Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alison Blunt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alison Blunt. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2020

Sestetto Internazionale! Live in Munich 2019!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie upublikowana w dniu wczorajszym.

Wytrawni fani dobrej muzyki, tudzież stali Czytelnicy tych łamów, nie potrzebują gatunkowych drogowskazów, by radzić sobie z wymagającą porcją dźwięków. Czytając wszakże liner notes do płyty, nad którą właśnie się pochylamy, nie potrafiłem uniknąć pokusy zacytowania zawartego tam stylistycznego idiomu – freestyle contemporary! Trudno doprawdy znaleźć dla muzyki Sekstetu Międzynarodowego, tytułowanego po włosku, szefowanego przez Fińskiego artystę, koncertującego na niemieckiej ziemi, lepszego określenia.

Bez zbędnej zatem zwłoki, przenosimy się do Monachium, na osi czasu lądujemy w połowie stycznia 2019 roku i słuchamy koncertu, który na nośniku kompaktowym trwa 80 minut bez 8 sekund. Posłuchamy trzech odcinków granych przez sekstet oraz trzech duetów, stworzonych przez muzyków tegoż sekstetu. Wydawcą jest Fundacja Słuchaj! Płyta miała swoją premierę kilkanaście dni temu.




Koncert otwiera najmniejszy z saksofonów – sopranino – dźwiękami którego do wspólnego muzykowania zaprasza Harri Sjöström. Dość szybko w sukurs przychodzi mu sopran, który dzierży w dłoniach Gianni Mimmo. Panowie prowadzą inicjujący dialog, a do zabawy podłączają się kolejni artyści – szeleszczący na kablach Ignaz Schick, licząca smykiem struny swoich skrzypiec Alison Blount, Achim Kaufmann z bystrą paletą białych i czarnych klawiszy fortepianu, wreszcie Veli Kujala i jego ćwierćtonowy akordeon. Skupiona narracja chamber rozbłyska w pięknej akustycznie przestrzeni sali koncertowej. Odrobina szaleństwa w metodzie improwizacji (muzycy sprawiają wrażenie, że pilnują domniemanego scenariusza, z drugiej strony tryskają swobodą i inwencją twórczą), a także doza innowacyjności w doborze instrumentarium, dają asumpt do stymulowania jakości dźwiękowych przebiegów. Pod koniec 5 minuty recenzent może już ogłosić osiągnięcie pierwszego stadium wytrawnego hałasowania. Muzycy lubią ekspresyjne zachowania, nie mają zamiaru tłumić emocji, a na tym etapie koncertu można mieć dobre skojarzenia z elektroakustycznym ansamblem Evana Parkera, wszakże … zdecydowanie głośniejszym. Piękne skrzypce, zmysłowe saksofony, dosadne piano, wszędobylska (chwilami nazbyt inwazyjna) elektronika, miłośnie usposobiony akordeon – wszystko dzieje się tu kolektywnie, czynione jest z mistrzowską klasą, a nikt z obecnych na scenie nie widzi powodu dla indywidualnych wycieczek na stronę. W 9 minucie odnotowujemy pierwsze tłumienie emocji, od 13-ej zaś narastanie nowej porcji masywnych dźwięków, które już po upływie 90 sekund uroczo grzęzną na klawiaturze fortepianu i w otchłani elektroniki. Kolejne kilka minut delikatnie puszczamy w niepamięć – elektronika daje do wiwatu, a piano i saksofon płyną jazzowym, dość konwencjonalnym nurtem. Następującą potem krótka ekspozycja skrzypiec przywraca pierwotną jakość improwizacji. W 21 minucie śmiało możemy mówić już o niemal elektroakustycznej, post-industrialnej kipieli, czynionej z niemal freejazzową energią. Brawo! Po kolejnym wytłumieniu, faza urywanych, krótkich fraz i dygoczących saksofonów, garść preparacji piana, wreszcie akustyczne cuda na gryfie skrzypiec. Nim muzycy dotrą do finału 36-minutowego seta otwarcia, przeżyć musimy jeszcze jedną inwazję elektroniki, fazę dronowych pasaży dętych i strunowych, a także bystry pomiot rozgrzanego akordeonu. Światło gaśnie na kablach, w oparach symbiotycznego szumu.

Czas na duety! Zaczyna Blunt i Mimmo - skrzypce i sopran, to świetny wybór! Śpiewny chamber, lubiący wzajemne imitacje, który szybko rozpływa się w oceanie swobody i pełnej wolności. Artyści nie szczędzą nam emocji, bardziej zadziornych dźwięków, ale także bezpretensjonalnych chwil piękna absolutnego. Alison cudnie preparuje, Gianni ma gorąca krew w żyłach! Duet drugi – Kaufmann i Schick, piano i turntables & sampler. Czarne klawisze i skwiercząca elektronika (znów odrobinę zbyt masywna). Pod koniec 2 minuty pierwsze spiętrzenie, a po nim popis pianisty, który bez trudu kradnie show elektronice. Na finał muzycy znajdują jednak wspólny język w … oparach czerstwego noise. Duet trzeci, skandynawski, Sjöström i Veli Kujala, saksofon i akordeon. Muzycy stawiają na preparacje i szukanie ciekawych rozwiązań dramaturgicznych. Akordeon potrafi zabrzmieć niczym upalony kontrabas, a saksofon w galopie jeszcze zyskuje na urodzie. Na finał topią się w zmysłowym hałasie!

Powracamy do sekstetu, a muzycy zdają się czynić repryzę seta otwarcia. Znów mistrzem introdukcji jest Harri i jego zmysłowy saksofon. Reszta muzyków wchodzi do gry na palcach (elektronika w ciężkich butach) po upływie kilkudziesięciu sekund. Kameralistyka preparowana w rozkwicie – pląsy skrzypiec, struny piana, sample, saksofony z pozoru łagodne, ale jednak bardzo bystre, wszystko to buduję narrację, która w połowie utworu osiąga stan freejazzowej erupcji. Saksofony tną powietrze niczym ołowiane skalpele, a tym ośrodkiem dźwięku, który zarządza odwrót okazuje się, krytykowana przez nas from time to time, elektronika. Utwór kończy kolejny cudowny pasus spod strun Alison Blunt!

Wreszcie finał koncertu, zgrabny, kilkuminutowy encore. Na wejściu dwa saksofony i dwa głosy męskie! Potem spięcia na kablach i bystre piano. Swoboda, cierpliwość i skrupulatność budują finał tego niezwykłego koncertu. Saksofon skacze w ogień, by po chwili zgasnąć w poświacie akordeonu. Piano kreśli frazy outside/ inside, kable dygoczą ciszą, a w tle coś brzmi niczym … puzon. Burza oklasków nie rozwiązuje ostatniego dysonansu poznawczego.


Alison Blunt – violin, Achim Kaufmann – piano, Veli Kujala - quarter tone accordion, Gianni Mimmo - soprano saxophone, Ignaz Schick - turntables, sampler, Harri Sjöström - soprano & sopranino saxophones.  Offene Ohren - Friday, 18 January 2019, “MUG” - Munich Underground at Einstein Kultur 18th January 2019 in Munich.



piątek, 1 lutego 2019

London Improvisers Orchestra! Twenty Years On!


Przed nami płyta, która być może … była najważniejszym wydarzeniem ubiegłego roku na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Co niezwykle zaskakujące, przemknęła ona przez roczne podsumowania i adresy odpowiedzialne za promowanie gatunku (sic!) niemal niezauważona. Być może te łamy są jedynymi, które fakt jej wydania w ogóle zauważyły.

Drodzy Państwo - niemal po dekadzie fonograficznego milczenia – najnowsza płyta London Improvisers Orchestra!!! Żeby nie było mało – z okazji XX lecia jej wspaniałego istnienia!




W rozbudowanym liner notes Evana Parkera czytamy zabawną ciekawostkę, iż LIO powstała trochę na znak protestu przeciwko metodom dyrygenckim samego Butcha Morrisa. Przez pierwszą dekadę istnienia formacji, jej koncerty były dość skrupulatnie dokumentowane przez EMANEM Records Martina Davidsona i jego sublabel Psi Records, kierowany artystycznie przez Evana Parkera. Muzycy grali raz w miesiącu w słynnym Red Rose, a płyty zachwycały nasze uszy raz za razem (łącznie było ich dziewięć*), przy czym ta ostatnia HMS Concert, wydana jako cd-r w roku 2012, jest zupełnie niedostępna, osobiście nigdy jej nie słyszałem – kto ma, niech się tym szczęściem podzieli!). Słynny kolorowy budynek został zamknięty bodaj w roku 2007. Orkiestra błąkała się po przeróżnych miejscówkach, a po roku 2010 nawet (chyba?) na pewien czas zamilkła. 

Mniej więcej w połowie obecnej dekady LIO zadomowiła się w londyńskim IKLECTIK i zwyczaj comiesięcznego muzykowania powrócił w całej rozciągłości. Po prawdzie nie wiem, kto stał się w tym czasie głównym organizatorem przedsięwzięcia (w poprzedniej dekadzie był nim, jakby na to nie patrzeć, sam Evan Parker). Muzykowanie szło w najlepsze, jednakże efektów fonograficznych nie mogliśmy dojrzeć na półkach dobrych, nieistniejących sklepów muzycznych.

Szczęśliwie, w obliczu dwudziestolecia istnienia Orkiestry, muzycy zwarli szeregi i wydali własnym sumptem (!) podwójne wydawnictwo, które dziś – uprzedźmy przebieg wypadków – zachwyca nas od pierwszego do ostatniego dźwięku! Przy okazji, tymże faktem edytorskiej determinacji, Londyńczycy zawstydzili wszystkich bez wyjątku wydawców muzyki improwizowanej po obu stronach Wielkiej Wody!

Na płycie 20 Years On znajdujemy – w przeciwieństwie do poprzednich płyt LIO – wybór nagrań z wielu koncertów. Dokładnie 14 fragmentów z 11 koncertów, które miały miejsce w IKLECTIK, między grudniem 2015, a czerwcem 2018. Dwa srebrne krążki, łącznie 67 muzyków, niemal 150 minut wspaniałej muzyki. Zatem wszyscy wielbiciele, tudzież istotnie zainteresowani, niemal natychmiast osiągają stan orgazmu permanentnego (cytując klasyka). Poniżej skomentujemy każdy z utworów zawartych na wydawnictwie, wskazując jego tytuł, czas powstania i personalia dyrygenta, a po pełną listę uczestników wszystkich koncertów odsyłamy pod niżej wskazany adres:


Improvisation, Czerwiec 2018: Spokojna rozmowa muzykantów, dobrych znajomych z podwórka, trochę urwisów, ale artystycznie bardzo odpowiedzialnych. Klimat dość swobodnie traktowanego call & response. Seria małych dźwięków wchodzących w zwinne interakcje. Partia perkusjonalii, narastające bogactwo filigranowych narracji, swobodnych, luźnych wypowiedzi. Kilka ekspozycji, które moglibyśmy określić, znów posiłkując się nomenklaturą Johna Stevensa, mianem more sustained pieces, a po nich spokojne wyciszenie. London Improvisers Orchestra w stanie czystej, wolnej improwizacji, czyli bez dyrygenta!

Sweet Freedom, Terry Day, Grudzień 2015. Zawodzące pasaże strunowców i klasyczne już dziś melorecytacje weterana sceny brytyjskiej, perkusjonalisty Terry Daya – tu, niemal zgodnie z tytułem, dedykowane Sunny’emu Murrayowi i Albertowi Aylerowi. Zdaje się, że cała Orkiestra akompaniuje temperamentnemu liderowi. Łagodne flety, pogodne piano, także moc pięknych, krótkotrwałych eksplozji kolektywnych emocji. Symfoniczne niemalże kontrapunkty, wszystko, by podkreślić słodki wymiar przekazu werbalnego.

Veryan Weston/ Improvisation, Lipiec 2016. Preparacje piano, wspierane przez perkusjonalia i moc elektroakustycznych obiektów. Bijące serce ogniska strunowców, a zaraz potem spokojna narracja dętych, w delikatnej opozycji do tych pierwszych. Przykład lekko rozwichrzonej krainy … łagodności. Także garść upalonych skrzypiec i swingujący saksofon. Bystra, wszakże silnie sterowana improwizacja. W drugiej części fortepian, który wchodzi w stan konfrontacji z rozbudowaną watahą dęciaków. Są i bardzo aktywne gitary. Tuż po tym, jak Weston zdejmuje ręce z pulpitu sterowniczego i puszcza ansambl w słodki żywioł, piękny obraz chaosu swobodnej improwizacji dużego zestawu instrumentalnego. A na sam finał dronowy wielogłos.

Rinse, Rondo for Orchestra, Ashley Wales, Maj 2016. Rozbudowana, strunowa ekspozycja grana różnymi technikami – naprawdę błyskotliwa! Taniec na szkle! Obok piano wprost z klawiatury, na bogato! Cała narracja w bystrym galopie. W tle jakże spokojne pasaże dęciaków, grane jakby z pięciolinii. Strunowce w kompulsywnych repetycjach, godnych Steve'a Reicha i jego Pociągów. Po uspokojeniu - gęsta, posuwista meta filharmonia. Zdaje się, że fragment precyzyjnie dyrygowany przez mistrza drum’n’bass ze Spring Heel Jack, Ashleya Walesa, to najlepszy jak dotąd odcinek tej płyty! Na finał powrót reichowych repetycji, w tle krwiste, dęte wybrzmiewanie, z którego lepi się finałowych dron.

Improvisation, Marzec 2016. Kolejna, swobodna wycieczka do lasu! Struktura tej pieśni jawi się mniej więcej w ten sposób: wysokie pasmo instrumentów dętych, sucha warstwa strunowej sonorystyki i niskie pasmo dętych. Pełna swobodna wyboru, ale i permanentne skupienie oraz odpowiedzialność za każdy dźwięk. Prawdziwie kolektywna radość tworzenia i konsekwencja w działaniu. Gra cały ansambl, także plamy analogowej elektroniki w gęstej pajęczynie interakcji z żywymi.

Concerto For Charlotte Hug, Alison Blunt, Październik 2016. Panie definitywnie biorą sprawy w swoje ręce. Zjednoczone Królestwo strun i pięknych dźwięków. Narracja rodzi się z samego dna ciszy i błyskotliwie rozbrzmiewa, przy silnym wsparciu klarnetu basowego. Opowieść tkana kobiecą wrażliwością i odrobiną męskiego szaleństwa. Oczywiście przywołana w roli tytułowej Hug jest tu Panią na włościach. Sonorystyka zwinnego gardła, posuwiste półdrony na gorącym gryfie altówki, zapewne także szczypta teatralnej ekspresji. Wataha strunowców idzie po złote runo, mając sprzymierzeńca w preparowanym fortepianie. Zapasy i fajerwerki, eskalacja goni eskalację. Śpiew małych strun i kontrapunkty basu. Na finałowej prostej kolejne pogawędki, także głosowe, z glazurą niskich dźwięków. Brawo!

Drone Study, Tasos Stamou, Grudzień 2015. Tytuł, który obiecuje wiele i spełnia wszystko bez mrugnięcia okiem. Niskie pomruki dwóch kontrabasów i trzech wiolonczeli na dobry początek. Pięknie narastają. Obok szwadron dętych śle równie wyraziste pozdrowienia. Po czym wszystko zwinnie rozwarstwia się, tak do poziomu małych grup, jak i nawet pojedynczego instrumentu. Powrót do wielogłosowej narracji przeprowadzony z saperską precyzją. Dyrygentura naprawdę wysokiego lotu! Po kolejnym rozbiciu szyku, jęki strun, pląsy drewnianych i blaszanych. W 9 minucie mała sekcja sonorystyki z wyciszonych tub. W odpowiedzi strunowce płynące smutnym, niskim barokiem – ale cuda! Finał koncertu muzycy odnajdują w gęstej fakturze kolejnego drona. What a game!




Outside and Inside, Adrian Northover, Lipiec 2017. Drewniane i blaszane w ekstatycznej introdukcji, idą szeroką ławą. Jest i szczypta filharmonicznego zadęcia, i piano, które wraz z kontrabasem knuje skromną, jazzową intrygę. W odpowiedzi trąbki i saksofony punktują bardzo boleśnie. Ciekawe akcenty wiolonczeli w dialogu z saksofonem Northovera (?). Narracja skrzy się bogatymi interakcjami, stylowym call & response, tu i ówdzie także porcją indywidualnych ekspozycji lub duetów. Także kolektywne unisono, na dowód tego, iż zmienność akcji jest cechą dominującą tej dyrygentury. Outside and inside, so go again!

Une Note... Caroline Kraabel, Marzec 2018. Małe akcyjki, zwinne podpowiedzi, dylemat wyższości call & response nad search & reflect. Na początek ledwie kilka instrumentów – flet, viola, piano, gitara… Gdy dochodzą kolejne, narracja buduje się na wielu poziomach, jakby rosła ilość stanowisk dowodzenia. Puzon pięknie eksponuje swoje brzmienie na tle orkiestrowego unisono. Kilka perełek z gryfów małych strunowców. 8 minuta, to zwarty szyk, marsz po rozchełstane szczęście improwizatorów. Swingujące piano, kwilenia sopranowego i pomruki tuby. What ever you want! Skrupulatne, precyzyjne, co do milimetra, zwieńczenie tej historii.

Noel Taylor, Luty 2017. Perkusjonalna introdukcja na trzy ludzkie byty. Małe gierki drewnianych z blaszanymi, zmysłowe, strunowe drony. Piano rozbłyskuje na tle tych ostatnich. Także szczypta melodii, tkanej jakby pod dyktat z kartki. Urokliwie piękne! Dęciaki wchodzą w to, jak w masło! Obok ponownie aktywne perkusjonalia, a zaraz potem fantastyczna ekspozycja z sopranowym w roli głównej. 10 minuta, to moment prawdziwego szaleństwa na gryfach małych strunowców, które brzmią jakby zostały wzmocnione prądem. Także trąbka i kontrabas, i jeszcze tysiąc innych, niemniej udanych pomysłów na rozwój improwizacji. 

Guilherme Peluci, Luty 2017. Krótka, ale dość szczególna pozycja w zestawie. Wejście piana w towarzystwie chóru szaleńców! Small talks, jazgot preparacji, także głosowych! Suche struny w powolnym marszu. Obok głosy ludzkie, niczym jadowite węże na polowaniu. Konwulsja percussion oraz piękny chaos ludzkiej natury, determinowany krzykiem.

Philipp Waschmann, Maj 2017. Start z poziomu płaskich strun w sonorystycznym dygocie, perkusjonalia i obiekty elektroakustyczne. Małe dźwięki, dzwonki, bardzo aktywne tło – szmery, szuranie, stukanie. Reeds & Brass zdają się wyruszać w podróż ku akustycznej plądrofonii – jakże zmysłowe! Wysoki tembr kontrabasów, symfoniczny rozmach dęciaków. A potem wszystko idzie ku gęstemu, przy wtórze rozgrzanego fortepianu. 9 minuta, znów odzywa się kontrabas, który czyści pole zwinnym pizzicato. Komentarze z innych strun, powolne gubienie tropu w oparach narastającej ciszy.

Collective/Co-operate, Dave Tucker, Grudzień 2017. Puzonowe pomruki z trzech dużych otworów. Obok percussion i suche sonore z tuby. Delikatne piano, dzwonki, rodzaj chamber before the storm. Jakże oryginalna narracja! Nieśmiały saksofon, kolektywne unisono na małych strunach, piano w roli akompaniamentu. Świetny dialog tego ostatniego z altowym. Wreszcie triumfalny powrót puzonów, pasus klarnetów, miliony drobnych fonii, zmiana goniąca zmianę. Smutne, nostalgiczne tony i salwy konwulsyjnego śmiechu.

Steve Beresford, December 2017. Groźne pomruki kontrabasu i jeszcze niżej posadowionej tuby. Po kilkudziesięciu sekundach wchodzą kolejne strunowce, orszak puzonów, klarnet, a także elektroakustyczne preparacje. Z gitar elektrycznych rodzi się gęsta narracja, podpierana salwą perkusjonalii. Pulsacja prądu, a w opozycji oniryczne pasaże strings. Tajemnicza, złowieszczo brzmiąca sytuacja sceniczna. Wysoka ekspozycja altowego, tuż obok komentarz innego drewniaka, a w tle skwierczenie na kablach. Opowieść rośnie w kierunku eskalacji. Szczypta hałasu i dark ambientowe wybrzmiewanie. Efektowny finał jest udziałem Klausa Bru na c melody sax and electronics, o czym dowiadujemy się już po wybrzmieniu, z komentarza scenicznego.


*) więcej szczegółów dyskograficznych odnajdziecie w jednym z rozdziałów monografii Evana Parkera, dokładnie w tym miejscu


piątek, 5 października 2018

Parker! Russell! Coombes! Turner! Beresford! Wilkinson! Weston! Nicols! Noble! Ward! And many strong aspirants to fame! Channel by Discovery Festival 2017!


Zjednoczone Królestwo swobodnej improwizacji! 16 września 2017 roku, Ye Olde Rose & Crown, Walthamstow, Londyn. Sobotnie popołudnie z ciepła herbatką, być może także z odrobiną czegoś wzmacniającego nadwątlone siły wielbicieli całkowicie wyzwolonej improwizacji.

Discovery Festival trwał ponad sześć godzin zegarowych, nagranie zaś dokumentujące to wydarzenie nazwano Channel. Wyłącznie w formie elektronicznej dostarcza label Johna Russella i Paula G. Smytha – Weekertoft (2018).

Teatime for Dreamers! Czyż nie za to kochamy wyspiarką muzykę? Werbalny komentarz do każdego z koncertów festiwalu przed Wami!




Zaczynamy od jedenastoosobowej orkiestry prawdziwych aspirantów i jednego mistrza gatunku - Mopomoso Workshop Group (Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Sam Enthoven - elektronika, John Eyles – saksofon altowy, Emmanuelle Waeckerle - głos, Martin Clarke – saksofon altowy, Deborah Chin – saksofon sopranowy, Alan Newcombe – saksofon tenorowy, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Phil Durrant - mandolina, Chris Hill - klarnet, Alec Kronacker – gitara elektryczna). Ponad półgodzinna, zgrabna, bardzo swobodna improwizacja. Nie znamy ośrodka decyzyjnego, być może zatem rzecz działa się całkowicie kolektywnie. Bardziej niż udane użycie elektroniki, nieinwazyjnej, pięknie komentującej żywe incydenty dźwiękowe. Intrygująca gitara, wyrazista, o głębokim brzmieniu. Aktywna, skupiona i rozbudowana sekcja dęta, niestroniąca od eskalacji. Po 20 minucie, jakby więcej syntetyki w tembrze orkiestry, w dobrej komitywie z dęciakami, a na finał udany dialog klarnetu basowego i głosu kobiecego.

A teraz trio o dynamicznej nazwie Crush! (Mark Browne- saksofon, Ian McGowan – trąbka, Sonic Pleasure – obiekty). Błyskotliwy, niespełna 20 minutowy set. Dobrze ułożone proporcje instrumentalne (żywe w przewadze!). Narracja równocześnie intensywna i subtelna. Zdaje się, iż nie brakuje tu adekwatnego live processing. Słyszymy dźwięk fletu, syntetykę perkusyjną, a nawet brzmienia gitary. Saksofonista potrafi dąć w sopran niczym Trevor Watts w duetowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Całość jawi się jako elektroakustyczna perełka. Brawo!

Czas na kolejny bardziej rozbudowany ansambl, znów rojący się od zdolnych aspirantów. W ramach South Leicestershire Improvisers Ensemble na scenie pojawiają się: Lee Boyd Allatson - drum set, Virginia Anderson - klarnety, Bruce Coates, - saksofony, Christopher Hobbs - fortepian, małe instrumenty, Trevor Lines - bas, Rick Nance - flugelhorn, Nilufar Habibian – qanun oraz David Hackbridge-Johnson – skrzypce i pozostają z nami na prawie 24 minuty. Początkowo dominacja dźwięków strunowych (nawet dość nieoczywistych), rodzaj zwinnej kameralistyki, która szybko znajduje powód do eskalowania napięcia. Parę chwil dobrego call & responce, trochę dętych ekspozycji w klimatach contemporary, także kilka galopów wyzwolonego improve. Znów muzykom należy się słowo pochwały za dobrą organizację przestrzeni fonicznej (na liście płac nikt nie przyznaje się do dyrygentury).

Teraz na scenie melduje się free jazzowy duet Stefan Keune (saksofon altowy) i Steve Noble (instrumenty perkusyjne). Syna Albionu znamy doskonale, nie wymaga on rekomendacji. Mniej popularny zdaje się być niemiecki saksofonista, ale i on z niejednego pieca chleb jadł. No i to właśnie Keune w trakcie 17 minutowego seta udowadnia, iż pierwszy rząd europejskiego free winien być jego stałym miejscem. Zaczynają na ostro, ale już po paru minutach saksofonista schodzi niżej i zaczyna szukać ciekawszych dźwięków, głęboko zaglądając w tubę swego instrumentu. Noble czyta pismo nosem i aplikuje do gry na pełnych prawach. Bardziej niż błyskotliwe!

Chwila pianistycznego ukojenia, to z dramaturgicznego punktu widzenia, świetny pomysł. Paul G. Smyth w wersji solo (niemal 20 minut)! Zaczyna od preparacji, nisko pochylony na pudłem rezonansowym. Sporo subtelności, które podkreślają dźwięki otoczenia (słychać miasto w tle!). Minimal piano in deep space! Ciekawe, suche brzmienie. Pasus bardziej dynamiczny zdaje się być mniej intrygujący, ale finał seta rekompensuje wszelkie ambiwalencje – bardzo efektowny, niemal demoniczny, z dubową poświatą

Zdaje się, że festiwalowa rozbiegówka już dawno za nami. Oto kwartet o jakże niebanalnej nazwie Lullula (Jim Dvorak - trąbka, Kay Grant - głos, Armorel Weston - głos, Marcio Mattos - kontrabas). Dwa fragmenty, łącznie 20 minut z sekundami. Efektowna, bogata instrumentacja – dwa głosy kobiece, trębacz, który nuci pod nosem i kontrabas ze smyczkiem. Panie zdają się raz za razem szczytować, Panowie dzielnie akompaniują on full improve. Gdy szukają ukojenia, intrygująco gaworzą w klimat Julie Tippett i Spontaneous Music Ensemble. W dogrywce bez chwili zawahania idą w dobrą sonorystykę.

I znów nazwa formacji przyciąga uwagę jeszcze przed pierwszym dźwiękiem - Compulsive Quintet (Rick Jensen – saksofon, klarnet, Luisa Tucciariello – głos, flet, efekty, Michele Paccagnella - gitara, Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Jordan Muscatello – kontrabas). Dwa odcinki, ponad 22 minuty. Na starcie jazzowe frazy saksofonu, okraszone głosem kobiecym. Reszta czeka, a potem wszyscy razem robią duży skok w wolną improwizację. Nawet hałasują, gitara zwinnie psychodelizuje. Rwana, zmienna narracja, przyzwolenie na każdy dźwięk, przeto całość trochę nierówna. Ognisty finał pierwszego odcinka, więcej spokoju w drugim.

Kobiecy duet na skrzypce i fortepian? Why not!? Alison Blunt na tych pierwszych, Yoko Miura - na drugim. Ponad 20 minut rozwichrzonej kameralistyki. Piano odrobinę akademickie, często operujące mikrofazami i zatopione w konstruktywnym free improve skrzypce, z lekko zabrudzonym brzmieniem. Zdecydowanie więcej dzieje się po 7 minucie, gdy Panie postawiają gorąco podyskutować na argumenty foniczne. Pod koniec piękne, repetujące frazy skrzypiec, przypominające błysk Billiany Voutchkovej.

Zdecydowanie dobry to moment na coś prawdziwie bombowego! I tak dzieje się w istocie, na scenie bowiem melduje się skandynawskie trio Bomb (Ola Paulson – saksofon altowy, Anders Lindsjö – gitara basowa, Anders Uddeskog - perkusja). Niespełna 16 minutowa petarda free! Wytrawny saksofon, jurna, zagotowana od startu sekcja (doskonały bas elektryczny!), pełna swoboda kreacji – czego chcieć więcej? Jakże świeże i odkrywcze nagranie na tle osiągnięć gwardii uznanych i nadmiernie honorowanych kolegów z tej części kontynentu. Od eksplozji do konstruktywnego skupienia, zwinnej, małej gry. Świetna komunikacja, doskonały warsztat. Finał ocieka wysokogatunkową spermą! Brawo!

Po takiej wolcie, dobrze byłoby, gdyby jacyś inni artyści sprowadzili nas na ziemię nieco mniej ekscytującą narracją. Mówisz, masz! Enzo Rocco na gitarze, Veryan Weston na fortepianie. Set niemal 25 minutowy. Jazzowa, gęsta, trochę przegadana ekspozycja. Panowie nie żałują energii, tryskają temperamentem, ale po paru minutach koncert zaczyna trochę nużyć. Być może, tak intensywna gra obu muzyków dowodzi w tym wypadku problemów w zakresie wzajemnej komunikacji. Cóż, tak bywa.

Popołudniowa herbatka  w Ye Olde Rose & Crown zaczyna nabierać mocy. Festiwal wkracza w drugą fazę. Na scenie za moment zaroi się od postaci pomnikowych gatunku. Bądźcie czujni!

Trio Blurb zdaje się, że dobrze wpisuje się w powyższy anons. Maggie Nicols użyczy nam głosu, John Russell gitary, a Mia Zabelka skrzypiec i głosu. Dwa odcinki, każdy równo 9 minut i 39 sekund! Piękny, klasyczny dla free improve głos, jedyna w swoim rodzaju, akustyczna gitara ze splątanymi strunami, swarne, lekko psychodelizujące skrzypce, które chowane w klatce, wciąż uciekają na wolność! Błyskotliwa komunikacja, piękne zadziory akustyczne, z pewnością jeden ze szczytowych momentów tego popołudnia. Maggie niczym przekupka na rynku z warzywami, John precyzyjny i zupełnie wyzbyty zahamowań artystycznych i Mia, czasami filigranowa, także używająca głosu! Doskonałe!

Kolejny koncert znów konfrontuje kobiecy głos z instrumentem akustycznym. Viv Corringham w parze z Alex Wardem na klarnecie. Niespełna 14 minut. Na starcie kogucie bulgotanie z obu stron sceny. Tak w gardle, jak w tubie klarnetu. Niezła imitacja! Kobiecy głos nieco histeryczny, przeładowany energią, klarnet w dokładnej opozycji. Dużo emocji, sporo hałasu, stabilna komunikacja. Przed większość czasu recenzent wolałby pójść na solowy koncert Warda (pięknie gra!), ale ognisty finał pozostawia go w obliczu duetu i nie czyni rozczarowanym.

Czas na trio, znów damsko-męskie: Lee Boyd Allatson - drum set, Alan Wilkinson – saksofon altowy, Hannah Marshall – wiolonczela. 22 minuty i tyleż sekund ciekawej, free jazzowej opowieści z wiolonczelą, która nie dość, że jest delikatnie amplifikowana, to od startu wychodzi przed szereg i ustala zasady współpracy. Nie mamy zastrzeżeń! Saksofon Wilkinsona (sięga też po baryton) dość przewidywalny, niepozbawiony wszakże ekspresji i dobrego tonu, Allatson dopóki nie zacznie wydawać dźwięków głosowych, nie budzący wątpliwości. Króluje wszakże Marshall, która zabiera Panów na ognisty finał, który zdecydowanie podnosi jakość całej ekspozycji. 

Festiwal drobnymi krokami wchodzi na ostatnią prostą. Wejście jest iście piorunujące: Nigel Coombes na skrzypcach i Roger Turner na perkusji! Dwie improwizacje, łącznie prawie 24 minuty. Chciałoby się rzec – Spontaneous Music Ensemble Revisited! Spotkanie jedynych w swoim rodzaju improwizujących skrzypiec (ach, ten karkołomny, folkowy zaśpiew!) i drummera, która zjadł zęby na wybitnej free improve. Wirtuozeria, mistrzowska mała gra, maestria filigranowości. Classic of molecular improve! Czy wiecie dlaczego Turner nigdy nie zagrał w SME? Bo tam było miejsce tylko dla jednego perkusisty. Bez cienia wątpliwości – najważniejsze wydarzenie tamtej soboty!

Ciąg dalszy artystycznej kulminacji Discovery Festival! Evan Parker – saksofon tenorowy, John Russell - gitara, John Edwards – kontrabas. Ponad 23 minuty. Każde nagranie takiego tria warte jest wszystkich pieniędzy świata! Wolna improwizacja, model klasyczny. Bez zaskoczeń, tylko ekstaza! Być może, przy tej okazji, warto pochylić się nad jakością pracy Edwardsa w tej konfiguracji personalnej. Dynamika, ekspresja, kompatybilność w każdym wymiarze. Tu, nawet bardziej dynamicznie niż zazwyczaj. Takie trio, to dowód rzeczowy na tezę, iż telepatia nie jest pojęciem teoretycznym!

Po artystycznej eksplozji, ponownie czas na duet fortepian-skrzypce. Tym razem jednak męsko -damska odsłona: odpowiednio Steve Beresford i Satoko Fukuda. Kwadrans z okładem bezbolesnej improwizacji na piano z klawisza i klasycyzujące skrzypce. Steve, jak zwykle cytuje cały świat muzyki, jest rubaszny, zabawny, ale bardzo precyzyjny. Narracja jest rwana, ale wielowątkowa, bogata w naprawę udane momenty. Po stronie Japonki genialna wręcz technika gry. W ramach chwili relaksu ten pierwszy robi wariacje na temat ragtime’u, ta druga gra melodię dla powtórnie zakochanych. Dobry finał w galopie.

Oto i koniec dnia mamy już w zasięgu ręki. W ramach pierwszego podprowadzenia Dave Tucker Group (Dave Tucker – kontrabas, Claude Deppa – trąbka, Rachel Musson - saksofon, Mark Sanders – perkusja). Prawie 20 minut modelowej niemalże free jazzowej ekspozycji. Niebanalny flow, strumień dobrze uporządkowanej improwizacji. Bardzo śpiewana trąbka, doskonały saksofon (bez zaskoczeń!), sekcja, która okazjonalnie nawet swinguje. W połowie seta solo lidera, potem start nowej narracji. Finał wszakże bez nadmiernej ekscytacji.

W ramach drugiego podprowadzenia strunowe trio Barrel (Alison Blunt - skrzypce, Ivor Kallin - altówka, Hannah Marshall – wiolonczela). Set 16 i pół minutowy. Narracja pełna przeciągania liny, zwarć i całusów, toczona na pięknym, zabrudzonym brzmieniu przez każdego z muzyków. Co rusz, któryś z nich wychodzi przed szereg i stawia stempel mistrzowski. Prawdziwa perła string free improve. Zjazdy i podjazdy, sonorystycznie i melodycznie. W połowie seta incydenty z gardła, pokrzykiwania, jęki i drobne ekstazy. Potem chwila hałasu i rozbudowany, epicki finał.

Czas powoli gasić światła. Na ostatni set festiwalowy wychodzą szefowie Weekertoft, by zwinną improwizacją zakończyć to wielobarwne i naprawę udane popołudnie (wieczór). Paul G. Smyth, - fortepian, John Russell – gitara. Skromny, 9-minutowy rodzaj encore. Mała gra, preparacje, flażolety. Beauty in silence! Na ostatniej prostej muzycy trochę jednak rozrabiają! Finał godny całej imprezy! Brawa dla wszystkich!


Channel kupicie za skromne trzydzieści funciaków pod tym dokładnie adresem!



piątek, 1 grudnia 2017

Trevor Watts! All There Are Dialogues! Not Only With Strings!


Postać angielskiego saksofonisty Trevora Wattsa wykuta jest na Trybunie Muzyki Spontanicznej w złotej skale! Muzyk ten nie potrzebuje jakichkolwiek introdukcji, pisanie o jego muzyce nie wymaga powtórki z historii muzyki improwizowanej. Bowiem on sam jest tą historią i to bodaj jedną z tych najważniejszych!

Dziś czas odpowiedni na omówienie dwóch tegorocznych premier płytowych Trevora! Kwartet i duet! A na koniec drobny suplement na piano solo, oczywiście bez udziału saksofonisty, poczyniony przez jednego z jego współczesnych partnerów w żmudnym procesie improwizacji.




Dialogues With Strings!

Pytanie, czy formuła improwizowania w kwartecie może być twórczym rozwinięciem takiejż czynności, uprawianej w duecie, jest oczywiście retoryczne, ale gdybyśmy usilnie potrzebowali powodu rzeczowego, przykładem niech będą Dialogi ze Strunami. Wieloletnia i wielopłytowa współpraca Trevora Wattsa z pianistą Veryanem Westonem właśnie osiągnęła stan wzmożonej potrzeby czegoś więcej. Doproszenie do duetu dwóch wyjątkowo atrakcyjnych muzycznie artystek, jakimi są skrzypaczka Alison Blunt i wiolonczelistka Hannah Marshall, jest zatem naturalną konsekwencją wyżej zastanej sytuacji.

Pierwszy koncert nowego kwartetu odbył się wiosną tego roku. Potem pojawiła się płyta, która miała swą premierę w trakcie koncertu czwórki na warszawskim Festiwalu Ad Libitum. A na rzeczonej płycie, właśnie ów pierwszy koncert.

Rzecz działa się 23 kwietnia br. w Cafe Oto w Londynie. Dziś słuchamy tego na CD, wydanym przez Fundację Słuchaj!, a zatytułowanym właśnie Dialogues With Strings. Trzy odcinki muzyczne (tytuły sugerują, iż są to fragmenty większej całości). Godzina zegarowa i jedna minuta konkretnie wartościowych doznań muzycznych przed nami.

Każdy z muzyków płynnie wchodzi w zadaną konwencję estetyczną (gramy muzyką komponowaną, stworzoną oczywiście w drodze jak najbardziej swobodnej improwizacji!). Wiolonczela ma delikatnie upalone brzmienie, czym łechta zmysły recenzenta od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Piano stąpa pojedynczymi akordami, wprost z klawiatury, skrzypce na boku, w stanie łagodności,  a saksofon w oczekiwaniu na pierwszy podmuch swojej tuby. Jakby wzdychanie narkotyzującej się filharmonii przed pierwszym uderzeniem w batutę. Alt Wattsa wchodzi ostrożnie, jest odrobinę słodki, nienachalny. Skupienie, ale i odwaga, nawet bezczelność. Gęsta narracja, ciało w ciało, bez pustych przebiegów. Piano ewidentnie nawołuje do tańca, strunowce nie mówią „nie”. Trevor stara się tonizować emocje młodszej falangi tego kwartetu, ale nie jest w tym do końca skuteczny. Czupurność Alison i Hannah, pewna zuchwałość Veryana, sprawiają, iż alcista puszcza wodze fantazji i pozwala, by cały kwartet poszedł na całość! Dwóch starszych Panów i dwie bystre Panny na wydaniu. Trochę kabaretu damsko-męskiego z wyjątkowo dobrym skutkiem dla tej improwizacji. Narracja płynie wytrwale, trochę w stylu down and up, ale bez kameralistycznych dłużyzn – dzieje się! Czasami to narowisty strumyk, innym razem rwący potok. Jedynie piano Westona zdaje się być w tym zestawie mniej wywrotowe. 10-minuta, pierwszy głębszy oddech improwizacji, ale w dobrym guście, smakowite five o’clock. 14 minutę zdobi szalona jazda saksofonu sopranowego. Brudne, wyuzdane brzmienie strunowców wzmaga efekt dramaturgiczny fragmentu. Na finał pierwszego Dialogu, dynamiczne incydenty w pełnym galopie, a potem szybkie down to the silence.

Perkusyjne piano budzi do życia kwartet po sekundzie przerwy regeneracyjnej. Filtrujący przestrzeń saksofon. Odrobina agresji i zabawy na strunach. Skrzypce brzmią jak dęciak. Dęciak pachnie strunami. Prawdziwe kameleony! Jakby się wszyscy wzajemnie imitowali. Artystyczny mezalians! Idą w urocze tango i mizdrzą się do siebie! Synergia i empatia szczytują bezboleśnie. Jakby całe życie tylko w tym gronie trwonili czas.

Znów Weston – jurnymi uderzeniami w klawiaturę - ogłasza start kolejnego Dialogu. Stawia rytm, jest precyzyjny i raczej nieskory do akceptowania zdań odrębnych. Taneczny krok dobrze służy także tej improwizacji (strunowce znów w zalotach, urzekająco piękne). Boogie? Ragtime? Watts rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości – dmie w tubę i przypomina, że gramy krwiste free improve! Wybrzmienie tej akurat eskalacji okraszone sonorystyką skrzypiec i wiolonczeli (ach! – wzdycha recenzent). W 6 minucie Panie giną w konwulsjach nieoczywistych dźwięków, Panowie mają zaś ochotę na kameralistyczny spacer! Ot, ciekawy dysonans! W 10 minucie Strings wchodzą w dół, Panowie brną raczej górą. Wymiana poglądów, że aż iskrzy! Konsensus osiągnięty w mgnieniu oka (to częsty przypadek w tym kwartecie). Jakby kolejny orgazm tej improwizacji. Zaraz potem szczypta hałaśliwego galopu. Gęsto i soczyście! Po 20 minucie, spowolnienie, które nie nosi cech kameralistyki, jest bowiem ogniście piekielne! Cztery zwarte ciała, błyskotliwe interakcje! Watts, jak przystało na najstarszego w tym gronie, napędza improwizację i nadaje jej freejazzowy wręcz sznyt! Brutalny, acz piękny stop, to okolice 24 minuty, wprost w otchłań sonorystyki. Także one step to chamber! Na dużej swobodzie! Tak, na tej płycie zdarzyć się może doprawdy wszystko! Finał jest dynamiczny, pełnowymiarowy, bez niedomówień. Tłusty od tylko dobrych reakcji, czupurnych odpowiedzi i sążnistych znaków zapytania. Na wybrzmieniu, uszy stają nam dęba! No, i burza oklasków!





All There Is!

W nieco innych okolicznościach artystycznych odnajdujemy Trevora Wattsa na płycie poczynionej w duecie z pianistą Stephenem Grew. Poprzedniej zimy zawieszaliśmy ucho na ich duecie Con Fluent …nagranym korespondencyjnie. Na nowej płycie muzycy grają już zdecydowanie w tym samym miejscu i czasie, a czynią to w trakcie dwóch tegorocznych, styczniowych popołudniówek w kościele w Lancaster. Dokument fonograficzny nazwali All There Is (Discus, 2017). Siedem improwizacji (z czystej przekory nazwanych composed by…), godzina zegarowa. Dodajmy, iż Watts gra oczywiście na sopranie i alcie, Grew zaś na kawai mini grand piano

Chytry sopran, pnący się ku górze w opozycji, a może w kompozycji, z nadpobudliwym, szybkim piano, wprost z klawiatury. Błyskotliwa technika, lisia zwinność i lamparcia dynamika. Piano ma lekkie, nieco mniej przestrzenne niż zwykle brzmienie. Alt i sopran niczym woda święcona. Rzec można, nieskomplikowana, free jazzowa ekspozycji z dużą porcją emocji i wzajemnego szacunku (można to nazwać empatią). Maksimum efektu dramaturgicznego, osiąganego przy ograniczonym nakładzie sił i środków, zwłaszcza w spokojniejszych odcinkach muzycznych. Grew używa całego spektrum dźwiękowego swojego mini grand piano, choć jeśli w ogóle stosuje preparacje, to są one subtelne, nieoczywiste i raczej okazjonalne. Woli smak niedopowiedzenia, niż nadmierne gadulstwo. Ten rodzaj artystycznego minimalizmu dobrze robi improwizacjom Wattsa, zostawia im czas i przestrzeń, bez zbytniej kontroli. Także klasycystyczne naleciałości w pianistyce Grew stawiają saksofonistę w obliczu konieczności podejmowania intrygujących decyzji. Watts gra swoje, wiecznie rozpoznawalne pasaże (zwłaszcza na sopranie), ale nie sposób nie zachwycić się ich tembrem i dramaturgią. Także wysoką dyspozycją dnia!

W trzecim fragmencie muzycy plotą uroczy dialog w niemal stojącej narracji. Niskie piano, silnie sonorystyczny alt! Grew silniej pobudza do aktywności improwizatorskiej Wattsa, niż choćby bardziej wycofany, chwilami klasycyzujący Veryan Weston. Potrafi grać agresywnie, pyskato, nie przestaje być dynamiczny, nawet gdy gra wystudzone pasaże. W czwartym utworze piękne pasaże bardzo szorstkiego altu, z odpowiednią dawką melodii na dyszach i potu w samej tubie. Zachwyty recenzenta nie kończą się w trakcie piątej ekspozycji – krzepiące galopady pianisty komentowane wyrafinowanymi eksplozjami saksofonu. W szóstym, przykład sytuacji akcja! reakcja! eksplozja! w dobrym, free jazzowym idiomie. Siódmy, ostatni numer to stempel, sygnatura jakości! Brawo!




The Delicate Gates Of The Spirit 

Jeśli zdołałem dziś zaintrygować Was postacią Grew, warto byście sięgnęli po jego ostatnią płytę solową The Delicate Gates Of The Spirit (póki co, nagranie ma status selfreleased, dostępne do odsłuchu na stronie muzyka). Sześć improwizacji pochodzi z roku 2016, trzy kwadranse do odsłuchania.

Nagranie cechuje proste, szorstkie, ale niebywale płynne brzmienie fortepianu. Krótkie, nieagresywne palcówki z klawiatury, z zaszytym wewnętrznym nerwem, rodzajem artystycznego niepokoju. Narracja na ogół jest szybka, pozbawiona romantycznej zadumy, z pewną dozą angielskiej powściągliwości, wyposażona wszakże w odpowiednią dawkę ekspresji. Muzyk nie stroni od bystrych galopad, ale szczęśliwie daleko mu do natręctw, typowych dla pianistów free jazzowych. Czuć w tej muzyce posmak klasycznego wykształcenia muzycznego.

Bez wątpienia Grew, to przykład pianisty osobnego, który podąża swoimi indywidualnymi ścieżkami. Często jego wybory dramaturgiczne są nieoczywiste i potrafią zaskakiwać. Nie stroni od poszukiwań nowych środków wyrazu, bazując jednak na tym, co dać może zwykła klawiatura fortepianu. Czerpie z doświadczeń współczesnej kameralistyki, pozostając wszakże przede wszystkim zwinnym improwizatorem. Grew potrafi być silny, jak tur, by za moment sprawiać wrażenie bezbronnego słowika na gałązce jemioły.

Gdy decyduje się na pozostawienie na moment klawiatury, wchodzi w minimalistyczne preparacje i czyni je z dużym smakiem. Szczypta repetycji, może zapach serializmu (?). Na pewno konsekwencja, precyzja, technika gry, to atuty muzyka. Także krnąbrność i rzadka cecha muzyków korzystających z tego instrumentu – nie potrafi przynudzać!

Na finał tej płyty znów dostajemy skromną porcję preparacji. Choć ekspresja w tym momencie zdaje się czuwać na zaciągniętym ręcznym, wybrzmienie jest stylowe i naprawdę smakowite!


poniedziałek, 16 października 2017

Leandre! Guy! Fernandez! Liquid Quintet! Watts! Crispell! Edwards! 12th Ad Libitum Festival! And so is history! I tak tworzy się historia!


Każdy akt zbiorowego grania i słuchania muzyki ma swoją historię, swoje genialne epizody, tudzież dla odmiany garść prawdziwych gniotów. Warszawski Festiwal Muzyki Improwizowanej Ad Libitum szczęśliwie od lat unika tych ostatnich i na ogół kreuje wydarzenia artystyczne na poziomie trudno osiągalnym dla innych tego typu inicjatyw w naszym pięknie powykręcanym kraju.

Tegoroczna edycja była jednak wyjątkowa! Trzy dni, osiem koncertów i każdy z nich… zasługuje na najwyższą ocenę. Ze statystycznego punktu widzenia, zjawisko to niemal niemożliwe. W praktyce koncertowej – miało jednak miejsce! Poniżej w kilku reporterskich impresjach, postaram się tę szaleńczą tezę uzasadnić.


Dzień pierwszy

Panów Agusti Fernandeza i Barry Guya znamy doskonale. Na tych łamach padły już nawet stwierdzenia, iż z artystycznego punktu widzenia, obaj muzycy są polskimi rezydentami. Koncerty, płyty (zarówno w przypadku katalońskiego pianisty, jak i brytyjskiego kontrabasisty) są naszym częstym udziałem. Nie zmienia to jednak faktu, iż muzycy nie grali tu jeszcze w składzie dwuosobowym. Sam występ duetu, dla tych którzy doskonale znają muzyków, niczym nie zaskoczył, ale poziom artystyczny, umiejętność kooperacji, dźwiękowa wrażliwość, improwizatorska wyobraźnia wzniesione zostały na tak wysoki poziom, iż czujnik zadowolenia recenzenta osiągnął bez problemu stan maksymalny. Z jednej strony szczypta notacji, mikro scenariuszy, z drugiej furia pomysłów, wytrawnych preparacji i szaleństw improwizatorskich. Jeśli ktoś oczekiwał nostalgii i zadumy typowej dla obu muzyków, gdy realizują się wspólnie w ramach tria Aurora, mógł zginąć z nadmiaru wrażeń. Na bis wszakże muzycy zacytowali bodaj najpiękniejszą melodię z debiutanckiej płyty w/w formacji.




Punkt drugi i ostatni wieczoru otwarcia – grupa warsztatowa polskich muzyków improwizujących pod światłym przewodnictwem Joëlle Leandre (kontrabas) i Krzysztofa Knittela (elektronika). Obok liderów (a może jedynie skromnych przewodników) w składzie grupy – niebywały głos kobiecy (Marta Grzywacz), dwie gitary (Marcin Olak, Wojciech Błażejczyk), klarnet (Mateusz Rybicki), trąbka (Olgierd Dokalski), akordeon (Zbigniew Chojnacki), skrzypce i altówka (Patryk Zakrocki), wibrafon (Dominik Bukowski), fortepian (Łukasz Ojdana) i perkusja (Krzysztof Gradziuk). Krótki, ale jakże misternie skonstruowany w czasie rzeczywistym fragment zbiorowej, kolektywnej improwizacji. Smakowita, nieco kameralistyczna narracja, która miała dwunastu dyrygentów i ani jednego nietrafionego dramaturgicznie pomysłu. Wyśmienite!


Dzień drugi

Skrzypce i kontrabas na pierwszy strzał wieczoru. Dagna Sadkowska przyszła na ten koncert od strony muzyki współczesnej, John Edwards - od strony krwistego i niewymownie pięknego free jazzu/ free improvisations. Połączyła ich skłonność do niczym nieskrępowanej improwizacji. Samo spotkanie było elektryzujące i buchało emocjami, choć narracja w wielu fragmentach balansowała na pograniczu ciszy, kleiła się do wielu jej wymiarów i kolorów. Anglik pokazał kunszt i wirtuozerię, których wielu z nas być może nie spodziewało się, znając jego eksplozywną grę na wszystkich europejskich scenach free. Polka nie była nachalna, często z kobiecą gracją czekała na to, cóż zdarzy się po stronie jej partnera. Efekt muzyczny zadowolił wszystkich.




Angielscy weterani gatunku – Trevor Watts (saksofony) i Veryan Weston (fortepian) grają ze sobą już kilka dziesiątek lat. Są prawdziwie pomnikowymi postaciami free improvisation. Tu rozbudowali swój duet o dwa instrumenty smyczkowe – wiolonczelę i skrzypce, a do występu zaprosili dwie duże młodsze panny, ale już o uznanych personaliach – Hannah Marshall i Alison Blunt. Jeśli ktoś oczekiwał, że napotka free jazz przeniesiony do filharmonii, to zawiódł się srodze. Muzyka kipiała energią, kolektywną i intuitywną improwizacją. Tam, gdzie muzyka współczesna styka się ze zdrowym hałasem, tam także, gdzie free jazz wpada w odrobinę kameralnej zadumy. To muzyczne pola rażenia tego niezwykłego kwartetu! Każdy z muzyków iskrzył pomysłami, a historii mieli do opowiedzenia opasłe tomy. Jeden z dwóch najlepszych koncertów festiwalu!

Na wieczór późniejszy trio, które znamy od lat, ale pewnie na żywo nie widzieliśmy nigdy (przynajmniej w kraju). Amerykańska pianistka Marylin Crispell, kobieta, która wyznaczyła kanon pianistycznej improwizacji u boku Anthony Braxtona, Barry Guy (by the way… świętujący na festiwalu 70-e urodziny!) na kontrabasie i Paul Lytton na perkusji. W tym miejscu w zasadzie można powtórzyć słowa, jakimi skomentowałem koncert Guya z Fernandezem. Bez zaskoczeń, jednakże na poziomie artystycznym osiągalnym dla niewielu. Wielka radość recenzenta, móc zobaczyć Crispell na żywo. Wyśmienita pianistka, jak każdy wybitny muzyk, potrafi zagrać wszystko, ale gra tylko to, co zechce.


Dzień ostatni

Z wielu powodów koncert otwarcia dnia trzeciego był dla mnie kluczowy na tej imprezie. I od razu skomentuję – okazał się najlepszy. Katalońskie Liquid Trio, które na tym koncercie wieściło światu ukazanie się trzeciej płyty, uzupełnione o dwóch znakomitych muzyków z polskim paszportem – zatem niechybnie Liquid … Quintet. Personalnie zaś: Agusti Fernandez (piano, głównie preparowane), Albert Cirera (saksofon tenorowy i sopranowy), Artur Majewski (trąbka i flugelhorn), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa) i Ramon Prats (perkusja). Od prawdziwie drapieżnego i wielowymiarowego free improv, po oczyszczającą ciszę, którą muzycy osiągnęli w niebywały sposób, kolektywnie schodząc step by step do ostatniego dźwięku i linearnie ograniczając skalę swoich ekspresyjnych zachowań. Prats grający stopą po werblu, Mazur traktujący smykiem swoją gitarę, która stawała się małym kontrabasem, Majewski z niebywałą umiejętnością wypełniania przestrzeni akustycznej dźwiękami w wysokim rejestrze, Cirera tryskający energią i pomysłami, kluczowy element kongenialnego wybrzmiewania nagrania, gdy pracował na sopranie nie używając ustnika, wreszcie Fernandez, który w każdej sekundzie najbardziej zagmatwanej improwizacji, wiedział jaki zagrać dźwięk. Doskonały koncert!




Duet dwóch kontrabasów - Joëlle Leandre i Barry Guy. Dwie najważniejsze postaci festiwalu, z racji zadań i zakresu obowiązków (każdy po trzy występy!). Nie będę opisywał techniki ich gry, wyobraźni i palety rozwiązań improwizacyjnych. To zawsze najwyższa skala oceny. To nie był koncert. To był spektakl teatralny. Muzycy prześcigali się w pomysłach, w zakresie wzajemnej komunikacji (Barry grał nawet przez moment na kontrabasie Joëlle, choć wcale nie zamieniali się instrumentami!). Finał wyniósł publiczność pod nieboskłon Centrum Sztuki Współczesnej. Guy, nie przestając grać na instrumencie, najpierw ułożył do snu swój kontrabas, a potem już wspólnie z partnerką, kontrabas Leandre. Emocje eksplodowały!

Finał nie mógł nie należeć do tej ostatniej - Joëlle Leandre Tentet. Trochę narracji z partytury, bardziej na zasadzie inspiracji i tworzenia ładu narracyjnego, niż chęci odgrywania gotowego materiału kompozytorskiego. Wybitni muzycy, których nazwisk nie wylistuję w całości, gdyż program festiwalu ich nie opisał, a na koncercie nie notowałem. Może przywołam jedynie tych muzyków, których znałem już wcześniej – zatem Theo i Valentin Ceccaldi (skrzypce, wiolonczela), Alexandra Grimal (saksofony) i Jean Luc Cappozzo (flugelhorn). Szczególnie urokliwe brzmiały instrumenty strunowe, których rola w Tentecie jest fundamentalna. W przeciwieństwie do płyty Can You Hear Me?, którą muzycy twórczo dekonstruowali na koncercie, improwizacja szczęśliwie dominowała nad materiałem skomponowanym. Przywołany wyżej tytuł był przy okazji naczelnym hasłem 12 edycji Festiwalu Ad Libitum.

Tak, słyszeliśmy Cię! I to jak!


wtorek, 12 lipca 2016

John Russell – ‘MOdernism – POst MOdernism – SO what?’


Angielska muzyka improwizowana nie byłaby tak bogata w wyjątkowe osiągnięcia i niesamowite nagrania, nie wydałaby na świat tylu spektakularnych muzyków, gdyby nie skromny zwyczaj … cyklicznego muzykowania przy herbatce (wątek innych używek pozostawmy w sferze niedopowiedzeń).

Inicjatyw wspólnego, cyklicznego improwizowania w gronie przyjaciół i bliskich, ostatnie dekady dostarczyły całe mnóstwo. Pamiętamy o Dereku Baileyu i jego Company, nie zapominamy o London Improvisers Orchestra, która przez blisko dekadę jeden dzień w miesiącu miała regularne próby i szlifowała idiom improwizacji wielkogabarytowej. Choćby inicjatywa „kościelna” Evana Parkera i spotkania Free Zone w Appleby, które przez lata dostarczały nam niezapomnianych wrażeń. Z kolei wyjątkowy festiwal Freedom Of  The City do roku 2013 stanowił coroczny powód wycieczek wielu szaleńców z całego świata, na te kilka majowych dni do Londynu. Zamierzchłe lata 80. przyniosły serię spotkań pod nazwą Fete Quaqua, która potem przerodziła się w .. Quaqua. Za te ostatnie dwie idee odpowiadał John Russell. Przykłady możnaby mnożyć.




Modernizm, Post Modernizm i co dalej?

Podobny zamysł przyświecał temuż Johnowi Russellowi i Chrisowi Burnowi, gdy w roku 1991 powoływali do życia Mopomoso (skrót od zdania przywołanego w tytule dzisiejszej opowieści), czyli cykl regularnych, comiesięcznych spotkań improwizatorskich w The Red Rose Comedy Theatre w Londynie (przy okazji, to właśnie w tym miejscu regularnie występowała, wyżej wspomniana, London Improvisers Orchestra).  Przez siedemnaście lat spotkania w Red Rose odbywały się regularnie. Niestety w którymś momencie stali bywali tego miejsca zostali zeń wyproszeni (podobnie jak LIO), a tym samym zmuszeni do poszukiwania nowego miejsca na wspólne spotkania, koncerty i warsztaty. Raz grali w Vortexie, innymi razem w Cafe Oto, by w roku 2013 podjąć szaleńczy pomysł… zorganizowania festiwalu objazdowego. Przy wsparciu, przyjaznych kulturze wysokiej, organizacji rządowych i samorządowych (Art Council, m.in.), udało się tygodniowy tour po Anglii przeprowadzić. Kolejne lata przyniosły i nadal przynoszą nowe koncerty pod szyldem Mopomoso, co więcej znów odbywają się one w cyklach miesięcznych, w różnych miejscach przeznaczonych do konsumpcji muzyki. Po szczegóły odsyłam na mopomoso.com.




Puentą naszej opowieści o meandrach herbatowych meetingów będzie natomiast edytorska dokumentacja ze wspomnianej objazdówki w roku 2013, która całkiem niedawno ujrzała światło dziennie, dzięki nowemu wydawnictwu Johna Russella, Weekertoft Records. Pudełko z czterema dyskami zwie się Mopomoso Tour 2013: Making Rooms i zawiera … wspaniałą muzykę. Szczegóły poniżej.


Fakty bezsporne

Pierwszy Touring Mopomoso miał miejsce między 23 a 30 kwietnia 2013r. Objął siedem miast angielskich: Birmigham, Brighton, Oxford, Bristol, Sheffield, Newcastle i Manchester. We wszystkich koncertach uczestniczyło dziewięciu muzyków. Jeden – Keith Tippett, fortepian solo – dojechał jedynie na koncert do Bristolu. Zarejestrowano wszystkie koncerty, a na wydawnictwo Making Rooms trafił wybór z tychże, w łącznym wymiarze czasowym blisko 270 minut. Pomieszczono je na czterech płytach CD, z których każda otrzymała indywidualny tytuł, a następnie zapakowano do zgrabnego pudełka kartonowego. Od 30 stycznia br. można to cudo posiąść drogą kupna. Osobiście nabyłem od Alexa Warda po jego koncercie na festiwalu Art Of Improvisation we Wrocławiu.


Trio po raz pierwszy: Chasing The Peripanjandra

Na początek trzęsienie ziemi, a potem będzie już tylko lepiej. Evan Parker, saksofon tenorowy, John Edwards, kontrabas i John Russell, gitara akustyczna. Trudno o bardziej dosadną muzyczną genialność w wydaniu angielskim. Panowie grali razem setki razy, choć w tym trio mają w dorobku tylko jedną, acz wspaniałą płytę House Full Of Floors (Tzadik, 2007) i tym tytułem wykonawczym bywają określani na plakatach anonsujących ich koncerty.




Dysk dokumentujący ich popisy na objazdówce Mopomoso przynosi trzy ponad dwudziestominutowe, swobodne improwizacje. W dobrych słuchawkach słyszymy muzyków od lewej do prawej, w kolejności jakiej wymieniłem ich na wstępie tego akapitu. Od samego startu w nagraniu dominuje potężny, ale czysto brzmiący kontrabas Edwardsa. Russell brzdąka na gitarze, jakby trenował nowy motyw flamenco, a Parker lekko zawiesza głos, jakby jego tenorowi na krótki moment zabrakło języka w gębie. Wszystko już wiemy o tej muzyce, niczym nie jest nas w stanie zaskoczyć, nasz mózg z pewnością już przy tych dźwiękach nie rozwija się, ale… trudno doprawdy szukać we wszechświecie free improv piękniej brzmiącego zestawu trzyosobowego. Muzyka płynie, jakby ocean dźwięków nie miał dna, a mistrzem ceremonii musi zostać ogłoszony Edwards. Gra po prostu genialnie, ani na moment nie zdejmując nogi z pedału gazu. Gorąca lawa wylewa się z uszu każdego z trójki muzyków. W drugim fragmencie – czas na drobny odpoczynek (choć nie wiemy, czy jesteśmy na tym samym koncercie, czy może już jednak na innym – to wszak jest Tour!). Muzyka wypełnia głęboką przestrzeń Sali koncertowej zupełnie samoistnie, a ktoś z offu delikatnie charczy otworem gębowym (czyżby Edwards? ale chłop jest w formie!). Ten spokój jest jednak pozorny, bo wszystko kończy się niezłą galopadą. I fragment trzeci, ostatni – ciekawe, surowe brzmienie gitary Russella (jakby grał na … bałałajce). Po dynamicznym intro, muzyka się uspokaja, acz toczy w niepokojącym tempie i ma ochotę co chwila czymś nas zaskakiwać. Cała trójka brzmi wręcz barokowo i dowozi nas do finału w pozycji rozdziawionej gęby. Majstersztyk!


Solo raz jedyny: Naqsh

Piano solo stanowi dla mnie każdorazowo duże wyzwanie i samotną walkę z instrumentem, którego po prawdzie, po prostu nie lubię. Pat Thomas, muzyk średniego pokolenia brytyjskich improwizatorów, jest tu owym samotnym podmiotem wykonawczym. Na dysk drugi Mopomoso Touring 2013 trafiło aż dziewięć stosunkowo krótkich improwizacji. Thomas w każdym z nich stosuje trochę inną technikę gry, improwizuje w innym tempach i skalach, przeto nawet źle nastawiony do instrumentu recenzent musi przyznać, że fortepianowa opowieści nie nudzi i daje się swobodnie przetrawić.




Na objazdówce Pat używał także elektroniki, jak to ma w swoim zwyczaju, zatem w wyborze nagrań dokonanych dla potrzeb tego wydawnictwa, słyszymy i ją, jednak tylko w drobnym, trzyminutowym fragmencie. Pozostały czas wypełnia piano w wersji akustycznej. Nie brakuje ciekawych preparacji (akurat ten wątek w życiu instrumentu fortepianowego akceptuję bez zastrzeżeń), choć pozostają one w zdecydowanej mniejszości. Innymi słowy – dałem radę, jakkolwiek po latach, gdy sięgnę po ten czteropak, dysk Thomasa będzie z pewnością najmniej zużyty.


Trio po raz drugi: Knottings

Mimo oczywistych zachwytów nad muzyką zawartą na dysku pierwszym, to właśnie dysk trzeci, z kolejnym trio, zdaje się być w mym sercu fragmentem najwybitniejszym. Ale do rzeczy – Alison Blunt, skrzypce, Benedict Taylor, altówka i David Leahy, kontrabas. Całą trójkę śmiało możemy zaliczyć do grona młodego pokolenia brytyjskich improwizatorów. Zapewne na ich nazwiska natrafialiśmy do tej pory jedynie w wypadku odczytywania list obecności na kolejnych koncertach London Improvisers Orchestra.




Skrzypce i altówka na skrzydłach, kontrabas atakujący środkowym pasmem, zadziorny, niemal freejazzowy (co jednak zaskakujące w tym zestawieniu), drastycznie wyznaczający pole działania. Dynamiczne rozszarpywanie strun nie trwa jednak w nieskończoność, bowiem kontrabasista sięga po smyczek, rozpoczynając galopadę trzech dobrze naoliwionych strunowców. Ale to jednak nie filharmonia, tu dosadność i ekspresja wyznaczają ramy muzycznych eksploracji, wieńcząc 13-minutowe, kompulsywne wprowadzenie do strunowego misterium. Bo potem to już … tylko skowyt i bolesne rozszarpywanie ran. Violin i viola pięknie improwizują (altówka z dużym bagażem kameralistycznych pomysłów na zapanowanie nad koncentracją słuchacza), by po chwili głębokiego zanurzenia się w … estetyce muzyki dawnej, z werwą zedrzeć glazurę strun w trakcie improwizacji na pograniczu ciszy, w towarzystwie kontrabasu, który nie potrafi zapanować nad emocjami. Supły (knot) i zakręty (bend) wyznaczają trajektorię tej niezwykłej muzycznej przygody, która mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, gdyby nie ograniczenia czasowe cyfrowego nośnika. Piękna muzyka!


Duet na finał: Seven Cities

Kay Grant, głos i Alex Ward, klarnet. Po jednym, drobnym fragmencie z każdego z miast goszczących Tour 2013. Amerykańska rezydentka Londynu i zdolny klarnecista, który był już podmiotem niejednej opowieści na Trybunie. To nie były, rzecz jasna, ich pierwsze spotkania w formule całkowicie uwolnionej improwizacji (co słychać!), albowiem mają w dorobku jeden krążek dla Emanem Records (Fast Talk, 2011).

Kay to kobieta temperamentna, która, choć nie dysponuje wyjątkowymi możliwościami wokalnymi i operuje raczej w węższym paśmie, to siłą wyobraźni i niepopadaniem w schematy, ani jakiekolwiek ograniczenia, czy umiejętnością kooperacji, potrafi wynieść swą improwizację na szczyty emocji, po każdej zresztą stronie sceny. Alex zdaje się być tu idealnym wręcz partnerem, który nie dość, że łapie w mig wszelkie Jej pomysły, to jeszcze gigantycznym kompetencjami w zakresie operowania skromnym klarnetem, dopowiada każde westchnienie wokalistki i zmyślnie je rozwija. Ten duet potrafi wpaść w jeden dźwięk, a my w ferworze zasłuchania, nie potrafimy odróżnić od siebie źródeł dźwięku. Raz klarnet się uczłowiecza, innym razem głos wchodzi w parametry klarnetu.





52-minutowy wyciąg z siedmiu koncertów mija jak nanosekunda w bezgranicznym wszechświecie, a ja zaczynam wierzyć w … notatki przedimprowizacyjne Alexa, z obserwacją tworzenia których, miałem do czynienia przed jego wrocławskim koncertem z Dominiciem Lashem. Niebywała integracja w procesie improwizacji z Kay Grant zapewne jest także skutkiem owych przygotowań. To jednak działa!!!