca post-swingowy sznyt, a narracja bez wysiłku osiąga stan kolektywnych, improwizowanych eksplozji. Sam temat kompozycji pojawia się na jego zakończenie, podany unisono jakby od niechcenia. Na bis, niemal 10 minutowy, muzycy wychodzą w dużym skupieniu. Od razu proponują nam zmyślną zabawę w pytania i odpowiedzi. Znów, jak na początku koncertu, dostajemy piękny duet imitacyjny – psychodelizująca gitara i preparujący saksofon. Narracja szybko wspina się na szczyt, po czym efektownie opada, niesiona temperamentem kontrabasowego smyczka. Na zakończenie muzycy śpiewają hymny pochwalne, ewidentnie zadowoleni ze swego dzieła. Nie pozostaje nam nic innego, jak zgodzić się z ich oglądem sytuacji scenicznej.



wtorek, 1 grudnia 2020

Russell, Keune and Vanderstraeten! On Sunday … sometimes ago!


Brytyjski gitarzysta John Russell został na tych łamach odmieniony z pewnością przez wszystkie przypadki. Wybitny improwizator, ten najbardziej predestynowany artystycznie do tytułu wielkiego kontynuatora dokonań Dereka Baileya, ma w dorobku wiele wspaniałych nagrań. Także z udziałem niemieckiego saksofonisty Stefana Keune’a, który choć w portfolio posiada definitywnie mniej nagrań, ostatnimi czasy trafia pod pióro Pana Redaktora regularnie, na ogół podsumowywany całą kawalkadą nadzwyczaj szczerych zachwytów. Jeśli zatem w naszych odtwarzaczach ląduje nowe (niepublikowane) nagranie tych artystów, to rzucamy się w wir ich improwizacji bez zbędnej zwłoki, mając zagwarantowane emocje najwyższych lotów. I zupełnie nie przeszkadza nam fakt, iż nagranie koncertowe ze stolicy Belgii przeleżało się na czyimś dysku równo dekadę (poprzednio ujawnione wspólne nagranie tych Panów czekało na edycję … 26 lat, zatem tym razem to zaiste skromna zwłoka).

W ostatni dzień stycznia 2010 roku nasi bohaterowie koncertowali w miejscu zwanym Bar L'Archiduc (niezwykle ważnym na mapie wartościowych miejsc dla ambitnej sztuki), a na trzeciego do tria zaprosili albo zostali zaproszeni przez perkusistę Krisa Vanderstraetena (kolejna ważna postać tamtejszej sceny!). Muzycy zagrali dwa długie sety (łącznie ponad 70 minut). Dodajmy, iż Russell grał – jak niemal zawsze – na amplifikowanej gitarze akustycznej, Keune na saksofonie altowym, a Vanderstraeten, obok perkusji, miał do dyspozycji rozbudowany arsenał perkusjonalii, a także, co dowodzi uważny odsłuch, pewne dęte przedmioty. Wydawcą płyty CD jest A New Wave Of Jazz. Płyta miała swoją premierę w październiku 2020 roku.

 


On Sunday 1. Zgrzyty na werblu, mikro frazy z tuby altu, ściskanie strun na suchym gryfie gitary – otwarcie koncertu jest niezwykle delikatne, ale kąsa smakiem niczym wytrwane, czerwone wino. Nerwy, pierwsze emocje, choć bez specjalnej dynamiki, kreują narrację pełną drobiazgów, akustycznych szczegółów. Po kilki minutach moc jest już z nimi, a także niebywale piękny blask stevensowskiego Spontaneous Music Ensemble, owych cudnych, molekularnych wymian dźwiękowych, czynionych nawet w fazie sporego galopu. Świetną robotę wykonuje perkusista – nie eskaluje napięcia, nie dba o głośność, doskonale słucha, tworzy efektowne tło, które spaja wyczyny gitary i altu, podkreśla ważne momenty, przekłada na bardziej zrozumiały język ich wzniosłe, chwilami abstrakcyjne improwizacje. W 11 minucie czas na krótkie solo Russella, niemal relaksacyjne, a w tle słyszymy gaworzące dziecko, które będzie nam (niestety) towarzyszyć do końca pierwszego, niemal półgodzinnego seta. Gdy narracja powraca do formuły tria, muzycy znów ślą efektowne, jakże wyrafinowane short-cuts, bawią się w bystre, intuitywne call & responce, zagęszczają ścieg opowieści, a potem cudownie schodzą do poziomu pojedynczych dźwięków każdego z instrumentów. Gdy wchodzą w fazę preparacji perkusista włącza się do zabawy ptasimi piskami na bliżej niezidentyfikowanym instrumencie dętym. Finał seta stawia na demokratyczną wymianę jedynie słusznych poglądów – jest czas na szybkie expo gitary z perkusją, jest też czas na okrzyki i wspólne szorowanie powierzchni płaskich.

On Sunday 2. Otwarcie drugiego seta rozpoczyna się bardzo spokojnie. Bar ciągle jest z nami, szczęśliwie słodka latorośl już poszła spać. Muzycy wchodzą w improwizację ostrożnie, na placach. Keune pozostaje tu klasycznym introwertykiem, Russell, dla odmiany, równie klasycznym ekstrawertykiem, a Vanderstraeten zdaje się łączyć oba typy osobowości - bystry, jakże wszechstronny obojnak. Małe popiskiwania altu, brzęk gitarowych strun z półmelodią w tle, szelest perkusjonalnych obiektów – muzycy nabierają energii kinetycznej mając na twarzach wymalowane spontaniczne konotacje (tylko za sterami drums nie siedzi John Stevens). Pojawiają się kanty, małe zadziory, zwinne akcje i jeszcze lepsze reakcje. Przed 10 minutą krótka faza galopu, a zaraz potem bystre spowolnienie, dające nam kolejną okazję na odsłuch życia barowego. W 13 minucie szybkie solo saksofonu – Keune piszczy jak kot, w tle Russell liczy struny, a pałeczki drummerskie Vanderstraetena odpoczywają na werblu. Beauty silent time! W ramach podsumowania tej części koncertu konkurs szorowania z udziałem gitarzysty i perkusjonalisty! Po niedługiej chwili Keune wraca z wizerunkiem Trevora Wattsa wymalowanym na roześmianej twarzy! Trio rusza w kolejną, przeuroczą półgalopadę, ale realizowaną definitywnie z zachowaniem zasad dystansu społecznego, na dużym luzie i z rosnącą przestrzenią pomiędzy dźwiękami, także z interwałami ciszy i ukojenia. Bezwzględnie, trio to świetnie radzi sobie z dyktowaniem tempa, jego studzeniem, z dawkowaniem emocji. Mistrzowie kreatywnej dramaturgii! W 24 minucie znów krótki epizod w duecie gitara i perkusjonalia, zaraz potem trio, którego dźwięki rozlewają się wyjątkowo szerokim strumieniem, z mnóstwem akustycznych drobiazgów. W kolejne tango artyści wyruszają w okolicach 30 minuty, ale znów znajdują chwilę na pauzę, złapanie oddechu, kilka wymian ukradkowych spojrzeń. W końcu wszakże docierają do poziomu fire music. Ogień bucha na wszystkie strony, po niczym gaśnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Muzycy wchodząc w fazę preparacji, muszą robić duże wrażenie na publiczności, bo bar zdaje się, że wreszcie zamilkł, a słuchacze wydają z siebie okrzyki radości w ślad na wyczynami muzyków (zwłaszcza Krisa!). Saksofon, który miał kolejny short break, powraca pięknymi, suchymi dronami. Wszystko dzieje się tu na pograniczu ciszy, choć finał seta już za moment. Wraz z wybiciem 40 minuty powraca dynamika, ale nie brakuje też autorefleksji. Saksofonista i gitarzysta biją się z myślami, zaś perkusista aktywnym circle drummingiem zdaje się przejmować los seta w swoje ręce. Opowieść gaśnie z elementami barowego field recordings. Gdy wybrzmiewają ostatnie frazy, ktoś efektownie otwiera i zamyka drzwi.

 

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

John Russell, Olie Brice, Henry Kaiser, Ray Russell! The Dukes Of Bedford!


Otaczający nas świat doprawdy zwariował, a tezy mówiące o jego końcu w obecnym kształcie nie są już wyłącznie domeną szarlatanów i ludzi niespełna rozumu.

W świecie muzyki improwizowanej także dzieje się dość sporo. Muzycy na kwarantannach, podani lockdownowi, nie ustają w kreatywnych działaniach, tudzież metodach pozyskiwania środków na przeżycie.

Dziś przed nami płyta niezwykła! Spotkanie trzech gitarowych weteranów bardzo szeroko rozumianej muzyki improwizowanej i młodego (wciąż!) kontrabasisty, nie dość, że zdaje się być artystycznie fascynujące, to jeszcze jego dźwiękowy efekt został nam upubliczniony (co prawdy tylko w formie plików), dokładnie w … 13 dni od daty rejestracji nagrania. Tak, świat definitywnie zwariował!

John Russell, Henry Kaiser i Ray Russell na gitarach akustycznych i elektrycznych (przy czym ten pierwszy częściej korzysta z akustycznej, pozostali dokładnie odwrotnie!) oraz Olie Brice na kontrabasie. Nagranie z londyńskiego Westpoint Studios, z 11 marca br., osiem swobodnych improwizacji - pierwsza w kwartecie, sześć w trio, ostatnia zaś w duecie – łącznie 57 i pół minuty. Wydawcą są połączone siły dwóch labeli - Fractal Music oraz Balance Point Acoustics. Premiera nagrania miała miejsce 24 marca br. Każda z improwizacji ma tytuł zaczerpnięty od imienia i nazwiska jednego z Książąt Bedford (średniej wielkości miasto w Wielkiej Brytanii), na przestrzeni okresu od XIV do XX wieku. Jak się okazuje, prawie każdy z nich nazywał się … Russell!




Jako się rzekło, zaczynamy w kwartecie! Szarpnięcia za struny, plamy elektrycznych dźwięków, gitarowe grepsy, masywny kontrabas. Lewa gitara bez prądu (John), dwie pozostałe naładowane ładunkami elektrycznymi. Każdy z instrumentów brzmi inaczej, barwiąc narrację dodatkową urodą. Kontrabas trzyma szkielet opowieści (ma swoje efektowne pięć sekund!), gitary harcują, od surowego mięsa strun po post-psychodeliczne igraszki. Mocne otwarcie płyty! Druga improwizacja, już w trio (odpoczywa Ray), budowana jest przez dwie gitary akustyczne i kontrabas, początkowo traktowany techniką pizzicato, potem zmysłowym arco. Brice czyni same cudy, gitarzyści trochę się ścigają, ale szybko osiągają dramaturgiczny konsensus. Finał pełen niuansów, ale i efektownych … grzmotów.

W trzeciej części odpoczywa Henry. Na lewej flance efektowna akustyka, na prawej psychodelizująca gitara podłączona pod skromny prąd. Dudniący bas i gitary w repetycji. John bystrze improwizuje, Ray plami dywan niebanalnymi dźwiękami – obaj muzycy w swobodnej narracji poszukują się wzajemnie odrobinę po omacku, ale dramaturgiczna nieśpieszność całości zwiększa szanse na powodzenie przedsięwzięcia. W kolejnej opowieści odpoczywa znów Ray. Najdłuższa, trwająca niemal kwadrans narracja skrzy się prądem i wyładowaniami atmosferycznymi. Bukiet zwinnych preparacji, nietypowych, gitarowych brzmień. Wszystkie instrumenty zdają się przypominać post-nuklearne mutacje kontrabasu! John wchodzi na poziom psychodelii, jakiej być może jeszcze nigdy u niego nie słyszeliśmy! Henry dla kontrastu odmienia gitarowe fussion przez wszystkie przypadki. Rockowa rebelia na tle hałaśliwego, traktowanego smyczkiem kontrabasu. What a game! Moc gitarowego zgiełku i niemal barokowej zadumy dużego strunowca. Po dziesiątej minucie burza sprzężeń i … ambientu. Gitary dyskutują namiętnie, ale smyczek zwinnym dronem gasi zdecydowanie najpiękniejszy fragmenty płyty!

Piąta improwizacja (Henry odpoczywa), to łagodne slow motion dwóch gitar, jednej akustycznej, drugiej … też jakby akustycznej. Kontrabas próbuje mącić spokój kolegów, ci zaś, łobuziaki, nabierają bluesowego kolorytu, a Ray nawet teksańskiego! W szóstej części, być może w nagrodę, Ray odpoczywa, a pozostali muzycy proponują nam w pełni akustyczną opowieść. Flow zdaje się być bardziej abstrakcyjny niż do tej pory – piękno wyjątkowo surowych strun, skromne pizzicato. Dopiero na koniec tej części muzycy dokładają nieco ognia do swojej wypowiedzi, bawią się w efektowne przeciąganie liny. Siódma opowieść i zgodnie z prawej serii, to Henry odpoczywa. Minimalistyczny, akustyczny flow, do którego dopiero na pewnym czasie dołącza gitara elektryczna Raya, ale daleko jej do rockowej ekspresji. Napięcie post-psycho-ambient buduje także półdron kontrabasu. Krótki, ale bystry epizod!

Czas na finałową improwizację. Tylko dwie gitary – Johna i Henry'ego – ale za to z dużą dawką prądu! Na wejściu proponują nam brudną balladę dla szczęśliwych straceńców. Prąd skrzy się na gryfach, fonie poddawane są modulacjom. John nabiera bluesowego posmaku, Henry tańczy niczym upalona baletnica. Po paru chwilach muzycy, całkiem zgodnie, czynią odważny krok w kierunku hałasu. Garść psychodelii, post-rockowe ornamenty, odrobina smutku pomiędzy strunami, ale wszystko zatopione w gęstej strukturze narracji. Finałowe wybrzmiewanie półambientowymi plamami pięknie podsumowuje ten wyjątkowo intrygujący guitar summit!

sobota, 8 lutego 2020

Keune, Russell, Schneider & Lovens! Nothing Particularly Horrible but strictly beauty!


Historia muzyki swobodnie improwizowanej usiana jest tajemnicami, nieodkrytymi lądami, a także niewyczerpanymi zasobami nieopublikowanych nagrań koncertowych (wszak każdy dobry koncert free impro stanowi wystarczający powód, by wydać płytę). Ocean rejestracji dźwiękowych, które pokrywają się kurzem na zdezelowanych twardych dyskach dawno nieczynnych komputerów i wciąż czekają na swoje pięć minut.  Co gorsza, nikt jeszcze o nich nie napisał pracy naukowej, choćby po części równie dociekliwej, jak opowieść o historii … norweskiego black metalu. Tytuł tej ostatniej książki pasowałby zresztą do swobodnej improwizacji jak ulał – Władcy Chaosu!

Dwadzieścia sześć lat temu, na Ruhr Jazz Festival w niemieckim Bochum, miał miejsce koncert pewnego kwartetu. Trzy - już wtedy - niemal pół legendy gatunku i skromny młodziak, jeszcze przed trzydziestymi urodzinami. Uprzedźmy przebieg wypadków – zagrali fantastyczny koncert, który został zarejestrowany w jakości absolutnie topowej, po czym … zaległ gdzieś na prawie trzy dekady.

Szczęśliwie dziś, a dokładnie od grudnia ubiegłego roku, możemy delektować się dźwiękami wtedy powstałymi. Wszystko dzięki FMR Records i dyskowi o zabawnym tytule Nothing Particularly Horrible (Live in Bochum’93). Cztery epizody (jeden długi, trzy krótkie), w formie skomponowanej swobodnej improwizacji (koniec cytatu) trwają trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund!




Ladies and Gentlemen!

Stefan Keune na saksofonie sopranino i tenorowym (rzeczony wówczas młodziak!), John Russell na gitarze akustycznej, Hans Schneider na kontrabasie oraz Paul Lovens na perkusji i perkusjonaliach (te jego słynne talerze!). Zwieramy pośladki i zanurzamy się w dźwiękach!

Przywilej otwarcia improwizacji nie mógł nie przypaść maestro Lovensowi! Rozkołysane ma werblu talerze wpadające w metaliczny rezonans, obok suche struny gitary bez prądu i kontrabasu, także urywane, ulotne frazy sopranino – błyszcząca fonia permanentnie otwartej zabawy w dźwięki.  Wszystko dzieje się w rozległym pomieszczeniu, czuć rozbujane plamy nadakustyki. Narracja toczy się leniwe, ale kolektywnie i bez pustych przebiegów. Sopranino pachnie wonią saksofonowych podmuchów Trevora Wattsa, tych prawdziwie molekularnych, czynionych onegdaj w jakże kreatywnym towarzystwie Johna Stevensa. W połowie czwartej minuty pierwsza, krótka porcja dźwiękowej eskalacji, w estetyce swobodnej kameralistyki. Moc skupienia i mikro frazy ciszy pomiędzy dźwiękami, wszystko jednak o pół kroku od gęstych, chwilami zadziornych interakcji, szczególnie na linii gitara-saksofon. Także pełne garście zmysłowego, niemal barokowego smyczka na strunach kontrabasu, wreszcie the one and only Lovens i jego czereda samorezonujących przedmiotów. Od ciszy do hałasu, z dramaturgiczną wszakże przewagą zadumy nad losem pojedynczego dźwięku. Tuż po upływie dwunastej minuty, znów krótka, ale dosadna eskalacja, czyniona wysokim, ptasim zaśpiewem, nie tylko drobnego z natury sopranino. Kolejną fazą długiego, ponad 23-minutowego seta otwarcia jest batalia na zgrzyty i przydechy, której barw dodaje wyjątkowo ognisty w tym akurat momencie Lovens. Beauty and bloody four masters’ democration! Wybicie dwudziestej minuty redukuje na moment opowieść do duetu gitary i kontrabasu traktowanego równocześnie … pizzicato i arco. Sopranino komentuje, a percussion eskaluje! Niezobowiązujący galop ze stemplem doskonałości saksofonu wieńczy pierwszy fragment koncertu.

Cichy smyczek, pojedyncze frazy suchej gitary, rezonujące w wąskiej tubie dźwięki sopranino, delikatność no drumming percussion – przykład pulsującej meta kameralistyki. W piątej minucie na scenie wykluwa się coś, co moglibyśmy nazwać dźwiękiem elektrycznym. Recenzent nie ma pomysłu, co lub kto mógłby być źródłem owej tajemniczej fonii (rezonans magnetyczny kontrabasu? dziwny przedmiot w rękach Lovensa?). Oniryczna pół psychodelia.  

Na trzecią podróż Keune zabiera saksofon tenorowy. Narracja nabiera zadziorności nie tylko z tego powodu. Najbardziej czupurny fragment koncertu, kreowany podmuchami saksofonu, czynionymi z intensywnością godną wczesnego Evana Parkera! Cios za cios! Nerwem narracji zdaje się być jednak metaliczny smyczek, targający rozszalałym włosiem gryf kontrabasu. Ogień tli się w każdej części sceny, choć najmniej zdaje się go być w okolicach gitarzysty. Ten wszakże, na sam już finał, bystrze akcentuje swoją obecność.

Epizod zamknięcia – rezonans talerzy, który wydaje się nie mieć końca, zgrzyty na strunach, podmuchy siarczystego kontrabasu, wilgoć na ustniku sopranino, który powrócił właśnie do gry. Faza gigantycznej preparacji pcha opowieść ku świetlistemu zakończeniu. Czerstwa, gęsta akustyka, w powietrzu fruwają drobinki prądu. Kontrabas biegnie wysokim wzgórzem, stawiając stemple piękna nie gorzej niż barokowy strój instrumentu Barry’ego Guya. Jest filigranowa gitara, jest strzeliste sopranino, jest i subtelny kontrabas, także metaliczna precyzja percussion. Koncert cudownie gaśnie na wystudzonym smyczku.


poniedziałek, 4 marca 2019

Duerinckx! Russell! Safatly! Realy like the Serpentes!


Brytyjski label Weekertoft doskonale rozpoczął rok 2019! Najpierw podwójna edycja duetu Evan Parker & Paul G. Smyth, którą spotkał na tych łamach, nie dalej jak dwa tygodnie temu, silny strumień recenzenckich pochwał, teraz kolejna premiera, poczyniona przez mistrza gatunku Johna Russella z dwoma interesującymi aspirantami w dziedzinie swobodnej improwizacji, rezydującymi na ogół po drugiej stronie kanału La Manche. I od razu nasza cenzurka, żeby nie było wątpliwości – Serpentes, to pierwszy poważny kandydat na listę najlepszych płyt 2019 roku!

Po prawdzie JJ Duerinckxa (saksofon sopranino) i Matthieu Safatly’a (wiolonczela) trudno zaliczyć do grona młodych i nierozpoznawalnych muzyków, ale jeśli dociekania Pana Redaktora są trafne, nagranie, nad którym za moment się pochylimy, to pierwsze wydawnictwo z ich nazwiskami na okładce (muzycy ci byli dotąd kojarzeni raczej z muzyką współczesną lub innymi gatunkami, mniej osadzonymi w formule improwizacji).




A zatem w zacnym towarzystwie Johna Russella (gitara) witamy obu Panów na scenie! Koniec lutego 2018 roku, Rotterdam, miejsce zwane The Worm. Koncert w dwóch częściach (łącznie niespełna 38 minut) wydano na kasecie (oczywiście jest także dostępny w formie plików do ściągnięcia, po uiszczeniu skromnych siedmiu funtów).

Preparacje na strunach gitary, wdechy i wydechy saksofonu, wiolonczela zawieszona na niskim smyku – oto okoliczności otwarcia koncertu. Flażolety Johna, małe, ale płynne frazy JJ-a, wreszcie niespokojna wiolonczela Matthieu, która bywa także traktowana techniką pizzicato. Po dość intensywnej rozgrzewce, narracja brnie w kierunku efektownych akustycznie wydarzeń, jest wartka i udanie konstruowana, choć początkowo każdy z muzyków koncentruje się na swoim odcinku pracy. Nie brakuje subtelności brzmieniowych i słanych na post-restante wyrazów wzajemnej sympatii. Po paru minutach muzycy z kocią zwinnością przechodzą z niezobowiązującego marszu w zwarty i świetnie skomunikowany galop. Po szybkim wyhamowaniu, narracja toczy się równie efektownie – świetna dyspozycja dnia Russella, zwinny i niebanalny saksofonista oraz wielowymiarowy wiolonczelista, który raz za razem uruchamia duży potencjał perkusyjny, jaki niespodziewanie zdaje się tkwić w strunowcu średniej wielkości. Silne akcenty prepare na obu gryfach, szczypta sonorystyki w tubie. Muzycy płynnie przechodzą od free improv do chamber, a drogę powrotną pokonują jeszcze szybciej.12 minuta, to udana chwila zawieszenia narracji, moc słodyczy i swoistej zadumy dramaturgicznej - krótkie solo gitary, melodyjny flow sopranino, wreszcie cello, które zdaje się wydawać dźwięk talerzami (z rezonansem!). W tych okolicznościach napotykamy na świetny moment imitacji pomiędzy saksofonem i gitarą. Cudowne pętle tej pary, w tle polerowanie powierzchni wyjątkowo płaskich! Znów akcenty sonorystyczne, flażolety, garść niuansów brzmieniowych, tworzonych ad hoc w trakcie bystrej improwizacji. Potem znów stopping! Zdaje się, że po upływie kwadransa muzycy osiągnęli już telepatyczny poziom wzajemnej komunikacji! Na scenie ewidentnie smakuje już klimatem Spontaneous Music Ensemble! Saksofon kreśli małe frazy, niczym Trevor Watts, wiolonczela śpiewa i pomrukuje, gitara stawia zasieki, a sam John Stevens zdaje się zaglądać zza kulis i bić brawo! Wspaniały moment po 18 minucie!

Po paru minutach narracja ulega zmianie – duet gitary i wiolonczeli szuka brudnego tembru, znajduje go i rozsiewa zapach niemal industrialny! Komentarz saksofonu z powykręcaną melodią, wprost z suchej tuby. Ten ostatni zwinnie przejmuje ster i snuje swobodną, pełną fajerwerków akustycznych ekspozycję. Wiolonczelista znów topi się w perkusyjnym oceanie dźwięków. W 27 minucie zdecydowane zejście w głąb ciszy. Klimat suchej krypty, przy niebiańskiej wręcz akustyce. Molecular kind of free music! Wyjście na powierzchnię odbywa się przy kolejnej już porcji perkusjonalnej wiolonczeli, także ze szmerem upoconych strun gitary i szumem otwieranych lub zamykanych dysz dęciaka. Przy okazji, wszyscy muzycy zaczynają szukać rytmu w zagłębieniach swoich umęczonych już instrumentów. Na ostatniej prostej zasadniczej części koncertu muzyków dopada niemal free jazzowa kipiel, ale z akcentami chamber z tyłu głowy! I moc melodyjności skupionej w tubie sopranino.

Czas na małe encore! Smyczek przyklejony do gryfu wiolonczeli buduje sytuację sceniczną, z którą nie mieliśmy dotąd do czynienia. Ciągły, posuwisty flow, a obok saksofon na dużym wytłumieniu i mała gitara, który drży z niepokoju. Narracja narasta i zaraz opada. Kind of dark chill-out! Saksofon płynie wysoko i bardzo śpiewnie. Delikatnie upalony barok na strunach. Muzycy z doskonałością godną całej płyty, skutecznie szukają ostatniego dźwięku.




wtorek, 29 stycznia 2019

Nicols! Russell! Zabelka! Blurb as well as W!


Czas najwyższy otworzyć przepastny dział płyt, które nie dotarły się na roczne podsumowania redakcyjne nie z uwagi na poziom artystyczny, ale niedogodności związane z samą istotą kalendarza. Oto i przekleństwo recenzenta, które, jak co roku, materializuje się w styczniu.

Płyta Tria Blurb, dla świata free improv istotnie gwiazdorskiego pod względem personalnym, trafiła do mojego odtwarzacza pod sam koniec roku i było już zbyt późno, by poddać ją wnikliwej analizie. Dziś wszakże wiem już bez cienia wątpliwości, iż to muzyka, która winna trafić na roczne resume.




Do rzeczy zatem! Trio Blurb, to personalnie Maggie Nicols – głos, John Russell – gitara i Mia Zabelka – skrzypce i głos. Na płycie W znalazły się dwa koncerty. Pierwszy pochodzi z września 2017 roku, z festiwalu Discovery i … był już na tych łamach recenzowany w ramach relacji z tegoż festiwalu, zawartej na przepastnym wydawnictwie Channel Discovery Festival (Weekertoft Records, tylko wersja elektroniczna*). Drugi zarejestrowany został w marcu 2018 roku, w londyńskim Horse Improv Music Club. Odsłuch obu koncertów zajmie nam 47 minut bez kilku sekund.

Koncert wrześniowy zaczyna się melorecytacją Nicols, prowadzoną z dziwnym języku, który ma tembr latino, a może to … po prostu szkocki. Russell snuje tuż obok swoje ulubione pląsy na dość suchych strunach gitary, szorstkim i stanowczym tembrem. Zabelka śle kręte dźwięki spomiędzy strun skrzypiec i na razie milczy. Narracja wszakże szybko nabiera dynamiki, dobrej agresji i artystycznego zdecydowania. Muzycy od samego początku chętnie wchodzą w stadium imitacji. Maggie kreuje swój dramaturgiczny pokaz na granicy werbalnego przesteru, dobrego smaku, ale czyni to z taką gracją, młodzieńczą frywolności, iż uchodzi jej naprawdę wiele – to jak zwykle jej show, jej wyjątkowy spektakl. Zabelka włącza się w ten potok gardłowej fonii z równą bezczelnością. Nie stroni też od zwinnej, małej sonorystyki, gada ze starszą koleżanką, przekomarza się. Russell pozostaje chwilami ze zdaniem odrębnym, ale bystrze rysuje tło dla damskiego zaciągu, od czasu do czasu, wchodząc z nimi w dyskurs filozoficzny. Muzycy wiele czynią tu na dużej prędkości, ale dzięki wspaniałej komunikacji, wszystko kończy się zawsze szczęśliwie. Pod koniec koncertu na gryfie Zabelki garść pięknej, niemal semickiej nostalgii i zadumy.




Koncert marcowy, bardziej rozbudowany w czasie i przestrzeni, rodzi się w konwulsjach, zwarciach, dramaturgicznych przepychankach. Muzycy tego typu epizody przelatają chwilami kameralistycznego zawieszania narracji i stopowania. Ich ruchy są wszakże płynne i świetnie bawią się techniką outside/ inside. Zabelka zdaje się być dziś bardziej epicka, pełna rozmachu, a nawet brawury. Nicols częściej decyduje się na śpiew, mniej w niej dramaturgicznej złości i niezgody na świat zastany. Russell zaś skrupulatnie snuje swoje filigranowe opowieści, łypie okiem na Panie i krąży pomiędzy strunami gitary niczym szczwany lis. Już w 5 minucie kipi w kotle tego koncertu! Fire music! Emocje buzują, technika wykonawcza wręcz eksploduje! Trzy narracje, chwilami nieco separatywne, raz za razem cudownie się zazębiają. Mia skowycze, Maggie nuci pieśni nieżałobne, a John pisze historię free improv w zarysie. Scena klubu ściele się dźwiękami, czasami brakuje przestrzeni na swobodny oddech. W 14 minucie duży stopping! Okazuje się, że w okolicach ciszy muzycy czują się równie swobodnie. Szepty, pomruki, bluesowe wtręty gitary. Brawura, błyskotliwość. Maggie zdaje się wchodzić pomiędzy struny Johna, a obok Mia kreśli poemat życia. Amazing! Przy okazji, John znów przypomina światu, że to właśnie on jest lepszą wersją Dereka Baileya, bo w przeciwieństwie do swojego dużo starszego kolegi, nigdy nie zapomina o najważniejszej dla swobodnej improwizacji kompetencji – umiejętności słuchania współpartnerów na scenie! Maggie też potrafi czynić cuda swoim głosem, zwłaszcza wtedy, gdy decyduje się wyjść ze swojej ulubionej roli społecznej aktywistki. Blurb, to trio z krwi i kości – tu liczy się każda akcja, a jeszcze cenniejsza zdaje się być każda reakcja! Nie ma straconej sekundy, brak choćby jednego zbędnego dźwięku! W 26 minucie zwinna sonorystyka w płaszczyźnie struny-gardło-struny. Sama finałowa prosta równie niezwykła – rytm, śpiew, chwila rozmyślań na obu gryfach. Brawo!


piątek, 5 października 2018

Parker! Russell! Coombes! Turner! Beresford! Wilkinson! Weston! Nicols! Noble! Ward! And many strong aspirants to fame! Channel by Discovery Festival 2017!


Zjednoczone Królestwo swobodnej improwizacji! 16 września 2017 roku, Ye Olde Rose & Crown, Walthamstow, Londyn. Sobotnie popołudnie z ciepła herbatką, być może także z odrobiną czegoś wzmacniającego nadwątlone siły wielbicieli całkowicie wyzwolonej improwizacji.

Discovery Festival trwał ponad sześć godzin zegarowych, nagranie zaś dokumentujące to wydarzenie nazwano Channel. Wyłącznie w formie elektronicznej dostarcza label Johna Russella i Paula G. Smytha – Weekertoft (2018).

Teatime for Dreamers! Czyż nie za to kochamy wyspiarką muzykę? Werbalny komentarz do każdego z koncertów festiwalu przed Wami!




Zaczynamy od jedenastoosobowej orkiestry prawdziwych aspirantów i jednego mistrza gatunku - Mopomoso Workshop Group (Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Sam Enthoven - elektronika, John Eyles – saksofon altowy, Emmanuelle Waeckerle - głos, Martin Clarke – saksofon altowy, Deborah Chin – saksofon sopranowy, Alan Newcombe – saksofon tenorowy, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Phil Durrant - mandolina, Chris Hill - klarnet, Alec Kronacker – gitara elektryczna). Ponad półgodzinna, zgrabna, bardzo swobodna improwizacja. Nie znamy ośrodka decyzyjnego, być może zatem rzecz działa się całkowicie kolektywnie. Bardziej niż udane użycie elektroniki, nieinwazyjnej, pięknie komentującej żywe incydenty dźwiękowe. Intrygująca gitara, wyrazista, o głębokim brzmieniu. Aktywna, skupiona i rozbudowana sekcja dęta, niestroniąca od eskalacji. Po 20 minucie, jakby więcej syntetyki w tembrze orkiestry, w dobrej komitywie z dęciakami, a na finał udany dialog klarnetu basowego i głosu kobiecego.

A teraz trio o dynamicznej nazwie Crush! (Mark Browne- saksofon, Ian McGowan – trąbka, Sonic Pleasure – obiekty). Błyskotliwy, niespełna 20 minutowy set. Dobrze ułożone proporcje instrumentalne (żywe w przewadze!). Narracja równocześnie intensywna i subtelna. Zdaje się, iż nie brakuje tu adekwatnego live processing. Słyszymy dźwięk fletu, syntetykę perkusyjną, a nawet brzmienia gitary. Saksofonista potrafi dąć w sopran niczym Trevor Watts w duetowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Całość jawi się jako elektroakustyczna perełka. Brawo!

Czas na kolejny bardziej rozbudowany ansambl, znów rojący się od zdolnych aspirantów. W ramach South Leicestershire Improvisers Ensemble na scenie pojawiają się: Lee Boyd Allatson - drum set, Virginia Anderson - klarnety, Bruce Coates, - saksofony, Christopher Hobbs - fortepian, małe instrumenty, Trevor Lines - bas, Rick Nance - flugelhorn, Nilufar Habibian – qanun oraz David Hackbridge-Johnson – skrzypce i pozostają z nami na prawie 24 minuty. Początkowo dominacja dźwięków strunowych (nawet dość nieoczywistych), rodzaj zwinnej kameralistyki, która szybko znajduje powód do eskalowania napięcia. Parę chwil dobrego call & responce, trochę dętych ekspozycji w klimatach contemporary, także kilka galopów wyzwolonego improve. Znów muzykom należy się słowo pochwały za dobrą organizację przestrzeni fonicznej (na liście płac nikt nie przyznaje się do dyrygentury).

Teraz na scenie melduje się free jazzowy duet Stefan Keune (saksofon altowy) i Steve Noble (instrumenty perkusyjne). Syna Albionu znamy doskonale, nie wymaga on rekomendacji. Mniej popularny zdaje się być niemiecki saksofonista, ale i on z niejednego pieca chleb jadł. No i to właśnie Keune w trakcie 17 minutowego seta udowadnia, iż pierwszy rząd europejskiego free winien być jego stałym miejscem. Zaczynają na ostro, ale już po paru minutach saksofonista schodzi niżej i zaczyna szukać ciekawszych dźwięków, głęboko zaglądając w tubę swego instrumentu. Noble czyta pismo nosem i aplikuje do gry na pełnych prawach. Bardziej niż błyskotliwe!

Chwila pianistycznego ukojenia, to z dramaturgicznego punktu widzenia, świetny pomysł. Paul G. Smyth w wersji solo (niemal 20 minut)! Zaczyna od preparacji, nisko pochylony na pudłem rezonansowym. Sporo subtelności, które podkreślają dźwięki otoczenia (słychać miasto w tle!). Minimal piano in deep space! Ciekawe, suche brzmienie. Pasus bardziej dynamiczny zdaje się być mniej intrygujący, ale finał seta rekompensuje wszelkie ambiwalencje – bardzo efektowny, niemal demoniczny, z dubową poświatą

Zdaje się, że festiwalowa rozbiegówka już dawno za nami. Oto kwartet o jakże niebanalnej nazwie Lullula (Jim Dvorak - trąbka, Kay Grant - głos, Armorel Weston - głos, Marcio Mattos - kontrabas). Dwa fragmenty, łącznie 20 minut z sekundami. Efektowna, bogata instrumentacja – dwa głosy kobiece, trębacz, który nuci pod nosem i kontrabas ze smyczkiem. Panie zdają się raz za razem szczytować, Panowie dzielnie akompaniują on full improve. Gdy szukają ukojenia, intrygująco gaworzą w klimat Julie Tippett i Spontaneous Music Ensemble. W dogrywce bez chwili zawahania idą w dobrą sonorystykę.

I znów nazwa formacji przyciąga uwagę jeszcze przed pierwszym dźwiękiem - Compulsive Quintet (Rick Jensen – saksofon, klarnet, Luisa Tucciariello – głos, flet, efekty, Michele Paccagnella - gitara, Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Jordan Muscatello – kontrabas). Dwa odcinki, ponad 22 minuty. Na starcie jazzowe frazy saksofonu, okraszone głosem kobiecym. Reszta czeka, a potem wszyscy razem robią duży skok w wolną improwizację. Nawet hałasują, gitara zwinnie psychodelizuje. Rwana, zmienna narracja, przyzwolenie na każdy dźwięk, przeto całość trochę nierówna. Ognisty finał pierwszego odcinka, więcej spokoju w drugim.

Kobiecy duet na skrzypce i fortepian? Why not!? Alison Blunt na tych pierwszych, Yoko Miura - na drugim. Ponad 20 minut rozwichrzonej kameralistyki. Piano odrobinę akademickie, często operujące mikrofazami i zatopione w konstruktywnym free improve skrzypce, z lekko zabrudzonym brzmieniem. Zdecydowanie więcej dzieje się po 7 minucie, gdy Panie postawiają gorąco podyskutować na argumenty foniczne. Pod koniec piękne, repetujące frazy skrzypiec, przypominające błysk Billiany Voutchkovej.

Zdecydowanie dobry to moment na coś prawdziwie bombowego! I tak dzieje się w istocie, na scenie bowiem melduje się skandynawskie trio Bomb (Ola Paulson – saksofon altowy, Anders Lindsjö – gitara basowa, Anders Uddeskog - perkusja). Niespełna 16 minutowa petarda free! Wytrawny saksofon, jurna, zagotowana od startu sekcja (doskonały bas elektryczny!), pełna swoboda kreacji – czego chcieć więcej? Jakże świeże i odkrywcze nagranie na tle osiągnięć gwardii uznanych i nadmiernie honorowanych kolegów z tej części kontynentu. Od eksplozji do konstruktywnego skupienia, zwinnej, małej gry. Świetna komunikacja, doskonały warsztat. Finał ocieka wysokogatunkową spermą! Brawo!

Po takiej wolcie, dobrze byłoby, gdyby jacyś inni artyści sprowadzili nas na ziemię nieco mniej ekscytującą narracją. Mówisz, masz! Enzo Rocco na gitarze, Veryan Weston na fortepianie. Set niemal 25 minutowy. Jazzowa, gęsta, trochę przegadana ekspozycja. Panowie nie żałują energii, tryskają temperamentem, ale po paru minutach koncert zaczyna trochę nużyć. Być może, tak intensywna gra obu muzyków dowodzi w tym wypadku problemów w zakresie wzajemnej komunikacji. Cóż, tak bywa.

Popołudniowa herbatka  w Ye Olde Rose & Crown zaczyna nabierać mocy. Festiwal wkracza w drugą fazę. Na scenie za moment zaroi się od postaci pomnikowych gatunku. Bądźcie czujni!

Trio Blurb zdaje się, że dobrze wpisuje się w powyższy anons. Maggie Nicols użyczy nam głosu, John Russell gitary, a Mia Zabelka skrzypiec i głosu. Dwa odcinki, każdy równo 9 minut i 39 sekund! Piękny, klasyczny dla free improve głos, jedyna w swoim rodzaju, akustyczna gitara ze splątanymi strunami, swarne, lekko psychodelizujące skrzypce, które chowane w klatce, wciąż uciekają na wolność! Błyskotliwa komunikacja, piękne zadziory akustyczne, z pewnością jeden ze szczytowych momentów tego popołudnia. Maggie niczym przekupka na rynku z warzywami, John precyzyjny i zupełnie wyzbyty zahamowań artystycznych i Mia, czasami filigranowa, także używająca głosu! Doskonałe!

Kolejny koncert znów konfrontuje kobiecy głos z instrumentem akustycznym. Viv Corringham w parze z Alex Wardem na klarnecie. Niespełna 14 minut. Na starcie kogucie bulgotanie z obu stron sceny. Tak w gardle, jak w tubie klarnetu. Niezła imitacja! Kobiecy głos nieco histeryczny, przeładowany energią, klarnet w dokładnej opozycji. Dużo emocji, sporo hałasu, stabilna komunikacja. Przed większość czasu recenzent wolałby pójść na solowy koncert Warda (pięknie gra!), ale ognisty finał pozostawia go w obliczu duetu i nie czyni rozczarowanym.

Czas na trio, znów damsko-męskie: Lee Boyd Allatson - drum set, Alan Wilkinson – saksofon altowy, Hannah Marshall – wiolonczela. 22 minuty i tyleż sekund ciekawej, free jazzowej opowieści z wiolonczelą, która nie dość, że jest delikatnie amplifikowana, to od startu wychodzi przed szereg i ustala zasady współpracy. Nie mamy zastrzeżeń! Saksofon Wilkinsona (sięga też po baryton) dość przewidywalny, niepozbawiony wszakże ekspresji i dobrego tonu, Allatson dopóki nie zacznie wydawać dźwięków głosowych, nie budzący wątpliwości. Króluje wszakże Marshall, która zabiera Panów na ognisty finał, który zdecydowanie podnosi jakość całej ekspozycji. 

Festiwal drobnymi krokami wchodzi na ostatnią prostą. Wejście jest iście piorunujące: Nigel Coombes na skrzypcach i Roger Turner na perkusji! Dwie improwizacje, łącznie prawie 24 minuty. Chciałoby się rzec – Spontaneous Music Ensemble Revisited! Spotkanie jedynych w swoim rodzaju improwizujących skrzypiec (ach, ten karkołomny, folkowy zaśpiew!) i drummera, która zjadł zęby na wybitnej free improve. Wirtuozeria, mistrzowska mała gra, maestria filigranowości. Classic of molecular improve! Czy wiecie dlaczego Turner nigdy nie zagrał w SME? Bo tam było miejsce tylko dla jednego perkusisty. Bez cienia wątpliwości – najważniejsze wydarzenie tamtej soboty!

Ciąg dalszy artystycznej kulminacji Discovery Festival! Evan Parker – saksofon tenorowy, John Russell - gitara, John Edwards – kontrabas. Ponad 23 minuty. Każde nagranie takiego tria warte jest wszystkich pieniędzy świata! Wolna improwizacja, model klasyczny. Bez zaskoczeń, tylko ekstaza! Być może, przy tej okazji, warto pochylić się nad jakością pracy Edwardsa w tej konfiguracji personalnej. Dynamika, ekspresja, kompatybilność w każdym wymiarze. Tu, nawet bardziej dynamicznie niż zazwyczaj. Takie trio, to dowód rzeczowy na tezę, iż telepatia nie jest pojęciem teoretycznym!

Po artystycznej eksplozji, ponownie czas na duet fortepian-skrzypce. Tym razem jednak męsko -damska odsłona: odpowiednio Steve Beresford i Satoko Fukuda. Kwadrans z okładem bezbolesnej improwizacji na piano z klawisza i klasycyzujące skrzypce. Steve, jak zwykle cytuje cały świat muzyki, jest rubaszny, zabawny, ale bardzo precyzyjny. Narracja jest rwana, ale wielowątkowa, bogata w naprawę udane momenty. Po stronie Japonki genialna wręcz technika gry. W ramach chwili relaksu ten pierwszy robi wariacje na temat ragtime’u, ta druga gra melodię dla powtórnie zakochanych. Dobry finał w galopie.

Oto i koniec dnia mamy już w zasięgu ręki. W ramach pierwszego podprowadzenia Dave Tucker Group (Dave Tucker – kontrabas, Claude Deppa – trąbka, Rachel Musson - saksofon, Mark Sanders – perkusja). Prawie 20 minut modelowej niemalże free jazzowej ekspozycji. Niebanalny flow, strumień dobrze uporządkowanej improwizacji. Bardzo śpiewana trąbka, doskonały saksofon (bez zaskoczeń!), sekcja, która okazjonalnie nawet swinguje. W połowie seta solo lidera, potem start nowej narracji. Finał wszakże bez nadmiernej ekscytacji.

W ramach drugiego podprowadzenia strunowe trio Barrel (Alison Blunt - skrzypce, Ivor Kallin - altówka, Hannah Marshall – wiolonczela). Set 16 i pół minutowy. Narracja pełna przeciągania liny, zwarć i całusów, toczona na pięknym, zabrudzonym brzmieniu przez każdego z muzyków. Co rusz, któryś z nich wychodzi przed szereg i stawia stempel mistrzowski. Prawdziwa perła string free improve. Zjazdy i podjazdy, sonorystycznie i melodycznie. W połowie seta incydenty z gardła, pokrzykiwania, jęki i drobne ekstazy. Potem chwila hałasu i rozbudowany, epicki finał.

Czas powoli gasić światła. Na ostatni set festiwalowy wychodzą szefowie Weekertoft, by zwinną improwizacją zakończyć to wielobarwne i naprawę udane popołudnie (wieczór). Paul G. Smyth, - fortepian, John Russell – gitara. Skromny, 9-minutowy rodzaj encore. Mała gra, preparacje, flażolety. Beauty in silence! Na ostatniej prostej muzycy trochę jednak rozrabiają! Finał godny całej imprezy! Brawa dla wszystkich!


Channel kupicie za skromne trzydzieści funciaków pod tym dokładnie adresem!



środa, 31 stycznia 2018

Russell! Butcher! Parker! Edwards! Beresford! What’s going on in the united kingdom of free improvisation! Category: seniors of the family!*)


Porzućmy na moment lansowanie młodych, gniewnych muzyków, kosztem tych starszych, wystudzonych artystycznie, co czynimy niemal codziennie na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej. Brytyjskie królestwo wolnej improwizacji nadal dostarcza bowiem doskonałej muzyki także w kategorii weteranów, tudzież seniorów rodu!

Nadstawmy ucho i sprawdźmy, co też zadziało się w ostatnich tygodniach ubiegłego roku, po drugiej stronie Kanału La Manche, w najbardziej nas interesującej kategorii muzycznej - wolnej i artystycznie wyuzdanej improwizacji, realizowanej wszakże przez znanych i lubianych. Cztery płyty, kilka wielkich nazwisk, sporo ciekawych dźwięków. Dwa koncerty z londyńskiego Iklectik, jeden z Vortex, a także spotkanie w … Starym Kinie. Here It Is!




Stray  Into Darkness (Iluso Records, CD 2017)

W roli weteranów sceny: John Butcher (saksofon tenorowy i sopranowy) i John Russell (gitara… elektryczna!), w roli aspirantów: Dominic Lash (kontrabas, uwaga! opis płyty mówi contrabass, nie zaś double bass; kto dostrzega różnicę, niech pierwszy rzuci kamieniem) i Ståle Liavik Solberg (perkusja i instrumenty perkusyjne). Panowie przyjmują nazwę własną Stray (Przybłęda). Koncert, będący nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, trwa 51 minut, a podzielony został na trzy części. Jesteśmy w Iklectik, sam koniec roku 2015.

Start koncertu odbywa się w takiej oto scenerii - głęboki tembr kontrabasu, balansująca na krawędzi prądu gitara, walcowaty, sonorystyczny tenor i detale perkusjonalne. Russell mając w dłoni taką siłę, nie pozostaje bezczynny. Bez uprzedzenia zaczyna swój post-psychodeliczny taniec na strunach. Jego elektryczna gitara staje się od razu elementem szczególnym koncertu, czynnikiem charakterologicznym, który determinował będzie wiele jego elementów składowych. Permanentnie pozostaje w centrum uwagi, stanowiąc zarówno spoiwo improwizacji kwartetu, jak i czynnik ją dezintegrujący. Zupełnie przy okazji, dostrzegamy świetną robotę Lasha, który co rusz stawia do pionu długopis recenzenta. Jego kontrabas, nie dość, że brzmi błyskotliwie, to jeszcze, raz za razem, wchodzi w interakcje z perkusją, komentując także wyczyny płomiennej gitary i delikatnie - przynajmniej na początku -skonfudowanego saksofonu. Ten ostatni, trochę w ramach votum separatum, popada na sopranie w lot czmiela i bardzo wysokim rejestrem akcentuje obecność na scenie. Prawdziwe foniczne tremolo! Brawo! Ze strony Russella - spiętrzenia narracji, fale przypływu i odpływu. Wielki kocioł z prądem na gryfie! Hałas, to skutek jego działań, ale także reakcji partnerów, którzy nie schodzą mu z drogi. W 11 minucie sekcja rytmiczna gra wręcz rockowo, nawet doom metalowo. Wyciszenie tuż potem, z jednej strony uspokaja emocje po obu stronach sceny, z drugiej … zwiastuje początek drugiego traku płyty. Znów słowa pochwały dla Lasha, za spokój, opanowanie i dramaturgiczny nerw, który wtłacza do improwizacji. Russell i jego gitara, bez zaskoczenia, ponownie szukają zwady. Gdy muzyk kłębi się na gryfie i plącze w zeznaniach, jest smakowity. Gdy włącza dopalacz, nie jest już równie ujmujący i gubi przy okazji wszelkie subtelności narracji. 3 minuta tego odcinka, to – na zasadzie kontrastu - piękne pasaże na sopranie, szczególnie udane w momencie, gdy gitara stoi na zaciągniętym ręcznym. Sekcja, tuż obok, gra zmyślne łamańce, nie brnąc w proste rozwiązania. Duet starszych Panów dotkliwie zdobi ten fragment koncertu konwulsyjną pogadanką. Gdy gitarzysta zdoła hamować swój rockowy temperament, jakość improwizacji skacze, jak słupek rtęci termometru w pustynnym upale. Nawet, gdy scenę spowija posmak noise’u. Ciekawe, że duże łyki psychodelii, jakie serwuje partnerom Russell, wcale nie szkodzą Butcherowi. W 9-10 minucie gra on zmysłowe, kwaśne pętle, bystre pasaże, a wszystko na tle delikatnie eskalującej się gitary, pozostającej na suchym fuzzie. Wytłumienie za moment, też przesączone jest rozedrganą percepcją. Russell, wszakże, nieustannie kipi energią, prądem, meta rockowym temperamentem, o który niewielu z nas podejrzewałoby go. Nawet teraz, gdy improwizacja prawie stoi w miejscu i czeka pokracznie przed zaciągniętym semaforem. Butcher wchodzi do tego tygla emocji bez chwili zawahania, a potem wychodzi bez szwanku (na dowód ekstaza w wąskiej tubie sopranu). 20 minuta, to kolejna, hałaśliwa wolta, a w roli odpowiedzialnych, każdy z muzyków. Choć cała para idzie z zagotowanej gitary! I znów uspokojenie narracji zmienia nam numer traku na krążku. Tenor u progu tego odcinka jest podejrzanie ciepły w tonie, ale ma także trochę niecnych zamiarów. Gitara plumka na boku i łapie oddech. Kontrabas rezonuje i kipi kinetyką pudła. Ten moment koncertu, to świetny przykład na dobrą kooperację w kwartecie, wysoki poziom komunikacji i nadprodukcję wzajemnej empatii. Gitara oczywiście rozrabia, tu akurat mając sprzymierzeńca w drummerze, który do tej pory raczej komentował, niż stawiał pytania. Emocje znowu osiągają stan wrzenia na gitarowych przetwornikach. Acid free improve? – pyta zbałamucony recenzent. Tuż obok, cuda w tubie saksofonu, który imituje gitarzystę i jest wyjątkowo precyzyjny, w tym co robi. Wiele fragmentów koncertu dyktuje Russell, w wielu momentach pozostali muzycy czekają na jego ekspozycje. Ta foniczna przewaga nie zawsze bywa atutem nagrania, z drugiej jednak strony, stanowi spore zaskoczenie dla odbiorcy, któremu wydawało się, że wie, czego może się spodziewać po takim składzie personalnym. W 11 minucie trzeciego interwału, sopran bierze narrację w usta i rwie nam włosy z głowy swoją najlepszą, tego wieczoru, jednooddechową ekspozycją. Partnerzy także idą ku eskalacji i tryskają artystyczną spermą po ścianach. W finale recenzent nie może nie docenić świetnej roboty Butchera. Być może nigdy dotąd nie miał w pobliżu swojej tuby tyle prądu! Wybrzmiewanie nagrania w tej części jego instrumentu pachnie wręcz industrialnie! Cóż za emocje!




Evan Parker/ John Edwards/ John Russell ‎Walthamstow Moon ('61 Revisited) (ByrdOut, LP 2017) ‎

Zasłużyliśmy na chwilę akustycznego wytchnienia. Udajemy się do Starego Kina w miejscowości Walthamstow. Listopad 2016, a na podeście, tuż przed głuchym ekranem, ponownie spotykamy Johna Russella, który tym razem dzierży w dłoniach gitarę akustyczną. Wspomagać go będzie para odwiecznych przyjaciół, czyli Evan Parker na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz John Edwards na kontrabasie. Limitowany winyl przynosi nam 36 minut muzyki, podanej w sześciu częściach.

One. Drobna, delikatna, stosunkowo molekularna ekspozycja, przesycona dobrą synergią, skuteczną komunikacją i oczywistą, w przypadku tych muzyków, empatią. Płynna, wartka, niezgrzytliwa narracja. Nadpobudliwy na ogół Edwards, gra swoje, siedząc cicho, niczym mysz pod miotłą. Pięknie smyczy starszyźnie w tle. Two. Parker sięga po sopran, Russell śle mikro pozdrowienia wprost z gryfu gitary, Edwards zaś wpada w barokowy nastrój. Choć pozbawiona sonorystyki, najlepsze wrażenie sprawia niebanalna gitara. Jej improwizacja jest szczegółowa, skupiona na detalach, czysta i nienapastliwa. Prawdziwe Stare Kino. Three. Tenor, smyk i flażolety – rozpoznawalne schematy, świetne interakcje, wszakże bez jakichkolwiek zaskoczeń. Satysfakcja słuchacza jednakże  100%-owa. Starsi Panowie plotą swoje odwieczne mantry i są bezdyskusyjnie szczęśliwi. Four. Muzycy wchodzą w ten fragment od strony ciszy, w skupieniu, dźwięk za dźwięk. Tenor na wdechu, struny kontrabasu w drżeniu, gitara gładka, jak woda w górskim strumieniu. Zdecydowanie najspokojniejszy odcinek spektaklu. Złośliwy recenzent mógłby nawet skonstatować, iż muzycy w tym momencie delikatnie przynudzają.  Five. Poprzedni utwór zaczynał się w ciszy, ten wyłania się z gęstej mgły. Sopran powraca, na strunach obu pozostałych instrumentów trochę nerwowo. Subtelna eskalacja (doskonały Parker!). Narracja ciągle jest lekko wycofana. Jakby muzycy nie chcieli, w okolicznościach kinowych, zbytnio się napocić. Ciekawa mandolina na gryfie gitary. Edwards sprawia wrażenie faceta, który przyjął pigułki na spowolnienie pracy serca (czyżby noc po ciężkim dniu?). Molekularne cudeńka bez nadmiaru emocji. Six. Na finał rozkołysany tenor, smyk na kontrabasie, tu w głębokim tle i gitara zawieszona na pojedynczej strunie. Popołudniowa herbatka zdecydowanie bez porcji rumu. Wybrzmienie bez ekscytacji.




John Edwards/ Olie Brice  At Iklectik (Confront, CD 2017) ‎

Wracamy do londyńskiego Iklectik. Luty 2017, na scenie John Edwards i Olie Brice – oczywiście dwa kontrabasy. Jednoaktówka, 24 minuty zaledwie.

Dwa odpowiednio wyważone kontrabasy, nasmarowane smyki i struny gotowe na każde wyzwanie. Od czasu do czasu, w początkowej części koncertu, tryskają mikro eskalacjami, czujnym rozszarpywaniem strun. Techniki gry eksplodują, jak z rogu obfitości. Raz jeden, raz drugi, ty w taki sposób, a ja w inny. Zdrowa rywalizacja, która sprawia, że każdy z muzyków od startu do mety koncertu będzie pozostawał w stanie permanentnej zmiany. Recenzent nie wie jeszcze dokładnie who is who na scenie (oba strunowce brzmią bardzo podobnie), ale uczony doświadczeniem, podejrzewa, iż dźwięki z prawej strony sceny, to skutek aktywności Edwardsa. Już w 5 minucie intensywność gry obu muzyków osiąga pierwszy szczyt. W 10 minucie proponują nam dynamiczne zjazdy i podjazdy na gryfach, okraszone pikantnym sonore. W 12 minucie dopada nas szczypta konwulsyjnych wyścigów, ale też zabawy i zdrowego poczucia humoru. W 16 minucie ekscesy perkusyjne, a zaraz potem nostalgia upalonej ballady. Trzy minuty później dużo sonorystyki, ale czynionej trochę w estetyce muzyki dawnej (smakowite, barokowe pasaże!). 22 minuta, odrobina zapasów, siłowania się na rękę, na szczęście bez wskazania zwycięzcy. Ostatnia minuta, to galop, także stopping, no i garść sonorystyki. What ever you want!




Mike Caratti / Rachel Musson / Steve Beresford ‎ Hesitantly Pleasant (Iluso Records, CD 2017)

Ostatni spektakl dzisiejszej opowieści odbędzie się w londyńskim Vortexie (styczeń 2017). W roli seniora rodu – Steve Beresford na fortepianie i elektronice, w roli zuchwałych aspirantów – Rachel Musson na saksofonie i Mike Caratti na perkusji (jeśli pamięć nie zawodzi recenzenta, to gość z Kanady). Siedem odcinków z tytułami, niespełna trzy kwadranse muzyki.

One. Bogate perkusjonalia, wysoko osadzony saksofon, zmyślne, intensywne preparacje piana - gęsta, dość dynamiczna ekspozycja startowa, pełna brutalnego piękna, tak charakterystycznego dla free improve. Caratti, tryskający energią, tańczy na werblach, jak młokos i bawi się grą. Muzyk z drobnymi pokładami adhd, zaszytymi w sposobie postępowania. Beresford wplata w piano kilka fonicznych faktów wprost z komputera, co czyni z gracją i sporym umiarem, wbrew gorącemu temperamentowi, który zwykliśmy mu przypisywać. Muzycy po paru minutach udanie wchodzą w spokojniejsze obszary, niezbyt bogate w sonorystykę, ale pełne dobrze opowiedzianych historii. Two. Dynamit free jazzu eksploduje niezwykle efektownie. Muzycy drążą skałę, są konsekwentni w działaniu. Mnóstwo ciekawych, niebanalnych rozwiązań dźwiękowych, także impulsywnych zwarć w półdystansie. Krótszy epizod, ale znaczący dla jakości całej płyty. Three. Spokojne intro piana, wprost z klawiatury. Perkusjonalia w charakterze ornamentu, delikatnie gwałcone ubrudzonym soundem saksofonu. Słodycz umyka, narracja się plącze, jak kłębek wełny w łapach kocura i step by step gęstnieje. Instrumenty lepią się do siebie, dyskutują, by za moment melancholijnie zrestartować. Four. Jakby powykręcany rytmicznie ragtime tryska z klawiatury Beresforda. Wytłumiony po chwili, buduje nową balladę, która pęcznieje i może już straszyć dzieci po nocach. Subtelny galop, niczym puenta. Five. Rodzaj ciągu dalszego poprzedniego epizodu, ale z bardziej wyeksponowanym saksofonem, który pnie się ku górze i rysuje błyskotliwie bohomazy na mokrym nieboskłonie. Drummer nie pcha się na front, robi, co mu dusza podpowiada, świetnie komentuje i czeka na przebieg wydarzeń. Six. Improwizacje na płycie są poukładane, nie za długie, nie za krótkie - dodatkowy punkt za kompozycję całości! – notuje pilnie recenzent. Tu, rozgrzana Rachel płynie niezwykle zwinnie na szybkim sopranie, co cieszy szczególnie. Zwłaszcza, że od dawna nie słyszeliśmy incydentów sonorystycznych, a to może finalnie spłycić entuzjazm piszącego te słowa. Seven. Jakby na życzenie, garść pianistycznych preparacji, szum i wrzask w tubie saksofonu i rezonujące talerze w towarzystwie dzwoneczkowej symfonii. Powrót do początku, dotkliwe ciosy, wymiana zdań kończonych wykrzyknikami. Sporo udanych, wzajemnych imitacji. Rachel znów kreśli dobrą opowieść, jakby puentując swój bardziej niż udany występ (wspierają ją wodotryski preparacji Steve’a!). Ostatnie trzy minuty, to czas wybrzmiewania, pulsacji saksofonu i perkusjonalii w stanie spoczynku.

  

*) ang. Co dzieje się w zjednoczonym królestwie wolnej improwizacji. Kategoria: seniorzy rodu.