Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cath Roberts. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cath Roberts. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2026

The Relative Pitch’ fresh four: Warelis! Roberts & Brice! Quagmire & Bothen! Foster, Weber & Griener!


Cztery premiery w miesiącu to edytorski rytuał nowojorskiego The Relative Pitch Records. Na tych łamach, mimo usilnych starań całej jednoosobowej redakcji, nie dajemy rady opisać adekwatnymi słowami każdego wydawnictwa. Ale przynajmniej się staramy.

Dziś czas na trzy nowości majowe i jedną kwietniową. Przed nami duża porcja soczystego jazzu, zarówno komponowanego (Marta Warelis!), jak i swobodnie improwizowanego (uwaga szczególnie na Skandynawów!). Kilka znanych nazwisk, mnóstwo dobrego grania, a każdy album dostarczony w formie poręcznego dysku kompaktowego. Welcome bardzo gorąco!

  


Marta Warelis Still Life with Lemons

Bimhuis, Amsterdam, październik 2024: Marta Warelis – fortepian, syntezator, kompozycje, Ben LaMar Gay – trąbka, elektronika, Ab Baars – klarnet, saksofon tenorowy, Karen Ng – klarnet, saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Frank Rosaly – perkusja, gongi. Sześć utworów, 49 minut.

Nasza ulubiona polska pianistka jest rezydentką amsterdamskiej sceny free jazz/ free impro od ponad dekady. Ale dopiero teraz zaprezentowała się jako band leaderka, kompozytorka, artystka, która wraz z piątką przyjaciół zagrała koncert firmowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Trzy instrumenty dęte incydentalnie inkrustowane elektroniką, kuta żelazem sekcja rytmu, wreszcie ona sama na fortepianie i syntezatorze. Opowieść w sześciu odcinkach warta każdej sekundy naszej wzmożonej uwagi.

Nagranie otwiera samotna, minimalistyczna ekspozycja Warelis na fortepianie, która zdaje się konsumować wszelkie walory jej twórczości w tym obszarze. Sekcja rytmu wchodzi do gry po trzech minutach, potem swoje dokładają radośnie i swobodnie usposobione dęciaki. Opowieść niesie basowy groove i wszechobecna melodia. Druga odsłona ma bardziej kameralny charakter, pojawia się smyczek i akcje inside piano. Trzecia silniej sytuuje się estetyce post-jazzu, a w momencie kulminacji godna jest miana fire music. W czwartym utworze otrzymujemy coś w rodzaju elektroakustycznej medytacji, w piątej zaś trzyminutowy dialog dwóch klarnetów. Album zamyka rozbudowana kompozycja inicjowana perkusjonaliami i inside piano, rozwijana smutną melodyką ballady, a finalizowana post-aylerowskim, free jazzowy tańcem, w wysokim, definitywnie bardziej optymistycznym locie.

  


Cath Roberts & Olie Brice Setpieces

s10c, SET Lewisham Retail Park, London, styczeń 2025: Cath Roberts – saksofon barytonowy i altowy oraz Olie Brice – kontrabas. Sześć, 37 minut.

Przed nami danie definitywnie pure jazzowe. Saksofon barytonowy do pary z kontrabasowym arco lub saksofon altowy z kontrabasowym pizzicato. Także drobna dawka wariantów mieszanych. Dwie świetnie nam znane postaci londyńskiej sceny jazzowej, tej szczególnie swobodnie improwizowanej. Bez specjalnych fajerwerków, z dbałością wszakże o odpowiednią dramaturgię i dobrą zabawę.

Jazzowy, zadziorny baryton w konfrontacji z kameralnie usposobionym, kontrabasowym smyczkiem otwiera album, a w części trzeciej zgrabnie go kontynuuje. Taki duet potrafi kąsać, a elementem dominującym bywa niespodziewanie drugi z instrumentów. Kolejna improwizacja baritone & arco wydaje się jeszcze ciekawsza, bardziej nasączona emocjami i zaskakująco melodyjna. W utworze drugim i piątym ma miejsce anonsowane spotkanie altu z jazzowym pizzicato. W tej konwencji angielski duet sprawie wrażenie mniej wyrazistego, bardziej przewidywalnego. W pozostałych dwóch odsłonach baryton zmaga się z szarpanym kontrabasem. Tu artyści generują jeszcze większą porcję melodii, szczególnie w tubie dużego dęciaka. Finałowa improwizacja jest balladą, w trakcie której barytonowe frazy na wdechu moszczą się na drgających strunach kontrabasu i kreują zaskakującą jakość.

 


Quagmire & Christer Bothén Rörane

Rörane Studio, Bottna, Szwecja, czas nieznany: Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz Quagmire: Nina de Heney – kontrabas, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, cytra oraz Henrik Wartel – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.

Ten szwedzki impro meeting zdaje się przynosić największą w zestawie relatywnych nowości radość z odsłuchu. Preparowane piano i perkusjonalia, dużo dawka niskich, kontrabasowych częstotliwości, mroczne tło i zmysłowe westchnienia najcięższych odmian klarnetu. Śmiało wchodzimy do tej pieczary dźwięków i kompletnie nie mamy ochoty na drogę powrotną.

Pierwsza improwizacja trwa prawie dwadzieścia minut i definitywnie konstytuuje wartość artystyczną albumu. Pomruki klarnetu kontrabasowego, szorstkie plamy inside piano, matowy blask talerzy i dudniące struny kontrabasu lepią się w dron, nerwowo rozkołysany, incydentalnie unoszący się ku górze siłą narracji z fortepianowej klawiatury. W połowie nagrania improwizacja nabiera post-jazzowego, a potem kameralnego posmaku. I jeszcze wisienka na torcie – melodyjny dialog klarnetu i kontrabasowego smyczka w ramach wyrafinowanej puenty. O połowę krótsza druga improwizacja kontynuuje budowanie mrocznego, preparowanego post-ambientu. Całość drży, ale jest też doposażona w ulotną i zaskakującą dynamikę. Trzy kolejne odsłony albumu trwają po mniej więcej cztery minuty i stanowią kolejne dowody w sprawie. Dwa pierwsze utrzymane są w estetyce dronowej, ale wydają się jeszcze bardziej nerwowe – artyści dygoczą tu z zimna i trwogi (co udanie podkreśla brzmienie cytry). Ostatni utwór bardziej przypomina linearną, post-jazzową ekspozycję, z klarnetem basowym w roli wiodącej na etapie rozwinięcia i definitywnie samotnej (jakże minimalistycznej) na etapie finalizacji.

  


Michael Foster, Christian Weber, Michael Griener Selections from the Gutter

Alte Kita Schöneweide, Berlin, maj 2025: Michael Foster – saksofony, Christian Weber – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Sześc utworów, 62 minuty.

Na zakończenie dzisiejszego przeglądu nowojorskich nowości czas na soczysty, swobodnie improwizowany jazz, któremu etykietę free przyszyć można bez ryzyka popełnienia błędu. Amerykański saksofonista w towarzystwie niemieckiego kontrabasisty i perkusisty (nazwiska świetne znane Czytelnikom tych łamów) snują sześć rozbudowanych opowieści, improwizując kolektywnie, stawiając dobro ogółu ponad partykularne interesy, niosąc dużą jakość niemal w każdej frazie. Wszystko tu świetnie trybi pod względem dramaturgicznym, może jedynie samo nagranie – biorąc pod uwagę jego intensywność – jest odrobinę zbyt długie.

Saksofonista najczęściej pokonuje tu drogę od szorstkiego, preparowanego otwarcia przez ekspozycję melodii, po niekiedy free jazzowy szczyt (jak choćby w czwartej, najbardziej intensywnej odsłonie). Kontrabasista z kolei sieje ferment niemal na każdym kroku. Frazuje jazzowym pizzicato, ale równie często sięga po smyczek czyniąc dużo dobrego zarówno w wymiarze kameralnym, jak i post-jazzowym. Jego styl gry znamionuje permanentna zmienność. Perkusista rzadziej wychodzi na front, ale zawsze jest na miejscu, świetnie trzyma flow, choć jego rola nie kończy się na budowaniu szkieletu drummingowego. Wyłączając trzecią, ledwie dwuminutową opowieść, wszystkie pozostałe to dramaty z intrygującą inauguracją, zwinnym rozwinięciem, post-kameralnym interludium i zmysłowym, niekiedy bardzo energetycznym zakończeniem. Na szczególną uwagę zasługuje piąta część, która początkowo szyta jest drobnym, niemal filigranowym ściegiem granym na wydechu, potem nabiera niezbędnego rozmachu, a spuentowana zostaje paradą selektywnych short-cuts.

 

 

 

piątek, 25 października 2024

Martina Verhoeven Invites!


Ledwie tydzień temu omawialiśmy na tych łamach nagranie ośmioosobowego Large Ensemble Colina Webstera, zarejestrowane w londyńskim Cafe Oto w październiku ubiegłego roku. Teraz cofamy się w czasie o trzy miesiące i na tej samej scenie spotykamy tentet firmowany nazwiskiem belgijskiej pianistki Martiny Verhoeven.

Zauważmy, iż w ujęciu personalnym aż pięciu muzyków uczestniczyło w obu nagraniach – Colin Webster, Cath Roberts, Dirk Series, Charlotte Keeffe i Andrew Lisle. W tentecie Martiny poza nią samą spotykamy jeszcze Daniela Thompsona, Benedicta Taylora, Toma Warda i Toma Jacksona. Dobrze zapamiętany z zeszłotygodniowej pogadanki free jazzowy ansamble Webstera został tu poszerzony o zaciąg definitywnie free chamber (altówka, gitara akustyczna, klarnety, flet). I taka jest dwusetowa ekspozycja formacji Martiny – dużo w niej free jazzu, ale i pełne garście wysmakowanej kameralistyki. Na prawie 70 minut oddajmy się temu strumieniowi dźwiękowemu.



 

Zgodnie z nakreśloną w preambule recenzji dwubiegunowością, koncert otwarty zostaje w aurze kameralnej (drobne frazy w pobliżu ciszy, mroczne, acz leniwe i wystudzone), by już po kilku minutach płonąć ogniem free jazzu. Z jednej strony barytonistka i alcista w roli szalbierców ekspresji, z drugiej altowiolinista, klarnecista i flecista po stronie kojących emocje. Jakby po środku tych pozornie przeciwstawnych frakcji dwaj różnobarwni gitarzyści i pianistka, która czuwa nad dramaturgią, a jeśli trzeba dolać oliwy do ognia, czyni to z dalece post-klasyczną nutą. W fazie kameralnej narracja skrzy się ogromem akustycznej urody altówki, gitary, niekiedy także trąbki. W fazie free jazzowego wulkanu do ognia dokładają tu wszyscy, nie sposób wszakże nie podkreślić roli gitary elektrycznej i silnie unerwionej perkusji. Niezależnie wszakże od poziomu zadanej ekspresji, każdy z uczestników spektaklu wchodzi z partnerami w wyłącznie udane interakcje. Nim ponad 26-minutowy set pierwszy dokona swojego żywota, artyści dostarczą nam jeszcze moc różnorodnych zdarzeń – fazę cmokającej ciszy, ekstatyczny duet altówki i gitary akustycznej, wreszcie kilka kolejnych akcji piana, które w tym tyglu niekończących się akcji i reakcji zdaje się dysponować najbardziej rozbudowanym arsenałem środków wyrazu.

Drugi set trwa ponad 40 minut i przynosi jeszcze większą porcję emocji i silnie kontrastujących ze sobą faz. Ognisty, kompulsywny początek wydaje się pewnym zaskoczeniem. Piano pachnie tu Schlippenbachem, akcje dętych mocą kolejnej reinkarnacji Machine Gun. Równie zaskakujące jest szybkie wytłumienie wprost w objęcia permanentnie kreatywnej altówki. Chwila ballady, a zaraz potem struga post-aylerowskich melodii. W tej fazie koncertu pianistka powraca z post-klasycznym sznytem, z kolei gitarzyści raz po raz szyją ściegiem, którego byśmy się po nich nie spodziewali. Z tym ostatnimi często po drodze ma trębaczka, która chyba najczęściej staje okrakiem na najważniejszej tego wieczoru dychotomii – chamber/ free jazz! Po upływie kwadransa improwizacja wspina się na jeden z bardziej ekspresyjnych szczytów, a na etapie falling down przypomina watahę rannych kojotów po przedawkowaniu. I znów kilka chwili wystarczy, by z plejady separatywnych półokrzyków uformować free jazzowy lej gorącej lawy, który zastygnie po niedługiej chwili w martwej melodii. Ostatni kwadrans koncertu, to prawdziwa huśtawka nastrojów. Gdy już widać kameralną finalizację, nagle z szeregu wypada kolejny muzyk i rwie ansambl do lotu (brawo saksofon altowy!). Z kolei fazy kameralnych podmuchów zimnego powietrza (brawo altówka!) w ułamku sekundy potrafią skrzyć się nowymi emocjami. Ostatecznie tentet umiera po podwójnym pokonaniu dużego wzniesienia. Perfekcyjne ugaszony flow wpada wprost w deszcz rzęsistych oklasków, których na albumie jednak nie słyszymy.

 

Martina Verhoeven Invites (Bandcamp’ self-released, CD 2024). Andrew Lisle – perkusja, Benedict Taylor – altówka, Cath Roberts - saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe – trąbka, Colin Webster – saksofon altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – fortepian, Tom Jackson – klarnet oraz Tom Ward – klarnet basowy, flet. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, lipiec 2023. Dwie improwizacje, 70 minut.




piątek, 18 października 2024

Colin Webster Large Ensemble in Second Edition!


Londyński saksofonista Colin Webster śmiało wkroczył w roku ubiegłym w piątą dziesiątkę życia i niejako przy okazji, w przededniu tej zacnej rocznicy, powołał do artystycznego bytu swój pierwszy Duży Skład. Otoczył się w nim grupą muzycznych przyjaciół, do tego bodaj najczęstszych współpracowników i postanowił koncertować tylko raz w roku, jesienią w londyńskim Dalston, w niepowtarzalnej z wielu względów Cafe Oto.

Koncepcja Large Ensemble by Colin Webster jest niebywale prosta. Świetnie znający się muzycy wychodzą na scenę i improwizują. Oktet bazuje na brzmieniu aż czterech instrumentów dętych, które wspiera soczysta, rozbudowana o elektronikę sekcja rytmu, zatem każdy wie, czego możemy spodziewać się po takiej załodze – soczystego free jazzu!

Przed nami epizod drugi, nagrany dokładnie rok temu. W ujęciu personalnym drobna zmiana na kontrabasie, poza tym jak zawsze cudownie! Welcome!



 

Pierwszy set, trwający podobnie jak drugi dwa kwadranse z drobnym okładem, otwarty zostaje kolektywnym spazmem trzech saksofonów, trąbki, elektroniki, gitary, kontrabasu (ze smyczkiem) i perkusji. Oktet płynie szeroką ławą, jest masywny w brzmieniu, ale nie eskaluje tempa. Instrumenty dęte oddychają tu niekiedy bardzo jednolitym strumieniem – jedni pracują na wdechu, inni na wydechu, chętnie wchodzą w bilateralne dyskusje, nieustannie na siebie pokrzykują. Gitara z kolei na każdym kroku szuka okazji do hałasowania i silnie krwawi na przemian z kontrabasem. Oba instrumenty niesione są strumieniem masywnego drummingu. Opowieść incydentalnie gubi tu tempo, ale to raczej chwile na zaczerpnięcie oddechu. Oto Machine Gun Anno Domini 2024 w pełnej krasie!

Nim upłynie kwadrans koncertu, Large Ensemble płonie już w ogniu kolektywnego rozdygotania. Po drobnym spowolnieniu wszystko zastyga jednak jak wulkaniczna lawa, tląca się niewygaszoną gitarą. Perkusista odpoczywa dając asumpt do gry na małe pola i feerii drobnych, brzmieniowych subtelności. Jego zmysł dramaturgiczny sprawia wszakże, że LE jeszcze w tej dziesiątce minut zaczyna ponownie eksplodować ziejąc ogniem na prawo i lewo. Wszyscy śpiewają po aylerowsku i zdają się nieść wyłącznie dobrą nowinę. Po kolejnych kilku minutach narracja formuje się w mięsiste drony inkrustowane elektronicznymi usterkami, a potem w strumień szemrzącej górskiej rzeki, skażonej radioaktywnie. Ostatnia faza pierwszego seta, to przestrzeń, w której dęciaki mogą pokazać swoją urodę w pełnym wymiarze. Na końcowej prostej improwizacja przebiera na sile, mimo, iż pozbawiona jest dynamiki perkusji.

W trakcie drugiego seta muzycy wydają się bardziej zdystansowani wobec dyktatu ekspresji, bardziej wyczuleni na niuanse dramaturgiczne, silniej nastawieni na akcje w podgrupach. Otwarcie tej części spektaklu spoczywa na barkach saksofonu i gitary, delikatnie skrobanych po piętach przez smyczkowe uderzenia po gryfie kontrabasu. Kolejne instrumenty podłączają się do gry z dużą troską o obraz całości, a sama akcja toczy się w dość spokojnym tempie, dając przestrzeń na dęte zdobienia. Sytuacja sceniczna jest tylko pozornie pod kontrolą artystów, albowiem wystarczy ledwie drobna iskra, by oktet, już po pięciu minutach, stanął w ogniu kolektywnej, free jazzowej jatki. Nie trwa ona jednak zbyt długo, albowiem zgodnie z tym, co powyżej, ta część koncertu stawia na interakcje. Najpierw, to faza stosunkowo ekspresyjnej huśtawki, potem zmysłowy duet trąbki i perkusji, faza dronowa pełna post-melodyjnych wydechów, wreszcie adekwatna do sytuacji na scenie wzmożona aktywność perkusisty, która skutkuje definitywnym wzrostem temperatury w tak już dusznej Cafe Oto.

Dalszą fazę seta zdobi efektowna ekspozycja trąbki na rozgrzanej sekcji rytmu. Potem narracja osiąga stan wrzenia, by w dalszej kolejności stylowo zastygnąć w chmurze dętych podmuchów, obleczonych elektronicznymi inkrustacjami. Znana już z tego koncertu rozkołysana narracja w aylerowskiej estetyce, tu na przednówki finalizacji, zdaje się wyjątkowo piękna, także długotrwała. Podejście pod ostatnią prostą jest jednak pełne ognistych wyziewów, przypomina kontrolowaną, free jazzową eksplozję. Wraz z wybiciem trzydziestej minuty muzycy zaczynają zwijać opowieść. Czynią to wszakże w tak urokliwy sposób, iż wyjątkowo trudno jest żegnać się z ich obecnością na scenie. Krótkie i długie frazy, sycząca elektronika i piękna faza dronowego konania na gasnącym wydechu. Brawo!

 

Colin Webster Large Ensemble Second Edition (Raw Tonk, CD 2024). Colin Webster – saksofon altowy, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe - trąbka/ flugelhorn, Graham Dunning – elektronika, Dirk Serries – gitara, Caius Williams – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, październik 2023. Dwie improwizacje, 64 i pół minuty.



piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.



wtorek, 4 lipca 2023

Colin Webster Large Ensemble and First Meeting!


Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o brytyjskim saksofoniście Colinie Websterze dokładnie wszystko. Znają jego wszystkie płyty, bywali na jego licznych koncertach w Polsce, z uwagą śledzą jego wciąż rozwijającą się karierę free jazzowego improwizatora. Wiedzą także, iż muzyk w tym roku obchodzi okrągłe urodziny, zaś jego label Raw Tonk Records ma się równie wyśmienicie.

Z radością zatem odnotujmy fakt, iż Webster podjął się zadania skrzyknięcia dużego składu, który tytularnie opatrzył swoimi danymi personalnymi. Muzyk nie stworzył jednak na tę okoliczność kompozycji, ani nawet zrębów predefiniowanej improwizacji. Po prostu puścił ośmioosobowy skład w żywioł free jazzu i oczywiście wygrał w cuglach, zbierając wyłącznie złote laury!

Saksofonista zaprosił do Large Ensemble siedmioro muzyków, bez wątpienia swoich muzycznych przyjaciół. Poza kompanami z Kodian Trio, jest John Edwards, mistrz syntetyki Graham Dunning, a także trzyosobowy dęty zaciąg kobiecy, który wraz z liderem tworzy intrygującą ścianę saksofonów – altowego, tenorowego i barytonowego, wspartego małym blaszakiem. Na miejsce koncertu wybrali londyńskie Cafe Oto, bo gdzieżby indziej, a swoją debiutancką płytę, będącą rejestracją tego koncertu nazwali Pierwsze Spotkanie. Bo tak też było w istocie – Large Ensemble Collina Webstera, to wszak klasyczny skład ad hoc!



 

Set pierwszy trwa tu dwa kwadranse z sekundami. Rozpoczyna go strumień dźwięków realizowany kolektywnie, skoncentrowany na drobnych, zaczepnych frazach, ale już z zarysowaną dalszą dramaturgią koncertu. Instrumenty dęte paradują środkiem sceny, pozostając w nieustannej rozmowie, gitara i bas czynią swoje na prawej flance, perkusja zaś zdaje się zawłaszczać większy obszar przestrzeni fonicznej. W tle sączy się stale obecna, ale dalece nieinwazyjna, lekko szemrząca elektronika. Pierwsze spowolnienie nadchodzi dość szybko, a koncertuje się na bystrym, odrobinę rozkołysanym dialogu trąbki i gitary. Następująca niedługo potem krótka wymiana dętych zdań staje się zaczynem nowego wątku, wzrostu dynamiki i eskalacji emocji. Kilka pętli i znów małe spowolnienie, znów oparte na dialogu trąbki i gitary. Wokół nich snuje się drobny circle drumming, pojawia się także kontrabasowy smyczek. Tym razem narracja odbudowuje się dość leniwym krokiem, pęcznieje w poprzek, nie gna zaś do przodu. Nabiera siły, woli walki i determinacji. Gdy osiągnie stan wrzenia, śmiało zdaje się przypominać dziki ryk godny brotzmannowskiego Machine Gun! W okolicach 20 minuty flow stylowo wchodzi w mgłę szmerów, szumów i dźwięków preparowanych, głównie dętych. Znów pracuje smyczek, obok smęci elektronika, a gitara buduje małą chmurę ambientu. Podczas gdy dęte na powrót zaczynają wewnątrzpartyjną dyskusję, perkusja zaczyna budować podwaliny pod bardziej dynamiczną ekspozycję. Finał seta przychodzi szybko, jakby wbrew woli części załogi.

Drugi set trwa dwa kwadranse i sześć minut. Tym razem introdukcja przypada w udziale duetowi saksofonu i perkusji. W tle pracuje elektronika, a po chwili budzą się do życia inne instrumenty – trąbka, kolejne saksofony, wreszcie gitara z kontrabasem. Wszyscy biorą teraz głęboki oddech i przypuszczają atak całą szerokością sceny. Ale nie budują ściany dźwięku, wręcz odwrotnie – część dęciaków wydaje z siebie zaskakujące pomruki. Po krótkim wzniesieniu, już w stu procentach kolektywnym, łagodnie gasną wprost w objęcia nostalgicznego smyczka. Definitywnie uspokajają jednak emocje dopiero po upływie kwadransa. Bawią się w kameralistykę - trąbka pracuje ze smyczkiem, pozostałe dęciaki komentują ten związek. Powrót gitary oznacza wzrost emocji, tu niemalże post-rockowych. Swoje dokłada też perkusja. Cały Ensemble zaczyna teraz pięknie zawodzić smutną melodią, jakby odgrywał memoriał dla Brötzmanna. Nowy wątek inicjuje kontrabasowe pizzicato. Dwa, trzy ukradkowe spojrzenia i cały oktet idzie w tango z uśmiechem na ustach. Z czasem płyną coraz szerszym korytem, dużą ilością melodii, ale i gitary łagodzącej obyczaje. Niedługo potem dotykają ciszy, a trąbka wydaje przeciągłe westchnienia. Krótka faza oniryzmu, post-ciszy i miłosnych pląsów dość szybko skłania muzyków do budowania finałowego rozdania. Dęte pichcą ostrą potrawę, pokrzykują na siebie, sekcja rytmu kleci bazę dla dynamicznej ekspozycji. Nie śpi elektronika! Sam finał jest oczywiście kolejnym szczytem ekspresji, ale w trakcie tych prawie siedemdziesięciu minut Ensemble potrafił już grać głośniej. Emocje najpierw buzują, potem stygną, a sama improwizacja gaśnie na repecie kontrabasu.

 

Colin Webster Large Ensemble First Meeting (Raw Tonk Records, CD 2023). Colin Webster – saksofon altowy, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe - trąbka, flugelhorn, Graham Dunning – elektronika, Dirk Serries – gitara elektryczna, John Edwards – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, sierpień 2022 roku. Dwie improwizacje, 66:55.



piątek, 6 stycznia 2023

The January’ Round-up: Wallace! Stopmobil! Spinningwork! Duet Obustronny! Luchansky & Ovchinnikov! MUC! Lamp Of(f)! Bröndum & Gärdin! Yom Gagatzi!


W nowy rok wchodzimy z przytupem! Minęło ledwie kilka dni z nową datą, a już czeka na Was świeża, pachnąca zbiorówka recenzji płyt z naszą ukochaną muzyką improwizowaną! Dziś na redakcyjnej patelni dziewięć smakowitych dań - niemal wszystkie datowane oczywiście na szalony rok miniony, ale czeka na nas też jedna produkcja z datą 2023!

Rozstrzał stylistyczny, jak to na trybunowej zbiorówce na ogół bywa, kosmiczny – dźwięki trudne do ogarnięcia jednym uchem, intrygujące, stawiające pytania o granice gatunków i bezkreśnie ponadnarodowe!

Zaczynamy dwiema pozycjami, które ledwie kilka dni temu zostały okrzyknięte jednymi z 50 Powodów, Dla Których Warto Zapamiętać rok 2022! Nie wymagają zatem jakichkolwiek dodatkowych rekomendacji. Pierwsza płynie do nas z Brooklynu, druga z dalekiego Buenos Aires. Potem czas na free jazz z Newcastle, swobodną, post-jazzową improwizację z Warszawy i garść bardzo swobodnie improwizowanych dźwięków z Sankt Petersburga. W tzw. dalszej kolejności czekają – swobodna kameralistyka z Monachium, jazz z Groningen, elektroakustyczna improwizacja ze Sztokholmu, wreszcie splitowy winyl z Jerozolimy, który nie trzyma już definitywnie jakichkolwiek ram gatunkowych i estetycznych. Zatem witamy w piekle pięknej improwizacji! Obyśmy tam zostali przez cały, jakże siermiężnie zapowiadający się rok 2023!



 

Eli Wallace  Pieces & Interludes (Infrequent Seams, CD/LP 2022)

Brooklyn, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Eli Wallace – fortepian, także preparowany. Dwa utwory (kompozycje i improwizacje), 47 minut.

Nowojorski pianista na swoją pierwszą solową płytę przygotował cztery tzw. kawałki i trzy interludia. Zgrabnie wszystko polepił w dwie długie opowieści, oblał sosem swojej bezgranicznej kreatywności i postawił słuchacza przed drobnym dylematem – czy bardziej zachwyca tu bezmiar dźwięków preparowanych, których arsenał pod palcami Wallace’a zdaje się nie mieć granic, czy też definitywnie ujmuje konstrukcja dramaturgiczna całości, którą czyta się jak literacki strumień świadomości lub ogląda jak perfekcyjnie zrealizowany thriller, budzący emocje od pierwszej do ostatniej sekundy. Tego muzyka znamy już z kilku wyśmienitych produkcji, ale tym albumem jednak nas zaskoczył. W kategorii prepared piano solo (mimo niebywałej, kobiecej konkurencji!), bez wątpienia killer roku!

Pierwsza historia trwa tu ponad 27 minut. W jej fazie początkowej drżenie basowych strun, przypominające gitarowy motyw, buduje rytmiczną pętlę, na której osadza się cała narracja. Muzyk kreuje także rozbudowane, mroczne tło, które ściele się preparowanymi, krótkimi frazami. Wszystko lepi się tu w dudniący, nerwowy dron, który smakuje post-industrialnie, przypomina małą burzę z piorunami. Potem odzywa się masywny dzwon, którego brzmienie bliskie jest przesteru i przenosi nas w obszar szeleszczącego rezonansu. Artysta w akustyce fortepianu odnajduje teraz frazy brzmiące na poły syntetycznie. Jego struny niekiedy wręcz śpiewają. Faza pierwszego interludium ma delikatny posmak ambientu, muzyk korzysta także z klawiatury, ale wcale nie łagodzi zbudowanych do tej pory emocji. Stawia na strunach lub w ich pobliżu przedmioty, które drżą lub wprawiają w drżenie owe struny, a wszystko przypomina kamyszki tańczące w metalowej misce. Strumień nowego wątku muzyk buduje z drobiazgów, które lepi w zwoje nerwowych fraz. Jego machina dźwięku przypomina teraz rozbudowany, wielopoziomowy zestaw perkusjonalny, którego dzieło kona w oparach matowego echa, zupełnie nie z tej części realnego świata. Druga historia trwa około 20 minut. Jej początek, to niemal dewastacja fortepianowych strun. Wszystko doposażone jest tu w metaliczne echo, ucieka w mrok, syczy i rezonuje, przypomina pracujące suwnice kolejowe. Pod koniec siódmej minuty nagła zmiana nastroju – rytmiczne inside & outside piano brzmi niczym zepsuty klawesyn. Ów jakże psychodeliczny post-barok przechodzi potem w fazę minimalizmu, a na finał muzyk powraca do narracji perkusjonalnej. Szepcze nam do ucha - fortepian, to taka śpiewająca perkusja.



 

Stopmobil  La máquina de fabricar caprichos (Discordian Records, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, sierpień 2022: Jorge Torrecillas – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Carolina Rizzi – fortepian, Omar Grandoso – fortepian, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć improwizacji, 52 minuty.

Barceloński Discordian powraca po kilkumiesięcznej przerwie nagraniem doprawdy wyśmienitym! Swobodnie improwizujący, argentyński sekstet w dość niestandardowym zestawie instrumentalnym (dwa fortepiany!) buduje tu post-jazzową, wolną od gatunkowych naleciałości narrację, która w wielu momentach intrygująco kojarzy się z epokowym Karyobin Spontaneous Music Ensemble. Skupiona, piękna opowieść, która nie szuka dzikiej ekspresji, woli długie, nocne rozmowy o domniemanym szczęściu.

W pierwszej opowieści zachwyca nas nastrój delikatnego wstępu i moc rozwinięcia, nie bez udziału kameralnego smyczka. To tu gitara brzmi nad wyraz baileyowsko i budzi intrygujące skojarzenia z klasykiem. W drugiej odsłonie gitara schodzi na pozycje post-ambientowe, a narracją rządzą drobne, preparowane frazy pozostałych uczestników podroży. Trzecią część otwierają symultanicznie improwizujące fortepiany. Swobodna, dość leniwa narracja ma tu momenty ekspresyjnych wolt, by na koniec posmakować wytrawnego free jazu. Następna część od razu skacze w ogień emocji! Ostra jazda ze smyczkiem! Piąta improwizacja na zasadzie kontraktu, to ocean drobnych, preparowanych fraz. Z kolei szósta odsłona znów kąpie się w przeręblu free jazzowych namiętności. Saksofon krzyczy na froncie, rwie włosy z głowy, ale improwizacja niepodziewanie skacze w głęboką ciszę. Po chwili znów eksploduje, by za moment zgasnąć. Takie to up & down kreuje tu dramaturgię całości, którą wieńczy kameralny śpiew piana i kontrabasu. W siódmej opowieści oddychamy oparami dźwiękowych subtelności ze strony każdego z instrumentów. Z kolei ósma improwizacja, to jedna z perełek zestawu. Na starcie trochę drobnych, ale nerwowych fraz, potem władanie narracją przejmuje smyczek, które śle zarówno długie, jak i krótkie meta melodie. Powolny, niemal śmiertelny kolektyw szumów, strunowych szorowań i dętych westchnień mieni się nie tylko czarno-białymi barwami. Ostatnia część dość długo trzyma się kameralnego sznytu – preparowane fortepiany, smyczek, dęte i gitarowe ornamenty. Ale wszystko do czasu – zakończenie albumu kipi od emocji, które gotują nam pianiści.

 


Tom Ward/ Cath Roberts/ Olie Brice/ Johnny Hunter  Spinningwork (New Jazz and Improvised Music Recordings, CD 2022)

The Black Swan, Newcastle, wrzesień 2021: Tom Ward – saksofon altowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Olie Brice – kontrabas oraz Johnny Hunter – perkusja. Sześć kompozycji, 52 minuty.

Brytyjski free jazz młodego (może już trochę średniego) pokolenia ma się świetnie! Kwartet, jaki napotykamy na tym albumie, to artyści, którzy wspaniale czują się w ogniu improwizacji, ale na ogół lubią ją prowadzić w oparciu o pewne scenariusze (tu akurat nazywane kompozycjami, których autorstwem muzycy dzielą się dość kolektywnie). Pomysły mają przeróżne – czasami kreują coś na kształt tematu, który zdaje się być głównie pretekstem do skoku w żar improwizacji, innym razem nadają utworowi pewną strukturę dramaturgiczną, która sprawia, iż ekspozycja dzieli się na naprzemiennie kreowane, duetowe pasma ekspresji. W ramach reasumpcji nie sposób wszakże nie zauważyć, iż całe nagranie kipi od emocji i mniej lub bardziej spektakularnych improwizacji.

Pierwszy utwór zaczyna się bardzo kameralnie. Dęte grają rozpoznawcze, na poły melodyjne dźwięki, a sekcja rytmu buduje podwaliny pod dalszy rozwój narracji. Po kilku pętlach wszyscy z gracją wchodzą w fazę kolektywnych, tudzież solowych improwizacji, a kończą utwór meta relaksacyjnymi, jakże kameralnymi wytłumieniami. Druga część dzieli się na wspomniane wcześniej duety. Najpierw kontrabas z altem, potem perkusja z barytonem i perkusja z kontrabasem, a na koniec bystry dialog dęciaków. W trzeciej opowieści pojawia się smyczek, a dronowa narracja płynie w kłębach mroku. Po serii westchnień kwartet przebiera free jazzowe barwy i dzieli się swoimi wybuchowymi emocjami. Czwarta odsłona realizowana jest bardzo kolektywnie, czuć w niej posmak swingu i melodyjności obu saksofonów, płynących swobodnym strumieniem na łamiącym się rytmie kontrabasu i perkusji. A stempel jakości stawia tu zdecydowanie baryton. Piąta kompozycja opowiada o tym, jak zmysłowe chamber saksofonów, oparte o rozśpiewany smyczek, szuka jazzu. Gdy kontrabas przejdzie w tryb pizzicato, narracja rusza w improwizowaną podróż. Dużo dzieje się tu znów w podgrupach, a narrację spina powrót smyczka. Finałowy utwór stawia na dynamikę, emocje i wyjątkowo soczyste improwizacje. Ekspresyjny, post-rockowy wstęp, duetowa eksplozja free jazzu na alt i perkusję, wreszcie fikuśne interludium na baryton i kontrabas pod smyczkiem. Artyści do ostatniego dźwięku trzymają tempo, wyjątkowo udanie reasumując ów jakże smakowity album.



 

Anna Jędrzejewska & Piotr Dąbrowski  Duet obustronny (Torf Records, DL 2022)

Miejsce nieznane (Warszawa?), sierpień 2022: Anna Jędrzejewska – fortepian oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Cztery improwizacje, 58 minut.

Duet obustronny, to nie pierwsze już spotkanie Jędrzejewskiej z perkusistą - świetnie pamiętamy choćby Copy of Pianodrum. Tym razem na jej artystycznej drodze staje Dąbrowski, a ich wspólne muzykowanie nastawione jest na estetykę open jazzową. W wielu momentach wydaje się być dalece post-klasyczne, chwilami syci się porcją ognistych emocji, w innym momentach ucieka w niemal post-rockową melodykę. Narracja wydaje się być odrobinę przegadana w swej fazie schyłkowej, a to, co najlepsze prawdopodobnie dzieje się w trakcie pierwszej improwizacji, najdłuższej na albumie, trwającej prawie dwadzieścia minut.

Skupiony początek inside piano i szeleszczących perkusjonalii dość szybko zyskuje formę klawiszowej narracji, którą wspiera subtelny drumming. Muzycy pracują na dużej swobodzie, donikąd nie gonią, zdają się czerpać radość z każdej chwili wspólnego muzykowania. Ich flow bywa przyozdabiany post-rytmicznymi krzywiznami, incydentalnie nabiera post-romantycznego posmaku i dramaturgicznej zadumy. Szczypta minimalizmu, narracyjna powściągliwość i dobrze skrywana nerwowość sprzyjają budowaniu jakości całej improwizacji, nawet w fazach bardziej dynamicznych, tudzież z lekka tanecznych. Druga opowieść wydaje się być nastawiona na działania bardziej energiczne. Najpierw prym wiedzie tu perkusista, który szyje grubym ściegiem. Potem stery narracji przejmuje pianistka, która buduje bogatą w wydarzenia improwizację, dość konsekwentnie stawia na melodię i rytm, śmiało sięgając po estetykę godną najlepszych dokonań Radiohead. Początek trzeciej odsłony wiele obiecuje. Rozbudowane plamy dźwiękowego inside piano, rezonujące talerze i ciekawy suspens dramaturgiczny. Opowieść formuje się w zgrabną kołysankę, której daleko jednak do niewątpliwie oczekiwanego wzrostu dynamiki. Na zakończenie pianistka sięga po neoklasyczne frazy, których niebanalna uroda zdaje się łagodzić drobne ambiwalencje recenzenta. Ostatnia improwizacja budowana jest z drobiazgów. Przesycona smutkiem, ale również porcjami zadumanych uśmiechów, znów z post-klasycznym sznytem, na końcu zdobiona delikatnie preparowanymi dźwiękami fortepianu.



Vladimir Luchansky & Vitaliy Ovchinnikov  Language Of Mismatch (Extra Notes, Kaseta/DL 2022)

Vavilov Loft, Sankt Petersburg, lipiec 2022: Vladimir Luchansky – saksofon altowy oraz Vitaliy Ovchinnikov – gitara elektryczna, obiekty. Trzy improwizacje, 36 minut.

Duet saksofonu i gitary z niewielką domieszką elektroakustycznych wtrętów, będących efektem użycia tzw. obiektów, to przykład swobodnej improwizacji, która balansuje na granicy naprawdę wysokiej oceny, ale miewa momenty, gdy luki w kreatywności stara się uzupełniać jazzowym, dość schematycznym frazowaniem. Nie zmienia to faktu, iż początek tego niedługiego albumu obiecuje naprawdę wiele, a garść dobrych konotacji z najlepszymi, brytyjskimi wzorcami gatunkowymi stanowić może podwaliny pod udaną przyszłość duetu z Sankt Petersburga.

Gitarowe frazy z domieszką elektroakustyki i smukłe, na poły preparowane wydechy z tuby saksofonu, to aura pierwszej improwizacji. Brzmienie obu instrumentów jest dość surowe, ale świetnie sprawdza się w praktyce, zwłaszcza w kilku bardziej ekspresyjnych momentach. Czuć sznyt brytyjskiego free improv, dużą swobodę w kreowaniu narracji, a muzycy udowadniają także, iż są w stanie kleić intrygującą opowieść z samych drobiazgów. Zakończenie utworu zwiastuje nadejście jazzu, szczęśliwe jest ono jednak wyciszone. W drugiej odsłonie muzycy jeszcze bardziej skupiają się na dźwiękowych subtelnościach, świetnie na siebie reagują, niemal w formule call & responce, bogacąc improwizację elementami szorstkiego ambientu gitary i saksofonowymi zaśpiewami. Najpierw szukają u siebie różnic, potem łączą się w imitacyjnym strumieniu narracji, który żyje ciągłymi zmianami. W trzeciej opowieści frazowanie gitary jest bardziej przewidywalne, silnie nasączone jazzem, a oddechy saksofonu w wolnych tempach też nie wróżą niczego ciekawego. Szczęśliwie ta faza nagrania ma swoje free jazzowe spiętrzenie, kilka bardziej dynamicznych przebiegów, dzięki którym odbiorca bez trudu dociera do końca albumu.



MUC Chamber Art Trio  Resilient Perspectives (...A Real Fact) (FMR Records, CD 2022)

arToxin, Monachium, grudzień 2021: Udo Schindler – saksofon altowy, sopranino, klarnet basowy, Sebastian Gramss – kontrabas oraz Gunnar Geisse - gitara laptopowa (w utworach 1, 2 i 4). Pięć improwizacji, 52 minuty.

Niemiecki multiinstrumentalista dęty Udo Schindler śmiało pracuje na miano jednego z najpłodniejszych improwizatorów współczesnej Europy. Redakcyjne pióro nie jest już od dawna w stanie nadążać za kolejnymi produkcjami, ale od czasu do czasu zdarza nam się pochylić nad jego nowym nagraniem. Dziś trio znane z portfolio artysty (choć tym razem pod nazwą własną), które zabiera nas na frapującą podróż po meandrach swobodnie improwizowanej kameralistyki. Emocji jest sporo, ale nie brakuje, jak to często na albumach Schindlera, momentów delikatnie przegadanych. Nagranie sieje wszakże dużo artystycznego fermentu, zwłaszcza w momentach, gdy z laptopowej gitary płyną dźwięki … wielkiej orkiestry symfonicznej, tudzież zgrabne, fortepianowe pasaże.

Początek koncertu dobrze wprowadza nas w kameralny klimat i w pełni uzasadnia nazwę własną formacji. Drgające struny, prychające dysze i sporo niespodzianek brzmieniowych ze strony gitary. Kontrabas pracuje w obu trybach, ale częściej korzysta z dobrodziejstw techniki arco, saksofony i klarnet sięgają zarówno po frazy śpiewane, jak i drobne, nienachalne preparacje, a gitarowe sample zdolne są tu zaproponować każdy dźwięk. Pierwsza improwizacja zdaje się być szczególnie udana, gdy muzycy idą na wymianę krótkich, rwanych fraz lub gdy tempo intrygująco rośnie. W drugiej części Schindler najwcześniej korzysta z klarnetu basowego, przez co opowieść nabiera bardziej mrocznego klimatu. Gitara dba o emocje, raz frazuje jak … gitara, innym razem jak klawesyn lub matowo brzmiący fortepian. W trzeciej i piątej odsłonie improwizacja prowadzona jest tylko przez saksofon i klarnety do pary z kontrabasem, który nie stroni od jazzowego pizzicato. Pod nieobecność wszechmogącej gitary bywa, że improwizacja traci tu ducha walki, ale na sam koniec śle nam dużo dobrego za sprawą kontrabasowego smyczka i melodyjnego saksofonu altowego. Z kolei w części czwartej, granej pełnym składem, dobrych emocji jest chyba najwięcej. Smyczek rwie włosy z głowy, gitara zionie niemal rockową ekspresją, a w tubie dętego instrumentarium pojawiają się jakieś przedmioty, dzięki czemu całe trio charczy jak stado gruźlików, a narracja toczy się między hałasem, a mroczną ciszą.



 

Lamp Of(f)  Too Much Light For My Eyes (ZenneZ Records, CD 2022)

PCC Studio oraz Il Sole in cantina, Groningen, Holandia, czas akcji nieznany: Stanimir Lambov – gitara, fx, kompozycje, Gabriele Bertossi – gitara basowa, kompozycje oraz Ruggero Di Luizi – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje. Jedenaście utworów, 49 minut.

Z gitarzystą Stanimirem Lambovem zetknęliśmy się przy okazji jednej z jego poprzednich płyt, silnie osadzonej w estetyce post-rockowej i ambientowej. Tym razem przed nami trio, którego nazwa zdaje się być parafrazą jego nazwiska, a którego muzyka zakotwiczona jest w łagodnym, jazz-rockowym idiomie. Materiał zgromadzony na albumie bazuje na kompozycjach własnych, które sięgają także po cytaty z synkopowanej klasyki. Muzycy na każdym z utworów pozostawiają piętno własnej kreacji, ale album jako całość nie jest porcją dźwięków, która szczególnie intryguje. Jazz środka dla mniej wymagających? To chyba dobry kierunek myślenia.

Początek płyty, to kilkudziesięciosekundowe nagranie w formie dynamicznej, rockowej piosenki. Potem narracja wkracza w obszar jazz-rockowej łagodności, balladowych temp i …. całkiem udanych ekspozycji solowych. Nie sposób nie dodać, iż każdy dźwięk podany tu jest z dużą dbałością o brzmienie. Szczególnie dobitnie słyszymy to w trakcie czwartego utworu, gdy Lambov sięga po gitarę akustyczną, a temat, to niemal klasyczna bossanova z Copacabany. Także utwory piąty, ósmy i dziewiąty brzmią zupełnie jak jazzowe klasyki, ale co ciekawe, lista kompozytorów na okładce albumu nie wykracza poza nazwiska muzyków tworzących trio. Szósta część jest dość nietypowa, buduje ją kobiecy głos recytujący po francusku i ambientowe pasma gitary, a całość przypomina soundtrack do melodramatycznego filmu. W siódmej odsłonie odnotowujemy udane improwizacje realizowane na sporej dynamice. W części dziesiątej intryguje nas rockowe otwarcie - niestety po paru pętlach dynamika siada, a słodycz post-ballady zaczyna wieść prym. Kończąca album jedenasta kompozycja, to minuta z sekundami, wypełniona funkowym motywem i rapowanym tekstem.



 

Lars Bröndum & Per Gärdin  Fractal Symmetry, Hum and Toot (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Fylkingen oraz Elektronmusikstudion, Sztokholm, 2022: Per Gärdin – saksofony oraz Lars Bröndum - syntezatory modularne, theremin, organy oraz inne urządzenia elektroniczne i elektryczne. Trzy utwory, 60 minut.

Wbrew sugestiom płynącym z preambuły dzisiejszej zbiorówki, duet szwedzkich improwizatorów nie proponuje nam elektroakustycznych zabaw w okolicach ciszy. Przed nami gęsto nasycony dźwiękami flow brzmień elektronicznych, podawanych w intrygujących konfiguracjach rytmicznych i brzmieniowych, świetnie skorelowany z akustycznymi strumieniami saksofonowych improwizacji. Te ostatnie płyną na ogół spokojnymi pasażami, ale chętnie wchodzą też w bystre interakcje ze światem kreatywnej elektroniki. Być może ten album jest odrobinę za długi, ale jak mawiają niektórzy - nie ma zbyt dużych lub zbyt małych obrazów malarstwa współczesnego.

Początek pierwszej improwizacji (każda trwa tu kilkanaście lub więcej minut) należy do dwóch syntetycznych wątków – jeden snuje się ambientowym strumieniem, niekiedy dość mrocznym, drugi skwierczy małymi, elektroakustycznymi usterkami. Na tym tle ściele się flow saksofonu sopranowego, który pracuje na dużej swobodzie. Linearna narracja ma tu swoje całkiem efektowne spiętrzenie w środkowej części utworu, a przygasa w płomieniach kojącego chill-outu. Druga improwizacja najpierw skupia się na drobnych, niekiedy filigranowych frazach saksofonu i dość stabilnej porcji płynnej elektroniki. Ta ostatnia śle nam sporo mrocznych klimatów, szczególnie w drugiej części ekspozycji. Po pewnym czasie w strukturze narracji pojawia się rytm, który zdaje się dodawać siły eksplozywnej wypowiedzi saksofonu altowego. Trzecia, najdłuższa część rozwija się dość leniwie, początkowo w klimatach wręcz onirycznych. Sopran pracuje we własnym, dość spokojnym tempie, a elektronika snuje się wokół niego i delikatnie pulsuje - rozrasta się na szerokość, podczas gdy dęciak raczej wspina się na palce. Tym razem środkowa część ekspozycji przenosi nas w okolice bliskie ciszy. Po upływie kwadransa, skrupulatnie budowana opowieść zaczyna kierować się na drobny szczyt. Zakończenie albumu jest z jednej strony bardzo śpiewne i melodyjne, z drugiej rozkołysane powłoką elektronicznego rytmu.



 

Yom Gagatzi/ The Institute of Ongoing Things  Yom Gagatzi/ TIOOT (Raash Records, LP 2023)

Jerozolima (prawdopodobnie), 2011 (strona pierwsza): Uri Katzenstein – głos, instrumenty dmuchane i perkusyjne, Binya Reches – elektronika, bas, Ohad Fishof – instrumenty obręczowe i klawiszowe, głos oraz 2018 (strona druga): Binya Reches – zither i elektronika, Ishai Adar – maszyny dźwiękowe, obiekty, dzwonki i syntezator, Ohad Fishof – elektronika, obiekty dźwiękowe, flet i głos. Odpowiednio sześć i cztery utwory, łącznie około 45 minut.

Album poświęcony jest przedwcześnie zmarłemu Uri Katzensteinowi, jerozolimskiemu artyście wielu proweniencji (architektowi, twórcy filmowemu, muzykowi). Pierwsza strona czarnego krążka zawiera nagrania z jego udziałem z roku 2011, zmiksowane współcześnie. Druga zaś strona, to dźwiękowy materiał przygotowany na okoliczność wystawy/ ekspozycji podsumowującej jego dorobek artystyczny, jaka odbyła się w Amsterdamie, a której Uri nie dożył, albowiem zakończył ziemskie życie na dwa miesiące przed jej otwarciem. O ile pierwsza część nagrania jest wydarzeniem czysto muzycznym, elektroakustycznym, niezwykle bogatym w wydarzenia, o tyle część druga, to raczej performance, słuchowisko, słowno-dźwiękowy tribute dla zmarłego.

Nagranie z roku 2011, to na poły improwizowana, elektroakustyczna opowieść budowana w dużej mierze strumieniami syntetycznych dźwięków, które sycą się estetyką post-electro, odrobiną elektroniki usterkowej i ambientowej. Narracja bywa ciekawie inkrustowana dźwiękami bardziej żywego akcesorium, takiego jak bas, perkusjonalia, instrument dęty, czy gitara (choć ta ostatnia nie pojawia się w albumowym credits). W nagraniu nie brak także wokali i wokaliz, a w części końcowej także sporej ekspozycji w klimatach ethno, której brzmienie przypomina góralskie kobzy. Całość bywa gęsta, trochę kalejdoskopowa, niekiedy przeładowana pomysłami. Druga strona winyla jest dużo spokojniejsza, sporo w niej onirycznego klimatu. Początek należy do damskiego wielogłosu, potem pojawia się głos męski, który recytuje tekst o zmarłym, a być może także teksty jego autorstwa. Opowieść budowana jest bardzo pieczołowicie, składa się zarówno z fraz post-elektronicznych, jak i post-akustycznych. W drugiej fazie tej części albumu artyści budują całkiem zgrabną, elektroakustyczną narrację, która gubi zamysł pośmiertnego capstrzyku i zaczyna formować się w interesującą opowieść czysto muzyczną. Nie brakuje w niej slapstickowych fraz, brzmień organowych, a także intrygującej powłoki rytmicznej.



wtorek, 8 listopada 2022

The November’ Round-up: Sloth Racket! Quiromancia! Formica! James & Jiminez! Hocus! Ferrazza & Salis! Lussier! Shepherds Of Cats! Ziemia! Masing!


Cykliczna zbiorówka recenzji świeżych porcji improwizacji przed nami! Tym razem, wobec zalewu ważnych tematów festiwalowych w ubiegłym miesiącu, trochę ustawiona okrakiem na osi czasu – miała być październikowa, ale zrobiła się listopadowa. Za to wyjątkowo rozbudowana, bo aż dziesięcioodcinkowa! Zestawienie jak zwykle pełne wolt stylistycznych i bogate w nazwiska do zapamiętania, także te z dalekiego świata, przynajmniej z europocentrycznego punktu widzenia! Jak świetnie bowiem wiemy, dobra muzyka improwizowana powstaje wszędzie, prawdopodobnie także na innych planetach, nie tylko układu słonecznego!

Naszą dzisiejszą marszrutę zaczniemy od pokaźnej porcji free jazzu. Na początek nasi dobrzy znajomi z UK, którzy konsekwentnie zbliżają się do osiągniecia stadium wzmożonego zainteresowania ich muzykowaniem. Potem skok na drugi kontynent – dwie soczyste petardy z Argentyny i na poły kolumbijska, nieco bardziej kameralna ekspozycja z Kanady! Powrót do Europy, to jednocześnie wejście w stadium dźwiękowych eksperymentów – odpowiednio z Portugalii i Włoch! W dalszej części nie zabraknie także francuskiego humoru, polsko-angielskiego transu, soczystej porcji krajowego jazzu, a na koniec strunowych śpiewów w towarzystwie kakadu!



Sloth Racket  Organising Space (Luminous Label, CD 2022)

Kwiecień 2022, Lightship 95, Londyn: Cath Roberts – saksofon barytonowy, Sam Andreae – saksofon altowy, Anton Hunter – gitara, Seth Bennett – kontrabas oraz Johnny Hunter – perkusja. Dziewięć części, 37 minut.

Na wstępie warto dopowiedzieć, iż album de facto składa się … z czterech rozbudowanych kompozycji Roberts, które stanowią zgrabny szkielet dla wielowymiarowych improwizacji każdego z członków kwintetu (wszystkie parzyste utwory). Pozostałe pięć części, to krótkie – trwające od kilku do kilkudziesięciu sekund – zapisy foniczne, poczynione najprawdopodobniej w trakcie sesji nagraniowej lub próby. Sloth Racket lubią free jazz, który toczy się pewnymi z góry przewidzianymi ścieżkami, czasami doposażony w śpiewny, melodyjny temat, który raz po raz przywraca improwizujących szaleńców do świata trzeźwych i ogarniętych dźwiękowo.

Pierwszy z owych dłuższych utworów (a drugi na albumie) budowany jest na bazie rozśpiewanych saksofonów, ostrego drive’u kontrabasu, intrygującej, post-rockowej gitary i perkusji, która najpierw stempluje szlak, a potem kreśli dynamikę nagrania. To narracja stawiająca raczej na kolektywizm niż indywidualne popisy. Kolejny utwór (czwarty) w dużej części zdaje się być swobodną improwizacją, pełną niuansów brzmieniowych, preparacji, lekkiej perkusji i post-balladowych, dętych wtrętów. Temat utworu pojawia się dopiero po wielu minutach i porządkuje urokliwy rozgardiasz na scenie.  Szósta odsłona kreowana jest w głównej mierze przez szczebioczące po ptasiemu saksofony. Po ich długiej introdukcji improwizowane trzy grosze dokładają pozostali instrumentaliści. Ósma opowieść zdaje się być wyjątkowo zgrabnym podsumowanie albumu. Zaczyna ją perkusyjna introdukcja. Potem do gry wchodzi smyczek i jazzowo usposobiona gitara. Ta trójka kreuje narrację, pod którą najpierw podłącza się baryton, a potem alt. Dynamiczna opowieść przez chwilę staje się tu duetem gitary i altu, by po niedługiej chwili tanecznym i marszowym krokiem sięgnąć szczęśliwego końca.

 


Ezequiel Jaime/ Daniel Bruno/ Carto Brandán/ Jerónimo Díaz  Quiromancia (Neue Numeral, DL 2022)

Luty 2022, Estudio El Cubo, Argentyna: Ezequiel Jaime – bas elektryczny, Daniel Iván Bruno – puzon, Carto Brandán – perkusja oraz Jerónimo Díaz Mauro – gitara. Siedem dobrze zaplanowanych improwizacji, łącznie 28 minut.

Po nagrania muzyki improwizowanej z Argentyny sięgamy coraz częściej i zawsze są to pociągnięcia przynoszące nieskrywaną radość z odsłuchu. Znamy już kilku bystrzaków z tamtej części świata, ale czwórka, która teraz puszcza do nas oko ewidentnie debiutuje na tych łamach. Gęsty, sfuzzowany bas, który oddycha całym ciałem, błyskotliwa gitara, która zdaje się tu mieć kilka twarzy, a najpiękniejsza z nich przypomina szkliste brzmienie Ferrana Fagesa. Do tego zwinny, koci w ruchach puzon, który potrafi brzmieć wyjątkowo szorstko, no i równie inteligentna w ruchach perkusja, która choć nigdy nie wychodzi przed szereg, zawsze jest tam, gdzie być powinna. Całość nie trwa tu nawet dwóch kwadransów i to być może jedyna wada tego doskonałego albumu!

Początek grany jest kolektywnym, gęstym strumieniem dźwiękowym, konstruowany siłą brzmienia całego kwartetu. Pocięta, naznaczona tembrem grzmiących przetworników gitarowych improwizacja nie daje tu czasu na refleksję - kupujemy ją całą już po kilku pierwszych pętlach narracyjnych. W drugiej opowieści czujemy posmak rocka, ognistego, świetnie odnajdującego się w żmudnym procesie improwizacji. Narracja kipi do tego stopnia, iż puzon zdany jest na wysoki pisk, by przebić się przez ścianę gitar i perkusji. Trzecia historia, to szansa dla owego puzonu, by pokazać lwi pazur – improwizuje jedynie w duecie z perkusją. No i pokazuje nie jeden pazur! Czwarta narracja zdejmuje nogę z gazu, jest powolna, czerstwa, nasiąknięta wywarem z dobrego, gitarowego jazzu. Bas bystrze pulsuje, a puzon zanosi się śmiechem. W piątej odsłonie dynamika powraca, a swoje piękne chwile ma tu zmutowany w brzmieniu blaszak. Szybka, nerwowa czasówka z małym zniesieniem. Przedostatnia improwizacja, to elektroakustyczne zabawy basu i gitary. Od krok od hałasu, o krok od onirycznej ciszy. Finałowa ekspozycja znów stawia na gęsty, masywny kolektywizm - soczyste łamańce rytmiczne i wyjący do księżyca puzon.



 
Matías Formica Trio  Preámbulo (bandcamp’ self-released, DL 2022)

Czas akcji nieznany, okoliczności studyjne w argentyńskiej La Placie: Jonatan Schenone – kontrabas, Sebastían Stecher – perkusja oraz Matías Formica – saksofon tenorowy i barytonowy, kompozycje. Tych ostatnich są cztery, łącznie trwają niecałe 30 minut.

Kolejne nagranie z Argentyny, które trwa mniej niż dwa kwadranse. Na tamtych ziemiach, to reguła! Nade wszystko chyba jednak skromność i ważna dla dramaturgii nagrania zasada, iż lepiej zagrać o dwa dźwięki za mało, niż o jeden za dużo. Niemal bezcenna rzecz w muzyce improwizowanej! A rzeczone Preámbulo, to klasycznie zinstrumentalizowane trio swobodnego jazzu, improwizujące na bazie skomponowanego materiału. W sumie słyszeliśmy takie granie miliony razy, ale coś sprawia, iż ze spotkania z triem Formicy wychodzimy zadowoleni i dalece bogatsi w definitywnie smakowite doznania artystyczne.

Rozśpiewany temat pierwszego utworu wspiera masywna sekcja rytmu – lekko zadumany bas i kręcąca urocze pętle perkusja. Saksofonista pnie się ku górze i z radością ucieka w improwizowane didaskalia. Po niedługiej chwili podobnie czynią pozostali aktorzy tej bystrej narracji. Drugi utwór ma wstęp dalece balladowy, kreślony zwinnym, kontrabasowym smyczkiem. Molowa opowieść po kilku zakrętach nabiera mocy i kołysze się na lekkim, oceanicznym wietrze. Na czele pochodu improwizatorów staje saksofonista, który intensywnie brudzi brzmienie. Trzeci utwór od startu płynie wedle wskazań z pięciolinii. Temat znów podany na twardo, z dużą dawką melodyjności - open jazz z posmakiem świeżości, kreowany na dużej swobodzie, ale bardzo precyzyjny w każdym niemal ruchu. Niekiedy przypomina najlepsze momenty tria Adama Pierończyka z połowy lat 90. ubiegłego stulecia, bazujące na rytmie, ale rozhuśtane do granic. Pod koniec tej części muzycy serwują solo na perkusji, które pojawia się także w ostatnim utworze. Ten zaś zdaje się być refleksyjną post-balladą, budowaną na urokliwym rytmie, który pachnie słodką salsą!

 


Daniel James / Pablo Jimenez  Improvisations (Small Scale Music, DL 2022)

Październik 2021, domowe studio w Montrealu: Pablo Jimenez – kontrabas oraz Daniel James – gitara akustyczna. Sześć improwizacji, 33 minuty z sekundami.

Swobodnie improwizowane, nad wyraz intrygujące spotkanie Kolumbijczyka i Kanadyjczyka pod flagą małego labelu z Quebecu. W pełni akustyczne, pozbawione obłych kształtów, wyraziste, chwilami zadziorne, ale także dość mroczne. Do tego z mnóstwem emocji pomiędzy strunami. I to nie tylko kameralnych!

Sytuacja na starcie dalece frapująca – cierpiące, smyczkowe oddechy i gitara, która pracuje na strunach brzmiących, jakby ulepione były z organów wewnętrznych ludzkiego ciała. Smutek miesza się tu z nerwowym przekładaniem nogi na nogę. Ekspresyjne zjazdy i leniwe podbiegi, kanciaste frazy i dźwiękowe metafory. Także tarcia i skrzypienia, akcenty perkusjonalne. W trzeciej odsłonie muzycy wspinają się na palce i skaczą po wilgotnej łące. Post-barok, flażolety, małe otarcia i subtelne krwawienia. W kolejnej skutecznie szukają fikuśnej dynamiki, namiętnie szarpią za struny, jakby od tego zależało ich życie, nie tylko artystyczne. Emocje pikują ku górze, jak słupek rtęci w upalne popołudnie. W trakcie piątej części artyści delikatnie tłumią namiętności po obu stronach nieistniejącej sceny. Stawiają leniwe kroki, szepczą po kątach, szarpią za struny z trwogą. Kreują suspens, ale może też pytają o kierunek dalszej drogi. Na ostatniej prostej łapią jednak dynamikę, co dobrze robi całej ekspozycji. Końcową improwizację budują brzmieniowym i emocjonalnym dysonansem. Kontrabasista preparuje smyczkiem, gitarzysta tapla się w akustycznym ambiencie. Opowieść składa się drobnych elementów, pozornie od siebie różnych, ale zwinie lepiących się w spójną całość. Narracja skrzy się tu niespodziankami, każda akcja liczyć może na chytra ripostę. Kontrabas pod smykiem śpiewa smutne piosenki, gitara kłębi się w sobie i zionie drobnym ogniem. Samo zakończenie brnie w mroku po kolana, ale nerwy muzyków pozostają w stanie napięcia aż do uzyskania pełnej ciszy.



Hocus  Narrow (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2022)

Czas akcji nieznany, nagranie live, Água Ardente, Lizbona: João Almeida – no-input mixer. Siedem utworów, 41 minut z sekundami. 

Muzycy improwizujący, to wspaniały gatunek artystów. Uwielbiają czerpać inspiracje ze wszystkiego, a ucieczki w międzygatunkowe otchłanie złych mocy, to niemal ich chleb powszedni. Młody, wielce już obiecujący trębacz z Lizbony właśnie zapisał się do tej kasty odszczepieńców. Wykorzystując dźwiękowy mikser (zapewne analogowy), który generuje fonie nie mając nic na tzw. wejściu, zaprasza nas na harsh-noise’owy trip. Dodajmy, jedyny w swoim rodzaju, wyłącznie dla osób, którzy nie są nadmiernie wrażliwi na trudne dźwięki. Efekt bywa tu incydentalnie różny, momenty intelektualnego bezdechu zdarzać się mogą nam często, ale artystyczna bezczelność Portugalczyka, świetna konstrukcja dramaturgiczna i poziom kreatywności w obrębie zupełnie niemuzycznego instrumentarium winien budzić nas niekłamany podziw.

Początek koncertu nie pozostawia nam złudzeń. Czerstwy, syntetyczny strumień fonii pulsuje, niczym pętla śmierci, która zaciska się wokół naszej szyi. Gna do przodu, nie bez drobnych usterek. Muzyk pracuje na pokrętłach, w pocie czoła kreując ostatecznie dwie ścieżki hałasu. Ten ostatni nabiera mocy w kolejnej części. Jakby pracowały turbosprężarki powietrza - narracja przypomina epokowe nagrania Squarepushera, ale pozbawione beatu, często przybiera też postać gęstego szumu. Na starcie trzeciej części przez moment wydaje nam się, że słyszymy gitarowe sprężenia. Poemat syntetycznej plądrofonii – raz wysoko, raz nisko, raz atakuje z daleka, innym razem z samego bliska. Całość nabiera pewnej pokracznej taneczności, przypomina berlińskie post-techno sprzed trzech dekad, ale pozbawiane dubowego echa. Narracja na ogół pulsuje w niskich częstotliwościach, ale potrafi też być lekka, brzmieć niczym uszkodzona krótkofalówka. Końcowa narracja nie jest bynajmniej kodą, to nowa, gęsta porcja hałasu. Zmutowane, poranione kojoty wyją do księżyca, a przed nami lub w nas, w samym środku naszej głowy, już tylko ściana dźwięku.




Marco Ferrazza & Giacomo Salis  Verso (Tone Burst, Kaseta 2022)

Listopad i grudzień 2021, studyjna sesja improwizowana we Włoszech; Marco Ferrazza – elektronika oraz Giacomo Salis – instrumenty perkusyjne i obiekty. Cztery epizody, 31 minut.

Jeśli nagranie podsyła nam włoski perkusjonalista Salis, możemy być pewni dźwiękowego ciągu przyczynowo-skutkowego, wysokiej jakości i dużej pieczołowitości w kreowaniu absolutnie swobodnej improwizacji. Tym razem Giacomo wyłącznie w towarzystwie elektroniki, znów z tezą na ustach, iż elektroakustyka może mieć bardzo intrygujący dla ucha wymiar. Pierwsze dwie części dają tu lekką przewagę akustyce, w dwóch kolejnych delikatny prym wiedzie syntetyka. Ale, tak czy inaczej, proporcje są naprawdę modelowe.

Na starcie syntetyka pulsuje bezruchem, zaś na perkusyjnym werblu szeleszczą przedmioty poruszające się ruchem okrężnym. Narracja nabiera tu drobnej dynamiki, głównie dzięki rosnącemu napięciu na glazurze perkusyjnego przedmiotu, być może także w efekcie działań live processing, ale tego akurat nie jesteśmy pewni. W kolejnej improwizacji syntetyka stawia na działania o znamionach dynamicznych, z kolei akustyka mości się w sobie, przypominając dźwiękowy rozgardiasz w domowej kuchni. Słyszymy inside piano, ale to zapewne złudzenie foniczne. Z czasem wszystko smakuje tu żywym mięsem. W trzeciej odsłonie elektroakustyka chwili przybiera na masie i stanowczości. Najpierw szemra, potem zaczyna skwierczeć jak olej na patelni. Narracja nosi już znamiona hałaśliwej, jeśli tylko podkręcimy potencjometr - przypomina soundtrack do filmu o umierającym przemyśle ciężkim. W finałowej opowieści syntetyczne pulsowanie napotyka na perkusjonalne szumowisko. Elektroakustyczny śmietnik mieni się tu wieloma szarymi barwami. Można odnieść wrażenie, że każdy dźwięk wpada do elektronicznego kotła i powraca na scenę w syntetycznej powłoce. Żywe dźwięki stękają i szeleszczą, martwa natura szuka zagubionej dynamiki.  



 

René Lussier  Au Diable Vert (Circum-Disc/ ReR Megacorp, CD 2022)

Czas, miejsce i forma nagrania nieznane: René Lussier – gitary, bas, instrumenty perkusyjne, kompozycje, Luzio Altobelli – akordeon, marimba, Julie Houle - tuba, euphonium, Robbie Kuster - mały zestaw perkusyjny, mbira, śpiewająca piła, Marton Maderspach – mały zestaw perkusyjny, Guillaume Bourque – klarnety, Alain Trudel – puzon (w trzech utworach), Koichi Makigami – głos (jeden utwór), Takashi Harada - fale Martenota (jeden utwór) oraz Chris Cutler – głos (jeden utwór). Dziewięć części, 48 minut z sekundami.

Znamienita postać francuskiej art-rockowej gitary zaprasza na wycieczkę do miejsca, które nazwać moglibyśmy … paryskim lunaparkiem. Nagrania powstałe, tudzież wykoncypowane w trakcie pandemii (zatem nie wiemy, ile tu klejenia ścieżek, ile realnych spotkań muzyków), bogate w wydarzenia foniczne, zgiełk ulicy, chaos kreacji i plejady dźwiękowych gagów, po prawdzie nieco-slapstickowych. Ów wielobarwny kalejdoskop upstrzony jest mnogością gitarowych fraz, co dla wielu stanowić będzie zapewne główną atrakcję tej płyty.

Już pierwsze nagranie doskonale wprowadza nas w klimat płyty. Frywolna, dość zabawna gra w dźwięki (z akordeonem!), ale narracja poszatkowana niemal po zornowsku! Bogata instrumentacja, głosy z offu i drobne zaśpiewy, zarówno wokalne, jak i dęte. W kolejnych częściach napotykamy na coraz więcej gitarowych popisów - tylko ten instrument zdaje się tu mieć jakąś drobną przestrzeń do improwizowania. Dramaturgia rwana i szarpana, ale precyzyjnie zaplanowana, a całość definitywnie przeładowana pomysłami. W trzecim utworze pojawia się prawdziwie rockowa ekspresja, w kolejnej, już na poły balladowej, słyszymy więcej niż jedną gitarę, także marimbę i ciepły tembr puzonu. I jakby nam było mało, narrację rozrywają także wokalne wtręty w języku japońskim. Finał utworu grany już jest w tempie karabinu maszynowego, zgodnie z zasadą, iż najświętszą na tym albumie jest idea permanentnej zmiany. W kolejnych częściach mamy bluesową balladę, skoczny, francuski walczyk z kwasowym posmakiem i udaną fazę improwizacji z akordeonem w roli głównej. Nim opowieść dobrnie do szczęśliwego końca dostajemy jeszcze dwa ekspresyjne utwory z rockowymi emocjami i finałową, taneczną opowieść (z tubą!), która pachnie dobrą, bałkańską wódką.




Shepherds Of Cats and Markus Wenninger  Shepherds Of Cats and Markus Wenninger (Fanfare Records, CD 2022)

Luty 2016 roku, miejsce nieznane, okoliczności studyjne,: Markus Wenninger – flet, klarnety, syntezator modularny, didgeridoo oraz Dariusz Błaszczak - tampura, śpiewające miseczki, gongi, porcelanowe dzwony, obiekty, klawikord, Aleksander Olszewski – instrumenty perkusyjne, głos, drobne przedmioty dmuchane, Jan Fanfare - clavinet D6, głos, looper, harmonika, gitara, Adam Webster - wiolonczela, looper, głos oraz Vj Pietrushka - live visual (w wersji audio pozostaje nam wyobraźnia). Cztery improwizacje, 38 minut.

Nasi ulubieni Koci Pasterze, orędownicy transowej, rozwichrzonej, dalece swobodnej improwizacji powracają z artystycznego niebytu wraz z niemieckim multiinstrumentalistą i niewykluczone, iż serwują nam swoje najlepsze jak dotąd danie. Soczyste, klimatyczne, dobrze skonstruowane pod względem dramaturgicznym i brzmieniowym, zgrabnie nasycone niebanalną rytmiką, dodatkowo doposażone w świetną robotę dętą zaproszonego gościa.

Pierwsza opowieść rodzi się tu w ciszy elektroakustyki, małych strun traktowanych wilgotnym smyczkiem i dętych oddechów. Flow formuje się niejako samoczynnie zwinną pracą perkusjonalii, do gry wchodzą kolejne instrumenty, a w tle snuje się strużka psychodelii. W kolejnej opowieści na czele orszaku straceńców pojawia się aktywny klarnet, którego niosą polirytmiczne perkusjonalia. W tle świetnie pracuje wiolonczela, a nad nią unosi się chmura elektroakustycznych niespodzianek. Narracja połyka kolejne strumienie dźwiękowe i z łatwością wspina się drobne, jakże ekspresyjne wzniesienie. Trzecia opowieść znów startuje w mroku, syci się pojedynczymi odgłosami, skutecznie szuka rytmicznej bazy. Jej nerwem życia staje się didgeridoo. Egzotyka rytualnego tańca porywa tu wszystkich, a nerwowe tło buduje dodatkowe emocje. Czwartą improwizacją otwierają dźwięki fletu. Dość szybko do pracy biorą się perkusjonalia. Chamber cello rzuca wyzwanie, które liczyć może na kreatywne reakcje z każdej strony. Opowieść ma tu kilka faz, czasami rezygnuje z bazy rytmicznej na rzecz serii pytań i odpowiedzi, zwinnej gry na małe pola, tudzież budowania onirycznej aury głosami z offu.



Ziemia  Ziemia Dniem (Ziemia, CD 2022)

Czas i miejsce powstania nagrania nieznane: Oskar Tomala – gitara, klarnet, Mateusz Żydek – trąbka, Jakub Wosik – kontrabas, skrzypce oraz Alan Kapołka – perkusja. Siedem kompozycji własnych, 49 minut. 

Obiecany w preambule tekstu soczysty jazz zapewnia nam krajowy kwartet w składzie jak wyżej. Młodzi muzycy dobrze tu sobie wszystko rozpisali, przydzielili role i sprytnie je wykonali. Tematy są zgrabne, nieprzegadane, solowe ekspozycje trzymają poziom, a całość nie musi podpierać się cytatami z przeszłości, choć ich nie unika. Najlepsze wszakże przydarza się muzykom, gdy puszczają wodze fantazji, śmiało wkraczają w dynamiczne strefy i rozsiewają plamy ekspresji po całej scenie studia nagraniowego.

Temat otwarcia wydaje się być dość słodki i nad wyraz melodyjny. Szybkie wejście w fazę improwizacji dobrze tu robi wszystkim – także rockowo usposobionej gitarze i trąbce, która brudzi swoje brzmienie. W kolejnej narracji introdukcja przypada w udziale gitarowym pick-up’om, temat jest przebiegle ogrywany, a kolektywne improwizacje pachną odrobiną bluesa. W części trzeciej uwagę kierujemy na soczyste solo trąbki i gitarę, która zdaje się brzmieć m-base’owo. Czwarty temat płynie z kontrabsu (nie pierwszy zresztą raz), a całość syci się ambientowymi klimatami. To, co najlepsze na krążku dzieje się w utworze piątym. Drive basu ustawia tu wszystko. Narracja z rockowym zębem i semickim zaśpiewem udanie odnajduje strefę spokoju, zmysłowych preparacji (są i skrzypce!), tłumionych melodii, tudzież mrocznej kameralistyki. Szósty temat na starcie huśta się na wietrze, po czym łapie prosty rytm, a tradycyjny już na tym albumie wzrost dynamiki dobrze robi całej ekspozycji. Finałowa kompozycja w swej fazie wstępnej nosi znamiona ciepłej, niesmutnej ballady, zdobionej fikuśnymi ornamentami i szczyptą gitarowego dubu. Po eskalacji tempa opowieść zdaje się formować w niebanalną trawestację La Fiesty Return To Forever!



 

Elo Masing, Christoph Schwantke, Hui-Chun Lin & Kakaduu  Music with Birds (Creative Sources, 2CD 2022)

Marzec 2021, Berlin: Elo Masing – skrzypce, głos, obiekty, Christoph Schwantke - 8-strunowa gitara, głos (dysk pierwszy), Hui-Chun Lin – wiolonczela, obiekty, głos (dysk drugi) oraz Kakaduu – dźwięki wszelakie. Łącznie czternaście improwizacji, 93 minuty z sekundami.

Z ptakami improwizował już choćby Evan Parker, czyniąc ornitologiczne dyskusje za pomocą saksofonu sopranowego. Tym razem do kreatywnej wymiany dźwięków z żywą istotą stają instrumenty strunowe. Skrzypce, raz z udziałem gitary, drugim razem wiolonczeli, starają się włączyć w proces swobodnej improwizacji papugę. Ta ostatnia wydaje sporo dźwięków (także uderza w dzwoneczki), czasami sprawia wrażenie nieco przestraszonej, ale bywa też, że sama próbuje nadawać ton narracji.

Jeśli na pierwszym dysku szukamy urokliwych dźwięków instrumentalnych, to naszą uwagę winniśmy zwracać nade wszystko na pracę skrzypiec. Niemal w każdej z krótkich, nieprzegadanych odsłon mają nam one do zaoferowania dużo smukłych, niekiedy preparowanych, ale także melodyjnych fraz. Jeśli w tej części albumu szukamy szczególnie udanych interakcji na linii instrument-ptak, sięgnąć winniśmy po ostatnie trzy opowieści. Szczególnie część ósmą, gdy większość narracji, to głosowe pobudzanie papugi do aktywności. Rozmowy i śpiewy, krzyki i nawoływania. Finałowa opowieść zostaje oddane w ręce ptaka, a muzycy jedynie spacerują wokół niego. Definitywnie ciekawiej jest na dysku drugim, który przynosi cztery rozbudowane improwizacje. Od samego początku w bystre interakcje wchodzą tu zarówno muzycy, którzy nie szczędzą nam post-barkowych piękności i brudnych, preparowanych fraz, jak i papuga, której długie, smyczkowe frazy wydają się podobać szczególnie mocno. Swoje dokładają także obiekty, które szeleszczą i dobrze wpływają na ptasią kreatywność. Najbardziej urokliwą częścią jest tu druga improwizacja (z bardzo aktywnym ptakiem), najbardziej zaś ekspresyjną trzecia, gdy narracja prowadzona jest zdecydowanie przez trzy ośrodki dźwiękowe. Zwinnych interakcji nie brakuje także w ostatniej improwizacji, w trakcie której kakadu wydaje się niebywale pobudzone i skore do dźwiękowych figli.