Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clara Weil. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clara Weil. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2022

Weil, Scemama and Malmendier as Masked Pickle in 7th heaven!


Muzyka improwizowana w dobie post-pandemicznej ma się tak dobrze, jak nigdy dotąd! Płyty rodzą się jak grzyby po deszczu, do tego w takich ilościach, iż wydawcy nie nadążają z kleceniem informacji prasowych, a recenzenci z barwnym opisywaniem nowych dźwięków. A ten biedak na końcu łańcuszka pokarmowego, wytrawiony kosmiczną inflacją miłośnik free impro doprawdy już nie wie, w co ucho wetknąć!

Wschodnioamerykański label Relative Pitch Records (już całkiem wspaniały katalog w ujęciu historycznym!) doskonale przykłada rękę do wyżej wymienionej sytuacji. Prezentuje nam nowości niemal jedna za drugą, nie ustając, choćby na moment, w dostarczaniu bystrych, niebanalnych produkcji. O płytach labelu piszemy często, a taką solową płytą Marty Warelis zachwycaliśmy się na tych łamach nie dalej, jak kilka tygodni temu. Dziś przed nami garść ciepłych słów o kolejnej nowości RPR, a już w kolejnym tygodniu cały pakiet nowości serwowany w jednej zwinnej opowieści Pana Redaktora. Ale nim ta ostatnia nastąpi, bez zbędnej zwłoki, bo weekend za pasmem, przenosimy się do Holandii, by posłuchać całkiem świeżego tria Masked Pickle na głos, elektryczną basówkę i bystrą perkusję. Welcome!

 


Połączenie wytrawnego, niemal mintonowskiego głosu (kobiecego!) z post-rockową, psychodeliczną, permanentnie improwizującą basówką w zwinnych rękach kolejnej kobiety i smakowitego drummingu faceta, którego rozwój artystyczny śledzimy z zapartym tchem, musi stanowić mieszankę prawdziwie piorunującą! I choć kilka momentów tego szalonego tripu rodzi pewne pytania o kierunek dalszej podróży, to nie sposób o płycie zwanej Siedem nie pisać w niemal samych superlatywach.

Na otwarcie kilkunastominutowa, gęsta od pomysłów rozbiegówka! Najpierw głos w formie beat boxu, przyłapany w momencie pałaszowania klusek z tłustym sosem. Obok szumy i szmery z werbla, wynoszące ku górze piskliwe frazy basówki. Wokalistka pracuje w bardzo szerokim spektrum, od pisku, przez półśpiew, aż do krzyku. Równie szeroką paletę możliwości prezentuje precyzyjna operatorka basu, swobodna w ruchach, niezwykle emocjonalna na poziomie kreacji. Podczas improwizacji jej instrument potrafi brzmieć jak gitara, ale gdy strzela ostry, sfuzzowany kontrapunkt tuż nad ziemią, już wiemy, że to jednak bas. Wreszcie perkusista - czasami pozostaje w tle, dobrze dopowiada kwestie, ale gdy ma swoje kilka sekund, krew i pot ciekną ze ścian studia nagraniowego. Narracja tria bazuje na ekspresji, ale zdaje się być nad wyraz precyzyjna. Bywa nieco wulgarna w dynamicznym tempach, bywa ambientowo zawieszona, gdy szuka nieistniejącej ciszy. Brzmienie całości wydaje się być dość brudne i nie zawsze selektywne (bas potrafi zawładnąć tu całą przestrzenią foniczną jednym ruchem cyngla!). Ów spektakl ma w sobie wiele z rockowego, wręcz punkowego koncertu w zadymionym bunkrze. Twarde, kanciaste frazy płyną tu niekiedy razem z obłymi warstwami post-hałasu.

Z otwarciem poprowadzonym z wysokiego C dobrze korelują kolejne, nieco spokojniejsze i krótsze opowieści. Drugą improwizację rozpoczynają basowe preparacje, czerstwe i gęste od potu. Obok turla się nerwowy, rwany step perkusji. Dla przeciwwagi głos śpiewa sobie do porannej kawy i przeciąga się jak kot. Ekspresja czai się jednak za rogiem i nie karze długo czekać na siebie. Narracja łyka rockowe tempo, a głos, ciągle w opozycji, zdaje się tu być odrobinę rubaszny. Na starcie części trzeciej basowe preparacje, sprzężenia i perkusyjne rezonanse przybierają na sile. Tempo wszakże ślimacze, pozwala odbiorcy skupić się na detalach brzmieniowych. Pulsacje, chrobotania, ale i szmery, tudzież szelesty. Wokalistka płucze gardło, a improwizacja szuka głównie mroku.

Czwarta historia powraca do beat boxu, a wszystko wokół zdaje się drżeć, nawet basowy wzmacniacz. Gitarowe pick-upy skomlą, deep drums szukają kolejnej warstwy dna. Głos, wciąż usytuowany na samym środku sceny, melorecytuje, parska i mruczy. Na gryfie basu same niespodzianki, na werblu cierpienie i znój. W efekcie narracja cudownie się piętrzy, po czym gaśnie przy wtórze urokliwego śpiewu. Piątą opowieść otwiera drummer. Obok bas z fuzzem śpiewa piosenkę. Wokal rodzi się na tym tle niczym porcja nowego życia – jodłuje i rży jak koń. Potem wszyscy schodzą do krypty, a po scenie zaczyna lać się woda, naprawdę dużym strumieniem! Całość lepi się w zmysłowy post-ambient zdobiony percussion. A woda wciąż się leje! Finałowa improwizacja trwa ledwie dwie minuty, a tworzą jak dziwne dźwięki powstające w cieniu szumiącego amplifikatora. Bas znów przypomina gitarę, a perkusista preparuje przedmioty na werblu. Głos raczej milczy, wszak powiedział już dziś wszystko!

 

Masked Pickle 7 (Relative Pitch Records, CD 2022). Clara Weil – wokal, Olivia Scemama – bas elektryczny oraz Tom Malmendier – perkusja. Nagrane w White Noise Studio, Holandia (czas akcji nieznany). Sześć improwizacji, 46:44.



wtorek, 20 października 2020

Škrijelj & Malmendier in two different outfits! A new music by eux sæm!


Emilie Škrijelj i Tom Malmendier u progu nowego, jakże szalonego roku 2020 założyli edytorską inicjatywę eux sæm, z siedzibą we francuskim Metz. Z ich pierwszą produkcją Les Marquises mieliśmy już okazję zapoznać się na tych łamach. Nie szczędziliśmy wówczas ciepłych słów dla elektroakustycznej, swobodnej improwizacji na akordeon zaplątany w elektronikę i żywą perkusję. Dziś muzycy powracają z nowymi płytami labelu, tym razem jednak nagranymi osobno. Emilie zagra w trio (jakże pandemicznym!), a wcześniej Tom będzie improwizował w kwartecie! Dodajmy, iż obie płyty są dostępne na nośniku fizycznym (CD).

 


There or here and that by Eraslan/ Frith/ Malmendier/ Weil

Na początek zapraszamy do Strasbourga i studia nagraniowego NAC. W połowie listopada 2018 roku spotykamy tam czterech artystów. Oto oni: Anil Eraslan – wiolonczela (z amplifikacjami), Fred Frith – gitara elektryczna, Tom Malmendier – perkusja oraz Clara Weil – głos. Odsłuch sześciu swobodnych improwizacji zajmie pełną godzinę i 49 sekund.

Spektakl inaugurują rwane frazy wiolonczeli i dźwięki przypominające szeptany beatboxing, a wszystko zdaje się tonąć w elektroakustycznej poświacie. Obok szelest post-rockowej gitary i nabierającej dynamiki perkusji. Kwartet potrzebuje około minuty, by wejść na tor gęstej, utrzymanej w żwawym tempie, swobodnej i bardzo kolektywnej improwizacji. Kobiecy głos już teraz potrafi nakrzyczeć na wszystkich wokół, a podłączone pod zasilanie zmienne cello działa wedle zbliżonego scenariusza. Kołem zamachowym opowieści zdaje się być nade wszystko perkusista, zaś mistrzynią kreatywności owa Pani przy głosie, która skacze z kwiatka na kwiatek i wiele wskazuje na to, że jest w stanie zaproponować każde rozwiązanie dramaturgiczne. Na finał pierwszej części strumień dźwięków rozlewa się bardzo szerokim korytem – gitara znajduje psychodeliczną poświatę, a głos charczy, jak zepsuty odbiornik radiowy. Druga opowieść na wejściu stawia na preparowanie dźwięków. Najpierw trzy instrumenty, potem głos, który przypomina wygłodniałą po covidowej kwarantannie owcę na wybiegu. Kolektywny, demokratyczny spleen rządzi niepodzielnie rozwojem wypadków scenicznych. Po kilku pętlach flow gęstnieje do tego stopnia, iż wszyscy zdają się śpiewać zaplątaną meta melodię, każdy na swój sposób. Dużo fermentu sieje amplifikowane cello, które najpierw kąsa prądem, a potem zieje ogniem … post-electro. Jeszcze tylko kilka incydentów w podgrupach, a na finał mała kwartetowa eksplozja. Trzecia improwizacja wita nas paletą wyjątkowo czystych dźwięków, przynajmniej na tle poprzednich części nagrania. Wiolonczela spokojnie płynie, głos podśpiewuje, gitara delikatnie rzęzi, a deep drumming dopełnia obrazu jakże kameralnej ekspozycji. Po upływie trzech minut sygnał do wzrostu dynamiki daje oczywiście perkusja. Gitara nabiera rocka, głos pokrzykuje, po czym narracja schodzi w obszar przyciszonego śpiewu i łoskotu talerzy. Po niedługiej chwili gitara zaczyna dudnić jak bas, a swoje dokłada cello – akcja goni tu akcję, ale sama narracja wydaje się być niezwykle przestrzenna. Pojawiają się zabawy w pytania i odpowiedzi, znów klimat całości nabiera bardziej kameralnego charakteru i nie stroni od dłuższych fraz. Po czternastej minucie (uwaga, to najdłuższa sekwencja dźwięków na płycie!) muzycy brną w kierunku estetyki balladowej. Nim jednak wybrzmi ostatni dźwięk, zdążą jeszcze istotnie zmącić strumień narracji.

Czwartą część płyty rozpoczyna … lejąca się woda. Nie wiemy dokładnie, kto jest sprawcą tego incydentu. Gryf gitary grzmi złowieszczo, ale reszta instrumentów kreuje małe, filigranowe frazy, pełne niuansów brzmieniowych. Solidarna zabawa dźwięk na dźwięk toczy się w najlepsze. Z tego zbioru małych zdarzeń muzycy budują masywny dron. Szepty i krzyki, warknięcia i westchnienia. Akustyczne pląsy i elektryczne plamy. Piąta opowieść od startu stawia na dynamikę, ale opowieść płynie nad wyraz swobodnie i zdaje się być dość zwiewna. Garść niemal operowych dźwięków wprost z gardła, smyczki i small percussion w najkrótszej, trzy i półminutowej opowieści. Czas na finałową, rozbudowaną do pełnego kwadransa improwizację. Zaczynają ją drżące struny i migoczące perkusyjne świecidełka. Piszczący głos, przeciąganie liny - struna po strunie, pulsujące smyczki, lekka, ale zadziorna narracja, pełna dramaturgicznych subtelności. Akcja, reakcja, ale także garść dość łagodnych dźwięków. Intuitywne post-chamber zdaje się pięknie reasumować wysoką jakość całego nagrania. Cello rozmawia z głosem, raz językiem pacholęcym, innym razem niczym dwie operowe divy. Na przetworniku gitarowym buduje się pasmo syntetycznych, dość zaskakujących fraz. W połowie improwizacji muzycy włączają nieco bardziej dynamiczny tryb. Potem cudownie trwonią czas na rozchełstane call & responce, kilka preparowanych dźwięków, a nawet dubowe echo gitary. Bogaty w wydarzenia finał sięga także po mglisty ambient, głos scatem i szelest perkusjonalii. Opowieść zostaje zgaszona w mistrzowskim stylu, ale po takiej wyjątkowo udanej, godzinnej narracji, w ogóle nas to nie dziwi.

 


Distant Numbers by Loris Binot/ Lê Quan Ninh/ Emilie Škrijelj

Kolejna płyta nagrana została przez trzech artystów, ale każdy z nich pracował osobno, w innym miejscu i czasie (wszakże w trakcie pandemicznej wiosny roku bieżącego). Każdy przygotował jeden autorski, improwizowany materiał, który następnie był miksowany z utworami pozostałych muzyków. W różny sposób, w różnej kolejności. Efektem tych prac jest sześć kombinacji liczb 1,2 i 3. Dodatkowo stworzony został siódmy utwór, który jest konglomeratem indywidualnych traków każdego z muzyków. Uff…. zacznijmy od danych personalnych: Loris Binot – piano preparowane (część druga, nagrana w Metz), Lê Quan Ninh – surrounded bęben basowy (część trzecia, Jarnages) i Emilie Škrijelj – akordeon (część pierwsza, Scy-Chazelles). Całość trwa 35 minut i 37 sekund.

Przed nami nagranie, które nie powstało w czasie rzeczywistym, jest efektem pewnego rodzaju … improwizowanej post-produkcji, ale jakkolwiek skomplikowany nie byłby proces, jaki doprowadził do ostatecznego efektu (a także równie ułomny opis recenzenta), to, co dostajemy na płycie Distant Numbers brzmi, jak swobodna improwizacja realizowana definitywnie w … czasie rzeczywistym, do tego nad wyraz wartościowa artystycznie, ale o tym już poniżej.

Płyta zaczyna się zwinnym konglomeratem dźwięków i brzmień, którą mniej lub bardziej przypominają wielowymiarowe instrumenty perkusyjne. Po prawdzie, tak działo się będzie w wielu fragmentach tej niekolektywnej improwizacji. Coś masywnie drży, coś tańczy na strunach fortepianu, coś skrzypi, brzęczy i huczy. Świat preparacji, który choć nie korzysta z amplifikacji, chwilami smakuje elektroakustyką. Druga opowieść nie stroni od rezonansu, szumów, szelestów, całej palety dźwięków, które potrafią brzmieć w sposób dalece nierzeczywisty. W tym tyglu zdarzeń, od czasu do czasu, pojawia się jęczący akustyką akordeon i to właśnie ten instrument zdaje się tętnić najbardziej żywym dźwiękiem. Preparowany bęben basowy czasami przypomina grzmoty pioruna w otwartej przestrzeni kosmicznej, a preparowane piano – to wiemy pewnie najlepiej – potrafi zaskoczyć nasze narządy słuchu w każdym momencie. W trzeciej części dźwięki, jakie do nas docierają sprawiają wrażenie, jakby cała trójka artystów zamknęła się w pudle rezonansowym fortepianu. Wszystko drży do tego stopnia, że niemal … śpiewa.

Szczególnie udany wydaje się odcinek czwarty. Pulsująca meta elektroakustyka akordeonu nabiera posmaku suchego ambientu, rezonuje z resztą świata aż do uzyskania intrygującego efektu post-noise. Piano dostarcza dźwięków z samego swego dna, surrounded bass drum wypełnia zaś całą resztę jakże intensywnego odcinka improwizacji. Piąty epizod znów brzmi, jak zmutowana armia instrumentów perkusyjnych. Całość narracji nabiera maszynowego rytmu, brzmi niczym zdezelowana wiertarka. I znów akordeon zdaje się być tym ostatnim po stronie żywych uczestników tego niezwykłego spektaklu. Szósty epizod zdaje się oddychać – z glazury wielkiego bębna bucha powietrze niczym z tuby instrumentu dętego. Mechanika małego zakładu szlifierskiego - szorowanie, polerowanie, skrobanie, tłuczenie i ugniatanie! To zapewne także efekt maltretowania strun fortepianu i klawiszy akordeonu (ten ostatni zdaje się konać w mękach piekielnych!)! Wreszcie siódmy epizod, lepiący niezmiksowane dźwięki wygenerowane wcześniej przez muzyków. Zachowując odrobinę wyobraźni, można rzecz - tworzone symultanicznie. Perkusjonalne echo, preparacje fortepianu, drżenie akordeonu – powstaje gęsta narracja, który kipi aż po sam sufit, po czym błyskotliwie schodzi w ambient, by po chwili znów eksplodować krótkotrwałą porcją hałasu. Akustyczne morze szaleństwa w nieskończonej czasoprzestrzeni. Szkliste piano, błyszczący akordeon, szemrzący bęben basowy – recenzentowi kończą się już metafory, dobrze zatem, że ta fantastyczna płyta trwa tylko 35 i pół minuty.