Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Levin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Daniel Levin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 września 2023

Phonogram Unit’ fresh outfit: Spirit in Spirit & Rhizome!


Phonogram Unit, to portugalski label założony przez samych artystów, który dostarcza nam regularnie błyskotliwych dźwięków i ciekawych dramaturgicznie sytuacji sceniczno-studyjnych. Czytelnicy tych łamów wiedzą to doskonale!

Dziś czas na eksplorację dwóch letnich nowości wydawnictwa z Lizbony. Tym razem tylko w digitalu, ale i na tym nośniku muzyka broni się każdym swoim fonicznym przejawem. Dwa tria, same znane nazwiska, nic tylko czytać, słuchać i zamawiać!



Spirit in Spirit

Na dobry początek free/open jazzowe, portugalsko-holenderskie trio na saksofon altowy, kontrabas i perkusję, czyli José Lencastre, Raoul Van der Weide i Onno Govaert. To drugie ujawnienie tego składu personalnego, równie jak pierwsze udane, choć odrobinę krótkie w wymiarze czasowym. Za to same konkrety!

Pierwsza i czwarta improwizacja są tu efektownie rozbudowane i stanowią o dramaturgii całości. Druga opowieść, to post-balladowa miniatura, z kolei część trzecia i piąta z jednej strony wydają się być fragmentem większej całości, z drugiej silnie korelują ze sobą estetycznie, zatem możemy chyba uznać je za części tej samej historii. Otwarcie śmiało możemy określić mianem open jazzu, który trzyma marszowy szyk, nie skąpi nam altowej melodyki, by w fazie końcowej efektownie puścić się w galop z dużą porcją saksofonowej ekspresji. W samym środku opowiadania odnotowujemy zmysłowe solo smyczka kontrabasowego, jak zwykle w przypadku Van Der Weide, barwione wyjątkowo indywidualnym brzmieniem.

Po awizowanej, miniaturowej balladzie muzycy zabierają nas na intrygujący trip, budowany aktywnym drummingiem, kontrabasowymi preparacjami i lekko zawieszonym flow saksofonu. Narracja zyskuje z czasem na ekspresji, bazuje na nieco połamanym rytmie, nie skąpi nam także perkusjonalnych obiektów, które wchodzą w interakcje ze strunami i budują ciekawy background. A na czele pochodu znów saksofonista! Część czwarta, ta rozbudowana, bazuje na cierpliwym budowaniu klimatu improwizacji. Wolne, post-bluesowe tempo, brzmieniowe niuanse, rezonujące frazy w poszukiwaniu nerwu narracji. Wszystko gęstnieje tu dzięki repetytywnemu kontrabasowi i rozhuśtanemu drummingowi. Muzycy snują się po scenie i raz za razem ślą nam dźwiękowe perełki. Ostatnia improwizacja, ta, która zdaje się być ciągiem dalszym trzeciej części, kreowana jest drobnymi, szeleszczącymi akcjami. Obiekty Raoula śpiewają jak pozytywki, perkusja bije post-rytm, a saksofon cedzi spokojne frazy niosąc post-jazzową melodię na kres albumu.



 

Rhizome

Kolejne trio także w składzie międzynarodowym – flagowe okręty portugalskiej improwizacji, kontrabasista Hernâni Faustino i pianista Rodrigo Pinheiro, spotykają w lizbońskim studiu nagraniowym amerykańskiego wiolonczelistę Daniela Levina. Tym razem czeka nas przygoda z definitywnie kameralną muzyką, której bliżej do post-klasycznej smugi cienia niż lwiego pazura post-jazzu. Niemal godzinna podróż potrafi tu zarówno ukoić nerwy dnia codziennego, jak i zainspirować intelektualną łamigłówką.

Pierwsza improwizacja pokazuje szerokie spektrum zainteresowań stylistycznych muzyków. Otwarcie należy do minimalistycznie repetującego fortepianu. Smyczki pojawiają się w grze z dużą atencją i wyczuleniem na niuanse dramaturgiczne. Kameralne wystudiowanie raz za razem syci się tu post-jazzowymi wtrętami, głównie ze strony kontrabasu. Swoboda, pewność każdego ruchu, zaduma i cisza powolności. Druga historia toczy się w dość nerwowej aurze, czemu sprzyja mroczny klimat wielu fraz. Dwa smyczki, delikatnie preparowane brzmienie piana, trochę dynamiki, dużo wystudiowanego lewitowania. Trzecia opowieść stawia na minimalizm i delikatność godną miana kameralnej post-ballady. Arco do pary z pizzicato, ale i spora przewidywalność tego, co może wydarzyć się za moment.

W czwartym opowiadaniu na czoło pochodu kameralistów wystawia się nerwowy wiolonczelista. Szarpie za struny, głęboko oddycha, buduje mroczne melodie. Dla kontrastu kontrabasista i pianista cedzą dźwięki i tłumią emocje. W dalszej części narracji pojawiają się drobne akcenty jazzowe. Finałowa opowieść jest tu najdłuższa, i zdaje się najciekawsza. Na starcie zgrzyty i miarowe stukania. Znów z dużą dawką minimalizmu, z naciskiem na wyjątkowo urokliwe gry na małe pola. Gdy kontrabasista zaczyna szarpać za struny opowieść natychmiast nabiera leniwej dynamiki. Emocje rosną, choć chwilami opowieść toczy się wedle dźwiękowej smugi pozostawianej przez dwa smyczki. Tempo raz rośnie, raz spada. O dodatkową dawkę hałasu dba wiolonczelista, który zmyślnymi preparacjami odnajduje w końcu ciszę. Pod koniec nagrania emocje znów rosną – smyczkowe preparacje i post-perkusjonalne igraszki sycą opowieść dużą ilością drobnych zdarzeń. Ostatnie słowo należy do rozśpiewanej wiolonczeli.

 

Spirit in Spirit: José Lencastre/ Raoul Van der Weide/ Onno Govaert Cinematico (DL, 2023). José Lencastre – saksofon altowy, Raoul Van der Weide – kontrabas, obiekty perkusjonalne oraz Onno Govaert – perkusja. Nagrane w Atelier 5, Amsterdam, październik 2022. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Daniel Levin/ Rodrigo Pinheiro/ Hernâni Faustino Rhizome (DL, 2023). Daniel Levin – wiolonczela, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Hernâni Faustino – kontrabas. Nagrane w Timbuktu Studio, Lizbona, październik 2022. Pięć improwizacji, 59 minut.



wtorek, 27 lutego 2018

Levin! Pitsiokos! Seabrook! Stomiidae!


Dokonania Dark Tree Records, francuskiego labelu free jazz/ free improve, śledzimy na tych łamach niezwykle pilnie, a recenzji doczekały się niemal wszystkie jego wydawnictwa (no, może poza jednym). 

Całkiem niedawno pisaliśmy o drugiej pozycji serii korzennej (Carter & Bradford!), wcześniej omówiliśmy także kilka pereł współczesnej, francuskiej, prawdziwie wyzwolonej improwizacji (Lazro! Duboc! Risser!). Pomocne linki na końcu recenzji.

Teraz pod lupę recenzenta wpada najnowsza płyta w katalogu, datowana już na rok 2018. Nowa muzyka, nowi, młodzi muzycy (no, prawie!), tym razem jednak nie znad Sekwany, ale z gorącej amerykańskiej ziemi.

O ile wiolonczelista Daniel Levin znany jest zapewne wszystkim, którzy zaglądają na tę stronę, a saksofonista Chris Pitsiokos – mimo bardzo młodego wieku - doczekał się już tu kilku ciepłych słów, o tyle gitarzysta Brandon Seabrook zapewne debiutuje na scenie Trybuny (dociekliwi winni go pamiętać ze wspólnych nagrań z Peterem Evansem).




Przenosimy się zatem na dwa dni do New Haven i dobrze rozpoznawalnego miejsca, jakim jest klub Firehose 12. Jest kwiecień 2016 roku. Trójka wyjątkowo kompetentnych amerykańskich improwizatorów rejestruje nagranie Stomiidae, które – czas pokaże – jest być może także nazwą własną tria. Siedem utworów potrwa niewiele ponad 38 minut.

One. Od linii startu dobrze rozgrzany saksofon altowy rusza do zdecydowanego ataku. Wspierają go perkusyjne szumy na gryfie wiolonczeli i drobne sprzężenia w pudle gitary elektrycznej. Cała trójka zgrabnie rozpoczyna swą pieśń i ochoczo – od pierwszej sekundy - wchodzi w dynamiczne zwarcia. Ogień płonie już po kilkudziesięciu sekundach. Fire music! Zadziory, zdania składane współrzędnie, onomatopeje, wrzaski, piski i skowyty. Cello brzmi jak kontrabas, ale nie żałuje smyka, ma jakby dwa równoległe oblicza. Już w 4 minucie zgrabne zejście w kierunku ciszy i czas na krótki oddech. Tuż po nim, drobna galopada, pokazująca, zapewne nieprzypadkowo, bardzo wysoki kunszt techniczny i improwizatorski całej trójki. Szczególną błyskotliwością grzeszy Pitsiokos, który może naprawdę dużo, potrafi już chyba wszystko, a chce jeszcze więcej! Two. Ciągle iskrzy na osi gitara – saksofon, przeciwległe flanki w permanentnej dyskusji. A po środku wiolonczela, wręcz gotuje się z emocji. Seabrook wyjątkowo zgrabnie zarządza dźwiękiem swojej gitary. Lubi eksperymentować, nieustannie poszukuje nowych rozwiązań, szuka ciekawostek akustycznych na gryfie, potrafi zaskoczyć. Po 3 minucie snuje eksplozywne drony, w czym wspiera go czujny i gotowy na wszystko saksofonista. Improwizacja tria nie stroni od hałasu, ale ten noise ma dużo smaku, jest środkiem, a nie celem muzykowania. Po 7 minucie muzycy idą w ciszę i także w tej roli są niezwykle wyraziści. Kolejny duży plus na koncie Chrisa! Three. Cóż za sonore! Brawo! Gitara płynie niskim dronem, saksofon pętli się w szumie, bąbelkuje i przelewa wodę. Obok drapieżne cello, jakie pazury! Popisowe 120 sekund! Four. Gitarowa pętla, pełna technicznych fajerwerków. Pozostałe instrumenty wchodzą w to, jak w masło. Świetna komunikacja i głębokie pokłady kreatywności znów wiodą trio ku błyskotliwej eskalacji. Dynamika, piękne, surowe emocje! Five. Siarczyste intro Brandona. Po 80 sekundach świder Chrisa, w sam środek ziemi! Tuż potem stukot na dyszach. Daniel stawia stemple. Cała trójka z kocią zwinnością łapię wewnętrzny nerw i buduje kolejny poziom piętrzącej się improwizacji. Znów lecą iskry! Narracja jest niezwykle bogata, ciągłe zmiany tempa i metod artykulacji dźwięku. Arytmia, atonalność, abstrakcja! W 6 minucie jakże udane tłumienie emocji. Drobinki oniryzmu na strunach, nostalgia i cichy skowyt w tubie. Po minucie znów gonią za królikiem! Energia aż kipi, a pomysłów ciągle przybywa. Six. Saksofon prycha, cello poleruje zapocone struny, niezbyt głośno, ale bardzo dynamicznie. Gitara? Mała fabryka niespodziewanych dźwięków. Kolejna dwuminutowa perła! Seven. Sam finał, to już mała bonanza! Czego tu nie ma?! Cello gra motyw przewodni serialu o historii rockabilly. Na flankach dzieją się niesamowite historie. Sto tysięcy pomysłów na dramat w trzech aktach, każdy udany. Multieksplozja podszyta bezczelnością artystyczną, godną samego Johna Zorna! W 4 minucie, o tempo wolniej. Chytre i przebiegłe call & response. Tytuł mistrza kreatywności wędruje chyba w ręce gitarzysty, choć pozostali muzycy także nie zmarnowali na tej płycie choćby jednego dźwięku. Koniec przychodzi łatwo, może nieco zbyt szybko i gwałtownie. Play It again? With no doubt!





piątek, 4 marca 2016

The Best of 2015 – absolutnie konieczne uzupełnienie


Pierwsza dekada marca, to być może ostatni już moment, by zajmować się podsumowaniem roku poprzedniego. Jak wszyscy doskonale wiemy, kalendarzowa zabawa w „płyty roku” fascynuje nas jedynie do momentu, w którym okaże się, że pierwsze tygodnie nowego roku dostarczą do naszych urządzeń odtwarzających muzykę, kolejne muzyczne torpedy roku poprzedniego, których to wcześniej nie poznaliśmy z jakiś prozaicznych powodów, przez co żmudne podsumowanie dwunastu miesięcy bierze w łeb.

Nie inaczej postąpił ze mną rok 2015. Dosłownie w kilka dni po sformułowaniu „10 powodów, dla których zapamiętamy rok 2015” (post na Trybunie z datą 31.01, acz powstał na dwa dni przed końcem roku), dotarła do mnie wyjątkowa płyta, o której Wam za chwilę opowiem, a bodaj w dwa tygodnie później jeszcze dwie kolejne, które znacząco zweryfikowały mój ogląd roku ubiegłego. Do tych trzech pozycji sięgam w ostatnich tygodniach na tyle często, że chęć przekazania Wam moich wrażeń okazała się silniejsza od niechęci do rujnowania poczynionego na przełomie roku resume.


Larry Ochs  The Fictive Five (Tzadik, 2015)

Nie będę tej krótkiej powieści rozpoczynał od eloboratu o tym, kim dla muzyki improwizowanej jest Larry Ochs, gdyż możecie sobie to w sieci spokojnie wyguglać (pamiętajmy jednak, iż kojarząc tego zacnego saksofonistę jedynie z Rova Saxophone Quartet, czynimy mu dużą niesprawiedliwość).  Nie ulega natomiast wątpliwości, iż dyskografia Ochsa pod własnym nazwiskiem nie zawiera zbyt wielu pozycji.



Z tym większą satysfakcją witamy na naszej półce The Fictive Five, a radość nasza jest tym większa, że ponad siedemdziesięciominutowa, ubiegłoroczna rejestracja z nowojorskiego East Side Sound przynosi wyjątkowo udany pomysł na kwartet freejazzowy +1. Oto bowiem klasyczny free band (sax, trąbka, bas i perkusja) został tu rozbudowany o dodatkowy kontrabas, dając nam ową Piątkę, umieszczoną w tytule płyty. Przestrzeń wypełniana przez muzykę dzięki temu zabiegowi uległa znaczącemu poszerzeniu, a faktura dźwięków uroczo zgęstniała.

Koniecznie zatem przedstawmy aktorów tego znamienitego widowiska. Lider, kompozytor i producent nagrania sięga po tenor i sopranino, a w żmudnym procesie kolektywnych improwizacji, opartych jednak na jasnych i precyzyjnie skonstruowanych kompozycjach, pomaga mu trąbka Nate’a Wooleya, perkusja Harrisa Eisenstadta, no i rzeczone dwa kontrabasy w rękach Pascala Niggenkempera i Kena Filiano.

Całość zaczyna się iście aylerowsko, dęciaki dmą ile sił w płucach i tak już będzie przez cały czas trwania nagrania, z krótkimi przerwami na nostalgiczny odpoczynek w podgrupach i kąśliwe dialogi kontrabasów. To one – przy okazji – są solą tego nagrania. Raz wdają się w dysonansujące pyskówki, innym razem suną pasaże, niczym bracia syjamscy. Na ich tle Ochs i Wooley plotą piękne dygresje w kontekście dobrze podanych tematów. Doskonała płyta do wielokrotnego odsłuchu!


The Cabinet Trio  Blood Samples (FMR, 2015)

Na nagranie The Cabinet Trio ostrzyłem sobie pazurki od momentu, gdy dowiedziałem się o jego powstaniu. Oto bowiem Krwawe Próbki, to prawdopodobnie pierwsze spotkanie dwóch weteranów europejskiego free – Frode Gjerstada (sax, cl) i Rogera Turnera (dr). Dodatkowo, obaj w serduszku fana zajmują bardzo szczytne miejsce, zatem ta rejestracja z Cafe MIR z Oslo, z sierpnia 2013r. nie mogła ujść mojej uwadze. Obu Panom towarzyszy tuba, instrument rzadko wykorzystywany w okolicznościach trzyosobowych. Ten ciężki, niezgrabny dęciak dźwiga Borre Molstad, norweski młodziak (oczywiście tylko w kontekście wieku jego współpartnerów), który u boku Gjerstada pojawił się już m.in. przy okazji jego znakomitego Sekstettu (pisałem o tej płycie na Trybunie, przy okazji listowania moich ulubionych płyt saksofonisty).



Improwizacja na koncercie biegnie niezwykle dynamicznie, bez chwili przestoju na choćby odrobinę refleksji. Frode zaczyna od klarnetu, by po kwadransie sięgnąć po alt. Niebywałe palcówki na tubie popełnia Molstad (to niesamowite, jak na tym instrumencie można… szybko grać!). Turner obu kolegom daje dodatkowego ognia i smaga pałkami po całej przestrzeni salki koncertowej. Chcielibyśmy w tej aurze pozostać na wieki, niestety dane nam jest obcować z Blood Samples jedynie przez …. 30 minut.
Dramat! Mam nieodpartą chęć zapytać Frodego, dlaczego tak krótko… Jak się dowiem, opowiem przy innej okazji.



Daniel Levin / Mat Maneri   The Transcendent Function  (Clean Feed, 2015)

Na koniec tego uzupełniającego resume roku ubiegłego na scenie free improv/jazz, skromny duecik dwóch instrumentów … smyczkowych. Panowie Levin i Maneri są nam oczywiście od lat doskonale znani, ale przyznam całkowicie szczerze, iż płyty z ich nagraniami nie są częstym zjawiskiem w mojej płytotece. Tym bardziej zatem radość, jaką daje mi rejestracja poczyniona w lutym ubiegłego roku w Kopenhadze, nieskażona jest oczywistością i natrętną przewidywalnością. Wiolonczela i skrzypce, bez elektronicznych wspomagaczy i zbędnych dekonstrukcji, sześć tematów (zwanych edytorsko „kompozycjami”) i urocza, nieśpieszna improwizacja. Uwielbiam brzmienie smyczków, lubię je słuchać w każdym repertuarze (od Bacha, oczywiście, zaczynając). Tu jesteśmy na polu muzyki improwizowanej i tym większa trafia mi się z tego faktu przyjemność, rosnąca zresztą z minuty na minutę w trakcie obcowania z Uroczystością Transcendentalną (uwaga: ang. function ma wiele znaczeń, mogłem zatem nie trafić z tłumaczeniem).


czwartek, 18 lutego 2016

Nate Wooley - resume ostatnich dwunastu miesięcy plus drobny suplement


Przyznam bez cienia wątpliwości, iż ubiegłoroczny, wczesnowiosenny pobyt w warszawskim klubie Pardon, To Tu, przy okazji koncertu duetu Nate Wooley/ Paul Lytton, był jednym z lepiej spożytkowanych przeze mnie muzycznych wieczorów całego roku 2015. Synergia, jaka ma miejsce w trakcie płytowych ujawnień tego zestawu muzyków (a takich spotkań było już kilka, o czym historia free improv nigdy nie zapomni, a o jednym wspominam na końcu tej epistoły), znalazła swoje skuteczne odwzorowanie na małej scenie całkiem przytulnego klubu w naszej zacnej stolicy.

Przy okazji, koncert ów ujawnił niebywałą kompetencję improwizacyjną Nate’a, w którą co prawda od dawna wierzyłem, ale jednak dopiero tu mogłem jej posmakować niemal face to face (siedziałem wszak w drugim rzędzie). Nasz zapał i podziw dla trębacza z Nowego Jorku zmultiplikował się w momencie finału tego doskonałego koncertu, gdy niemiłosiernie upocony Wooley przeprosił za, jego zdaniem nie do końca wspaniały występ, gdyż uczestniczył w nim… ze złamanym placem.

Ale nie ów ubiegłoroczny koncert jest powodem dla powstania tego posta, a raczej potrzeba skromnego podsumowania ubiegłorocznych dokonań Wooleya w wymiarze płytowym. Tych istotnych z mojego punktu widzenia pozycji dyskograficznych doliczyłem się sześciu.



Zacznijmy od tej, w mojej ocenie, zdecydowanie najciekawszej. W studiu na Long Island, w lutym dwa lata temu, spotkało się czterech absolutnie konkretnych improwizatorów – obok naszego bohatera (tr), Dave Rempis (sax) i Chrisa Corsano (dr), czyli muzycy, których nazwiska mówią wiele nawet średnio obeznanym w środowisku free oraz Pascal Niggenkemper (b) – być może on jest tu mniej rozpoznawalny, zapewne jednak tylko do momentu pierwszego odsłuchu CD „From Wolves To Whales” (Aerophonic Records), płyty sygnowanej nazwiskami całej czwórki.  A na niej ponad 50 minut huraganu istotnie swobodnej improwizacji – podzielonego na pięć fragmentów – serwującego posiadaczowi tego wydawnictwa, wszystko to, czego należałoby oczekiwać od kwartetu w tym wymiarze personalnym. Sonorystyka, telepatyczna kooperacja (uwaga, w tym składzie grają ze sobą po raz pierwszy!), a także mięsiste, solowe popisy każdego z muzyków. I ciszą w słuchacza, i ścianą dźwięku. I odrobiną zadumy, i krwistym ciosem prosto w nos. Doskonała pozycja, która jedynie przez nieznajdujące usprawiedliwienia przeoczenie, nie znalazła się na moim rocznym podsumowaniu 2015 w wymiarze globalnym (patrz: post z 31 stycznia).



Na w/w podsumowaniu nie zabrakło na szczęście miejsca dla innej pozycji, w powstaniu której maczał swe zwinne paluchy Nate Wooley. Myślę o „Ninth Square” (Clean Feed) i jego koncertowym spotkaniu z Evanem Parkerem (sax) i Joe Morrisem (g) w Klubie Firehouse 12, na sam koniec kalendarzowego lata 2014. Uzasadniając rekomendację na rocznym resume całej sceny Free Improvisation, przywoływałem głównie powietrzne podmuchy saksofonów Evana Parkera. Po prawdzie wysoka ocena dla tego wydawnictwa, to także skutek świetnej roboty trębacza i gitarzysty. Zatem i dla nich „Ninth Square” jest ewidentnym powodem do zadowolenia.



Jeśli dwie powyższe pozycje znacząco umęczą wasze uszy, poniekąd zszargają poczucie rzeczywistości, nieodzownym – być może - stanie się chwila stosownej zadumy. Bardzo pomocnym narzędziem w jej kreowaniu okazać się może kolejne ubiegłoroczne wydawnictwo Nate’a, tym razem sygnowane jedynie własnym nazwiskiem, a zatytułowane „Battle Pieces” (Relative Pitch Records). Nie jest to bynajmniej solowa produkcja, ale zgrabny, bo koedukacyjny, kwartet w składzie: obok lidera, na pianie Sylvie Courvoisier, na saksofonie Ingrid Laubrock, a na wibrafonie Matt Moran. Zestaw instrumentów sugerowałby nikomu nie potrzebne skojarzenia z Modern Jazz Quartet i latami cool jazzu. Na szczęście na płycie jest cokolwiek inaczej. Muzyka improwizowana delikatnie pikująca w kierunku współczesnej kameralistyki, ale – zapewniam – ognia i odpowiednich emocji tu nie brakuje. Tytuły poszczególnych utworów sugerują bitwy i siermiężne dekonstrukcje, jednak rzeczywistość studyjnej eksploracji raczy nas udaną kooperacją słuchających się uważnie muzyków. Po powtórnego zapoznania bez słowa wątpliwości.



Bliska estetyce „Battle Pieces” jest najnowsza, szósta już płyta kwartetu wiolonczelisty Daniela Levina. Stałym i istotnie znaczącym członkiem kwartetu jest tu od samego początku istnienia formacji Nate Wooley, zatem nie dziwi obecność „Friction” (Clean Feed) w tym zestawieniu (przy okazji dodajmy, że wibrafon Morana także czerpie tantiemy z kwartetu od jego zarania). Odkrywczość muzyki kwartetu Levina utrzymuje stały, dodajmy dość średni poziom, ale słucha się tego uroczo, a ja za każdym razem znajduję chwilę, by nad produkcją kwartetu śmiało się pochylić i łyknąć odrobinę niezobowiązującej radochy.



Kwartetem Levina niespodziewanie wkroczyliśmy w świat muzyki improwizującej na bazie przygotowanych kompozycji. Dwie ostatnie nowości Wooleya datowane na rok 2015 przynoszą taką właśnie porcję doświadczeń. Najpierw trzecie ujawnienie jego stałego zespołu, eksplorującego muzykę skomponowaną. O ile dwa pierwsze edycje, odpowiednio kwintetu i sekstetu, eksplorowały niuanse kompozycji Wooleya, o tyle najnowsza „(Dance to) The Early Music” (Clean Feed) skoncentrowana jest na kompozycjach… Wyntona Marsalisa (jakże zatem adekwatny tytuł wydawnictwa). O ile pierwszy utwór, w szybkim metrum, ze świetnym solem Nate’a dawał nadzieję, że muzyka Marsalisa będzie jedynie zaczynem konstruktywnej free jazzowej petardy, o tyle kolejne minuty szansy takiej tę płytę skutecznie pozbawiły. Bez emocji, bez myśli przewodniej, bez specjalnego pomysłu. Trzecia płyta tego składu (m.in. znów Moran, także Harris Eisenstadt), trzecia porażka. Muzykę komponowaną Wooleya i jego free improv produkcje dzieli prawdziwa przepaść, tyle estetyczna, co jakościowa i – mimo czynionych przeze mnie od lat prób wyjaśnienia przyczyn tego stanu rzeczy – całkowicie niewytłumaczalna.



W sumie możnaby w tym momencie zastosować nowoczesną dziennikarską metodę szybkiego pisania czyli Kopiuj-wklej i powyższymi epitetami -  bez ryzyka szczególnie dotkliwego błędu -  opatrzyć kolejną ubiegłoroczną świeżynkę, czyli duet Wooleya z Kenem Vandermarkiem, opatrzony tytułem „All Direction Home” (Audiographic Records). Panowie przytargali do studia teczki skoroszytów zapisanych nutkami i przez godzinę pięknie przynudzają. Strata czasu.

Na koniec, by nieco podnieść nastrój tego posta i lekko podgotować krew w naszych free improv’ głowach, przypomnienie dwóch płyt Nate’a Wooleya z roku 2012, którego podówczas znalazły się na moim corocznym The Best Of.



Najpierw powrót do przywołanego na wstępie Paula Lyttona i jego wspólnych płyt z Wooleyem – wydawnictwo “The Nows” (Clean Feed), z gościnnym udziałem Ikue Mori i Kena Vandermarka. Absolutnie konkretna porcja free improv na poziomie nieosiągalnym dla większości śmiertelników. Weteran Lytton (przaśne perkusjonalia wspierane elektroniką) i młodziak Wooley (a wydawało się, że o możliwościach sonorystycznych trąbki wiemy już wszystko), w dwóch koncertowych setach (tudzież dyskach). W trakcie pierwszego z nich nasze tytuły wykonawcze ochoczo wspiera Ikue Mori (elektroniczne zabawki), zaś w trakcie drugiego w przeróżne rury dmie sam Ken Vandermark, udowadniając przy okazji, iż w swobodnej improwizacji ma jeszcze sporo do powiedzenia (a ja miałem ostatnimi laty sporo w tej kwestii wątpliwości). Posiadać koniecznie, słuchać często.



Na sam już koniec wątek portugalski i smakowite wydawnictwo RED Trio + Nate Wooley  „Stem” (Clean Feed). Last, but not least, bodaj największa niespodzianka roku 2012 na scenie free improvisation. Nie posądzałem Portugalczyków z RED Trio aż o taką wrażliwość estetyczną na polu muzyki swobodnie improwizowanej. Wszak z Johnem Butcherem rok wcześniej nieba nam nie uchylili nadmiernie. Może to wpływ Wooleya, który kolejną pozycją edytorską puka do bram wiecznej gloryfikacji, może inna chemia zadziałała… Wyszło naprawdę przednio.