Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nate Wooley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nate Wooley. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 sierpnia 2022

Nate Wooley & Columbia Icefield: Ancient Songs of Burlap Heroes!


Amerykański trębacz Nate Wooley, hołubiony na tych łamach od zarania dziejów, powraca z projektem Columbia Icefield, która to inicjatywa kompozytorska po raz pierwszy ujawniona została światu dwa lata temu.

Piszemy projekt, tudzież inicjatywa kompozytorska nie bez przyczyny i nie bez drobnej ironii. Tak się bowiem składa, iż Columbia Icefield, podobnie jak kilka poprzednich formacji trębacza, które bazowały na materiale skomponowanym, niesie ze sobą typowe cechy dla tego typu przedsięwzięć artystycznych Wooleya. Zatem dużą skłonność do bardzo precyzyjnego planowania przebiegu nagrania, ale także pewien dar do przesładzania opowieści i delikatnego przynudzania. Z drugiej strony kwartet CI zdaje się posiadać wyjątkowy potencjał instrumentalny (dwie gitary, amplifikowana trąbka i na poły rockowy drumming), zdolny do czynienia rzeczy naprawdę wielkich. Szczęśliwie bywa on dobrze wykorzystywany w wielu momentach nagrania. Reasumując - pomimo pewnych ambiwalencji, drugi album Columbia Icefield definitywnie polecamy i za moment będziemy go szczegółowo analizować.

Sama idea tego muzykowania ma w sobie dużo treści pozadźwiękowych. Jest z jednej strony próbą czerpania inspiracji z kultury Szwecji (kraju pochodzenia matki artysty), z drugiej zaś jest produktem dalece ekologicznym, którego celem jest permanentne kierowanie naszej uwagi na problemy tego świata właśnie w takiej płaszczyźnie (zauważmy, iż z konopią w tytule samego albumu!). Zainteresowanych szczegółami odsyłamy do opisu albumu, tudzież pokaźnego zestawu fotografii, jakie zdobią booklet dołączony do kompaktowej edycji płyty.

Dodajmy jeszcze, iż blisko godzinne nagranie jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, składa się z czterech drobnych odcinków bez tytułów (utwory nieparzyste) i trzech zasadniczych, kilkunastominutowych opowieści z tytułami (utwory parzyste). 



 

Początek nagrania, to kilkuminutowa introdukcja, która zdaje się być samotną pracą trąbki z amplifikatorem, przypominająca szum morskich fal. Nagranie właściwe zaczyna się już w części drugiej, budowanej skrupulatnie i udanie wspinającej się na dość efektowny szczyt, który śmiało możemy nazwać jednym z najciekawszych fragmentów płyty. Obie gitary frazują bardzo spokojnie, pracują perkusyjne talerze, a trąbka szumi na potęgę. Całość przypomina broken ballad, która zaczyna obudowywać się coraz bardziej ekspresyjnymi dźwiękami, aż do momentu osiągnięcia zapowiadanej wcześniej kulminacji. Sygnał do delikatnego hamowania daje tu sama trąbka, która z pozycji wichrzyciela przechodzi w łagodny, śpiewny flow. Dokładnie w tym momencie nagrania pojawia się altówka (pierwszy gość nas płycie), która nieznacznie zabrudzonym tembrem zaczyna siać niepokój narracyjny. Dalsza faza kompozycji nie ma jednoznacznego kierunku. Przypomina huśtawkę, kołysaną podmuchami wiatru. Trzeci utwór jest de facto finalizacją części drugiej i ostatecznie ginie w odgłosach przypominających szmer nadbrzeża portowego.

Część czwarta, a druga zasadnicza, rodzi się z ciszy, podobnie jak cały album. Spokojne, na poły balladowe frazowanie w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Po około dwóch minutach napotykamy jednak na pauzę i budowanie narracji zaczyna się od nowa. Tu w roli głównej pedal steel guitar, która nie dość, że zawiązuje narrację, to jeszcze efektownie przechodzi do fazy ekspozycji solowej (z uroczym posmakiem psychodelii!), a potem, już w dalszej, dość swobodnej części, zdaje się być najważniejszym uczestnikiem improwizacji. Po niedługim czasie narracja przez moment staje na rozdrożu (słodka trąbka na niewiele pozwala), szczęśliwie jednak do gry włącza się bas elektryczny (drugi gość na płycie!) i wrzuca do tygla wystudzonych emocji niemal rockowy drive. Mimo, iż reszta załogi zdaje się skupiać na wyśpiewywaniu zadanego tematu kompozycji (choć nie wprost), to całość opowieści budzi już większe emocje, dodatkowo udanie stylizując się na fussion-jazzową piękność nocy. Świetną ekspozycję serwuje nam tu trębacz, a zaraz po nim basista. Powrót śpiewnego tembru trąbki znów czyni na scenie duże porządki, a kompozycja ostatecznie wygasa w części … piątej, która jest owym kolejnym, nieparzystym interludium, a zdobi ją szmer leśnego strumyka.

Początek szóstej kompozycji spoczywa na barkach delikatnie frazującej trąbki i gitary. Pogłos, szum wody i perkusyjne talerze stanowią tło. Narracja dzieli się tu na kilka faz. Najpierw mamy zmysłowe, trębackie solo, potem trio bez trąbki, które wrzuca intrygujący tryb dość swobodnej improwizacji, czynionej na ciekawej dynamice, wreszcie powrót trąbki, która znów stara się łagodzić obyczaje. Tymczasem reszta załogi zgłasza zdania odrębne i ciekawie fermentuje. Emocje buzują teraz na delikatnie zaciągniętym hamulcu ręcznym, rozkołysane śpiewem, tudzież kolejnymi smaczkami fussion. Kompozycja finalizuje się w części kolejnej, która przy okazji jest ostatnią opowieścią tego wieczoru. Mocno przesłodzona, arbitralnie wystudiowana, ginie w szumie fal. Partycja intrygujących szumów (trąbki, samej amplifikacji?) trwa tu ponad trzy minuty i zdaje się być z czasem delikatnie dekonstruowana, smakuje niczym wirus cywilizacji, który trawi piękno natury.

 

Columbia Icefield Ancient Songs of Burlap Heroes (Pyroclastic Records, CD 2022). Mary Halvorson – gitara, Susan Alcorn - pedal steel guitar, Ryan Sawyer – perkusja, Mat Maneri – altówka (utwór 2), Trevor Dunn – bas elektryczny (utwór 4, a także 5) oraz Nate Wooley – trąbka i amplifikator, kompozycje. Nagrane w Oktaven Audio, 14-15 października, 2021. Siedem kompozycji, łączny czas - 56:40.

 

 

wtorek, 31 sierpnia 2021

Superimpose with John Butcher, Sofia Jernberg & Nate Wooley!


Nagrania niemieckiego puzonisty Matthiasa Müllera śledzimy na łamach Trybuny na bieżąco, zatem świetnie są nam znane także jego wspólne nagrania z perkusistą Christianem Marienem, które pod szyldem Superimpose muzycy realizują już piętnaście lat! W tym czasie grali ze sobą więcej niż sto razy, ale płyt dokumentujących te spotkania nie ukazało się zbyt wiele, bo do końca roku ubiegłego raptem trzy.

Jubileuszowy rok 2021 zdaje się zmieniać ten obraz sytuacji. Najpierw Müller i Marien zaprezentowali frapujące trio z udziałem francuskiej pianistki Eve Risser (na tę okoliczność przyjęli nazwę Cranes), a tegoż lata ich dyskografia uzupełniła się o fantastyczny trójpak, który zawiera trzy ekskluzywne nagrania Superimpose z udziałem gości – Johna Butchera, Nate’a Wooleya, a także Sofii Jernberg.

Nim wszakże przejdziemy do szczegółowego omówienia tego wydawnictwa, jeszcze jedna wspaniała wiadomość: Superimpose swoje 15-lecie świętować będzie w poznańskim Dragonie, dokładnie 3 października 2021 roku, na zakończenie piątej edycji Spontaneous Music Festival!

 


Dźwięki zamieszczone w boxie Superimpose With powstały w roku 2018 roku. Na początku drugiej dekady stycznia muzycy zaplanowali sobie weekend z gwiazdami w berlińskim Studioboerne45. W ciągu dnia improwizowali bez udziału publiczności, wieczorem grali koncerty, w trakcie których najpierw zaproszony gość występował solo, potem zaś artyści muzykowali we trójkę. Pierwszego dnia gościem Superimpose był amerykański trębacz Nate Wooley, dzień później zaś angielski saksofonista John Butcher. Zaproszona na to samo wydarzenie szwedzka wokalistka Sofia Jernberg niestety nie dojechała. Co się wszakże odwlecze, to nie uciecze … Dwa miesiące później na festiwalu Sound Disobedience w Ljubljanie spotkanie z Sofią doszło już do skutku. Zarejestrowało wówczas niedługi koncert, który także trafił na omawiany dziś trójpak. Efektownie wyedytowany box dostarcza słoweński label Inexhaustible Editions. Trzy płyty w formacie CD trwają łącznie prawie 125 minut. Nagrań słuchamy w kolejności, jakiej ukazały się na płytach, nie zaś wedle chronologii samych koncertów.

 

With John Butcher (sześć części, 47:21)

Muzycy zaczynają bardzo spokojnie, pełni wzajemnego respektu, wszak to dla nich pierwsze spotkanie w takiej konfiguracji personalnej. Saksofon tenorowy prycha, puzon trenuje kompulsywne przedechy, a mały drumming buduje wyważone tło. Improwizacja snuje się dość leniwie, ale podszyta jest dramaturgicznym niepokojem. Saksofon szumi, puzon szuka tanecznego kroku i zdaje się być na tym etapie spotkania wyjątkowo rozbawiony, zaś o ład i porządek dba perkusja, kreśląc skupioną narrację, która predestynuje do bycia sercem tego przedsięwzięcia. Po niedługim czasie posadowione na flankach saksofon i puzon zaczynają eskalować swoje poczynania, a trio wpada w bystrą kipiel. Tuż po wyhamowaniu następuje efektowana faza ambientowo-dronowa, zdobiona sopranowymi zaśpiewami, po tym jak Anglik niemal niezauważenie zmienia instrument. Druga improwizacja rodzi się w pobliżu ciszy, stawia na szum i akustyczne zniekształcenia fonii – mały zakład wulkanizacyjny dęciaków i perkusyjny taniec, bardzo mechaniczny, jakby talerz ugniatany był rytmicznie na werblu. Muzycy bez trudu łapią ekspresję i fundują nam naprawdę efektowne zakończenie.

Trzeci epizod buduje czyste brzmienie perkusji i dęte drony. Bardziej dźwięczne frazy pojawiają się na scenie jakby mimochodem. Narracja pęcznieje i zaczyna smakować free jazzem. Flow gaśnie jednak dość szybko, a nowy wątek kreują same drobiazgowe frazy – saksofonowe cmokanie, perkusyjne delikatności i przeciągnięte oddechy puzonu. Perkusista nie wykazuje się nadmierną cierpliwością i bez zbędnej zwłoki zaprasza całą czeredę improwizatorów do tanga! Taki oto, dość zrównoważany post-free jazz ściele nam się dość gęstą strukturą dźwięków, nie bez imitacyjnych zachowań dęciaków, ze świetnym, urozmaiconym, ale lekkim drummingiem. Opowieść gaśnie w błyskotliwym rezonansie uroczo preparowanych dźwięków. Czwarta improwizacja kontynuuje pochód dźwięków, która wzajemnie rezonują. Ciche zabawy w podgrupach - pomruki puzonu i rytmiczne chrząkania saksofonu napotykają na cierpliwe frazy perkusjonalii. Zaraz potem dęciaki znów szukają dronów, którym bardzo po drodze z efektownym deep drummingiem. Opowieść nabiera mocy, potem efektownie rezonuje, ale wszystko zdaje się tu dziać pod pełną kontrolą artystów. Jakby na przekór słowom recenzenta finał improwizacji, to szczypta zmysłowego hałasu, który powstaje nawet na etapie, gdy muzycy już wyłącznie szumią!

Piątą część otwiera saksofon sopranowy, który szuka rezonansu, ale i syczy złowieszczo. Z kolei puzon chrząka. Nawet perkusja stara się tu wydawać całkiem ludzkie odgłosy. Muzycy szumią i śpiewają, kołyszą się na wietrze i skaczą do samego nieba. Jakby niepostrzeżenie lądujemy już w finałowej improwizacji. Ta zdaje się mieć na początku pewną myśl przewodnią. Muzycy budują błyskotliwy flow, korzystając z drobnych interwałów ciszy. Tym, który dyktuje warunki jest perkusista. Improwizacja wydaje się być ciekawie rozkołysana, nieco rozwydrzona, dając dużo emocji, ale i specyficznego ukojenia. W drugiej części opowieści muzycy powracają do estetyki dronowej, ale nadają swym dźwiękom dużo wewnętrznej melodyki. Delikatny drumming świetnie się w tej roli odnajduje. Emocje rosną - taniec, śpiew i masywne westchnienia puzonu. Improwizacja gaśnie suchym ambientem szumiących instrumentów.

 

With Sofia Jernberg (dwie części, 33:13)

Zasadnicza część koncertu trwa prawie pół godziny i jest – nie ukrywajmy – nieustającym pasmem akustycznych cudowności! Muzycy zaczynają swój występ jakby tkwili w zupełnych ciemnościach, szukają się po omacku, grają z ciszą, budują pierwszy wątek zarówno z rwanych, jak i rozbudowanych fraz (choćby piękne wokalizy w estetyce sustained piece). Pewne nostalgiczne rozkołysanie, ale i skupienie godne wyjątkowo skrupulatnej narracji, to parametry tej części improwizacji. Najpierw szybko osiągnięty peak emocji, potem równie szybkie wyhamowanie. Z ust wokalistki płyną zmysłowe preparacje, z tuby puzonu przeciągłe westchnienia, z powierzchni zaś werbla i tomów drobne, perkusjonalne zdobienia, jak zawsze u Christiana, podszyte wewnętrzną tkanką rytmiczną. Po niedługim czasie nowe emocje idą nade wszystko z gardła Sofii – rżenia, pokrzykiwania, lamenty i niemowlęce kwilenia. Te akcje mogą liczyć na stylowe reakcje puzonu Matthiasa, który wie, że jego instrument także ma gardło, przełyk i może wydać dowolny dźwięk! Jeśli dodamy do tego kilka rezonujących fraz perkusyjnych, obraz wspaniałości pierwszej części seta wydaje się być pełny.

Spokojne nasłuchiwanie, subtelność wzajemnych reakcji i duża cierpliwość budują tu podwaliny pod bardziej dynamiczne ekspozycje, które pojawiają się nieco częściej w drugiej połowie seta. Efektowny krzyk Szwedki, a także krótki, ale dosadny popis solowy stawiają Niemców w sytuacji bez wyjścia – też muszą uderzyć w najlepsze dźwięki! Powrót do formuły tria zdaje się być jeszcze efektowniejszy – niemal ambientowa ekspozycja, po części realizowana w duecie, która wystawia na poklask publiczności szczególnie garść perkusjonalnych perełek. Opowieść rozpada się na mniejsze fragmenty, akustyczne drobiazgi, które szukają obecności ciszy i bez trudu ją odnajdują. Na moment muzycy tkwią w efektownym suspensie, który zdobiony jest jedynie rezonującymi talerzami, a po ułamku sekundy także nanodźwiękami z gardła i tuby blaszaka. Po 20 minucie następuje czas na decydującą rozgrywkę! Sofia wypuszcza z cierpiącego gardła feerię melodyjnych brzmień, perkusjonalia wciąż skupiają się na metalicznych zaletach talerzy, a puzon z mikroskopijnych dźwięków tworzy niemal epicki dramat. Końcowe fragmenty koncertu, to śpiew dobywany z każdego przedmiotu na scenie i ust wokalistki, a ostatnia prosta, to samotny puzon, który tyka jak zegar.

Kilkuminutowy encore, to efektowne podsumowanie całego spektaklu. Budowany kolektywnie, bogaty w foniczne wydarzenia - puzonowe zaśpiewy i zmysłowe parsknięcia, gardłowe piski i skomlenia, krzyki i wrzaski, wreszcie plejady perkusjonalnych ornamentów. Dodatkowo wszystko zdaje się tu wchodzić w imitacyjne relacje. Znów z samych drobiazgów muzycy kleją emocjonalny szczyt, po osiągnięciu którego wpadają wprost w objęcia burzliwych oklasków.

 

With Nate Wooley (cztery części, 43:26)

Spektakl dwóch instrumentów dętych blaszanych i bystrych perkusjonalii zaczyna się niczym inicjacyjny rytuał. Wybrzmiewający gong szyje strumień dźwiękowy, który narasta samotnie niemal prze dwie i pół minuty. Pozostałe instrumenty wchodzą do tej gry stojąc na palcach – puzon podsyła drony, trąbka swobodne parsknięcia. Od początku artyści snują preparowane, uroczo pokomplikowane dźwięki. Przez moment słyszymy nawet jakiś dźwięk elektryczny, ale nie wiemy, kto stoi za tym incydentem. Pierwsza improwizacja, choć toczona w medytacyjnym tempie, systematycznie narasta i dociera na całkiem efektowny szczyt. Kolejną część otwierają blaszane całusy, którym towarzyszy mały drumming. W przeciwieństwie wszakże do improwizacji otwarcia, ta ekspozycja ma swoją dynamikę, jest dalece żwawsza. Po kilku pętlach całkiem niedaleko jej do ekspresji free jazzu, głównie za sprawą masywnie brzmiącego werbla. W połowie nagrania następuje drobne interludium solowe perkusji, po czym opowieść nabiera intrygującej śpiewności i taneczności, kończąc swój żywot pikantnie skonstruowanym zakończeniem.

Dwie kolejne części są znacznie dłuższe od dwóch pierwszych, trwają ponad 13 minut każda. Najpierw spokojne, znów na poły medytacyjne otwarcie – podmuchy dźwięcznego powietrza leżakują na podłożu perkusjonalnych obcierek. Klimat robi się całkiem molowy, zatem zejście w ciszę wydaje się być spodziewanym wyborem muzyków. Narracja staje w miejscu i czeka na sygnał do budowania czegoś nowego. Perkusja nie pozostaje w tej sytuacji bierna, a pomaga jej trąbka, która przez moment wyje niczym syrena alarmowa. Puzon w drobnej opozycji, daje kilka chwil na samotną ekspozycję trąbce, po czym staje w szranki duetowej, lamentującej rywalizacji. Perkusja wraca i zabiera zwaśnione strony na pierwszy szczyt. Dalece kontrolowana akcja przechodzi w fazę szumów i głębokich oddechów, tym razem toczącą się pod dyktando puzonu. Trąbka przypomina tu silnik niskoprężny, tuż przed wydaniem z siebie ostatniego dźwięku. Preparowane percussion tym razem w roli wisienki na torcie. Zakończenie stawia tu zatem na intensywność dźwięków, nie tempo samej ekspozycji.

Ostatnia improwizacja budowana jest bardzo kolektywnie, na początku znów zdaje się przypominać drogę w nieznane. Trąbka śpiewa, puzon charczy, a perkusja nawet incydentalnie hałasuje! Zaraz potem czeka nas niedługa zabawa z urywane frazy, zdobiona głosem samego trębacza. Muzycy kreują opowieść z samych detali, preparują, szeleszczą i burczą. Akcenty rytmu nie zmieniają sytuacji scenicznej – flow płynie tuż obok wszechogarniającej ciszy! Po 8 minucie czas na nowy wątek – najpierw odrobina rezonansu i dronowych pasaży, potem improwizacja dostaje się w sidła rytmu, tym razem wprost z tuby puzonu i mocy, tym razem z trębackich wentyli. Brass dance & percussion preparations, tak moglibyśmy określić tę fazę spektaklu. Finałowa dynamika tym razem płynie do muzyków wprost z perkusyjnych akcesoriów. Już bez jakiejkolwiek kontroli improwizacja wpada w niemal ognistą powłokę i zostaje po niedługim czasie bardzo efektownie wygaszona.

 

 

 

piątek, 18 czerwca 2021

Nate Wooley! Mutual Aid Music has a history!


W oceanie muzycznych pomysłów amerykańskiego trębacza Nate’a Wooleya kwartet Battle Pieces zajmuje miejsce dość szczególne. Jest bowiem pomysłem na improwizację, tu istotnie predefiniowaną, najbliżej posadowionym muzyki kameralnej. Skład na trąbkę, fortepian, wibrafon i saksofon buduje swoje opowieści nieśpiesznie, dba o niuanse brzmieniowe i nade wszystko dramaturgiczne. Kwartet Battle Pieces ma swym dorobku edycję pierwszą, drugą i … czwartą. Nic nam nie wiadomo o upublicznieniu edycji trzeciej, ale ona istnieje, przynajmniej na papierze, a jej dalekim odgłosem mogą być intuitywne instrukcje, jakimi posługuje się … rozbudowana do oktetu wersja Battle Pieces, jaką odnajdujemy na najnowszej płycie Wooleya, nazwanej dość buńczucznie Mutual Aid Music, czyli muzyka pomocy wzajemnej, tłumacząc z angielskiego najprostszym sposobem.

Na dwupłytowym wydawnictwie (Pleasure Of The Text Records, CD 2021) odnajdujemy osiem improwizacji, dla których rozpisano dość szczegółowe, ale jednak bardzo swobodne instrukcje, o szczegółach których napiszemy za kilka chwil. Na razie poznajmy line-up, na który składają się rdzenni członkowie Battle Pieces: Nate Wooley – trąbka, Ingrid Laubrock – saksofon, Sylvie Courvoisier – fortepian i Matt Moran oraz doproszeni do oktetu: Mariel Roberts – wiolonczela, Joshua Modney – skrzypce, Cory Smythe – fortepian i Russell Greenberg – wibrafon i instrumenty perkusyjne. Całość nagrania trwa 91 i pół minuty.



 

Każdy z utworów zamieszczonych na płycie zdaje się być inaczej skonstruowany, toczy się z inną dramaturgią, dostarcza także bardzo zróżnicowanych emocji. Każdy z muzyków w trakcie wykonywania danego utworu ma dwa rozwiązania do wyboru: albo improwizuje całkiem swobodnie, albo korzysta z przygotowanych koncepcji kompozytorskich, które nie są wszakże ścisłymi wytycznymi zapisanymi na pięciolinii, to raczej opis technik gry, zasad harmonii, czy też tonacji oraz innych atrybutów dźwiękowych, jakimi winien się dany muzyk kierować realizując swoją improwizację. Kardynalną wszakże wytyczną dla każdego muzyka w trakcie każdego utworu jest intensywne słuchanie partnerów i wchodzenie z nimi w interakcje, określane tu jako tzw. pomoc wzajemna. Przy okazji tychże wytycznych kłania nam się nieśmiertelny duch koncepcji improwizatorskich Johna Stevensa, realizowanych zarówno w ramach mniejszych składów Spontaneous Music Ensemble, jak i większych, tych pod szyldem Spontaneous Music Orchestra.

Opowieść zaczyna się bardzo kolektywnie budowanym strumieniem dźwiękowym, ale nie wychodzącym poza obszar estetyczny, który śmiało możemy określić mianem post-chamber. Molowe, rzewne zaśpiewy, a na czele pochodu wyrazista, czysta w brzmieniu trąbka. Narracja powolna, silnie zadekretowana, niemal post-romantyczna, doposażona wszakże w drobne kanty i efektowne, zadziorne frazy. Emocje koi wibrafon, ciepła dodaje piano, a małe intrygi snują instrumenty dęte. Ciekawiej robi się w kolejnej części, którą zaczyna duet saksofonu i trąbki. Tuż po wejściu w ich szyk narracyjny wibrafonu i piana (być może należy użyć tu liczby mnogiej!), opowieść wtacza się na niemal free jazzowy szczyt. Po wystudzeniu muzycy koncentrują się na bystrych interakcjach, po czym za sprawą agresywnego piana cała opowieść narasta i marszowym krokiem, już zapewne pełną ławą instrumentalną, osiąga całkiem spektakularne zakończenie.

Zapewne to koncepcje autorskie sprawiają, iż po porcji dużych emocji czeka nas istotne ich wytłumienie. Trzecia część budowana jest delikatnymi, bardzo skrupulatnie skonstruowanymi frazami. Zaczynają wibrafon i skrzypce, potem do gry wchodzi minimalistyczne piano i łagodne dźwięki dęciaków. Trochę zamieszania wprowadza ostre cello, ale dźwięk percussion znów studzi emocje. Muzycy zdają się celebrować dramaturgiczne zaniechanie, czekają na to, co wydarzy się w dalszej części nagrania. Tym najmniej cierpliwym jest chyba łobuzujący na boku wibrafon. Część czwarta w pełni rekompensuje nam pewne ambiwalencje, wynikające z dramaturgii utworów nieparzystych. Najlepsza część pierwszego dysku zaczyna się garścią tajemniczych fraz wibrafonu, nerwowymi preparacjami trąbki i strunowymi boleściami. Dirty free chamber w pełnej krasie, które z każdą sekundą zdaje się nabierać mocy, a nawet hałasu! Muzycy odbywają długą podróż od preparowanych brzmień ciszy po eksplozywne wzgórza emocji. Każda akcja może tu liczyć na bystrą reakcję, a koncepcja mutual aid zdaje się perfekcyjnie funkcjonować w tej ośmioosobowej grupie społecznej. W ramach efektownej wisienki na torcie dostajemy jeszcze kompulsywny duet fortepianów, z których jeden proponuje dźwięki preparowane, drugi zaś efektowne palcówki po klawiaturze. Równie dosadny zdaje się być komentarz obu dęciaków. Finałowe wzniesienie ma pełne walory freejazzowe, a wieńczą je piękne dźwięki inside piano ze strunowymi ornamentami.

Otwarcie drugiej płyty jest dalece ceremonialne, ogłasza je bowiem masywne uderzenie w gong. Riposta strunowych instrumentów jest nagła i szyje nerw dla całej ekspozycji. Hałaśliwy chamber zbiera plony niemal przy każdej pętli narracyjnej. Masywne frazy fortepianów i leniwe oddechy dętych budują kontrapunkt, a całość narracji wykonuje wyboistą drogę od dłuższych do krótszych fraz. Znów dużo dobrego dostarczają oba fortepiany, które ponownie bawią się w Dawida i Goliata. Finał należy wszakże do skrzypiec, które kończą utwór równie efektowną łobuzerką, jaką go zaczynały. Kolejna opowieść definitywnie rozgrywa się w podgrupie fortepianów i strunowców. Pozostałe instrumenty, nawet jeśli zdolne są wydać jakikolwiek dźwięk, stanowią jedynie tło. Znów dużo kameralistyki i post-barokowych smyczków. Na koniec najwięcej werwy wykazują dęciaki i to właśnie one ciągną formację na stosunkowo efektowne spiętrzenie, kończące utwór.

Trzecia część wydaje się być nad wyraz konkretna. Niezbyt długa, z nerwem życia, nastawiona na bystre akcje i takież reakcje. Zaczyna piano, potem strunowe drony, kilka dźwięków wibrafonowych. Cała opowieść trzyma się dolnych rejestrów, zdaje się być smutna i zrezygnowana. O zmianę klimatu dba tym razem agresywne, preparowane piano, ale skontrapunktowane zostaje strumieniem słodyczy płynącym ze strony wiolonczeli i skrzypiec. Saksofon i trąbka przypominają o sobie na samym końcu, ewidentnie przespały bowiem ten numer. Czas na finał, aż 15-minutowy, oferujący dużo zdarzeń, wiele akcji, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża, gdy pytanie o dalszą drogę zdaje się być głównym zajęciem większości muzyków. Zaczynają dęciaki, potem strunowce, wreszcie wibrafony. Są kanty i zadziory, ale i chwile nostalgicznej zadumy i trywialnej nudy. Dużo zabawy w podgrupach, mało emocji na scenie głównej. Leniwa dynamika zyskuje na parametrach dopiero po dziesiątej minucie, ale nie na długo. Kilka chwil ubarwionych metodą call & responce, bystre expo fortepianu i finałowe, całkiem udane na tle całości utworu, nerwowe podrygi niemal wszystkich instrumentów. Nagranie milknie w poświacie dźwięków preparowanych.

 

 

wtorek, 23 lutego 2021

Ivo Perelman & Nate Wooley in their new kind of Polarity!


Ivo Perelman i Nate Wooley konsekwentnie podążają wspólną drogą artystycznej chwały. Ich przygoda zaczęła się na płytach Philosopher’s Stone i Octagon, którymi zachwycaliśmy się na tych łamach na przełomie zabawnych lat 2017/2018. Obie rzuciły nas na kolana, zarówno trio z udziałem Matthew Shippa, jak i kwartet, który uzupełniali Brandon Lopez i Gerald Cleaver. Ich music friendship istotnie ugruntowała się na trzeciej i czwartej edycji Strings, projektu Perelmana, w którym zasłuchiwaliśmy się w latach 2018 i 2019.

Muzycy postanowili nie odpuszczać i dokładnie rok temu, definitywnie idąc za ciosem, nagrali płytę Polarity (w miejscu zwanym Park West Studios, na nowojorskim Brooklynie; wydawcą jest Burning Ambulance Music*). Album miał swoją premierę mniej więcej dwa tygodnie temu. Panowie nazwali swe spotkanie Polaryzacją (tudzież Dwubiegunowością), ale śmiało mogli też nazwać je Strictly in Unity. Bez zbędnej zwłoki zapraszamy do poznania efektów ich doskonałej roboty studyjnej. Nagranie saksofonisty tenorowego i trębacza składa się z dziesięciu swobodnych improwizacji, a trwa niepełne trzy kwadranse.



Do wspólnej zabawy w efektowną improwizację na dwa dęciaki zaprasza nas zalotny, śpiewny tenor i trąbka, która płynie z posmakiem stylowego, hard-bopowego Milesa Davisa! Muzycy skaczą i fruwają, kolebią się i trzepoczą na wietrze, pną ku górze i bystrze pikują do samego dołu, przy tym wszystkim śmiejąc się do rozpuku. Doskonale się słuchają, choć na tym etapie ekspozycji wzajemna imitacja nie wydaje się być jakimkolwiek drogowskazem dla ich muzycznych igraszek. Dynamika, zadziorne frazy, ale bez dramaturgicznych kantów i agresywnych fraz. Mnóstwo w ich grze melodyjności, ale i prześmiewczych ripost, tudzież kąśliwych komentarzy. Zmiana zdaje się tu gonić zmianę, ale na finał wielkiego otwarcia płyty Ivo i Nate są już kardynalnie jednym ciałem. Kolejna opowieść zaczyna się bardzo nerwowo. Szybkie powtórzenia, bystre reakcje, kilka preparowanych fraz trąbki, czynionych w meta rytmie. Saksofon szuka zaczepki, trąbka też stawia na namiętne, bardzo emocjonalne reakcje. Szczęśliwie po kłótni kochanków, zawsze jest czas na soczyste ukojenie.

Trzecia opowieść zaczyna się bardzo spokojnie – garść rzewnych śpiewów, posmak post-bluesa, a nawet gospel, delikatny, wysoki saksofon i ciepła trąbka. Po chwili muzycy idą już w swawolne tango, ale nie eskalują nadmiernie tempa, ani emocji. Czwarta opowieść zdaje się drążyć klimat otwarcia poprzedniej – jest refleksyjna, rzewna, z piękną, semicką śpiewnością. W piątej coś zaczyna zakłócać pozorny spokój muzyków – ich instrumenty jęczą, zgrzytają zębami i prychają ze zniecierpliwienia. Wzdychają i ślą niepokojące meta okrzyki. Opowieść nabiera emocji i intensywności, pojawiają się zadziorne frazy, a całość pnie się ku górze (tenor Perelmana potrafi to, jak żaden inny!). Kolejna improwizacja na starcie znów raczy nas cierpiętniczymi frazami, schodzi jeszcze bardziej w okolice ciszy, pełna jest egzystencjalnej boleści i kruchości. Muzycy i ich instrumenty kaszlą i syczą, gadają ze sobą jak pijane papugi (Ivo wydaje nawet odgłosy z otworu gębowego!), w końcu warczą na siebie, jak poirytowane kundle. Siódma część stara się te zwierzęce animozje delikatnie temperować – melodyjny saksofon, rytmiczna trąbka w poszukiwaniu dynamiki i całe morze czystych fraz.

Ósma improwizacja, kolejna z cyklu bystrych miniatur, powraca do semickich akcentów. Westchnienia i zaśpiewy, frazy szukające coraz wyższych rejestrów, podawane wszakże z rosnącą intensywnością. Saksofon piszczy z wrażenia, a trąbka warczy, aż do osiągnięcia konsensusu w trakcie ostatniego dźwięku. Dziewiąta historia, znów krótka, tym razem pełna imitacji, kaczego gdakania i ptasich przekomarzań. Wesoła opowieść podprowadza nas pod dziesięciominutowy finał płyty. Ten zaś zaczyna się bardzo spokojnie, harmonijnie, bez pyskówek, w poczuciu adekwatności czasu i przestrzeni, jakie stwarza muzykom perspektywa długości ostatniej piosenki. Zalotne myśli, wyważone frazy, początkowo kreowane raczej bez zdań odrębnych. Muzycy szukają brudnego brzmienia, ale nade wszystko dbają o wymiar całości – wciąż się inspirują, reagują na każdy dźwięk, podsuwają sobie wzajemnie, tak drobne, jak i bardziej rozbudowane frazy. Najpierw nabierają tempa i zadziorności, potem efektownie hamują, ale nadal brną w czeluść improwizacji przepełnieni melodią i zgodą, co do kierunku rozwoju sytuacji scenicznej. Wpadają jeszcze w małą turbulencję, jest także czas na krótki epizod solo saksofonu, po czym ponownie razem, wspinają się na ostatni szczyt, do którego droga zdaje się być niespodziewanie intensywna, groźna i pełna emocji.

 

*) płyta jest na razie dostępna tylko w plikach, m.in. na bandcampowej stronie saksofonisty, premiera edycji na CD jest, póki co, odłożona w czasie

 

 

wtorek, 5 stycznia 2021

Nate Wooley in the triple edition! Seven Storey Mountain! NOX! Icepick!


W ostatni dzień paskudnego roku 2020 Trybuna Muzyki Spontanicznej wylistowała 66 powodów, dla których – mimo wszystko! – warto ów dwunastomiesięczny period zapamiętać! Na liście wyróżnionych płyt znalazły się trzy, w których udział sprawczy pewnego amerykańskiego trębacza był więcej niż kluczowy.

Albumy te nie zostały dotychczas zrecenzowane (czas Pana Redaktora nie jest z gumy!), zatem dziś nadrabiamy tę drobną, acz jakże istotną zaległość i zapraszamy na odczyt, tudzież odsłuch trzech doskonałych płyt Nate’a Wooleya. Pierwsza, to jego autorski, rzecz można flagowy projekt, czyli szalona koncepcja Seven Storey Mountain*). Zaraz potem pewien litewski, jednorazowy kwartet, a na koniec trio, które nie gra ze sobą zbyt często, ale mimo to, możemy już cieszyć się jego trzecią płytą.

 


Nate Wooley  Seven Storey Mountain VI (Pyroclastic Records, CD 2020)

Pod koniec listopada 2019 roku, w miejscu zwanym Oktaven Audio, Nate Wooley (trąbka, amplifikator, kompozycja) zebrał trzynastu muzyków, by wykonali szóstą edycję jego Siedmiopiętrowej Góry. Oto oni: Samara Lubelski oraz C. Spencer Yeh (skrzypce), Chris Corsano, Ben Hall oraz Ryan Sawyer (perkusje), Susan Alcorn (pedal steel guitar), Julien Desprez oraz Ava Mendoza (gitary elektryczne), Isabelle O’Connell oraz Emily Manzo (instrumenty klawiszowe), Yoon Sun Choi, Mellissa Hughes oraz Megan Schubert (głosy). Szósta edycja Seven Storey Mountain, to tradycyjnie jeden trak, który zaczyna się w ciszy i tamże kończy swą podróż, po drodze ryjąc nam berety emocjami rzadko spotykanymi na niwie muzyki improwizowanej. Trwa 45 minut i jedną sekundę.

Ceremonia otwarcia spektaklu przypada w udziale chórowi kobiecych głosów. Panie mruczą melodyjnie, niczym feministyczny odłam zakonu krzyżackiego, który za moment wyruszy na meta religijne, wojenne łowy. W roli skromnego akompaniamentu frazy z gitary. W tle zaczyna się jednak rodzić życie dużego, orkiestrowego potwora. Samo zło zdaje się iść od strony elektroakustycznych świergotów, mikro przesterów i plastrów ambientu. Pojawia się piano i akcenty perkusjonalne, ale sama podróż, jak na razie, odbywa się we względnej harmonii, w dość łagodnej tonacji. Po wybiciu 7 minuty szczoteczki rozbudowanej sekcji perkusyjnej zaczynają kreować pewien rodzaj dynamiki. Atmosfera wokół nich zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa. Efekt wzmacniają pierwsze pasaże z keyboardów, które snują wątki niemal fussion-jazzowe, ale bez eskalowania poziomu głośności. Narracja krok po kroku zaczyna wspinać się na Siedmiopiętrową Górę. Żmudna to, ale efektowna wspinaczka. O emocje dbają przede wszystkim skrzypce i gitary, wyposażone w dużą moc energii elektrycznej i adekwatny pogłos. Opowieść nabiera kwasowości i posmaku niemal transowej psychodelii. Wielobarwny kalejdoskop dźwięków, jednak nie bez onirycznej poświaty. Niektóre wątki rozbłyskują, inne pętlą się i obumierają.

Po upływie 18 minuty zaczyna się już mała wojna światów – perkusje wybijają jednostajny rytm, ale na dalszym planie wszystko wydaje się być już wyzwolone z jarzma koncepcji kompozytorskiej. Gitary kołyszące się na przetwornikach, tajemnicze głosy, szumiące warstwy usterkowych fonii, nerwowe podrygi z klawiatur – wszystko to ubarwia flow, ale jednocześnie sprawia, iż całość jakby rozłaziła się w szwach. Do ognia dokładają perkusje, zaś gitary i skrzypce tańczą wokół własnej osi, swawolą, skaczą i z piskiem upadają na samo dno. Plejada drobnych incydentów kipi niczym gotująca się woda. Makrokosmos wielkiej góry eksploduje – dynamiczne, ostre frazy, chwilami nawet drapieżne, ale schowane jakby za mgłą. W 25 minucie flow niebezpiecznie zbliża się już do ściany dźwięku. Wszyscy muzycy eskalują swoje poczynania, robi się naprawdę ogniście. Gitary i skrzypce toczą kolejną wojnę w złej sprawie. Krzyki, wrzaski, prawdziwy heart attack in fussion-psycho-noise, który nie jest jednak wyłącznie hałasem, ma bowiem swoją egzystencjalną, jakże bolesną poświatę.

Pora okiełznać to wspaniałe szaleństwo! Wraz z wybiciem 34 minuty jako pierwsze milkną perkusje. Tło niezmiernie pulsuje, nabiera ambientowej szklistości, klawisze płynną wąską strugą. Strzępy gitarowych fraz, coś śpiewa na ultrapogłosie, może to trąbka. Chmura oniryzmu spowija scenę i nie pozwala na bezpieczną ucieczkę z pola bitwy. Wraz z 37 minutą powraca chór kobiet, które snują wokalizy na silnym pogłosie. Powraca początek - diabelska repryza, siła wiecznego powtórzenia. Łagodne piano tworzy klimat refleksji, a głosy zaczynają śpiewać finałową pieśń z tekstem. Głosy multiplikują się - samokopiująca orgia zakończenia. You can’t scare me…, You can’t scare me

 


Nate Wooley / Liudas Mockūnas / Barry Guy / Arkadijus Gotesmanas  NOX (NoBusiness Records, LP 2020)

Na osi czasu pozostajemy w trakcie ciepłej jesieni 2019 roku. Przenosimy się wszakże na Litwę, na cykliczną imprezę Improdimensija, która odbywa się w Wilnie. Na scenie odnajdujemy fantastycznie zapowiadający się kwartet w składzie: Nate Wooley (trąbka), Liudas Mockūnas (klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy i tenorowy), Barry Guy (kontrabas) oraz Arkadijus Gotesmanas (perkusja i instrumenty perkusyjne). Na czarnym krążku, dokumentującym ów intrygujący koncert, znalazły się trzy swobodne improwizacje, które trwają łącznie prawie 36 minut.

Kwartet zaczyna koncert małymi frazami, typowymi dla improwizacji składu stworzonego ad hoc, mających za zadanie rozpoznanie dyspozycji partnerów i warunków zewnętrznych spektaklu. Narracja spoczywa na barkach kontrabasu, saksofon sopranowy i trąbka śpiewają zgodnie na stronie, a całość spinają perkusjonalne błyskotki. Opowieść z czasem zagęszcza się, ale muzyka nie traci walorów typowych dla pięknego, zmysłowego post-chamber. W ramach wisienki na torcie tej części płyty rozgrzane pióro recenzenta odnotowuje świetne szczytowanie sopranu. W ramach komentarza trochę brudu na ustniku trąbki i wzrost dynamiki perkusji. W okolicach 9 minuty na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek i wraz z perkusjonaliami kreśli skromne, ale urocze expo w ducie. Tuż potem natrafiamy na równie efektowne duo dęciaków (przy okazji sopran zostaje zastąpiony przez tenor!). Na koniec pierwszej, niedługiej strony winyla muzycy najpierw wpadają w drobną, ale jakże ognistą kipiel, potem zaś w ramach rozbiegówki bawią się w bystre pytania i odpowiedzi.

Otwarcie kolejnej improwizacji przypada w udziale perkusjonaliom i dzwoneczkom wprost ze świątecznej choinki. Bas ogranicza się do skromnych szarpnięć za struny. Trąbka pojawia się po kilkudziesięciu sekundach ze śpiewem na ustach. Jakby w kontrze, ale dopiero po 5 minutach, do gry wchodzi masywny klarnet kontrabasowy. Wyjątkowo urodziwe slow motion stawia każdy krok z dużą rozwagą dramaturgiczną. Znów świetny moment notuje Liudas, a smyczek Barry’ego równie skutecznie dba o wzrost dynamiki. Emocje rosną, a Nate decyduje się na bardziej jazzowe frazowanie (szczoteczki Arkadijusa okazują się bardzo pomocne w budowaniu narracji). Klarnet przywraca na moment do życia cały kwartet, po czym już samotnie, ale jakże precyzyjnie gasi płomień narracji. Ostatnią, najkrótszą część koncertu otwierają dęciaki (odnotujmy powrót tenoru). Sekcja rytmu szybko doskakuje im do gardeł, a całość opowieści stawia na dynamikę. Dobre tempo sprzyja bystrym interakcjom, zwłaszcza pomiędzy trąbką, a saksofonem. W tak zwanym międzyczasie muzycy serwują nam kolejny odcinek pytań i odpowiedzi, kreowany przez smyczek kontrabasu.  Na zakończenie koncertu wszyscy zdają się tańczyć i swawolić bez umiaru. Frywolność godna największych mistrzów! Brawo!

 


Icepick  Hellraiser (Astral Spirits, LP 2020)

Pod wskazaną wyżej nazwą własną kryje się trzech świetnie nam znanych muzyków: Nate Wooley (trąbka), Ingebrigt Haker Flaten (kontrabas) oraz Chris Corsano (perkusja). Artystów zastajemy w sytuacji koncertowej (Chicago, luty 2018 roku). Znów trzy swobodne improwizacje umieszczone na winylowej płycie, łączny czas niespełna 35 minut.

Muzycy znają się świetne, a zatem bez wstępnych amorów rzucają się w wir niemal freejazzowej improwizacji. Całuśna, agresywna, ale jednocześnie rozśpiewana trąbka, kontrabas i perkusja stawiające stemple mocy, ale i zdolne do szeptu i stąpania na palcach. Nate tryska energią i emocjami, idzie na sto procent i nie chce się zatrzymać! A recenzentowi pozostaje jedynie wymienianie określeń na literę k – kolektywnie, kreatywnie, kompaktowo, kompulsywnie… Narracja przyspiesza i natychmiast spowalnia, bije po twarzy, by zaraz potem głaskać po skroni. Trąbka raz hałasuje na granicy acoustic noise, innym razem śpiewa przez zaciśnięte wargi. Kontrabas pozwala sobie na szybkie expo solo, a perkusja wszystkim, co wpada w ręce drummera lub zaświta w jego głowie, jest w stanie kreować nowe rozwiązania. Druga improwizacja rodzi się na glazurze rezonujących talerzy. Na stronie kwili cicha, łagodna trąbka. Bas wchodzi do gry po upływie ponad dwóch minut. Slowly & melancolic motion powoli nabiera kantów i zadziorów. Chris ciągnie w kierunku free jazzu, Nate śpiewa i zdaje się mieć ochotę na każde rozwiązanie, a Ingebrigt umiejscawia szaleństwa partnerów w bruździe czerstwego bluesa! Na finał części jeszcze drobna przebieżka bez trąbki i solo perkusji.

Druga strona winyla w jednym traku. Zaczyna ją smyczek, wokół którego podryguje perkusja, a trąbka preparuje na stronie. To tu swoje pięć minut, a może i całą wieczność, dostaje Nate i używając głosu, a także wentyli swojego rozgrzanego blaszaka wynosi narrację tria na absolutne szczyty. Bystra perkusja i repetujący bas ścielą mu drogę chwały samymi smakołykami. Raz zwalniają, raz pędzą na złamanie karku. Gasną, by zaraz powstać z kolan. Same cuda! W okolicach 12 minuty to szaleństwo musi znaleźć swój kres. Spore wytłumienie emocji, chwila refleksji, ale także małe rozdroże dramaturgiczne (bo cóż można zagrać po czymś takim!). Rozchełstana śpiewem trąbka zdaje się budować nowy wątek, nie stroni od repetycji i czeka na partnerów. Drummer nie daje się długo zapraszać do tanga. Kreuje rytm, niemal hard-bopowy, podsyca emocje, a potem równie zgrabnie odnajduje zakończenie, nie bez udziału wciąż rozśpiewanej trąbki.

 

*) po więcej szczegółów dotyczących koncepcji kompozytorskiej redakcja odsyła do recenzji poprzedniej części Seven Storey Mountain.

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/06/nate-wooley-siedmiopietrowa-gora-ksiega.html

 

czwartek, 30 kwietnia 2020

Paul Lytton & Nate Wooley! Known or Unknown as you want!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie upublikowana.


Jeśli w epoce wykuwania się gatunku muzyki swobodnie improwizowanej (zatem jakieś pięćdziesiąt lat temu z okładem) głównym partnerem duetowym Paula Lyttona był Evan Parker, o tyle z perspektywy ostatnich kilkunastu lat na takie miano zasługuje z pewnością Nate Wooley.

Protoplaści gatunku przypomnieli o sobie całkiem niedawno, wydając płytę Collective Calls – Revisited (jubilee), duet zaś współczesny proponuje nam płytę Known/ Unknown, którą dostarcza Fundacja Słuchaj! Nowa robota Lyttona i Wooleya składa się z trzech części, trwa 77 minut i 7 sekund.




Known. Szum wokół tuby trąbki i szczebiot mikroperkusjonalii na werblu tworzą strumień dźwięków, żywych, preparowanych, podlanych elektronicznym sosem, wchodzących w drobne interakcje. Znój tworzenia ogarnia muzyków - Wooley charczy i podśpiewuje, Lytton szuka wewnętrznego rytmu i gęstej tekstury dźwięków. Już po 3 minucie narracja nabiera dynamiki po raz pierwszy, ale po niedługiej chwili ginie w szumie generowanym przez obu muzyków. Mikrokosmos drobnych fonii, spora garść ciszy – stan permanentnego poszukiwania nowych dźwięków i wchodzenia we wzajemne relacje. Po 5 minucie muzycy tkają prawdziwie molekularną sieć dźwięków, niemal dotykają ciszy, nie bez udziału elektroniki, za którą odpowiada Wooley (Lytton preparuje bardziej w sferze amplifikacji). Po 12 minucie rośnie ilość tajemniczych fonii z niezidentyfikowanych źródeł. Okablowana trąbka czyni same cuda, nawet podaje syntetyczny półrytm. Żywy Lytton ciekawie to kontrapunktuje. Ten wątek narracji kończy intrygujące przejście z aury elektroakustycznej do całkowicie akustycznej, któremu na wybrzmieniu towarzyszy oddech … tropikalnej ciszy. Zmiana goni tu zmianę, niektóre wątki muzycy porzucają dość szybko, nim zdążą się one w jakikolwiek sposób rozwinąć. Kolejne, warte odnotowania zjawiska – rezonujący ambient w towarzystwie gwizdów i mgławych dronów, faza dalekowschodniej meta perkusjonalistyki, a tuż po nich mrok suchej elektroniki. Dwaj sztukmistrze, prestigitatorzy zdolni są nam zafundować niemal każde elektroakustyczne wydarzenie. Na finał pierwszej części proponują nam bardziej linearną narrację, której bliższe są brzmienia akustyczne, mającą swoją wewnętrzną dynamikę.

Unknown. Chrobot post-techno z zaplątaną wokół kabli trąbką, w tle skromne perkusjonalia – zaczynamy nieznany epizod. Cisza przyjmuje rolę ważkiego elementu dramaturgicznego spektaklu. Pomysł toczy się za pomysłem, a myśl za myślą – znów muzycy kreują epopeję nadmiaru. Znów w ułamku sekundy są w stanie zbudować błyskotliwą narrację, by równie szybko dany wątek porzucić. Między piątą a dziewiątą minutą proponują nam fragment całkowicie akustyczny, potem robią krok w kierunku bystrej elektroakustyki – trąbka śpiewa, zdobiona drobnym pasmami post-syntetyki, perkusja liczy swoje krawędzie i sprawdza jakość naciągów. Kolejna faza stawia wyłącznie na elektronikę, a wyobraźnia Wooleya bucha nadkreatywnością w stopniu mniej przyswajalnym dla recenzenta. W połowie 17 minuty, po kolejnej zmianie scenerii dźwiękowej, muzycy budują nową opowieść z drobnych, rezonujących fonii. Ambient Wooleya i mały koncert na akustyczne misy, to kolejne akty dramatu. Natrafiamy też na perkusyjne preparacje i trębackie, żywe drony. Od 24 minuty zaczynamy creme de la creme całej sesji nagraniowej – akustyka wiedzie prym, dynamika rośnie. Wooley pokrzykuje wraz z podmuchami trąbki, Lytton trzyma się muskularnego drive’u. Zejście w ciszę zdaje się być równie zmysłowe. W dalszej kolejności – krótki epizod solowy Lyttona, elektroakustyczne pół drony Wooleya i bystre wejście w fazę gaszenia opowieści małymi perkusjonaliami. A w niedalekim tle dogorywa burza.

Untitled. Szumiąca trąbka obwieszcza ostatni akt spektaklu. Czerstwy oddech perkusjonalii, elektroakustyczny background, głównie dzięki amplifikacjom Lyttona. Piękny moment podkreśla ciepła i delikatna trąbka. Potem tempo rośnie, by … zaraz spaść. Zabawa z ciszą i pojedynczymi dźwiękami buduje niebywały suspens. Nate stawia stemple genialnej techniki, Paul bije w gong i szmera szczoteczkami. Trąbka niemalże puka do bram nieba! Muzycy rozpoczynają finałowy taniec, z ambientem w tle. Uroda tej chwili rekompensuje wiele.



niedziela, 23 lutego 2020

Let's start the New Thing! Rusza wiosenna edycja Spontaneous Live Series – Live In Dragon 2020!


Cykl koncertów muzyki improwizowanej „Spontaneous Live Series”, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, rozpoczyna swoją edycję wiosenną roku 2020.

Nate Wooley, Satoko Fujii, Sainhko Namtchylak, Ken Vandermark, Albert Cirera, Kaja Draksler, Kazuhisa Uchihashi, Kjetil Møster, czy kanadyjska orkiestra improwizująca Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, to tylko niektórzy spośród tych, którzy począwszy od najbliższego czwartku, a skończywszy na drugim wtorku czerwca, zawitają do Poznania, by zaprezentować w Klubie Dragon swoją mniej lub bardziej swobodnie improwizowaną muzykę. Oczywiście nie zabraknie także akcentów freejazzowych, a nawet post-rockowej psychodelii.




Grupę znakomitych gości zagranicznych uzupełni silny zaciąg polskich muzyków improwizujących – Paweł Szamburski, Patryk Zakrocki, Wojtek Kurek, Witold Oleszak, Szymon Pimpon Gąsiorek, czy Sławek Janicki.

To właśnie ostatni z nich, bydgoski kontrabasista, zainauguruje cykl wiosenny, wspólnym występem z legendarną wokalistką współczesnej awangardy, pochodzącą z Tuwy, Sainkho Namtchylak. Ich występ poprzedzą dwa sety solowe w wykonaniu Mateusza Rosińskiego aka WD 30 oraz Wojtka Kurka. Pierwszy improwizował będzie prawie wyłącznie przy wykorzystaniu instrumentarium elektronicznego, drugi nie będzie od niego stronił, ale przede wszystkim wykorzystywał będzie swoje podstawowe narzędzie pracy, czyli perkusję. Pierwszy koncert „Spontaneous Live Series” odbędzie się we czwartek 27 lutego. Do Dragona zapraszamy od godziny 19.00.

Poniżej pełny program wiosennej edycji cyklu koncertowego:

27.02 Sainhko Namtchylak & Sławek Janicki/ Wojtek Kurek/ Mateusz Rosiński WD 30
(free improv voice & double bass/ drums with electronics/ impro electronics)

15.03 Henrik Olsson & Ola Rubin
(free improv guitar & trombone)

28.03 SzaZa  Kazu (Paweł Szamburski, Patryk Zakrocki, Kazuhisa Uchihashi)
(clarnets, violin, guitar, all with electronics)

10.04 Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)
(free jazz with trumpet, sax, guitar/bass, drums)

17.04 Møster!/ Albert Cirera/ Witold Oleszak
(abstract improvised post-rock/ free improv sax solo and with piano)

21.05 Le GGRiL - Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée
(improvised orchestra)

24.05 KAZE (Christian Pruvost, Natsuki Tamura, Peter Orins, Satoko Fujii)
(post-jazz with two trumpets, drums & piano)

09.06 Czajka & Puchacz (Kaja Draksler & Szymon Pimpon Gąsiorek)
(impro piano & drums)



wtorek, 11 lutego 2020

Nate Wooley! What If the Battle Pieces are going on?!


Stos z płytami datowanymi na zabawny rok 2020 rośnie w tempie geometrycznym! Ale redakcja Trybuny wciąż jeszcze pamięta o tych, wydanych w zamierzchłym roku 2019. Dziś kolejny odcinek, dodajmy - na pewno nie ostatni.

Nasz alterglobalny bohater, amerykański trębacz Nate Wooley, w ciągu minionych dwunastu miesięcy nie próżnował. Kilka pozycji wydawniczych z jego istotnym udziałem szczerze na tych łamach omówiliśmy (choćby doskonałe płyty kwartetu From Wolves To Whales), o kilku nie wspomnieliśmy raczej z braku czasu niż powodów artystycznych (mocny akcent w trzecim i czwartym odcinku Strings Ivo Perelmana). Dziś natomiast, w ramach deseru, proponujemy odczyt i odsłuch dwóch jesiennych premier z udziałem Wooleya. Pierwsza, to czwarty już odcinek serialu Battle Pieces (choć trzeci nie znalazł jak dotąd wymiaru edytorskiego, chyba, że coś nam umknęło), druga, to duet z naczelnym pianistą free jazzu z Wielkiego Jabłka – Matthew Shippem.




‎Nate Wooley  Battle Pieces 4  (Relative Pitch Records, CD 2019)

Sylvie Courvoisier na fortepianie, Ingrid Laubrock na saksofonach, Matt Moran na wibrafonie oraz Nate Wooley na trąbce. Koncert zarejestrowany w nowojorskiej Roulette, w grudniu 2018 roku. Jeden trak, 46 minut z sekundami.

Łagodna, bopowa trąbka podaje zgrabny strzęp melodii, cichy wibrafon pulsuje, sucha tuba saksofonu prosi o łyk wody, a pojedyncze dźwięki czarnych i białych klawiszy fortepianu tańczą bez jakiegokolwiek pośpiechu – oto aura, w której możemy damsko-męską batalię zacząć na dobre! Predefiniowana improwizacja, która snuje się po concerthallu z gracją wyuzdanej baletnicy, przykład post-jazzowej kameralistyki, kreowanej przez doświadczonych muzyków, którzy świetnie wiedzą, o co w tym wszystkich chodzi. Mają wybitnie wyostrzony zmysł słuchu, dobrze na siebie reagują, nie miewają złych pomysłów w sensie dramaturgicznym, czynią swoje powinności w duchu dalece wyzwolonej demokracji. Nie stronią od zadziorów i spięć pełnych akustycznej doniosłości, przy okazji budują narrację naładowani zdecydowanie większą dawką emocji, niż to pamiętamy z odcinka pierwszego i drugiego. Ich instrumenty wydają wyłącznie udane dźwięki, nawet w intymnych sytuacjach, przepełnionych spokojnymi frazami i kameralistyczną zadumą.

W początkowej fazie koncertu dużo dźwięków serwuje nam saksofonistka. Pozornie ciepła w brzmieniu, ale za to diabelnie niebezpieczna w czynach. Po 11 minucie odnotowujemy bystry duet saksofonu i wibrafonu, w klimacie czerstwego post-jazzu. W komentarzu trębacz proponuje repetytywny szum, którym stymulował będzie improwizację przez dłuższą chwilę. W nieodległym tle pojedyncze, ostre dźwięki fortepianowych strun zdobią opowieść minimalistycznym sznytem. Kolejna faza, to pianistyczne solo, wcale nie kameralne, ale dalece ogniste! Trąbka szumi, saksofon drży, a wibrafon bierze sprawy w swoje ręce i też ma bardzo udane, solowe pięć sekund. Przed upływem 21 minuty, w oparach wielowarstwowego szumu, narracja gaśnie aż do poziomu ciszy. Restart wydaje się być wyjątkowo zmysłowy, wyjście z cienia smakuje mistrzowską akustyką. Dynamiczna narracja jazzy & chamber as well powraca po kilku minutach. Kwartet płynie szerokim strumieniem, pojawiają się incydenty w duetach (tak damskim, jak i męskim). Tę fazę koncertu wieńczy solowa ekspozycja trębacza, którą komentuje ulotne chamber partnerów, powolne, łagodne i piękne.

W okolicach 30 minuty spektaklu kwartet znów nabiera dynamiki i intensywności. Świetne zmiany daje Wooley, chwilami aż warczy z emocji. Tuż obok niego błyskotliwie repetuje Laubrock. Wyjątkowo stylowy zdaje się być także krótkotrwały duet fortepianu i trąbki. Muzycy w tym akurat momencie prawdopodobnie posiłkują się pewnymi scenariuszowymi skryptami, śpiewają niemal jednym głosem. Rolę finałowego wodzireja bierze na siebie wibrafon. Klimaty chamber wydają się królować niepodzielnie na ostatniej prostej. Melodyjne piano i delikatnie preparowany saksofon idealnie wklejają się w zadaną teksturę improwizacji. Wooley dmie w zamkniętą trąbkę w ramach zabawnego komentarza. Całość gaśnie w tempie umiarkowanym, niemal przez pełne dwie minuty. Ostatnie dźwięki, to minimalistyczna repeta wibrafonu.




Matthew Shipp  & Nate Wooley  What If?  (Rogueart ‎, CD 2019)

Matthew Shipp na fortepianie oraz Nate Wooley na trąbce, studyjna rejestracja z Park West Studios, z czerwca ubiegłego roku. Panowie zagrali dwanaście kompozycji (all compositions by), które przy bliższym poznaniu wydają się być całkiem swobodnymi improwizacjami. Na skupiony odsłuch całości potrzeba dokładnie 55 minut i 4 sekundy.

Co, jeśli? to bez wątpienia kolejny przypadek swobodnej, improwizowanej kameralistyki, która estetyczne i stylistyczne korzenie ma głęboko osadzone w jazzie. Opowieść zaczyna się mocnym, tłustym flow, przy użyciu niemal wyłącznie czarnych klawiszy i rozhisteryzowanej trąbki, która skrzeczy niczym stado gołębi po sterydowej kuracji, wzmacniającej ich masę mięśniową. Od szczytującej ekspresji do niemal spirytualnej ciszy. Po tak efektownym intro, kolejne odcinki płyty wydają się być nieco spokojniejsze, a to, co najważniejsze zaczyna się od utworu ósmego. Nim jednak do niego dotrzemy, sprawdźmy, co dzieje się w tak zwanym międzyczasie.

Odcinek drugi, to minimalistyczne piano i luźno podwieszona trąbka, które budują narrację w cokolwiek pogrzebowym tempie, bez dramaturgicznej spiny, wypełnioną dużą ilością powietrza. Oczywiście, jeśli zachodzi taka potrzeba, opowieść natychmiast gęstnieje, a piano nie szczędzi nam dźwięków w jednostce czasu (w przypadku Shippa, rzecz jasna, bez zaskoczeń). Trzecia część wydaje się być bardziej kanciasta, stawiająca na kontrapunkty. Piano płynie zadziorami, trąbka ssie suche powietrze i prycha nim, niczym smok wawelski. Kolejna opowieść rodzi się z ciszy i popiołów – małe klawisze i długie, skrzeczące frazy trąbki. Piąta stawia na agresywne frazy, preparowanie dźwięków i hałas wielobarwnych klawiszy. Flow nabiera nieco chybotliwej dynamiki i stawia ów fragment po stronie najmocniejszych atutów nagrania. Szósty odcinek otwiera piano, które gra … post-ragtime - powykręcany, filigranowy rytm, obok wysoko podwieszona trąbka, popołudniowa rozmowa o życiu i świecie współczesnym. Siódma część płyty może uchodzić za jej trailer – śpiewna trąbka z akcentami sonore i czarne klawisze, które stawiają zasieki. Free chamber z meta melodią i odrobiną masy mięśniowej – typical what if.

Oto docieramy do rzeczonej ósemki, nazwanej Space Junk, która przy okazji jest najdłuższą historią na płycie. Na wejściu bystre reakcje w estetyce call & responce - urywane frazy w poszukiwaniu nowych dźwięków i rozwiązań dramaturgicznych. Muzycy wzajemnie przekomarzają się, stroszą pióra i swawolą bez umiaru. W połowie piątej minuty dokładają do ognia i błyskotliwie hałasują. Demony stają u bram – trąbka krzyczy, pod nią sunie walec czarnych klawiszy. Brawo! Dziewiąta historia szyta jest po raz kolejny dość gęstym ściegiem, zdobiona progresywnymi przebiegami obu instrumentów. Moc jest z nimi, szczególnie z kipiącą trąbką i jej rozszalałymi wentylami.  Zaraz potem rzeczony blaszak, zagotowany po brzegi, rozdaje całusy na prawo i lewo, a piano brnie w półgalop. Nate stawia stemple doskonałości, Matthew udowadnia, że … potrafi być subtelny i wyrafinowany, stosując wyłącznie białe klawisze. Pięknie wytracają tempo i znajdują ostatni dźwięk. Epizod jedenasty brzmi na klawiaturze nieco abstrakcyjnie. Trąbka podłącza się po kilkudziesięciu sekundach i zawadiacko cmoka. Narracja nabiera dynamiki, leje się szerokim strumieniem, po czym zastyga w filozoficznej zadumie. Na ostatnie prostej piano wydaje się nieco zbyt masywne. Wreszcie finał – trąbka dobrze preparuje suche dźwięki, czarne klawisze zawłaszczają przestrzeń nagrania, ale pełne są dramaturgicznych wątpliwości. Flow znów jest gęsty, ciągnie się od dołu do samej góry i z powrotem, niczym gotująca się lawa w zbyt wąskim przesmyku. Shipp puszcza salwy fonii niczym serie z karabinu maszynowego, Wooley z trudem utrzymuje się na powierzchni. Finał płyty, która być może, w tym akurat momencie, zasługiwałaby na coś więcej, muzycy osiągają wspólną repetycją.


wtorek, 31 grudnia 2019

50 Reasons To Remember The Year 2019! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2019!


The albums are featured in alphabetic order. Click the link below, to read the review.

Albumy są zaprezentowane w kolejności alfabetycznej. Kliknij w link, by przeczytać recenzję płyty.

Please notice that photo does not contain all featured albums. Zdjęcie nie zawiera okładek wszystkich wyróżnionych płyt.




Agustí Fernández/ Joe Morris/ Charmaine Lee  Magma

Aidan Baker &  Karen Willems ‎ Awel

Àlex Reviriego & Discordian String Ensemble  Incerto For Doublebass And Strings

Barry Guy ‘ Blue Shroud Band  Odes And Meditations For Cecil Taylor

Benedict Taylor & Anton Mobin  Close/ Quarters

Biliana Voutchkova/ Ernesto Rodrigues/ Rodrigo Pinheiro  ‎White Bricks And The Wooden Mutes

Bruno Gussoni/ Marcello Magliocci/ Adrian Northover  The Sea Of Frogs

Cement Shoes  Opus Caemenicium

Christine Abdelnour/ Chris Corsano  Quand Fond La Neige, Où Va Le Blanc?

Colin Webster & Vasco Trilla with Michał Dymny  Live at 2nd Spontaneous Music Festival

Daniel Thomson & Colin Webster  Boskage

Dead Neanderthals  Ghost

Der Finger  Le cinque stagioni 

Dirk Serries/ Benedict Taylor  Puncture Cycle

Discordian Community Ensemble  Degenerative Music #1

Ferran Fages/ Albert Cirera  Aliatge

Ferran Fages/ Vasco Trilla  Gestell

From Wolves To Whales  Dead Leaves Drop

Evan Parker/ Joe Morris The Village

Evan Parker/ Lotte Anker/ Torben Snekkestad  Inferences

Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton  Concert In Vilnius

GGRiL  Façons

Guillotine  Guillotine 

Ilia Belorukov/ Gabriel Ferrandini  Disquiet 

JJ Duerinckx/ John Russell/ Matthieu Safatly  Serpentes

Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Julien Desprez/ Mette Rasmussen  The Hatch

Kodian Trio III

Liquid Quintet  Bouquet

Low Vertigo (Diego Caicedo, Goncalo Almeida, Vasco Trilla)  Low Vertigo

Mełech/ Mazurkiewicz/ Trilla  Dog/Hum/Brain

Paweł Doskocz & Vasco Trilla  Hajstra

Peter Orins  Happened By Accident

Phicus/ Martin Küchen Sumpflegende

Piotr Mełech & Wojtek Kurek  Split Here

Points (Luís Vicente, Valentin Ceccaldi, Marco Franco, Marcelo dos Reis)  Points

Quartett Non Locality (Sarah Claman, Dominik Strycharski, Zbigniew Chojnacki, Ramon Prats)  Quartett Non Locality

Ramon Prats/ Albert Cirera Duot  Fe

Spinifex  Soufifex

Sture Ericson/ Johannes Nästesjö/ Håkon Berre Ausfahrt Freihalten

The Attic  Summer Bummer

The Void Of Expansion  Governed By Decay

The Fictive Five  Anything Is Possible

Thisquietarmy/ Dirk Serries/ Tom Malmendier  Hell

Tom Chant/ Michał Dymny/ Vasco Trilla  Ban Opticon

Tonus  Ear Duration

Witold Oleszak with Luis Vicente and Vasco Trilla  Live at 1st Spontaneous Music Festival

Witold Oleszak & Roger Turner   Live at 2nd Spontaneous Music Festival

Yasmine Azaiez  Everyday Things

Yodok III  This Earth We Walk Upon