Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eddie Prevost. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eddie Prevost. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 lipca 2026

AMM in Phlegm!


AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji europejskiej muzyki improwizowanej, zakończyła swój dumny żywot dokładnie cztery lata temu. Dziś trafia do nas jej kolejne wydawnictwo pośmiertne, które dokumentuje koncert, jaki odbył się na najważniejszym dla Brytanii festiwalu muzyki współczesnej w Huddersfield, lat temu jedenaście.

To był szczególny czas dla AMM, albowiem w ramach zakrojonych na szeroką skalę obchodów 50. rocznicy powstania grupy, po dziesięciu latach banicji do jej szeregów powrócił Keith Rowe. Grupa zagrała kilka koncertów w trio, a aż trzy z nich zostały upublicznione na specjalnym urodzinowym boxie. Czytelnicy tych łamów znają te fakty doskonale, także prawie całą historię grupy i wiele ich wiekopomnych albumów.

W albumowym credits Eddie Prevost snuje niekończące się dywagacje, dlaczego to akurat nagranie AMM nie zostało wydane wcześniej. Powodów w jego epistole wylistowano wiele, dwa wydają się najważniejsze. Po pierwsze w nagraniu słychać kaszel jednego z widzów, który towarzyszy niemal całemu koncertowi, a którego w procesie produkcji nie dało się usunąć ze ścieżki dźwiękowej (tytuł album Flegma, to chyba naturalna konserwacja tego faktu). Drugi istotny powód wyczytać należy raczej między wierszami, a jego celność zdaje się podzielać także redakcja. To po prostu nie był najlepszy koncert w dziejach tej niebywałej grupy. Być może niektóre wyimki tej tezy znajdziecie w poniższym zapisie przebiegu zdarzenia koncertowego.

  


Początek koncertu idealnie mieści się w idiomie improwizacji, jaką AMM tworzy od zarania dziejów. Szmery na bębnie, szeleszczące talerzy, pojedyncze uderzenia w klawiaturę, tu wyjątkowo delikatne i elektroakustyczny szum, jaki dociera ze strony elektroniki. Ów dead slow motion od niemal samego początku naznaczony jest tytułowym kaszlem. Muzycy pozornie nie reagują, z czasem jednak sycą opowieść drobnymi, ale dość głośnymi zdarzeniami fonicznymi, które niczym opiłki metalu krążą wokół maszyny szlifierskiej. Zdaje się, że pierwsza zdecydowana reakcja na zachowanie widza, to spora porcja hałasu, jaka dociera ze strony Rowe w okolicach 7 minuty. Chwilę potem scenę opanowuje konsensualna cisza.

Po tym incydencie narracja wchodzi w fazę delikatnej, niemal onirycznej kołysanki, której naczelnym dźwiękiem wydaje się rezonujący talerz Prévosta. Z boku szemrze elektronika, piano stawia regularne stemple obecności. Nim upływa kwadrans w potoku mikro rezonansów i nano sprzężeń pojawia się pierwsza porcja melodyjnych sampli, której przez lata stanowiły znak rozpoznawczy AMM-owskich medytacji w trio. Po ich wygaśnięciu koncert wchodzi w fazę dość intensywną, istotnie oddaloną od narracyjnej post-ciszy, jaka królował dotychczas. Piano koi emocje, talerze je podgrzewają, a radiowe fonie barwią flow czymś bardziej zaskakującym.

Po dwudziestej minucie opowieść na dłuższy czas przepoczwarza się w mroczną i bardzo cichą medytację. Bez dwóch zdań możemy te chwile uznać za najlepszy fragment koncertu. Senne, rozmarzone sample i równie abstrakcyjne plamy akustycznych dźwięków – classical AMM’ beauty!

Ów kosmos fonicznej doskonałości zostaje brutalnie przerwany bardzo głośnym wtrętem talerza, który budzi nas z głębokiego snu mniej więcej w trzydziestej piątej minucie. Potem artyści zaczynają dywagować nad kierunkiem dalszej drogi i zdaje się, że  nie do końca mają pomysł what next. Z jednej strony dość głośne, post-industrialne grzmoty, z drugiej mrok fortepianowej klawiatury i … kaszel, który powraca do gry z nowymi zasobami energii. W okolicach pięćdziesiątej minuty opowieść nieznacznie zmienia oblicze. Pojawiają się perkusjonalne zdobienia, nasila się szum elektroniki, wokół płyną filigranowe, post-melodyjne frazy piana. Po kilku minutach w tyglu dość spokojnych zdarzeń aktywuje się kilkuminutowa, nieprzerwana porcja sampli. Słyszymy melodie, wokal, rytm, a po kilku rozbudowanych sekwencjach narracyjnych mamy wrażenie, że Rowe zapomniał w odpowiednim momencie wyłączyć samplerski dozownik. Nawet przypomina mu o tym kaszlący widz. Szczęśliwie ostatnie pięć minut koncertu jest już w pełni opanowane przez muzyków. Odgłosy wyczekiwania, mikro akcje z każdej strony, wspólne oczekiwanie na finałową ciszę. Zgadniecie, do kogo należy ostatni strzęp fonii? Tak, flegma wygrywa.

 

AMM Phlegm (Matchless Recordings, CD 2026). Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne, Keith Rowe – elektronika oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w trakcie Huddersfield Contemporary Music Festival, 2015. Jedna improwizacja, 63 i pół minuty.



 

 

wtorek, 3 lutego 2026

AMM with Sachiko M are Testing!


AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji muzyki swobodnie improwizowanej (wszyscy znamy nazwę tej drugiej!), od ponad trzech lat definitywnie jest już grupą w stanie spoczynku. Szczęśliwie jednak wciąż trafiają do nas nowe albumy z niepublikowaną dokumentacją fonograficzną wielkiej historii, jaką stworzyli Eddie Prévost, John Tilbury i Keith Rowe (wymieniając tylko te najważniejsze postaci).

Tym razem do naszych odtwarzaczy trafia nagranie sprzed ponad 20 lat, dokonane w formule formacja+, które dokumentuje dość nietypowe dla AMM spotkanie z dźwiękami syntetycznymi. W roli gościa japońska artystka Sachiko M pracująca na poręcznym zestawie kabli, które określone tu zostały mianem sinewaves, co w wolnym tłumaczeniu oznacza fale sinusoidalne.

W ujęciu historycznym moment, w którym odbył się pewien londyński koncert, to sytuacja dla AMM dość trudna. Po latach muzykowania w składzie trzyosobowym z zespołu odchodzi Keith Rowe i nie jest to pożegnanie na warunkach ugodowych, ale raczej efekt sporu artystycznego. Nie jesteśmy pewni, czy w grudniu 2004 roku AMM był jeszcze ansamblem trzyosobowym, czy już tylko duetem. Innymi słowy, nie wiemy i nie rozstrzyga tego rozbudowane albumowe credits, czy koncert Prevosta, Tilbury’ego i Sachiko M rzeczywiście odbył się z użyciem wiekopomnej nazwy AMM, czy jedynie pod szyldem ich nazwisk. Ów drobny dylemat z perspektywy ponad dwóch dekad, jakie minęły od powstania nagrania, nie ma oczywiście większego znaczenia. Taka sobie kronikarska ciekawostka. Dość zatem tych dywagacji, zajrzyjmy do środka albumu, który trwa godzinę zegarową i całe siedem minut.

  


Szmer miasta i syczenie sinewaves, to aura inicjacji. Wielkie oczekiwanie na pierwsze akustyczne dźwięki instrumentalne trwa kilka długich chwil. I oto są - błysk talerza i szum z klawiatury, jeszcze przed wydaniem pierwszej frazy przez pianistę. Przez moment można odnieść wrażenie, że wszystko, co słyszymy, to jedynie odgłosy miasta. Wychodzenie z mroku ciszy i zaniechania zajmuje muzykom jeszcze kilkadziesiąt sekund, by nie rzec kilka minut. Całość migocze na bezgwiezdnym niebie, niczym elektrownia atomowa pozbawiona mocy.

Po upływie dziesięciu minut scenę zaczynają opanowywać frazy, które można nieśmiało uznać za zaczyn pewnej narracyjnej linearności. Rezonujące talerze śpiewają, z klawiatury sączy się sekwencja leniwych fraz, a na dalekim backgroundzie pojawiają się drobne, elektroniczne zgrzyty, niczym syntetyczny komentarz do sytuacji akustycznej. W tle nieustannie żyje miasto, słyszymy karetkę na sygnale. Tymczasem na scenie zaczynają panoszyć się nowe, tajemnicze dźwięki, przypominające szarpanie na struny, które prawdopodobnie są elementem bębna Prevosta. Po dwudziestej minucie akcje artystów zdają się niespodziewanie przybierać na intensywności. Głuche uderzenia, trzaski, szmery, piski i otarcia – minimalistyczny post-industrial w dobie ograniczenia dostaw energii. Japonka wciąż szumi, incydentalnie podsyłając elektroakustyczne komentarze. Z czasem opowieść staje się mroczną kołysanką, która szuka schronienia w ciszy. Jej linearność zdaje się zaskakiwać.

Po upływie trzeciej dziesiątki minut w rolę wodzireja wciela się Tilbury. Staje się bardziej aktywny, ale jego post-klasyczna melodyka ujmuje łagodnością i delikatnością. Prevost komentuje feerią talerzy i nagle trio osiąga lokalny szczyt intensywności. Akustyka goreje, grzmi, złorzeczy, a towarzyszy jej post-akustyczny szmer, który incydentalnie przypomina efekty działania live proccesingu. Słyszymy też dźwięki, które przypominają sample generowane przez nieobecnego Keitha Rowe. Upływ trzech kwadransów koncertu stawia muzyków na delikatnym rozdrożu. Z jednej strony szukają ciszy, z drugiej wyrywają się z zaskakującymi frazami, w czym szczególnie aktywny jest pianista. Pewna dramaturgiczna powtarzalność w opozycji do nadciągającej, mrocznej ciszy.

Ostatnie kilka minut, to powrót fraz strunowych, bicie dzwonów i subtelny hałas z talerzy. I kilka fraz zaskakująco basowych, być generowanych przez Prevosta, a może jednak przez Sachiko. Końcowe kilkadziesiąt sekund, to już definitywnie krok ku śmierci improwizacji. Pojedyncze frazy z klawiatury, szum sinewaves i rezonujące talerze w locie opadającym.

 

AMM with Sachiko M Testing (Matchless Recordings, CD 2025). Sachiko M – sinewaves, Eddie Prévost - tam tam, bęben strunowy i inne instrumenty perkusyjne oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w Londynie, grudzień 2004. Jedna improwizacja, 67 minut

 

 

wtorek, 4 lutego 2025

The Scatter Archive’ notes: Wastell! Moore & Prevost! Arch Quartet! Džukljev & Thieke! Lash, Sinton & Ward! Lash & Thomas!


Najwyższy czas zajrzeć na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive! W porównaniu do naszej poprzedniej wizyty (bodaj lipcowej) odnajdujemy tu mnóstwo nowych albumów, publikowanych na ogół w tempie jeden na tydzień. Edycja wyłącznie w formie digitalnej ma swoje niezaprzeczalne walory – niskie koszty produkcji i możliwość szybkiego udostępnienia nagrań.

Spośród miliona nowych płyt, jakie zostały upublicznione w drugiej połowie roku 2024 na scatterowej stronie, do poniższego omówienia wybieramy sześć.




Mark Wastell Cello-Intern XVIII

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2023: Mark Wastell – violoncello. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Marka Wastella spotykamy ostatnio głównie za sterami drums & percussion, ale świetnie pamiętamy, iż jego prymarnym narzędziem pracy jest wiolonczela. Muzyk w latach 2022-2024 grywał raz w miesiącu solowe ekspozycje w londyńskiej Hundred Years Gallery. Nie były to koncerty, nie były to próby. Artysta przez godzinę improwizował niezależnie od tego, co akurat działo się w Galerii. W nagraniu słyszymy zatem rozmowy i inne odgłosy codziennego życia tego miejskiego przybytku kultury. Brzmienie instrumentu jest bardzo surowe, a dźwięki zbierane były zapewne jednym mikrofonem.

Szorstki, jednostrumieniowy flow instrumentu, punkowe brzmienie i rockowy niemalże temperament artysty powodują, iż trwająca niewiele ponad dwa kwadranse opowieść w pięciu częściach kipi od emocji, jest niezwykle intensywna, z rzadka sięga po bardziej stonowane, kameralne frazy. Wastell syci narrację dużą dawką post-barokowej melodyki, ale tarza się z nią po podłodze lub wznosi na palcach i spogląda na zamglone, londyńskie niebo. Bywa delikatny jak w odsłonie drugiej, bywa drapieżny jak wygłodniały kocur w czwartej. Lubi mrok, choć nie unika ulotnej taneczności, zdarza się też, że jego instrument trzeszczy w posadach, jak w części trzeciej. W końcowej odsłonie pokazuje pewną żylastość post-barokowej estetyki, znów zdaje się urokliwie gorączkować, piszczeć i skowyczeć. Niesamowite nagranie!



 

N O Moore & Eddie Prévost Scratched Earth

Hundred Years Gallery, Londyn, październik 2024: N O Moore – gitara elektryczna, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 24 minuty.

Tych dwóch artystów, mimo dzielących ich niemal dwóch pokoleń, ma w dorobku sporo wspólnych improwizacji, na ogół czynionych w triach i kwartetach. Tym razem, w urokliwych w okolicznościach HYG, spotykają się w duecie i w trakcie krótkiej ekspozycji decydują się nie zagrać ani jednego typowego, czystego dźwięku gitary, czy perkusji. Moore tonie w euforii amplifikacji, Prevost szyje na swoim wielkim talerzu niekończące się strumienie rezonansu. Bywa też, że obaj toną w oparach całkiem soczystego post-industrialu.

Już pierwsze dźwięki koncertu stawiają nas do pionu poziomem hałasu i intensywności. Gitarowy amplifikator furczy i rzęzi, a blask rezonującego talerza łączy niebo i piekło. Cała narracja zdaje się śpiewać, niczym pijana diwa operowa. Po pewnym czasie gitarowe preparacje zaczynają znajdować ujście w post-rockowej estetyce, z kolei akcje perkusjonalne nabierać pewnej taneczności. Opowieść trzeszczy, skrzypi i syczy, by po kilku chwilach zamienić się w ocean onirycznego ambientu. Na scenę raz za razem powraca też estetyka industrialna, ale jej wyskoki mają teraz charakter incydentalny. Koncert wieńczy … gitarowa melodia, które niesie się na dronowej strudze rezonansu.



 

Arch Quartet (Anna Homler, Tasos Stamou, David Leahy, Adrian Northover) Chummage

Arch 1 studios, West Ham, London, wrzesień 2014: Anna Homler – głos, obiekty, zabawki i urządzenia, Tasos Stamou – preparowana cytra, looper, David Leahy – kontrabas oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Sześć improwizacji, 34 minuty.

Nagranie kwartetu muzyków, którzy odbyli sesję nagraniową przy okazji muzykowania z London Improvisers Orchestra, przeleżało się na czyimś twardym dysku całą dekadę, ale warto było czekać. Z jednej strony kontrabas i saksofon pod jurysdykcją artystów, których znamy i cenimy, z drugiej głos, cytra i garść elektroakustycznych zabawek ze strony tych mniej rozpoznawalnych, ale z pewnością wartych zapisania w naszych kajetach. To, co najlepsze na Chummage zdaje się dziać w pierwszej odsłonie albumu. W dalszych bywa, że nadmierna kreatywność elektroakustyków tłamsi walory brzmieniowe kontrabasu i saksofonu. W kontekście wszakże całości Arch Quartet wychodzi z tego obronną ręką.

Pierwsza improwizacja żywi się nade wszystko brzmieniem akustycznym, delikatnym pulsem drgających strun, ciepłym smyczkiem i frazującym molekularnie saksofonem sopranowym. Wokalistka najpierw cedzi dźwięki, potem rozpościera ramiona śpiewu z dalekowschodnim akcentem. Nieinwazyjne, rozdrobnione plamy elektroakustyki dodają całości odpowiedniego blasku. Począwszy od drugiej części owa dystyngowana równowaga pomiędzy tym, co akustyczne, a tym, co akustycznym być już przestało, ulega zachwianiu. Muzycy nie stronią od hałaśliwych incydentów, ale potrafią też pochylać się nad pojedynczym dźwiękiem. W kolejnych opowieściach wokalistka w folkowym zaśpiewie i cytrysta, który szuka brudu i zniekształceń, zaczynają dominować, a o tym, że wciąż jest z nami saksofonista przypominamy sobie dopiero po wielu minutach. Finałowa ekspozycja nieco ów rozchwiany obraz narracji porządkuje. Nisko osadzona introdukcja, zwinne, wielokierunkowe preparacje i głos, który płynie tembrem smyczkowej narracji. Na ostatniej prostej kwartet osiąga zaskakującą dynamikę i syci się mnóstwem udanych interakcji.



 

Marina Džukljev & Michael Thieke Motionless Pool

Kulturni Centar Vojvodine Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, grudzień 2021: Marina Džukljev – fortepian, Michael Thieke – klarnet. Siedem improwizacji, 38 minut.

Mimo zalewu brytyjskiej muzyki improwizowanej, na łamach SA nie brakuje miejsca na spektakle kontynentalne. Pośród albumów drugiego półrocza na szczególną uwagę zasługuje album Serbki i Niemca. To doprawdy wyśmienite nagranie – z natury swej minimalistyczne, skupione na drobnych frazach, brzmieniowych i dramaturgicznych niuansach. Artyści zdają się nie wychodzić tu poza okowy swobodnej, chwilami wystudzonej kameralistyki, ale w każdym dźwięku, w każdym ruchu scenicznym czuć, jak wielkie emocje w nich drzemią.

Magię improwizacji otwarcia buduje, wprawiony w rezonans, pojedynczy dźwięk fortepianowego klawisza i suche powietrze wydychane z zimnej tuby klarnetu. Dogasające życie wytrawionej z emocji kameralistyki. W drugiej części muzycy odbywają niedługą podróż od ekspozycji perkusjonalnej na strunach i dyszach do rozśpiewanego, rezonującego strumienia zlepionych w jednej byt dźwięków inside piano i klarnetu. W trzeciej opowieści pojawia się leniwy rytm, który wiedzie w nieskończoność kolejne porcje delikatnych uderzeń po strunach i klarnetowych wyziewów. Czwarta improwizacja zdaje się kontynuować wątek części poprzedniej, ale sadowi się o trzy poziomy niżej. Prawdziwy zamęt sieją tu pojedyncze dźwięki klawisza. Kolejna odsłona, to celebracja, elegijne wyniesienia drobnych fonii z samego dna pudła rezonansowego i głębin klarnetowej tuby. Wszystko nabiera rezonującej poświaty i formuje się w jednorodną strugę akustycznego piękna. Przedostatnia improwizacja, to stygnący w bezruchu strumień matowych, wychłodzonych klawiszy i melodyjnego szumu z tuby. Z czasem wszystko nabiera pewnej soczystości, ale broczy po kolana w mrocznej mazi. W finałowej opowieści w dogorywające trzewia artystów wkrada się zaskakująca nerwowość. Szybkie oddechy, drapanie strun, szczypta hałaśliwego anturażu na moment kreują klimat niemalże post-industrialny. Jeszcze piękniejsze jest jego studzenie, wprost w objęcia ciszy zdobionej pojedynczymi dźwiękami. 



 

Dominic Lash, Josh Sinton & Alex Ward Lash.Sinton.Ward

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2024: Dominic Lash – kontrabas, Josh Sinton – saksofon barytonowy, flet altowy, głos oraz Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna. Jedna improwizacja, 41 minut.

Lash i Ward, to artyści, których cenimy od lat, starając się nie marnować jakiejkolwiek okazji do obcowania z ich muzyką. Tu spotykamy ich w trio z saksofonistą i flecistą Sintonem, muzykiem zza Wielkiej Wody, które lubi improwizować z obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Nagranie koncertowe charakteryzuje się sub-doskonałym brzmieniem, ale dobrze to koreluje z ponadgatunkową improwizacją, jaką serwują nam muzycy. Z jednej strony open jazz, szczególnie od Sintona, z drugiej rozhuśtana kameralistyka (gdy Ward gra na klarnecie), czy post-psychodelia (gdy ten sięga po gitarę), wreszcie Lash, który najlepiej czuje się w formule ekstremalnie kreatywnego arco & pizzicato in one note.

Koncert rozpoczyna się porcją leniwych, preparowanych dźwięków – od barytonowej doliny po klarnetowe wzniesienia, w oparach kontrabasowej różnorodności i głosu saksofonisty. Z czasem narracja przybiera formę nerwowych podskoków i free jazzowych spiętrzeń, ale bywa, że przypomina rozciąganie zwiotczałych mięśni w potoku kameralnych eksperymentów. Muzycy dobrze czują się w obu sytuacjach, choć częściej odnajdujemy ich w tej pierwszej. Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut Ward przesiada się na gitarę skutecznie redefiniując gatunkową estetykę spektaklu. Narracja staje nieco mniej intensywna, choć nadal jest gęsta i upstrzona ciekawymi zdarzeniami. Artyści ćwierkają jak wróbelki, by po chwili generować rozlegle strumienie ambientu i post-psychodelii, a potem na dłużej zastygnąć z rzewnej kameralistyce. Powrót do gry na dwa dęciaki i kontrabas odbywa się tu dość niespodziewanie, poprzedzony tajemniczymi frazami ze strony Warda (jeszcze gitara, czy już preparowany klarnet?). W końcowych fragmentach koncertu Sinton sięga po flet, a Lash koncertuje się na smyczkowym frazowaniu. Finalizacja jest melodyjna, istotnie rozciągnięta w czasie.



 

Dominic Lash & Pat Thomas Elements and Properties

Café Oto, Londyn, marzec 2023 (utwory 1,4) oraz Curious Ear in St Margaret's Church, Manchester, luty 2024 (2,3): Dominic Lash – gitara elektryczna, Pat Thomas – fortepian. Cztery improwizacje, 43 minuty.

Dominic Lash pozostaje na scenie, przesiada się jednak na gitarę elektryczną, co czyni ostatnimi laty bardzo chętnie. Cztery improwizacje, zarejestrowane na dwóch koncertach, czyni tu w zacnym towarzystwie Pata Thomasa wyposażonego wyłącznie w akustyczne instrumentarium. Ich wspólna opowieść najchętniej kieruje się ku free jazzowi, ale incydentalnie nabiera zaskakująco … bluesowego posmaku, zarówno ze strony rytmicznie uwarunkowanego pianisty, jak i niekiedy dość melodyjnie frazującego gitarzysty.

Skupione otwarcie bazuje na frazach inside piano i stłumionych, post-bluesowych introdukcjach gitary. Pierwsza improwizacja dość szybko wpada we free jazzowy tumult, sycony adekwatną porcją emocji. Druga opowieść, która stanowi niemal połowę płyty, mieni się intrygującą różnorodnością. Początek tkany jest z gitarowych plam psychodelii i post-klasycznej repetycji piana. Muzycy leniwie snują się po scenie, sięgają po atrybuty ballady, chętnie pochylają nad brzmieniowymi detalami, jakby zbierali siły na bardziej temperamentne resume. Pozostała część albumu, to dwie krótsze odsłony, oparte zarówno na ponadgatunkowej refleksyjności, jak i tanecznym pulsie pianisty i post-bluesowym, niemal rockowym frazowaniu gitarzysty. Końcowa część koncertu lepi się na starcie z drobnych, szumiących fraz, potem przybiera postać free jazzowego marszu, wreszcie kona w ciepłej melodyce.

 



wtorek, 7 stycznia 2025

AMM in AURA!


Fińskie Turku, Muzeum Sibeliusa. Potężny, betonowy budynek w kształcie prostokąta - cztery wejścia, nisko zawieszony sufit. Przy jednej ze ścian coś na kształt sceny, ale pozostającej na tej samej wysokości, na której znajdują się krzesełka dla publiczności. Post-industrialna zgrzebność, modernistyczna dosłowność. Na rzeczonej scenie czarny fortepian, perfekcyjnie nastrojony, obiekt definitywnie muzealny, którego nie wolno dotykać poza wyznaczoną do tego celu strefą klawiatury. Obok perkusjonalia - wielki talerz zawieszony na stojaku, bęben basowy i smyczki. W pewnym oddaleniu od sceny usytuowany jest klawesyn. On także zostanie w odpowiednim momencie wzruszony do wydawania dźwięków. Dla publiczności przygotowano sto pięćdziesiąt siedzisk. Zajętych jest ponad sto z nich. Bez zbędnych zapowiedzi na umownej scenie pojawiają się John Tilbury i Eddie Prévost. Jest dokładnie 8 października 2016 roku, godziny późno popołudniowe. Czas zacząć misterium AMM.



 

Pierwsze fonie dochodzą z głębokiej ciszy. To być może jedynie echo tajemniczego szelestu z oddali. Po niedługiej chwili pojawiają się ekspozycje dźwiękowe, prawdziwie filigranowe, niesione jeszcze delikatniejszym rezonansem. Skupienie muzyków wydaje się wręcz bolesne. Gdy nagle John uderza w czarny klawisz, mamy wrażenie, że to burza z piorunami. Pośród niezbyt rozbudowanego strumienia dźwiękowego dominuje wszakże programowa filigranowość - nawet wysokie piski Eddiego, będące wynikiem tarcia smyczkiem po krawędzi talerza, wydają się całkowicie bezbronne wobec upływu czasu i martwego echa. Poszczególne frazy rozchodzą się po podłodze niczym jadowite, ale leniwe węże. Reakcyjne echo nie jest długie, łamie się po niedługim czasie, w zetknięciu z murem albo bardziej subtelną gramaturą publiczności. Barwa dźwięku zdaje się często zmieniać, być może także dlatego, iż muzycy zmieniają pozycje, w których wydają dany dźwięk. Spektrum foniczne koncertu jest bardzo szerokie - być może liczba mikrofonów, którym zbierane są dźwięki jest tu dalece ponadnormatywna.

John wie, że nie może preparować instrumentu, gra zatem nieco inaczej. Choćby wtedy, gdy swobodnie nuci linearną meta melodię, nasączoną wytrawną post-klasyką. Eddie frazuje bardzo podobnie. W okolicach piętnastej minuty ich ekspozycja nabiera pewnej zaskakującej intensywności. Po kolejnych kilku minutach od strony fortepianu zaczynają docierać tajemnicze dźwięki, pojękiwania, które z pewnością nie pochodzą z klawiatury. A jednak jakiś rodzaj preparacji? Eddie tymczasem szuka niskich fraz, całe jego muzyczne akcesorium zaczyna drżeć. John również osadza swoje frazy tuż nad podłogą. Na tym etapie koncertu ekspozycje obu artystów brzmią często prawie identycznie. Gdy z flanki perkusjonalnej słyszymy dźwięk dzwonka, flanka fortepianowa dostarcza podobną fonię. Tymczasem na moment salę opanowuje talerzowa feeria. Narracja z każdą sekundą zdaje się jednak zbliżać do poziomu ciszy.

Dokładnie w połowie koncertu słyszymy kroki. Po chwili już wiemy, że John przeniósł się w inne miejsce i zaczyna wydobywać dźwięki z klawesynu. Są lekkie, melodyjne, zawieszone w próżni, jakby brały w nawias cały anturaż koncertu. Eddie najpierw milknie, potem cedzi strzępy rezonujących fonii, które dostają dodatkowego echa. Dźwięki z jego talerza niosą się coraz wyżej, zaczynają przypominać śpiew ptaków. Po kilku minutach John powraca do fortepianu i frazuje z nową energią, niemal unosi się w powietrzu. Po zdawkowej reakcji Eddiego opowieść niespodziewanie zamiera w absolutnej ciszy. Ta trwa do momentu, w którym John intensywnie uderza w klawiaturę. Reakcja Eddiego jest również dość energiczna. Piano grzmi, talerz rozpacza.

Po czterdziestej minucie narracja zaczyna formować się w coś bardziej zwartego, niemal linearnego. Z jednej strony klawiszowa repetycja, z drugiej na poły rytmiczne tarcia po glazurze bębna basowego. Muzycy szyją teraz opowieść, która z każdą sekundą staje się bardziej minimalistyczna, poszukująca klasycznie pojmowanej melodyki. Dźwięki znów stają się śpiewne i wznoszą coraz wyżej, ponownie niesione nade wszystko pianistycznymi powtórzeniami.

Ostatnie pięć minut koncertu, to systematycznie odchodzenie w cień. John prawie milczy, rezonujące frazy Eddiego stają się definitywnie filigranowe, aż po pojedyncze uderzenia, delikatne niczym sakralne wyniesienie. W końcu nastaje cisza. Trwa ponad minutę. Potem już tylko oklaski – te trwają niemal dwie minuty. Licznik odtwarzacza zatrzymuje się na wskazaniu 60:43.

 

AMM Aura (Matchless Recordings, CD 2024). Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz John Tilbury – fortepian, klawesyn. Nagrane w Turku, Finlandia, październik 2016. Jedna improwizacja, 60 minut i 43 sekundy.



wtorek, 31 grudnia 2024

50 Reasons to Remember The Year 2024! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2024!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań!



 

Albert Cirera & Florian Stoffner Mow

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/02/albert-cirera-florian-stoffner-like-to.html

AMM Aura

(not reviewed yet)

Bobby Bradford/ Frode Gjerstad/ William Roper/ Alex Cline Frice

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/11/bobby-bradford-frode-gjerstad-william.html

Burkhard Beins Eight Duos

(not reviewed yet)

Colin Webster Large Ensemble Second Edition

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/colin-webster-large-ensemble-in-second.html

Czarnoziem Socha

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/micha-gizycki-in-black-and-white.html

Darin Gray/ Pak Yan Lau/ Steve Noble/ Alan Wilkinson The Worm Turns

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/the-shrike-records-collection-hazard.html

David Maranha & Rodrigo Amado Wrecks

(not reviewed yet)

Der Dritte Stand, Spontaneous Live Series 015: Live at 7th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/nowe-albumy-spontaneous-live-series.html

Desarbres Ensemble, Spontaneous Live Series D05: Live at 6th Spontaneous Music Festival 2022

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/04/desarbres-ensemble-digitalna-nowosc.html

Dirk Serries At Future Dawn

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/08/dirk-serries-in-defiance-of-self-at.html

El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part I

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/barcelona-five-of-kind-behenii-still.html

Floros Floridis/ Matthias Bauer/ Joe Hertenstein Temporal Driftness

(not reviewed yet)

Gonçalo Almeida States of Restraint

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/goncalo-almeida-and-states-of-restraint.html

Gosia Zagajewska/ Paulina Owczarek/ Emilio Gordoa, Spontaneous Live Series D06: Live at 5th Spontaneous Music Festival, 2021

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/zagajewska-owczarek-i-gordoa-na-szostym.html

Hubbub abb abb abb

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/frederic-blondy-in-two-relative-pitch.html

Ignaz Schick/ Anaïs Tuerlinckx/ Joachim Zoepf Ensemble A

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/confront-recordings-three-shots.html

Ingel Rild Extreme Entity Workout

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/discordian-records-strikes-again-ingel.html

Isabelle Duthoit & Ocnos Arkestra Chillar todo el día

(not reviewed yet)

John Butcher/ Florian Stoffner/ Chris Corsano The Glass Changes Shape

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/butcher-stoffner-corsano-glass-changes.html

John Butcher/ Luigi Marino/ Mark Wastell Parallel Streams

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/john-butcher-in-two-trios-parallel.html

John Butcher/ Phil Durrant/ Mark Wastell Around the Square, Above the Hill

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/butcher-durrant-wastell-are-hanging.html

John Butcher +13 Fluid Fixations

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/04/john-butcher-13-fluid-fixations.html

Jonas Engel/ Andrea Bazzicalupo/ Asger Thomsen Ø

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/engel-bazzicalupo-thomsen-draw.html

Kasper T. Toeplitz & Ensemble Phoenix Basel Rupture & Dissipation

(not reviewed yet)

Kaze Unwritten

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/02/kaze-is-unwritten.html

Luis Erades/ Diego Caicedo/ Seba Ramírez Death Posture

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/barcelona-makes-world-go-round-death.html

Magda Mayas' Filamental Ritual Mechanics

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/magda-mayas-and-her-filamental-play.html

Marcello Magliocchi/ Adrian Northover Time Textures

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/marcello-magliocchi-adrian-northover.html

Marlies Debacker/ Salim(a) Javaid Convolution

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/debacker-javaid-in-convolution.html

Marta Warelis/ Florian Stoffner/ Rudi Fischerlehner, Spontaneous Live Series 014: Live at 7th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/nowe-albumy-spontaneous-live-series.html

Onceim Laminaire

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/frederic-blondy-in-two-relative-pitch.html

Paweł Doskocz & Wojtek Kurek Wrrr

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/the-september-round-up-dooom-orchestra.html

Phicus REDOX

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/04/hera-corp-new-outfit-phicus-pablo-selnik.html

Phil Durrant & Daniel Thompson Live / Studio

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/02/phil-durrant-daniel-thompson-are-live.html

Rudi Mahall/ Florian Stoffner/ Michael Griener Die Exorzistin

(not reviewed yet)

Sharif Sehnaoui/ Tony Elieh/ Adam Gołębiewski Shadowcracker

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/sehnaoui-elieh-goebiewski-are.html

Slight Deform Still Life #1

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/barcelona-five-of-kind-behenii-still.html

Sound the Alarm Sound the Alarm

(not reviewed yet)

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/barcelona-five-of-kind-behenii-still.html

Splitter Orchester splitter musik

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/splitter-orchester-plays-splitter-musik.html

Ternoy/ Cruz/ Orins The Theory of Constraints

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/peter-orins-in-two-circum-disc-trios.html

The Void Of Expansion Escaper

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/the-void-of-expansion-escaper.html

Thuluth (Magda Mayas, Ute Wassermann & Raed Yassin) One Third Of The Sun

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/11/al-maslakh-fresh-and-older-thuluth-hic.html

Toc & Paulina Owczarek Psychedelic Jelly

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/the-circum-disc-new-outfit-psychedelic.html

Tonus Analog Deviation

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/the-new-wave-of-jazz-axis-tonus-lemadi.html

Tony Buck/ John Edwards/ Elisabeth Harnik/ Harri Sjöström Flight Mode – Live in Berlin 2023

https://www.jazzarium.pl/przeczytaj/recenzje/flight-mode-live-berlin-2023

Vasco Trilla The Bell Slept Long In Its Tower

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/barcelona-makes-world-go-round-death.html

Warsaw Improvisers Orchestra Trzy Dni

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/08/warsaw-improvisers-orchestra-worked.html

Yedo Gibson Conic Tube

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/the-relative-pitch-spring-is-here.html

Zosha Warpeha Silver Dawn

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/the-relative-pitch-spring-is-here.html

 

 

wtorek, 12 listopada 2024

AMM! This history is still going on!


Wedle wszelkich znaków na niebie, ziemi i piekle, jedna z dwóch najważniejszych formacji muzyki swobodnie improwizowanej, brytyjska AMM przeszła już do historii gatunku, grając swój ostatni koncert w lipcu 2022 roku, przy okazji obchodów 80.rocznicy urodzin jednego z jej założycieli, perkusjonalisty i perkusisty Eddiego Prevosta. Rzecz działa się oczywiście w londyńskiej Cafe Oto.

Trybuna Muzyki Spontanicznej donosiła zarówno o samym fakcie, jak i omawiała dokumentację fonograficzną wydarzenia, dostarczoną przez Matchless Recordings jesienią ubiegłego roku, a nazwaną dość konkretnie Last Call *). Dodajmy, iż stali Czytelnicy wiedzą doskonale, iż dumna historia formacji i jej bogata (choć wcale nie taka obszerna) dyskografia została na tych łamach omówiona w dwóch podstawowych częściach: nagrania tria z lat 1982-2004 **) oraz dokonania duetu z lat 2005-2015 ***). Także ujawnienia AMM w ostatniej dekadzie lat (tak w duecie, jak i w trio) zostały tu werbalnie ogarnięte ****). Najbardziej dociekliwi z pewnością pamiętają, iż na opisanie wciąż czeka pierwszy okres funkcjonowania formacji, przypadający na lata 1966-81.



 

Świat nie zna wszakże pojęcia pustki (przynajmniej w naszym rozumieniu czasoprzestrzeni), ostatnie tygodnie przyniosły bowiem nowy album AMM zatytułowany Aura, który dokumentuje koncert w fińskim Turku z października 2016 roku. Wnikliwi psychofani grupy zapewne pamiętają, iż kilka dni później duet Tilbury/ Prevost koncertował w trakcie warszawskiego Festiwalu Ad Libitum.

Nim pochylimy nasze zmysły nad wyżej wskazanym albumem, dziś sięgamy po wydawnictwo sprzed … 25 lat, które nie zostało omówione w ramach epopei obejmującej lata 1982-2004, albowiem redakcja nie była wówczas w posiadaniu tego nagrania. Mamy na myśli winylowy krążek angielskiego labelu FatCat Records, który w serii splitowych albumów (odcinek #4) zaprezentował na jednym wydawnictwie fragment koncertu AMM z austriackiego Grazu (z 1998 roku) i kilkunastominutowy set innej legendy muzyki eksperymentalnej, japońskiego mistrza noise Akity Masami, którego świetnie znamy pod szyldem Merzbow. Co ciekawie, próba połączenia wody z ogniem nie okazała się wcale tak szalona, albowiem koncert AMM brzmi wyjątkowo brudno (zapewne zbierany jednym mikrofonem) i nasycony jest tak dużą porcją post-industrialnego hałasu, iż śmiało przywoływać może w pamięci nagrania grupy z pionierskich lat 60.ubiegłego stulecia, choćby podwójnego albumu The Crypt.



 

Pierwsza strona winyla Split Series #4, zawierająca nagranie AMM zwie się For Ute, trwa niespełna 21 minut i jest z całą pewnością tylko fragmentem koncertu, jaki Keith Rowe, Eddie Prevost i John Tilbury popełnili w Grazu w roku 1998. Po prawdzie składu formacji też się domyślamy, albowiem albumowe credits nie jest wyposażone w tak wrażliwe dane.

Na koncercie pojawiamy się najprawdopodobniej od samego jego początku. Słyszymy szmery i półdźwięki z radia, szeleszczą perkusjonalia, z gryfu gitary sączą się filigranowe zgrzyty, a piano zasyła pojedyncze uderzania w klawiaturę. Kolejne strzępy docierającej do nas fonii, to prawdopodobnie świst smyczka, także drobne melodie, które dostarcza radio lub wystudzone struny gitary. Tymczasem generowane przez perkusjonalia plamy rezonansu zaczynają wchodzić w interakcje ze strugą fonii, który płynie dołem i zdaje się posiadać pewne tajemnicze walory rytmiczne. Całość nabiera pewnej gęstości, a poziom intensywności dźwięków systematycznie narasta, choć sama opowieść jest leniwa i niemal stoi w miejscu. W tym tyglu zaniechania dość niespodziewanie pojawia się bardzo matowo brzmiący drumming, który szczelnie wypełnia tło improwizacji. Znów słyszymy ochłapy dźwięków, które niechybnie pochodzą z gitary traktowanej nieco bardziej konwencjonalnie. Po mniej więcej dziesięciu minutach muzycy popadają w stan letargu, a ich post-industrialne plamy zdają się odchodzić w narracyjny niebyt. W tych okoliczności dramatu na pierwszy plan sforuje się leniwy do tej pory pianista. Stygnąca fala fonii nie przestaje być jednak brudna, zakurzona i lepka. Tymczasem do akcji zaczynają coraz śmielej wkraczać sample z muzyką popularną, które jak zawsze w przypadku AMM biorą w nawias pewien patos ich wystudzonych opowieści. W ostatnich minutach tego, co dostajemy na płycie rośnie udział fraz akustycznych, nie do końca zanurzonych w elektroakustycznym szumie ze stołu gitarowego Rowe’a – słyszymy więcej akcji perkusjonalnych, śladów fortepianowych klawiszy i drobnych, gitarowych zagrywek. Nagranie z koncertu w Grazu urywa się nagle, pozostawiając nas wyłącznie ze szmerem dogorywającej, pierwszej strony czarnego krążka.

Strona oddana we władanie Japończyka trwa niewiele ponad 12 minut i jest typowym dla Merzbowa strumieniem białego, zgrzytliwego, post-elektronicznego szumu. Całość przypomina tajfun na otwartej pustyni – fala dźwięków, która zabija i z pewnością oczyszcza. Owa struga mocy zdaje się być jednorodna, ale w jej wnętrzu toczą się prawdziwe wojny światów. Akcja goni tu akcję, ale by to wszystko usłyszeć, trzeba dokładnie w ów hałas wsłuchać się. A to sprawa tylko pozornie prosta.

 

*) http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/01/eddie-prevost-80th-amm-special-quartet.html

**) http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/09/amm-amazing-mostly-magnificent-from.html

***) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/02/amm-dekada-dwuosobowa-tylko-do-uzytku.html

****) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2018/08/amm-unintented-trio-legacy.html

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2020/07/amm-so-until-next-time.html

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/amm-in-museu-industrial-da-baia-do-tejo.html

 



piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.



wtorek, 6 lutego 2024

John Butcher & Eddie Prévost are Unearthed!


Niemal dokładnie miesiąc temu pisaliśmy na tych łamach o albumach dokumentujących artystyczne obchody 80. urodzin Eddie’go Prévosta. Omówiliśmy wówczas szczegółowo dwa kluczowe albumy, kolejne dwa skwitowaliśmy mniejszą porcją słów. Z kolei dwie inne pozycje z najnowszego katalogu Matchless Recordings jedynie zaawizowaliśmy, mając nadzieje na ich pełny odczyt w przyszłości. One także konsumują artystyczne dokonania jubilata i przy okazji świetnie uzupełniają urodzinowy box.

Dziś pochylamy się nad jedną z tych ostatnich i zamieszczoną tam duetową ekspozycją Johna Butchera i Eddie’go Prévosta. Panowie nagrali już w duecie, tudzież większych składach (choćby AMM!) sporo albumów, każdy z nich jest osobną księgą historii gatunku, zatem bez zbędnych wstępów siadamy do odczytu i odsłuchu ich najnowszego wspólnego nagrania, którego tytuł zdaje się być zaskakująco przewrotny. Okoliczności obiektu sakralnego, późna wiosna roku ubiegłego i trzy improwizacje, które szczelnie wypełniają przestrzeń dysku kompaktowego.

Nagranie składa się z dwóch wielominutowych utworów i czegoś na kształt kody, ale ponieważ ta ostatnia trwa ponad kwadrans śmiało możemy ją uznać za pełnoprawną, trzecią improwizację czerwcowego wieczoru w brytyjskim Essex.



 

Muzycy zaczynają spektakl oblepieni szemrzącą ciszą, ale dość szybko dają sygnały, iż tego dnia skorzy są budować całkiem dynamiczne ekspozycje, a ich celem nie będzie raczej eksploracja słynnych technik rozszerzonych, ale pełnokrwista, chwilami niemal free jazzowa jazda. Taką wolę z pewnością reprezentuje tu perkusista, który mimo osiemdziesięciu jeden wiosen na karku chętny jest do czynienia naprawdę ekspresyjnych akcji, to samo można zresztą powiedzieć o kilkanaście lat od niego młodszym, ale także już zasłużonym mistrzu saksofonu. Obaj sprawiają wrażenie nastolatków na pierwszej randce i wyjątkowo im dobrze z takim nastawianiem do życia. Akcje roześmianego Johna i rozhuśtanego energią Eddie’ego w trakcie pierwszego, ponad 34-minutowego seta, mienią się wszystkimi kolorami tęczy, a sami artyści nie wybierają dróg na skróty. Drummer pozostaje w akcji cały czas, szyje ściegiem pełnym emocji, nie ustaje w implikowaniu akcji zaczepnych. John, jak to ma w zwyczaju, lubi dramaturgiczne pauzy, ale po każdej z nich zdaje się wracać z jeszcze lepszym pomysłem. Zmienia saksofony w zależności od nastroju chwili i świetnie reaguje na każdą frazę interlokutora. Eddie zdaje się tu stać na straży reguł free jazzu, z kolei John nie zapomina o chwilach dramaturgicznej zadumy i dalece kameralnych westchnieniach. W okolicach dwunastej minuty muzycy serwują nam drobny wątek balladowy, sięgają nawet do bardziej mrocznych stron swej improwizacji. Po restarcie brną dalej pozostając w intrygującym dysonansie dynamiki – Eddie narzuca bystre tempo, John fantastycznie wstrzymuje moc oddechu i sięga po spokojniejsze frazy. Ten fragment czerwcowego spotkania w Essex ma swój peak ekspresji pod koniec drugiego kwadransa. John sięga nieba dmąc w saksofon sopranowy, Eddie finalizuje roztańczonymi talerzami.

W trakcie drugiego, o kilka minut krótszego seta, artyści serwują nam kilka rozdziałów ze swych przebogatych ksiąg fraz preparowanych. Zaczynają zresztą plejadą mrocznych short-cuts. Po niezbyt długiej introdukcji idą w swoje ulubionego tego wieczoru tango, udanie stymulują dynamikę, ale definitywnie donikąd się nie spieszą. Dbają o odpowiednią melodykę i zwartą, linearną narrację. Raz za razem dostarczają nam urokliwe kwiatki – intrygujące przedechy, drżące, rezonujące talerze, tudzież drobne, ale czerstwe porcje ciszy. Znów w okolicach dwunastej minuty zarządzają moment dramaturgicznego wytłumienia. Tuż po nim Eddie proponuje drobne, szczoteczkowe solo, John z kolei bierze w dłoń sopran i dekretuje … wątek tameczny. Wpada na niedługo w oddech cyrkulacyjny i znacząco podnosi poziom emocji. Gdy z nich opada, chętnie sięga po najlepsze ze swoich preparacji – świsty, gwizdy, frazy zza grubej, teatralnej kotary. Eddie kontrapunktuje talerzową feerią. Nim drugi set zostanie zwieńczony dość żwawą, solową akcją perkusisty, dostajemy się jeszcze w wir stonowanego, rozśpiewanego stepu realizowanego marszowym krokiem.

Ostatni akt wieczoru pełni rolę nieco spokojniejszej, pożegnalnej ekspozycji. Dużo w niej minimalizmu, dywagacji czynionych w okolicach ciszy. John trochę mruczy, trochę śpiewa na tenorze, Eddie snuje leniwy drumming. Przez moment akcja nabiera rozpędu, po czym wpada w intrygujące, ptasie tremolo Johna, posadowione na rezonującej ekspozycji Eddie’go. Końcowe dwie minuty zdają się być pogrążone w ciszy ledwie słyszalnych dronów saksofonu i skromnych uderzeń w werbel i tomy.

 

John Butcher & Eddie Prévost Unearthed (Matchless Recordings, CD 2023). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Eddie Prévost - perkusja. Nagrane w All Hallows Church, High Laver, Essex, czerwiec 2023. Trzy improwizacje, 78 minut.

 

 

piątek, 5 stycznia 2024

Eddie Prévost’ 80th: AMM & Special Quartet!


Eddie Prévost – najznamienitszy ze znamienitych perkusistów i perkusjonalistów muzyki improwizowanej - obchodził późną wiosną 2022 roku osiemdziesiąte urodziny. Z tej okazji nasza ulubiona rudera w Londynie, słynne Cafe Oto, zorganizowała w cztery kolejne soboty lipca urokliwe wieczorki taneczne wypełnione po brzegi swobodnymi improwizacjami, realizowanymi w różnych składach, niemal każdorazowo z udziałem wspaniałego jubilata.

Po roku z okładem trafia do nas pełna dokumentacja fonograficzna tych koncertów. Cztery płyty w poręcznym formacie CD (z ukochanym logo Matchless Recordings; można kupować pojedynczo lub jako box z rabatem) radują nasze serca niebywale, także dlatego, iż jeden z elementów zestawu dokumentuje … ostatni koncert legendarnej formacji AMM. O okolicznościach tego koncertu pisaliśmy na tych łamach niemal zaraz po wydarzeniu. Zatem przypomnijmy, iż planowany, ostatni koncert tria odbył się niestety w składzie dwuosobowym, gdyż najstarszy z grona, wówczas ponad 85-letni pianista nie mógł ze względów zdrowotnych dotrzeć tego dnia do Cafe Oto. Niejako w ramach rekompensaty, artysta dograł parę miesięcy później kilkunastominutowy set solowy, który na srebrnym krążku uzupełnił trwającą prawie godzinę improwizację Eddiego Prévosta i Keitha Rowe’a.

Zapraszamy na skupiony odczyt i odsłuch ostatniego koncertu AMM oraz pewnego równie smakowitego kwartetu. Pozostałe dwa albumy z urodzinowego boxu omówimy zdawkowo w dalszej części tekstu. Tamże wskażemy także dwa kolejne albumy wydane przez Matchless, które zdają się być udanym uzupełnieniem (a może rozwinięciem) nagrań z lipca 2022, a szczególnie koncertu kwartetowego.



 

Last Calls

Prévost i Rowe improwizowali w duecie z pewnością nie jeden raz, ale pod szyldem AMM świat zna tylko jedno takie nagranie. Ukazało się ono pod koniec … lat 70. ubiegłego stulecia pod zabawnym tytułem It Had Been An Ordinary Enough Day In Pueblo, Colorado. W ostatnią sobotę lipca 2022 nasi dzielni i jakże legendarni improwizatorzy zaczęli swój występ w typowy dla AMM sposób, a zatem w zupełnej i niezwykle skupionej ciszy. Sam przebieg wydarzeń był zaś taki, jak opisano poniżej.

Najpierw drobną symfonię rezonującego talerza prezentuje Eddie. Jego partner dołącza do gry po około 90 sekundach śląc pierwsze szelesty i subtelne, elektroakustyczne zgrzyty ze swojego pulpitu dowodzenia. Opowieść dość szybko wchodzi w fazę rozśpiewanych dronów, które zdają się być wyjątkowo zgodne w aspekcie brzmieniowym. W 5 minucie Rowe rozpoczyna spektakl sampli. Na początek proponuje szczyptę baroku, potem nawet czegoś na kształt muzyki dawnej. Narracja toczy się dość spokojnym strumieniem, z jednej strony wydaje się być niebywale minimalistyczna, zwłaszcza po stronie Rowe’a, z drugiej potrafi zassać drobne strzępy hałasu, frazy śmiało zasługujące na miano post-industrialnych, co jest na ogół efektem działań Prevosta. Od post-barokowych medytacji po gęstsze, bardziej intensywne interakcje. W okolicach 20 minuty wyraźnie słyszymy frazy fortepianu. Sprawcą zajścia nie jest z pewnością nieobecny tego dnia Tilbury, to najprawdopodobniej efekt użycia kolejnego sampla. Dodajmy, iż w dalszej części koncertu ów pianistyczny wtręt będzie pojawiał się dość często i definitywnie zdobił szlak improwizacji.

Pierwszy pianistyczny kontrapunkt zostaje urokliwie skomentowany rezonującym dronem z talerza, który zdaje się stać niemal w miejscu. Odpowiedzią Rowe’a drobna porcja post-gitarowych sprzężeń. Tymczasem w tle sączy się intrygujący ambient, raz po raz doprawiany kolejnymi, drobnymi, niekiedy dość zaskakującymi samplami. W okolicach 30 minuty artyści koncentrują się na ekspozycjach dronowych, nie brakuje szumów i szelestów, a nawet dźwięków dętych. Po kolejnych kilku minutach dostajemy się w chmurę fal radiowych, które komentowane są ostrymi, rezonującymi akcjami perkusjonalii. Jest i wysamplowany pomiot wprost z operowej sceny! Po 40 minucie muzycy wchodzą w strefę mroku. Dźwięki piana powracają jak mantra, talerze szeleszczą i drżą. Gdy drony Prevosta zdają się nabierać mocy, Rowe komentuje je hymnem post-klasyki. W okolicach 50 minuty narracja staje w miejscu i być może czeka już na niechybną śmierć. Rowe podsyła drobne incydenty elektroakustyczne, Prevost przystępuje zaś do fazy finalizacji, która staje się kolejnym pasmem błyszczących, niemal rozśpiewanych talerzy w stadium głębokiego rezonansu.

Pianistyczny bonus Tilbury’ego, tu nazwany po prostu Post-Script, toczy się w leniwej, minimalistycznej estetce typowej dla tego pianisty. Pojedyncze dźwięki klawiszy, fortepianowe młoteczki, cisza, drobne trzaski i szelesty będące zapewne efektem poruszania się samego muzyka. Wraz z upływem czasu kilkunastominutowej improwizacji można odnieść wrażenie, że muzyk rozrzedza strumień dźwięków, spowalnia go, wpada w zadumę i cieszy się coraz dłuższymi odcinkami ciszy.

AMM Last Calls (Matchless Recordings, CD 2023). Keith Rowe – gitara, elektronika (pierwszy trak), Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne (pierwszy) oraz John Tilbury (drugi). Cafe Oto, Londyn, 30 lipca 2022 (pierwszy) oraz nagranie domowe, Deal/ Kent (drugi), 18 stycznia 2023. Dwie improwizacje, 66 minut.



 

The Art Of Noticing

Dwie tygodnie wcześniej, w trzecią sobotę lipca 2022, na scenie Cafe Oto improwizował intrygujący kwartet w składzie: John Butcher na saksofonach, Marjolaine Charbin na fortepianie, Ute Kanngiesser na wiolonczeli oraz nasz zacny jubilat na instrumentach perkusyjnych. W składzie awizowana była także skrzypaczka Jennifer Allum, albowiem niniejszy koncert miał stanowić kontynuację pewnego nagrania kwintowego, uwiecznionego na płycie kilkadziesiąt miesięcy wcześniej. Skończyło się wszakże na kwartecie, który na długie minuty przyniósł nas do świata królewskiego minimalizmu AMM, na straży którego zdali się stać saksofonista i perkusjonalista, z kolei pianistka i wiolonczelistka czyniły wiele, by pryncypia legendy gatunku były w urokliwy sposób kwestionowane, trochę w poprzek oczekiwaniom tłumu zgromadzonego w londyńskim klubie.

Początek koncertu toczy się definitywnie pod dyktando wspominanych wyżej oczekiwań – drony saksofonu i smyczka, rezonujący talerz i minimalistyczne frazy piana. Po kilku minutach następuje jakby delikatne rozedrganie faktury narracji. Pianistka rozsiewa zalążki rytmu, wiolonczelistka repetuje na poły dynamiczną frazę. Improwizacja urokliwe chybocze się na delikatnym wietrze i wielokrotnie przebiera formę zmyślnych interakcji w podgrupach, najczęściej duetach. Najpierw piano ostrzy sobie klawisze na krawędzi talerza, potem saksofon (w tym secie tenorowy) preparuje, mając wsparcie w postaci pizzicato wiolonczeli. Powrót do kwartetu, to plejady szumów, szmerów i tajemniczych post-dźwięków. Kolejne duo, to połączone siły cello i talerza, zadania którego po niedługim czasie przejmuje inside piano. Ocean subtelności płynie coraz szerszym strumieniem, w którym jest także miejsce na incydent duetowy saksofonu i perkusjonalii, uformowany w gęsty dron. Sam finał pierwszego seta zostaje zaś oddany w ręce pianistki i wiolonczelistki.

Drugi set trwa kilka minut dłużej i zdaje się obfitować w większą liczbę ekspresyjnych wydarzeń. Wygląda na to, że duch AMM na wiele minut udaje się do garderoby, by nie zakłócać interakcji realizowanych tu bardzo często w pełnym kwartecie. Początek jest dość mroczny, upstrzony dużą liczbą fraz preparowanych, z drobną kulminacją, podczas której wszystkie instrumenty wydają się śpiewać jednym głosem. Emocje płyną z samego dna saksofonu sopranowego, z gibkiej klawiatury piana, z repetujących strun cello i niemilknącej symfonii wielkiego talerza. Bywa, że kwartetowa ekspozycja nabiera tu nawet free jazzowych rumieńców. Ekscesy duetowe stanowią teraz rzadkość, ale ich uroda nie słabnie – choćby w momencie, gdy rezonujące talerze czynią wiele, by temperować ekspresyjne akcje pianistki. Pod koniec pierwszego kwadransa narracja tonie w ciszy, którą współtworzą szelesty, szumy, być może także świst wachlującego powietrze smyczka. Zdaje się, że duch AMM wrócił już z garderoby i na powrót zarządza sytuacją sceniczną. Jeszcze tylko drobne, dronowe wzniesienie i narracja na długie minuty zostaje oddana w ramiona dygoczącego minimalizmu. Incydenty nasączone większą nerwowością pojawiają się już teraz jakby przez przypadek. Opowieść toczy się dość leniwie, a na horyzoncie zdają się być widoczne napisy końcowe. Finalizacja seta znów staje się udziałem duetu – tym razem pianistki i zacnego jubilata.

John Butcher, Marjolaine Charbin, Ute Kanngiesser, Eddie Prévost The Art Of Noticing (Matchless Recordings, CD 2023). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Marjolaine Charbin – fortepian, Ute Kanngiesser – wiolonczela, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Cafe Oto, Londyn, 16 lipca 2022. Dwie improwizacje, 62 minuty.

 

*****

       

Urodzinowe koncerty zainaugurowane zostały w drugą sobotę lipca 2022, gdy scenę Cafe Oto opanował imponujący tentet, składający się z sześciu saksofonów (m.in baryton Alana Wilkinsona i tenor Toma Chanta), fortepianu Veryana Westona, kontrabasu Marcio Mattosa, gitary elektrycznej N.O.Moore’a i perkusji naszego jubilata. Ów prawdziwie free jazzowy capstrzyk mieni się wszystkimi kolorami tęczy i niesie ogrom emocji, tu wszakże odrobinę przewidywalnych. Koncert zaczyna sekstet dęty, potem mamy dwa tria dęte, wreszcie na scenę wkracza tentet, który najpierw intonuje gromkie Sto lat dla jubilata, w potem zanurza się w trwającą ponad kwadrans, ekspresyjną free jazzową improwizację. Dokumentacja tego koncertu zawarta została na albumie A Company Of Others.

Z kolei w czwartą sobotę lipca na scenie pojawił się jeszcze większy skład, niestety tym razem pozbawiony jubilata. Piętnastu muzyków, w większości mniej nam znanych, wykonało osiem improwizacji - najpierw był to septet, potem dwa tria, duet, trzy kwartety i na koniec sekstet. Sceną Cafe Oto rządziło wówczas bardzo urozmaicone instrumentarium, zarówno akustyczne, jak i elektroniczne, głosy damskie, ale też odrobina chaosu i artystycznej nadkreatywności. Jeśli zdecydujecie się na zakup całego boxu, ta płyta w niczym wam nie zaszkodzi, jeśli jednak mielibyście nabyć jedynie album Widdershins, to śmiało możecie z tego zrezygnować. Dodajmy jeszcze, iż wszystkie cztery albumy w boxie dostępne są pod tytułem A Bright Nowhere – complete series.

Wracając jeszcze na moment do albumu kwartetowego, którym zachwycaliśmy się kilka akapitów wcześniej - dwie najnowsze pozycje w katalogu Matchless Recordings pięknie uzupełniają to nagranie. Pierwsza płyta, to duet jubilata z francuską pianistką Marjolaine Charbin (The Cry Of A Dove Announcing Rain), druga zaś, to spotkanie Prevosta z Johnem Butcherem (Unearthed). Oba albumy godne są każdej sekundy swojego bardzo długiego trwania (odpowiednio 77 i 78 minut) i polecamy je bez wchodzenia w zupełnie zbędne w tym wypadku szczegóły. Album piano & percussion wydaje się być kolejną, jakże udaną reinkarnacją idei AMM (w obu setach szczególnie wyróżniają się wspaniałe, dronowe, wyciszone i jakże minimalistyczne pasaże), z kolei album sax & drums zdecydowanie sytuuje się w estetyce free jazzu, chwilami spokojnego, chwilami dalece ekspresyjnego. W każdym razie, w drugim z omawianych przypadków Eddie Prevost nie miażdży krawędzi swojego wielkiego talerza, ale uprawia rasowy, temperamentny drumming.

 

Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań omówionych w niniejszym tekście.