Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vladimir Tarasov. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vladimir Tarasov. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 maja 2019

Larry Ochs! A Small Six for Big 70th!


Amerykański saksofonista Larry Ochs na początku maja – jakby odrobinę niepostrzeżenie - ukończył 70 lat! Muzyk, którego większość kojarzy głównie z Rova Saxophone Quartet (nad czym niejednokrotnie na tych łamach utyskiwaliśmy), ma w dorobku całe mnóstwo doskonałych płyt nagranych poza bazową formacją i … ciągle ich przybywa!

Wnikliwa analiza Pana Redaktora wykazała, iż ostatnie kilkanaście miesięcy jest pod tym względem naprawdę wyjątkowe. Muzyk dostarcza nam więcej niż jedną płytę na kwartał, czego nie miał w zwyczaju czynić w latach poprzednich. Z tym większą zatem radością, przystępujemy do omówienia sześciu nowych płyt z udziałem Larry Ochsa jako autora lub współautora.




The Fictive Five  Anything Is Possible (Clean Feed, CD 2019)

Naszą opowieść zaczynamy – nie może być inaczej - definitywnie prawdziwą petardą! O formacji The Fictive Five usłyszeliśmy bodaj cztery lata temu, gdy doszczętnie zryła nam berety swoim fonograficznym debiutem pod takim właśnie tytułem. Dziś ów wyjątkowy kwintet powraca nagraniem równie wysmakowanym, przy okazji świetnie wpisującym się w naszą nieustającą, redakcyjną dysputę o sposobach predefinicji procesu improwizacji. Płyta zawiera kompozycje, pod którymi podpisuje się Ochs lub cały kwintet. Rozumieć je najprawdopodobniej należy, jako zaplanowane struktury poszczególnych utworów, które wypełnione zostają po brzegi soczystymi, swobodnymi improwizacjami. Dodajmy, iż muzycy w trakcie koncertów mają przed sobą pulpity z pięcioliniami, jednakże słuchając efektów ich pracy, mamy wrażenie, iż jedynie po to, by realizacja zdefiniowanej struktury nie była w jakikolwiek sposób zagrożona. A zatem, studyjne okoliczności przyrody, New Jersey, koniec maja 2018 roku: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Nate Wooley – trąbka, Ken Filiano i Pascal Niggenkemper - kontrabas i efekty oraz Harris Eisenstadt – perkusja. Pięć utworów z tytułami (niektóre także z dedykacjami), 61 minut i 3 sekundy.

Na prawej flance saksofon i kontrabas, po środku perkusja, trąbka i drugi kontrabas na lewej flance. Ochs wyrusza w podróż wspierany przez Filiano, który zwinnym pizzicato wzmacnia jego przekaz. Wooley podłącza się po chwili, mają przy sobie Niggenkempera, który używa smyczka. Od startu nie przysypia także Eisenstadt. Gęsta, bogata w dźwięki narracja płynie szerokim strumieniem, mając u swych podstaw dwa kontrabasy, delikatne i z wyczuciem wspierane elektroniką - bijące serca kolektywnej improwizacji. Moc niuansów brzmieniowych i teksturalnych, skrupulatność i precyzja, ponadnormatywna umiejętność słuchania i reagowania (wspierana zapisami z pięciolinii). Pierwsze wytłumienie przychodzi dość szybko – tenor i trąbka dyskutują, na obu gryfach toczą się bystre preparacje, talerze wieszczą dobrą nowinę. Od ekspresji skupienia po ciszę dramaturgicznej powolności. Kolektywizm emocji w parze z gracją pojedynczych fraz. Zadana struktura stwarza luźne ramy, zaś wewnątrz kwintetu, w ramach estetyki call & responce, dopuszczalne jest każde zachowanie. Na zakończenie blisko 12 minutowej ekspozycji – prawdziwe królestwo niskich dźwięków, komentowane przez saksofon i trąbkę pasmem szytym unisono. Drugą opowieść otwiera zmysłowa introdukcja sopranino i perkusji. Prawy kontrabas ze smykiem włącza się w połowie trzeciej minuty, zaraz po nich jego lewy odpowiednik dorzuca garść syntetycznych fonii. Zmiana na tenorowy i wejście trąbki następuje dopiero po wybiciu piątej minuty. W takich elektroakustycznych okolicznościach rozbudowanej sekcji rytmicznej, trębacz kreśli zatrważająco piękną ekspozycję. W 9 minucie powraca saksofon i szybko dociera na szczyt, pnąc się po zmysłowym smyku lewego kontrabasu. W 12 minucie solo perkusji, tuż potem znów Wooley tańczy z kontrabasami, traktowanymi różnymi technikami. Krok następny, to kompulsywne duo trąbki i perkusji, skomentowane ekspresyjnie przez saksofon i preparowane kontrabasy. Narracja onirycznie staje w miejscu, ginąc w deszczu rzęsistych eksplozji zachwytu recenzenta.

Trzecią, nieco krótszą opowieść intonuje ciepły tenor. Trąbka wchodzi tuż po nim, gra imitacyjnie, może nawet coś na kształt tematu, zapisanego na pięciolinii. Melodia, która pachnie żywą kompozycją, posmak ballady, którą łamie w pół aktywny drumming i bystra riposta saksofonu, a także podśpiewująca trąbka. Czas na czwarty epizod, podobnie jak drugi, rozbudowany do 20 minut. Honory gospodarzy czynią tu oba kontrabasy i garść kabli, które je otaczają. Saksofon i trąbka wchodzą do gry w połowie trzeciej minuty (perkusja odrobinę wcześniej). Dynamiczny marsz po złote runo! Na froncie taneczny dialog dęciaków. Każdy reaguje tu na każdego. Gęsty, kolektywny bukiet pięknych kwiatów. Pięć strumieni magii zlewa się wprost do oceanu błyskotliwości. Garść niemal free jazzowych emocji. W 10 minucie kontrolowany stopping, który inicjuje zestaw kolejnych dramaturgicznych sekwencji - solo perkusji, duet saksofonu i trąbki, duet kontrabasów, znów solo perkusji, samotna trąbka, pizzicato vs. arco, trąbka i saksofon unisono, i tak dalej, i temu podobne! Jakże uroczo wykonywana predefinicja! Partytura mistrzów! Narracja łapie niemal free bopowy dryl, a Wooley zdaje się zgarniać całą pulę - moc wyrafinowanego jazzu, który płonie emocjami po zmysłowy kres. Uff… czas na finałowe, kilka ledwie minut – saksofon, elektroakustyka kontrabasów, talerze, szczypta repetycji, cool trumpet, spokojne, choć nerwowe zakończenie. Całusy trąbki i talerzy, mlaskanie kontrabasów, szorstki saksofon i perkusja. Prawa flanka rządzi, lewa kontrapunktuje, wszyscy zaś wyjątkowo intensywnie poszukują ostatniego dźwięku.




Jones Jones (Larry Ochs, Mark Dresser, Vladimir Tarasov)  A Jones In Time Saves Nine (NoBusiness Records, LP/DL 2018)

Debiutancka płyta tria Jones Jones ukazała się trzy lata temu, a zawierała moskiewski koncert z roku 2011. Dziś, gdy sięgamy po ich najnowsze wydawnictwo (koncerty z roku 2016), dopada nas nieodparte wrażenie, iż te poprzednie nie specjalnie doceniliśmy. A zatem w ramach zadośćuczynienia – przed nami płyta A Jones In Time Saves Nine, kolejna doskonała pozycja, która przez nieuwagę/ brak czasu/ głupotę redakcji nie trafiła na listę najlepszych płyt roku ubiegłego. Personel jest w tym wypadku oczywisty: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Mark Dresser – kontrabas i Vladimir Tarasov – perkusja. Płyta w wersji winylowej zawiera cztery utwory, w wersji downloadingowej – aż siedem i tę drugą właśnie omówimy (łącznie 55 minut z sekundami).

W początkowej fazie narrację kreuje smyczek, na poły barokowy, z delikatnie upalonym brzmieniem. Wspiera go saksofon tenorowy, wystudzony, ale z oczywistymi tendencjami do eskalowania napięcia oraz mały drumming, który pilnuje złych myśli. Muzycy z gracją baletnicy nabierają rozpędu, rytmu, free jazzowej brawury. W każdym geście, każdym dźwięku czuć klasę mistrzowską. Smyczek trzyma dół, reszta zwinnie harmonizuje flow, a wszystko odbywa się w warunkach akustyki idealnej. W strumieniu swobodnej improwizacji szczególnie pięknie odnajduje się Ochs - oszczędny, precyzyjny, zawsze trafia w dramaturgiczny punkt. Drugi epizod rodzi się w tubie kipiącego sopranino. Wspierany okrężnym drummingiem Tarasova, nasz dzisiejszy bohater daje prawdziwy popis! Kontrabas wchodzi po parudziesięciu sekundach i zwinnym, ale o tempo wolniejszym walkingiem wprowadza intrygujący dysonans estetyczny. Po pewnym czasie wychodzi przed szereg i gra zmysłowe solo. Narracja toczy się bardzo płynnie, zdobiona świetnymi interakcjami, mimo dynamiki – z pewną nieśpiesznością i refleksyjnością. Na finał powraca klasycyzujący smyczek i spina ów wulkan jedynie dobrych emocji.

Trzecia część dyszy w spokoju – improv chamber przyczajone na smyczku. Aktywne perkusjonalia, precyzja wykonania, być może odrobina predefinicji w żmudnym procesie improwizacji (komponowanej improwizacji?). Po grze wstępnej Dresser proponuje rozwiązanie rytmiczne i znów pióro recenzenta gotuje się z emocji (kontrabasista zdaje się osiągać tego dnia wyjątkowy poziom kreatywności!). Muzycy są równie wyraziści, gdy schodzą w okolice ciszy – sonorystyka, preparacje, tylko dobre pomysły. Piękny post-chamber! Czwartą pieśń niesie na skrzydłach znów smyczek, który zdaje się wspinać na wysoką górę. Soki z tuby, dzwonki z perkusjonalii, drony ze strun, ciepłe, ale zadziorne riposty saksofonu. Przy okazji, kolejna eksplozja Tarasova, który w tej chwili zdaje się ciągnąć całą opowieść, jest wszędzie, zdobi wyczyny kolegów każdą sekundą swojej obecności. Na wydechu, bystra kipiel, what a game!

Skończył nam się winyl, bez zbędnej zwłoki przechodzimy zatem do bonusa elektronicznego. Czułe intro piątego epizodu – znów świetna komunikacja i niezobowiązujące rozmowy o szczęściu. Z czasem nabierają dynamiki, a tenor kreśli pętle wyjątkowej urody. Szósta część – szczoteczki czynią nastrój, a wysoko zawieszony kontrabas zmysłowe solo. Komentarz rozbrykanego, nieco krnąbrnego sopranino, jak strzał w sam środek tarczy! Pizzicato kontrabasu, niczym konik polny na polu minowym! Wreszcie finałowa część – otwiera ją drummerskie, filigranowe, jakże błyskotliwe solo. Bas wchodzi rytmem, saksofon sieje niepokój ciepłym chłodem. No i krok w mięsistą eskalację. Świetny wybór! Siarczysty, dynamiczny finał bucha młodzieńczą fantazją!




Spectral (Dave Rempis, Darren Johnston, Larry Ochs)  ‎EmptyCastles (Aerophonic Records , CD 2018)

Trio Spectral, to kolejna nazwa własna, nieobca Czytelnikom Trybuny. Trzy dęte instrumenty w żmudnym procesie instant composing, innymi słowy – komponowaniu natychmiastowym, czyli zwartej improwizacji czynionej z należytą rozwagą i kameralną szczegółowością (definicja własna autora). O ile dwie pierwsze płyty Spectral powstały w typowych okolicznościach studyjnych, o tyle trzecia, którą za moment poznamy, nagrana została w wielkim, betonowym … bunkrze. Czy miejsce powstania nagrania zdeterminowało efekt finalny, przekonamy się za kilka chwil. W połowie czerwca 2017 roku w owym tajemniczym miejscu spotkali się: Dave Rempis - saksofon altowy i barytonowy, Darren Johnston – trąbka i Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino. Dziewięć improwizowanych kompozycji, około 50 minut muzyki.

Dwa saksofony (Ochs w kanale prawym) i trąbka w onirycznych okolicznościach post-atomowego bunkra – echo, naturalny pogłos, cisza, która ma barwę i smak. Drony, piski i skomlenia trzech dętych, w początkowej fazie małe, rwane narracje. Kameralna zaduma, szczypta sonorystyki, skupienie, siła pieczołowitości, blask pasaży i uroda pojedynczych dźwięków. Skromne wymiany poglądów w szerokim strumieniu separatywnych opowieści każdego z muzyków. Drugi epizod przynosi więcej interakcji, bystrzejszego słuchania, odrobinę bardziej dynamicznej narracji. Muzycy stylowo nabierają mocy, by równie udanie ugasić płomień. W trzecim – saksofon na lewej stronie pnie się ku górze, dyskutując z echem. Po 90 sekundach odzywa się sopranino i brnie w imitację. Trąbka milczy. Niuanse molekularnych fraz. Na finał trąbka komentuje ptasi dialog saksofonów. Po czym, bez zbędnej zwłoki, kreuje czwartą część. Dysze saksofonów czynią perkusyjne akcenty, całość wspina się na szczyt, staje na palcach, by wznieść kilka okrzyków. Muzycy zdają się przedkładać dialog z echem, nad ekspresję i większą intensywność przekazu. Piąty – baryton i wyjątkowo szorstka trąbka, także jęczący tenor. Bystre koincydencje - przyczajona improwizacja kąsa z zaskoczenia. Szelest dysz i szum wentyli.

W kolejnej opowieści – saksofony tańczą na łące, trąbka kusi powabem swej fonii. Mały konkurs piękności – od czystego dźwięku do preparacji i z powrotem. W siódmej - kameralne wyczekiwanie na wzrost poziomu emocji. Bardzo abstrakcyjny fragment. Ósma opowieść kontynuuje wątek zadumy nad kolektywnym procesem improwizacji. Podczas gdy tenor zdaje się nabierać mocy i kąsać urokliwą ekspozycją, alt komentuje i stawia na zaniechanie. Trąbka sączy małe fonie i zaprasza do zabawy w call & responce. Jakby narracja na powrót nabierała mocy. Wreszcie finałowa część – parada słoni, kolektywne pokrzykiwania, blask rytualnej miłości. Całusy i końskie zaloty – eksplozja akustycznej urody chwili. Na ostatniej prostej garść ekspresji dla tych, który oczekiwali większych emocji.




Larry Ochs/ Mars Williams/ Julien Desprez/ Mathieu Sourisseau/ Samuel Silvant  ‎Stroboscope (The Bridge Sessions, CD 2018)

Kolejny odcinek sesji mostowych, amerykańsko-francuskich! Larry Ochs (tenor i sopranino), Mars Williams (alt i zabawki) i Samuel Silvant (perkusja), wszyscy z nadania Wuja Sama, Julien Desprez (gitara elektryczna) i Mathieu Sourisseau (gitara basowa) jako przedstawiciele kultury wysokiej znad Sekwany. Kwiecień 2014 roku, studio nagraniowe - jak zazwyczaj w tej serii, spotkanie organizowane ad hoc, stawiające na kolektywną i dość swobodną improwizację. Dwa sety, łącznie 40 i pół minuty.

Set pierwszy (krótszy) zaczyna ostra, rockowa gitara z metalicznymi strunami, która płynie nieco kwaśnym strumieniem. Gitara basowa zdaje się oddychać jej powietrzem. Towarzyszą im salwy obu saksofonów, umieszczonych na przeciwległych flankach.  Środkiem truchta dość aktywny drummer. Muzycy dość szybko podejmują decyzję o pójściu w ogień całą szerokością palety dźwięków, jaką dysponują. Pikantna, kompulsywna narracja, zdobiona elektro-preparacjami z basu.  Psycho-rockowa masywna sekcja i tańczące free jazzowe dęciaki. Tracą moc około 6 minuty – wpadają w delikatny trans, łagodnieją, a całość ekspozycji nabiera jakości w postępie geometrycznym. Samozwańczym królem stada wydaje się Desprez, który napędza maszynę, stawia wymagania brzmieniowe, potrafi też trzeźwo i na bieżąco komentować wyczyny partnerów. Emocje zatem wciąż buzują! Rytm nabiera mocy, prądu przybywa, saksofony już prawie stoją w ogniu. Fire music as well! Set kończy się w ciszy strun suchej gitary.

Set drugi (blisko pół godzinny) rodzi się w rozgrzanych tubach saksofonów. W tle industrialna kipiel basu i gitary, tworząca twardą, ambientową powłokę.  Zgrzyty i przepięcia mocy. A trip to noise, to wiemy od pierwszej sekundy tej opowieści. Kolektywna eskalacja, w sumie bez zaskoczenia. Jednak już po 3 minutach muzycy zwinnie gaszą płomień. Bas ponownie szuka chmury post-electro-blue-ambientu. W ramach wsparcia, saksofonowe, niebanalne pląsy, które zwinnie się zagęszczają. W 12 minucie kolejny moment intrygującego, mrocznego spowolnienia. Sekcja pracuje niczym piec hutniczy, dęte flanki plamią teren from time to time. Po chwili, to właśnie te ostatnie zostają same na scenie i nie czują zbytniej tremy. Nawet podśpiewują pod nosem. Ciężki dron basu i gitary zakłóca jednak klimat sielanki – gitara wchodzi w dialog z saksofonem, bas intonuje funkową ekspozycję. Po 20 minucie narracja staje się soczysta, kompulsywna, a kończy ją ponownie dialog saksofonów.  Obok bas szuka drobin hałasu, a cały kwintet bez ponaglania przystępuje do procesu finałowego odliczania. Repetycja strun pod wysokim napięciem, small drumming, pocałunki suchych dysz. Ostatni dźwięk należy do sopranino.




Larry Ochs/ Nels Cline/ Gerald Cleaver  ‎What Is To Be Done (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w ogniu gorącej, na poły rockowej gitary, zasilanej prądem dużej mocy. Jedna z dwóch najnowszych płyt w dzisiejszym zestawie. Znów sami znajomi, choć nie wszyscy kojarzeni bywali jak dotąd, z równie ekspresyjnymi zachowaniami: Larry Ochs - tradycyjnie tenor i sopranino, Nels Cline – gitara elektryczna i efekty oraz Gerald Cleaver – perkusja. Trzy improwizacje, 49 minut, nagrane w grudniu 2016 roku.

Jazz-rockowe intro, dobry, dynamiczny drive i saksofon tenorowy, który śle mistrzowskie pozdrowienia na poste-restante. Gitara pływa w melodii i rytmie, kreśli pasma fonii, pełne ekspresji. Mocny flow, być może odrobinę zbyt mało subtelny, jak na oczekiwania recenzenta. Proste schematy dramaturgiczne, perkusja z poziomem kreatywności na zaciągniętym ręcznym, kipiąca metalem gitara i saksofonista, który raz za razem próbuje przebić się ze zdaniem odrębnym, ale nie wszystkie jego prośby okazują się skuteczne. Trochę hałasu, spora dawka improwizacji (ta ostatnia, wedle słów samych muzyków, stanowi element konstytuujący całość ekspozycji). Duża zmienność akcji, ale nie wszystkie parametry narracji cieszą ucho, tudzież łechtają intelekt. Na chwilę konstruktywnego oddechu cierpliwy słuchacz liczyć może dopiero pod sam koniec ponad 20 minutowej opowieści, gdy gitarzysta przypomina nam, że free jazzowa improwizacja, to pole, na którym czuje się świetnie i to właśnie z tej strony znamy go najlepiej. A w ramach wisienki na torcie – garść psychodelii wprost z gryfu jego gitary.

Druga część, zdecydowanie najkrótsza, startuje jazzową gitarą, która kreśli ramy i zakres oczekiwań wobec partnerów. Wszakże moc gitarowych przetworników znów czyni tu swoje i demoluje bardziej kreatywne pomysły pozostałej dwójki. Cała narracja jest jednak wyjątkowo spokojna, a gitara na finał brzmi niczym wystudzone organy Hammonda. W taki oto sposób, delikatnie wytłumiony, rockowy temperament Cline’a wprowadza nas w część ostatnią, znów ponad 20 minutową. Rockowy drive perkusji, psychodeliczna mantra gitary i tylko dobre plamy z tuby saksofonu. Bez wątpienia, najlepszy jak dotąd, moment nagrania. W 11 minucie intrygujące pasaże saksofonu dzieją się już na tle niemal doom metalowego przymierza gitary i perkusji. W porównaniu wszakże do początku płyty, muzycy zdają się lepiej kooperować, a dominacja Cline’a nie ma już miejsca. Po stylowym wytłumieniu, wzięciu oddechu, na finał płyty znów dostajemy się w gorącą, rockową kipiel. Sopranino Ochsa znów musi walczyć o swoje, ale dzielnie znosi ów proces i doprowadza tę bardzo nierówną płytę do szczęśliwego zakończenia.




Larry Ochs/ Gerald Cleaver   Songs Of The Wild Cave (Rogueart, CD 2018)

W trakcie dzisiejszej opowieści byliśmy już w bunkrze, na sam zaś finał trafiamy do … jaskini (zatem tytuł płyty nie jest metaforyczny!). Południowo-zachodnia Francja, pierwszy dzień października 2016 roku. Po żmudnych przygotowaniach (ciekawskich szczegółów, odsyłam do rozbudowanego liner notes), do jednej z jaskiń trafiają dwaj podróżnicy, przygotowani na każde wyzwanie – Larry Ochs (saksofon tenorowy i sopranino) oraz Gerald Cleaver (perkusja, instrumenty perkusyjne). Pogrążeni w absolutnej ciemności, napotkawszy ciszę globalną, zagrają siedem swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam dokładnie 61 minut bez dziewięciu sekund.

Podmuchy tenoru, małe skorupy dźwięków i perkusjonalia, którą brzmią jak strumień lejącej się wody. Spokojna, meta ekologiczna podróż dźwiękowa. Pierwsze kroki w ciszy i ciemności zdają się być rozważne i odpowiedzialne. Rodzaj skupienia, pełnego wszakże zdrowych emocji, w okolicznościach post-akustycznych. Drugi epizod zdecydowanie podnosi nam poziom adrenaliny – full drumming amplifikowany głębią jaskini robi wrażenie piorunujące!  Obok tenorowe zadziory, łapiące kontakt z pogłosem, tłumionym masywnością skał. Trzecia część schodzi głębiej (Deeper) – skupione percussion z oddali i saksofon, który zdaje się opowiadać historię stworzenia świata. Ekspresja rośnie – rytualny drumming i śpiewny saksofon. Taniec opętanych szczęśliwców!  Muzyka nabiera kardynalnej mocy, redefiniuje pojęcie akustyki free jazzu. Tytuł kolejnej części budzi grozę (Down) – flow znów jest dość dynamiczny, tworzony mocnym biciem w werble i tomy, także agresywnym tembrem sopranino. Muzycy grają swoje, nie czekając na reakcję echa – intensywnie wykuwają nowy idiom free music. Never stop!

Piąta historia tłumi dynamiczny klimat – nastrojowe percussion i głucha tuba saksofonu. Powraca smak pieśni otwarcia – sonore i magia szeleszczących przedmiotów. Spowolnienie w poszukiwaniu utraconego. Sopranino brzmi niczym flet prosty. Szósty epizod pogłębia tematykę poprzedniej części. Dzwonki, małe gongi, szum w tubie, wszystko czynione z mocą rytualnego wyniesienia. Pomruki tenoru, folkowy sznyt perkusjonalii. Zatopieni w Glinie, jakże zmysłowe zagęszczenie, klekot saksofonu, czupurność talerzy, oddechy i przedechy, myśli zdrożne i przebiegłe. Symfoniczny meta free folk! Czas na closing game – niemal kwadrans powrotu do free jazzowej estetyki. Full drumming, śpiewny, zawadiacki tenor, korpulentna narracja, ale bez eskalowania emocji. Żywe mięso bez kropli transcendencji, która powoli stawała się naszym udziałem w trakcie poprzedniej improwizacji. Finał płyty niezwykłej zdaje się być odrobinę zwyczajny i przegadany. Być może Pieśni Dzikiej Jaskini lepiej byłoby zakończyć po epizodzie numer sześć.



poniedziałek, 4 lipca 2016

Berne, Niggenkemper, Rempis, Sakata, Large Unit, Brötzmann, Mockūnas, Nathanson, Kretzmer, Slobber Pup, Toxy Doll, Friends & Neighbors - czerwcowa zbiorówka 2016


Tym razem bez mniej lub bardziej błyskotliwego wstępu, komentującego na ogół zgrzebną rzeczywistość zastaną, zaczynamy nasze ulubione, comiesięczne kolorowanki.

Płyty delikatnie ocenione w ramach rubryki „Odsłuchy premierowe – wstępne rekomendacje” zostaną dziś poddane ostatecznemu osądowi, a Trybuna niczym złowieszczy Trybunał, wyda wyroki niepodlegającego trybowi odwoławczemu. Od czerwonego low, poprzez żółty middle, po zielony jak trawa high. Do dzieła zatem!!!!


Tim Berne's Snakeoil  Anguis Oleum  (Screwgun Records, 2016)

Nowojorskiego alcistę Tima Berne’a nie zaliczylibyśmy do nadmiernie pracowitych muzyków, wszakże w ramach swojej bieżącej formacji Snakeoil, dostarcza nam nowe płyty dość regularnie. Po trzech studyjnych ujawnieniach w ramach monachijskiego ECM, tym razem edycja koncertowa, zrealizowana przez osobistą wytwórnię Tima – Screwgun Records, w edycji limitowanej, dwustu sztukowej.



Po latach efektownego eksperymentowania z elektroniką, jako elementem udanie wspierającym akustyczne improwizacje (Science Friction Band), po produkcjach opartych na podobnych schematach/ kompozycjach realizowanych jednakże bez elektroniki (Hard Cell), wreszcie po śmiałych improwizacjach w towarzystwie gitary elektrycznej (Big Satan), Berne dotarł do punktu zwrotnego, od momentu którego rozpoczął się proces wyciszania jego muzycznej ekspresji (co przy okazji zbiegło się z jego 60 urodzinami, zapewne zupełnie przypadkowo).

Dowodem rzeczowym tej delikatnej metamorfozy rzeczony working band, czyli Snakeoil. Berne stworzył go z udziałem pianisty Matta Mitchella, klarnecisty Oscara Noriegi i perkusisty Chesa Smitha. Ten akustyczny kwartet pozbawiony instrumentu basowego (jak wszystkie wcześniej wymienione zespoły, jednakże w tamtych przypadkach część obowiązków w zakresie generowania niskich częstotliwości przejmował keyboard lub gitara), w ramach niemieckiego, nudziarskiego labelu, trzykrotnie zapunktował, ale w sercu Waszego recenzenta nie wzbudził jakichś szczególnych ekscytacji. To oczywiście wciąż doskonały Berne, saksofonista o niepowtarzalnym soundzie altu, to jego gra, jego muzyka, ale … odrobinę za spokojna, trochę bez wewnętrznego ognia, nie budząca już takich emocji, jak dekadę temu z okładem.

Zatem po koncertowy Angius Oleum sięgałem ze spokojem i bez mrowienia w kręgosłupie. Skąpe informacje edytorskie nie pozwalają na określenie miejsca, ani daty spotkania/ spotkań (?) koncertowych. Cztery fragmenty opatrzone tytułami, trwające ponad 70 minut. Słucha się tego wyśmienicie, ale momenty ekspresyjnych galopad, stemplowanych wspaniałymi altowymi zawijasami, dość często przepoczwarzają się w chwile nadmiernej nostalgii i dramaturgicznie nieuzasadnionego wyciszenia. Mało, w mojej ocenie, do całej zabawy wnosi Noriega, a gra Mitchella też niczym szczególnym nie zaskakuje. W tym gronie udanie trzyma fason i dotrzymuje kroku liderowi Smith. Z pewną dozą sceptycyzmu,  pozostaję jednak przy pierwotnej rekomendacji high, bo Berne, to Berne. Klasa światowa po wszeczasy!


Pascal Niggenkemper Le 7eme Continent  Talking Trash  (Clean Feed, 2016)

Gadający chłam to płyta wymykająca się wszelkim klasyfikacjom, łatwym skojarzeniom, czy oczywistej kodyfikacji. To płyta – wyzwanie. Sam Niggenkemper - kontrabasista, z którym zetknęliśmy się przy okazji kilku znakomitych płyt free improv/ free jazz, gdzie stanowił on doskonałą siłę najemną – określa sekstet Siódmy Kontynent (w jednym fragmencie także septet) jako podwójne trio, czy potrójne duo, dając smakowity asumpt do wielokrotnej eksploracji materiału muzycznego.




W skupionych okolicznościach studyjnych, na potrzeby realizacji pomysłu kompozytorskiego Talking Trash, Pascal skojarzył dwa preparowane fortepiany (Eve Risser, Philip Zoubek), dwa amplifikowane klarnety (Joris Ruhl, Joachim Badenhorst), specjalny flet kontrabasowy (Julian Elvira) i kontrabas (on sam). W jednym fragmencie dodał także drugi kontrabas (Constantin Herzog). Na pulpity muzyków trafił zdecydowanie skomponowany materiał z pogranicza muzyki współczesnej, daleki od jakichkolwiek jazzowych skojarzeń. W żmudnym procesie wykonania śmiałych pomysłów kompozytorskich Pascala, muzycy wpadli jednak w improwizatorski szał i spreparowali wyśmienite, pikantne danie… do wielokrotnej konsumpcji.

Dziś, przy kolejnym, zdecydowanie nie pierwszym odsłuchu, nie jestem w stanie precyzyjnie opisać tej muzyki. Raz jest oniryczna i tajemnicza, innym razem łapie rytm i galopuje po obrzeżach kameralistyki spod znaku … osiemnastowiecznych kompozytorów znad Dunaju (przyznacie, skojarzenia idą po bandzie!). Potrafi się skulić jak kot, tłamsząc nas pasażami najniższych częstotliwości, by potem, posiłkując się podpowiedziami zmutowanych klarnetów, w strunowym pędzie osiągnąć szczyt Czarodziejskiej Góry.

Co najważniejsze – Talking Trash każe do siebie nieustannie powracać. To chyba znaczący dla niej komplement. Od początku maluję ten krążek na zielono i nie może być inaczej. Definitively high!


Gunwale (Dave Rempis, Albert Wildeman, Ryan Packard)  Polynya  (Aerophonic Records, 2016)

Dave Rempis, nasz ulubiony aerofoniczny gladiator, nie ustaje w wysiłkach, by zapracować na miano jednego z najaktywniejszych współczesnych muzyków freejazzowych. Jego świeże tegoroczne produkcje Czytelnicy TMS zdążyli już poznać kilka tygodni temu, w trakcie rozbudowanej opowieści o Aerophonic Records.




Tym razem chicagowski saksofonista w zestawie trzyosobowym, pod tytułem wykonawczym Gunwale, z muzykami, których specjalnie nie znamy. Na kontrabasie Albert Wildeman, na perkusji wspomaganej elektroniką Ryan Packard. Obaj na razie z bardzo skromnymi dyskografiami. Ten drugi z pewnym doświadczeniem na polu muzyki współczesnej. A Rempis, jak to Rempis, prawdziwe frytowe zwierzę, gotowe rozszarpać każdego, kogo napotka na swojej muzycznej drodze. Polynya, to trzyczęściowa, niespełna godzinna opowieść, zarejestrowana w wietrznym mieście w styczniu bieżącego roku. Rempis gra tu swoje, dynamicznie improwizując, z wykorzystaniem wszystkich istotnych atrybutów swojej gigantycznej techniki gry na instrumentach dętych, drewnianych (alt, tenor, baryton). Silnie nadstawiam uszu, by w grze jego współpartnerów odnaleźć elementy, którymi mogliby się pochwalić przed czytającymi te słowa, ale póki co, nie słyszę niczego nadmiernie ekscytującego.

Płyta w formacie CD (co nie jest regułą na AR), oczywiście nadal mieni się zieloną barwą (high!), ale umówmy się w tym gronie, że jest to zasługa przede wszystkim doskonałego saksofonisty.


Arashi (Akira Sakata, Johan Berthling, Paal Nilssen-Love)  Semikujira  (Trost Records, 2016)

Semikujira zaczyna się bardzo spokojnie i z dużym poszanowaniem dla naturalnej ciszy, ale muzyka brzmi tajemniczo i ma w sobie zaszyty spory niepokój, wzmagany mazgnięciami klarnetu. I to nie jest przypadek! Ładunek emocji zostaje nam dostarczony już w drugim fragmencie, a erupcja następuje w fragmencie trzecim, zdaje się dla całości kluczowym. Freejazzowa wersja tradycyjnej pieśni japońskiej wznosi tę płytę na wyżyny i tak już zostanie do końca. Sakata, zawsze kompetentny i charakterny alcista, tu dodaje także swój niesamowity, prawdziwie samurajski głos (okrzyk!), który bezsprzecznie nadaje całości posmak sporej wyjątkowości.




Zaskakująco dobra płyta Akiry Sakaty, trochę przeze mnie niedocenianego weterana niejednej wojny free jazzu z resztą świata, tą zdecydowanie bardziej pokorną. No i jakże zasadna sekcja, szwedzko-norweska, twarda jak skała, ulotna jak promieniowanie po ataku nuklearnym wroga. Zdecydowanie pozostajemy przy rekomendacji high!


Large Unit  Ana (PNL Records, 2016)

Od razu przyznam się do rzeczy karygodnej, żeby mieć to już z głowy! To dopiero moje pierwsze spotkanie z Dużym Składem Paala Nilssena-Love, wybitnego norweskiego perkusisty freejazzowego. Na szczęście nie trafiło na głuchego, zatem już teraz, w ramach pokuty, obiecuję częściej się nad tą zacną inicjatywą muzyczną pochylać. A okazji nie zabraknie, bowiem Ana to już czwarta edycja płytowa Large Unit (w tym drobna ep-ka).

Czternastoosobowy skład! Bardzo rozbudowana sekcja rytmiczna, na którą składa się podwójny zestaw perkusyjny, podwójny zestaw instrumentów perkusyjnych (dość egzotycznych), dwa basy, w wersji akustycznej i elektrycznej, gitara elektryczna i dwie tuby, ponadto elektronika i cztery dęciaki. Personalnie sporo dobrej, skandynawskiej młodzieży młodszej i młodzieży starszej, muzyków, których nazwiska mówią nam już dużo, a nawet bardzo dużo (choćby Kjaer, Molstad, Stroem, czy Holmlander).




Najnowsza płyta Large Unit to trzy dynamiczne i – co oczywiste, wszak jesteśmy na płycie perkusisty – rytmiczne odcinki muzyczne, nagrane w okolicznościach studyjnych w roku ubiegłym. Choć tematy i zasady działania w zespole zostały z pewnością spisane przez Paala w procesie przygotowawczym (to przecież Duży Skład!), to swoboda w procesie improwizacji, pozostawienie dużej przestrzeni dla awangardyzacji poczynań w grupie, wreszcie kompetencje tworzących ją muzyków, sprawiają, że Anę słucha się wyśmienicie i bez krzty nudy, ani zbędnych dłużyzn, a godzina nagrania mija w mgnieniu oka. Doskonała płyta i oczywista zielona rekomendacja! High!


Full Blast  Risc (Trost Records, 2016)

Od debiutu Full Blast ładnych kilka lat temu, do tej elektrycznej formacji z udziałem Petera Brötzmanna (dęciaki), Marino Pliakasa (gitara basowa) i Michaela Wertmüllera (perkusja) nie wracałem nie tylko dlatego, że czas bywa bezcenny, ale również z powodów czysto artystycznych.




Słuchając dziś najnowszej produkcji FB Risc, dokumentującej ubiegłoroczne, londyńskie spotkanie z oklaskami, chwilami mam jednak drobne, z powodu tego zaniechania, wyrzuty sumienia. Oczywiście nadal nie jest to muzyka, która rwie mi serce, a gra Brotzmanna z rzadka przynosi dźwięki, których bym się nie spodziewał. Jednakże ciekawa brzmieniowo praca basisty przykuwa ucho dość skutecznie, a i aura subtelnej elektroniki spowijająca bębnienie perkusisty, daje skuteczny powód, by po tę muzykę sięgać częściej niż raz na kilka lat. Muzyka Full Blast pozostaje – co oczywiste - niezwykle dynamiczna, na iście rockowy sposób i nieco przyciężkawa, ale w niezobowiązującym odsłuchu samochodowym radzi sobie całkiem dobrze. W ramach kolorowania odczuć, pozostanę przy pierwotnym middle, jednakże podeprę się drobnym high.


Peter Brötzmann/ Heather Leigh  Ears Are Filled With Wonder  (Not Two Records, 2016)

I znów nasz niezmordowany 75-latek w dynamicznym zwarciu na scenie free! Tym razem jednak w dość ciekawym, damskim towarzystwie. Co więcej, w towarzystwie jeszcze ciekawszego instrumentu, a mianowicie pedałowej gitary (pedal steel gitar), której naczelną charakterystyką jest umiejętność zawodzenia (innymi słowy – płynnego modulowania dźwięku).

Krótkie, niespełna 30-minutowe spotkanie z ubiegłorocznej jesieni jazzowej w krakowskiej Alchemii. Fragment dłuższej rezydencji Petera podówczas, nie wiemy jednak, czy inne nagrania z tamtego, wieloosobowego spotkania odnajdą swój edytorski wymiar w przyszłości.




To wszakże jest dość smakowite, o tytule świetnie je komentującym, a z racji swej krótkiej formy, dalece nieprzegadane. Gra Pani (Panny?) o jakże filmowym nazwisku Leigh, oryginalna i przykuwająca uwagę. Peter oczywiście na tym tle rzeźbi swoje, acz niebanalnie wchodzi w interakcje z modulowanym gitarowym hałasem. Potrafi też być tu subtelnie i dziać się w nieśpiesznych tempach, z odrobiną wzajemnej empatii i nieudawanej radości grania. Pozostaję zatem przy rekomendacji high, gdyż to być może jedna z lepszych produkcji Brötzmanna w ostatnich latach.


Vladimir Tarasov/ Eugenijus Kanevičius/ Liudas Mockūnas  Intuitus (NoBusiness Records, 2LP 2016)

Cztery czarne strony dwóch winylowych krążków, trzy nazwiska muzyków, studyjne, wileńskie okoliczności spotkania. Weteran rosyjskiego bębnienia, wszakże litewski rezydent Tarasov, w opozycji do młodych, jurnych litewskich wyjadaczy, Kaneviciusa (kontrabas) i Mockunasa (saksofony), których kompetencje mieliśmy onegdaj okazję poznać w trakcie bardzo udanej kooperacji z Matsem Gustafssonem, która zresztą dała początek wytwórni NoBusinness Records (The Vilnius Explosion).




Panowie nagrywali w prywatnym, domowym studiu Tarasova, co niewątpliwie implikowało fakt, iż mieli dużo czasu i nikt, ani nic ich nie goniło. To słychać w tej muzyce! Jest czas na długie kreślenie tematu, są niekrótkie interwały na solowe popisy każdego z muzyków, jest wreszcie blisko półtorej godziny nagrania. Nie stanowi to bynajmniej jakiegokolwiek zarzutu. Tej muzyki słucha się znakomicie, a nawet w dynamicznych improwizacjach… nie brakuje nam czasu, by zawiesić ucho na niuansach. Jedynie nieadekwatny poziom ekspresji w niektórych partiach kolektywnych improwizacji (myślę tu w pierwszej kolejności o grze Mockunasa) i będący tego skutkiem, brak nadzwyczajnych emocji po stronie odbiorcy, sprawia, że całość Intuicji nie zasługuje na czyste high, zatem wsparte być musi niezobowiązującym middle.


Roy Nathanson  Nearness And You  (Clean Feed Records, 2016)

Nie ukrywam, że jakieś dwadzieścia lat temu lubiłem zasłuchiwać się w nowojorskiej muzyce z Downtown, a także w jej nieco wodewilowym wydaniu, spod znaku Johna Lurie i jego niezłomnego The Lounge Lizards. Była też podobna inicjatywa o nazwie The Jazz Passangers. Nie mogłem się wtedy nie zetknąć z saksofonem Roy Nathansona, puzonem Cutisa Fowlkesa, czy fortepianem Anthony’ego Colemana.

Zatem, skoro portugalski Clean Feed wydał płytę tego pierwszego z improwizowanymi duetami z udziałem tych kolejnych, Wasz Recenzent nie mógł tej płyty nie posłuchać. Na listę płac trafili tu także Marc Ribot (ta sama banda), Myra Melford, niezła pianistka, choć raczej z innej bandy, a także kompletnie mi nie znani - Lucy Hollier na puzonie i Arturo O’Farrill na fortepianie. Nagrano koncertowo w trakcie kilku dni czerwca roku ubiegłego.




Nagranie sprawia wrażenie trybiutu, ale rok urodzenia Nathansona nie wskazuje, iżby rok temu miał jakieś istotne, okrągłe urodziny. Wszakże nie to jest problemem tej rejestracji. Bardziej boli, iż zdecydowana większość duetowych incydentów jest najzwyczajniej nudna, by nie rzec słaba. O ile bronią się jeszcze duety z Ribotem i jego akustyczną gitarą, o tyle inne spotkania, zwłaszcza te z pianem, zieją nudą, niczym przepocony grubas ponętnym zapachem, letnią porą w opóźnionym autobusie. Gwoździem do trumny tego zestawu nagrań są… próby wokalne Roya. Facet kompletnie nie ma głosu, a próbuje śpiewać. Całość nabiera wymiaru satyrycznego i mnie skutecznie do Nearness and You zniechęca. Rekomendacja wstępna była żółta (middle), teraz już zdecydowanie smagam krwią po sztaludze i daję low!


Yoni Kretzmer 2Bass Quartet  Book II  (Out Now Recordings, 2015)

Yonatan Kretzmer to izraelski saksofonista (w każdym razie urodzony w Jerozolimie), kilka lat po trzydziestych urodzinach, ze stosunkowo skromnym dorobkiem płytowym. W moje ręce trafiła płyta nagrana na Brooklynie w bardzo amerykańskim i poniekąd frapującym składzie. Obok tenorzysty, na perkusji znany z niejednej udanej freejazzowej ekspozycji, Mike Pride i – co najważniejsze w tej produkcji – na dwóch kontrabasach, Reuben Radding (także dalece doświadczony Nowojorczyk) i Sean Conly, czyli jakby nie było, Kwartet Dwubasowy.




Book II - długi, blisko 80-minutowy materiał (choć drugi krążek, to ledwie jeden, 20-minutowy fragment), stworzony przez Kretzmera (określony na okładce płyty jako written ideas) i zgrabnie zagrany przez czwórkę bardzo dobrych improwizatorów. Sama gra lidera, póki co, nie zabija nadmierną oryginalnością (mam wrażenie, że człek jest jednak odrobinę speszony nowojorskim towarzystwem), a solą tej niezłej płyty są przede wszystkim dialogi kontrabasistów. Dla nich z pewnością warto wejść w posiadanie tego podwójnego zestawu CD. Dzieje się wiele, emocji nie brakuje.

Całe wszakże wydawnictwo oceniam, tak jak pierwotnie, na middle/high, a personalia Yoni Kretzmera zapisuję w pamięci, w oczekiwaniu na jego dalsze improwizowane przygody.


Slobber Pup  Pole Axe (Rare Noise Records,2015)

Toxydoll  Bullsheep (Aut Records, 2015)

Friends & Neighbors  Hymn For A Hungry Nation (Clean Feed Records, 2014)

Pierwotnie chciałem te trzy płyty omówić indywidualnie, ale – po niezbyt głębokiej analizie własnych zasobów czasowych – doszedłem do wniosku, że szkoda mi czasu na takie pisactwo, a i Waszego, na rozbudowaną lekturę, też w sumie nie warto marnować. Bo to… po prawdzie, po prostu słabe płyty.

Slobber Pup to kolejna próba zaistnienia na rockowo-noisowej scenie Matsa Gustafssona. W żmudnym i dramaturgicznie nieuzasadnionym procesie generowania hałasu wspomagają go nie byle jacy partnerzy – Joe Morris na gitarze elektrycznej, Jamie Saft na organach i Balazs Pandi na perkusji. Należy wszakże ubolewać nad faktem marnowania ich talentów (i czasu przy okazji), albowiem jedynie mocne przewartościowanie podejścia do koncepcji samej muzyki, mogłoby ją w moich oczach uratować.

Toxydoll to z kolei elektryczny kwartet, złożony z zupełnie nieznanych mi muzyków, którzy… dużo próbują, chwilami nawet potrafią zaskoczyć, ale po prawdzie świat jazzu słyszał już miliony takich płyt. Fajne są natomiast tytuły utworów, jak i całego krążka. Ten literacki walor Bullsheepa możecie śmiało prześledzić w necie, bez tracenia czasu na odsłuch samej muzyki.

Wreszcie Przyjaciele i Sąsiedzi ze Skandynawii. Klasycznie skonstruowany kwintet jazzowy. Osiem tematów idealnych na lekko zakrapiane jam session, dla nas to jednak ewidentna strata czasu. Nuda i wtórność.

Rekomendacje dla tych trzech krążków możecie wystawić już sami.