Pokazywanie postów oznaczonych etykietą João Camões. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą João Camões. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Evan Parker X-Jazz Ensemble! A Schist Story!


Nie stawaj przed innymi, graj tylko wtedy, gdy masz coś ważnego do dodania w kontekście tego, co jest właśnie grane; nie rób niczego na siłę, sprawiaj, by całość swobodnie płynęła. Zmieniaj kierunek tylko wtedy, gdy sytuacja sceniczna wydaje się niezdefiniowana, ale nie z twojego punktu widzenia, ale kolektywu. (…) Nie myśl za dużo, wykazuj atencję i słuchaj. Słuchanie jest priorytetem. (…) Pilnuj natężenia dźwięku i dynamiki, używaj tylko koniecznych fraz, ani więcej, ani mniej, jesteś tylko drobnym elementem globalnej koncepcji; działaj w korespondencji z innymi, ze świadomością, że jesteś istotnym fragmentem całości *).

Mniej więcej tymi słowami Evan Parker rozpoczynał każdy dzień tygodniowego warsztatu, jaki realizował z improwizującymi muzykami z Portugalii, latem 2012 roku w górzystych okolicznościach iberyjskiej przyrody. Zwieńczeniem tygodnia pracy był finałowy koncert, którego dokumentacja fonograficzna właśnie do nas trafiła. Pytanie, czy warto było na nią czekać całą dekadę, jest oczywiście jedynie retoryczne. Z dzisiejszego punktu widzenia nie sposób nie skonstatować, iż dla portugalskiej sceny muzyki improwizowanej było to jedno z ważniejszych wydarzeń w definitywnie historycznym wymiarze. Bez zatem dalszych introdukcji sprawdźmy, cóż działo się w trakcie spektaklu, który trwał niewiele ponad trzy kwadranse, a na scenie jednoczył brytyjską ikonę improwizującego saksofonu (tu także w roli dyrygenta) i piętnastu portugalskich adeptów, zarówno tych bardzo już wtedy doświadczonych artystycznie, jak i niemal młokosów. Zauważmy, iż większość z tych lokalnych muzyków, to dziś czołowe postacie europejskiej muzyki improwizowanej.



Improwizowana opowieść ma zdecydowanie kameralną introdukcję. Altówka kreśli melodyjny flow, który komentowany jest innymi dźwiękami strunowymi (w tym gitary akustycznej) oraz spokojnymi frazami trąbki. Krok za krokiem narracja delikatnie nadyma się i rozrasta, by po wybiciu 5 minuty utonąć w elektronicznym backgroundzie i blasku rezonujących talerzy. Pierwsze dźwięki dostarczają teraz gitary elektryczne, które udanie konweniują z elektroniką. Opowieść gęstnieje i w okolicach 10 minuty chłonie pierwsze dźwięki saksofonów – najpierw sopranowego, potem tenorowych. Nie wspina się jednak na szczyt, ale wpada w objęcia śpiewnych, spokojnych podmuchów saksofonu, inkrustowanych strunowymi i perkusjonalnymi drobiazgami. Jedna z gitar elektrycznych kreśli teraz dźwięki, pod które podłącza się saksofon. Jazzowy posmak zachęca inne instrumenty do włączania się w budowanie gęstego, po chwili już ogniście free jazzowego łańcucha zdarzeń. Zakończenie pierwszego kwadransa koncertu grane jest już chyba całą orkiestrą i kipi od emocji.

Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja rozlewa się szerokim korytem wyłącznie intrygujących fraz. Strunowce fermentują, trąbka dmie na wszystkie strony, swoje dokłada też elektronika. Ale po kilku minutach flow przygasa i wielka orkiestra przystępuje do kreowania nowego wątku. Bazy rytmicznej szuka tu gitara akustyczna, wytrwale pracuje harfa i delikatna elektronika. Powrót saksofonów oznacza tu duży zastrzyk energii. Tempo jest jednak umiarkowane, co sprzyja podłączaniu się kolejnych ośrodków dźwiękowych. Intensywność rodzi się tu wszakże na flankach, kreowanych przez dobrze już rozgrzane perkusje. W mgnieniu oka narracja osiąga stadium Orchestra Tutti! Piękny szczyt w ułamku sekundy przekształca się w … jazzowe trio z saksofonem tenorowym, bystrze doposażone w emocje kontrabasowym smyczkiem.

W okolicy 25 minuty koncert zaczyna się jakby od nowa. Znów altówka, garść strunowych zdobień i trąbka. Kilka brudniejszych fraz dokłada teraz cello, reszta pracuje w trybie short-cuts, umoczona w elektronicznym sosie. Kilka bystrych fraz ślą także saksofony, przy czym każdy z nich zdaje się pracować w innym trybie. Kolejne wzniesienie pokonywane jest głównie dzięki inicjatywie watahy instrumentów strunowych, a udane lądowanie następuje wprost w objęcia małych perkusjonalii i gitar z prądem. Narracja znów zatem szuka nowych rozwiązań, leniwie nadyma się i rośnie w siłę serią wzajemnych kontrapunktów. Wszystko sprzyja teraz ekspozycji saksofonu sopranowego. Ten z energią przystępuje do dzieła, tło zaś pęcznieje dzięki gitarom i perkusjom. Prawdziwie free jazzowe uniesienie wieńczy tu swój żywot po 34 minucie.

Improwizację czeka teraz drobne wytłumienie, ale odbywa się ono w inny niż dotychczas sposób. Gitara akustyczna buduje bowiem delikatne, ale definitywnie rytmiczne tło, które z jednej strony pozwala na chwile wytchnienia dla każdego, z drugiej nie pozwala umrzeć całej opowieści. Kilka urokliwych fraz harfy, dużo kreacji ze strony elektroniki i wielobarwne pochody gitar elektrycznych, to elementy składowe nowego wątku. Gdy do piętrzenia narracji przystępują także perkusje, wiemy już doskonale, iż orkiestra zaczyna wznosić się na finałowe wzgórze. Swoje dokładają teraz saksofony, a w grze uczestniczą już na pewno wszyscy zgromadzeni na scenie. Całość niesie się sporym hałasem, ma niemal post-industrialny posmak i pięknie gaśnie wraz z wybiciem 40 minuty, wprost w ramiona melodyjnych fraz strunowych. Słyszymy trąbkę, gitarę akustyczną (ze smyczkiem!) i wszystko to, co budowało improwizację na samym początku koncertu, a także w jego środkowej części. Kameralne rozchełstanie jest teraz efektem zwinnych onomatopei wiolonczeli i altówki, dźwięków elektrycznych gitar, harfy, trąbki i nisko zawieszonych, kontrabasowych smyczków. Kolektywny strumień emocji, tuż po wybiciu pełnych trzech kwadransów, wpada w objęcia rzęsistych oklasków.

 

Evan Parker X-Jazz Ensemble A Schist Story (JACC Records, CD 2022). Evan Parker – dyrygentura i saksofon, Miguel Mira – wiolonczela, João Camões – altówka, Angelica Salvi - harfa, Luís Vicente – trąbka, Marcelo dos Reis – gitara akustyczna, Hugo Antunes i José Miguel – kontrabasy, Miguel Carvalhais i Travassos – elektronika, Luis Lopes i Gonçalo Falcão – gitary elektryczne, João Lobo, João Pais Filipe i Gabriel Ferrandini – perkusje, Rodrigo Amado, João Martins i Pedro Sousa – saksofony. Nagranie koncertowe, 18 sierpnia 2012 roku, Casa da Cultura da Sertã, Schist Villages, Portugalia. Jedna improwizacja, 46:04.

 

*) cytuję za słowami albumowego credits



sobota, 21 listopada 2020

XNN! Roji! Lotto! Bass To Bass! Gelber Flieder! Algo Quedó Dentro! As 3 Velhas! New Hermitage! The Bloody November’ Round-up!


Emocje, emocje, emocje! Oto coś, co kochamy na tych łamach nade wszystko! A najlepsze emocje gwarantuje wytrawna składanka recenzji nowych płyt z muzyką improwizowaną (która, jak wiemy, miewa i tysiąc imion!), dobrze zmieszana, intensywnie wstrząśnięta i łącząca wszelkie możliwe gatunki – i niebo, i ziemię, no i najprawdziwsze piekło!

Już tytuł pierwszej z omawianych płyt – Dance Chaos Magic! – mówi nam niemal wszystko, co niesie ów zestaw dźwięków! Ognista marszruta zacznie się na nowojorskim Brooklynie z udziałem samego Daniela Cartera (to już druga jego wizyta na Trybunie w ostatnich dniach!). Potem zderzymy się z cudowną ścianą dźwięku, produkcji niemiecko-portugalskiej, by zaraz po niej zanurzyć się w krajowym post-rocku w nadspodziewanie świetnym wydaniu! Kolejny akcent krajowy zapewni nam pewien kontrabasista w uroczym duecie z niemniej uroczą kontrabasistą ze Szwecji! A dalej? Bez chwili oddechu rozpoczniemy rozbudowany wątek iberyjski (choć będziemy także w Paryżu i Berlinie!), by na trzech kolejnych krążkach, obok kilku dobrych znajomych, spotkać wielu całkiem nowych, intrygujących muzyków! A na finał tej szalonej eskapady udamy się do … Kanady, by posłuchać bystrej, współczesnej kameralistyki! Oj, będzie się dziś działo!



 

XNN  Dance Chaos Magic (Eschatology Records, DL 2020)

Amerykańskiego saksofonistę Bena Cohena i jego label Eschatology poznaliśmy całkiem niedawno przy okazji płyty tria Charlatan. Tym razem muzyk zaprasza na spotkanie w kwartecie XNN, do którego zaprosił ikonę nowojorskiego free jazzu, Daniela Cartera (saksofony, trąbka, flet i klarnet) oraz swoich częstych współpracowników – Eli Wallace’a na fortepianie i Dana Kurfirsta na perkusji. Silnie osadzona we free jazzie, swobodna improwizacja trwa prawie 39 minut (Tedesco Studios, nagranie z listopada 2019 r.).

Kwartetowa podróż zaczyna się sekwencją tzw. kontaktów rozpoznawczych, nie bez zasad godnych metody call & responce. Spokojna improwizacja na przednówku - trochę perkusyjnych szczoteczek, kilka piano preparacji, saksofon i flet w rozmowie o poranku. Pierwszym, który zaczyna lepić wszystkie dźwięki w narrację właściwą jest drummer. W duchu jakże kolektywnym free quartet with jazz roots rusza na podbój świata, a tempo marszu rodzi się niemal samoistnie. W okolicach 9 minuty Carter sięga po trąbkę i razem z perkusją czyni duetowe expo. W tak zwanym międzyczasie preparujące piano, bystry tenor i cool-jazzowe szczoteczki dbają o przyrost dobrych emocji. Dużo jakości wciąż płynie z gołych strun fortepianu. Pod koniec 17 minuty kwartet stopuje i serwuje nam garść ciszy.

Nowy wątek rodzi się pod delikatnymi młoteczkami piana. Saksofon i trąbka ciekawie gaworzą na przeciwległych flankach, a wspomnienie kwartetu Test (Carter!) wcale nie jest tu nadużyciem. Opowieść zaczyna płynąć naprawdę swobodnym, własnym rytmem. Choć mnóstwo w niej dźwięków i wydarzeń, cały flow nie traci na lekkości, w czym zasługa nad wyraz subtelnego drummera. Po 22 minucie pianista zaczyna brnąć w abstrakcje, a Carter sięga po tenor i proponuje kolejne rozwiązanie. Powraca posmak lightowego Testu. Kwartet wchodzi w fazę zabaw w podgrupach. Najpierw saksofon z fortepianem, potem krótkie solo samego Cartera, które przekształca się w duet saksofonów. Sam miód tej improwizacji zaczyna się w momencie powrotu perkusisty, który zaczyna budować drobny (a jakże!) szkielet finałowej już narracji. Pianista znów preparuje, dęciaki gadają bez ustanku (aż słychać … trzeci saksofon przez moment!). Ostatnie przebiegi, to już odważny skok w ogień free jazzu, kind of a Test memorial! Mimo tryskających emocji wciąż możemy liczyć na perełki z pudła rezonansowego fortepianu. Jeszcze tylko kilka kroków – trochę repetycji z klawisza, dęte podśpiewywanie – i muzycy docierają do kresu tej wyśmienitej podróży. Brawo!

 


Roji  Oni (self-released, LP 2020)

Jörg A. Schneider (perkusja) i Gonçalo Almeida (gitara basowa, loops i elektronika) grając w duecie czasami czynią to pod własnymi nazwiskami, innym razem jako Roji. Definitywnie w tej konfiguracji personalnej lubią hałas, rockowy zgiełk i rozimprowizowane emocje. Do zabawy na ogół dopraszają gości. Na drugą płytę Roji zaproszeni zostali: Riccardo Marogna (klarnet basowy, saksofon tenorowy i elektronika) oraz Giovanni di Domenico (fortepian, keyboard i elektronika) - każdy z nich do dwóch utworów. Niemiecko-portugalska maszyna dźwiękowa proponuje nam łącznie siedem epizodów, które trwają niemal pełne trzy kwadranse.

Żarty się kończą! Ostry riff basu, masywne uderzenie w rozbudowany zestaw drummerski, okrzyk dętej zwierzyny i ruszamy w gęsty, rockowy flow, budowany z precyzją, domieszką psychodelii i póki co, nie forsujący tempa. Klarnet basowy tańczy w magmie sekcji, która płynie wzmocniona power-ambientową poświatą. Wszystko na dużym pogłosie, mocno kwasowe. W drugiej części składu tria dopełnia instrument klawiszowy. Dzięki tej asyście stalowej sekcji zdają się rosnąć skrzydła. Strumień basu zlewa się z dużo lżejszą narracją pianisty, full drumming wypełnia pozostałości wolnej przestrzeni. Płynna lawa, w pół kroku do ściany dźwięku. Trzeci epizod, miniaturka w duecie – dub noise? harsh post-rock? speed metal? black electronics? W kolejnej części grzmią same pioruny – tenor, który wznosi okrzyki i sekcja, która łamie kark opornego samym spojrzeniem. Wszystkie dźwięki leją się w jeden strumień psycho-noise! Pandemic thriller!

W epizodzie piątym powrót do duetu, chwila meta relaksu – ambient gitary basowej, który zwiastuje nadejście nowej porcji bolesnego hałasu. Drummer tylko czeka na sygnał, by two man orchestra mogła wyruszyć na łowy. Afrykańska polifonia na sterydach i bas, który buduje kilka pasm masowego rażenia. Ten ostatni pętli się, a wokół niego rośnie elektronika, która potrafi równie skutecznie zaatakować dobrym hałasem. Za szóstą część także odpowiada tylko dwóch artystów – płynna, elektroakustyczna lawa. Bas zdaje się mieć tysiące twarzy, perkusja tylko jedną, ale zabójczą. Dub noise! Czyżby smyczek podłączony pod trafostację wysokiej mocy? Flow, który już dawna przekroczył ścianę dźwięku zdaje się pęcznieć kolejnymi elementami, które giną w power-psychodelicznej poświacie. Magia Chaosu, nie pierwszy dziś raz! Na finał tego horroru powraca klawiszowiec! Bas rwie struny hc-punkowymi przełomami, piano w mackach distortion rzęzi jak zepsuta maszyna szlifierska, a oba instrumenty brzmią niczym ekstremalnie sfuzzowana black-metalowa gitara. Circle massive drumming dopełnia dzieła zniszczenia. Na tym tle kilka smagnięć pędzlem nieco bardziej delikatnych klawiszy, to dysonans godny największych mistrzów. No, i ta cisza po wybrzmieniu, gęsta jak krakowski smog.

 


Lotto  Hours After (Endless Happiness, CD/LP 2020)

Lotto na swej nowej płycie, to Mike Majkowski (bas), Paweł Szpura (perkusja) i Łukasz Rychlicki (gitara elektryczna) oraz cała masa tajemniczych urządzeń (lista do wiadomości wydawcy), które sprawiają, iż dźwięk typowego instrumentu akustycznego lub elektrycznego brzmi, jakby przybył do nas z samego piekła. Nagranie z Warszawy (chyba ubiegłoroczne), być może zrealizowane po godzinach, składa się z czterech niezwykle efektownych, post-rockowych scenariuszy. Całość trwa mniej więcej 35 minut.

W strukturze post-rockowej repetycji muzycy budują coś na kształt metafizycznej ballady. Równy, krautrockowy rytm, a w tle intrygująca, gitarowa mgławica, która zdaje się z czymś rezonować. Z czasem na pierwszy plan wychodzi właśnie gitara – mantra, która snuje się pod podłodze, jak leniwy wąż, który może jednak w każdej chwili kąsać. Niepokojące tło odradza się jak hydra, a całość pachnie dobrym, starym The Swans, z czasów, gdy jeszcze nikt nie wiedział do końca, co to rzetelny noise-rock. Druga opowieść burzy nieco ład narracyjny pieśni otwarcia. Jazgot gitarowych przetworników, drumming umoczony w syntetycznej poświacie i bas, który prycha i rzęzi niebywale urokliwie. Post-industrialna zabawa u progu czerstwego hałasu. Wykoślawiona, bystra motoryka, swoisty tygiel harshowych fonii i … skromna, brudna melodia, która snuje się pod palcami jednego z muzyków. Nagły finał osiągnięty metodą plugg-out.

Dubowy drumming na wejściu w część trzecią, to dobry pomysł! A bas, który brzmi, niczym na poły taneczne electro - być może jeszcze lepszy! Gitara też płynie z dużą przestrzenią, a wokół niej buduje się elektroniczny ambient, który zaczyna śpiewać. Opowieść pęcznieje, a drobiny hałasu zdają się nadciągać z każdej strony. Swoje dokłada pasmo syntezatorowego brzmienia, ale rytm rządzi tu bez względu na okoliczności. Czwarta historia, to jakby powrót do balladowego tempa ekspozycji. Dużo powietrza, pozorny spokój i tajemniczy, niepokojący background. Dubowe echo perkusji, która w tej części wykazuje aspiracje przywódcze. Gitara, dla niepoznaki, rozpływa się sama w sobie. Znów plama syntetyki (w formie drona), która sieje dramaturgiczny ferment. Po czasie brzmi, jak organy Hammonda.

 


Nina de Heney & Sławek Janicki  Bass To Bass (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD 2020)

Definitywnie zasłużyliśmy na garść swobodnej improwizacji na instrumenty w pełni akustyczne! Dwa kontrabasy? Why not! Nina de Heney i Sławek Janicki spotkali się niemal dokładnie roku temu, w Bydgoszczy, w Klubie Mózg. Na płytę Bass To Bass trafiły dwie improwizacje, jedna długa, druga krótka – łącznie 34 minuty z sekundami.

Początek nagrania z oklaskami (choć nie wiemy, czy na prawach otwartego koncertu) zastaje muzyków ze smyczkami na gryfach ich kontrabasów. Grzmią na siebie, pomrukują, szukają brudnego baroku, czyniąc prawdziwie niedźwiedzie zaloty miłosne. Drżą, dygoczą, jakby delikatnie skrępowani masą swoich instrumentów. Albo jadą do góry, albo ślizgają się w dół, a tempo narracji rodzi im się pod palcami. Tuż po wejściu w stan pierwszego galopu, dystyngowanie zwalniają, po czym sięgają po pierwsze preparacje (lewa flanka) i akcenty percussion (prawa flanka). Po niedługiej chwili dynamika jest im dana na powrót. Tuż przed upływem 11 minuty tempo ich post-barokowej przebieżki zdaje się być nad wyraz imponujące. Po kolejnych kilku pętlach wkraczają w fazę szurania i akustycznego skwierczenia, dobrze się przy tym imitując. Gdy znów smyki idą w tango, nastrój robi się prawdziwie łobuzerski, a błoto emocji spływa z gryfów niezwykle efektownie. Po 19 minucie artyści szukają już zdecydowanie ciszy i post-akustycznego ambientu. Garść preparacji, garść uderzeń po strunach. Ostatnia prosta tego seta kreowana jest przez delikatny rytm, jaki podaje prawy kontrabas. Udane slow motion z nerwem i intrygą.

Drugi, krótki set (a może dłuższe encore), to zabawa w arco i pizzicato. Spokój, dystans, odpowiedzialność za dźwięk. Pomysły rodzą się jednak jeden po drugim, dzięki czemu doświadczamy całej masy naprawdę uroczych zdarzeń fonicznych. Kontrabasy zawodzą, repetują, skrzeczą i plumkają – whatever you want! Po wybiciu 4 minuty czas na intensywne, gęste, jakże suche w brzmieniu szorowanie strun, aż do poziomu acoustic noise. Wreszcie faza schodzenia w dół, szukania dna narracji i ciszy, jak nastąpi po wybrzmieniu ostatniego dźwięku. Brawo!

 


Gelber Flieder  Ölbaumgewächse (Creative Sources, CD 2020)

Rozbudowany wątek iberyjski rozpoczynamy w … Paryżu (La Petite Maison, grudzień 2016r.). Na scenie trio o nazwie własnej Gelber Flieder w składzie: João Camões (altówka), Luise Volkmann (saksofon) i pełniący tu zapewne rolę gospodarza - Yves Arques (obiekty i elektronika). Swobodna improwizacja w jednym traku – niepełne 31 minut.

Koncert rozpoczyna się … niemiecką kołysanką o krokodylach! Chór cierpliwych rodziców śpiewa, a w tle zaczyna rodzić się błyskotliwa improwizacja. Coś bystrze rezonuje, szeleści, skwierczy na gryfie altówki, z tuby saksofonu płyną preparacje, półdrony i głębokie oddechy, wreszcie definitywnie kompatybilna elektronika oplata niezidentyfikowane obiekty latające i brzęczące płaszczem inspiracji. Clever chamber in the crazy world of post-music! Każdy z artystów od początku dorzuca do strumienia dźwiękowego same atrakcje – śpiewające zgrzyty altówki, saksofon, który potrafi brzmieć niczym preparowana trąbka, obiekty, która drżą subtelnością złocistych perkusjonalii. Kolektywna, soczysta, gęsta, ale i po części ulotna narracja.

W tym dość krótkim secie muzycy mają dla nas sporo niespodzianek i zwrotów dramaturgicznych. Co rusz coś ciekawego - nowe brzmienia, czy tajemnicze dźwięki, prawdziwy kalejdoskop wyłącznie pozytywnych zaskoczeń. Już w 10 minucie proponują zwinne duo, stworzone z samych akustycznych fonii, pod które podłącza się oniryczna elektronika, frazująca niczym zatopiony gamelan. W okolicach 17 minuty nieustannie intrygująca praca obiektów przypomina ugniatanie werbla, a zaraz potem polerowanie powierzchni płaskich. Po 22 minucie koncertowa marszruta pnie się na emocjonalny szczyt – altówka tańczy jak opętana, saksofon wyje do księżyca, no i ponownie moc wspaniałości płynie ze strony nieoczywistej elektroniki i obiektów, które bez trudu są w stanie wejść w fazę wyłącznie akustyczną, a nawet dętą (zimny wicher wieje z każdej strony!). W 26 minucie ów tajemniczy wicher zostaje na moment sam. Słyszymy gwar ulicy, pomruki z klubu, a może to jedynie sample. Finałowa faza tego wyśmienitego, zbyt krótkiego koncertu – instrumenty śpiewają i gwiżdżą nieopodal ciszy, a wszystkie przedmioty zgromadzone na scenie zdają się budować strumień onirycznej post- elektroakustyki. Fake sounds gonią się po scenie, a potem gasną po mistrzowsku.

 


Altaba/ Valera/ Volt  Algo Quedó Dentro (Finis Africae, Kaseta 2020)

Lądujemy tym razem w Laisla Estudio (pewnikiem Hiszpania) i spotykamy trójkę muzyków. Eduardo Altaba (kontrabas), Patxi Valera (perkusja, instrumenty perkusyjne) oraz Pablo Volt (trąbka) zapraszają nas na bystry, bezpretensjonalny i jakże miły w odbiorze spacer po bezdrożach open jazzu. Nagranie z koniec września ubiegłego roku składa się z dziesięciu utworów (zapewne predefiniowanych improwizacji) i trwa około 42 minuty.

Do zabawy zaprasza nas trąbka, która śpiewa hymn otwarcia. Sekcja rytmu od startu pracuje dynamicznie. Trio stawia na kolektywizm, choć kontrabas zdaje się tu być masą krytyczną. W ramach przeciwwagi druga część stawia na balladowy dryl i zwinną, lekką perkusję. Trzecia podnosi poprzeczkę oczekiwań i proponuje zaplanowane, ale dość swobodne call & responce! Garść preparacji blaszaka, błysk rezonujących talerzy, także smyczek i sekunda zabawy z ciszą. Kolejna parzysta opowieść na powrót zbliża nas do swingujących synkop i nie forsuje tempa. Precyzja godna cool-jazzowej ścieżki dźwiękowej do filmu noir. Piąta historia powraca do estetyki preparacji, pełna jest szumów, oddechów, mikro fraz dużej urody. Tu królem polowania wydaje się być nade wszystko trąbka.

Drugą część płyty (zapewne drugą stronę kasety) otwiera marszowa narracja z trąbką płynącą smutnym, iberyjskim zaśpiewem. Muzycy szybko przerzucają nas do kolejnej części, która proponuje dynamiczny open jazz, zdobiony doskonałą ekspozycją trąbki. Ósma partycja schodzi w dół i czeka na własny oddech – smyczek, podmuchy zimnego powietrza z samego dna blaszaka, perkusyjne, matowe świecidełka. Im dalej w las, tym lepiej na tej płycie! Ostatnia część nieparzysta powraca do zamaszystego pizzicato, które ciągnie trio post-jazzowymi smakołykami. Trąbka śpiewa tu z wyjątkowym smakiem. Wreszcie finał - piękna, stylowa rozbiegówka na dużym wydechu. Smyczek, post-barok, który szuka rockowych emocji i trąbka, która kwili półgębkiem same dobre nutki. Doprawdy urodziwych dźwięków tu nie brakuje.

 


Gonçalo Mortágua/ Guilherme Rodrigues/ Higino Andrade  As 3 Velhas (Creative Sources, CD 2020)

Czas na zapowiadany Berlin (StudioBoerne, sierpień 2019)! Gonçalo Mortágua (saksofon tenorowy), Guilherme Rodrigues (wiolonczela) oraz Higino Andrade (kontrabas) przygotowali dla nas czternaście opowieści (blisko 50 minut). Tym razem nasza muzyczna wycieczka koncentrować się będzie na wątkach kameralistycznych, choć jazzu, tudzież post-jazzu z pewnością w niej nie zabraknie.

Trzy Stare Kobiety zawierają w sobie dużo ciekawych, chwilami intrygujących pomysłów na improwizację. Część z nich muzycy dość szybko jednak porzucają, część z nich – zwłaszcza tych bardziej nastawionych na swobodną kameralistykę - zdają się niepotrzebnie wtłaczać w ramy open jazzowego frazowania. Wiele momentów bazuje tu na świetnie skomunikowanych akcjach obu instrumentów strunowych. Zarówno wiolonczelista, jak i kontrabasista zmieniają techniki gry, sieją ferment, znajdują nie jedną płaszczyznę porozumienia. Z kolei saksofonista zbyt kurczowo trzyma się jazzowych podpórek dramaturgicznych, nie jest skłonny wpadać w obszar bardziej swobodnej improwizacji. Nazwanie go hamulcowym byłoby oczywiście nadużyciem, stąd jedynie sugestia recenzenta, by w procesie improwizacji wykazywać się po prostu większą odwagą, a także chwilami bardziej skoncentrować się na słuchaniu tego, co mają do zaproponowania partnerzy.

Dość wszakże tych utyskiwań, skupmy się na najciekawszych fragmentach nagrania. Choćby trzecia opowieść, którą budują dwa strunowce, płynące dość wysoko zawieszonym, delikatnym pizzicato. Pierwszym, który sięga po smyczek jest kontrabasista, a całość narracji, wraz z rozśpiewanym saksofonem, bystrze się dynamizuje. Czwarta i piąta część bazuje na dobrych pytaniach i równie kąśliwych odpowiedziach. W części siódmej saksofon szuka dłuższych fraz i płynie tajemniczym strumieniem, a strunowce budują emocje na dychotomii arco-pizzicato. W ósmej smyczki szukają barokowych fraz, wyczulone na ciszę i echo, saksofon wchodzi dopiero na finał z niebanalnym komentarzem. Kilka niespodzianek czeka nas także w części jedenastej - dużo niepokoju, szumów z tuby, gwizdania, a nawet dźwięków wprost z gardła saksofonisty. No i sam finał płyty, który nie szczędzi nam preparowanych dźwięków, akcentów percussion i kolektywnego zaśpiewu wszystkich instrumentów.

 


New Hermitage  Unearth (self-released, CD 2020)

Wreszcie obiecana kameralistyka z Kanady. Nagranie studyjne z Halifax (data nieznana), a w nim kwartet w składzie: Andrew MacKelvie (saksofon altowy, tenorowy, klarnet basowy), India Gailey (wiolonczela), Ross Burns (gitara i efekty) oraz Ellen Gibling (harfa). Jedenaście utworów (wedle opisu - skomponowanych improwizacji) trwa 35 minut z sekundami.

Na początek wróćmy do określenia skomponowane improwizacje. Kanadyjski kwartet (to już ich piąta płyta) na swym nieziemskim nagraniu produkuje doprawdy całe mnóstwo pięknych, kameralnych dźwięków, czasami zmyślnie i efektownie preparowanych. Buduje narracje w skupieniu, nie goni za emocjami, stawia na precyzję i szuka dobrych interakcji. Niestety w wielu momentach nie powstaje z tego w pełni improwizowana narracja. To raczej próby wyjścia poza nawias tego, co wcześniej zostało zaplanowane, tudzież dramaturgicznie wykalkulowane. Pasaże dźwięków następują po sobie, ale często nie tworzą związków przyczynowo-skutkowych. Trzeba też dodać, iż kilka utworów na płycie, to ekspozycje solowe lub nagrania w podgrupach. Innymi słowy – more chamber, but not truly free.

Recenzentowi nie pozostaje zatem nic innego, jak wskazać te momenty nagrania, które wydają się realnie udane w kontekście procesu improwizacji. Trzecia część, to krótkie solo cello, które pięknie brudzi swoje brzmienie. W części czwartej podoba nam się praca klarnetu basowego, który po rozbudowanej introdukcji strunowej kreuje ciekawie brzmiące półdrony, bystrze skomentowane przez wiolonczelę i dubowe echo gitary. Utwór ósmy z kolei zaczyna się gitarowymi plamami i delikatnym pomrukiem ze strun cello i harfy, potem zaś układa się w zmysłowy post-barok. Również dziewiąta część bazuje na dźwiękach gitarowych, a raczej poświacie, jaką tworzą przetworniki tejże gitary. Pre-ambientowy mrok amplifikatora i intrygujący smak tajemnicy. Dobrze skonstruowana jest także część jedenasta - bazuje na mikro dźwiękach wszystkich instrumentów, które tworzą niebanalny slow motion game.

 



sobota, 23 lutego 2019

Zyft! Pareidolia! Rowden! Sobanski! Wachtelaer! Schindler! S. Araw Trio XIII! Welf Dorr! The winter collection of a new music, quite fresh and not fully recognized!


Wyczekiwanie na wiosnę, jak co roku, jest niezwykle wyczerpującym zajęciem. Jak powszechnie wiadomo, świat nie należy do ludzi cierpliwych. Czas zatem poczynić stosowne gusła, obrządki i inne czyny nieczyste, by ściągnąć na nasze głowy odrobinę witaminy D.

Na Trybunie mamy kilka swoich sprawdzonych metod. Jedną z nich jest zbiorówka recenzji płyt, które pełne są mniej rozpoznawalnych osobistości świata muzyki improwizowanej, siejących stylistyczne wolty i dostarczających moc nie do końca posłusznych dźwięków.

Zapraszamy do odczytu i odsłuchu nowych nagrań, jakie w trakcie minionych kilku tygodni pojawiły się w redakcyjnych odtwarzaczach. Niektóre zagościły w nich na chwilę, inne na kilka chwil. Jedne są krótsze, inne dłuższe – ale zasada, iż nieprzegadanie improwizacji podnosi jakość nagrania potwierdza się w całej rozciągłości! Uwaga - znów musicie zapamiętać kilka ciekawych nazwisk!

Jeszcze słowo o marszrucie. Zaczynamy w Amsterdamie. Potem Portugalia, Nowy Jork, Zjednoczone Królestwo, Belgia, Niemcy i ponownie Wielkie Jabłko. W tym tyglu muzycznych emocji dwa drobne akcenty krajowe, czynione wszakże na obczyźnie.




Zyft  ‎Midnight Tea Suite (Creative Sources, CD 2019)

Startujemy sesją nagraniową, która miała miejsce w maju ubiegłego roku, w północnym Amsterdamie. Funkcjonujące artystycznie od kilku lat trio Zyft rejestrowało wówczas swoją pierwszą płytę. W studiu znaleźli się, całkiem już z nami obeznani, Ziv Taubenfeld na klarnecie basowym i Henk Zwerver na gitarze oraz debiutująca na tych łamach Maya Felixbrodt na altówce. Sześć swobodnych improwizacji, niewiele ponad 32 minuty muzyki.

Zyft - intrygujące trio, które łączy gatunki, pokolenia muzyków, wstrząsa i miesza, finalnie dostarczając moc dalece błyskotliwych przeżyć artystycznych. Gitara Henka zdaje się znać całą historię jazzu, swobodnej improwizacji, a pewnie i rocka, a nawet bluegrassu. W jednym ciągu improwizacji Zwerver potrafi brzmieć jak Derek Bailey i Django Reinhardt. Klarnet basowy Ziva ma masywny tembr, ale bez trudu pląsa na dużej wysokości, bywa wstrzemięźliwy w okazywaniu emocji, ale zawsze idealnie wyczuwa moment, gdy trzeba zaatakować. Wreszcie Maya i jej doprawdy szalona altówka. Wybuchowa mieszanka kwaśnej kameralistyki, wytwornej sonorystyki, do tego polot, bystry umysł i artystyczna niepokorność wobec męskiej części tria. Narracja toczy się na płycie na ogół warto, jest gęsta od dźwięków, ale jednocześnie lekka, zwiewna, czasami tajemnicza. Od czasu do czasu kąsa semicką kolorystyką.

Na starcie płyty gitara plecie semi-jazzowe frazy, altówka sonoryzuje w tańcu, a klarnet śle drony w dalekim tle. Skupienie, precyzja, skrupulatność i dbałość o pojedynczy dźwięk. Także kocia zwinność w zakresie przechodzenia w stan wzmożonego napięcia dramaturgicznego. Drugi opus lśni bystrym galopem, czynionym z saperską niemal dokładnością. Trzeci – prawdziwa perła! – konsumuje trzy solowe ekspozycje, klejone soczystymi frazami kolektywnej eksplozji. Najpierw skrzy się niezwykłym intro like modular string, potem klarnetowym expose godnym mistrzów gatunku, wreszcie gitarowym rezonansem, z którego wyłania się krótka opowieść o całej historii gitarowego jazzu. Czwarta opowieść rodzi się w mroku i ciszy. Altówka brzmi wręcz barokowo, budzi męską część załogi do figlarnych eskalacji. W mgnieniu oka, studio spowija już jedynie mgliste wspomnienie początkowej ciszy. Szefem piątej improwizacji jest zdecydowanie klarnet basowy. Buduje drony, przedrzeźnia się z altówką, kontrapunktuje gitarę. Gatunkowy melting pot, aż do rozpalenia pełnego płomienia. Finał tej smakowitej płyty, który trwale ledwie 2 minuty z sekundami, jest swoistym podsumowaniem poprzednich trzydziestu. Małe, urywane frazy, zmysłowe call & responce, narracja gęsta od dobrych dźwięków!
  



Pareidolia  Selon le Vent (JACC Records, CD 2018)

Zacne Salão Brazil w Coimbrze i trójka muzyków: João Camões – altówka, Gabriel Lemaire – saksofon altowy i barytonowy, klarnet altowy oraz Yves Arques – fortepian. W drugim secie do tria dołącza Alvaro Rosso – kontrabas. Późna wiosna 2016, formacja ma nazwę własną Pareidolia, a skupiony odsłuch swobodnych improwizacji tria i kwartetu zajmie nam łącznie 30 i pół minuty.

Trzyosobowy koncert spływa z silnie sonoryzujących strun altówki i tuby saksofonu. Piano drzemie w ciszy, potem w skromnej preparacji. Narracja w formie slow & dron, ale dość gęsta, z akcentami percussion z pudła fortepianu. Efektowne, ciekawie akustycznie, wycieczki w kierunku współczesnej kameralistyki - chamber in motion, clearly improvised. Niebanalny dialog strun na gryfie i strun w pudle, nieco wycofany saksofon. Zwinne pasaże altówki, bystra kipiel w tubie, kilka zaskoczeń w dziedzinie preparacji. Szczególnie doskonała zdaje się 13 i 14 minuta seta.

Od pierwszej sekundy seta drugiego wiemy, że do zabawy podłączył się kontrabas. Początkowo, oparty o smyczek, zmysłowo skwierczy. Altówka wchodzi z nim w kameralistyczny dyskurs estetyczny. Przy wsparciu preparowanego ponownie piana, robi się z tego mała burza z piorunami, rodzaj święta wiosny, ale na molowo. W 9 minucie ma miejsce pewien zwrot stylistyczny, który pięknie eksponuje powszechnie znaną tezę, iż lepsze jest wrogiem dobrego. Kontrabas podejmuje jazzowe frazowanie i mimo, iż reszta nie rzuca od razu miłości do chamber, narracja delikatnie dynamizuje się i traci na atrakcyjności. Najpierw jest to krok wręcz free jazzowy, potem zaś – po skromnym wytłumieniu - muzycy otwierają szeroką bramę do estetyki oczywistości ala ECM i czar definitywnie pryska. Wóz improwizacji ciągnie kontrabas i piano. Powrót saksofonu i altówki na ostatnie 120 sekund niewiele już zmienia w odbiorze całości.




Zach Rowden/ Jarrett Gilgore/ Ian McColm  First Lapse (Raw Tonk Records, CD 2019)

Przenosimy się za wielką wodę. Nowojorski fyrtel zwie się Annandale-on-the-Hudson, a w środku odnajdujemy trójkę muzyków, których personalia mówią nam, póki co, dość niewiele: Zach Rowden – bas bezprogowy plus preparacje, Jarrett Gilgore – saksofon altowy oraz Ian McColm – perkusja i perkusjonalia. Lato roku 2017, pięć improwizacji, znów 30 i pół minuty na wyświetlaczu w opcji full time.

Pierwsza pomyłka, to ciekawy przykład free jazzu z bardzo oryginalnym użyciem basu bezprogowego, który pozostaje niemal bez przerwy w stanie intensywnych preparacji, głównie za pomocą smyczka. Towarzystwo ma równie frapujące: saksofon altowy, który niebanalnym i szorstkim brzmieniem, mocno osadzonym w historii gatunku, chętnie wchodzi w śpiewne i rytmicznie powykręcane strumienie dźwięków (często niczym Jemeel Moondoc), wreszcie gęsty, precyzyjny drumming, często akceptujący bijące serce stopy na bębnie basowym (kłania się Tom Bruno i jego legendarny Test).

Płyta zaczyna się brudną, bardzo gęstą narracją, która wykazuje silne ciągoty w kierunku samoeskalowania się. I tak dzieje się – uprzedźmy wypadki – w każdym utworze. Sytuacja sceniczna jest następująca: bas grzmoci, rzęzi i szeleści, perkusja pozostaje w stanie mocnego progresu, a alt często brnie w taniec. Drugi fragment zaczyna się dużo spokojniej, ale i on łapie odpowiedniego dryla! Okazuje się, iż zmysłowe schodzenie w ciszę, za pomocą niskiego drona ze smyka, to także kompetencja tego tria. W czwartym odcinku odnajdujemy ciekawy dialog altu i basu na tle rozgrzanych talerzy. Udana wycieczka w kierunku nieoczywistej sonorystyki. Zwinny, wewnętrznie kompatybilny pokaz czerstwego piękna. Finałowa fraza rodzi się głęboko w tubie altu - syczenie, szelest i rezonans. Obok dudnienie basu, jako zaczyn niebanalnej meta ballady, które wybrzmi smakowitymi dronami. First Lapse - trzydziestominutowy konkret, żadnego zbędnego dźwięku.




Sobanski/ McMurchie/ Lash/ Orrell  For All the Obvious Reasons, Live (European Improvisation Scene, DL 2018)

Powrót od Europy, przed oblicze Zjednoczonego Królestwa i tamtejszy kwartet z istotnym akcentem polskim: Mariusz Sobański – gitara, Jake McMurchie – saksofon, Dominic Lash – kontrabas, Tony Orrell – perkusja. Ubiegłoroczne nagranie z oklaskami trwa godzinę zegarową z sekundami, składa się zaś z trzech improwizacji. Jesteśmy w Bristolu, w ramach serii koncertowej, odbywającej się w Klubie Exchange.

Koncert otwiera wielosekundowy, ambientowy dron, generowany – jak domniemujemy - przez amplifikatory gitary i saksofonu. Po podłączeniu się wszystkich instrumentów, muzycy serwują nam post-rockowe intro, które buduje płynna gitara w estetyce psycho-post-fussion, barytonowe pomruki, aktywny drumming i kontrabas z gęstą powłoką niskich dźwięków. Narracja toczy się od jednego spiętrzenia do drugiego. Każdy zwrot dramaturgiczny dźwiga na swoich barkach silny kontrabas, który po zwinnej rekapitulacji, proponuje nowy potok improwizacji. Chwilami stara się on zgubić rockową powłokę całości, jest nawet skłonny swingować z perkusją. Votum separatum pozostałych instrumentów w tej kwestii prowadzi, od czasu do czasu, do drobnych dysonansów estetycznych. Muzyka toczy się wartko, jakkolwiek nie sposób nie zauważyć pewnego stylistycznego rozgardiaszu. Z jednej strony Lash i jego free jazzowe wręcz ciągoty, z drugiej Sobanski i silne parcie w kierunku post-rocka i ambientowej psychodelii. McMurchie w takich sytuacjach raczej pozostaje na uboczu i nie wchodzi w interakcje. Najmniej wątpliwości zdaje się mieć Orrell, który bębni na temat i trzyma w ryzach rozwój sytuacji na scenie.

Dalece ciekawiej robi się w dalszej części koncertu. Fragment drugi rodzi się w otchłani kontrabasowych preparacji i talerzowej ornamentyki. Gitara intrygująco szumi, szary ambient zdaje się być także udziałem saksofonu. Pójście w funkową dynamikę, być może akurat teraz, nie należy jednak uznać za rozwiązanie optymalne. Ostatnią część koncertu otwiera saksofonista. Wspiera go smyczek uczepiony dolnej części gryfu kontrabasu. Perkusjonalne akcenty plus kilka kropel psychodelii z gitary buduje nam flow, który zdecydowanie karze wskazać go najlepszym momentem koncertu. Płynna lawa, szklisty półtrans, funkowy walking kontrabasu w ramach komentarza, suche plamy wprost z tuby saksofonu. Sam finał nadchodzi dość niespodziewanie.




Mark Bogaerts/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Siglow Is The Place  (bandcamp, DL 2018)

Wpław przez kanał i jesteśmy w Belgii, być może nawet jest już wtorek. Trio z udziałem perkusisty Dirka Wachtelaera (także obiekty), który systematycznie dostarcza nam nowej muzyki. Obok niego: Mark Bogaerts – głos, saksofon altowy, gitara elektryczna oraz Alec Ilyine – gitara elektryczna lub basowa. Bardzo świeża rejestracja studyjna (Bruksela, listopad 2018). Sześć improwizacji z tytułami, prawie 65 minut.

Dynamiczny początek, wyznaczony przez rockowe intro, free jazzowy saksofon i konsekwentny, precyzyjny drumming. Gęsta, rwana narracja, klimaty fussion i dobrego jazz rocka. Ciekawa gitara, która bez trudu odnajduje wątki psychodeliczne, zwinnie tłumiąc emocje całego tria. Drugi fragment pokazuje, iż muzycy nieźle radzą sobie w cichej sytuacji sonorystycznej, już bez saksofonu, w filigranowym, iście diabelskim marszu pogrzebowym. Jak na skład trzyosobowy, instrumentarium jest dość bogate i w skończonej liczbie przypadków muzycy robią z tego właściwy użytek. W rozbudowanej, kilkunastominutowej, trzeciej improwizacji odnajdujemy intrygujące zestawienie mikro drummingu z ambientowymi wyziewami gitar, z odrobiną kwasu pomiędzy strunami. Jest i szczypta elektroakustycznych zdobień. Intruzem zdaje się tu być jedynie próba slajsowania dźwięku przez jedną z gitar, która zdaje się pasować do całej narracji, niczym pięść do nosa. Szczęśliwie muzycy po 13 minucie łapią zdrowy trans i wychodzą z pata dramaturgicznego obronną ręką.

Kolejne trzy improwizacje toczą się warto, nie brak w nich zdrowych, soczystych wymian dźwięków i zwinnych interakcji. W czwartym dobrym rozwiązaniem jest niemal punkowe przyspieszenie, a po nim głębokie zanurzenie w tłustą psychodelię. Początek piątego utworu nie stroni od zbędnych dźwięków, trochę przypomina The End Doorsów, tuż po wyjściu z dżungli. Finał tej części zdaje się ociekać rockową ekspresją – solówkami gitar i rozbudowanymi partiami perkusyjnymi. Pieśń pożegnalna trzyma klimat psycho and dark ambient, który zupełnie niepotrzebnie komentowany jest werbalnie przez gitarzystę. Jak to już bywa w przypadku muzyki, jaką zasyła nam Wachtelaer – moc dobrych, nawet bardzo dobrych fragmentów i brak stosownej autocenzury w zakresie post-produkcyjnej redukcji mniej udanych fragmentów improwizacji. Okrojenie płyty do trzech kwadransów doskonale podniosłoby ocenę całości.




Catherine Smet/ Dirk Wachtelaer Improvisations (Creative Sources, CD 2018)

Pozostajemy w towarzystwie Dirka Wachtelaera, ale dość radykalnie zmieniamy klimat improwizacji. Tym razem duet z pianistką Catherine Smet. Studyjne nagranie z maja ubiegłego roku. Dziewięć improwizacji, godzina zegarowa i pół minuty.

Improwizacje, to przykład jazzowej kameralistyki, którą niechybnie kojarzyć możemy z klimatami ECM, co na tych łamach nie bywa poczytywane za komplement. Dobra, precyzyjna, bogata brzmieniowo praca perkusisty i stonowana, chwilami ocierająca się o minimalizm, pianistka (zdaje się, że klasycznie kształcona), która zdecydowanie preferuje klawiszowe pasaże niż zanurzanie się w głąb instrumentu i uprawianie preparacji. W toku całej, znów niezbyt krótkiej płyty, intrygujące dźwięki perkusji, bywają często konsumowane przez dość przewidywalną pianistykę, a całość narracji toczy się w kierunku improwizowanego chill-outu, gdzie dźwięki zdają się być bardzo przyjazne dla ucha, ale nie intrygują intelektu słuchacza.

Dość wszak utyskiwania nad oglądem całości, poszukajmy pozytywów, których nie brakuje na płycie. W pierwszej części uwagę przykuwa bardzo skrupulatna i czuła na niuanse brzmieniowe gra Dirka, chwilami udanie nawiązująca do stylistyki Rogera Turnera. W trzeciej wypada pochwalić Catherine, która ciekawie repetuje, stawiając na konsekwentny minimal. W piątej i szóstej improwizacji dominuje jazzowa kameralistyka, nawet z pewną dozą dynamiki. Już jednak dwa kolejne odcinki przenoszą nas w świat wyważonego, skupionego drummingu i fortepianu, który chytrze chowa się za fakturą talerzy i czyni nastrojowe, niebanalne, na poły tajemnicze pasaże, delikatnie zahaczające o obszar preparacji. Podobnie zachowuje się perkusista, a recenzent śmiało oznacza ósmą improwizację, jako najlepszą na płycie. Sam finał nagrania jest powrotem do bardziej dynamicznego, jazzowego frazowania i konwencjonalnej pianistyki. 




Udo Schindler/ Georges-Emanuel Schneider/ Gunter Pretzel  Rhizome (Creative Sources, CD 2018)

Krok na południowy wschód i meldujemy się w Monachium, by dwukrotnie pochylić się nad najnowszymi dokonaniami niemieckiego klarnecisty i saksofonisty Udo Schindlera, który zdaje się być już stałym uczestnikiem naszych okresowych zbiorówek. Zaczynamy od dalece frapującego tria Rhizome, który udanie łączy świat swobodnej improwizacji i współczesnej kameralistyki, także tej głęboko osadzonej w filharmonicznych gmaszyskach. A zatem Gunter Pretzel na altówce, Georges-Emmanuel Schneider na skrzypcach (plus live electronics) oraz Udo Schindler na klarnecie basowym, saksofonie sopranowym i euphonium (zwanym także tubą tenorową). Spotkanie koncertowe miało miejsce w monachijskiej At Gallery ar Toxin pierwszego dnia marca roku ubiegłego. Muzycy improwizowali, w oparciu o pewne ustalenia przedprodukcyjne. Pod dłuższymi improwizacjami podpisała się cała trójka muzyków, pod krótszymi – Schneider (druga) oraz Schindler (czwarta). Całość trwała godzinę zegarową i kilkadziesiąt sekund.

Dłuższe, tytułowe improwizacje (First & Second Rhizome) bazują na strunowych ekspozycjach, które w wielu momentach uroczo topią się w sonorystyce, szczególnie jeśli chodzi o altówkę. Skrzypce zdają się mieć podobne zadania, ale ponieważ muzyk operuje także w zakresie live electronics, czasami efekty jego działań bliższe są elektroakustyce, zawierają także akcenty perkusjonalne. Funkcjonujący na środku sceny Schindler udanie łączy flankowe ekspozycje strunowców, na ogół operuje na saksofonie sopranowym, tworząc rodzaj dramaturgicznego kręgosłupa improwizacji. Dobywa z tuby dęciaka sploty intrygujących dźwięków, brzmi ciekawie i niebanalnie. Na flankach zaś dzieją się prawdziwe cuda. Altówka potrafi zmysłowo pohałasować, skrzypce brnąć w plamy godne jazzowego wręcz fussion. Choć osadzone we współczesnej kameralistyce, raz za razem ostrzą sobie narrację bystrymi zadziorami. Podobnie kontrapunktujący bywa klarnet basowy, który włącza się do gry sporadycznie, ale skutecznie wtedy porządkuje narrację i wprowadza elementy tłumienia gotujących się emocji. W następnej rozbudowanej improwizacji (trzeciej na płycie), muzycy zdają się być jeszcze bardziej skrupulatni, a ich ekspozycje definitywnie filigranowe. Drony, małe dźwięki godne mistycznego posmaku cichej filharmonii. Szumy dęciaka, śpiew strunowców, kind of acid chamber! Mocne zmiany daje w tej części także klarnet basowy.

Nieco odmiennie kształtują się dwie pozostałe, krótkie improwizacje autorskie. Odcinek Schneidera, co nie dziwi, stanowi pasaż elektroakustycznych incydentów, który zdobią suche, sonorystyczne ekspozycje altówki, z dęciakiem, który zdecydowanie pilnuje dalekiego tła. Finałowa część koncertu grana jest przez Schindlera na euphonium. Groźna meta tuba kreśli zwinne pętle, stanowiąc przy okazji doskonałe intro dla płyty, którą omówimy poniżej.




Udo Schindler  ‎Pneuma_Extreme  (Confront , CDr 2018)

Słowo się rzekło, czas na czternaście poematów solowych Udo Schindlera na klarnet kontrabasowy! Live recordings zarejestrowane w miejscu zwanym Salon für Klang+Kunst in Krailing, w 2016 roku.  Czas niezbędny na skupiony odsłuch, to 35 minut i kilkanaście sekund.

Pneuma_Extreme, to bardzo interesujące, choć nieco akademickie ćwiczenie na niebanalne wydawanie dźwięków z instrumentu o gabarytach małego słonia! Wrażeń akustycznych pozostawia wszakże bez liku. Spróbujmy zatem wszystkie je zgrabnie wylistować.

Na wejściu zdaje się, że słyszymy dwa klarnety kontrabasowe. Jeden frazuje, drugi ripostuje, a po jakimś czasie… pojawia się trzeci i płynie wartkim strumieniem. Drugi poemat rodzi się w dronach. Czy tak duży instrument potrafi śpiewać i stąpać na palcach? Odpowiedź musi być twierdząca. Bogactwo brzmienia, godne Ornitology granego przez Anthony Braxtona na saksofonie kontrabasowym. Trzeci – rodzaj małego świdra, w połączeniu z niedźwiedzimi pomrukami. Zdaje się, że samo obcowanie z materią dźwięku może tu być intrygujące – choćby otwieranie i zamykanie dysz. Czwarty – brama do piekła, szorstka, dotkliwa polifonia. Koci śpiew, mysi chrobot. Piąty – perkusyjne klastery i drumming na glazurze tuby. Szósty – semicka pieśń pogrzebowa z zadziorami i kantami. Siódmy – … ciąg studenckich ćwiczeń. Ósmy – ryk maltretowanego wieloryba, wzmacniany przez artystę otworem gębowym. Dziewiąty – masywny … drum’n’bass! Dysze tańczą i śpiewają! Dziesiąty – bojaźń i drżenie, tłusta pulsacja. Jedenasty – znów percussion na dyszach plus biały szum. Dwunasty – rodzaj narracji outside/inside na bardzo krótkim dystansie. Zdaje się, że o instrumencie cbcl wiemy już wszystko! Trzynasty – poszukiwanie ciszy na bardzo dużej wysokości. No i czternasty – tygrysie pląsy, mlaskanie, cmokanie i garść szumu z wyjątkowo suchych dysz. Jakże dużo wrażeń z krążka, który trwa niewiele ponad dwa kwadranse.




S. Araw Trio XIII  ‎Activated Clown  (NNA Tapes, Kaseta 2018)

Po krwistej surowiźnie niemieckiego free improv, definitywnie zasłużyliśmy na odrobinę relaksu. Odnajdziemy ją z muzykami amerykańskimi oraz muzykiem z Polski (prawdopodobnie jesteśmy po drugiej stronie Wielkiej Wody). Pod niezwykle tajemniczą nazwą S. Araw Trio XIII oraz jeszcze bardziej zaskakującym instrumentarium, kryją się: Cameron Stallones – Fender Rhodes, Yamaha DX7, gitara, John Leland – Vdrum-kit, perkusjonalia oraz Tomo Jacobson – Ribban Controler, Yamaha TQ5. Na kasecie znajdujemy dwa utwory (kompozycje? improwizacje?), które trwają łącznie 52 i pół minuty.

Activated Clown, to bystra, swobodna i dalece niebanalna muzyka w estetyce electro, pełna elementów improwizacji, rodzaj bardzo bogato instrumentalizowanego post-techno. Mająca swój nieco nerwowy rytm, niestroniąca od strumieni meta melodii, ale raczej nieprzewidziana do tańca. Muzyka tworzona ze swadą, energią, pełna radości z samego faktu uprawiania materii dźwiękowej. Głównym, by nie rzec jedynym, żywym instrumentem zdaje się tu być gitara, wesoła, frywolna, plumkająca niczym konik polny po zroszonej łące. Narracja toczy się wedle reguł, które nie są do końca jasne. Powykręcana rytmika raczej stawia pytania niż udziela odpowiedzi. Nie brakuje skoków w bok, fonicznych didaskaliów, komentarzy odautorskich. Odnajdziemy w tej electro opowieści momenty udanego tłumienia narracji, drobiny odniesień po estetyki fussion, czy post-jazzu, wiele drogowskazów, które wskazują na dokonania elektroniki z przełomu wieków. Lista inspiracji byłaby zapewne długa, ale niemieckie wątki Jana Jelinka, czy Bernda Friedmanna winny tu paść bezwzględnie.

Jeszcze bardziej frapująca jawi się druga odsłona tria. Narracja staje się jeszcze bogatsza. Zdaje się, że nie słyszymy już trzech muzyków, ale całą orkiestrę (dodajmy, iż muzyka nagrana jest na żywo, czyli bez akcentów post-produkcyjnych, tak charakterystycznych dla sceny elektronicznej). Moc figlarnych ornamentów, podawana w tempie dość statycznym, raczej ku kontemplacji klimatu, nie zaś parkietowych podrygów.  Z czasem opowieść nabiera specyficznego oniryzmu, dostaje lekkiego transu, budowanego przez konsekwentną repetycję. Po 15 minucie robi się nawet dość hałaśliwie. Po 20 minucie, kind of soul-jazz-funk-electro. Dwa długie sety, budowane z mozołem i cierpliwością, zapewne nieznaną twórcom gatunku dwie dekady temu. Odnotujmy, iż na ostatniej prostej ciekawie aktywizuje się gitara. Prawdziwa wisienka na torcie!




Welf Dorr Unit  ‎Blood (Creative Sources , CD 2018)

Na finał dzisiejszej zbiorówki, kęs energetycznego electric jazzu, definitywnie już z Nowego Jorku! Postacią tytułową jest tu Welf Dorr, grający na saksofonie altowym i incydentalnie na klarnecie basowym, zaś wspierają go w formacji Unit: Dave Ross na gitarze elektrycznej, Dmitry Ishenko na gitarze basowej oraz Joe Hertenstein na perkusji. Krwawa płyta składa się z siedmiu kompozycji, w większości autorstwa lidera, trwa 43 minuty i 20 sekund, a została nagrana w okolicznościach studyjnych w 2014 roku.

Płytę otwiera utwór, który moglibyśmy określić, jako dynamiczną, jazz-rockową wariację na temat Lonely Woman Ornette Colemana. Sprawna sekcja, solidne improwizacje saksofonu i gitara, która zdaje się tu mieć najwięcej ciekawego do powiedzenia. Muzycy trzymają się jazzowego schematu temat/ improwizacje/ temat/ coda (z wariacjami), słucha się ich dokonań dalece sympatycznie, można od czasu do czasu coś zanucić i zwinnie potupać nogą. Czas odbiorcy mija bezstresowo, a my doskonale wiemy, że taką muzykę grało się w Wielkim Jabłku równie udanie ćwierć wieku temu (choćby formacja Lost Tribe, czy inne grupy związane stylistycznie z estetyką m-base). Jazz, rock, wiele akcentów funkowych i dramaturgiczna dominacja saksofonu i gitary (basówka gra bodaj jedno solo w trakcie całej płyty, perkusja chyba w ogóle). 

Nieco spokojniejszy zdaje się być numer trzeci, gdy Dorr sięga po klarnet basowy. Nie jedyny raz świetną zmianę daje tu rockowo brzmiąca gitara, która zwinnie pętli się i swawoli. Ta ostatnia także udanie eksponuje się w utworze piątym. Płytę kwartetu wieńczą dwie obce kompozycje. Najpierw James Blood Ulmer i szczypta dobrze zinterpretowanej harmolodyki, z ciekawą strukturą rytmiczną, potem zaś Mel Waldron i balladowy finał płyty, z ciepłym altem, znów niebanalną gitarą i dobrym flowem basu. Roztańczony, nawet rozmarzony jazz dla średnio wymagających.


środa, 17 stycznia 2018

Chaosophy! Stoffner! Schindler! Shepherds of Cats! Camões! Jacobson! Dead Neanderthals! – Kolejna garść świeżaków wymierzonych prosto w twarze nudziarzy odgrzewających stare kotlety!


Nowy Rok wystartował z kopyta! Już mamy okazję słuchać płyt, które w dacie wydania mają wpisany rok 2018! Za moment jedna z nich!

Stary rok wszakże nie odpuszcza, zatem jeszcze czas jakiś będziemy sięgać po nagrania datowane na 2017. Tuż po pierwszej tegorocznej świeżynce, kilka płyt, które dotarły do redakcji w ostatnich dniach grudnia lub pierwszych stycznia. Będzie też nowość wydana w ostatni dzień roku!

I znów przed nami sporo nowych nazwisk, muzyków ambitnych i chętnych przenosić góry, niezmanierowanych złą sławą improwizatorów, gotowych na każde artystyczne ryzyko! Będzie – co oczywiste - muzyka iberyjska, nie zabraknie akcentów polskich, szwajcarskich, niemieckich, włoskich, francuskich i holenderskich. Zapraszam do lektury, a zaraz potem do odsłuchu.




Chaosophy  Who are these people and what do they believe in? (Discordian Records/ Liquen Records, 2018)

Na początek naszej zbiorówki, przykład imponującego tempa edytorskiego. Rejestracja studyjna z początku grudnia ub.r., udostępniona światu już 5 stycznia. I to nie tylko w wersji elektronicznej, albowiem produkcja Discordian ma też wersję CD (dzięki drugiemu wydawcy; patrz: wyżej).

Hiszpańska Walencja, trzech muzyków, którzy przejęli bardzo efektowną nazwę Chaosophy: El Pricto – saksofon altowy i piano elektryczne, Josep Lluis Galiana – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Avelino Saavedra - perkusja i … coyote call. Płyta zwie się prowokacyjnie Who are these people and what do they believe in?, składa się z pięciu utworów, które trwają 44 minuty. Muzycy dość swobodnie improwizują, a opis wydawnictwa nie sugeruje, iżby pracowali na wcześniej przygotowanym scenariuszu.

Błyskotliwa batalia na wyostrzone saksofony (Galiana po lewej, Pricto po prawej) i dynamiczny drumming w estetyce Elvina Jonesa. Free jazz pełną gębą, a nawet pełnymi tubami! Rodzaj Filozofii Chaosu? To jednak nie zawody, a raczej wielowątkowa pyskówka. Tembr altu jest bardzo zabrudzony, tenor zaś brzmi czyściej, przez co zdaje się być bardziej spolegliwy w tej bystrej improwizacji. Ognisty taniec, pełen mikro wybuchów w trakcie. Drugi fragment, niczym cisza po burzy, przynosi sonorystyczne wyciszenie, wypełnione plastrami zadumy, które lepią ujścia każdej z tub. Perkusista jest równie wyrafinowany akustycznie i dobrze buduje relacje z saksofonistami. W trzecim odcinku do gry wchodzi electric piano i aura nagrania przyjmuje walory fussion jazzu. Gęsta, dynamiczna ekspozycja, tłusta i do tupania nogą, albo kciukiem po blacie stołu. Free fussion, oczywiście! Gdy Pricto wybija się przed szereg, jego solowe pasaże pachną kwaśnym Return to Forever. Brawo! Kolejny utwór snuje się, jak oniryczna ballada dla tych, którzy boją się inaczej. Intro piana zwinnie komentuje drummer, który przyoblekł się w szaty hippisa. Po niedługiej chwili w rękach Pricto ponownie ląduje alt. Dialog z sopranem jest odrobinę imitacyjny, potem przeradza się w somnabuliczny taniec w wysokich rejestrach. Perkusja ponownie zachęca dęciaki do bardziej energicznych zachowań i czyni to wyjątkowo skutecznie. Ostatni odcinek zaczyna się w dość umiarkowanym tempie. Silna ekspozycja tenoru, z wyrafinowanym, nieco psychodelicznym komentarzem piana, do którego – w międzyczasie - powrócił Pricto. Dynamika samego już finału dobrze reasumuje wartość całego nagrania. Sznyt eklektyzmu wpisany w kod DNA discordiańskiego wydawcy, i tu znajduje swoje odbicie! Świetna płyta!




Florian Stoffner/ Paul Lovens/ Rudi Mahall ‎ Mein Freund Der Baum (Wide Ear Records, 2017)‎

Jakże frapujące spotkanie trzech pokoleń europejskich improwizatorów! Weteran sceny, perkusista zacny i wielbiony, Paul Lovens na małym drumsecie, Rudi Mahall na klarnecie basowym, no i najmłodszy w tym gronie, szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner. Płyta‎ Mein Freund Der Baum konsumuje w sobie dwa koncerty tria z kwietnia 2016 roku. Łącznie godzina zegarowa muzyki, cztery części. Panowie zagrają – cytuję za okładką płyty - Composed Free Improvisations.

Zürich. Od startu gitara Floriana (z prądem!) zacina bardzo baileyowsko, palce muzyka ślizgają się po strunach, robią pętle i stawiają zasieki, wchodzą w krótkie utarczki słowne z klarnetem basowym. Lovens, wiadomo, mistrzowsko czyni swoją powinność. To improwizator, który lubi ochłapy rytmu i energii rocka, wpychać pomiędzy szprychy dalece swobodnej improwizacji. Klarnet Mahalla – też bez zaskoczenia – preferuje mikro melodie, sprytne, taneczne synkopy, modulowane kipiącym z każdej części ciała muzyka dobrym humorem. Narracja upstrzona jest krótkimi eskalacjami, które oddzielają wielominutowe, spokojne, acz niepozbawione elementów konfrontacji, przebiegi improwizacji. Stoffner, najbardziej aktywny na scenie, wciąż szuka na gryfie gitary nowych rozwiązań, bez ustanku stara się zaskakiwać starszych partnerów rozwiązaniem dramaturgicznym, techniką artykulacji, czy szalonym pomysłem w stylu a może jednak zagram w ten sposób. Eksploduje pomysłami na molekularne incydenty wyzwolonej improwizacji (recenzent nie potrafi odnaleźć w tych wyczynach wątku composed). Każdy z muzyków snuje jakby swoją odrębną opowieść, jakkolwiek ilość punktów stycznych i interakcji zadowolić może najbardziej wybrednego słuchacza. Muzycy są stale aktywni, ciągle proponują nowe rozwiązania, a ilość ekspozycji solowych przyjmuje na stałe wartość zerową.

Lisbon. Pięć dni później. Początek dynamiczny, wręcz skoczny (ach, ten Rudi!). Gitarowe zawijasy Floriana, jego podstępna nadpobudliwość, potrafią jednak hamować temperament Ojca i Dziadka. Ciekawy pasus – Rudi i Paul grają call & responce, podczas gdy Florian wypełnia cały środek narracji separatywną, wielowątkową powieścią kryminalną! Świetnie się to czyta! Jego niebywałe pomysły narracyjne, przedziwne figury stylistyczne są solą tej improwizacji. Tak, zdecydowanie Derek Bailey może już odpoczywać w spokoju! Uczeń jest nad wyraz pojętny i wyjątkowo kreatywny! W 12 minucie muzycy ekstatycznie schodzą w obszar ciszy. Modulowana gitara snuje się po ścianach i onirycznie wyje do księżyca. Klarnet śpiewa swoje piosenki, lubi dąć w wysoki rejestr. Drumset czyni cuda na talerzach. Wyklucie się z tego pata narracyjnego błyskotliwej eskalacji, to jeden z najlepszych momentów tej dalece wartościowej płyty. Introdukcja ostatniego odcinka pachnie hymnicznym Aylerem. Mistrzowski komentarz gitary! 7 minuta, to przykład perfekcyjnej kooperacji wewnątrz trzyosobowego ciała muzycznego. Wszystko tu do siebie pasuje, aż miło! Tuż potem największy galop na płycie, który tradycyjnie urywa się po kilkudziesięciu sekundach. Na finał oniryczne interludium, po którym muzykom pozostaje już ostatni szczyt do pokonania!




Udo Schindler/ Korhan Erel/ Sebastiano Tramontana  Sound Energy Transformation. 10 bagatelles for electronic & winds (FMR Records, 2017)

Dziesięć opowiastek na elektronikę i instrumenty dęte. To jedna z wielu ubiegłorocznych premier płytowych Udo Schindlera, niemieckiego klarnecisty, saksofonisty, kompozytora i … architekta. Jego muzyczne przygody często koncentrują się na konfrontowaniu żywych instrumentów dętych i elektroniki, skąpanych często w gęstym, elektroakustycznym sosie. Nie wszystkie pozycje, póki co, zryły beret Pana Redaktora, ale jedna – ta najnowsza - warta jest z pewnością prezentacji, być może, jako asumpt do bardziej pogłębionych eksploracji.

Jesteśmy na koncercie w Monachium (Ars Musica, Stemmerhof). Końcówka lipca 2017, a na scenie: Udo Schindler – klarnety, saksofon sopranowy i euphonium, Korhan Erel – komputer i tzw. controllers oraz Sebastiano Tramontana – puzon. Ilość odcinków muzycznych jest już nam znana, a całość potrwa 48 minut z sekundami.

Transformacja energii dźwięku, to kolejny element składowy tytułu płyty, który może być dla nas drogowskazem. Dwa dęciaki, wspierane elektroniką, elektroakustyką, rękoma, które leczą (to a propos controllers). Dziesięć miniatur free improve, z pewnością delikatnie stymulowanych scenariuszami przedprodukcyjnymi (szczegółów jednak nie znamy), które wiodą nas za uszy, szczęśliwie jednak nie na zatracenie. Urywane frazy, klejone elektrowstrząsami Erela, a w opozycji do nich, zwinne, nieco dłuższe pasaże ciekawie brzmiących, żywych instrumentów. Dobra elektronika, która stanowi pomost dla klarnetu i puzonu, rodzaj pasa transmisyjnego dla skutecznej komunikacji. Posadowiona w środku przestrzeni fonicznej koncertu, kreuje niebanalne obrazy. Nie ucieka w schematy rytmiczne, nie jest nachalna, nie ma cech przywódczych. Puzon zaś głównie śpiewa, a klarnet basowy raczej stawia krwawe stemple, ale i on nie jest pozbawiony drobin melodii. Być może w zachowaniu trójki muzyków chcielibyśmy dostrzec więcej emocji, bardziej spontanicznych zachowań, mniej zaś kalkulacji i zadęcia, charakterystycznego dla muzyki współczesnej. Czy te epizody dźwiękowe można nazwać elektroakustyczną kameralistyką? Recenzent nie znajduje dopowiedzi. W każdym razie, zejścia w akustyczną sonorystykę bardzo dobrze robi tej wykalkulowanej momentami improwizacji. W trzecim odcinku narracja potrafi nabrać walorów tanecznych, czego nie spodziewalibyśmy się przed momentem. A wewnętrzny rytm wcale nie jest dyktowany przez elektronikę. W czwartym nasze uszy słyszą dźwięki strunowe i perkusjonalne, co być może jest skutkiem działań Erela. W piątym puzon brzmi jak baryton, a może to jedynie zmutowany sopran. Niespodzianek nie brakuje, a wraz z upływem czasu, rośnie także przyjemność z odsłuchu. Muzycy poruszają się jakby swobodniej, są rozgrzani i gotowi na podejmowanie większego ryzyka. W siódmym napotykamy na rodzaj quasi sonorystycznej ballady, ciekawie zdobionej okruszkami elektroniki. W ósmym burczenie i gadulstwo puzonu, w kooperacji ze świetnymi komentarzami sopranu, budzą uśmiech i radość po obu stronach sceny. W dziewiątym Erel brzmi jak piano, a w finale, który jest uroczym slow bluesem, gra na nieistniejącym zestawie afrykańskich bębnów. Doprawdy, jest tu na czym zawiesić ucho. Być może jedynie tytuł płyty brzmi nieco zbyt groźnie.




Ayako Ogawa & Shepherds of Cats & Vj Pietrushka  Ayako Ogawa & Shepherds of Cats & Vj Pietrushka (Fanfare, 2017)

Z polsko-brytyjską formacją Pasterzy Kotów zetknęliśmy w ubiegłym roku dwukrotnie, omawiając ich produkcje dla manchesterskiego Tombed Visions. Dziś pochylamy się nad inną ich ubiegłoroczną produkcją, wydaną w ramach własnej inicjatywy artystycznej Fanfare. Tradycyjnie już wydawnictwo SoC nie ma tytułu, ma zaś rozbudowany aparat wykonawczy. A zatem: Ayako Ogawa – glos i fortepian, Darek Błaszczak - gongi, misy tybetańskie, różne obiekty ceramiczne oraz przedmioty życia codziennego, Adam Webster – wiolonczela i głos, Aleksander Olszewski - różne bębny etniczne i piszczałki, Jan Fanfare -gitara. Sesja miała miejsce w Ośrodku Postaw Twórczych we Wrocławiu, 29 i 30 kwietnia 2016. Przed nami 50 minut sporych emocji, podanych w sześciu odcinkach!

Shepherds of Cats to przykład muzycznej anarchii w najczystszym wcieleniu! Postrockowy sznyt wrośnięty w tę muzykę, konstytuuje zachowania muzyków. Pulsuje rytm, który zdaje się być zaszyty w rdzeniu kręgowym dość swobodnie prowadzonych improwizacji. Instrumenty strunowe, przedmioty nieprawdopodobne, niebanalny etno-sztafaż, prąd i energia. Kocia zwinność (a jakże!), umiejętność budowania napięcia, snucia niepokoju, pełnego wokalnych ornamentów, ponadgatunkowa, artystyczna bezczelność – wszystko to wpisane jest w DNA formacji. Nie brakuje transu, zdrowej psychodelii, kwaśnych rozwiązań dramaturgicznych. Szczypta elektroakustyki, field recordings i tego, co pod ręką. Gitara, która plecie separatywne mantry, stoi na straży ładu i porządku tego kreatywnego chaosu, niczym kurator szaleństw uprawionych przez pozostałych muzyków. Wrzący tygiel emocji i nadprodukcja wyłącznie konstruktywnych pomysłów na rozwój poszczególnych opowieści. W składzie nie ma instrumentu odpowiedzialnego za niskie częstotliwości, ale mimo to, ziemia aż drży w posadach. Bębny pulsują, a gitara rysuje synkopy na hartowanym szkle. Muzycy nie mają jakichkolwiek hamulców, a dźwięki płyną wartkimi strumieniami, nie napotykając na rafy, czy przeszkody nie do pokonania. W czwartym odcinku dopada ich obsesyjny rytm, który zdaje się decydować o wszystkim. Gitarzysta, stale przyczajony na prawej flance, opowiada swoje i ma duże grono słuchaczy. Nagle inwazja piana wywraca ten pociąg do góry nogami i tworzy niebywały dysonans akustyczny. Niczym wejście smoka! A na koniec dostajemy kocie wokalizy. W piątym fragmencie pachnie oniryzmem na dwa kilometry. Pikantnie i złowieszczo. Narracja rozkwita jak łąka wiosenną porą, pełna koniczynek w fazie wzrostu. Ale narasta, jak diabelska burza. Gitara obsesyjnie repetuje, zwiastując finał płyty, w trakcie którego muzycy doskonale bawią się stertą happy toys, odnalezionych na dnie kufra! Piękna podróż dobiega kresu!




João Camões/ Jean-Luc Cappozzo/ Jean-Marc Foussat  Autres Paysages (Clean Feed, 2017)

Nie pierwsze dziś spotkanie żywych instrumentów z progresywną, współczesną elektroniką. Mieszanka młodości z doświadczeniem, a bodaj ten najbardziej obyty w świecie muzyki improwizowanej pracować będzie na kablach! A zatem poznajmy muzyków w kolejności, w jakiej zostali oni wymienieni na okładce płyty: João Camões – altówka i obój, Jean-Luc Cappozzo – trąbka, flugelhorn i flet (harmoniczny) oraz Jean-Marc Foussat – elektronika, przedmioty różne i głos. Dysk Autres Paysages, który dostarcza znany edytor portugalski, trwa 54 minuty i składa się z trzech improwizacji, zarejestrowanych w trakcie dwóch studyjnych okoliczności, we Francji, w roku 2015 i 2016.

Multiplikujące się stado dzikich ptaków tapla się w nawałnicy rytmu, opuszczanej na muzyków wprost z nieboskłonu. Wielowymiarowe środowisko elektroakustyczne drży i wibruje. O tak, na kablach Jean-Marca można wyczarować każdą rzeczywistość. Tuż obok, nie zawsze w środku tego tygla czarów fonicznych, zagnieździły się dwa żywe instrumenty – trąbka i altówka. Niemniej narracja jest zwarta, dość płynna, kolektywna, z odrobiną przestrzeni na akustyczne fanaberie Cappozzo i Camõesa. Rodzaj współczesnej kameralistyki, upstrzonej elektroniką, która nie lubi tracić niczego z pola widzenia. Z czasem poziom jej inwazyjności szczęśliwie maleje, dzięki czemu recenzent ma o czym pisać. E-music komentuje, buduje most pomiędzy trąbką, a altówką, czasami sprawia też wrażenie parasola ochronnego. Oczywiście na końcu języka piszącego te słowa, zawiesza się kilka pytań retorycznych o tzw. wartość dodaną, jaką wnoszą do tej improwizacji manipulacje na kablach. Muzycy, jakkolwiek, nie generują na tym etapie występu nadmiaru energii kinetycznej, raczej dawkują nam emocje. Być może całej narracji przydałby się kontakt z nożycami producenckimi. Z drugiej jednak strony, każde takie działanie pozbawiałoby nas kilku naprawdę frapujących dźwięków, zwłaszcza tych, za które odpowiedzialny jest portugalski altowiolinista. Mimo wszakże kilku wyżej zasygnalizowanych ambiwalencji, recenzent musi przyznać, że finał pierwszego utworu jest bardziej niż ekscytujący. Napięcie rośnie, muzycy napinają muskuły, wyobraźnia buzuje. Trąbka osiąga stan wrzenia, viola rysuje dynamiczne pasaże, a e-music sieje grozę, godną każdego odcinka nowej serii Twin Peaks. A samo wybrzmiewanie jest traumatycznie błyskotliwe! Na starcie drugiego odcinka znów spod kabli wysnuwają się złowieszcze klimaty, tu odrobinę oniryczne, smukłe i strzeliste. Pląsy żywych kreślą linię zycia, która może się za moment urwać w pół zdania. Nadmiar tych ostatnich na przedzie narracji mobilizuje Foussata do większej aktywności, co nie sprzyja jakości improwizacji w tym akurat momencie. Wszakże 15 minuta i garść udanych imitacji trąbki i altówki ratuje smak estetyczny tego fragmentu. Ostatni utwór płyty wnosi trochę nowych dźwięków, zarówno tych syntetycznych, jak i akustycznych. Słyszmy … szczekające psy, które zwiastują dobrą, zwinną eskalację (co służy przecież każdej improwizacji), a na finał dźwięki oboju i fletu, trochę na zasadzie dramaturgicznej przekory, choć na wysokim artystycznie poziomie. Ostatni dźwięk dopada wszystkich w atmosferze wzajemnego zrozumienia.




Il Sogno  Birthday (Gotta Let It Out, 2017)

Moonbow  When The Sleeping Fish Turn Red And The Skies Start To Sing In C Major I Will Follow You Till The End (ILK Music, 2016)

Przed nami krótka wizyta w Kopenhadze. Tam właśnie rezyduje polski kontrabasista Tomo Jacobson (przy okazji, syn Marcina, znanego w dawnych czasach animatora kultury muzycznej w kraju nad Wisłą!). Najpierw trio, potem septet, każdorazowo z tym właśnie muzykiem w roli wiodącej.

Trio zwie się Il Sogno. Obok kontrabasisty tworzą je: Oliver Laumann na perkusji i Emanuele Maniscalco na fortepianie. Płyta Urodziny dostępna jest na winylu i trwa 35 minut, przynosząc dziesięć utworów (rejestracja studyjna z Brescii, wrzesień 2015r.). Trzy odcinki powstały na pięciolinii (dwa autorstwa Toma, jeden Ennio Morricone), pozostałe zaś są stosunkowo swobodnymi improwizacjami.

Każdy dźwięk płynie tu melodycznym korytem. Minimalistyczna pracy pianisty i kontrabas w stanie ciągłego, nerwowego ruchu, udanie wspierany przez perkusistę. Trochę, jak ilustracja do filmu w stylistyce noir. Już jako druga w zestawie, piosenka Morricone, którą zna chyba każdy, piękna, do wielokrotnego nucenia. Następujące potem improwizacji są zgrabne, precyzyjnie ułożone w głowach muzyków, wykoncypowane do drugiego miejsca po przecinku i dalece… swobodne. Dużo w nich ciszy, nieśpieszności, ale także tajemniczości, wielokropków i niedopowiedzeń, zdań i myśli urywanych w pół słowa. Narracja jest wartka, nasączona melodiami. Trio jest strukturalnie niezwykle demokratyczne, poziom synergii wysoki, a kooperacja nienaganna. Najbardziej wszak kreatywnym muzykiem zdaje się tu być właśnie Tomo. Miesza narracje, zmienia techniki gry, robi szum wokół siebie. Pianista woli pozycję wyczekującą, bez potu na rękach. Drummer najlepiej zaś czuje się w roli niebanalnego akompaniatora. Reasumując – bez rewolucji, dla samej przyjemności słuchania.




Moonbow, czyli septet grający kompozycje Tomo i płyta z roku 2016, o być może najdłuższym tytule w historii nowoczesnej Europy: When The Sleeping Fish Turn Red And The Skies Start To Sing In C Major I Will Follow You Till The End. Ten winyl składa się z sześciu utworów, trwa 38 minut i tyleż sekund. Nim przejdziemy do jego omówienia, lista płac: Danielle Dahl i Maciej Kądziela – saksofony altowe, Mads Egetoft  - saksofon tenorowy, Kresten Osgood – perkusja, Anton Jansson – gitara elektryczna, Lucas Leidinger – fortepian (grand piano), Tomo Jacobson – kontrabas. Nagranie studyjne z Kopenhagi (data nieznana redakcji).

Start tego bardzo ciekawego wydawnictwa upływa nam przy niebanalnym intro gitarzysty. Trochę zadziorów, szczypta kwasu i możemy zacząć dynamiczną ekspozycję pierwszego tematu na płycie. Jest zwinny, ma silnie zarysowaną linię niskich częstotliwości (walking Tomo na ostro!). Dęciaki skwierczą melodycznie, są kolorowe i wesołe. Piano wchodzi tuż potem i jest kompatybilne ze współpartnerami. Tylko gitara wciąż miesza, nieustannie staje okoniem i zdaje się być tu elementem… najbardziej kreatywnym. Improwizacje tuż potem zdecydowanie na temat, nieprzegadane i celne artystycznie. Prawdziwy jazz, Man! Tematy i melodie skomponowane przez Jacobsona smakują komedowskim polotem i rysunkiem dramaturgicznym. Zdecydowanie dają się śpiewać i tupać nogami (no i ta iskrząca gitara, rodzaj fermentu, dysonansu akustycznego, niczym wisienka na torcie!). Narracja jest gęsta, dzieje się naprawdę wiele, a każda indywidualna improwizacja czyni radość w uszach słuchacza. W trzeciej piosence dopadają nas rzewne, molowe zaśpiewy saksofonów, które płoną słowiańskim temperamentem, choć nasi są tu w mniejszości. Nawet jeśli temat kompozycji podany jest precyzyjnie, a ramy czasowe ekspozycji solowych wyznaczone co do sekundy, muzyka potrafi lubieżnie rozwarstwić się i uciec w kolektywne, i dojmująco urocze improwizacje, posadowione dramaturgicznie wyjątkowo daleko od zadanego tematu. W czwartym dzieje się podobnie. Melodia jakby się mutowała, gęstniała jak ciepły budyń. Upalone lonty śmiało prowadzą muzyków na free jazzowe pole całkowitej swobody wyboru. I tak dzieje się w istocie! W piątym i szóstym odcinku duch Alberta Aylera płonie i oświetla drogę do finału płyty. Gitara – w międzyczasie - znów stawia krwawe stemple: psychodelia w służbie noise! Brawo! A słowiańskie dusze saksofonów czynią swą powinność i zwiastują uroczyste zakończenie.




Dead Neanderthals  Organ Donor (bandcamp selfreleased, 2017)

W jego oczach widać było panikę. Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że jeszcze nie umarł? Co by się stało, gdyby dowiedzieli się, że nie był nawet człowiekiem?

Ten cytat z bandcampowej strony formacji Dead Neanderthals nie mógł nie paść w tej recenzji, zwłaszcza, że przed nami 15 minutowa petarda muzyczna o jakże kojącym tytule Dawca Narządów!

Otto Kokke – saksofon i syntezator oraz René Aquarius – perkusja. Napisane i nagrane w grudniu 2017 roku, wydane ostatniego jego dnia. Kursywa użyta przed momentem zdaje się być konieczna, albowiem fakty są następujące: Nie da się pisać o tej muzyce, trzeba jej koniecznie doświadczyć! Play loud and stay crazy! Dron saksofonu, wspieranego wulgarnym syntezatorem vs. obsesyjny, perkusyjny beat metal! To nasze środowisko foniczne. Doom-rockowy walec z improwizacją zaszytą w procesie permanentnego, acz powolnego narastania wielodźwięku generowanego przez Kokke. Niczym nalot dywanowy! Lotni, kryj się! To być może nie jest to do końca wytłumaczalne, ale owo muzycznie przeżycie zdaje się być esencjonalnie doskonałe. W 8 minucie saksofonista jakby włączał nowy dopalacz w swoim megadronie. Ta pieśń potępionych, to rodzaj hipnotycznej mantry, która nie musi przynieść oczyszczenia. A syntezator mocy działa (wyraźnie słyszalny od 11 minuty). Dron, który zagryza dron! Finałowa ściana dźwięku oznaczać może tylko jedno – play it again! Tak – przycisk repeat śmiało służyć może do wielokrotnego użytku.