Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Didier Lasserre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Didier Lasserre. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 czerwca 2022

Ayler Records’ fresh fruits: Didier Lasserre & Lila Bazooka!


Wydawnictwo Ayler Records, to nazwa, która miłośnikom free jazu i muzyki improwizowanej znana jest od lat. Inicjatywa edytorska o takiej właśnie nazwie zawiązana została na przełomie wieku w Szwecji, ale od roku 2009 jej siedzibą główną jest Paryż. Wraz ze zmianą miejsca zamieszkania zmieniła się oczywiście tożsamość podmiotowa wydawnictwa, pojawili się w nim inni artyści, ale stwierdzenie, że Francuzi weszli w buty Skandynawów wydaje się sporym uproszczeniem. Zarówno bowiem szwedzki Ayler, jak i jego francuska młodsza wersja od zawsze lubiły choćby muzyków amerykańskich.

Trybuna przyznaje, iż w ostatnich latach rzadziej sięgała po dokonania labelu, ale prawda jest także taka, iż kierunek artystyczny wydawnictwa dość szybko odkleił się od idiomu free jazz & free impro, który na tych łamach definitywnie preferujemy. Nic wszakże nie powinno trwać wiecznie, wracamy do nagrań Ayler Records i pochylamy się nad dwoma absolutnymi świeżynkami. Choć teza sprzed kilku chwil zdaje się być wciąż prawdziwa - na nowych płytach znajdujemy wiele ciekawych dźwięków, koncepcji dramaturgicznych, tudzież innych szalonych pomysłów, ale free jazzu i swobodnej improwizacji jakby najmniej.

Pierwsza z omawianych dziś płyt, to autorski projekt doskonałego drummera Didiera Lasserre’a, którego znamy choćby z nagrań, w trakcie których towarzyszył naszemu ulubionemu francuskiemu kontrabasiście Benjaminowi Dubocowi. Muzyk dobrał sobie siedmioro partnerów, skomponował cały materiał i ubrał go w dalece ponadgatunkowe szaty. Emocji dostarczył nam co niemiara, jakkolwiek także dużo kameralnej, a nawet post-barokowej zadumy. Muzyczny melting pot, z pewnością nie dla każdego, ale z ogromnie dużym znakiem jakości.

Druga nowość, to dzieło dwóch (incydentalnie trzech) Pań, które zabierają nas w podróż odrobinę piosenkową (ale z bassoonem w roli głównej!). Opowieść ciekawie skonstruowana, tajemnicza, chwilami świetnie nadającą się na filmowy soundtrack. Nam najbardziej taka ścieżka dźwiękowa pasowałaby do … kolejnego sezonu serialu wszechczasów, czyli lynchowego Twin Peaks! Dużo smakowitych skojarzeń, także z właśnie co zmarłą Julee Cruise, niesie nade wszystko niekłamaną przyjemność z odsłuchu.

So, welcome to the new life of Ayler Records!

 


Silence was pleased

Dzieło Lasserre’a składa się z siedmiu utworów, pogrupowanych w trzy podczęści – Światło (trzy pierwsze), Dzień (dwie kolejne) oraz Noc (dwie ostatnie). Cały strumień dźwiękowy albumu zdaje się być sklejony w jeden ciąg przyczynowo-skutkowy, a napotykane okazjonalnie momenty ciszy stanowią raczej element gry, nie zaś pauzy pomiędzy poszczególnymi utworami. Sam początek Światła, to elektroakustyczna cisza, która ścieli się sprzężeniami i szumami. Po chwili dramaturgicznego bezwładu, do pracy przestępuje trąbka, a zaraz potem klarnet. Muzycy formują swoje frazy w gęsty, niemal freejazzowy flow. Ich dialog szybko przyjmuje formę krótkotrwałych westchnień, które świetnie ze sobą korelują, po czym obumiera w kolejnym paśmie szumów. Teraz do gry wchodzą perkusyjne talerze oraz inside piano. Ten duet ma swoją kulminację, całkiem głośną, po czym gaśnie w strunowej poświacie tła. Pierwsza opowieść wydaje się mocno zaplanowana, ale imponuje brzmieniem, dramaturgicznym rozmachem … i mrokiem niedopowiedzeń. Drugi utwór prowadzi wiolonczela i czyni to w zasadzie jedynie w towarzystwie czerstwej ciszy, brzmiąc przy tym pięknym, post-barokowym tembrem. Po chwili dołącza do niej wokalistka, ale dzieje się to już … w traku trzecim. Kobiecemu głosowi altowemu towarzyszyć zaczyna minimalistycznie piano, które potrafi zaakcentować swoją obecność drobną dawką hałasu. 

W blask Dnia wprowadza nas ponownie wiolonczela, która rezonuje z piskliwą elektroakustyką, a po chwili z agresywnymi frazami piana i mocą pogłosu. Narracja zyskuje na abstrakcyjności, stara się uciekać od zaplanowanej kameralistyki w bezmiar swobodnej improwizacji. W połowie utworu pojawia się perkusja, a flow nabiera pewnej rytmiczności. Duet piana i tejże perkusji kreśli nam kilka niemal free jazowych, rozbudowanych pętli. Po chwili do zabawy podłączają się inne instrumenty, a całość narracji osiąga ekspresyjny szczyt. Gaśnie przy westchnieniach klarnetu i wiolonczeli. Przy okazji opowieść płynnie przechodzi do części piątej, którą na swych ramionach dźwigać będzie drummer. Po talerzach, po suchych tomach, kreuje on open-jazzowe solo i ewidentnie czeka na chętnego do tanga, chwilami sięgając nawet do granic ciszy.

Wejście w strefę Nocy także nie potrzebuje tu jakiejkolwiek pauzy. Tym, który podłącza się pod perkusyjne ekscesy jest trębacz. Zmysłowe, wysoko zawieszone duo donikąd się nie spieszy. Po kilku pętlach narracyjnych trębacza zastępuje pianistka i jej minimalistyczny mrok. Na jej zaproszenie reagują nade wszystko klarnet i wiolonczela, a opowieść przybiera barwy dość swobodnej kameralistyki. Na final utworu na scenie pozostaje jedynie pianistka, a po niej, tylko kłęby natarczywego szumu. Końcowy utwór poprzedza coś, co moglibyśmy nazwać ciszą pomiędzy utworami. Na wejściu pracuje elektroakustyczna przestrzeń - szumy, szmery i dźwięki akustyczne, których źródła nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Tym najaktywniejszym wydaje się być teraz klarnecista. Wszelkie jednak próby budowania narracji giną w narastającym szumie. Ostatnią, która nie daje za wygraną jest pianistka. Znów szyje abstrakcyjnym, minimalistycznym ściegiem, a gdy znajduje wsparcie w odgłosach percussion, można odnieść wrażenie, że duch współczesnego AMM jest także na scenie. Po niedługiej chwili zaczyna bić dzwon, śpiewa wokalistka, znaki życia dają ciepła trąbka, brudna wiolonczela i śpiewny klarnet. Zakończenie płynie wprost z nakazów kompozytora, ale zdaje się być wyjątkowo zmysłowe.

 


Arashiyama

Kolejna płyta także składa się z trzech podczęści. Najpierw mamy Intro, potem - od drugiego do szóstego utworu - Podróż, a ostatnie pięć części, to Wspomnienia z Podróży. Album otwiera samotny bassoon, który zaczyna kameralnym tembrem i dość matowym brzmieniem, a kończy w nastroju silnie rozimprowizowanym. Uprzedźmy wypadki - w trakcie rzeczonej Podróży będzie nam dostarczał takich improwizowanych akcentów dość dużo, z kolei we Wspomnieniach … raczej przejmie na siebie rolę budowania rytmu i kreowania sfery basowej dla bardziej ustrukturyzowanych narracji.

Druga opowieść zaczyna się od brzmienia masywnego dęciaka, którego narracja systematycznie otaczana jest powłoką dość dynamicznej, ambientowej elektroniki, a także kolejnymi ścieżkami dętymi, budowanymi jednak w nieco wyższym rejestrze. Flow przypomina samo multiplikującą się ścieżkę dźwiękową, coraz silnej zanurzającą się w ambiencie i repetycji. Dodatkowym elementem łagodzenia strumienia fonii i budowania piosenkowej narracji jest zmysłowy, kobiecy wokal. W kolejnej opowieści pojawia się recytacja z off-u, a głos wokalistki wydaje się być przepuszczony przez wokoder. W czwartej części na wejściu dostajemy garść dźwięków otoczenia, przypominających zgiełk stacji kolejowej. Bassoon przemyca teraz do narracji nieco post-jazzowych fraz, brzmiąc przy tym dość siarczyście. Elektronika robi swoje, innymi słowy – znów najpierw łagodzi obyczaje, a potem gęstnieję i sieje niepokój mroczną aurą. Piąta historia ciekawie się piętrzy, pod koniec przyjmuje formę zbiorowego krzyku, stanowiąc przy okazji chyba najbardziej efektowny fragment całej plyty. Finałowa część Podróży znów pod dyktando dęciaka, który nabiera intrygującej intensywności, po czym ściele się do snu w kolejnych warstwach ambientu.

W części Wspomnieniowej pojawiają się japońskie organy ustne, które w dwóch utworach w zasadzie przejmują rolę budowania warstwy melodyjnej. Bassoon albo milczy, albo bierze na siebie ciężar kreowania rytmu i warstwy basowej, dając przestrzeń pozostałym dźwiękom do swobodnego hasania po scenie. Czasami pachnie tu rockowym koncertem, czasami zgrabną piosenką, w tle jednak zawsze liczyć możemy na ciekawe, ambientowe spiętrzenia. W części dziewiątej szczególnie imponujące jest tempo, w jakim bassoon podaje rytm. Ostatnie dwa utwory nieco gubią jakość. Przedostatni, to w zasadzie solowa ekspozycja mouth organ, z kolei finałowy utwór zdaje się być dość przesłodzony, ale też budzi urokliwe skojarzania z … Julee Cruise.

 

Didier Lasserre Silence was pleased (CD, 2022). Nagrane w Confort Moderne, Poitiers, Francja, maj 2021: Benjamin Bondonneau – klarnet, Christine Wodrascka – fortepian, Jean-Luc Cappozzo - trąbka, flugelhorn, Laurent Cerciat - głos (alt), Gaël Mevel – wiolonczela, Denis Cointe - live ‘tinnitus’ sounds, Loïc Lachaize – koncepcja dźwiękowej maszynerii i nagrywania oraz Didier Lasserre – perkusja, barokowe tympani, dzwon, kompozycja i aranżacja. W nagraniu wykorzystano słowa Johna Miltona (1608–1674) z dzieła Paradise Lost, Book IV. Siedem utworów, 52:54.

Lila Bazooka Arashiyama (CD, 2022). Nagrane w Lamaguère, Francja, luty 2021: Sophie Bernado - bassoon, głos i elektronika, teksty, Céline Grangey - sound design, elektronika oraz Ko Ishikawa - mouth organ (sho) w utworach 7 i 10. Jedenaście utworów, 59:14.

 


piątek, 7 lipca 2017

Grimal! Ceccaldi! Duboc! Lazro! Cappozzo! Lasserre! – letnia ofensywa ajlerowska! Trois Couleurs Regle Encore! *)


Wielka francuska ofensywa na polu muzyki improwizowanej trwa w najlepsze! Dziś czas na kolejne dwa smakowite krążki znad Sekwany, oczywiście poczynione w składzie… trzyosobowym!

Nie zabraknie naszego tegorocznego faworyta w każdej kategorii, Benjamina Duboca, znajdzie się także miejsce dla ulubieńca redakcji Daunika Lazro! Wydawnictwo – tym razem - zwie się… Ayler Records. Znamy je oczywiście doskonale, ale być może nie wszyscy pamiętamy, iż założony w Szwecji label, od 2009 roku rezyduje już zdecydowanie we Francji (co zresztą widać doskonale po bieżącym katalogu).

Dwie frapujące ekspozycje dźwiękowe, wobec których emocje recenzenta są jednak dwubiegunowe. Jeśli pierwsza z płyt pozostawiła piszącego te słowa w horyzontalnej pozycji konstruktywnego zachwytu, o tyle druga obudziła w nim duszę nieco sarkastycznego komentatora, który zwykł na ogół głosić prymat improwizacji nad kompozycją. Bywa jednak, iż tego rodzaju recenzenckie ambiwalencje są skutkiem nadmiernych oczekiwań wobec muzyków i ich projekcji dźwiękowych. Być może akurat tu mamy do czynienia z takim zjawiskiem.




Czas i miejsce zdarzenia: 24-26 maja 2015r., Ackenbush, Malakoff, Francja.

Ludzie i przedmioty: Alexandra Grimal - saksofon sopranowy i tenorowy, głos, Benjamin Duboc – kontrabas, głos, Valentin Ceccaldi – wiolonczela.

Co gramy: muzyka improwizowana (all music by the musicians); z pewnością jednak na etapie przedprodukcyjnym muzycy ustalili wiele istotnych szczegółów, co do tego, jak będzie przebiegał proces improwizacji. Ważnym elementem tego przedsięwzięcia artystycznego jest tekst poetycki Giuseppe Penone Respirer L’ombre, który został wykorzystany, co prawda bez zgody autora, ale za to niezwykle spontanicznie i z głęboką admiracją dla jego wartości.

Efekt finalny: siedem fragmentów z tytułami, łącznie trwających 58 minut, wydanych w czerwcu br. przez Ayler Records, pod tytułem Bambú. Podmiotem wykonawczym są muzycy, wymienieni z imienia i nazwiska w kolejności, jak dwa akapity wyżej.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Toucher. Dotknąć. Szokująco intensywne, wyjące smyki na dwóch masywnych strunowcach, stanowią niezbędne tło dla zmysłowej melorecytacji tekstu poetyckiego w wykonaniu Alexandry. Tajemnicze intro wyposażone w gigantyczny ładunek emocji (ach, ten tembr języka francuskiego!).

Densite. Gęstość. Saksofon sopranowy startuje w bardzo wysokim rejestrze (może to nawet sopranino). Duboc i jego kontrabas dudnią z oddali i nie mają dobrych intencji. Tulą się do eksplodującego saksofonu, jak szarańcza u progu zbyt gorącego lata. Wiolonczela też iskrzy przeładowaniami elektromagnetycznymi. Hałasuje, grzmi, zrywa struny. Ognisty lot ku krzepiącemu zatraceniu. Gardłowe jęki Grimal łączą się w jeden akustyczny miot z kapitulującymi septymami jej dęciaka. Jednocześnie gra i krzyczy! Kontrabas w komentarzu brzmi, jak dziewiętnastowieczna maszyna tkacka, repetując kolosalnym soundem.

Image. Obraz. Gojenie ran po krwawej eskalacji. Otrzepywanie potu, kurzu i czegoś tam jeszcze. Strunowce jadą dołem, niczym dwa zapomniane instrumenty z epoki muzyki dawnej. Ich brzmienie smakuje ciszą, trochę w oczekiwaniu na gniew piekielny. Alexandra czeka. Potem szepcze. Oddycha bezgłośnie. Ślini się w myślach. Recytuje słowa głosem niewinnie skrzywdzonej. Odmienia image przez wszystkie nieistniejące przypadki języka francuskiego. Wiolonczela złowrogo jej wtóruje (zdaje się nawet przeklinać). Kontrabas burczy minimalistycznie (piękne!). Niespodziewany intruz akustyczny, to saksofon tenorowy, który delikatnie, nieingerująco sonoryzuje na boku. Imitacyjnie wkleja się w pasaże obu strunowców. Duboc zaczyna rozszarpywać struny, jego partnerzy postanawiają podkręcić potencjometry. Kameralistyka bezpowrotnie potępionych, która jest tak brutalnie piękna, iż tylko językiem francuskim możnaby to skutecznie zwerbalizować. Z kajetu rozdygotanego recenzenta: ponadgatunkowa perła – intensywna, szczera, bezkompromisowa…

Ombre. Cień. Zaczyna Duboc, molowym, indywidualnym pasażem. Grimal szeleści wargami. Ceccaldi dmie, drży i rezonuje. Śpiew, który jęczy, śpiew, który krwawi – bez otwierania ust. Egzotyczna miniatura.

Empreinte. Odcisk (palca). Najdłuższa historia tej opowieści ewokuje wiolonczelą, która płynie w wysokim rejestrze. Kontrabas traktowany jest smykiem. Kobieta śpiewa głosem dawnym, strojnym, nieco gotyckim. Chorał piekielny. Trzy ciała rzeczywiste muzyków łączą się w trójcę, ale wcale nie świętą. Wiolonczela dodatkowo kręci się wokół własnej osi. Duboc przechodzi na akordy, by po ułamku sekundy wrócić do smyczka. Gada znad gryfu tekst, który nie da się przetłumaczyć na jakikolwiek język świata. Instrument Ceccaldiego wyje, skrobie, eskaluje. Grimal powraca z kolejną wykręconą wokalizą. Ta narracja wręcz cierpi i to trochę na średniowieczny sposób. Ten religijny spektakl, pozbawiony ideologii, brzmi jak dawny rytuał ciszy i dźwięku. Z minuty na minutę intensywność dźwięku każdego instrumentu (i głosu!) rośnie. Alexandra przypomina młodszą siostrę Lisy Gerard. Szczypta szorstkiej sonorystyki na upalonych strunach zdaje się być niezbędnym dysonansem akustycznym. Powraca saksofon sopranowy, muzyka na moment łagodnieje, jak baranek (może to nawet jednorożec!). Na dokładkę głos ucieka bardzo wysoko i znów eksplozywnie zlewa się w narastającym brzmieniem saksofonu. Strunowce ruszają do galopu! Saksofon nie pozostaje w tyle. Eskalacja smakuje pełnowartościowym free jazzem. Kontrabas i wiolonczela, niczym rozpalone gitary. Finał jak rockowe unplugged!

Adherence a la terre. Przywiązanie do ziemi. Recytacja poetycka (jakże piękny jest język francuski!). Wiolonczela skowycze, kontrabas dramatycznie szeleści. Na moment saksofon tenorowy zostaje zupełnie sam i nie wie, co z sobą począć. W sukurs przychodzą mu agresywne i natarczywe strunowce.

Respirer. Oddychać. Perkusyjny wtręt wiolonczeli (biedne struny!). Wokół panuje jakaś nieokreślona meta otchłań bez cech charakterystycznych. Coś drży, szumi, słuchać tajemnicze kroki. Wokaliza z wysokiego pułapu, niepokojąca i na pewno nieboska. Uroda muzyki krzyczy, dudni, skowycze, tętni i lśni. Na finał bezwarunkowy strunowce plotą soczyste drony. Ostatnie dźwięki są złowrogie, kalekie, napastliwe i bezczelnie prawdziwe. Z kajetu recenzenta: brak wpisów (kajet wypadł mu z rąk).




Czas i miejsce zdarzenia: 17-19 czerwca 2016r., Cappozzone, Luzillé, Francja

Ludzie i przedmioty: Daunik Lazro – saksofon barytonowy i tenorowy, Jean-Luc Cappozzo – trąbka i flugelhorn, Didier Lasserre – perkusja.

Co gramy: połowę płyty stanowi trzyczęściowa swobodna improwizacja Garden. Pozostałe pięć utworów, to kompozycje Duke’a Ellingtona (dwie), Johna Coltrane’a, Alberta Aylera i Jean-Luca Cappozzo.

Efekt finalny: osiem fragmentów z tytułami, łącznie 55 minut, wydanych w czerwcu br. przez Ayler Records pod tytułem Garden(s). Podmiotem wykonawczym są muzycy, wymienieni z imienia i nazwiska w kolejności, jak dwa akapity wyżej.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Sophisticated Lady na start? Duże wyzwanie dla wielbiciela całkowicie wyzwolonej improwizacji. Na szczęście szorstki tembr barytonu Lazro kompensuje zbytnią śpiewność tego zacnego evergreena. Saksofoniście w trudnym znoju improwizowania do Ellingtona pomaga czujny perkusista. Trębacz milczy. Ciekawy smak upalonej dyszy dęciaka na wybrzmieniu. Drugi. Czas na pięciolinię trębacza – brzmi nieco hejnałowo. Znów wsparcie Lasserre’a jest koniecznie. Melodia kapie z palców muzyka, a recenzent czeka na big entry saksofonisty. Po paru chwilach wyczekiwania, sonorystycznie rozgrzany Lazro wchodzi do gry i krwistą solową ekspozycją znacząco podnosi wartość tej części płyty, przy okazji uwypuklając odmienne, w tym wypadku, charakterystyki trębackiego interlokutora (z kajetu złośliwego recenzenta – tylko zawieszonej narracji Joe McPhee tu brakuje!). Daunik co chwilę zmienia tembr swego instrumentu (albo zwinnie podmienia saksofony w trakcie jednego interwału improwizacji). Trzeci. Wreszcie startujemy bez pięciolinii – fragment pierwszy Ogrodów. Baryton siarczyście burczy, niestety trąbka nie jest w stanie zaimponować mu niczym oryginalnym. Perkusista bije w dzwon, być może jest tuż po lekturze klasyka Hemingwaya. Współczesna kameralistyka, odrobinę bez ognia i temperamentu. Lasserre szczęśliwie ciągle miesza w narracji, dokłada do ognia, podszczypuje dramaturgicznie starszych kolegów. Efektem jego wytrwałych działań są próby dynamizacji improwizacji, szczypta iskier spod bębna basowego. Improwizacja w kolektywie nie do końca się zazębia, dlatego ucieczka całej trójki w sonoryzm zdaje się być zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem. Czwarty. Ballada wczesnego Coltrane’a – tenor Lazro nawet piękny, zwinnie podaje temat, znany od czasu epoki kamienia łupanego. Drummer swinguje, a jakże! Trębacz najpierw przysłuchuje się, a potem przejmuje ster i kręci zwinną solówkę na swoim delikatnie (wreszcie!) rozgrzanym blaszaku. W roli komentatora Lasserre, który skromnym drummingiem doprowadza Lament Cioci Loni do finałowego wybrzmienia. Piąty, czyli ogrodowe igraszki, odsłona druga, najkrótsza. Delikatnie dronowa, sonorystyczna narracja (znów jakość oddechu jest udziałem najstarszego z muzyków). Szósty, czyli Duchy Aylera. Tenor brzmi jak alt, hymnicznie i dostojnie, wszak to klasyk króla free jazzu. Trąbka w roli papugi, perkusja – jazzowego zwierza. Być może ta ekspozycja nic nowego do naszej wiedzy o Aylerze nie wnosi, ale w drugiej części, po dedynamizacji, dostarcza sporo smaczków, głównie ze strony barytonu, który ratuje ten pasus nadmiarem plusów. Siódmy, czyli Ogrodów odsłona finałowa. Na początek duet trąbki i perkusji. Takie tam pogawędki o pogodzie, nie mniej Cappozzo wreszcie grzeje krew w żyłach recenzenta i tym, jak gra, i tym co gra! I zwinny flow, i ciekawa sonorystyka. Lazro wkręca się w najlepszy fragment płyty (improwizacja uber alles!) dopiero po kilku minutach. Chytrze przejmuje inicjatywę, dominuje i dręczy kolegów wyśmienitą palcówką po śliskich dyszach. Dzieje się! Lasserre niespodziewanie - na talerzach - zgłasza zdanie odrębne i nakazuje kolektywną i pełnowymiarową wymianę zdań, bez akcentów melodyjno-rytmicznych. Muzycy szukają nowych płaszczyzn porozumienia i są w tym wyjątkowo skuteczni. Zwalniają tempo, łapią oniryczny klimat i brną ku finałowi w skupieniu. Być może wybrzmiewają odrobinę za długo. Ósmy, czyli finał i kolejny gniot Ellingtona (Hop Head). Solo Lasserre’a wprost na jazzowe festiwale, ale wytrawne i kompetentne. Szczypta tematu spod tenorowego i wirująca trąbka, pachnąca lekko sfilcowanym swingiem. Koniec.

Z kajetu dość złośliwego recenzenta: płyta ma dwa oblicza. Blisko półgodzinna swobodna improwizacja w trzech odcinkach, mimo drobnych ambiwalencji, broni się bez zastrzeżeń. Dogrywka (? – płyta powstała w trakcie trzy dni) ze standardami ma walor pytania retorycznego.



*) franc. Trzy kolory wciąż rządzą!

wtorek, 13 czerwca 2017

Benjamin Duboc – powieść wielowątkowa z kontrabasem w roli tytułowej


Benjamin Duboc, francuski improwizujący kontrabasista (wiek średni w rozkwicie), powoli wydeptuje już sobie stałe miejsce na Trybunie Muzyki Spontanicznej. Nie dziwi to jednak absolutnie nikogo, albowiem muzyk to doprawdy doskonały.

Nie dalej jak kilkanaście dni temu udowadniałem – mam nadzieję, skutecznie – iż czegokolwiek muzyk ten nie tknie się w ostatnich latach, to efekt fonograficzny budzi niekłamany podziw (przynajmniej Pana Redaktora). W tym akurat przypadku dowodem rzeczowym były płyty popełnione w ramach ekscytującej francuskiej wytwórni Dark Tree Records. Tu trop dla przypomnienia.

Jeśli zatem powiedziało się A, czas najwyższy powiedzieć B. Jak Benjamin! W trakcie ostatnich dwóch tygodni, w tempie karabinu maszynowego, przetoczyło się przez odtwarzacze redakcji kolejnych kilkanaście płyt z udziałem Duboca, zarówno autorskich, jak i tych bardziej współtwórczych. Dzięki temu dynamicznemu procesowi śmiało możemy dziś przystąpić do omówienia kilku z nich, zaś szczególny nacisk położymy na pewien trójpak. Zresztą od niego zaczniemy.


Primare Cantus/ Śpiew pierwotny – trzy dowody na poparcie tezy otwarcia

Od lipca 2010 do lutego 2011 roku, Benjamin Duboc poczynił sześć rejestracji studyjnych (w każdym razie, bez oklasków), w przeróżnych konfiguracjach personalnych, także w wersji solowej. Po kilku miesiącach, nagrania wyedytowane aż na trzech dyskach, ujawnił światu Ayler Records pod intrygującym tytulem Primare Cantus. Data publikacji nie była prawdopodobnie przypadkowa, albowiem dokładnie w roku 2011 nasz bohater … obchodził czterdzieste urodziny. Nie tylko zresztą ta okoliczność stanowi o wyjątkowości trójpaku. Decyduje o tym przed wszystkim zawarta na nim muzyka. Bez zbędnych kalkulacji dzieło Śpiewu Pierwotnego określić można mianem opus magnum francuskiego kontrabasisty (oczywiście z gruntownym zastrzeżeniem – jak do tej pory!).




Dysk pierwszy. Duboc, sam na sam ze swoim kontrabasem, przez 42 minuty snuje monumentalną, minimalistyczną opowieść o meandrach niskich częstotliwości. Wykorzystuje głównie dolny fragment kontrabasu (jak rozumiem, poniżej progu), traktowany smykiem. Ten dość wąski rejestr instrumentu uzupełnia wyższymi dźwiękami, będącymi skutkiem tarcia strun i generowania wibracji otworem gębowym. Jakkolwiek opis procesu sugeruje, iż mamy do czynienia wyłącznie z dźwiękami akustycznymi, wytrawne ucho recenzenta doszukać się potrafi kosmetycznych amplifikacji. Prawdziwa symfonia rozedrganego minimalizmu. Repetycja wibracji. Wibracja repetycji. Prawdziwy śpiew pierwotny z głębi ziemi, zaiste przeklętej. Determinacja, cierpliwość, posłuszność wobec przyjętej strategii działania. Około 20 minuty, w tej zwartej strukturze dźwięku, doszukać się można syndromu… rytmu. Jakby spirala maszyny na moment zatrybiła, ale i tak stanowi to jedynie ornament, źdźbło trawy na wielkiej łące. Drobiny nowych dźwięków pojawiają się nie częściej niż raz na kilka minut, choć z czasem (w proustowskim niemalże ujęciu!) dron narracji jakby pęczniał. Pod sam koniec ulega wszakże skromnego rozwarstwieniu, by krok po kroku dreptać do finału, delikatnie się eskalując. Finał zaś stanowi ostre uderzenia smyka w zapocony gryf! Primare Cantus - piękne, jakże duże wyzwanie dla odbiorcy.

Dysk drugi.  Trzy skromne duety Duboca z muzykami, z którymi współtworzy on swoją sztukę niemal na co dzień. Swoiste Brothers in Arms.

Na początek Jean-Luc Petit (saksofon tenorowy i barytonowy; nie należy mylić go z Julienem Petitem, saksofonistą znanym ze współpracy z Herbem Robertsonem, w ramach Space Cadets). Trzy zwarte, nieprzegadane opowieści. Sonorystyka saksofonu w opozycji do rwania strun i demolowania pudła rezonansowego. Dynamiczny smyk w opozycji do jurnego galopu saksofonu, wprost z krwawiącej dyszy. Drapieżny drumming Duboca, trochę wulgarnych macanek na boku ze strony Petita. Gdy baryton szeleści i drży jak niedotarty dwusuw, kontrabas rwie się ku akordowej eskalacji. Po jej wystudzeniu, cedzi emocje przez gęste sito, na szczęście durszlak pęka od nadmiaru dźwięków.

Duet drugi, to spotkanie z perkusistą, tu bardziej perkusjonalistą (small drum kit, rzeklibyśmy) Didierem Lasserre. Epizod pierwszy to krótkie talerzykowe fajerwerki, zdobione łamanymi strunami kontrabasu. Jakby wstęp do epizodu drugiego, który śmiało kandydować może do najlepszego odcinka trójpaku. Drżenie, rezonans, metatrans. Wyjątkowej urody post-elektronika bez kabli! Pulsacja, histeryczno-oniryczne talerzykowanie. Wielowymiarowy dron, który przepoczwarza się w kilkunastominutową perłę dźwiękową. Wyjątkowe! Finał tego duetu, jakby w opozycji do poprzedniego fragmentu. Ostre, kanciaste riffy i sonoryzm perkusjonalii – szczoteczkowanie, szuranie, trochę więcej konwencjonalnego drummingu w dostojnym tempie.

Czas na trzeci duet. Saksofon tenorowy i jego właściciel - Sylvain Guérineau. Cztery miniatury o silnie jazzowej strukturze. Tenor jest powabny, płynie bez kantów, gdyż akurat tych w nadmiarze serwuje nam kontrabasista. Duża amplituda dynamiki tej rejestracji, muzykom zdarza się brnąć przez improwizację nawet w tempie balladowym.

Dysk trzeci. Dwie rozbudowane narracje i field recordingowy epizod. Najpierw duet z gitarzystą Pascalem Battusem. Od razu zastrzeżenie: Pascal nie będzie grał na gitarze, a jedynie używał przystawki gitarowej, przetwornika, który został tu zdefiniowany jako guitar pickup. Dostajemy się zatem w otchłań quasi elektronicznych (elektrycznych!) poszukiwań narracyjnych punktów zaczepienia. Kontrabas jedzie smykiem w bardzo niskim rejestrze. Jest chyba lekko amplifikowany, co udanie konweniuje z gitarowymi zgrzytami, strojnymi trzaskami na kablach i gałkach potencjometrów. Rodzaj dość subtelnego noise’u. Duboc robi swoje i nie wchodzi początkowo w czupurne zwarcia. Trochę minimalistycznego wyciszenia, z którego wyłania się skoczny, zmutowany drumming strunowca, zwinnie kontrapunktowany przez szmery z przetwornika gitarowego (z kajetu recenzenta: sonorystyczne ach!). Temu ostatniemu trudno zaimponować w spokojniej narracji. Dużo ciekawiej dzieje się w drugiej połowie nagrania, gdy muzycy postanawiają brnąć w estetykę przesterowanego noise’u. Zgiełk, konkretny hałas, eskalowanie narracji – to właściwy kierunek! Duboc zdziera skórę ze strun kontrabasu, krew tryska po oczach – ogień! Piękna, kolektywna nawałnica z piorunami, z delikatnie wpisanymi w dramatyzm sytuacji scenicznej, repetycją i ograniczaniem środków wyrazu.

Po burzy z piorunami, tuż przed erupcją wulkanu, czas na szczyptę wyciszającego, choć odrobinę egzystencjalnego field recordingu autorstwa Benjamina.  Szum miasta, skowyt deszczu. Pasaż drwiącej z siebie natury dźwięku (z kajetu recenzenta: ciekawe, ile tu dołożono na etapie postprodukcji).

Finał trójpaku! A jak finał, to koniecznie trio! Sophie Agnel na fortepianie, Christian Pruvost na trąbce, Benjamin Duboc na kontrabasie. Od samego początku dynamika spotkania jest dalece konkretna. Muzycy kolektywnie brną w delikatnie onirycznym, trochę psychodelicznym nastroju (będzie się działo!). Wszystkie instrumenty brzmią niemal podobnie. Współczesna kameralistyka, ale na ostrym speadzie. Tuż po pierwszym wytłumieniu emocji, minimalistyczne pasaże każdego z muzyków, pełne mikrozdarzeń akustycznych - ochłapy sonorystyki, noise’owe akcenty. Intrygująca eskalacja, jakby wprost z głębi ziemi, z bardzo niskiego pułapu. Aż trudno uwierzyć, że przed nami produkują się wyłącznie akustyczne instrumenty. Pruvost jest nieznośne elektroakustyczny, dmie lewą powierzchnią płuc, uprawia sztuczki magiczne. Agnel gniecie struny fortepianu, chyba już na nich leży. Duboc drży całym ciałem, subtelnie zaznacza rytm, chlaszcząc pudło kontrabasu kijem bejsbolowym. Muzyka konkretna, dalece konkretna! Eksplozywne, czupurne, stanowczo wyjątkowe zwieńczenie urodzinowego trójpaku. Jaki piękny hałas! Preparacje pianistki, szaleństwa trębacza, smykowe implozje kontrabasisty. Krzyk instrumentów (trąbka!). Wybrzmienie następuje na obolałym gryfie kontrabasu, ze skomlącym smykiem, który całkowicie zatracił poczucie rzeczywistości. What a game!




Jeśli przebrnięcie przez solową część Primare Cantus okaże się, dla niektórych z nas, zadaniem ponad siły, mam dobrą wiadomość.  W kwietniu 2013 roku, Benjamin rejestruje płytę solową. Zwie ją St. James Infirmary (Improvising Beings, 2014). Nagranie poczynione w obiekcie sakralnym, zatem z gwarancją wspaniałego brzmienia niejako w pakiecie. Dwie rozbudowane opowieści, które diametralnie różnią się od eksperymentu Pieśni Pierwotnej. Pierwszą śmiało pomieścić możemy w jazzowej estetyce. Frazy, akordy, improwizacje i szczypta melodii. Niebanalny pokaz kompetencji muzyka. Opowieść druga jest bardziej różnorodna stylistycznie. Łatwiej powiedzieć, czego tu nie ma. Bogactwo narracji, technik improwizatorskich, po części także rodzaj podręcznika dla adeptów kontrabasu.  Można ten właśnie fragment solowych ekspozycji Duboca określić mianem jego the best of. Rodzaj portfolio, które dołącza do CV, w trakcie procesu aplikowania o etat w najlepszej orkiestrze świata. Piękne, głębokie, choć nie zawsze czyste brzmienie.


Double-Basse – duet z dolin

Świat niskich częstotliwości, to naturalna fauna i flora dla faceta, który rwie grube struny kontrabasu. Pomysł na duet z klarnetem kontrabasowym zdaje się w tej sytuacji rozwiązaniem oczywistym. Partner zwie się Jean-Luc Petit (muzyk przywołany kilka akapitów wcześniej, tym razem jednak na innym dęciaku). Panowie przyjęli nazwę Double –Basse, której adekwatność nie budzi jakichkolwiek wątpliwości.




Spotkanie studyjne (? – w każdym razie bez oklasków), poczynione w kwietniu 2013r. dokumentuje doskonała płyta This Is Not Art (Clean Feed Records, 2015). Dwie rozbudowane, całkowicie wyzwolone improwizacje, toczone wszakże w dużym skupieniu i bez popisów indywidualnych. Niczym J.S.Bach dogorywający w ogniu piekielnym, z głosami potępienia w tle i śmiercią w oczach. Duboc nie dość, że brzmi monumentalnie, to gra z bywałą atencją i tyczy piękny szlak dla postękiwań nielekkiego dęciaka. Demoluje struny kontrabasu ołowianym smykiem, płynie po nich lub ordynarnie gwałci je histerycznym drummingiem. Muzyka trwa onirycznymi pasusami, jest metaforyczna i wciąż stawia znaki zapytania. Sonorystyczna zaduma, szczypta kreatywnej zasady imitacji, to główne elementy składowe konstruktywnych utarczek obu muzyków. Tytuł wszak zobowiązuje! Brzmienie kontrabasu jest czyste, lśniące, ale dalekie od barokowego stroju Barry’ego Guya. Tembr strunowca jest matowy, szorstki, lubi chlastać po twarzy, gdy za blisko podejdziesz. Petit w pierwszej części pozostaje raczej w ukryciu, nie jest nadmiernie ekspresyjny i jedynie komentuje wyczyny Duboca. W części drugiej staje na środku sceny i robi wszystko, by zadać kłam opinii recenzenta.


Kwintet Nuts i duetowe uzupełnienie

Kolejna perła w dorobku Benjamina, to ulotny, nietypowy i ciekawy personalnie kwintet, ukrywający się pod nazwą Nuts i łączący w sobie dwa pokolenia muzyków improwizujących z … trzech kontynentów.

Dwa zestawy perkusyjne (Didier Lasserre i Makoto Sato) przyczajone delikatnie w tle, na przeciwległych flankach. Bliżej naszych uszu, także szeroko rozstawione dwa zestawy dęciaków (Itaru Oki i Rasul Siddik). Na samym zaś środku Benjamin Duboc i jego wyjątkowo ogromny kontrabas. Muzyka jest swobodnie improwizowana, mnóstwo w niej komunikatywnej i niebanalnej sonorystyki z dęciaków, jazzowy drive bębnów, które pozostają w ciągłym zwarciu i kontrabas, który rządzi, niepokoi, rozrywa przestrzeń akustyczną koncertu swym gigantycznym soundem. Jest sam, ale chwilami brzmi tak potężnie, masywnie, jakbyśmy słyszeli, co najmniej trzy takie instrumenty. Skojarzenia z włoskimi płytami Billa Dixona z lat 90. jak najbardziej zasadne, zwłaszcza, iż zaciąg dęty gra przede wszystkim na trąbkach i flugelhornach (okazjonalnie także flety, inne drobne reeds i preparacje). Muzyka bywa dynamiczna, nie brakuje w niej jednak szczypty niesentymentalnego liryzmu i progresywnych chwil artystycznego zaniechania.





Orzeszki (Nuts) pozostawiły po sobie, jak dotąd, dwa wydawnictwa. Pierwsze zwie się
L'Atelier Tampon-Ramier (Sans Bruit, 2008 – nagranie dostępne jedynie w plikach) i jest rejestracją pierwszego koncertu kwintetu, jaki miał miejsce w Paryżu, we wrześniu 2007r.  (tytuł płyty, to nazwa klubu, który gościł Nuts). Druga zaś, to Symphony For Old And New Dimensions (CD Ayler Records, 2009). Nagranie z lutego 2009r. z Le Carré Bleu, w Poitiers (gdzieś we Francji).

Pełnoprawne uzupełnienie dwóch smakowitych płyt kwintetu Nuts, stanowić może płyta duetu, który jest jego… podzbiorem. Benjamin Duboc i Itaru Oki (trąbka, flugelhorn, flet) w grudniu 2009r. w Paryżu, zarejestrowali kolejny wartościowy artystycznie materiał, który edytorsko udostępniła nam francuska inicjatywa wydawnicza Improvising Beings pod tytułem Nobusiko (2010). Osiem drobnych, improwizowanych perełek z japońskimi tytułami, do wiecznej eksploracji. Skupienie, dbałość o niuanse, akustyczna perwersja.


Ogniste Trio The Fish plus duet na dokładkę

Czas na drobną epistołę z nieco głośniejszymi, mniej subtelnym dźwiękami. Tu głównym partnerem kontrabasisty będzie saksofonista altowy, Jean-Luc Guionnet. Wraz z perkusistą Edwardem Perraudem muzycy funkcjonują pod nazwą własną The Fish, mają także za sobą epizod duetowy.

Nazwisko alcisty może niektórym z nas kojarzyć się z innym triem, The Ames Room (Clayton Thomas, Will Guthrie), które kilkakrotnie gościło w Polsce na koncertach. Rybia muzyka jest równie ekspresyjna, stanowi bowiem przykład absolutnie bezkompromisowego free jazzu. Gdy Guionnet na początku koncertu wkłada do ust lufę swojego karabinu, to wyciąga ją wraz z wybrzmieniem ostatniego dźwięku. Gra narowiście, z głębokim zadęciem, często stosuje repetycję. Być może nie jest to ulubiony rodzaj ekspresji Pana Redaktora, ale i to ma swoją wartość. Na tle gęstej powłoki saksofonowych erupcji, odnaleźć można w niemal klinicznym stanie doskonałą robotę kontrabasisty, tu dodatkowo, w bystrej kooperacji z jakże kompetentnym drummerem. I tak też słuchałem obu płyt The Fish, a czas płynął wartko i stosunkowo kreatywne.




Pierwsza ekspozycja płytowa tria, to podwójne wydawnictwo Live At Olympic Café & Jazz À Mulhouse (Ayler Records, 2007). Dysk pierwszy, to dwa sety z paryskiego koncertu, z grudnia 2005r, zaś drugi – jednosetowy incydent z Moulhouse, z sierpnia 2006r. Trwająca łącznie 110-minut, ekspresyjna petarda zaspokoi gusta każdego wielbiciela gatunku. Osobiście bardziej podoba mi się młodsze nagranie tria. Myślę o krążku Moon Fish (Clean Feed Records, 2012). Trzy kwadranse tego koncertu (dane szczegółowe niedostępne) zdają się być bardziej zwarte narracyjnie, mniej przegadane. Być może o walorach tego akurat nagrania decyduje także zrównoważony emocjonalnie czas jego trwania.




W kontekście słów, jakie padły w odniesieniu do muzyki The Fish, zupełnie zaskakujące okazuje się wspólne nagrania Duboca i Guionneta w duecie. Panowie wchodzą do całkowicie innej bajki. W listopadzie 2005r. w Paryżu realizują nagranie, które trafia na krążek W (Amor Fati, 2008). Trwająca niespełna 41 minut improwizacja opiera się na akustycznie destruktywnej sonorystyce bardzo suchego altu i drapieżnego, traktowanego głównie smykiem, kontrabasu. Dramaturgicznie pozostajemy w stylistyce niezwykle minimalistycznej, a istotnym atrybutem narracji jest cisza, która często oddziela od siebie duetowe ekspozycje. Muzycy w wielu momentach płynną wspólnie, stosując bardzo konsekwentnie zasadę imitacji. Odniesienie do szeroko rozumianej muzyki współczesnej też nie jest tu złym tropem. Niełatwe w odbiorze, konsekwentnie prowadzone, bardzo konkretne w brzmieniu nagranie, które intryguje ponadnormatywnie. Szkoda, że jak dotąd nie doczekaliśmy się ciągu dalszego tego duetu.


Inne epizody, damsko-męskie

Ponieważ nasza wielowątkowa powieść o muzyce Benjamina Duboca urosła już do rozmiarów trudno przyswajalnych z ekranu telefonu, czy nawet komputera, czas najwyższy zmierzać ku końcowi. A zatem na koniec skromne zajawki innych, także ciekawych przygód muzycznych kontrabasisty z Francji.

Le Retour D’Ulysse (Promenade) (Improvising Beings, 2015). Duet Duboca z francuską saksofonistą Alexandrą Grimal (tenor, sopran). Długie, dwupłytowe wydawnictwo zawiera chwilami dość ciepłe i na ogół niebanalne improwizacje (także jedną kompozycję Johna Coltrane’a). Duboc gra na swoim doskonałym poziomie, ilość fajerwerków tryskających z gryfu kontrabasu, jak zwykle imponuje. Grimal nie zawsze jest jednak w stanie utrzymymać poziom, zaproponowany przez partnera. Szczególnie dzieje się tak, gdy sięga po saksofon tenorowy. Gdyby płyta miała wymiar trzech kwadransów broniłaby się zdecydowanie lepiej.




There Starts The Future (Ayler Records, 2009). Choć na tej płycie, formalnie Benjaminowi przypada jedynie rola sidemana, nie sposób przez chwilę nie pochylić się nad tym doskonałym nagraniem. Firmuje je Abdelhai Bennani Trio. Francuski saksofonista, marokańskiego pochodzenia, gra wyjątkowo interesująco, nie dominuje, jak to ma w zwyczaju wielu saksofonistów w trio, świetnie wchodzi w improwizowane interakcje z kontrabasistą i tym trzecim, perkusistą Edwardem Perraudem. Ta trzyosobówka ma konkretnie demokratyczny strój, każdy z muzyków do free jazzowej konstrukcji dokłada swoje trzy gorsze. Płyty słucha się wyśmienicie, zwłaszcza drugiej jej części, gdy nasz bohater ewidentnie przejmuje rolę lidera tej eskalacji. Na końcu gra już prawie sam, a jego partnerzy mogą jedynie głośno wzdychać z wrażenia.

Free Unfold Trio (Amor Fati, 2006). Jeśli pragniecie posłuchać bardzo wytrawnego i kompetentnego tria jazzowego z fortepianem, to trafiliście idealnie. Duboca wspiera tu Didier Lasserre na perkusji i Jobic Le Masson na fortepianie. Nagranie poczynione na festiwalu w Bordeaux, w 2006 roku. Pod tym szyldem muzycy popełnili także incydent studyjny – Ballades (Ayler Records, 2009).




Entropy/ Enthalpy (Rouge Art, 2015). Podwójne wydawnictwo firmowane przez jednorazową formację The Turbine! (wykrzyknik stanowi część nazwy tego składu). Zapewne dla wielu fanów, silnie zapatrzonych w improwizowaną muzykę anglosaską, było to jedyne, jak dotąd, spotkanie z muzyką Duboca. Bardzo poważny zaciąg amerykański (Hamid Drake, William Parker, Harrison Bankhead) sprawia, że to najbardziej znane z nagrań naszego dzisiejszego bohatera. Znane, nie znaczy dobre. Dla mnie to wyjątkowo nierówna płyta. W wielu fragmentach gra podwójnej sekcji rytmicznej prowadzi donikąd. Są ekscytujące fajerwerki, pokazy sztucznych ogni, popisy indywidualne, tylko dobrej muzyki jak na lekarstwo. Z tego za długiego wydawnictwa, moją uwagę przykuwa jedynie blisko 30-minutowy free jazzowy pokaz emocji, gdy kwartet dwóch basistów i dwóch perkusistów wspiera świetnym flowem, francuski saksofonista Lionel Garcin (nazwisko do zapamiętania).



Ogromne podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań !


poniedziałek, 25 lipca 2016

Daunik Lazro – francuski łącznik


Daunik Lazro, wybitny francuski saksofonista wolnej muzyki improwizowanej, kolejna być może ofiara dominacji kultury anglosaskiej we wszechświecie (bo permanentnie niedoceniany przez całą swoją muzyczną przygodę, trwającą ponad cztery dekady), trafił już na te łamy przy okazji omawiania trzech genialnych kwartetów jego nieco młodszej koleżanki znad Sekwany, Joelle Leandre. Na zapowiadane wtedy kilka słów o nim i jego muzyce przyszedł dziś odpowiedni moment.

Dyskografia autorska muzyka, urodzonego 71 lat temu w Chantilly, nie jest nadmiernie rozbudowana. Znacząca jej cześć powstała z udziałem improwizujących rodaków i wydana została we Francji. O kolaboracjach z Leandre (choćby Paris Quartet i Madly You) już pisałem, warto także wspomnieć o niejednokrotnych spotkaniach z wyjątkowym francuskim sopranistą Michelem Donedą i takimż portugalskim skrzypkiem Carlosem Zingaro. Jeśli chodzi o świat anglosaski, częstym partnerem Daunika bywał Joe McPhee. Osobiście po raz pierwszy usłyszałem tembr jego saksofonów w trakcie zwarcia trzech instrumentów dętych, drewnianych, na krążku bez tytułu, który dwadzieścia lat temu wydała oficyna Vand’Oeuvre – wraz z Lazro dmuchali na niej, wspomniany przed momentem McPhee i Evan Parker.

Dziś szerzej zajrzymy na dwa wydawnictwa już z bieżącej dekady (ich wspólną cechą kosmiczna jakość muzyki tam zawartej), a także rzucimy okiem i uchem na trzy starsze krążki, które z jakichś względów warto dziś uznać na wysoce interesujące.


Promieniowanie niepozbawione sensu

Zacznijmy od wydanej dwa lat temu płyty Sens Radiants (Dark Tree Records). To swoiste międzypokoleniowe spotkanie trzech znamienitych francuskich improwizatorów. Najmłodszy z tego grona, aktywnie muzycznie dekadę z okładem, kontrabasista Benjamin Duboc, dekadę starszy perkusista Didier Lasserre i nasz weteran, od połowy lat 70. aktywny na scenie free, Daunik Lazro, tu jedynie na saksofonie barytonowym. Wspomniany krążek jest dokumentacją fonograficzną koncertu, jaki odbył się 20 września 2013r. w na festiwalu Ecouter pour I’Instant w Le Fliex, Francja. Przy okazji nagranie z oklaskami jest muzyczną kontynuacją pierwszego spotkania tego tria, w okolicznościach studyjnych, w sierpniu 2010r., które swój wyraz wydawniczy odnalazło na krążku Pourtant Les Cimes Des Abres (Dark Tree Records, 2011).






Nie mam w zwyczaju, recenzując jakąkolwiek płytę, rozpoczynać od porównania do znanego już zespołu, czy nagrania. Ale w wypadku tria Lazro-Duboc-Lasserre, nie potrafię się powstrzymać, by nie porównać ich muzyki do dokonań legendy free improvisation, angielskiej formacji AMM! Oszczędna w środki wyrazu, skupiona, chwilami minimalistyczna improwizacja trzech muzyków niezwykle silnie wyczulonych na pojedyncze interakcje, potrafiących także budować oniryczny klimat, a nawet transową narrację, operując przy tym zwartymi i przeplatającymi się wzajemnie plamami dźwięków. Perkusista funkcjonujący w trakcie koncertu na sporym pogłosie (nie znam miejsca, zatem nie wiem, czy to efekt zamierzony, czy jedynie zastana rzeczywistość), często operuje pałkami na glazurze talerzy, niczym Eddie Prevost, potrafi też napędzać kolegów nieoczywistym rytmem, czy nawet jego sugerowaniem. Saksofonista działa z zaplecza, często milknie na długie minuty, by powrócić w absolutnie kluczowym momencie i zdynamizować improwizację (uwaga! tu potrafi być głośno i drapieżnie, choć nie są to charakterystyki dominujące w muzyce tria). Ciekawie wykorzystuje sonorystycznie swój baryton, grając chwilami w naprawdę wysokich rejestrach, jawiąc się kolorystą dużego formatu, przy okazji nie po raz pierwszy, udowadniając wysokie kompetencje. Wreszcie kontrabasista, zdaje się w tej zabawie jednak postacią centralną i to nie tylko z uwagi na miejsce, z którego dociera do nas tembr jego instrumentu, niski, mocny i nieznoszący sprzeciwu. Dużo gra smyczkiem, budując przy tym klimat swoistego niepokoju i nieprzewidywalności, lubi ostro tym smykiem uderzać w gryf instrumentu, czym nadaje całej improwizacji siłę wyrazu i jakość przekazu. Muzyka całego trio, korzystając z amm-owskiej podpórki… trwa i jest to jedyny niezaprzeczalny fakt, jeśli chodzi o jej percepcję.

Płyta studyjna składa się z czterech fragmentów o różnym poziomie intensywności gry, koncert zaś jest nieprzerwanym, ponad 55-minutowym ciągiem dźwięków. Wydane we Francji, w małej oficynie o niebogatym dorobku, Dark Tree. Jeśli gdziekolwiek da się kupić te krążki, zróbcie to koniecznie.




Pod wpływem Kurary

Czas na niezwykłe spotkanie trzech fascynujących postaci – francuskiego, eksperymentującego gitarzysty Jean-Francois Pauvorsa, doskonale nam znanego free drummera Rogera Turnera i bohatera dzisiejszej opowieści, tu z rurą barytonową i altową. Na krążek Curare (NoBusinness Records, CD/LP 2011) złożyły się dwie okoliczności koncertowe – pierwsza w znanym klubie Instant Chavires w roku 2008, druga w trakcie festiwalu Jazz en Franche-Comte, dwa lata później. Intrygujące spotkanie lekko wycofanego saksofonisty, ekspresyjnego gitarzysty (wszakże bez specjalnych doświadczeń w zakresie improwizacji o choćby odrobinę jazzowych korzeniach) i perkusjonalisty kameleona, który odnajdzie się w każdych okolicznościach estradowych. Pauvros, facet o wyglądzie wychudzonego Williama Burroughsa w długich włosach, trzymając swe różne gitary w ręku, nie ma żadnych ograniczeń w sposobie gry i doborze środków wyrazu. Wyobraźnia miota nim po scenie, a my możemy tylko konstatować, co pewien czas: ja bym na to nie wpadł… Raz brzmi jak Joe Morris, innym razem stosując technikę slajdową, ślizga się i płynie po gryfie umoczonymi palcami, niczym bluegrassowy wyjadacz. Gdy sytuacja w procesie improwizacji tego wymaga, zamienia się w gitarzystę basowego i napędza całe trio, niczym silnik atomowy. Stanowi bezsprzecznie inspirujący dysonans estetyczny i stylistyczny dla pozostałej dwójki muzyków. Lazro na początku całej zabawy czai się jak tygrys na żerowisku, nieco ustępuje pola gitarzyście, ale to efekt zamierzony i dramaturgicznie uzasadniony. Gdy przyjdzie jego moment, barytonem wydzierga marszrutę improwizacji dla całej załogi, a groteskowość sytuacji scenicznej podkreśli komentarzem gardłowym. Zgrabnie dyscyplinuje szaleństwo koncertowe, pyskatym i śpiewnym altem. Gdy improwizacja przebiera bardzo skupiony charakter, gdy wydawanie dźwięku przypomina wyciskanie soku z nadgniłej cytryny, jest królem tego rytuału i jedynym sprawiedliwym. Turner jest wszędzie, w każdym momencie podkreśla tupaniem wyczyny kolegów i dynamizuje w ujęciu dramaturgicznym całą improwizację. Pod koniec nie zabraknie też szczypty psychodelii (Lazro palcuje jak Coltrane, to chyba przypomina jedną z jego kompozycji!) i onirycznego pląsania na finał.
Kurara, indiańska trucizna do smarowania grotów strzał. Trafiony, zatopiony!





Starsze incydenty, personalnie różnorodne

Cofnijmy się w czasie o blisko dwie i pół dekady. W dyskografii Lazro niewiele jest pozycji, w których jest on głównym podmiotem wykonawczym (poza sporadycznymi ekspozycjami solowymi). Tu – wyjątek potwierdzający regułę. Podwójna winylowa płyta Daunik Lazro Sweet Zee (Hat Art, 1985), niestety do dziś niewznowiona na nośniku cyfrowym. Pierwszy krążek, to fantastyczne, prawdziwie rozwichrzone free improv w pasjonującym personalnie kwartecie – dwaj faceci odpowiedzialni za niskie częstotliwości, Tristan Honsinger (wiolonczela, głos) i J.J. Avenel (kontrabas), wyjątkowy Toshinori Kondo na trąbce (także głos) i Lazro na saksofonie altowym. Blisko trzy kwadranse improwizacyjnego szaleństwa o brudnym soundzie i piekielnym, mimo braku perkusji, ładunku dynamizmu. Sweet Zee I i II, zarejestrowane na festiwalu jazzowym w szwajcarskim Willisau, w sierpniu 1983r. Drugi czarny krążek dzielą między sobą dwie formacje trzyosobowe. Najpierw alt Lazro zaplątany został między struny gitary Raymonda Boni i skrzypiec Carlosa Zingaro – ponad 23-minutowa perła precyzyjnej, acz śmiałej estetycznie improwizacji (koncert na Sens Music Meeting, Francja, maj 1983r.). Na koniec kolejna formacja bez backgroundu rytmicznego – Joelle Leandre (kontrabas i głos), George Lewis (puzon z przystawkami), no i Lazro znów tylko na alcie. Tym razem aż pięć drobnych miniatur swobodnej improwizacji, godnych każdej naszej chwili do zmarnowania (rejestracja francuska ze stycznia 1984r.). Po odsłuchu całości można tylko zadać sobie pytanie, która z czterech stron Sweet Zee, uwiodła nas najbardziej. Pytanie jest cokolwiek retoryczne. Doskonała muzyka.

Ciekawym wydawnictwem jest płyta Periferia (in Situ, 1995), sygnowana przez demokratyczny kwartet w składzie – Daunik Lazro (alt, baryton), Carlos Zingaro (skrzypce, także w wersji elektrycznej), Sakis Papadimitriou (piano) i Jean Bolcato (kontrabas, głos). Każdy z muzyków przygotował na okoliczność spotkania w Vando’eure-Les-Nancy (kwiecień 1994r.) po dwie kompozycje, które zostały poddane kolektywnej, acz skupionej i wrażliwej na szczegół brzmieniowy improwizacji. Ciekawa okazja, by poznać muzykę Daunika w atmosferze zupełnie odmiennej od szaleństwa Słodkiej Zee.




Pozostańmy przy kontrabasie Bolcato i dodajmy doń perkusję Christiana Rolleta. Tych dwćch Panów doprosił Daunik Lazro (alt, baryton) do realizacji pomysłu, firmowanego trojgiem nazwisk, A.H.O And His Orchestra (Blue Regard, 1997). Znów na pulpitach studyjnych pojawiły się kompozycje każdego z muzyków (także Steve’a Lacy i Charlesa Tylera), które na wysokim poziomie kooperacji zostały nam podane w wersji silnie improwizowanej. Bardzo jazzowa propozycja, której wiele fragmentów granych jest unisono, a my możemy zachwycać się fantastycznym brzmieniem instrumentów i telepatycznym wręcz zrozumieniem muzyków. Piękna płyta!



Ps. Uwaga! Trybuna udaje się na zasłużone wakacje, w trakcie których nie planuje nowych publikacji (choć licho nie śpi..). Nowych zwariowanych opowieści o jeszcze bardziej zwariowanych muzykach oczekujecie po 15 sierpnia.