Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carlos Zingaro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carlos Zingaro. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

The Portuguese’ impro way of live: Na Parede! Uivo Zebra! Faustino! Motian & More! Lencastre & Flak! Garuda Trio & Pinheiro!


Dziś krótka zbiorówka z muzyką improwizowaną z ukochanej Portugalii. Przed nami sześć albumów, z których aż cztery zarejestrowano w słynnym klubie SMUP w podlizbońskim Parede. Dokładnie tyle razy pojawi się na omawianych płytach basista i kontrabasista Hernâni Faustino. Dodajmy, iż trzy z prezentowanych albumów są wydawnictwami Phonogram Unit, labelu prowadzonego przez samych muzyków, a jedno nagranie zostało upublicznione w Belgii, pod szyldem, który także doskonale kojarzymy.

Zaczynamy od dość kameralnej, ale intensywnej impro-dramy, w której bierze udział pewien amerykański wiolonczelista (acz osiadły w Lizbonie) i równie nam znany szwajcarski gitarzysta. Potem, jak to często bywa w portugalskich produkcjach, będzie dużo jazzu (nawet z kompozycjami legend gatunku), odrobina gitarowo-saksofonowej abstrakcji i krótki, acz dosadny set solowy na kontrabas. Wśród wykonawców bez zaskoczeń – wszyscy znamy się jak łyse konie. So, welcome to the portuguese impro way of live!



 

Zíngaro, Stoffner, Lonberg-Holm & Madeira Na Parede (4DaRECORD, CD 2025)

SMUP, Parede, marzec 2023: Carlos Zíngaro – skrzypce, Florian Stoffner – gitara elektryczna, Fred Lonberg-Holm – wiolonczela oraz João Madeira – kontrabas. Cztery improwizacje, 42 minuty.

Zaczynamy od nagrania, które zostało upublicznione dość szybko po jego rejestracji, ale jedynie w plikach elektronicznych. Na trwały nośnik trafia dopiero teraz i to jest doprawdy wspaniała wiadomość. Swobodnie improwizowana opowieść na cztery instrumenty strunowe, to bowiem album wyśmienity.

Delikatne introdukcje z błyskiem post-baroku, deformowanego kreatywnością i pokrętną melodyką, kreślone są tu zarówno czystymi frazami, jak i tymi skąpanymi w błocie preparacji. Wszystkie, wyśmienicie unerwione, pozostają w stanie permanentnej interakcji. Trzy instrumenty akustyczne potrafią frazować w tak nieoczywisty sposób, brzmieć tak niecodziennie, iż w wielu momentach trudno jest wskazać, czy to dźwięk skrzypiec, wiolonczeli, czy wysoko zawieszonego, kontrabasowego smyczka. Niestandardowa gitara elektryczna buduje, co oczywiste, intrygujący kontrapunkt, niekiedy dysonans, ale potrafi też idealnie wklejać się w akustyczne strumienie dźwięków. Muzycy płyną w potoku ciągłych zmian - od spokojnego spaceru zielonym wzgórzem, przez ogniste spiętrzenia, aż po mroczne medytacje w głębokiej krypcie. W drugiej improwizacji osiągają doprawdy imponujące tempo, a wiele akcji nasączonych jest zaskakującą dynamiką. Z kolei w trzeciej odsłonie, najdłuższej, bodaj najpiękniejszej, pozwalają sobie dokładnie na wszystko. Z jednej strony jednoczą się w chóralnym śpiewie, z drugiej jęczą pod ciężarem wyjątkowo kreatywnych preparacji. W szczególnie intensywnych spiętrzeniach ratunkiem zdaje się być melodia, którą jest w stanie generować każdy, a która nadaje improwizacji wręcz uloty wymiar. Finałowa opowieść, która początkowo zdaje się płynąć w chmurach, nabiera intrygującej dynamiki, po czym grzęźnie w mule nerwowej nostalgii. Tu wyjściem z impasu jest efektowne, pożegnalne spiętrzenie. Brawura, emocje, nieskończone pokłady ekspresji – wszystkie gaśnie w sposób równie zmysłowy, jak efektowny.



 

Uivo Zebra Deus Montanha (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2021: Hernâni Faustino – bas elektryczny, instrumenty perkusyjne, głos, João Svayam – perkusja, instrumenty perkusyjne (także egzotyczne), głos oraz Jorge Nuno – gitara elektryczna, głos. Sześć improwizacji, 53 minuty.

Formacja Uivo Zebra dwie pierwsze płyty wydała w Polsce, w bocianiej inicjatywie wydawniczej. Teraz wraca pod portugalską flagą edytorską. W przeciwieństwie do poprzednich albumów muzyka tria intrygująco uspokaja się, artyści głębiej sięgają do psycho-rockowych medytacji, wielokrotnie płynąc pod prąd naszych oczekiwań i estetycznych skojarzeń. Efekt jest zaskakująco udany, co więcej Deus Montanha śmiało kandydować może do miana najlepszej płyty portugalskiego tria.

Początek albumu jest wręcz ambientowy, budowany czystym pasmem o syntezatorowym posmaku i tym brudnym, który ściele się po podłodze. W tle błyszczą tajemnicze perkusjonalia, a bas zaznacza swoją obecność flażoletami, z których po czasie kleci coś na kształt linearnej narracji. Perkusja i gitara biorą się do pracy dopiero pod koniec utworu, powodując, iż zakończenie się gęste i dość gorące. W drugiej części od startu zarysowany jest powolny rytm basu i perkusji. Gitara nie jest zainteresowana współuczestniczeniem, hebluje na boku i łyka coraz większe porcje kwasu. W drugiej części utworu pojawia się zaskakująca wokaliza, która wytrąca narrację z martwego marszu. W kolejnej odsłonie leniwy flow zdaje się trzymać artystów w gęstym mule. Prowadzi ich od mrocznej inicjacji wprost w smugę kosmicznego pyłu, który smakuje soczystą psychodelią. W czwartym utworze intensywnie pracują gitarowe przetworniki. Opowieść intrygująco pulsuje, nabiera kwasowej mocy i odpływa w niebyt niesiona perkusyjną pętlą. Otwarcie przedostatniej części spoczywa na etnicznie brzmiących perkusjonaliach. Gitara i bas stawiają na minimalizm, a rozkołysana opowieść pięknie ginie w mroku pogłosu. Finałowa improwizacja trwa ponad dziesięć minut i jest piękną, trzymaną na dramaturgicznym suspensie opowieścią pożegnalną – bas swobodnie pulsuje, gitara nabiera dubowej poświaty, a perkusja krąży nad nimi niczym sęp nad gnijącym trupem.




Hernâni Faustino Hide and Seek (Robalo Music, CD 2025)

Penh Asco Arte Cooperativa, listopad 2023: Hernâni Faustino – kontrabas. Jedna improwizacja, 25 minut.

Najsłynniejszy portugalski, improwizujący basista przesiada się teraz na kontrabas i prezentuje nam krótkie, acz nasiąknięte jakością i kreatywnością dzieło solowe. Jednotrakowe nagranie pokazuje pełne oblicze artystyczne Faustino, który równie dobrze czuje się w post-jazzowym pizzicato, jak i w abstrakcyjnym, niekiedy siarczyście melodyjnym arco.

Na starcie artysta pokazuje szeroką paletę swoich możliwości – jego brudny smyczek skacze po strunach, głaszcze je, uderza i poleruje, a on sam, raz za razem, owe struny szarpie palcem wskazującym. Także portfolio fraz silnie preparowanych jest tu bardzo bogate – struny skomlą, poddawane są bolesnym otarciom, a wszędzie wokół panoszą się strzępy zapomnianych melodii, szorstkich, matowych, dojmująco pięknych. Pudło rezonansowe potrafi cierpieć, a smyczek być ostrym jak brzytwa. Od swobodnej agresji po kompulsywną mozolność, od krzyku po odgłos mrocznej ciszy. Po sześciu minutach muzyk zapada się w tej ostatniej, po czym wynurza na powierzchnię soczystym, tanecznym post-barokiem, który natychmiast macza w gęstym oleju. Hernâni świetnie dawkuje tempo, odpowiednio porcjuje emocje i choć lubi zmiany, struktura jego opowieści jest dramaturgicznie stabilna. Nie brakuje w niej post-jazowych westchnień, filigranowych flażoletów, ale także wybuchów ekspresji i mrowia soczystych preparacji. W końcowej fazie nagrania, które jest koncertem, nie brakuje melodii granych obiema technikami. Samo zakończenie uformowane jest w dron, który odbywa drogę od minimalizmu do tanecznej, masywnej mięsistości.

 


 

Motian & More Gratitude (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2022 (utwory 1-2), BOTA, Lizbona, marzec 2023 (3-5): José Lencastre – saksofon tenorowy, Pedro Branco – gitara elektryczna, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Pięć kompozycji (Thelonious Monk, Paul Motian), 53 minuty.

Portugalia kocha jazz! Wiemy to z niejednej opowieści. Tym razem bez dróg na skróty – jeden evergreen Monka i cztery kompozycje Motiana. Tematy, improwizacje, rozciągnięte niekiedy do nastu minut i kody. Rzecz definitywnie dla fanów gatunku, ale my, starzy wyjadacze free impro, śmiało możemy pochylić nad nią nasze zmęczone receptory słuchu. Zwłaszcza, że personalnie mamy tu prawdziwy kwiat portugalskiego jazzu i stylistyk pokrewnych.

Misterioso Monka szyte jest zgrabną synkopą, a nasączone dziarskim bluesem na każdym etapie narracji. Pierwszy z utworów Motiana muzycy rozciągają do dwóch dziesiątek minut. Saksofonowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie, a potem zejście w kameralny minimal z intrygująco wystudzonymi melodiami. Dobrze unerwiony finał sporo tu rekompensuje. Trzecią historię otwiera efektowne solo kontrabasu. Rozwinięcie znów jest dynamiczne, podane z zębem, a potem … ponownie zatopione w nieco przydługiej balladzie. W kolejnym Motianie króluje połamany rytmicznie blues. W ostatniej kompozycji muzycy pomieścili chyba najwięcej jakości. Opowieść osadzona jest w rytmie samby, gitarzysta gra soczystego rocka, a akcje pozostałych muzyków też noszą znamiona ekspresyjnych. Zdrowe emocje towarzyszą nam tu do ostatniej sekundy.




José Lencastre & Flak Cloudy Skies (Phonogram Unit, CD 2025)

Studio Alfarim, czas nieznany: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Flak – gitara. Czternaście utworów, 39 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Lencastre’a, który tym razem swobodnie improwizuje z gitarzystą o pseudonimie Flak, którego znamy także z licznych eksploracji elektronicznych. Muzycy na albumie pomieścili aż czternaście opowieści, w większości sprawiających wrażenie fragmentów większych całości. Mnożą zatem wątki, nie brakuje im pomysłów, ale nagranie z pewnością byłoby bardziej interesujące, gdyby z owych czternastu opowieści wybrać 5-6 i ciekawie rozwinąć pod względem dramaturgicznym.

Lencastre jest definitywnie zwierzem jazzowym i pokazuje to na każdym kroku – lubi melodię, po frazy preparowane sięga rzadko, ale gdy już to czyni, mają one smak i są dobrze posadowione w strumieniu narracji. Flak jako gitarzysta wydaje się kolorowy, niczym dziecięcy kalejdoskop. Nie stroni od ambientu, na których sadowi intrygujące frazy, niekiedy preparowane, niemal elektroakustyczne, bardzo skromnie sięga po jazz, czasami blues, równie rzadko kieruje się w kierunku ekspresji rocka. Dobrze dba o dramaturgię, daleki jest od nadmiaru ekspresji, udanie kontrapunktuje melodyjnego saksofonistę. W tyglu 2-4 minutowych opowieści na rozwinięcie zasługiwałoby kilka z nich. Trzecia wprowadza elementy percussion, które budują ciekawy, gitarowy flow. W ósmej narracja ma dalece nerwową powłokę, a minimal gitary skonfrontowany jest z zadziornym dęciakiem. W dziesiątej części muzycy kreują opowieść ze strzępów fonii - najpierw imitują się, a potem niesieni melodią nabierają wigoru. W odcinku jedenastym frazują wysoko, dbają o tempo i hamują z piskiem opon. Wreszcie w opowieści dwunastej gitarzysta stawia na drobiazgi, flażolety, a saksofon cedzi frazy na efektownym wdechu.



 

Garuda Trio & Rodrigo Pinheiro Live at SMUP (A New Wave Of Jazz, DL 2025)

SMUP, Parede, marzec 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Dwie improwizacje, 51 minut.

Na zakończenie krótkiej, portugalskiej zbiorówki kolejna porcja jazzu, ale tym razem w bardzo swobodnej, rozimprowizowanej formie, który w wielu momentach koncertu przybiera szaty godne free music. Funkcjonujące od pewnego czasu trio koncertuje tu z gościem, który po prawdzie powoli staje się już czwartym do brydża w tym układzie personalnym. Same gorące iberyjskie nazwiska, zatem wszelką introdukcję uznać należy za zbędną. Koncert składa się z dwóch wielominutowych opowieści, z których ta pierwsza trwa dwa kwadranse z sekundami.

Muzycy budują narrację kolektywnie, bazując na szorstkim brzmieniu saksofonu, zrównoważonym, niekiedy post-klasycznym strumieniu piana z klawiatury i dobrze unerwionej sekcji rytmu, którą niesie melodyjny drive basu, śmiało kojarzący się ze estetyką Williama Parkera. Kierunek drogi artystów zdaje się wskazywać na free jazz, ale de facto do stanu gorącej kipieli nigdy nie dochodzi. W roli strażnika emocji występuje tu nade wszystko pianista, który dobrze kontroluje emocje i często wprowadza narrację w bezmiar spokojnego, kameralnego frazowania, zapraszany do akcji przez saksofonistę, który lubi schodzić na drugi plan lub całkowicie milknąć. Szczególnie udane jest drugie kameralne interludium pierwszego seta, gdy akcja kwartetu niesiona lekkim pianem staje się delikatnie rozmarzona. Finał pierwszego seta jest wyłącznym udziałem kontrabasu i perkusji. Z kolei otwarcie drugiej części spoczywa na saksofonie i kontrabasowym smyczku. Narracja kwartetowa formuje się na dobre dopiero po pięciu minutach. Drugi set na etapie rozwinięcia wydaje się bardzo stabilny pod względem dramaturgicznym. Znów melodyjny drive basu, kontrolujące piano, zadziorny saksofon i ogarniająca dynamikę perkusja. Dodatkowe emocje na etapie finalizacji dostarcza powracający smyczek, który schodzi nisko na kolanach, łapie brud w szprychy i wiedze kwartet na finałowe zatracenie.



 

piątek, 19 lipca 2024

Unknown Shore and The House Of Memory!


Na albumie sprytnie nazwanym Domem Pamięci czas płynie powoli, chciałoby się rzec, prawdziwie po portugalsku. Kameralna, pięcioosobowa podróż, pełna gracji, delikatności i rytuału skupienia. Opowieść, którą muzycy określili mianem instant compositions, czyli skomponowaną w czasie rzeczywistym poprzez improwizację. I być może cecha najważniejsza tego niebywale pięknego albumu – strategia niedosytu, niedopowiedzenia, tym samym … ogromu szacunku dla słuchacza. Wszak nie ma nic gorszego niż przegadana płyta, w trakcie nagrania której muzycy chełpią się mocą swojej bezgranicznej kreatywności i nie baczą na upływający czas. Co innego Portugalczycy, oni pokorę i empatię mają wpisaną w muzyczne (i nie tylko) DNA. I wiedzą doskonale, iż przez 35 minut można opowiedzieć naprawdę wiele, czasami całe życie.



 

Płyta składa się z dziesięciu krótkich opowieści, z których otwarcie i zamknięcie trwają po około minutę i są niechybnie najbardziej dynamicznymi fragmentami nagrania. Druga i trzecia historia, to pięknie zadumane, acz bystre i świetnie skonstruowane narracje. Tą, która szyje ścieg narracji pierwszej z nich zdaje się być nade wszystko pianistka, podczas, gdy towarzyszące jej instrumenty strunowe jedynie bulgoczą. Tuż obok swoje zmysłowe frazy kleci klarnecista. Całość chwilami sięga tu wszakże ekspresji godnej free jazzu. Zaraz potem prym zaczynają wieść rzeczone strunowce, które zanoszą się gromkim śpiewem. Niejako w tle pracuje tu minimalistyczne piano i wyjątkowo łagodny klarnet. W części czwartej emocje rosną! Nerwowa, rozdygotana opowieść najpierw niesiona jest ulotnością strings, potem doprawiona ekspresją czarnych klawiszy i dętym rechotem.

Piąta kompozycja sprawia wrażenie wystudzonej ballady. Post-klasyczne westchnienia fortepianu i strunowe zdobienia najpierw płyną do nas w krótkich frazach, potem w sekwencjach dronowych. Z kolei klarnet, dla kontrastu, sugeruje bardziej rytmiczne rozwiązania. Szósty utwór śmiało możemy nazwać albumowym szczytem jakości. To plejada dźwięków preparowanych, powstających zarówno na strunach wiolonczeli i skrzypiec, jak i fortepianu. Z chmury nieoczywistości lepi się tu zmysłowa, długodystansowa narracja. Siódma historia dla przeciwwagi stawia na rytm i dynamikę. Głębokie, kontrabasowe pizzicato, rozśpiewane skrzypce, zalotna wiolonczela. Emocje rosną, a puentą utworu jest piękny duet cello i delikatnego piana. W części ósmej dominuje mroczny klimat nerwowego dęciaka i piskliwych strunowców. W utworze dziewiątym karty rozdaje klarnet basowy, tym razem zaskakująco rozbawiony. Z kolei fortepian, nie po raz pierwszy tego wieczoru, stawia na moc czarnej części klawiatury. Akcje strunowców płyną tu z oddali i zdają się stawiać znaki zapytania. Zaraz potem dynamiczne outro puszcza do nas oko i wieńczy album odpowiednią porcją nieco zadumanej ekspresji.

 

Unknown Shore with Carlos Zíngaro & Helena Espvall The House Of Memory (FSR, CD 2023). Unknown Shore: João Pedro Viegas – klarnet basowy, kompozycja, Silvia Corda – fortepian, kompozycja, Adriano Orru – kontrabas, kompozycja oraz goście: Carlos “Zíngaro” – skrzypce, kompozycja, Helena Espvall – wiolonczela, kompozycja. Nagrane w Namouche Studio, Lizbona, maj 2019. Dziesięć utworów, 35 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została onegdaj opublikowana



piątek, 26 stycznia 2024

Cirera & Prats! Duot with Strings!


Kataloński Duot, muzyczne dziecię saksofonisty Alberta Cirery i perkusisty Ramona Pratsa, żyje pełnią artystycznego życia już kilkanaście lat. W dorobku kilka wyśmienitych albumów, niezapomniany koncert na jednym z lokalnych, spontanicznych festiwali i tysiące wspólnych koncertów, także w wersjach poszerzonych (choćby z Andy Moorem).

Dokładnie dwa lata temu, w świetnie nam znanym obiekcie sakralnym w portugalskim Caldas Da Rainha, Katalończycy zagrali wspólny koncert z lizbońskim kwartetem smyczkowym ZARM (w składzie po części urugwajsko-niemieckim). Koncert okazał się być wspaniałym, zatem nic dziwnego, że trafia do nas obecnie w wersji płytowej. A że wydawcą jest polski label, to równie mało zaskakujące. Zatem z dygoczącym sercem i radością przemożną zaglądamy do środka strunowego albumu Duot!




Początek koncertu jest równie kameralny, jak mroczny. Strunowe drony, szmery z tuby saksofonu i deep drums płyną gęstą, leniwą struga aż do momentu, gdy pisk sopranu nie wskaże drogi do pierwszej eskalacji. Posmak free jazzu zostaje jednak efektownie stłumiony nad wyraz kolektywnym pociągnięciem za spust. Druga historia powstaje pod dyktando perkusji, której flow urokliwie kontrapunktowany jest przez kwartet smyczkowy. Sam dęciak wchodzi do gry dopiero po trzech minutach, niejako bocznymi drzwiami. Tymczasem improwizacja sięga ciszy i przez moment daje się nieść kontrabasowym preparacjom. Kilka urokliwie koślawych fraz dokłada też saksofon, po czym narracja, niesiona głównie ekspresją strings, sięga po post-barokową kodę. W trzeciej części preparacyjna aktywność sekstetu nadal daje się we znaki. Narracja dość szybko łapie bakcyla free jazzu i płynie swobodnym strumieniem, w którym najdelikatniejszym elementem okazuje się niepodziewanie saksofon sopranowy. Nie sposób nie odnotować w tej fazie koncertu niebywałych emocji po stronie perkusisty.

Czwarta improwizacja syci się rezonującymi dźwiękami, generowanymi nie tylko przez perkusyjne talerze. Post-kameralna zagrywka dostaje tu skrzydeł dzięki aktywności perkusji (a jakże!), z kolei gaśnie za sprawą saksofonowego dronu. Piąta opowieść trwa najdłużej i niesie ze sobą moc fonicznych i dramaturgicznych atrakcji. Zaczynają strunowce, potem wchodzą nisko posadowione drums, wreszcie niesione emocjami, rozśpiewane skrzypce. Tymczasem saksofonista skupia się na brudnych, gęstych wydechach. Free jazzowe życie znów daje improwizacji drummer. Narracja przygasa na moment za sprawą smutnych melodii strunowych, ale po chwili znów eksploduje. I jeszcze schodzi w mroczną strefę free chamber. Czegóż można chcieć więcej? Nerwowa końcówka płynie wieloma strumieniami – strunowymi dronami, śpiewającymi talerzami i cyrkulacyjnym sopranem. Cóż za emocje! Z kolei koncertowa koda lepi się drżących, wystudiowanych fraz, ale także nabiera wigoru w chwili, gdy perkusista włącza tryb dynamiczny. Finał skrzy się od kolejnych emocji i natrafia na absolutnie zasłużone oklaski.

 

Duot & ZARM Ensemble Duot with Strings (Fundacja, Słuchaj!, CD 2023). Duot: Albert Cirera – saksofony oraz Ramon Prats – perkusja oraz ZARM Ensemble: Carlos “Zingaro” – skrzypce, David Alves – skrzypce, Ulrich Mitzlaff – wiolonczela oraz Alvaro Rosso – kontrabas. Nagrane w Igreja do Espírito Santo, Caldas Da Rainha, grudzień 2021. Sześć improwizacji, 41 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl, ale ... wiele wskazuje na to, iż nie została jeszcze opublikowana 



piątek, 3 listopada 2023

A New Wave of Jazz’ fresh outfit: Hunt At The Brook! Zwosch, Zwosch, Zwosch!


Wczesnojesienne premiery belgijskiego A New Wave Of Jazz przynoszą dwa albumy pomieszczone na trzech kompaktowych dyskach. Z jednej strony kwiat brytyjskiego free improv w wydaniu dalece międzypokoleniowym, z drugiej - pierwsze w pełni portugalskie nagranie w dziejach labelu.

Album londyński zawiera dwa nagrania z roku 2019 – kwietniowe, poczynione w trio uformowane przez często goszczących na tych łamach muzyków młodego-średniego pokolenia, czyli Toma Jacksona, Benedicta Taylora i Daniela Thompsona oraz majowe, zrealizowane w kwartecie, który skonsolidował się dzięki poszerzeniu rzeczonego tria o legendę gatunku, flecistę Neila Metcalfe’a. Nagranie portugalskie także łączy pokolenia – stworzyła je ikona improwizacji tamtej części świata, czyli Carlos Zingaro oraz młodsza i nieco starsza młodzież w osobach Guilherme Rodriguesa & José Oliveiry.

Swobodna improwizacja na najwyższym poziome, to norma labelu prowadzonego przez Dirka Serriesa. Zaglądamy zatem do środka!



Hunt At The Brook Again

Nagranie kwietniowe, to trio złożone z klarnetu, gitary akustycznej i altówki, posadowionych w takiej kolejności, od lewej do prawej strony naszego spektrum odsłuchowego. Na zagranie sześciu improwizacji muzycy potrzebują ponad 50 minut.

Początek, to swoiste small talks zalotnego klarnetu, na poły śpiewnej altówki i minimalistycznej gitary, która cedzi strzępy akordów. Muzycy dość szybko lepią z tego dalece emocjonalną narrację, świetnie na siebie reagują. Druga opowieść zdaje się być odrobinę mroczna, z jednej strony tworzą ją minimalistyczne szumy i szelesty, z drugiej post-melodyjne westchnienia. Improwizacja z każdym krokiem nabiera jednak mocy, a prawdziwie urokliwą ognistość osiąga po 10 minucie. Ekspresja nabiera tu niemal rockowych barw, szczególnie na strunach altówki. Trzecią opowieść zagaja gitara, altówka trzeszczy w szwach, a klarnet snuje kameralne melodie. Artyści przypominają teraz trzy gołębie usadowione na kolczastym drucie. Najpierw skaczą, potem gasną w obłoku post-melodii i strzępów dźwięku. W czwartej części muzycy serwują nam emocje od pierwszej sekundy. Altówka i klarnet niemal krzyczą, gitara z kolei stawia stemple. Improwizacja faluje niczym wzburzony ocean, bywa, że nabiera post-romantycznego powietrza w płuca, bywa, że śle nam grad drobnych, preparowanych fonii. Początek piątej części jest definitywnie minimalistyczny. Bardziej żwawa narracja rozpoczyna się w momencie, gdy na gryfie altówki pojawia się plama brudu. Emocje rosną tu w postępie geometrycznym, ale gdy zajdzie taka potrzeba, droga od fire music do post-classic chamber trwać może ledwie kilka sekund. Ostatnia improwizacja wydaje się być niezwykle delikatna. Małe melodie i filigranowe szarpnięcia za struny budują tu jednak całkiem dynamiczną ekspozycję, niepozbawioną przybrudzonych, zadziornych fraz.

Hunt At The Brook with Neil Metcalfe

W maju muzycy spotykają się już we czwórkę, a instrumentarium zostaje uzupełnione o flet. Tym razem improwizacja składa się z czterech części i trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

Pierwsza improwizacja rodzi się z ciszy, wstaje z kolan wyjątkowo powoli. Altówka skrzypi, reszta załogi podśpiewuje pod nosem. Niektóre wątki zdają się tu brzmieć niemal klasycznie. Szczęśliwie opowieść nabiera jednak rumieńców i zaczyna toczyć się w estetyce, którą tak sobie cenimy. Dobre akcje, świetne interakcje, zadziorne frazy, wyłupiaste spojrzenia i uszy otwarte na każdy dźwięk. Narracja po kilku wzniesieniach tonie w mroku minimalizmu, ale to zdaje się jeszcze bardziej podkreślać urodę chwili. Po restarcie emocje zaczynają buzować, a improwizacja mienić się wszystkimi kolorami tęczy. Finał kilkunastominutowej opowieści, to morze wyjątkowo udanych interakcji. Kolejną część zaczynają samotne dęciaki, płynące bardzo kameralnym strumieniem. Strunowce w rekontrze ślą cięte riposty polepione w brudne frazy. Niewiele tu trzeba, by cały kwartet zatonął w ekspresyjnej, jakże kolektywnej akcji, nasyconej wszakże silnie molową melodyką. Opowieść ma jeszcze jedno efektowne spiętrzenie, zainicjowane przez nad wyraz aktywnego w tym akurat momencie gitarzystę. Trzecia improwizacja, równie leniwa na starcie, jak ta pierwsza, zdaje się wstawać z grobu. Brzmi mrocznie niczym surowa muzyka dawna. Dęciaki w żałobnych modlitwach, strunowce w roli pająków tkających coraz większą pajęczynę. Zdaje się, że każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk znajduje tu swoje miejsce. Po fazie dramaturgicznego rozwinięcia następuje piękna finalizacja, która płynie korytem melodii i smutku. Nagranie wieńczy czterominutowa koda, która zdaje się konsumować urodę wszystkich poprzednich epizodów. Wstęp gitary i fletu, rozwinięcie w pełni kolektywne. Zróżnicowana dynamika i dużo emocji na ostatniej prostej.




Zwosch, Zwosch, Zwosch

Portugalskie spotkanie miało miejsce w sercu lizbońskiego lata roku 2021. Kameralne, strunowe (skrzypce i wiolonczela), ale pełne zaskakujących emocji, szczególnie dzięki bardzo aktywnej pracy perkusjonalisty, który nie stronił od rytmicznych, niekiedy całkiem dynamicznych akcji. Dodajmy, iż koncert jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym.

Już od startu perkusjonalista silnie akcentuje swoją obecność - zdaje się mieć w ręku mnóstwo przedmiotów, które jednocześnie wydają dźwięki, choćby miseczki wypełnione metalowymi kulkami. Wiolonczela budzi się do życia ze śpiewem na ustach, z kolei skrzypce naciągają wyjątkowo suche struny. Trochę akcji mechanicznych, garść rezonujących fraz i incydentalnie preparowane frazy ze strony każdego z muzyków. Perkusjonalista w tę różnorodną i wielogatunkową improwizację wkłada mnóstwo kreatywności, którą usytuować można w nieskończonych doświadczeniach free improv, z kolei skrzypek i wiolonczelista uzupełniają ów gatunkowy tygiel mnóstwem fraz post-barokowych, ale niekiedy wręcz bogactwem godnym renesansu. Narracja ma tu wiele faz, urokliwe skrzy się gęstymi porcjami ekspresji, innym razem chowa w ciszy i zdaje się wtedy produkować jeszcze piękniejsze frazy. Dużo mamy melodii, ale także zaskakujących sytuacji, gdy nagle wszystkie instrumenty brzmią niczym wataha dzikich perkusjonalii. Po 20 minucie napotykamy na szczególnie fascynujące wydarzenia – najpierw skrzypek i wiolonczelista siłują się ze strunowymi naciągami, a towarzyszy im nerwowy, szeleszczący perkusjonalista. Potem następuje skok w estetykę muzyki dawnej, bogaconej sekwencja gongów. Gdy cello niespodziewanie przechodzi w tryb pizzicato, improwizacja zaczyna nowe życie, przez moment stając się teatrem jednego aktora. Tuż potem, już w niedalekiej bliskości zakończenia, dostajemy porcję wyjątkowo pięknych, strunowych śpiewów, które doposaża w emocje niecierpliwy i znów niezwykle kreatywny perkusjonalista. Ta niebywała, choć jakże krótka podróż zwieńczona zostaje wspólnym, szczęśliwym dronowaniem.

 

Tom Jackson, Neil Metcalfe, Benedict Taylor & Daniel Thompson Hunt At The Brook with Neil Metcalfe (2CD 2023). Tom Jackson – klarnet, Neil Metcalfe – flet (tylko dysk drugi), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Nagrane w Stamford Brook, Londyn, kwiecień 2019 (dysk pierwszy) i maj 2019 (dysk drugi). Łącznie dziesięć improwizacji, 97 minut.

Carlos Zingaro, Guilherme Rodrigues & José Oliveira Zwosch, Zwosch, Zwosch (CD 2023). Carlos Zíngaro – skrzypce, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz José Oliveira – instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Festival DME - Lisboa Incomum, Lizbona, lipiec 2021. Jedna improwizacja, 32 minuty.

 

 


piątek, 6 maja 2022

The Phonogram Unit’ fresh outfit: Common Ground and Hyper.Object!


Portugalski label Phonogram Unit, założony przez lokalnych muzyków z Lizbony ledwie dwa lata temu, doczekał się już dziesiątego wydawnictwa! Gratulacje zatem za przedsiębiorczość, operatywność, no i nade wszystko za świetną muzykę. Profil wydawnictwa, to swobodnie improwizowany jazz (jeśli tak karkołomnej formuły moglibyśmy użyć!), który incydentalnie wspiera się psychodelicznymi emocjami, kameralną zadumą, tudzież garścią elektronicznego oprzyrządowania. Te dwa ostatnie tropy odnajdujemy na dwóch wiosennych premierach tego wydawcy.

Najpierw sięgniemy po Common Ground, combo dowodzone, przynajmniej w aspekcie tytularnym, przez José Lencastre’a, które bardzo zgrabnie balansuje na granicy free chamber i free jazzu. Potem pochylimy ucho nad swobodnie improwizującym, akustycznym kwartetem post-jazzowym, który delikatnie nadgryzany jest zębem bardzo inteligentnej i minimalistycznej elektroniki, kierowanej przez piątego członka formacji Hyper.Object. Zapraszamy zatem na dwa improwizowane spotkania w pięknej Lizbonie. Dodajmy, iż obie płyty dostępne są w formacie CD.

 


José Lencastre  Common Ground

Namouche Studios, listopad 2021 roku i kwintet z składzie: José Lencastre – saksofon altowy, Carlos Zíngaro – skrzypce, Clara Lai – fortepian, Gonçalo Almeida - kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Muzycy przygotowali dla nas pięć improwizacji (all music by the musicians), które trwają 43 minuty.

Artyści budują improwizację otwarcia długimi frazami. Kontrabasowy smyczek, skrzypce i saksofon pną się po smukłym płaskowyżu, kreując dalece zatrwożone chamber, które szuka pierwszych emocji. Pojawiają się perkusyjne szczoteczki, a piano zdaje się pozostawać w obłoku ciszy (po prawdzie będzie tak do samego końca utworu). Opowieść gęstnieje po portugalsku, jakże powolnym strumieniem. Po kilku minutach kontrabas przechodzi w tryb pizzicato i zaczyna budować zręby bardziej dynamicznej narracji, dodajmy, z drobnym wsparciem perkusji. Skrzypce podłączają się bystrym zaśpiewem, saksofon zdaje się czynić dokładnie to samo. Improwizacja nabiera mocy i jazzowych atrybutów. Sekcja rytmu pręży muskuły, a wystudzony saksofon szuka okazji do zwady. Opowieść efektownie gaśnie tuż przed upływem jedenastej minuty. Na starcie drugiej części pojawia się piano, zdecydowanie już rozbudzone, niepozostawiające wątpliwości, iż jest z nami na studyjnej scenie. Bystry kontrabas i perkusja wraz z nim budują energiczny, jazzowy flow. Skrzypce i saksofon wchodzą do gry po kilku długich pętlach i zdają się dodatkowo podnosić temperaturę narracji, która i tak jest już dość rozgrzana. Kwintet bez trudu osiąga tu intensywność free jazzu, smukłą, wręcz elegancką, niczym stado koni w galopie. Każdy z muzyków improwizuje teraz nad wyraz swobodnie na własny użytek (szczególne brawa dla saksofonu), ale flow nie traci nic z atrybutów kolektywności. Zakończenie improwizacji, podobnie jak początek, spoczywa na barkach sekcji rytmu. Trzecia opowieść budzi się do życia w mrocznej aurze, przesyconej nerwowymi podrygami skrzypiec. Piano w formule inside, głęboko zakopany w ziemi kontrabas, pośpiewujący pod nosem saksofon – wszyscy zdają się tu szukać inspiracji do bardziej energicznych zachowań. Jakże typowy dla tego nagrania przykład post-chamber, które szuka ekspresji free jazzu, napotykając po drodze na masę efektownych przeszkód.

Kolejna opowieść także powstaje z mroku, a na starcie tworzą ją głównie piano i mięsiste, nisko zawieszone pizzicato kontrabasu. Pod kameralny motyw podłączają się rozhuśtane skrzypce i saksofon, któremu jak zwykle donikąd się nie śpieszy, wreszcie kreśląca duże pętle perkusja. Improwizację kreuje tu pewien dysonans emocjonalny – nerwowe jak zwykle skrzypce i kojący emocje saksofon. Kilka ciekawych, post-klasycznych fraz dodaje także pozostające w tle piano. Narracja zyskuje na dynamice i sięga po bardziej jazzowe rozwiązania, cały czas wszakże unosi się nad nią ponadgatunkowy powiew świeżości. Finałowa improwizacja odbywa się pod jurysdykcją skrzypka i kontrabasisty, którzy snują rzewne, smyczkowe opowieści, niepozbawione post-barokowego posmaku. Piano sięga do środka, pracują perkusyjne talerze, a smutny, wytłumiony saksofon wskazuje dalszą drogę dla tej pięknej, dość minimalistycznej ballady. Narracja po kilku chwilach pęcznieje, głównie za sprawą fermetującego smyczka kontrabasowego, zdobiona zaś jest frazami inside piano i saksofonowymi podmuchami. Przygasa równie efektownie!

 


Hyper.Object  Inter.Independence

Timbuktu Studio, wrzesień 2020 roku i kwintet w składzie: Rodrigo Pinheiro – fortepian, João Almeida – trąbka, Carlos Santos – elektronika, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Tym razem sześć improwizacji (all music by the musicians), a łączny ich czas, to 49 minut.

Improwizacja otwarcia trwa niewiele ponad trzy minuty i zgrabnie łączy elektroniczne frazy z open jazzowymi, dynamicznymi i jakże akustycznymi improwizacjami. Utwór zwie się Glitch, co świetnie oddaje elektroakustyczną aurę nagrania. Kolejne części mają już zdecydowanie bardziej rozbudowaną formę. Druga zaczyna się kontrabasowym syczkiem. W tle kapie woda (z laptopa?), coś oddycha (trąbka!), ktoś dotyka krawędzi werbla. Spokojna, swobodna improwizacja z basem na czele, której zdecydowanie bliżej do kameralnej ciszy niż jazzowego zgiełku - łkająca trąbka, piano z klawisza, odrobina perkusyjnych preparacji. Całość z czasem lekko się nadyma, nie bez udziału elektronicznej chmury, zawieszonej w tle. Trzecia opowieść w fazie startu tkana jest z drobiazgów – dźwięków arco & pizzicato, trębackich preparacji (brawo!), niebanalnych uderzeń w czarne i białe klawisze, tudzież perkusyjnych ozdobników. Całkiem abstrakcyjna improwizacja, znów nieco oddalona od jazzowego idiomu początku. Kolektywna opowieść, ledwie muskana syntetycznymi zdobieniami.

W kolejnej części słyszymy elektronikę już od samego początku, gdy buduje efektowną, ale bardzo delikatną ścianę ambientu. Akustyczne frazy open jazzu świetnie konweniują z taką strukturą - post-klasyczne frazy piano, lśniące talerze, ciepła, ale niepokojąca trąbka, równie delikatny bas. Muzycy snują leniwą opowieść, zadają sobie pytania i otrzymują zgrabne odpowiedzi. Ponadgatunkowa ballada pachnie kameralistyką z racji świetnej roboty smyczka, ale wraz ze wzrostem dynamiki osiąga parametry swobodnego jazzu. Duże brawa za te chwile dla pianisty! Piątej opowieści stawiamy najwyższą ocenę w zestawie, nie tylko dlatego, że jest najdłuższa (prawie trzynaście minut). Zaczyna się bardzo minimalistycznie – prychanie trąbki, pojedyncze klawisze piana i szelest elektroniki na backgroundzie. Na flankach szeleszczą perkusjonalne akcesoria, być może także pudło rezonansowe kontrabasu ma w tym swój udział. Narrację właściwą prowadzi trąbka, wspierana pomrukiem smyczka. Całość efektownie narasta także dzięki coraz aktywniejszemu drummingowi. Na moment piano milknie, a akustyczne trio sięga po emocje free jazzu. Potem dostajemy trio bez trąbki i obserwujemy efektowny skok w bezmiar stylowego open jazzu, aż po drobne spiętrzenie dramaturgiczne. Trąbka powraca na final i reasumuje dokonania całego kwintetu. Finałowa improwizacja, to szyta wewnętrzną harmonią post-jazzowa ballada, zdobiona zarówno mrocznymi, jak i dużo jaśniejszymi barwami. Miękka akustyka i zmysłowa poświata elektroniki, głęboko osadzony smyczek i rzewne frazy trąbki. Zakończenie niesie całe pokłady spokoju i wyciszenia.



wtorek, 6 kwietnia 2021

Marta Warelis, Carlos Zíngaro, Helena Espvall and Marcelo dos Reis in Turquoise Dream!


Świat muzyki improwizowanej jest jeden! Wiemy o tym doskonale, ale cieszymy się każdym dowodem w sprawie!

Portugalski label JACC Records po pewnym drobnym, edytorskim przestoju, od wielu miesięcy dostarcza nam same smakowitości. Nie dalej, jak w ubiegłym miesiącu zachwycaliśmy się na tych łamach kwintetem Fail Better! Dziś nasze ucho i oko pochylamy nad kwartetem bez nazwy, który wspaniale dowodzi tezy zainicjowanej w pierwszym zdaniu tego tekstu. Oto bowiem w jego składzie odnajdujemy Polkę od lat rezydującą w Holandii, Szwedkę z amerykańskim paszportem, ostatnio skoncentrowaną na nagrywaniu w Lizbonie, wreszcie dwóch Portugalczyków, których pokoleniowo dzieli niemal wszystko, zaś artystycznie prawie nic – obaj są wyśmienitymi improwizatorami. To samo, co oczywiste, powiedzieć możemy także o towarzyszących im Paniach.

Nagranie o uroczym tytule Turquoise Dream stworzyli dla nas: Marta Warelis na fortepianie, Helena Espvall na wiolonczeli (nie bez tzw. efektów), Carlos “Zíngaro” na skrzypcach (jego second name bywa brany w cudzysłów, albowiem, to jego pseudonim artystyczny), wreszcie Marcelo dos Reis na gitarze akustycznej, muzyk, który fantastycznie spaja pod względem personalnym dwie tegoroczne nowości JACC Records. Płyta (wydana na CD) nagrana została w październiku 2019 roku w trakcie festiwalu Jazz ao Centro, składa się z pięciu swobodnych improwizacji, trwa zaś niewiele ponad 40 minut. Zapraszamy na wyjątkowy spektakl zmysłowej, wyzwolonej i bezczelnie piękniej kameralistyki!

 


Koncert rozpoczynają drobne dźwięki strunowe, które zdają się nieść za sobą obłok amplifikacji (z wiolonczeli?). Towarzyszy im kilka fraz z klawiatury i delikatnie szarpane struny skrzypiec i gitary. Muzycy prowadzą bardzo rozważną grę wstępną, kontrapunktowaną popiskującymi skrzypcami. Oto delikatnie rozdygotane, emocjonalne chamber, kreowane molekularnymi frazami. Małe strunowce śpiewają, gitara, posadowiona centralnie i na ogół odpowiadająca za dramaturgię, kreuje coś na kształt rytmu, a klawisze piana wtórują jej nad wyraz konsekwentnie. Na finał pieśni otwarcia wszystkie instrumenty plotą frazy w trybie pizzicato (preparowane piano chyba też!). Druga opowieść budowana jest jeszcze delikatniej. Być może każdy z muzyków ma teraz w rękach smyczek! Beauty dark chamber, rezonujące każdym przedmiotem, jaki znajduje się na scenie, malowane jest tu wyjątkowo małym pędzlem, ale dość gęstą farbą. Każdy z muzyków szoruje po strunach, niczym czarnoksiężnik w miłosnych zalotach! W połowie improwizacji gitara i cello zmieniają technikę gry. Strunowce snują meta melodyjne frazy, ale z dna fortepianu zaczynają docierać do nas bardzo tajemnicze odgłosy. Źródła niektórych dźwięków nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać, w zasadzie pewni możemy być jedynie tego, co czyni gitarzysta. Na zakończenie najdłuższej części muzycy zmysłowo bawią się z ciszą. Gitara śle minimalistyczne grepsy, część dźwięków popada w imitację, inne stanowią bystre riposty.

Trzecią część koncertu otwiera gitara, która szyje flow dość dynamicznymi frazami. Piano z klawisza, ale nie bez preparacji i nastawione post-barokowo cello też budują nerwowy strumień dźwiękowy, zapowiadający burzę z piorunami. Opowieść stawia na intensywność, a nawet pewien rodzaj hałasu. Gitara wpada w wir akcentów post-flamenco, a wyjątkowo roztańczone skrzypce kreują dość intrygujący dysonans. Muzyka pnie się ku górze, każdy z muzyków zdaje się pracować swoim tempem, budować własne emocje, ale całość ekspozycji świetnie się zazębia. Improwizacja gaśnie całkiem naturalnie, ale w kilku etapach, jakby muzycy nie chcieli tego wątku koncertu w ogóle sfinalizować. Czwartą część otwiera drobiazgowa i delikatna ekspozycja skrzypiec. Pozostałe instrumenty systematycznie podłączają się do gry, a każdy z nich śle małe plejady short-cuts, które efektownie korelują ze sobą. Pojawiają się akcenty percussion, zarówno ze strony gitary, jak i piana. Mnóstwo drobnych dźwięków zdaje się pozostawać w nieustannym ruchu, krążyć jak wolne elektrony wokół jądra atomu. Z czasem opowieść porządkuje repetująca gitara. Ostatnie dźwięki, to mały festiwal imitacji - wszyscy szemrają po kątach bliźniaczymi frazami.

Początek ostatniej części tego niezwykłego koncertu spowija mrok tajemniczych fonii. Struny jęczą, czarne klawisze piana stawiają zagadkowe stemple, gitara cedzi dźwięki przez zęby. Narracja właściwa powstaje tu pod delikatnym dyktatem pianistki. Emocje rosną, a całość zdaje się skrzyć post-romantycznymi plamami dźwięków. Jakby wszyscy śpiewali piosenkę w molowej tonacji. Opowieść z czasem zaczyna szukać swojego końca, ale gitara zgłasza zdanie odrębne. Mąci flow, jakby chciała zasiać ziarno nowej intrygi. Tuż przez końcem koncertu, improwizacja niespodziewanie nabiera post-klasycznego posmaku. Wyjątkowo uporządkowana gitara napotyka tu na źdźbła dźwięków z piana i czyste półfrazy małych strunowców. Flow gaśnie bardzo spokojnie, ale emocje towarzyszą nam aż do momentu nastania całkowitej ciszy.

 

 

piątek, 25 maja 2018

Cròniques d'Albert Cirera. L'últim episodi! Kroniki Alberta Cirery. Epizod ostatni!


Dziewięciu na dziesięciu muzyków improwizujących, zapytanych w jakiej formule osobowej najlepiej uprawia im się ich ukochany free improve, odpowie – w duecie!

Być może każdy z nich ma w tym zakresie całkiem indywidualne uzasadnienie, ale fakt statystyczny nie podlega dyskusji.

Naprawdę nie wiem, co musi się stać, by duet był naprawdę udany. Ale w przypadku duetów, to dla mnie najlepszy sposób na poznanie muzyka i tworzenie naprawdę nowej muzyki. Duet to bezpośrednia rozmowa, bezpośrednia wymiana i konfrontowanie wzajemnych pomysłów. Czy duet działa, czy jest świetny, czy też nie działa, natychmiast to czujesz. Jak do tej pory wszyscy muzycy, z którymi gram są świetni i jestem bardzo zadowolony z tego, jak zmieniają się pomysły w trakcie grania z tym, czy innym muzykiem i jak każdy z nich pokazuje mi nowe ścieżki lub nowe sposoby słuchania, grania i tworzenia.

To słowa katalońskiego saksofonisty Alberta Cirery. Uważni Czytelnicy Trybuny doskonale znają tego muzyka, a także większość jego nagrań. Być może – subiektywne zdanie redakcji – najlepszymi, jak do tej pory, nagraniami tego muzyka są jego duety, a w szczególności doskonała seria Cròniques. Jej cztery zasadnicze części (2015-16) zostały na tych łamach dogłębnie przeanalizowane (patrz: tutaj).

Tymczasem jesienią ubiegłego roku, Cirera zebrał partnerów z czterech części serii - Olle Vikströma, Ulricha Mitzlaffa, Alvaro Rosso i Carlosa Zingaro – na okolicznościowym koncercie. Zagrał z nimi ponownie w duecie, a na końcu spotkania cała piątka kolektywnie i nad wyraz swobodnie improwizowała. Szczęśliwie efekt sceniczny działań owego kwintetu jest od kilku tygodni dostępny w ujęciu fonograficznym i za moment zostanie przez nas omówiony. Recenzję tej dość krótkiej płyty uzupełnimy wrażeniami Pana Redaktora z ponownego odsłuchu Kronik 1-4, ale tym razem w wersji skróconej. Stosowna bowiem kompilacja kilka miesięcy temu ukazała w formacie CD.




Albert Cirera/ Olle Vilkström/ Ulrich Mitzlaff/ Alvaro Rosso/ Carlos “Zingaro” Cròniques 5: Ao Vivo! (Discordian Records, 2018, tylko elektronicznie)

Koniec października roku ubiegłego, Portugalia, miejsce określone jako Museo Malhoa, Caldas de Rainha. Saksofon tenorowy i sopranowy, saksofon barytonowy, violincello, kontrabas i skrzypce – muzycy w kolejności, w jakiej widnieją na okładce płyty. 28 minut opowieści w jednej części, która ma tytuł własny – Cut Down at Caldas de Rainha.

Introdukcja przy wtórze całujących się saksofonów, które brutalnie kontrapunktowane są przez grzmoty kontrabasu. Pozostałe strunowce wchodzą do gry równie podekscytowane. Zawieszone oddechy i napięcie na sali koncertowej, po obu stronach sceny. Gęste suwnice dźwięku, ostre struny, tuby wystawione na sonorystyczną batalię. Sopran po lewej, baryton po prawej, struny w samym zaś środku. Agresywna, dosadna ekspozycja silnie pobudzonych instrumentalistów (zapewne poprzedzające ten występ duety były niezwykle gorące). Rodzaj wojującej kameralistyki, pełnej buntu przeciwko wyborom oczywistych rozwiązań dramaturgicznych. Niechby nawet spalić tę filharmonię! Trudno nie dostrzec w tym tyglu emocji, wiodącej roli Alberta Cirery. Wszak to jego wieczór, jego skromny tribute. Jakkolwiek z całej piątki chwilowo jedynie Ulrich zdaje się być mniej zauważalny. Dużo dynamiki w dyszach większego z saksofonów (8 minuta, brawo Olle!). Znów brutalny smyk Alvaro, śpiewy i tańce Carlosa, rockowy smak w ustach Ulricha. Gęsta, narowista, ekspresyjna narracja. Prawdziwy konkret free improve! Tu nawet, na rogach free jazzu! Co za eskalacja! Pięć pijanych na umór gotyckich symfonii niepokornych dźwięków! Alvaro szarpie, Carlos podskakuje, ale to dwa dęciaki skomlą najdosadniej i ciekawie porządkują błyskotliwy chaos swobodnej improwizacji, wspierane przez walking kontrabasu (12 min.). Znów skrzypce budują dodatkowe spiętrzenie narracji, tu także z pięknym komentarzem saksofonów, które kreują samodzielne, tłuste potoki świadomości (brawo!). Ulrich też zdaje się rwać już włosy z głowy i budować urokliwy, gęsty pasaż. Oj, dużo się dzieje, recenzent nie nadąża z notowaniem! 15 minuta i nasza kwaśna filharmonia płonie już na całego! Smyki szczytują, pot tryska po ścianach! Od 18 minuty muzycy zaczynają lepić się do siebie, budować wspólne wielogłosy, kreować cudowną florę dłuższych, ciągnionych dźwięków. Jakże piękny moment, którego efekt wzmagają preparacje Cirery. Struny goreją, wokół pełno krwi! Dialogi, pyskówki, wymiany rozbieżnych punktów widzenia! Foniczna ekstaza spowija postać upoconego recenzenta. 23 minuta i nagłe, acz perfekcyjne stopowanie. Duet kontrabasu i barytonu. Trwający komentarz Cirery. Wiszący pod nieboskłonem Zingaro.  Rodzaj finałowego falowania narracji. Dużo groźnych, bezczelnych, niskich ekspozycji. Szczególnie kontrabasu i saksofonów. Długie dźwięki, faza rozwarstwienia. Cirera znaczy teren, jak pijany kocur. Wonderful! Ostatni dźwięk jest dość nagły i raczej niespodziewany. Nożyce edytora chyba delikatnie omsknęły się z pulpitu…




… A jak mogły wyglądać duety Cirery z każdym z muzyków kwintetu, które miały swój artystyczny byt parę chwil przed właśnie co omówionym koncertem? Z pewnością reprezentowały poziom, jaki wyznaczyli sobie muzycy w trakcie studyjnych spotkań duetowych, które miały miejsce w Portugalii w latach 2015-2016. Od ubiegłego roku, dzięki staraniom samego Cirery, dostępny jest dysk, który kompiluje nagrania z czterech niezwykłych duetów. Zwie się Les Cròniques (Discordian Records, 2017, CD). Zajrzyjmy ponownie do tych nagrań!

(CR2, Ulrich Mitzlaff). Dronowa rozmowa dwójki przyjaciół. Zawieszona ekspozycja o urodzie godnej roznegliżowanej tancerki fado. Brudno-barokowy sound z głębin ludzkiej wyobraźni. Imitacja w tubie saksofonu godna pokłonów piekielnych (saksofon to także instrument strunowy?!).

(CR3, Alvaro Rosso). Konie w galopie, inicjacyjne parchnięcia. Stylizacja free jazzowa, błyskotliwy tenor w kompulsywnym dialogu z temperamentnym kontrabasem, który wisi na metalowym smyku. W drugiej części utworu muzycy robią duży krok w kierunku sonorystyki, grają w wyższych rejestrach, jakby dekonstruowali pierwotną fakturę nagrania.

(CR4, Carlos Zingaro). Wysoki tenor, który szuka płaszczyzny dialogu z zadziornymi skrzypcami. I jest w tym ujmująco skuteczny. Znów saksofon wprost genialne imituje brzmienie instrumentu strunowego. Rozgrzana tuba kipi potem i spermą. W 3 minucie oba instrumenty grają jeden, taki sam dźwięk! Atak na szczyt, a potem zejście ruchem okrężnym. Cirera jakby multiplikował się wewnątrz saksofonu. Po chwili muzycy droczą się ze sobą, jak para kochanków przed kolejną nieudaną próbą okiełznania emocji.

(CR4). Miniatura free improve. Rozmowa sprzed chwili, która tu weszła już w fazę awantury, ale wcale nie potrzebuje puenty. Brawo!

(CR1, Olle Vilkström). Cicha, stonowana ptasia gra wstępna. Dęte szepty o wstrząsającej urodzie. Z oparów ciszy dochodzą odgłosy systematycznego wybudzania się obu saksofonów ze snu zimowego. Dość płynne pasaże barytonu na lewej, sonorystyczne fajerwerki tenoru na prawej. Szukają konsensusu, który znów zrodzić się może w sytuacji imitacyjnej. Od 9 minuty muzycy idą ku eskalacji, która zdaje się być dość naturalnym wyborem dramaturgicznym. Znów brzmią niemal identycznie. Wybrzmiewanie na suchych dyszach.

(CR3). Dronowa ekspozycja obu muzyków. Szukają wspólnego punktu odniesienia i bez trudu odnajdują go tuż na lustrem wód Tejo. Wysoki smyk, wygłuszony sonorystyką tenor. Dotkliwa, kąsająca uroda fragmentu.

(CR4). Lejąca się strumieniami woda w tubie tenoru, moc sonorystycznych turbulencji. W kontraście wobec dość leniwej, meta barokowej szarży na strunach. Prawdziwy popis Cirery w zakresie preparacji na dyszach. A kierunek narracji? Imitacja!

(CR2). Ten zaś fragment, to już z pewnością imitacja wyniesiona do rangi sztuki. Saksofon wpleciony pomiędzy struny, brzmi jak wiolonczela, ba, on już stał się wiolonczelą! Wysoki, brudny sound, delikatnie zmutowane brzmienie strunowca. Jedno ciało, jeden instrument! Jakże błyskotliwa pyskówka! A który muzyk odpowiada za dany dźwięk? Nie ogarniesz! Ulrich lewa strona? Alberta prawa? I w hałasie, i w ciszy, stawiają recenzenta na baczność. What a game! Idealna symbioza akustyczna.  W 6 minucie na moment milkną, by zacząć jakby nową opowieść w ramach jednego traku. Krnąbrny restart w estetyce call & response. Mocne zwarcie w półdystansie, sporo agresji, trochę merytorycznych rozbieżności. Pot i emocje. Z każdą jednak sekundą muzykom jakby bliżej do porozumienia. Wszak bratnie duszą ostatecznie lgną do siebie, lepią się w jedność w trakcie intensywnej eskalacji. Brawo!

(CR1). Bojaźń i drżenie dwóch niedźwiedzich saksofonów. Mają wspólne myśli, zbliżony ogląd rzeczywistości. Z pewnością patrzą sobie głęboko w oczy! Szczypta melodii u wylotu obu tub. Chrobot, mięśnie, emocjonalna kompatybilność.

(CR4). Dron saksofonu i rozkołysany smyk na suchych strunach skrzypiec. Doom deep listening! Dęciak zagłębia się w siebie, strunowiec woli pójść w tango. Ale to nadal ciekawa pogawędka dwóch starych przyjaciół w barze nadbrzeżnym. Tu nawet dość konwencjonalna, jak na reguły serii Kronik. Puentą musi być sonorystyczna egzaltacja.

(CR3). Dwuminutowa kipiel w tubie, jęki smyka, gdzie jesteśmy, dokąd zmierzamy. Kontrabas sieje zgorszenie akustycznymi przepięciami. Saksofon szumi złowieszczo.

(CR3). Walking na gryfie, jazz w tubie saksofonu. Dość zaskakujący finał kompilacji. Melodia i tłumienie emocji. Dużo ciszy, po której wraca zły sound tenoru i stawia nas do pionu - co złego, to nie my! Na ostatniej prostej, piski i skowycie sopranu.


wtorek, 28 lutego 2017

STAUB Quartet! Nuova Camerata! – corda e arco portugues! *)


Europejska muzyka improwizowana nie jedno ma imię! Dziś odcinek strunowo-smyczkowy z uroczej Portugalii! Okazuje się, że w sumie kwartet i kwintet to jednak tylko ośmiu muzyków. Wszyscy oni wyposażeni w struny, większość także w smyczki. Jeden z nich, co prawda zasiądzie za dostojną marimbą, ale wtajemniczeni wiedzą, że ona także składa się głównie ze strun.

Dwa pikantne, istotnie smakowite dania, z których jedno jest absolutną świeżynką (po prawdzie debiut fizycznego nośnika przypada… na jutro), drugie zaś jest z nami już kilkanaście tygodni, ale zdecydowanie zachowuje termin przydatności do spożycia.


Dom pełen kolorów

Data i miejsce zdarzenia: 11 września 2015, Salao Brazil, Coimbra, Portugalia.

Ludzie i przedmioty: Miguel Mira – wiolonczela, Carlos Zingaro**) – skrzypce, Hernani Faustino – kontrabas, Marcelo Dos Reis – gitara akustyczna.

Co gramy: muzyka improwizowana, stworzona przez wszystkich muzyków (all music by…), być może na etapie przygotowań, podparta skromnymi scenariuszami wydarzeń.

Efekt finalny: sześć fragmentów opatrzonych tytułami, trwających łącznie 44 minuty, ujawnionych światu na dysku House Full Of Colors (JACC Records, 2017). Tytułem wykonawczym jest STAUB Quartet.




Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Quiet Arcs. Rytm utworu na starcie wyznaczają pojedyncze akordy kontrabasu. Trzy pozostałe, mniejsze i bardziej figlarne strunowce, ogrywają go przebiegle, rozgrzewając się przy okazji do improwizacyjnej batalii. Swobodna narracja, płynąca zdecydowanie nad powierzchnią Salao Brazil, jest delikatnie rozwichrzona, pełna gracji typowej dla niczym nieskrępowanej improwizacji. Taniec smyczków porządkuje, podawana zdecydowanym głosem, palcówka kontrabasisty. Zgodnie z tytułem fragment ten jest … adekwatnie spokojny.

Red Curtains. Na początek duet solowy – zadziorna i dynamiczna gitara Dos Reisa vs. ołowiane struny kontrabasu Faustino. Zdecydowanie nie popadamy w kameralny nastrój. W zwartym szyku, dostojny galop czterech krwistych rumaków o twardych kopytach. Drobna, acz niezwykle udana ekspozycja Zingaro, po którym czuje się, że wstał wypoczęty, bo spać poszedł o odpowiedniej porze. Świetnie trzyma formę, choć w tym wielopokoleniowym creme de la creme portugalskiej sceny improwizowanej ma najwyższą metrykę. Od dołu spoglądając, kwartet rwie się do przodu motorycznym kontrabasem, który nie lubi smyczka. Dzielnie sekunduje mu gitarzysta, który ostrymi, akustycznym riffami dokłada do ognia. Czerwień w tytule utworu zobowiązuje!

Opacity Rings. Ten fragment musi mieć owalny kształt. Wyważona, stonowana próba wejścia kwartetu w otchłań sonorystyczną. Skrzypce pięknie chwytają orientalny posmak, wspierany lekko zabrudzonym soundem. Improwizacja uroczo się pętli, co rusz napotykając na ślady arabskich skal (duch Maurów jest ciągle obecny na Półwyspie Iberyjskim!). Najdłuższy fragment, być może też najbardziej wartościowy na całym krążku, wieńczy dialog podającego chytry rytm Marcelo i sunącemu zmysłowymi pasażami Carlosa.

Knot Of Light. Kontrabas sunie jazzowym feelingiem i zmusza delikatnie wyfrakowanych kolegów do niebanalnej galopady. Ów Snop światła rzuca na kwartetowe igraszki nowe spojrzenie. Zingaro – jakby młodszy o pół wieku, co najmniej – ciągnie za sobą, lekko wyciszonego do tej pory Mirę i stawia na czele swojego młodzieżowego szyku.  Dynamika bywa kompromisem między rozsądkiem, a zaangażowaniem. Tu czerpie siłę z każdej struny kwartetu. Prawdziwa hard core camerata! Puentujący ten świetlisty fragment Marcelo, artystycznie szczytuje!

Resonant Shades. Czas najwyższy popaść w delikatny rezonans. Po świetlistych ekscesach, muzycy liżą rany w bardzo spokojnych skalach. Marcelo kreśli gitarową narrację w stylu subtelnie przypalonego flamenco. Pozostali delikatnie pojękują, brnąc w wielopłaszczyznowy rezonans. Wielokolorowe plamy z okładki płyty krążą wokół siebie, pięknie się przeplatając i akustycznie skowycząc. Feeria świateł i kolorów ma dramaturgicznie uzasadnienie, stanowiąc metaforycznie ciekawy kąsek dla autora rozbudowanego liner notes. Imponujące eskalacje napięcia w drugiej części utworu nie noszą znamion przebarwienia. Zingaro puentuje tę historię wyjątkowym brzmieniem swych skrzypiec, bezceremonialnie nadając sobie status steru i okrętu tego wydarzenia dźwiękowego.

Discrete Auroras. Kolejny, plastyczny tytuł! Hernani brnie w jazzowe skojarzenia (to w sumie ciekawy zamysł w tym strunowym tyglu emocji), Mira i Zingaro silnie akcentują swoją obecność na scenie, wszak to fragment końcowy i te akurat wrażenia mogą stać się najistotniejsze. Dynamika i ekspresja, nie po raz pierwszy w trakcie tego uroczego nagrania, stawiają inne atrybuty muzycznej narracji pod ścianą i nie znoszą sprzeciwu. Końcowy galop jest uzasadniony i wcale nie skraca całości nagrania. Marcelo gra soczystymi riffami, Faustino i Miguel trzymają rytm, Carlos tonie w smugach i cieniach swoich muzycznych metafor, wijąc się wokół gryfu jak kąśliwy zaskroniec. Finał jest dosadny, strzelisty i niekompaktowy. Doskonała płyta!


Monotonny śpiew ***)

Data i miejsce zdarzenia: Listopad 2015. Auditorio da Motta, ESML, Portugalia.

Ludzie i przedmioty: Pedro Carneiro – marimba, Miguel Leiria Pereira – kontrabas, Joao Camoes – altówka, Carlos Zingaro – skrzypce, Ulrich Mitzlaff – skrzypco-wiolonczela (violoncello).

Co gramy: jakikolwiek znak na niebie, ziemi, krążku i okładce płyty nie wskazuje, byśmy grali muzykę komponowaną. Zatem mamy do czynienia z muzyką improwizowaną, aczkolwiek bez wątpienia prowadzoną wedle precyzyjnych instrukcji. Dwaj pierwsi muzycy nie dość, że zagrali tę muzykę, to jeszcze odpowiadają za stronę rejestracji i masteringu, zatem ewentualnie to ich należałoby zapytać o charakter domniemanych scenariuszy improwizacji.

Efekt finalny: siedem fragmentów ekspozycji Chant, oznaczonych cyframi rzymskimi, o łącznym czasie 48 minut, wydanych na srebrnym krążku o takimż tytule (Improvising Beings, 2016). Podmiot wykonawczy zwie się Nuova Camerata.




Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Początek Chant być może, z racji nazwy formacji, zwiastować winien kołyszące samouspokojenie, ale że przekora i upór zdają się być atrybutami muzyków z wyobraźnią, to start tej dźwiękowej historii ma skwiercząco-szumiący wymiar. Jakbyśmy przesuwali wyjątkowo ciężkie meble po szorstkiej podłodze, mając do dyspozycji tylko plątaninę strun, zagubionych po nieudanym koncercie w lokalnej filharmonii. Ekspozycja jest głośna, acz prowadzona w bardzo umiarkowanym tempie.

Kwintet Nuova Camerata – po prawdzie – zdaje się być dalece ciekawym tworem akustycznym. Niemal klasyczny kwartet smyczkowy (kontrabas traktowany smykiem, w miejsce drugich skrzypiec), który doposażony został w marimbę. Dysonans jest oczywisty, ale inspirujący dla obrazu całości nagrania. Instrument harmoniczny prowadzi swą narrację w dużym skupieniu, zdecydowanie aspirując do miana mistrza ceremonii. Muzyka Chant jest definitywnie kameralna, a przejawy wolnej, swobodnej improwizacji dostrzegamy bardziej w konstrukcji całości, pewnej dozie nieprzewidywalności, co do przebiegu podróży. Kwintet łączy w sobie muzyków o zdecydowanie współczesnej proweniencji (kontrabas, marimba) z tęgimi wyjadaczami sceny improwizowanej (skrzypce, skrzypco-wiolonczela). No i ten piąty (Camoes, altówka), który świetnie lepi te dwa duety, swą artystyczną determinacją. Jakkolwiek by tego nie zestawiać, cała piątka wykształcona jest po królewsku.

Zwinna narracja opowieści potrafi przykuć naszą uwagę udanymi zadziorami o delikatnym posmaku sonorystycznym. I choć nie są to ekspozycje dominujące, sprytnie szargają emocjami recenzenta. Ten ostatni – mimochodem – szuka potwierdzenia tezy o dużej pracy pre-wykonawczej z pięciolinią, ale nie znajduje w toku sprawy wystarczających dowodów na jej poparcie. Trzeci fragment intryguje dynamicznym tempem i nieco demoniczną aurą. Brzmienie skrzypiec mutuje się (Zingaro!) w bardzo barwny sposób, marimba potrafi krzyczeć w wysokich rejestrach (ciekawy strój, być może też kwestia nagłośnienia) i budzić niepokój. Pozostałe strunowce imponują czystym, krystalicznym wręcz brzmieniem, jakby przed momentem zakończyły mały dżob z sonatami Bacha.

Dramaturgia wydarzeń nie obfituje w nagłe zmiany akcji, ani fajerwerki nadekspresji. Nanosekundowe przerwy między częściami Chant mają charakter porządkowy i wyznaczają jedynie zmianę kierunku narracji. W trakcie spokojniejszych fragmentów (choćby część czwarta), zdecydowanie rezydujemy w filharmonii i nie pozostaje nam nic innego, jak sprawdzić poprawność wiązania krawata. I pewnie bylibyśmy tam do końca tej płyty, gdy nie ta psotna marimba. Wystarczy kilka jej dźwięków, by pozostali muzycy popadali w artystyczny rozgardiasz, od którego wyzwoleniem wydaje się być jedynie pełnokrwista improwizacja. Na sam już finał kontrabas warczy i kreśli tempo głośnym stepem. Wybrzmiewanie całości ma tęskny smak i nostalgiczny background, choć do krainy łagodności tej muzyce jest zdecydowanie nie po drodze. Ostatnie dźwięki każdy z muzyków traktuje bardzo perkusjonalnie. I bardzo dobrze!



*) Portugalska struna i smyczek.

**) Tak zupełnie przy okazji warto podkreślić, iż weteran portugalskiej muzyki improwizowanej, doskonały skrzypek o imieniu Carlos (to on sprawia, że w naszej dzisiejszej układance cztery plus pięć, równa się jednak osiem), bynajmniej nie ma w papierach wpisane Zingaro, albowiem - zapewne po matce - zwie się Alves. Między innym dlatego, na niektórych płytach z jego udziałem znajdziecie nazwisko Zingaro ujęte w cudzysłów.


***) Rzeczownik chant ma wiele znaczeń, osobiście postanowiłem wybrać - z dramaturgicznego punktu widzenia – to najciekawsze.

czwartek, 1 września 2016

Albert Cirera – Cronica de una gloria anunciada *)


Albert Cirera Jimenez, 36-letni Katalończyk z delikatnymi aspiracjami separatystycznymi, od trzech lat pomieszkuje w urokliwej i sentymentalnej Lizbonie. Jak sam twierdzi, życie w kosmopolitycznej i nerwowej Barcelonie toczy się dla niego zbyt szybko, on zaś szuka w codziennym znoju przede wszystkim chwili wytchnienia i czasu na skromną refleksję.

Saksofonista, mimo stosunkowo młodego jeszcze wieku, aktywnie uczestniczy w życiu jazzowym Półwyspu Iberyjskiego już od ponad dekady. Jego dorobek artystyczny oczywiście nie zajmuje jeszcze połowy regałów w bibliotece dziedzictwa narodowego Katalonii, jednakże kilku ciekawych wątków można się już w nim doszukać i interesująco – mam nadzieję – podsumować.

Okoliczność wakacyjnego spotkania z Albertem nad gorejącym od upału Tejo, dała mi dodatkowy asumpt do dzisiejszej opowieści, przy okazji rozbudowała także prywatną płytotekę z wydawnictwami zawierającymi na liście płac nazwisko Cirera.


What a Man!

Sposobność prześledzenia kilkunastu pozycji wydawniczych z aktywnym udziałem Alberta na przestrzeni ostatnich kilku lat pozwala już teraz postawić dwie tezy, które będę się starał w niniejszym tekście szczodrobliwie uzasadniać.

Po pierwsze – Cirera, na kilka lat przed czterdziestymi urodzinami, jest już saksofonistą niezwykle istotnym na europejskiej scenie muzyki improwizowanej i winien być darzony stosowną atencją przez każdy papierowy i elektroniczny nośnik informacji o tego rodzaju muzyce.
Po drugie – niebywała jest siła i jakże urokliwa natura muzyki improwizowanej, zwłaszcza naszej ulubionej free improvisation, albowiem pozwala i poniekąd wymusza na muzyku permanentny samorozwój i ciągłe doskonalenie. Analizując, płyta po płycie, dokonania Alberta Cirery, procesu tego doświadczać możemy permanentnie. Co więcej, w mojej ocenie, jego tempo jest doprawdy imponujące.

Zaczniemy tę opowieść od najnowszej, drugiej już płyty formacji Liquid Trio (która odpowiednio ukonstytuuje szczególnie tezę nr 2). Potem pochylimy się nad serią niebywałych duetów, ochrzczonych mianem Croniques. W dalszej części prześledzimy, z perspektywy prawie dekady, muzyczny rozwój duetu z Ramonem Pratsem (zwanego… Duot). Znajdziemy też moment na przywołanie kilku ciekawych wydawnictw netlabelu Discordian Records, by zwieńczyć tę historię wątkiem kompozytorskim w życiu Cirery i naocznym dowodem na to, iż maturę jazzową rzeczony Katalończyk parę lat temu zdał doprawdy celująco.




Trio w stanie płynnym

Liquid Trio, to po prawdzie formacja powstała z inicjatywy doskonałego katalońskiego pianisty Agusti Fernandeza. Co więcej pierwsze wydawnictwo tego składu, sumujące dwa spotkania studyjne z lat 2010 i 2011, ukazało się pod tytułem wykonawczym Agusti Fernandez Liquid Trio Primer Dia I Ultima Nit (Sirulita, 2013). Jednakże najnowsze dzieło jest już firmowane nazwiskami wszystkich muzyków, zatem winniśmy go szukać pod szyldem Agusti Fernandez/ Albert Cirera/ Ramon Prats Marianne (Vector Sounds, 2016). Muzyka zawarta na krążku z całą oczywistością dowodzi zasadności tego zabiegu edytorskiego.

Trwająca trzy kwadranse studyjna, ubiegłoroczna rejestracja z Barcelony, przynosi siedem absolutnie wysmakowanych perełek free improv. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, zdecydowanie przesunięte zostały pewne akcenty. Agusti, miast sunąć pasażami wprost z klawiatury dobrze nastrojonego fortepianu, ucieka w zmyślne preparacje, zostawiając tym samym znacznie więcej przestrzeni młodszym kolegom. Cirera i Prats łapią w lot ideę i dają popis swych improwizacyjnych kompetencji. Fragmenty zadziornego przekomarzania, dynamicznych interakcji i kolektywnych huraganów dźwięku, przeplatają się z subtelnymi, sonorystycznymi dywagacjami na pograniczu ciszy. Tenor Alberta ciągnie ansambl stale ku górze, nie unikając wysokich rejestrów, a perkusja Ramona – czuła na podpowiedzi wprost z wnętrza fortepianu - oplata całość zgrabnymi kontrapunktami, szukając skutecznie mikroprzestrzeni dla indywidualnych popisów.
Z jednej strony - ustnik, membrana i skowyt ostatniej struny, z drugiej – galopady eksplodujących fajerwerków ekspresji (kluczowym zdaje się tu być blisko 20-minutowy Zugengeben). Gdy podczas tych drugich muzycy zdają się być odrobinę przewidywalni, to już na poziomie ciszy bywają niezwykle rezolutni i dobitnie zaskakujący. Albert raz jeden sięga po sopran i wije fikuśne pasaże w stylu Trevora Wattsa u boku Johna Stevensa, na tle splecionych w jeden perkusyjny puls Agustiego i Ramona (O Disco Amarelo Iluminou-se), czym doprowadza Marianne do kompulsywnego szczytowania, godnego każdego upadku. Na finał (Esta Amba, En La Galeria, Escuchano a Los Mirlos) tenorowe dmuchawki saksofonisty przywołują dalekie echa komedowskiej, filmowej retoryki, w czym wspiera go kompetentna palcówka pianisty, już po właściwej stronie fortepianu.
Wspaniałe nagranie, po którym nie wypadło już Liquid Trio firmować nazwiskiem tylko jednego muzyka.


Kroniki z podróży na szczyt

Między grudniem 2014, a październikiem roku kolejnego, Cirera zrealizował autorski pomysł czterech spotkań duetowych, w okolicznościach studyjnych, zdecydowanie w estetyce free improvisation. Efekt edytorski tych spotkań udostępnił światu znany nam dobrze netowy label z Barcelony **), w formie czterech wydawnictw Croniques/ Kroniki, z oczywistą numeracją od 1 do 4. Po koniec bieżącego roku Muzyk planuje wydanie płyty z fragmentami wszystkich Kronik, już w formacie CD.







Albert Cirera & Olle Vikstroem  Croniques 1 (Discordian Records, 2015): lizbońskie, trzydziestokilkuminutowe spotkanie saksofonu tenorowego i sopranowego naszego bohatera z saksofonem barytonowym Olle’go. Sonorystyczna uczta nie tylko dla koneserów brzmienia instrumentów dętych, drewnianych. Muzycy konstruktywnie operują w niezwykle cichych rejestrach, tworząc symfonie dźwięków wprost z dna instrumentu. Po skupionym odsłuchu mamy wrażenie, że poznaliśmy brzmienie każdej dyszy saksofonu.

Albert Cirera & Ulrich Mitzlaff  Croniques 2 (Discordian Records, 2015): znów studio CRA w Lizbonie, niespełna dwa miesiące po rejestracji poprzedniej Kroniki. Tenorowi i sopranowi Alberta towarzyszy tym razem instrument strunowy, stanowiący połączenie skrzypiec i wiolonczeli (violoncello), w rękach lizbońskiego rezydenta, choć z urodzenia Niemca, Ulricha Mitzlaffa. Niebywale pod względem akustycznym, swoiste splecenie dwóch instrumentów. W trakcie genialnego, pierwszego, kilkunastominutowego fragmentu (Elefant Exponential Two), jako słuchacze pozostajemy zupełnie bezradni, gdyż całkowicie zatracamy poczucie źródła dźwięku. Czy to, co przed chwilą usłyszeliśmy dotarło do nas z rury saksofonu, czy jednak był to przedech pudła rezonansowego violoncello? Pytania i rozterki skutecznie toną w potoku wspaniałego dialogu, który momentami staje się soczystym… monologiem.
Muzycy plotą precyzyjny spektakl dźwiękowy, a emocje buzują po obu stronach wyimaginowanej sceny. Czterdziestokilkuminutowy występ kończy nostalgiczny pasaż (What Is: „What is”?), w estetyce … muzyki dawnej, o pięknej i głębokiej barwie.
Wyjątkowe nagranie! Uważni obserwatorzy Trybuny być może pamiętają, iż znalazło się ono na liście najlepszych płyt roku ubiegłego. Po prawdzie, choć tamto zestawienie tego nie precyzuje, była to dla mnie płyta najlepsza.

Albert Cirera & Alvaro Rosso  Croniques 3 (Discordian Records, 2015): by zderzyć brzmienie saksofonów z kontrabasem Portugalczyka Alvaro Rosso, kronikarska inicjatywa Alberta przeniosła się jednorazowo na północ, do Coimbry i studia Salao Brazil. Nieco mainstreamowy wstęp (Opening) może nas zmylić tylko na ułamek sekundy. Począwszy od krystalicznie sonorystycznego Deluge At The Ant’s Nest, zaczyna się improwizacyjna kanonada wyłącznie udanych pomysłów, w obrębie kompetentnego duetu. Znów dźwięki jakby z dna saksofonu, poszerzające już tak rozbudowany arsenał sztuczek saksofonisty, zderzają się z twardym soundem Rosso i jego delikatnie klasycyzującymi improwizacjami. Po stronie Cirery imponuje po raz kolejny niebywała umiejętność wsłuchiwania się w grę i intencje współpartnera. Po blisko trzech kwadransach zderzamy się z ciszą i nieodpartą chęcią ponownego rozpoczęcia odsłuchu.

Albert Cirera & Carlos Zingaro  Croniques 4 (Discordian Records, 2016): na ostatnią już Kronikę wracamy do Lizbony. Spotkanie z weteranem portugalskiego free improv, doskonałym skrzypkiem Zingaro, miałem już okazję recenzować na tych łamach, zatem nie będę się powtarzał i wspomnę jedynie, iż w trakcie tej rejestracji także doświadczamy niebywałej symbiozy artystycznej pomiędzy muzykami, a saksofony Alberta chwilami brzmią… jak skrzypce. Być może to najbardziej urokliwa i stonowana Kronika z całego zestawu.


Duetowe ekscesy na krzywej wznoszącej

Najstarsze, zarejestrowane i wydane nagrania duetu dwóch synów katalońskiej ziemi, Alberta Cirery i Ramona Pratsa – wg najnowszych badań archeologicznych – pochodzą z roku 2007 naszej ery. Od tego czasu, a zapewne i wcześniej, muzycy pozostają w silnej symbiozie tak muzycznej, jak i personalnej.

Ich dźwiękowe przygody z perspektywy czasu można określić mianem dużej transformacji estetycznej – od jazzu, przez free.. jazz, po konstruktywną i zajmującą free improvisation. W kilka dostępnych źródłach wiedzy, Duot (bo tak zwie się ich ...duet!) określany jest mianem free jazzowej formacji i przez pryzmat ich dotychczasowych, trzech wydawnictw płytowych, można się z tym epitetem zgodzić. Jeśli jednak obudzi się w nas duch wiecznego szperacza i dotrzemy do nowszych nagrań Duotu (choćby z roku 2015 – video na stronie wydawcy), wtedy pojmiemy, iż obecnie Cirera i Prats przekroczyli już stosowny rubikon i śmiało eksplorują, przy pomocy saksofonu i perkusji, pokrętny świat free improv.



Wróćmy wszakże do epoki kamienia łupanego i rzeczonego roku 2007. Wtedy to, w Manresie, Muzycy zarejestrowali pierwszy materiał studyjny, który wydali własnym sumptem w roku kolejnym i doczekał się on ciepłych recenzji, choćby na freejazz.blog. Dwa lata później płyta została już wydana bardziej oficjalnie pod szyldem Duot (Repetidor, 2010). Zawiera stosunkowo spokojne i bardzo plastyczne, jazzowe granie. Są zarysowane tematy, są udane improwizacje, także w ujęciu kolektywnym (osiem fragmentów z tytułami). Albert obok tenoru i sopranu sięga także po instrument pokroju okaryny (tak oceniam z odsłuchu), Ramon bębni zamaszyście i próbuje nawiązywać kontakt z podmuchami instrumentu dętego. Po prawdzie, te prymalne ekscesy Duotu mają trochę … studencki wymiar i z pewnością są jedynie otwarciem muzycznej przygody.

Kolejnym wydanym nagraniem dwójki młodych Katalończyków jest krążek Cactus (Repetidor, 2012). Znów okoliczności studyjne, początek 2011 i cztery nagrania, łącznie trwające około czterdzieści minut, o zdecydowanie bardziej otwartej formule improwizacyjnej. Szczególnie w przypadku Cirery można dostrzec już inne skale, inne emocje, bardziej wyrazisty i ekspresyjny sposób pracy z instrumentem. Świetne, dynamiczne pasaże na sopranie (z niezwykle długim oddechem!), stonowane i skupione eksploracje na tenorze. Prats to wszystko skromnie ogrywa i wciąż szuka swojej metody, by wgryźć się z sploty dźwiękowe współtowarzysza.




Blisko dwa lata później (wrzesień 2013r.), Duot rejestruje pierwszy materiał z oklaskami, w barcelońskim klubie Jamboree. 90-minutowy zapis koncertu trafia na dwa wydawnictwa netowe i jest dostępny via bandcamp.com pod tytułem Live At Jamboree Vol. 1 i Vol. 2 (Discordian Records, 2014). Po roku, wybór nagrań z tego koncertu trafia na CD i zostaje wydany pod takim samym tytułem przez Repetiror. Muzyka z Jamboree w wielu momentach istotnie zagęszcza się i wnosi do naszej wiedzy o Duocie nowe, ciekawe wątki. Rośnie arsenał środków, którymi Cirera wgryza się w swoje koncepcje improwizacji. Trenuje z dobrym skutkiem bezoddechową grę na sopranie i zdaje się, że w tej formule Prats skuteczniej wpisuje się w proces kolektywnej wymiany dźwięków. Szczególnie ciekawe są sposoby, w jaki muzycy przechodzą zmiany tempa i rytmu improwizacji. Nie stronią od eksperymentowania, lubią się zaskakiwać i wzajemnie stymulować do jeszcze lepszej gry. I znów, doskonale radzą sobie w fragmentach egzystujących na pograniczu ciszy (Albert na tenorze!).




Czekamy zatem z utęsknieniem na nowe rejestracje Duotu (dostępne fragmenty video ostrzą nam pazurki!). Cirera i Prats za kilka dni ruszają na kilka koncertów do Rosji (!). Są  zainteresowani koncertami także w naszym pięknym kraju. Moje drobne anonse rozesłane po krajowych organizatorach incydentów free jazzowych, póki co, nie znalazły odpowiedzi. Po koncertach na końcu Europy, ze strony Duotu w najbliższych miesiącach należy oczekiwać płyty w … trio. Tym trzecim gitarzysta Andy Moor, znany z wielu spotkań improwizacyjnych, choć bazą dla jego muzycznej przygody jest punkowa załoga The Ex.


Inne epizody discordiańskie

Zawieśmy na chwilę oko i ucho na ciekawych pozycjach Discordian Records, w których śmiało uczestniczył Albert Cirera, jakkolwiek trudno je zakwalifikować do kategorii projektów autorskich Katalończyka. Raczej charakter tego uczestnictwa określiłbym jako najemny.

O dużym składzie Memoria Uno, funkcjonującym pod światłym przewodnictwem pianisty i kompozytora Ivana Gonzalesa, na tym łamach już wspominałem. Okazją była doskonała, najnowsza płyta formacji Cook For Butch (Discordian Records, 2016), którą w ciepłych, żołnierskich słowach byłem łaskaw zarekomendować całemu światu, jako pozycję bardziej niż wyśmienitą. Wśród trzynastoosobowego bandu odnaleźliśmy Cirerę, zarówno w roli improwizatora, jak i kompozytora jednego z utworów, a także współdyrygenta pewnego odcinka czasowego. Bez słowa wątpliwości, podobnie zarekomendować mogę poprzednie wydawnictwo Memoria Uno Crisis (Discordian Records, 2014; uwaga, ten tytuł jest dostępny w formacie CD). Na płycie gigantyczny ansambl (40 muzyków i 2 dyrygentów). Trzy kompozycje Gonzalesa pięknie eksponuje cała armia muzykantów (w tym aż czternastoosobowa falanga strunowców! co za brzmienie!), a Albertowi przypada tym razem rola współdyrygenta utworu numer dwa.




Dość szczególną pozycją w katalogu barcelońskiego netlabelu jest trzyosobowa improwizacja pod ekwilibrystycznym tytułem wykonawczym … Psicodramaticafolklorica. Płyta zwie się Zoanthropic Delirium (Discordian Records, 2013), a inspiracją dla jej powstania była historia katalońskiego seryjnego mordercy z początku ubiegłego wieku. Nieco szalona, trochę ilustracyjna improwizacja na kontrabas (Johannes Nastesjo), klawesyn (Marc Egea) i saksofony, także skrzypce (Albert Cirera). Już dla samego tytułu podmiotu wykonawczego warto przystawić ucho do tej muzyki.

By zwieńczyć ten wątek opowieści, saksofonów Cirery szukać możemy także na niektórych wydawnictwach tentetu saksofonowego Sin Anestesia, formacji dowodzonej (także w roli dyrygenta) przez El Pricto, przy okazji szefa całego wydawnictwa. Mnie do gustu przypadła szczególnie pierwsza płyta Intervencion Mecanica (Discordian Records, 2011), także już na Trybunie recenzowana.


W otchłaniach muzyki komponowanej

Albert Cirera, dobrowolnie, bez presji mentalnej, ani przymusu fizycznego, przyznaje, iż lubi muzykę komponowaną, melodyjną i zmyślnie prostą, rytmiczną, wręcz taneczną. Przy okazji dużą przyjemność sprawia mu także komponowanie tego rodzaju muzyki.




Mamy na to dowód rzeczowy! Formacja zwie się Malson i została powołana do życia przez Alberta i jego portugalskich przyjaciół tuż po jego przeprowadzce do Lizbony, czyli jakieś trzy lata temu. W gronie tychże przyjaciół saksofonista Federico Pascucci, kontrabasista Andre Rosinha i perkusista Vasco Furtado (przy okazji to on produkował niektóre edycje Croniques). Po roku wspólnego muzykowania ten demokratyczny kwartet nagrał uroczą i bezpretensjonalną płytę Bzzz (Sintoma Records, 2014). A na niej, oczywiście, kompozycje Alberta (także kilka autorstwa drugiego saksofonisty) i zgrabna, dynamiczna i melodyjna muzyka jazzowa, do tupania nogą i ogrywania na dobrych zestawach audio, wypasionych i drogich samochodów. Fundamentem tej muzyki jest rytm i melodyjne kompozycje. Nie brakuje zadziornych improwizacji i smakowitych wymian ciosów. What a game!

Na sam koniec tej epopei, anonsowana już wcześniej muzyczna… matura Alberta. Grupa nazywa się Albert Cirera & Tres Tambors. Obok lidera tworzą ją katalońscy rówieśnicy saksofonisty – pianista Marco Mezquida, kontrabasista Marco Lohikari i perkusista Oscar Domenech.  Pięć lat temu nagrali jedyną jak dotąd płytę Els Encants (Fresh Sound Records, 2012). Siedem wysmakowanych kompozycji Cirery, komentujących 50 lat historii nowoczesnego jazzu. Cytaty, metafory, twórcze dekonstrukcje. Melodia, improwizacja, rytm i swing. Czyste, jazzowe mięso. Albert Cirera zmierzył się z historią i udało mu się przetrwać. Czapki z głów!




Tres Tambors nie była wszakże efemerydą w artystycznym życiu Alberta. W październiku i listopadzie planowana jest duża trasa po Portugalii i Hiszpanii. Jak tam wtedy będziecie, nie przegapcie odpowiedniego afisza.

A już dziś sięgnijcie po muzykę. Zachęcam bezwzględnie!!!

Pozdrowienia i podziękowania dla Alberta!




Moltes Gracias! Obrigadissimo, Albert!



*) Kronika zapowiedzianej sławy

**) wszystkie wydawnictwa Discordian Records są dostępne w streamingu (a także do kupienia w formie dobrej jakości plików muzycznych) na stronie bandcamp.com.