Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Ole Jorgensen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Ole Jorgensen. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2020

Anton Ponomarev, Dmitry Lapshin & P.O. Jørgens! Dødsdromen!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.

 

Rosyjski kwartet Brom, sytuujący swoje muzyczne zainteresowania na linii przecięcia free jazzu, punk rocka i elektronicznych eksperymentów, zyskuje w Europie coraz większą renomę. Duński perkusista Peter Ole Jørgensen jest zaś dla odmiany uznaną postacią sceny free jazz/ free improv (równie przekonujący w swobodnej improwizacji, jak i masywnym, zwalistym jazzie i rocku), zapewne od czasów, gdy Rosjanie chodzili jeszcze do szkoły podstawowej. Spotkanie połowy bromowego kwartetu i rzeczonego Duńczyka nie mogło zatem nie być czymś wyjątkowym.

Krzykliwy saksofon altowy, który od smugi post-punkowego popiołu, może w ułamku sekundy przejść do bystrego swingowania (Anton Ponomarev), gitara basowa pełna pickup-owych efektów, która zdaje się znać całą historię zarówno jazzu, jak i najmocniejszych odmian rocka (Dmitry Lapshin), wreszcie, jakby stworzony do zadanej sytuacji scenicznej power drumming (P.O. Jørgens), to zestaw przedmiotowo-podmiotowy, który zaprasza nas na 33-minutową przebieżkę skrajem free-jazz-rockowego wzgórza o nazwie Dødsdromen (Fundacja Słuchaj!, CD 2020 – nagranie studyjne z Moskwie, luty 2017 roku).

 


Muzycy od pierwszej sekundy ustalają zasady tej gry – środkiem pędzi masywny, progresywny drumming, prawą stronę zawłaszcza sfuzzowany bas, który rzeźbi głębokie bruzdy w ziemi, brzmi niczym psycho-guitar, lewą stronę opanowuje zaś skrzeczący, tryskający strumieniami ekspresji saksofon altowy. Narracja przypomina kształtem walec drogowy. Brudne brzmienie na granicy przesteru i mocne tempo, które rośnie w trakcie nagrania. Kolektywna demokracja, rockowy sznyt i emocje free jazzu, wreszcie moc kreacji w głowie każdego z muzyków. W drugim utworze saksofon postanawia nieco pośpiewać, bas schodzi bardzo nisko na nogach i sieje improwizowany ferment. Jazz-rockowa perkusja dopełnia dzieła zniszczenia.

Trzecia historia przypomina nieco wystudzoną balladę dla udręczonych hałasem. Walec toczy się jednak po równi pochyłej, a emocje rosną. Tu w roli naczelnego melodyka pokazuje się bas, który przez ułamek sekundy wydaje się lżejszy niż powietrze. Otwarcie czwartej części i znów basówka w roli głównej – elektroakustyczne sprzężenia mocy, charkot amplifikacji i gitarowych przystawek. Wszystko drży i burczy. Saksofon wypuszcza kilka dronów, perkusja precyzyjnie kreśli ramy narracji. Gęsty ołów, zastygająca lawa – metafory recenzenta grzęzną w błocie. Alt zachowuje się, jakby był zupełnie pijany, bas tryska emocjami, niczym wulkan, a perkusji – cóż ma czynić – pozostaje rola rozjemcy.

Piąta opowieść pachnie dobrym jazzem. Rosjanie wydają się tajemniczo spokojni, Duńczyk liczy krawędzie werbla i tomów. Saksofon śpiewa niczym Charlie Parker na sterydach. Bas i perkusja bawią się w improwizację bez czytelnych konotacji gatunkowych. Najdłuższa historia nabiera jednak rumieńców. Najpierw bystry pasaż w duecie (bez altu), a gdy ten powróci, emocje sięgną zenitu – doskonałe solo Antona! Szósta historia czerpie ponownie z estetyki groźnego rocka, a nawet post-funku. Rozbujany do czerwoności saksofon tyczy szlak kolektywnego biegu po zdrowie. Oj, zdaje się, że Brom doczekał się lepszej, alternatywnej wersji! Muzycy sięgają po prog-rockowe grepsy, a na sam finał wpadają w cudowny chaos twórczego niezdecydowania.

Siódma pieczęć! Saksofon jęczy, jak kotka w cieczce. Szczoteczki robią porządki na werblu. Elektryczne flażolety basu, niczym pijane skowronki w locie opadającym. Po chwili wątpliwości następuje atak – alt tonie we free jazzowej ekspresji, bas eksploduje brudem, perkusja uwija się jak w ukropie. Krzyki, wrzaski, pot i krew! Po chwili jednak spowolnienie – muzycy zaczynają melodyjnie podrygiwać kolanami, to prawie walczyk!  Ostatnia pieśń, niczym stempel władzy! Heart attack! Powraca moc i energia pierwszego utworu, tylko w jeszcze szybszym tempie! Power trio in post-nuclear disaster! Krwawa jatka na całego! Perkusja łapie niemal speed-punkowe tempo, bas śpiewa z pełnymi ustami, saksofon gdera i gdacze. Tym razem spowolnienie jest niemal niedostrzegalne – gaz bojowy pcha artystów ku finałowej przepaści. Opary psychodelii, gęste chaszcze kwasu, prawdziwa eksplozja! Fire!

 

sobota, 2 listopada 2019

Spontaneous Live Series - Live in Dragon 2019 is still striking!


Jesienna edycja Spontaneous Live Series, realizowanego przez poznański Klub Dragon i Trybunę Muzyki Spontanicznej cyklu koncertowego, wkracza w decydującą fazę. W tej części serii bywalcy Dragona mieli okazję zobaczyć już koncerty Spinifex, Tatvamasi, Jorge Torrecillas Ensemble, a także kilka dni temu francuskiego perkusisty Petera Orinsa, który zagrał set solowy oraz duet z poznańskim saksofonistą i klarnecistą Michałem Giżyckim. Do końca serii pozostały jeszcze cztery wydarzenia, w tym jedno, które nie było anonsowane w momencie startu tej edycji.

12 listopada w Poznaniu zagra polsko-duńskie trio Witold Oleszak (fortepian), Tomo Jacobson (kontrabas) i Peter Ole Jørgensen (perkusja). Poznań będzie jednym z przystanków na krótkiej trasie koncertowej formacji, która rozpocznie się występem w Alchemii, w ramach 14. Krakowskiej Jesieni Jazzowej. Koncert tria w Poznaniu poprzedzi set solowy Jacobsona, który ma w dorobku niebywałą, dwunastoczęściową serię solowych nagrań, rejestrowaną w roku 2017 miesiąc po miesiącu i w takim cyklu wydawaną własnym sumptem, każda w nakładzie 25 sztuk.




Nim trio Oleszak/ Jacobson/ Jørgensen zagra w Krakowie, potem w Bielsku Białej i wreszcie w Poznaniu, już 2 listopada w Kopenhadze wystąpi jako kwartet, albowiem z dwoma Polakami i Duńczykiem zagra saksofonistka Laura Taxvaerd. W jak doskonałej formie artystycznej są od dłuższego dwaj Polacy, przekonać się można słuchając nagrań zamieszczonych poniżej.


Trzy dni po koncercie w/w tria, w piątek 15 listopada w Dragonie zagra Bomb. To w pełni już skandynawskie (nawet szwedzkie) trio, to Ola Paulson na saksofonie, Anders Lindsjö nas gitarze basowej oraz Anders Uddeskog na perkusji. Ten pierwszy, to m.in. właściciel bardzo ciekawego labelu Konvoj Records. Muzycy Bomb tak udanie potrafią pisać o sobie, iż nie pozostaje nam nic innego, jak ich zacytować:

„Bomb to laboratorium - poligon doświadczalny dla dźwięków i postaw muzycznych, przestrzeń interakcji między różnymi perspektywami i doświadczeniami. Celem (jeśli istnieje) jest znalezienie nieoczekiwanych, być może niesprawdzonych do tej pory, sposobów i nowych podejść w kontekście muzyki improwizowanej (... bla, bla, bla). Jest to jednak przede wszystkim niekończący się eksperyment - dokładny wynik jest stałym przypuszczeniem”.




W subiektywnej opinii organizatorów, Bomb może być prawdziwym czarnym koniem jesiennej części Spontaneous Live Series. By posmakować, czego spodziewać się można po Szwedach, warto kliknąć w poniższy link.


Po kolejnych dwunastu dniach, we środę 27 listopada zagra w Dragonie nowa formacja z udziałem Matsa Gustafssona, The End. Znów w pełni skandynawska załoga, która zdaje się gwarantować dużo emocji i konstruktywnego noise’ free jazzu - Kjetil Møster (The Core) na saksofonie barytonowym, tenorowym i elektronice, gitarzysta barytonowy Anders Hana (MoHa!, Ultralyd, Noxagt), perkusista Børge Fjordheim (Cloroform) oraz wokalistka Sofia Jernberg. Sam Gustafsson zagra na saksofonie barytonowym i elektronice.




Ich bezkompromisowy debiut wydany przez RareNoise "Svårmod Och Vemod Ęr Värdesinnen" (tytuł, którego przybliżone tłumaczenie ze szwedzkiego na angielski, można by określić jako „mroczną melancholię i smutek to zmysły, które należy docenić”), jest potężną dawką energii o sile młota kowalskiego.


Tegoroczny cykl Spontaneous Live Series zakończy koncert przedstawicieli młodej, polskiej sceny improwizowanej – gitarzysty Pawła Doskocza i perkusisty Wojtka Kurka. Muzycy dobrze już znani dragonowej publiczności, w tej stosunkowo nowej konfiguracji personalnej, są zdolni poważnie zaskoczyć. Na ich koncert zapraszamy w sobotę 4 grudnia.


wtorek, 13 lutego 2018

Mikołaj Trzaska! Garść nowości na przełom roku!


Nasz krajowy VIP sceny muzyki improwizowanej, Mikołaj Trzaska, dość dawno wyrył już swe dumne personalia w skale historii gatunku. Szczęśliwie nic nikomu udowadniać nie musi, w rankingi się nie bawi (na Jazz Forum, i tak nie wygra), zatem ma wystarczająco dużo czasu, by nagrywać nowe, dobre płyty. Ubiegły rok przyniósł kilka takich wydawnictw. Jest już nawet jedno, datowane na rok 2018! Zatem, bez dzielenia włosa na czworo - do rzeczy!




Mikołaj Trzaska & Vasco Trilla ‎ Catapulta De Pols D'estrelles (Fundacja Słuchaj!)

W kwietniu 2016 roku Trzaska bawił w Barcelonie. Grał, poznawał nowe smaki, rejestrował ciekawe koncerty. W klubie Jamboree zwarł szyki z ulubieńcem redakcji, wyjątkowym drum perkusjonalistą Vasco Trillą. Koncert dociera do nas po mniej więcej półtora rocznym okresie oczekiwania i pod tytułem Gwiezdny Pył Katapulty (w wiernym tłumaczeniu z katalońskiego) dostępny jest od grudnia ubiegłego roku. Selekcji muzyki dokonał Katalończyk, nożyce cenzorskie i gałki mikserskie miał w dłoniach Polak. Efektem prawie godzina zegarowa muzyki, podzielona na siedem odcinków z tytułami.

Jeden. Rodzaj wstępnej przymiarki, delikatny saksofon altowy na granicy sonore, talerze drummerskie w ruchu, zwinne obcierki. Z otchłani tuby instrumentu dętego szybko wyłania się element melodyczny i zręby struktury rytmicznej. Muzycy jakby trochę się poganiali, nie stroniąc od konwencji call & response. Vasco uruchamia dzwoneczki, talerzyki, dzbanki, śruby, przedmioty codziennego nieużytku. Już w 5 minucie armia jego robaczków i wibratorów zostaje wprawiona w ruch. Drum-Orchestra w natarciu! Trzaska milknie, by po wybrzmieniu, podać z poziomu ciszy piękną, delikatnie semicką kołysankę na klarnecie. Jakże wyśmienity kontrapunkt! Tuż potem muzycy wchodzą w dialog i rozprawiają przez dłuższą chwilę o urokach fauny i flory. Sam Vasco do 11 minuty w ogóle nie stosuje tradycyjnego drummingu. Drugi. Alt plecie historię w obłokach perkusjonalnego kurzu. The Rest is rust! Doprawdy trudno o lepszy tytuł. Wejście bębnów, w miejsce meta percussions, robi różnicę i przestawia całą improwizację na nerwowy, jazzowy tor. Efektem prawdziwie eksplozywne free z błyskotliwymi pasażami saksofonu.  Brawo! Wybrzmiewanie z melodią na ustach, a może na ustniku. Trzeci. I znów mikromelodia Trzaski skrzy się w rezonansie Trilli. Ten drugi też jakby łapał nutki w bezmiarze talerzowej sonorystyki. Czwarty. Dynamiczne free z łomoczącym drummingiem. Oj, dobrze się ci Panowie czują w swoim towarzystwie! Krew z krwi, pot z czoła na czoło. Saksofon tańczy, bębny łapią konwulsję. Proces hamowania, tuż potem, to z kolei świetna okazja na dialog i szczyptę sonore na styku z ciągle aktywnym rytmem. A na finał dobra, acz krótka galopada. Piąty. Ciche pomruki w tubie, rezonujące przedmioty płaskie, partia szachów. Alt opowiada nową historię, perkusjonalia nucą pod nosem. Potem potok wartkiego strumienia przelewa się przez scenę i moczy nogi publiczności. Orkiestra wibratorów, to naturalna kolej rzeczy. Zgodnie z regułą tego koncertu, Trzaska milczy przez moment, a potem zagaja smutną melodię. W jego zaśpiewie powraca Ayler i daje błogosławieństwo. Na zakończenie odcinka, drapieżny free jazz z dużym wykopem! Ostatnie słowo należy do solowego Vasco. Szósty. Ciąg dalszy solowego rezonansu Katalończyka. Lśni wysokim rejestrem świetnie wypolerowanego talerza. Chrobot robaczków, tuż obok. Mikołaj włącza się spokojnym, ale zabrudzonym tembrem swojego altu. Bębny splatają się z tą rurą i w silnym uścisku narracyjnym idą w dobry galop. Dwa zwinne kocury na polowaniu! Siódmy. Nadal na ostro, pieprznie, free jazzowo, soczyście. Gęsto, z przytupem przez cztery minuty z sekundami. Publika nie szczędzi oklasków.





Jellyspace  Jellyspace (Not Two Records) *)

Trzydziesty marca 2017r., krakowska Alchemia, a na scenie jakby reinkarnacja tria Volume, które ekscytowało europejskich fanów free jazzu niemal dekadę temu! Mikołaj Trzaska na saksofonie altowym i barytonowym, Peter Ole Jorgensen na perkusji i perkusjonaliach, a na gitarze basowej (tu, akustycznej gitarze basowej) w miejsce Petera Friisa Nielsena – Rafał Mazur. Jak pokażą wydarzenia na scenie, ów epitet w miejsce zupełnie nie przystoi recenzentowi. Świadczy o tym choćby dyspozycja dnia krakowskiego muzyka. Dokumentacja fonograficzna koncertu dociera do nas dzięki Not Two Records. Winylowa edycja trwa niewiele ponad 40 minut i przynosi sześć odcinków muzycznych. Panowie na potrzeby tej trzyosobowej przygody przyjmują nazwę Jellyspace, co jest także tytułem płyty.

Od pierwszego gwizdka, ostry, głęboki tembr basu, wysokie, równie dotkliwe akustycznie pasaże altu (jak zwykle u Mikołaja wyposażone w ogromy bagaż podskórnej melodyki), no i prawdziwy płaszcz wodny perkusyjnych ekscesów. Narracja szyta twardym, niedelikatnym ściegiem. Muzyka gęsta, jak ołów. Koło zamachowe współczesnego, europejskiego free jazzu w natarciu! W grze Rafała także dużo melodii, jakby muzyk pozostawał w stanie ciągłego poszukiwania wewnętrznej i zewnętrznej harmonii. Może mniej subtelności stylistycznych niż u Friisa Nielsena, za to więcej radości i przyjemności z muzykowania. Szorstka jazda dobrze ośnieżonym stokiem, to epitet, który konstytuuje grę całego tria. W pełnym słońcu, przy śpiewie, dopiero co wybudzonej ze snu zimowego, hordy niedźwiedzi. Niewyczerpalne pokłady empatii, synergii, komunikacyjnej perfekcji w gronie muzyków, którzy znają się świetnie, ale być może grają w tym układzie personalnym po raz pierwszy. Fragment drugi, który następuje zaraz po najdłuższej, pierwszej ekspozycji, zdaje się być bardziej kanciasty w swojej formule, zadziorny, stawiający znaki zapytania, ale znów płynący jednym, zwartym strumieniem dźwięku. Prawdziwy common flow!  Free jazz w konwulsyjnym rozkwicie!  W trzecim odcinku wchodzi baryton. Kroczy dostojnie, choć sekcja gotuje się w 120 stopniach, a emocje tryskają po ścianach (baa, nie tylko one!). Niczym pochód pierwszomajowy nad skrajem pięknej przepaści. W ramach komentarza doskonałe pasaże gitary basowej, jakby nieco w poprzek narracji. W czwartym, melodyka w tubie Trzaski osiąga kolejny orgazm. Być może polski saksofonista, to najlepszy uczeń Petera Brotzmanna, który bezczelnie postanowił przerosnąć mistrza! Kolejny, mistrzowski komentarz Mazura. Zresztą w parze w dobitnym drummerem, brnie przez ten koncert z taką siłą i maestrią, jakby go/ ich bóg z własnego żebra stworzył. Szczypta semickiej zadumy na dyszach na finał fragmentu, zapewne w ramach docenienia wysiłku sekcji rytmicznej. Piąty numer, to właśnie ona zaczyna niezwykle eksplozywnie. Alt wchodzi po kilkudziesięciu sekundach i dyszy z emocji. Znów baryton, prawdziwy drapieżnik! What a game! Muzycy czujni, jak zawodowi czekiści na prywatnym dżobie! Nic i nikt nie pozostaje tu bez odpowiedzi, bez reakcji. Na sam finał koncertu jakby skromna ballada (co złego, to nie my!). Smuga cienia na gryfie gitary, jakże subtelny drumming. Po paru chwilach dynamizują się jednak, jak stado koni w obliczu obnażonych klaczy! Koncert tylko w ramach vinyl time, bez jednego zbędnego dźwięku! Brawo!




Trzaska/ Glawischnig/ Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer ‎ Trzaska / Glawischnig / Harnik/ Oberleitner/ Ziegerhofer (Klopotec) ‎*)

„Polskie występy gościnne w Hügelland-Schöcklland”! Początek listopada 2016 roku, austriacki Graz i dwudniowa muzyczna rezydencja Mikołaja Trzaski u boku kilku weteranów lokalnego jazzu i tej najbardziej znanej, świetnej skąd inąd pianistki znacznie młodszego pokolenia, Elisabeth Harnik.

Okładka płyty obiecuje wiele właśnie personaliami Trzaski i Harnik. Wszakże wymagający, bardziej wyrobiony słuchacz, w drobny zachwyt popaść zdoła jedynie w trakcie finałowego fragmentu dźwiękowej dokumentacji dwóch dni muzykowania, albowiem tylko wtedy uświadczyć będzie mógł występu tej właśnie dwójki nad wyraz kompetentnych improwizatorów.

Płytę wydaną pod słoweńskimi sztandarami, zapewne jednak za pieniądze austriackie (emblematy mecenasów zajmują znaczną część back cover), otwiera solowa ekspozycja Mikołaja na saksofonie altowym. Tembr instrumentu, jak zwykle w przypadku tego muzyka, niezwykle śpiewny, odrobinę rzewny, w dużej mierze ludyczny (improwizacja prowadzona jest wedle melodii z kategorii traditional). Zdecydowanie spokojnie, w duchu wzajemnego zrozumienia, mija nam pierwsze 10 minut koncertu. Kolejne ponad 30 minut spędzamy w towarzystwie kwartetu na saksofon, fortepian i dwa kontrabasy (odpowiednio – Mikołaj Trzaska, Dieter Glawischnig, Ewald Oberleitner i Reinhard Ziegerhofer). Pierwsze dwa odcinki mają charakter improwizacji, dwa kolejne są kompozycjami pianisty. Narracja jest wyważona, lekko zarumieniona atrybutami free jazzowymi (Trzaska czyni skuteczne starania, by całość występu nie kwalifikowała się ad hoc do edycji w monachijskim ECM), być może targetowana na mniej wyrobionego odbiorcę. Kontrabasiści, from time to time, wchodzą w ciekawe dialogi, co nie do końca staje się udziałem pianisty. Ten ostatni gra dużo, jakby poczuwał się do liderowania, nie dając jednak powodu, by pióro recenzenta nadmiernie się przepracowywało.  Na plus tej części koncertu zapisać należy na pewno udane pasaże Mikołaja na klarnecie basowym (pod koniec pierwszego odcinka), a także dynamiczne minuty odcinka kolejnego, gdy dobrym free pachnie na kilometr (szkoda jedynie, iż w miejsce drugiego kontrabasu, nie ma perkusji). Incydent ze smykiem pod koniec tego właśnie fragmentu smakuje żywą kameralistyką o niebanalnych korzeniach. Następne dwa odcinki komponowane (niewiele ponad 10 minut) można sobie spokojnie podarować, gdyż są najsłabszym ogniwem przyjaźni polsko-austriackiej. Nie brakuje durowych, marszowych pasaży na fortepianie i ledwie poprawnych dramaturgicznie walkingów obydwu kontrabasów. Bez emocji, bez jakości. Na finał płyty dostajemy to, na co – po prawdzie – czekaliśmy do wielu minut. Znów kwartet, szczęśliwie jednak następuje zmiana przy klawiaturze – Elisabeth Harnik! Jakby ktoś nam nieba uchylił! Trwający blisko kwadrans fragment drugiego dnia polskiej rezydencji, rozpoczyna błyskotliwy dialog pianistki i saksofonisty. Ten drugi zdaje się, że dostał w prezencie nowe życie. Buduje doskonałą improwizację, mając za urocze tło delikatną, precyzyjną preparację na fortepianie! Whaw! Kontrabasiści także sprawiają wrażenie, jakby świat stał się nagle zupełnie inny. Rośnie ich kreatywność i skłonność do improwizowanych kooperacji. Sama narracja jest spokojna, nieśpieszna, nie pozbawiona stosownej melodyki i szczypty nostalgii. Finał niespodziewanie przybiera szaty skocznego walczyka, czym budzi radosne pokrzykiwania publiczności i dość skromne oklaski. Dodajmy dla porządku – tylko za ostatni utwór na płycie.




Mikołaj Trzaska & Seymour Wright ‎ 12.9.16 (Otoroku)

Na finał dzisiejszej trzaskowej opowieści, anonsowana na wstępie, styczniowa nowość fonograficzna. ‎Seria koncertowych rejestracji z londyńskiego klubu Cafe Oto ukazuje się zarówno na CD, jak i winylach. Część rejestracji jest zaś dostępna jedynie w plikach. Tak rzecz się ma z koncertem, o którym teraz wspominamy.

Zgodnie z tradycyjnym tytułem dla tej serii wydawniczej, wiemy doskonale, iż jest grudzień 2016 roku. Na wąskiej scenie klubu, obok naszego saksofonisty, angielski kolega po fachu, Seymour Wright. Muzyk, którego znamy z kilku rejestracji, wychodzący na tę scenę zdecydowanie bez jazzowych doświadczeń, muzyk od lat skąpany w sonorystyce instrumentu dętego drewnianego. Mistrz subtelnych, głębokich improwizacji, czasami wprost z szeroko rozumianej muzyki współczesnej.

Spotkanie na artystycznej krawędzi noża trwa niewiele ponad 36 minut i mimo, iż jest jednym trakiem, składa się z kilku dość niedługich, ale krwistych dialogów na dwa saksofony (chyba wyłącznie altowe, opis wydawnictwa jest wyjątkowo skąpy). Batalia toczy się na ogół na warunkach Trzaski. Tam gdzie free jazz spotyka się z free improv i ma większe muskuły. W tych silnych dialogach wiele zjawisk dźwiękowych przypomina estetyką i stylistyką Petera Brotzmanna. Z jednej strony smakuje ogniem, z drugiej rodzi pytania o intencje i arsenał artystycznych środków wyrazu, pozostających w gestii muzyka. Przyparty do muru recenzent powie, że kupuje tę muzykę. Ambiwalencja natomiast sprowadza się do pytania, czy bezkompromisowość w sztuce wolnej improwizacji nie bywa czasami przejawem słabości.




*) recenzja powstała na zlecenie polish-jazz.blogspot.com i tam została pierwotnie opublikowana. 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Mikołaj Trzaska – The Big 50th!


Mikołaj Trzaska, najwybitniejszy współczesny polski muzyk improwizujący, kończy dziś 50 lat. Piękny wiek, można rzec poetycko, a potem nakryć się nogami ze śmiechu. Z pewnością Jubilat tak by postąpił.

Drogi Mikołaju, wspólnych spotkań z Twoją muzyką było tak wiele, że nie sposób przywołać ich wszystkich. Na końcu tej urodzinowej pocztówki przypomnę jeden. Mam nadzieję, że i Ty byłeś wtedy z niego zadowolony.

Są też płyty, bez nich nie byłoby Twojej historii. Początkowo myślałem o sporządzeniu listy moich ulubionych, ale lista ta, w procesie przeglądania moich półek, zaczęła niepokojąco pęcznieć, a nie było moją intencją przy tej okazji urodzinowej pisanie monografii Twojej twórczości. Zatem tylko kilka impresji, wrażeń, często implikowanych wcześniejszym brawurowym incydentem koncertowym.




Niepokojąco odległe czasy. Jesień 1990r. Miłość w trio (z Mazzolem i Tymonem) gra w poznańskim klubie Piekłoraj. Po koncercie pytamy Was, czy Primus gra jazz. Ty jedynie znacząco uśmiechasz się, a ja na odpowiedź muszę jeszcze poczekać kilka lat….

Jesień 1993. Miłość gra na Jazz Jamboree tuż przed Ornette’m Colemanem. Siedzę przy radiu i słucham z zapartym tchem. Niedługo potem Tymon robi małą rewolucję w Jazz Forum i ogłasza powstanie yassowe. Zupełnie jak punkowy numer Non Stopu z grafiką Dezertera na okładce dekadę wcześniej….

Znów Jamboree, chyba trzy lata później, Miłość gra nocny koncert w Remoncie. Siedzimy ze znajomymi na krawędzi sceny, pot z Twojej rury smaga nam skronie, a Wy gracie dwugodzinny koncert, który ryje nasze berety na całe życie…

Dopadam Cię na scenie z braćmi Olesiami. Jest już po roku 2000, gracie iście telepatycznie, a ja potem w domu – już z dwoma krążkami Mikro Music i Le Sketch Up – zasypiam w przekonaniu, że to jest TA muzyka. Piszę recenzję na vivo.pl w pozycji na kolanach. Nie ostatni raz zresztą…

Gdańsk, Avant Festival, chyba we Wrzeszczu, na scenie wyjątkowe Trio X, a z nimi Mikołaj Trzaska. Potem na diapazonie napiszę, że genialnie grał …Quartet X. Po kilku dniach gracie w Alchemii, a po roku na podwójnym CD wydaje to Marek Winiarski pod tytułem Magic.

Grasz kompulsywny koncert solowy w poznańskim Dragonie, w ramach kolejnej edycji Tzadik Festiwal. Albo w tymże samym miejscu, wiosną 2007 grasz dwa tria z Michalem Zerangiem. Pierwszy z Clementine Grasser wydasz na płycie jako… Nadir & Machora. Drugi, jeszcze lepszy z Claytonem Thomasem, mimo dwukrotnej rejestracji, na płycie się nie pojawia.

Znów Trójmiasto, tym razem Gdynia, jadę po ciemku z wyspy Sobieszewskiej. Jest luty 2008 roku. Grasz w kwartecie z Peterem Brotzmannem, Peterem Friisem Nielsenem i Peeterem Uuskylą. We własnym, zabawnym 1kgrecords wydasz podobny koncert jako North Quartet.




Wiosna 2009, znów Poznań i Dragon. Ze swoimi ulubionymi Duńczykami (Friis Nielsen, Jorgensen), jako Volume z dodatkiem Johannesa Bauera, gracie genialny koncert. Kolejnego dnia rejestrujecie swój występ w Bydgoszczy, a label Duńczyków Ninth World Music wydaje to jako Tungt Vand.

Z preparującym fortepian Tomkiem Szwelnikiem grasz popisowy free improv koncert, … w Dragonie. Potem kupuję to na płycie 1kg pod szyldem Don’t Leave Us Home Alone.




Gdy razem z Morettim i Rogińskim śpiewasz rzewne pieśni jako Shofar, robi się mi dobrze na serduszku i czuję, że ja też mogę mieć semickie korzenie, szczególnie piłując w odtwarzaczu debiutancki Shofar . Lubię też jak Ircha, na bazie tylko kilku nutek, pięknie improwizuje na cztery klarnety, zwłaszcza na podwójnym Black Bones.

Z brytyjską sekcją Brice/ Sanders zakładasz Riverloam Trio. Mnie szczególnie przypada do gustu płyta wydana dla FMR Records, zwana pokrętnie Inem Gorth. Na Tzadik Festiwal gracie w rozszerzonym składzie (Holmlander i Bauer) fajny koncert.

Jako artystyczny spadek po Resonance Ensemble Kena Vandermarka zostaje Ci smakowity kwartet, który formujesz ze Swellem, Holmlanderem i Daisy’m. Wydajecie dwie płyty, z których druga Return From The Centre of Earth, choć przebiegle enigmatyczna, wspaniale radzi sobie w moim odtwarzaczu. A ja wciąż czekam na koncert tego składu. Nie tylko zresztą na ten…




Po prawie dwudziestu latach kupuję na CD Sport i Religię zabawnej efemerydy NRD, którą udziergałeś z Tymonem, Mazzollem i nieodżałowanym Olterem (przedtem miałem tylko kasetę). Jaka free jazzowa torpeda… i ten Wasz rubaszny humor. Uwielbiam to.

Mikołaj, wszystkiego najlepszego!!!!!!




Big Dragon - Volume Up!

Tekst pierwotnie zamieszczony na portalu diapazon.pl w roku 2009

Jest taki jeden polski, młody muzyk jazzowy, który na łamach zacnego i poczytnego (poczytalnego?) "Jazz Forum" przyznaje się, że nawet nie wie o istnieniu w pięknym kraju nad Wisłą jednej z dwóch najbardziej prężnych, niezależnych oficyn jazzowych w Europie (rozumiem, że każdy wie, o jakiej mówię).

Jestem absolutnie przekonany, iż nie on jeden – z kręgu osób odpytywanych w inkryminowanym piśmie – będzie miał także problem z percepcją pewnej konstatacji, którą poniżej głośno i wyraźnie wyartykułuję. A przyczynkiem do poniższej jawnej deklaracji miłości i bezgranicznego uwielbienia dla pewnego alcisty z kraju największej piłkarskiej korupcji nowoczesnej Europy, niech będzie wczorajszy koncert kwartetu Trzaska/ Bauer/ Nielsen/ Jørgensen w poznańskim Klubie "Dragon".

Oto, Drodzy e-Czytelnicy, na naszych oczach tworzy się historia polskiego jazzu. Mikołaj Trzaska (dobry rocznik 1966) przekroczył rubikon i może już dumnie zasiąść w gronie wybitnych współczesnych muzyków jazzowych. Już bodaj czwarty raz w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy wychodzę w koncertu z jego udziałem w pozycji "szczęka na glebie". Najpierw Trio X (Quartet X?!), potem dwukrotnie wspaniałe tria z Michaelem Zerangiem, a teraz kwartet przywołany w preambule.

Trzaska swój artystyczny wizerunek buduje w sposób systematyczny i bardzo konsekwentny. W roku ubiegłym zmierzył się z fanami free za oceanem. W Europie jest już Panem na włościach od co najmniej 5 lat. A najdobitniejszym tego przykładem niech będą jego muzyczne kooperacje z Peterem Friisem-Nielsenem. Dowody rzeczowe? Kilka tras koncertowych i cztery wydawnictwa płytowe (w tym m.in. jedno z Peterem Brötzmannem, zaś ostatnie z nich - pod szyldem "Volume" - to polska płyta 2007 roku na tym portalu).

A wspomnianemu na wstępie muzykowi i jego kolegom półanalfabetom mówimy "papa" i pozostawiamy w barłogu ich muzycznego niedoedukowania.



Poznański "Dragon", to bardzo udane miejsce do spędzania czasu i słuchania muzyki. Klub kilku wymiarów, tak przestrzennych, jak i mentalnych. Dodatkowo, miejsce niezwykle przyjazne niszowym alterszaleńcom, nieskorym do muzycznych kompromisów, takim co to za bardzo nie wiedzą, kto to Fryderyk i dlaczego Chopin już dawno nie żyje.

Na kameralnej scenie piorunująca, wysokogatunkowa mieszanka. Swojski posmak słowiańszczyzny, czyli stanowczy, z lekka korpulentny i jak zawsze odrobinę rubaszny Mikołaj Trzaska na alcie (i tylko na alcie!). Szczypta surrealizmu pod postacią dwóch szalonych Duńczyków, jakby żywcem wyjętych z "Królestwa" Larsa Von Triera. Wielki jak skała Peter Ole Jørgensen na perkusji i filigranowy "łudialenowy" Peter Friis-Nielsen na elektrycznym basie. Na dokładkę dużo frywolności i całkowicie nieniemieckiego luzu, czyli gibki i roztańczony puzonista – Johannes Bauer (ten młodszy z klanu!).

Rzeczony kwartet to prawdziwa muzyczna torpeda, o niewyczerpalnych pokładach samo odnawiającej się energii, rozdawanej jednakże publiczności w odpowiednich porcjach. Ani na moment nie uciekaliśmy w chaos. Jeśli jechaliśmy bardzo ostro i stromizną w dół, hamowanie było w pełni kontrolowane i zdarzały się nawet liryczne puenty. Muzycy w stanie ekstremalnej kooperacji, jakby rzeczywiście znali się od dzieciństwa (!), czyli free pełną gębą, choć głęboko zaplanowane i przemyślane. Nic z kartki (broń, Boże!), czasami wystarczało tylko kilka spojrzeń, by uzyskać precyzję i czystość brzmienia nawet w momentach dużego nawarstwienia dźwięków. Głośno i ostro, ale mieliśmy wrażenie, że nie ma na scenie jakiegokolwiek zbędnego dźwięku (jeśli już, to raczej po stronie publiczności – pewien nazbyt, jak dla mnie, wyluzowany fan i dwie gadatliwe blondynki po prawej stronie, jakże uroczo kwilące nie na temat, łagodnie doprowadzały, nie tylko mnie, w stan permanentnej irytacji – uwaga, Drogie Koleżanki, Wasze twarze zostały zapamiętane!).

Piekielna sekcja! Perkusista biegający po scenie ze swym zestawem, bo przy jego posturze, trudno o delikatność i nazbyt niestosowną subtelność w okładaniu bębnów ciosami z każdej gardy. Basista, jak zawsze na krzesełku, przepełniony energią, gotowy zagrać 4 "połowy" i dwie dogrywki, o rzutach karnych nie wspominając. Bauer na puzonie! Wspaniały, jednocześnie zaczepny i drapieżny, delikatny, frywolny i bardzo zabawny (tak, przede wszystkim zabawny). No i Mikołaj – zdzierał skórę z tej muzyki, aż krew tryskała po ścianach. Zaczynał i kończył erupcje swych swobodnych, improwizowanych podpowiedzi, uzupełnień, komentarzy i kontrapunktów zawsze w idealnym momencie. I ta pewność każdego zadęcia, celność każdej wypowiadanej kwestii.

Genialny koncert (nie boję się tego słowa!), który na długo pozostanie w naszej pamięci, a potem już tylko niecierpliwe czekać nam przyjdzie na CD, albowiem nagranie było rejestrowane (ciekawe, czy te blond gaduły da się wyciąć z soundtracku?).

Mikołaj Trzaska Quartet (Mikołaj Trzaska - alto saxophone, Johannes Bauer - trombone, Peter Friis Nielsen - bass guitar, Peter Ole Jørgensen - drums), Poznań, Klub "Dragon", 21.04.2009.