Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ilia Belorukov. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ilia Belorukov. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 sierpnia 2025

The August’ Round-up: Shifa! Türköz & Tuerlinckx! Zwerver! Hera Corp.! Karałow & Noetinger! Martial! New Bone!


Sierpniowa zbiorówka świeżych recenzji wystawiona na widok Waszych pazernych oczu i zasobność Waszych portfeli! Zapraszamy do lektury, a potem na zakupy! Wspierajcie kulturę wysoką, cokolwiek to znaczy!

Dziś osiem albumów z muzyką improwizowaną, ale także z kompozycjami współczesnymi i jazzowymi. A zatem po kolei: londyńskie, post-jazzowe trio, berlińska mantra na preparowane piano i szalony glos, holenderskie trio post-chamber, dwie ekspozycje syntezatora modularnego w tajemniczych duetach prosto z Katalonii i Serbski, duet polsko-francuski ze znaczącym udziałem elektroniki, a na koniec francuska, komponowana muzyka współczesna na instrumenty własnej produkcji oraz garść main-streamowego jazzu prosto z Polski. Nie będziecie się nudzić choćby przez sekundę.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Shifa شفاء (Rachel Musson, Pat Thomas, Mark Sanders) Ecliptic (Discus Music, CD 2025)

Cafe Oto, Londyn, luty 2023: Rachel Musson – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 46 minut.

Nasza ulubiona scena londyńska, na niej międzypokoleniowe trio wytrawnych instrumentalistów, a w jego wykonaniu soczysta, post-jazzowa improwizacja, w której nie brakuje emocji godnych free, ale także chwil adekwatnej dramaturgicznie zadumy. Nic, tylko wpaść w sidła tej muzyki i czerpać dozgonną przyjemność.

Artyści ruszają do boju w kolektywnym szyku. Pianista zaczyna od trybu inside piano, czyniąc ciekawy dysonans w kontekście linearnych, nasyconych sporymi emocjami akcji saksofonistki i perkusisty. Pierwszy kwadrans, to systematyczne narastanie, realizowane także w podgrupach, ze szczególnym uwzględnieniem free jazzowego duetu piano & drums. Opowieść ma swój wyraźny rytm, a muzycy zdają się czerpać dużą przyjemność z wyważonego eskalowania ekspresji. Po upływie kilkunastu minut zatapiają się w chmurze rezonansu i pozostają w niej na wiele minut, budując wyjątkowo uroczą ekspozycję. Po restarcie ich akcje nabierają bluesowego posmaku i nienachalnej melodyki, o co dba tu każdy. Koniec drugiego kwadransa, to kolejna okazja do pooddychania chłodnym powietrzem. Trzeci kwadrans koncertu pełen jest kompulsywnych zdarzeń - permanentnych turbulencji na werblu i tomach, soczystych, rytmicznych melodii na klawiaturze i sumiastych wyziewów z samego dna dętej tuby. Zakończenie spektaklu zdaje się pozostawać na barkach saksofonu tenorowego.

 


Saadet Türköz & Anaïs Tuerlinckx Le chant des noiseuses (Scatter Archive, DL 2025)

Ausland, Berlin, grudzień 2024: Anaïs Tuerlinckx – fortepian, preparacje oraz Saadet Türköz – głos, teksty. Jedna improwizacja, 38 minut.

Czas na ceremoniał niesionego pogłosem inside piano i głosu jedynego w swoim rodzaju. Pianistce bliżej tu do rytualnego hałasu niż fortepianowego liryzmu, wokalistka śpiewa wszystkimi językami świata, a pokłady ekspresji zgromadzone w jej głowie i gardle zdolne są przenosić góry. Ten niezwykły album trwa ledwie 38 minut, ale można przysiąc, iż to prawdziwa wieczność, która nie ma początku, ani końca.

Delikatny, filigranowy początek, jakby każda fraza czy oddech testowały, jak działa echo. Szmery, szelesty, drżenia i dotkliwe cierpienie płynące zarówno z gardła, jak i ze strun zanurzonych w głębinach piana. Artystki wspinają się na szczyt już w piątej minucie, a potem godzinami zsuwają się z niego w mroczne grzęzawisko. Pianistka wykorzystuje wyjątkowo szerokie spektrum dźwięku, ale jej partnerka zdaje się te parametry podwajać. Śpiewa, recytuje, snuje wokalizy. I niesie nam zdecydowanie złe nowiny. Po kwadransie obie zastygają w błocie ambientu, ale już po kolejnych kilku minutach płoną na stosie post-industrialu. Po tych traumatycznych przejściach wracają do rytuałów początku spektaklu. Piano drży, głos najpierw sięga po bliskowschodnią mantrę, a potem jodłuje i wesoło pokrzykuje. W międzyczasie docierają do nas matowe dźwięki klawiatury, jakby na przekór zastanej konwencji. Ostatnie pięć minut koncertu, to tajemnicze melodie ze strun piana okraszane piskiem wokalistki. Finał jest rozkołysany i dogasa nutą rezygnacji.

 


Zwerver, De Joode & Vatcher Brisky (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Zaal100, Amsterdam, marzec 2025: Henk Zwerver – gitara, Wilbert de Joode – kontrabas oraz Michael Vatcher – perkusja. Siedem improwizacji, 32 minuty.

Trzech holenderskich zakapiorów, weteranów nie jednej improwizowanej batalii w bezpretensjonalnej, równie post-jazzowej, jak post-kameralnej opowieści popełnionej w zacnym przybytku kultury wysokiej miasta rowerów, kanałów i definitywnie dobrych obyczajów. Krótki koncert bez jednego zbędnego dźwięku składa się z sześciu epizodów i ekspresyjnego encore.

Jego początek brzmi szorstko, jest leniwy, ale opowieść szybko nabiera dynamiki. Usłana jest tysiącem małych, zgrzebnych interakcji. Suche struny gitary, dobrze naoliwiony smyczek kontrabasu i błyszczące talerze zestawu perkusyjnego. Utwory drugi i czwarty mają piękne, jakże mroczne introdukcje. Potem akcja robi się zwinna, nieco rozkołysana, zdolna do istotnie jazzowego zgęstnienia. W trzecim, nieco nerwowym epizodzie na gryfie gitary sadowi się źdźbło bluesa. Narracja nabiera tu tempa, a na twarzy Dereka Baileya pojawia się niewymuszony uśmiech. W epizodzie czwartym podobać się może trójstronna rozmowa prowadzona w estetyce call and response, a w piątym zaskakująca nuta swingu. Z kolei szósta szyta jest ze strzępów fonii, choć balladowa, ma w sobie dużo złych emocji. Rzeczony bis, to bodaj najbardziej energetyczny fragment koncertu. Muzycy zanęcają się nad swoimi instrumentami, jakby to miał być ich ostatni koncert.

 


Ilia Belorukov & Nenad Marković Signs of Suspicious Activity (Hera Corp., Kaseta 2025)

kuda.org studio, Novi Sad, Serbia, sierpień i grudzień 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny oraz Nenad Marković – trąbka, preparacje, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 39 minut.

Pierwsza z zapowiadanych przygód syntezatora modularnego. Tu odnajdujemy go w rękach muzyka, którego pierwszym narzędziem pracy jest saksofon (świetnie o tym wiedzą stali czytelnicy tych łamów) i to zdaje się doskonale pomagać mu w budowaniu niebanalnej, niekiedy filigranowej narracji na zwojach analogowych kabli, tu w towarzystwie kompetentnego, preparującego trębacza, doposażonego odrobiną perkusjonalii.

Inauguracja albumu skrzy się od emocji i urokliwie hałaśliwych dźwięków. Syntezator zgrzyta zębami, trąbka przedmuchuje lodowate powietrze. Ten pierwszy potrafi tu brzmieć niczym gitara elektryczna, ta druga jak silnik wysokoprężny. Jeszcze w tej części albumu mamy wrażenie, że słyszymy kołujący śmigłowiec niesiony czystym brzmieniem trębackiej melodii. Drugi utwór, to wielkie drżenie. Tu wydaje się dla odmiany, że modularny ma struny. Trzecia opowieść to zwinna batalia short-cuts – gęsta, świetnie skomunikowana. Początek czwartej części, to krwawy hałas, ale zaraz potem improwizacja grzęźnie w mroku rozkojarzenia, a modularny i trąbka brzmią identycznie, bardzo akustycznie. Ostatni epizod, to prawdziwa perła w koronie. Syntezator przypomina stygnącą lawę, trąbka rozsiewa melodie posuwistym dronem. Opowieść, to medytacja prowadzona tuż przed nosem plutonu egzekucyjnego. Pięknie wystudzona do ostatniego dźwięku.

 


JL Maire & Alfredo Costa Monteiro Estelas (Hera Corp., Kaseta 2025)

Mont Efímer, Barcelona, wrzesień 2024: J.L.Maire – syntezator modularny oraz Alfredo Costa Monteiro – urządzenia elektroakustyczne. Dwie improwizacje, 33 minuty.

Tym razem nasz modular odnajdujemy w okolicznościach definitywnie elektroakustycznych. Dwie rozbudowane improwizacje mienią się tu szeroką paletą na ogół syntetycznych barw. Od pierwszej do ostatniej sekundy słucha się tego wyśmienicie, niekiedy z pewnym zdumieniem co do pomysłowości artystów i uzyskiwanych efektów brzmieniowych.

Plejada elektroakustycznych pisków obleczona zostaje na starcie albumu grubą warstwą dubowego echa płynącego zapewne z samych trzewi syntezatora modularnego. Feeria dźwięków formuje się w okazjonalne drony, okraszone drobnymi przepięciami i zgrzytami. Całość przypomina gęsty, zdewastowany, napromieniowany złem ambient zebrany z przegniłych zwłok akustyki. Finał jest efektowny, pulsujący nieistniejącym beatem. Druga improwizacja wydaje się jeszcze groźniejsza, bardziej mroczna, spowita mgłą nieokreśloności. Tu flow jest lepki jak wulkaniczna lawa, a narracja staje się zdecydowanie pokaźną porcją zdrowego hałasu. Z czasem muzycy zdają się zdejmować nogę z gazu i popadać w drobną melancholię. Samo zakończenie zostaje wyczyszczone z brudu, jest szkliste, zaskakująco melodyczne.

 


Andrzej Karałow & Jérôme Noetinger L'ivresse transfigurée (Crossroads Centre, LP 2025)

Andrzej Karałow’s home studio, maj 2024: Andrzej Karałow – fortepian, Roland space echo, oraz Jérôme Noetinger – Revox B77, elektronika. Sześć improwizacji, 41 minut.

Kolejna w dzisiejszej zbiorówce porcja akustyki w zetknięciu z szerokopasmową elektroniką. Sześć zgrabnych opowieści z dobrze zarysowaną dramaturgią. Czasami ich tempo wydaje się zbyt jednostronne, a poziom interakcji między tym, co żywe, a tym co syntetyczne nazbyt śladowy. Ale jako całość ta polsko-francuska kooperacja definitywnie godna jest zapamiętania.

Frazy inside piano i filigranowa elektronika przypominająca szmer owada w locie opadającym, to atrybuty otwarcia. Minimalistyczny flow nie zmienia swojego charakteru nawet, gdy pianista przenosi się na klawiaturę, a elektronik plecie intrygujący, mroczny background. Kolejne dwie opowieści zdają się kontynuować zastaną estetykę, przy czym akcje syntetyczne chętniej wychodzą przed szereg. Czwarta odsłona na etapie rozwinięcia wnosi do improwizacji powiew zdecydowanie większej ekspresji. Dwie ostatnie odsłony albumu znów stawiają na minimalizm z preparowanym piano i elektroakustycznymi subtelnościami, które pęcznieją z czasem do poziomu inwazyjnego szumu. Samo zakończenie sprawia wrażenie dramaturgicznego rozdroża. Być może płyta mogłaby zakończyć się kilka minut wcześniej.

 


Vincent Martial La cloche qui résonne (Mazeto Square, CD 2025)

Studio Climax, Loupian, Francja, kwiecień 2024: Vincent Martial (kompozycje), Marc Siffert, Camille Emaille, Bertrand Fraysse, Jean-François Oliver, Fabien Nicol oraz d’Elsa Jauffret – instrumentarium nieokreślone. Piętnaście utworów, 50 min.

Przed nami płyta z materiałem skomponowanym na septet, którego instrumentarium nie jest precyzyjnie wskazane w albumowym credits. Mówi się tam jedynie o instrumentach tradycyjnych (standardowych) i tzw. instrumentach eksperymentalnych, innymi słowy, stworzonych przez kompozytora i autora całości Vincenta Martiala. Ta dość szalona opowieść na tajemnicze dźwięki dęte, niekiedy także strunowe i perkusyjne, dzieli się na siedemnaście epizodów, które trwają od kilkudziesięciu sekund do niespełna sześciu minut. Większość z nich sprawia wrażenie ekstraktów, wycinków większej całości, na ogół imponujących brzmieniem i w skończonej liczbie przypadków niebanalną dramaturgią.

Nagranie skonstruowane jest prawdopodobnie wyłącznie z dźwięków akustycznych, ale w wielu momentach sprawia wrażenie … elektroakustyczne. Szczególnie wtedy, gdy basowe pasma zaczynają pulsować i tworzyć coś na kształt beatu o definitywnie syntetycznym posmaku. Większość ekspozycji ma charakter dronowy, niekiedy bardzo masywny, nasycony zarówno rezonującymi frazami, jak foniami śmiało zasługującymi na miano noise’owych. Nie brakuje także opowieści szemranych, szumiących, będących efektem perorowania tajemniczego instrumentarium. W ważnych dla dramaturgii całości momentach ekspozycje nabierają perkusyjnego, czy wręcz multifonicznego charakteru. Album na dystansie pięćdziesięciu minut usłucha się świetnie, choć być może, gdyby wybrało się z niego kilka wątków i kreatywnie je rozwinęło, dzieło Martiala byłoby jeszcze bardziej intrygujące.

 


New Bone Sorrow (CM Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tomasz Kudyk - trąbka, flugelhorn, Marcin Konieczkowicz - saksofon altowy, Dominik Wania – fortepian, Maciej Adamczak – kontrabas, Dawid Fortuna – perkusja oraz gościnnie duet wokalny: Zuza Baum i Jan Piwowarczyk (w dwóch utworach). Osiem utworów, 62 minuty.

Czas na jazz definitywnie mainstreamowy. Formacja z trzydziestoletnim stażem, bodaj jej siódmy album. Kompozycje własne, zarówno lidera, tu trębacza, jak i członków zespołu, improwizacje, kody etc. Wszystko, co kojarzymy z jazzem środka, wszystko, co dla pewnej grupy słuchaczy jest jedynym sensem, tudzież właściwym konglomeratem dźwięków i dramaturgii. Dla niżej podpisanego wszakże kolejnym dowodem na to, że jazz w tej formie nie jest zjawiskiem nadmiernie intrygującym.

Ciekawym pociągnięciem w obliczu melodyjnych, spokojnych, niekiedy ckliwych tematów jest dokooptowanie do kwintetu dwójki wokalistów. W utworze trzecim śpiewają swingującą sambę i nadają leniwej dotąd płycie odrobinę dobrej dynamiki. W utworze ostatnim wprowadzają do nagrania elementy hip-hopowe i drum’n’bassowe, tworząc ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Zdecydowanie najciekawszym utworem jest tu kompozycja siódma, oparta ma masywnym groove kontrabasu. Gdyby jeszcze solowe ekspozycje pozostałych członków kwintetu miały w sobie więcej ekspresji, być może byłaby nadzieja, że New Bone jest w stanie wyrwać się z jarzma przewidywalności.  




wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

wtorek, 3 grudnia 2024

The November/ December’ Round-up: MYL! Belorukov & Džukljev! LBB! Serries in duos! Guy & Mazur! Hyvärinen & Kääriäinen! Olsson! Sly & The Family Drone! Kensho!


Zapraszamy na ostatnią w tym roku zbiorówkę recenzji! Łączone wydanie listopadowo-grudniowe przynosi dziesięć albumów tradycyjnie utrzymanych w estetyce od sasa do lasa!

Tym razem dyktat swobodnej improwizacji będzie bezdyskusyjny. Unikając jazzowych naleciałości (acz nie bez wyjątków) odpłyniemy w bezkres elektroakustyki i instrumentalnych preparacji ze szczególnym uwzględnieniem gitar i instrumentów pochodnych. Ten zestaw recenzji zwieńczymy post-elektroniczną grą w dwa ognie i ekstremalnie wycofaną, minimalistyczną, predefiniowaną improwizacją.

Naszą podróż zaczniemy w Skandynawii (ale bez udziału Skandynawów), potem odwiedzimy serbski Nowy Sad, Francję, Niemcy, Belgię, zahaczymy o Kraków i Helsinki, naładujemy baterie ponownie odwiedzając Skandynawię (tym razem z udziałem Skandynawów), zahaczymy o Zjednoczone Królestwo, by ostatecznie umrzeć snem sprawiedliwego w dalekim Tokio.

So welcome to heaven and hell of multi-coloured improvisation!



 

MYL Trio (Mia Zabelka, Yoko Miura, Lawrence Casserley) Parallel Universes (Setola di Maiale, CD 2024)

Göteborg/ Sztokholm/ Ostrawa, wrzesień 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Yoko Miura - fortepian, melodika oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Sześć improwizacji, 58 minut.

Na dobre otwarcie danie wyjątkowo smakowite! Minimalistyczne, nasączone post-klasycznym sznytem piano, ekstremalnie kreatywne skrzypce doposażane głosem i realizowana na żywo elektronika, która kreuje narrację, ale też transponuje akustyczne frazy na język onirycznej, migotliwej syntetyki. Album konsumuje fragmenty dwóch szwedzkich koncertów tria i kilkuminutowy encore zarejestrowany w Ostrawie.

Pierwszy fragment trwa kwadrans i jest efektownym wprowadzeniem do świata zbilansowanej elektroakustyki. Oniryczna aura, niespieszność, ale też głęboko zakorzeniona wola tworzenia czegoś zaskakującego. Pianistka, to ocean nostalgii, skrzypaczka - bezkres kreatywności, a elektronik – dramaturgiczny rozmach. Pieczołowicie budowana opowieść w fazie wielominutowej finalizacji zapewnia intrygujące spiętrzenie. Kolejne dwie historie są nieco krótsze – ta pierwsza, to rodzaj zabawy z rozkołysanym rytmem, ta druga, lepiona z drobiazgów, zdaje się bazować na dysonansie wystudiowanego piana i zjednoczonych sił skrzypiec oraz live processingu. Czwarta część, najdłuższa w zestawie, to crème de la crème albumu. Delikatny start, nerwowe, rytmiczne rozwinięcie, kreatywny minimal w fazie uspokojenia, a w ramach puenty dodatkowy instrument (melodika) i wejście na poziom intensywnej … medytacji w klimatach AMM. Utwór piąty przynosi dramaturgiczny spokój i garść brzmieniowych niespodzianek, z kolei finałowa opowieść, mimo, iż stanowi koncertowy bis, generuje mnóstwo emocji – od elektronicznych wiwatów, przez skrzypcowe mikro eksplozje, po preparowany falling down z udziałem melodiki.



 

Ilia Belorukov & Marina Džukljev Everything Changes, Nothing Disappears (Acheulian Handaxe, DL 2024)

MSUV, Nowy Sad, Serbia, od grudnia 2002 do lutego 2024: Ilia Belorukov – saksofon altowy, obiekty oraz Marina Džukljev – fortepian, preparacje. Siedem improwizacji, 40 minut.

Ilia i Marina, to artyści, których na tych łamach cenimy i staramy się często o nich pisać. Ten album, to bodaj ich pierwsze wspólne nagranie. Saksofonista, którego znamy także ze świata elektroakustycznego eksperymentu, tu stawia na konkret. Albo jest free jazzowym potworem, albo wysublimowanym preparatorem. Z kolei pianistka zdaje się mieć tysiące twarzy, ale w każdej z nich jest definitywnie przekonywująca. Świetnie radzi sobie zarówno na rozgrzanej klawiaturze, jak i w głębokich odmętach pudla rezonansowego. I jeszcze sygnalizuje wyjątkowo wyczulony zmysł rytmiczny. Innym słowy – świetny album! Spójny, doskonale skonstruowany, choć jest sumą kilku improwizowanych spotkań.

Początek jest minimalistyczny i bazuje na metalicznym rezonansie. Narracja urokliwie pęcznieje, niesiona równym, doboszowym rytmem pianistki. Drugi epizod, to free jazzowy wrzask. Emocje w dętej tubie świetnie tu korelują z narracją piana, realizowaną from inside to outside. Trzecia opowieść jest neurotyczna, pachnie dalekim wschodem, rysowana najgłębszymi strunami piana i saksofonowym bezdechem. Kolejna opowieść także pozbawiona jest dynamiki, ale kasą jeszcze większą urodą. To oniryczna ballada, matowo brzmiąca, sycona minimalistyczną repetycją. Piątka, to kłęby kurzu unoszące się nad free jazzowym pogorzeliskiem. To sekwencja instynktownych preparacji, realizowanych na ekstremalnie połamanej rytmice. Przedostatnia historia sięga po jazz, ale tylko po to, by jego idee zdeptać energią drapieżnej, silnie unerwionej improwizacji. Album wieńczy mroczna, definitywnie piękna koda, osadzona na post-rytmicznych preparacjach strun i dętej tuby.



 

Lenglet/ Bodart/ Bramnk L'humeur des non jours (Circum-Disc, CD 2024)

La malterie, Lille, czerwiec 2023: Philippe Lenglet – gitara akustyczna, elektronika, Samuel Bodart – fortepian preparowany oraz Falter Bramnk – instrumenty perkusyjne, preparacje. Dziewięć improwizacji, 55 minut.

Trójka mniej rozpoznawalnych francuskich improwizatorów upichciła wielominutową improwizację, która warta jest przynajmniej kilku skupionych odsłuchów. Narracja bazuje na dźwiękach preparowanych, podana w dziewięciu częściach ma zgrabnie udramatyzowany ciąg przyczynowo-skutkowy. Ostry, wyrazisty początek, fazę rozbudowanych medytacji i garść eksperymentów w końcowych utworach. Nazwiska muzyków zapisujemy w naszych kajetach grubym flamastrem!

Zgodnie z anonsem dwie pierwsze improwizacje stawiają nas do pionu. Otwierane na raz, wyraziste ekspozycje, rodzaj permanentnie tłuczonej akustyki gitary, piana i instrumentów perkusyjnych. Muzycy świetnie na siebie reagują. Nawet w sytuacjach dynamicznych wyczuleni są na niuanse brzmieniowe, zdolni do riposty w każdym momencie. Począwszy od trzeciej odsłony ich opowieści stają się leniwe, rozwarstwione, osadzone w aurze niedopowiedzenia. Bywają teraz delikatni, dobrze czują się w mroku, w poświacie subtelnego rezonansu. Chętnie wchodzą w strefę minimalizmu, choć incydentalnie przejawiają skłonności do dynamizowania narracji. Ich piąta historia karze zadać pytanie o definicję muzyki konkretnej. W kolejnej części ich egzystencjalny dygot z jednej strony tonie w echu, z drugiej nabiera lokalnej intensywności. Dwie końcowe opowieści, w tym szczególnie ta najdłuższa, przedostatnia, to obszar poszukiwania nowych rozwiązań. Dostajemy garść dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Muzycy korzystają zapewne z elektroniki - brzmienie ich instrumentów wydaje się amplifikowane. Chętnie sięgają po smyczki, a arsenał metod preparowania rośnie z każdą chwilą. Ostatnia prosta przynosi drobne spiętrzenie, jakby artyści chcieli nas wybudzić nim wydadzą ostatni dźwięk.



 

Schneider & Serries Schneider Serries (Schneider Collaborations, LP 2024)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, czerwiec 2023: Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Pięć improwizacji, 36 minut.

Belgijskiego gitarzystę Serriesa znamy na tych łamach doskonale – zarówno jak wrażliwego, improwizującego akustyka, jak i dark-ambientowego elektryka. Tu, w duecie z niemieckim perkusistą Schneiderem, mamy niepowtarzalną okazję poznać go jako instrumentalistę niemalże noise rocka. To z pewnością jeden z jego najgłośniejszych albumów.

Pierwsza odsłona albumu świetnie dokumentuje fakty zasugerowane zdanie wcześniej. Noise rockowa gitara skulona w kłębie post-bluesa wraz z samonapędzającą się maszyną circle drums systematycznie buduje tu ścianę dźwięku. To także rodzaj prog-rocka w stanie agonii, w chmurze dogorywającej psychodelii. Kolejny utwór pogłębia ów stan, ciekawie balansując pomiędzy ginącą melodią i kreatywnym hałasem. Ta część albumu przywołuje w pamięci nagrania Fear Falls Burning, ale zagubione w nieznośnym upale południowego Texasu, zatopione w magmie repetycji. Trzecią część wypełnia płonąca gitara hard-rocka, a kumulujący się wokół niej drumming dopełnia miana power duo. W czwartym epizodzie Serries przypomina epigona ambientu, dla którego jedynym ratunkiem jest ucieczka w psychodelię. W ostatniej części jego gitara wpada w wieczną pętlę powtórzenia. Jej brzmienie zagęszcza się z każdą sekundą, skutecznie tłamsząc melodykę, choć samo frazowanie wydaje się najłagodniejsze z możliwych.



 

Christian Vasseur & Dirk Serries Floating Similarities (Creative Sources, CD 2024)

Kapel Oude Klooster, Brecht, styczeń 2024: Christian Vasseur – siedmiostrunowa gitara klasyczna, strojona ćwierćtonowo, głos oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Teraz dla odmiany zanurzymy się w bezkresie gitarowej akustyki. Serries przesiada się na swój ulubiony archtop, a jego partner Vasseur sięga po instrument klasyczny, ale stroi go dalece nietypowo. Efekt jest więcej niż udany – bystra dramaturgia, moc soczystego brzmienia i niczym nieskrępowana kreatywność, na koniec ubarwiona efektownymi wokalizami.

Muzycy zdają się tu toczyć batalię o najpiękniejszy dźwięk, a zaczynają ją od smyczkowego frazowania. Jedna gitara śpiewa, druga rzęzi jak gruźlik. Moc kreacji jest z nimi w każdym momencie, zarówno wtedy, gdy cedzą dźwięki w trybie minimalistycznymi, jak i wtedy, gdy ekspresja niesie ich na wysokie wzgórze. Lubią rytm, potrafią być naprawdę delikatni, ale nie przestają kąsać ciętymi ripostami. W trzeciej odsłonie śpiewają razem rozdygotaną mantrę, w części kolejnej pachną onirycznym post-bluesem, nie bez autoagresji, by w epizodzie piątym pieścić struny, poszukiwać zjawisk definitywnie post-akustycznych i ostatecznie popaść w intrygującą repetycję. W części szóstej artyści koncentrują się na dźwiękach preparowanych. Najpierw szemrają po kątach, potem nabierają dynamiki i sieją zamęt. Ostatnia improwizacja jest tą najdłuższą i mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Flażolety, drobne szarpnięcia, brzmienia niemal gamelanowe, a w ramach reasumpcji wokaliza mezuina, niesiona bystrym rytmem.



 

Barry Guy & Rafał Mazur Harmony in Diversity (Not Two Records, LP 2023)

Alchemia, Kraków, listopad 2021: Barry Guy – kontrabas oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Osiem improwizacji, 36 minut.

Spotkanie perfekcyjnie brzmiącego kontrabasu i akustycznej gitary basowej, do tego w takim personalnym wykonaniu, nie mogło nie stać się czymś wyjątkowym. Artyści świetnie ze sobą kooperują, doskonale się słuchają, a ich instrumenty bystrze interferują, ale chyba największym zaskoczeniem jest fakt, iż kontrabas i akustyczna basówka potrafią brzmieć na tyle bliźniaczo, że nie zawsze jesteśmy pewni, który z instrumentów odpowiada za dany dźwięk. Muzycy prezentują nam osiem improwizacji, z których ledwie trzy przekraczają pięć minut. Zatem forma, dramaturgia, zapewne także selekcja materiału, to elementy, nad którymi także warto się tu pochylić.

Od startu emocji nie brakuje. Początek tkany jest z drobnych fraz, gdzie arco może oznaczać subtelne szarpnięcie za struny, a rozśpiewane pizzicato maźnięcie zamaszystym pędzlem. To lekko udeptany post-barok, tudzież kameralny post-jazz, niesiony intuicją i kreatywnością jednego muzycznego ciała, rozsiewającego często dźwięki brzmiące imitacyjnie. Muzycy szczególnie dobrze czują się w momentach wzrostu dynamiki i intensywności przekazu. Precyzja wykonania trzyma ich temperament w ryzach, ale i tak wokół każdego unoszą się tumany kurzu. W drugiej części ich wspólne arco śpiewa, a na etapie rozwinięcia pojawia się mnóstw szumów i szmerów. Swoją rolę odrywa tu podskórna warstwa rytmiczna, choć jej linearność bywa zmyślnie komplikowana. Szczególną jakość wnosi czwarta, ponad dziesięciominutowa opowieść. Na jej starcie artyści wydają się agresywni, rozgrzani do czerwoności. Dociskają struny, uderzają w pudła rezonansowe, ale potem zanurzają w gęstwinie preparowanych fraz. Słyszymy delikatne flażolety i niedźwiedzie pomruki, mroczne westchnienia i plamy rezonansu. Ostatnie cztery improwizacje trwają łącznie krócej niż ich poprzedniczka. Dużo w nich drobnych akcji i zaskakujących wolt dramaturgicznych. Perkusjonalne zrywy, melodyjne interwały, post-barokowe zjazdy i podjazdy. Wszystko w kongenialnej komunikacji.



 

Lauri Hyvärinen & Jukka Kääriäinen Pulled Apart by Horses (Bokashi Records, CD 2024)

Helsinki, od grudnia 2023 do stycznia 2024: Lauri Hyvärinen i Jukka Kääriäinen – gitary elektryczne. Pięć improwizacji, 34 minuty.

Naszą gitarową przygodę kontynuujemy w Helsinkach. Na scenie dwóch tamtejszych gitarzystów i zapewne kilogramy przetworników, wzmacniaczy i tego wszystkiego, co służy do stymulowania brzmienia gitary elektrycznej. Efekt pracy artystów jest więcej niż imponujący, choć momentami można odnieść wrażenie, że narzędzie pracy jest tu ważniejsze niż efekt końcowy. Finowie wiedzą jednak, co to umiar, dbają o komfort naszych narządów słuchu, zatem koński album zdecydowanie polecamy, nie tylko dlatego, iż jego odsłuch zajmuje niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy od startu nie kryją, iż wiele ich akcji bliskich będzie miana hałasu – improwizacje nieustannie sycą przesterami, sprzężeniami, spiętrzeniami i dość syntetycznie brzmiącymi grzmotami. Ich palce są wyjątkowo zwinne, a wzmacniacze ogniste. Na obu flankach narracji nie brakuje ciekawych i zaskakujących brzmień, w czym wiedzie prym lewa strona. Tego typu zjawisk artyści nie skąpią nam szczególnie na początku drugiej i trzeciej części. Za pierwszym razem kroczymy po dnie zamulonego jeziora, za drugim drgamy i dajemy się wieść dubowej poświacie. Efektem każdej z tych akcji jest zdrowa porcja noise guitars na etapie rozwinięcia. Muzycy wskazują nam kilka konotacji gatunkowych, ale jeśli do którejś jest im najbliżej, to zapewne do post-rockowej. W części trzeciej nie szczędzą nam martwych plam ambientu i posmaku post-industrialu. Czwarta odsłona zdaje się być tą najbardziej dynamiczną, pełną dobrej energii i szczypty psychodelii, budowaną także post-gitarowymi pasmami, które brzmią niczym noworomantyczny syntezator. Ostatnia, najkrótsza opowieść, to kłęby gitarowych nerwów, brak zgody na ciszę, prawdziwa burza z piorunami.




Henrik Olsson Hand of Benediction II (Barefoot Records, CD 2023)

Miejsce i czas nieznane: Henrik Olsson – gitara elektryczna, syntetyczne przetworniki, Egil Kalman – syntezator modularny, Jeppe Skovbakke – bas elektryczny oraz Rune Lohse – perkusja. Piętnaście utworów, 40 minut.

Ile dramaturgicznych pomysłów i zasobów niespożytej energii można pomieścić na albumie trwającym niespełna trzy kwadranse? Wedle Henrika Olssona – nieskończenie wiele! Niestygnący temperament, iście zornowska dezynwoltura, nieustanna zmienność akcji i niewyczerpalna, artystyczna bezczelność. Tym karmi się druga edycja Hand Of Benediction – instrumentalnie poszerzona w stosunku do jedynki o syntezator modularny. Oto muzyka, która nie bierze jeńców!

Start mówi tu wiele – połamany, punkowy rytm, roztańczona, ribotowska gitara, czerstwy śpiew syntezatora i elektryczny bas sunący rockowym krokiem. Mimo narracyjnego szaleństwa całość jest ścisłe zaprogramowana, a porcje czasem dalece swobodnych improwizacji dopasowane do struktury i poziomu emocji danego epizodu. Z jednej strony funkowe rytmy, z drugiej intrygujące plamy syntezatora (choćby intro do szóstej opowieści), który wnosi do HOB nowy, niekiedy zagadkowy, ale zawsze wartościowy element. W tej grze wszystko jest możliwe, a nawet wskazane. W ósmej opowieści mamy dyskotekowy motyw syntezatora, funkowy bas, zmutowany hard-rock gitary i perksyjne kłęby dymu. Za każdym rogiem czai się tu niespodzianka – brzmieniowa lub dramaturgiczna, albo obie na raz. W jedenastym epizodzie dopada nas prawdziwie rockowe solo gitary, a w dwóch ostatnich piosenkach dominuje free jazzowa perkusja, której definitywnie po drodze ze srogo usposobionym syntezatorem.



 

Sly & The Family Drone Moon is Doom Backwards (Self-released, LP/DL 2024)

Larkins Farm, wrzesień 2021: James Allsopp – reeds, klarnet basowy, Kaz Buckland – perkusja, elektronika, reeds, Matt Cargill – elektronika, głos, instrumenty perkusyjne, Ed Dudley – elektronika, głos oraz Will Glaser – perkusja, elektronika. Siedem utworów, 33 minuty.

Ten brytyjski band zwykliśmy uważać za dość szaleńcze combo. Rytm, niewyczerpalne złoża ekspresji i spore porcje hałasu, to atrybuty ich dotychczasowych, niezwykle energetycznych performansów. Na nowym albumie Sly pokazują spokojniejsze oblicze. Introdukcje pierwszych sześciu utworów są wyważone, nawet odrobinę liryczne, a moc ich rytmicznej artylerii ukryta jest na backstage’u. Dopiero po kilku minutach polirytmiczne perkusje wchodzą do gry, a wtedy można już tylko tańczyć lub uciekać.

Na starcie pierwszej opowieści pulsuje elektronika, słyszymy perkusyjne talerze i ciepły tembr dęciaka. Po kilku minutach ta odsłona Księżyca nabiera znamion post-jazzowego hippie trip. Każda kolejna introdukcja szyta jest innym ściegiem – czasami to rwane, post-elektroniczne pulsacje, doposażone saksofonem zanurzonym w chmurze pogłosu, innym razem, to plama rezonansu, która napotyka na akustyczne frazy, zagubione w przestrzeni kosmicznej. Bywa, że grę inicjuje tu dęciak, wokół którego panoszy się syntetyka, ścieląc pasmo, po którym za moment przetoczy się rozwarstwiony, wielopłaszczyznowy rytm. Utwór szósty rozpoczynają dzwonki, suche podmuchy saksofonu i elektroniczny szmer backgroundu. Uśpione przez całą ekspozycję perkusje budzą się do życia dopiero w ostatniej, dwuminutowej opowieści. Tu króluje stary Sly - krzyczy, dmie, urokliwie hałasuje w pierwotnym rytuale tańca.



 

Taku Sugimoto, Masahiko Okura, Wakana Ikeda & Pere Xirau 見性 kensho (Blu-Rei Records, Kaseta 2024)

Ftarri, Tokyo, lipiec, 2024: Taku Sugimoto – gitara, Masahiko Okura – klarnet, Wakana Ikeda – flet oraz Pere Xirau – glockenspiel. Dwie kompozycje, 37 minut.

Kataloński perkusista i perkusjonalista Pere Xirau od pewnego czasu spędza wiele chwil w dalekiej Japonii. Dużo tam muzykuje, a efekt jednego ze spotkań prezentuje w lokalnym (ze swojego punktu widzenia) labelu na przaśnej kasecie magnetofonowej. Obie jej strony zawierają rozbudowane kompozycje konsumujące dźwiękowe plamy gitary, klarnetu, fletu i perkusjonalii poprzedzielane niekończącymi się buforami ciszy. Nagranie ma definitywnie medytacyjny charakter, wynosi ideę minimalizmu do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko uczy cierpliwości – po obu zresztą stronach sceny.

Atrybuty nagrania wylistowane w poprzednim zdaniu szczególnie dobitnie prezentuje strona pierwsza. Tworzą ją pojedyncze frazy fletu i klarnetu, mikro dźwięki z gitary i równie rozlegle w czasie porcje metalicznie brzmiących dźwięków glockenspiel. W początkowej fazie nagrania cisza trwa tu z pewnością dłużej niż ekspozycja instrumentalna. Ta ostatnia na ogół lepi się w krótkotrwały dron realizowany wspólnie przez wszystkich uczestników spektaklu. Wraz z upływem czasu można odnieść wrażenie, że w strudze leniwej narracji pojawiają się nowe, drobne elementy, na ogół z obszaru, za który odpowiedna Xirau. Mantra ciszy, oddechu i wyczekiwania nie ma tu realnego końca. Druga strona kasety zdaje się być odrobinę bardziej … dynamiczna. Porcje ciszy są krótsze, zdarza się, że partie instrumentalne następują jedna po drugiej bez pauzy. W dalszej fazie ekspozycji bywa, że Katalończyk realizuje coś na kształt drummingu. Sam finał grany jest na jednym, dość długim, jak na kanony tego nagrania, posuwistym wydechu.

 

 

wtorek, 14 marca 2023

Ilia Belorukov, Gabriel Ferrandini and the Sculptor!


Saksofonista Belorukov i perkusista Ferrandini debiutowali w formule duetu cztery lata temu błyskotliwą realizacją Disqueit, której niewątpliwe uroki zostały na tych łamach szczegółowo odnotowane.

Zapewne z powodu powyższego wydarzenia muzycy zagrali wówczas kilka koncertów, także w Sankt Petersburgu, mieście dla alcisty rodzimym. Spotkali się w ogromnej sali koncertowej, której sufit zawieszony jest na wysokości piętnastu metrów, a wszędzie panoszą się wielkie okna. Występ w takiej przestrzeni była dla artystów wyposażonych wyłącznie w akustyczne instrumenty wyzwaniem nie lada, ale dawał też niebywałe możliwości foniczne, dzięki czemu najdrobniejszy dźwięk mógł być tu doskonale słyszalny.

Muzycy ze wszelkimi wyzwaniami poradzili sobie po mistrzowsku. Zagrali niedługi, jakże konkretny i emocjonalny występ, swobodnie improwizowany, ale dość mocno osadzony w estetyce post-freejazzowej. Nasza radość z odsłuchu jest zatem kompletna!

Koncert jest nieprzerwanym ciągiem zdarzeń fonicznych, który podzielony został na trzy części. Momenty zmiany traku zdają się tu być wyjątkowo trafnie dobrane, adekwatnie do dramaturgii wydarzeń na scenie.




Gabriel zaczyna na talerzach i gongach, Ilia wydaje z tuby szeleszczące, powabne frazy. Narracja na wstępnym etapie koncertu prowadzona jest w nieśpiesznym, niemalże majestatycznym tempie. Lepi się z subtelnych, dętych oddechów i stylowego mikro drummingu. Płynie na ogół krótkimi frazami saksofonu i takimiż uderzaniami w elementy zestawu perkusyjnego. Improwizacja prowadzona w dość spokojnym trybie nabiera tu jednak rumieńców – muzycy bez trudu łapią wspólny oddech. Perkusja jest delikatnie stonowana, alt z kolei bardziej kompulsywny, ale bardzo precyzyjny w ruchach. Muzycy budują emocje, ale nie eskalują tempa, ich flow przypomina leniwe fale wielkiego oceanu.

W drugą część koncertu wchodzą dyktując sobie pierwsze znaczące spowolnienie, jakby postanowili powrócić na moment do początku koncertu i drobnych, smukłych dźwięków. Narracja znów ma nieco ceremonialny charakter, ale jej faza rozwoju skrzy się innymi emocjami. Saksofonista zaczyna wznosić melodyjne modły, a perkusista nerwowymi ruchami kreśli kolejne etapy opowiadania. Muzycy kręcą się teraz wokół własnej osi, jak w pijanym tańcu, ale ich incydentalne chwile zadumy pełne są coraz bardziej mrocznych emocji. Po serii zwinnych przebiegów, narracja zaczyna zbliżać się do ciszy, a ster okrętu przejmuje drummer, który kreuje dość leniwą ekspozycję solową. W jej trakcie zupełnie niepostrzeżenie odnajdujemy się w trzeciej części koncertu.

Reakcją saksofonisty na samotną ekspozycję perkusisty są łagodne, rezonujące frazy. Artyści świetnie na siebie reagują i snują zmysłową, ale bardzo minimalistyczną opowieść. Każdy z nich zdaje się teraz budować nieco odmienną dynamikę. Ilia rozhuśtany, rozśpiewany, gotowy na każde wyzwanie, Gabriel bardziej ceremonialny, choć nieunikający tanecznego kroku. Z czasem dostajemy się w wir prawdziwie ognistych podmuchów, ale w tym tyglu ekspresji nie brakuje przestrzeni i oddechu wielkiej sali koncertowej. Alcista kroi nam teraz niebywale atrakcyjne frazy, z kolei perkusista stawia zasieki i dba o adekwatny poziom ekspresji. Narracja ma kilka błyskotliwych spiętrzeń i zdaje się sięgać artystycznego nieba, choćby w momencie, gdy alcista zaczyna kwiczeć, a perkusista oplata go strumieniem circle drumming. Ale najpiękniejszy fragment koncertu dopiero przed nami! Zdaje się nim być niebywale precyzyjne stłumienie ekspresji i zejście w nerwową, subtelnie szytą balladę. Znów dużo tu minimalizmu - trochę perkusyjnych szczoteczek i garść preparowanych fraz dętych. Końcowe trzy minuty koncertu, to kolejne wspinanie się na szczyt. Artyści gwarantują nam niebywałe emocje do ostatniej sekundy koncertu.

 

Ilia Belorukov & Gabriel Ferrandini Sculptor (Tripticks Tapes, CD 2023). Ilia Belorukov – saksofon altowy oraz Gabriel Ferrandini – perkusja. Nagranie koncertowe, Masterskaya Anikushina, Petersburg, maj 2019. Jedna improwizacja podzielona na trzy części, 33 minuty.



piątek, 11 lutego 2022

Raw Tonk’s New Year is started! The three fresh fruits!


Prowadzony przez Colina Webstera, brytyjski label Raw Tonk Records kończy w tym roku 10 lat! Obchody zapowiadają się naprawdę efektownie! Jeśli pandemia pozwoli, oczekiwać możemy zapewne całej plejady doskonałych koncertów, a także – jak anonsuje Colin – rozbudowanej serii nowych wydawnictw na wszelkich możliwych nośnikach (tu Raw Tonk zdaje się nie mieć specjalnych ograniczeń, te ostatnie jedynie w zakresie bardzo limitowanych nakładów).

Pierwszy krok w kierunku celebrowania zacnej rocznicy został popełniony w styczniu, gdy ukazały się trzy kolejne nagrania w katalogu RT, odpowiednio z numerami 54, 55 i 56. Dwie pierwsze pozycje na poręcznych płytach kompaktowych, ta ostatnia zaś na oldschoolowej kasecie. Towarzystwo na albumach odnajdujemy dalece międzynarodowe – oczywiście silny zaciąg brytyjski, z szefem labelu na czele, ale także trio z Andaluzji i solowa ekspozycja wprost z rosyjskiego lasu. Zapraszamy do czytania, słuchania i zakupów!

 


Colin Webster/ Andrew Lisle/ Otto Willberg  Scaffolding

Colin Webster (saksofon altowy) i Andrew Lisle (perkusja) tworzą jeden z najbardziej ekscytujących duetów młodego, europejskiego free jazzu od dawien dawna. Dobrze wiedzą o tym także bywalcy koncertów w Polsce! W trio z kontrabasistą Otto Willbergiem także mają pewne dokonania, a płyta Scaffolding dalece udanie wpisuje się w ten wątek ich kariery. Nagranie to wydaje się być jednak wyjątkowym na tle poprzednich, albowiem Willberg na sesję nagraniową w Snorkel Studios (Londyn, wrzesień 2020) zabrał gitarę basową i sporą ilość gitarowych przetworników. Efekt jego pracy dość radykalnie zmienił oblicze tria. By się o tym przekonać, trzeba odsłuchać trzy swobodne improwizacje, które na CD trwają 39 minut.

Już na samym starcie basówka Willberga zdaje się wyznaczać ramy improwizowanej podróży i stanowić, komu i jaka przypadnie w niej rola. Sfuzzowany, rzeżący w stadium stand by instrument zawłaszcza sporą część przestrzeni akustycznej nagrania. Saksofon i perkusja płyną tuż obok, starając się oplatać gęstą strugę basowej fonii post-jazzowym sekwencjami zdarzeń. Rozgadana socjeta czuje się dobrze w swoim towarzystwie, szyje narrację gęstym ściegiem, stawia stemple i pieczęcie, kreśli pętle, ale nie eskaluje tempa. Bas fermentuje na każdym kroku, przypomina multigatunkowego stwora, który budzi uzasadniony respekt. Ale ponieważ pozostajemy w obrębie muzyków wyjątkowej klasy, improwizacja - mimo takich parametrów na wejściu - potrafi być spokojna, a nawet okazjonalnie romantyczna, dzieląc się from time to time na niedługie ekspozycje solowe, tudzież duetowe podgrupy. Na gitarowych przetwornikach też toczy się całkiem aktywne życie – niespodzianka sunie tu za niespodzianką, a seria elektroakustycznych wydarzeń zdaje się nie mieć końca. Posmak analogowej syntetyki, post-rockowe gresy, ale i cały ocean brzmieniowych subtelności. Długi, ponad 20-minutowy set zdominowany jest przez basowe zagrywki i nie zostawia zbyt dużej przestrzeni dla saksofonu altowego i perkusji. Ta druga pozostaje w stanie ciągłej aktywności, ale nie przestaje być jedynie akompaniamentem dla basu.

Kolejna improwizacja, kilkunastominutowa, od startu jest zdecydowanie żwawsza, upstrzona dynamicznymi akcjami z każdej strony. Bas nie szuka eksperymentów brzmieniowych, stawia na budowanie mięsistej narracji. Pachnie tu dobrym funkiem i gołymi torsami rozgrzanych mężczyzn! Duch kreatywnej taneczności udziela się także saksofonowi, który śpiewa i dobrze się bawi. Perkusja idzie z basem pod rękę, a emocje rosną, nabierając free jazzowego rynsztunku. W połowie opowieści muzycy zdecydowanie zwalniają tempo. Bas ciekawie repetuje, a saksofon, mając wreszcie dla siebie miejsce, śle nam sporo ciekawych, na poły preparowanych fraz. Narracja przez kilka chwil przybiera postać duetu basu i saksofonu. Leje się szerokim, ale dość leniwym strumieniem, hacząc nawet o ambientową estetykę. Po dłuższej chwili nieobecności na scenie pojawia się drummer wyposażony w tamburyn, którym zdaje się inicjować finałowe rozdanie tego seta. Ostatnia prosta skrzy się sporymi emocjami i udanie zapowiada kilkuminutowy encore. W jego trakcie muzycy idą już na całość i atakują nas soczystą, gęstą masą free jazzu. Szczególnie efektownie ów szczyt narracyjny osiąga saksofon. Perkusja z basem płoną rockowym ogniem, sprawiając, iż finałowa improwizacja bardzo udanie podsumowuje nagranie, które w pierwszej części budziło nieco ambiwalencji pod piórem recenzenta.

 


Hidden Forces Trio  The Set-Up

O pochodzącym z andaluzyjskiej Sevilli Hidden Forces Trio pisaliśmy całkiem niedawno przy okazji ich płyty dla macierzystej stajni Silencia. Z kolei basista i perkusista tej formacji gościli niejednokrotnie w katalogu Raw Tonk, czy to jako Sputnik Trio, czy w kwartecie z Colinem Websterem. Nowa płyta HFT (w formacie CD) przynosi sześć improwizacji i trwa 43 minuty. Na klarnecie basowym gra tu Gustavo Domínguez, na kontrabasie Marco Serrato, a na perkusji Borja Díaz. Muzyka powstała w La Mina Estudios, Sevilla, w styczniu 2020 roku.

Andaluzyjskie trio zaprasza nas na zwinną, dobrze skonstruowaną, improwizowaną podróż po obrzeżach jazzu, która przy pierwszym kontakcie zdaje się być dość typowa, ale im bardziej się w nią zagłębiamy, tym bardziej nas zaskakuje, niemal na każdym zakręcie szykując dla nas garść brzmieniowych, czy dramaturgicznych niespodzianek. Początek wydaje się dość leniwy. Klarnet basowy wdycha i przeciąga zwiotczałe mięśnie, ale bystra, szybka sekcja rytmu nie daje mu spokoju. Kierunek pierwszego epizodu jest zdecydowanie free jazzowy, a zdobi ją bardzo efektowna ekspozycja solowa klarnetu, klecona na niezłej dynamice. W drugiej improwizacji dominuje ciekawe, połamane metrum, kreowane przez kontrabas, doposażone w preparowane dźwięki dęciaka. W kolejnej opowieści pojawia się smyczek, z brudnym, mięsistym brzmieniem. Z jego dronami zmysłowo lepi się nisko osadzony klarnet oraz perkusyjne preparacje. Po przejściu w tryb pizzicato narracja nabiera rumieńców, skrzy się świetnymi interakcjami, nadal pełna jest jednak brzmieniowych subtelności.

Czwarta improwizacja koncertuje się wokół basowej repetycji, która buduje warstwę meta rytmiczną narracji. Klarnet operuje rwanymi frazami, po czym szuka melodii, a perkusja i rozgrzany kontrabas oplatają go niczym ramiona ośmiornicy. Dynamika przychodzi tu jako ostatnia, ale po raz kolejny podnosi jakość ekspozycji całego tria. Początek piątej części, to mała huśtawka nastrojów. Klarnet znów szuka melodii, a reszta parterów czeka, co przysienie kolejny dżdżysty poranek. Kontrabas śle riffy, talerze rezonują, a klarnet zaczyna wspinać się na efektowne wzniesienie. Perkusja podaje rytm, kontrabas uprawia solowe didaskalia. Zakończenie znów toczy się w niezłym tempie. Początek szóstej, ostatniej improwizacji stoi w blokach startowych i czerpie radość z dramaturgicznego suspensu. Smukła, molowa ekspozycja efektownie tu pęcznieje, ale nie szuka dynamiki. Ta rodzi się po pewnym czasie z perkusji, która łapie swingującego bakcyla. Tymczasem roztańczony klarnet prowadzi nas na skraj tej wyjątkowo udanej podroży.

 


Ilia Belorukov A Fluteophone In The Forest

Trzecia z rawtonkowych nowości nagrana została w lesie, w regionie Vologodskaya Oblast, w trakcie kilku sierpniowych dni roku 2019. Nasz dobry znajomy z Petersburga, Ilia Belorukov na spacery zabierał wtedy ze sobą altowy fluteophone (brzmiący dość podobnie do saksofonu sopranowego) oraz sprzęt do terenowej rejestracji dźwięku. Potem wszystko zmiksował, lepiąc w siedem improwizacji, których łączny czas trwania, to około 35 minut. Wydawca całość zamieścił na kasecie magnetofonowej.

Każda z improwizacji ma tu swój tytuł, który opisuje sytuację zastaną przez muzyka w lesie oraz po części to, jakimi dźwiękami przyroda włącza się w strumień fonii generowany przez muzyka. W pierwszych czterech improwizacjach owa fauna i flora zdaje się być jedynie spokojnym tłem dla dętej improwizacji. Z kolei w dwóch następnych częściach na tyle silnie ingeruje w strumień fonii, iż uznać ją możemy za główny składnik improwizacji. Część ostatnia albumu udanie zaś łączy oba wątki tej leśnej przygody.

Improwizacja otwarcia jest stosunkowo dynamiczna. Dęciak podskakuje, śpiewa, piskliwie zawodzi, generuje płynny strumień dość gęstej narracji. Muzyk korzysta niekiedy z oddechu cyrkulacyjnego, tworząc bardzo efektowne przebiegi, pełne niuansów brzmieniowych, a także subtelnych westchnień. Drugi spacer toczony jest wolnym krokiem, frazy zdają się być nieco zadumane, bardziej melodyjne. Z dźwiękami wydawanymi przez instrument ciekawie konweniuje leśne echo. Trzecia opowieść zbudowana jest drobnych, rwanych komponentów. Prychania, stukające dysze, zapętlone mikro frazy. Instrument gdacze jak kura, tymczasem muzyk wije się jak wąż. Piękny moment! Wydaje się, iż artysta z każdym kolejnym utworem uspokaja swoją narrację i coraz intensywniej zasłuchuje się w brzmienie lasu. Czwarta improwizacja, prowadzona dalece skromnymi środkami, potwierdza tę obserwację (słyszymy przelatujące owady), a kolejne dwie części oddają już w pełni głos dzikiej naturze. W obu częściach wieje dość silny wiatr, a dęciak snuje pomiędzy jego podmuchami drobne strużki fonii, które stoją niemal u progu akustycznej ciszy. Gdy wiatr nasila się, muzyk schodzi nisko na kolanach, a jego instrument tajemniczo pomrukuje. A las wokół żyje i ma się naprawdę dobrze! Finałowa improwizacja konsumuje wszelkie wartości tego terenowego nagrania. Słyszymy owady i inne odgłosy natury, a preparowane dźwięki dęciaka prowadzą z nimi intrygujący dialog. Muzyk uderza w coraz wyższe rejestry i płynie efektowną strugą fonii z nieco zabrudzonym tembrem, przywołującym w pamięci epokowe nagrania solowe Evana Parkera na saksofon sopranowy, te wczesne, z połowy lat 70. ubiegłego stulecia. Docierają do nas zarówno bystre short-cuts, jak i długoterminowe przebiegi dźwiękowe. Las wokół oddycha mocą sierpniowego upału, cudownie reasumując to doskonale nagranie.