Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Gadecki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomasz Gadecki. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2025

Dwa duety, to kwartet - prosta matematyka kolejnej edycji koncertowej Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Siedemdziesiąta druga edycja cyklu koncertowego Spontaneous Live Series, odbywającego się już siódmy rok pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, kontynuuje free jazzową estetykę, jaką zaproponowano w edycji poprzedniej, umiejscowionej na osi czasu pod koniec marca br.

Pomysł na sobotni wieczór 12 kwietnia wydaje się banalnie prosty: oto dwa ogniste duety swobodnego jazzu najpierw poderwą nas do lotu w dwóch separatywnych setach, a potem – oczywiście po raz pierwszy w historii wszechświata – zjednoczą siły w jeszcze gorętszym kwartecie. Wielkie emocje w pełni gwarantowane!

W pierwszej kolejności czeka nas spektakl krajowy w wykonaniu pracującego już niemal dwie dekady duetu Olbrzym (saksofonista Tomek Gadecki) i Kurdupel (akustyczny basista Marcin Bożek). Potem scenę opanuje duet, który artystycznie funkcjonuje od dość niedawna, ale w formule kwartetu Gravelshard gościł w Poznaniu niecały rok temu – amerykański, ale rezydujący w Hamburgu kontrabasista John Hughes i portugalski trębacz Luis Vicente.



Przed nami zatem wieczór w gronie samych dobrych znajomych. Ostrzymy sobie zęby szczególnie na finałowy kwartet dwóch dęciaków i dwóch basówek! Będzie się działo!


Spontaneous Live Series Vol. 72:

Olbrzym i Kurdupel: Tomek Gadecki – saksofon tenorowy & Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

Duo: Luís Vicente - trąbka, flety drewniane, dzwonki & John Hughes – kontrabas.

Ad Hoc Quartet: Gadecki, Vicente, Bożek & Hughes

Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Bilety przed koncertem: gotówka albo blik

 

Krótko o artystach:

Muzyka duetu Vicente i Hughesa odzwierciedla hiper koncentrację na dynamice i barwie, równoważąc złożoność i prostotę w spontanicznej kompozycji. Formy ludowe wyłaniają się z mrocznych, tonalnych eksploracji. Zarówno Vicente, jak i Hughes posiadają niezaprzeczalnie odrębne głosy na swoich instrumentach, są doświadczonymi praktykami swobodnej improwizacji i komponują dla innych zespołów.

Luís Vicente i John Hughes zaczęli współpracować w 2018 roku, zaczynając w sekstecie, realizując kompozycje wielkich południowoafrykańskich emisariuszy jazzu, takich jak Dudu Pukwana i Chris McGregor (Echoes of South Africa). W 2022 roku Hughes założył Gravelshard, kwartet składający się z duetu Hughesa i berlińskiego gitarzysty Olafa Ruppa oraz duetu Vicente z wizjonerskim perkusistą Vasco Trillą (album „Gravelshard”, Phonogram Unit).

https://luis-vicente.pt

https://www.johnhughes.info

https://soundcloud.com/john-hughes-bassist

https://johnhughesdoublebass.bandcamp.com

https://luisfvicente.bandcamp.com

 

Olbrzym i Kurdupel - to duet improwizatorów, Marcina Bożka i Tomasza Gadeckiego. Wspólne muzykowanie pozwala im spełniać się artystycznie. W improwizacji czują się wolni i niczym nieskrępowani. Ich gra przesycona jest emocjami, które prowadzą w bardzo różne stylistycznie rejony muzyczne. Nie skupiają uwagi na budowaniu za wszelką cenę swej odmienności od istniejących gatunków, a wręcz przeciwnie, to emocjonalne podejście do gry sprawia, że każdy koncert jest inny i zaskakujący nawet dla samych muzyków. Proces komponowania utworu jest tutaj tożsamy z jego premierowym i jedynym wykonaniem.

Duet powstał wiosną 2007 roku w Trójmieście. Na początku roku 2008 pod nazwą Olbrzym i Kurdupel weszli do studia i zarejestrowali materiał na pierwszą płytę o dźwięcznym tytule "Frrrrr....". W kwietniu 2012 ukazał się drugi album pod tytułem "Six Philosophical Games", a dokładnie dwa lata później miała miejsce premiera trzeciej płyty wydanej nakładem Kilogram Records. Album jest rejestracją koncertu, który odbył się w klubie Alchemia w Krakowie i nosi tytuł "WORK". Czwarta płyta, to "In Side Shout" nagrana z niemieckim perkusistą Willy’m Hanne. Piąte wydawnictwo, to DVD  "Olbrzym i Kurdupel ALEATORYCZNIE" (z towarzyszeniem Orkiestry Teatru Muzycznego w Gdyni).

https://olbrzymikurdupel.bandcamp.com/

 


niedziela, 23 lutego 2025

Zapraszamy na marcowe i kwietniowe edycje cyklu koncertowego Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Trzynastu improwizatorów z Europy (i nie tylko) zagości w Poznaniu w trakcie czterech marcowych i kwietniowych edycji cyklu koncertowego Spontaneous Live Series, który odbywa się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club już siódmy rok.



Pierwsza z rzeczonych okoliczności będzie miała miejsce we wtorek 4 marca, stanowiąc przy okazji siedemdziesiątą edycję cyklu. Na scenie Dragona pojawi się międzynarodowe trio, które tworzą portugalski saksofonista José Lencastre, czeski saksofonista Michał Wróblewski i polski gitarzysta Paweł Doskocz. Poznański koncert formacji, która wywodzi się z trwającej od dłuższego czasu współpracy obu saksofonistów, będzie elementem większej trasy koncertowej. Po Poznaniu muzycy zagrają także w Łodzi (Ignorantka, 5.03), Wrocławiu (Galeria Toy Piano, 6.03), Katowicach (Komitywa, 7.03), Brnie (Rello, 8.03) oraz Pradze (Punctum, 9.03). W każdym z przypadków czeka nas intrygujące spotkanie dwóch abstrakcyjnie frazujących saksofonów altowych i preparowanej gitary elektrycznej, bez zupełnie w tym wypadku zbędnych konotacji gatunkowych, nakierowane na poszukiwanie niebanalnych zjawisk sonorystycznych. Lencastre i Doskocz grywali już razem w Dragonie, obaj są postaciami świetnie rozpoznawalnymi na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Z kolei Wróblewski, w trakcie wspólnych występów z tą dwójką, będzie mógł nie tylko zaprezentować swój wysoki kunszt improwizatorski, ale także sprawić, by jego rozpoznawalność wyrosła ponad okowy niszowej, awangardowej muzyki Europy Środkowej.

W ostatnią środę marca, dokładnie 26-ego, zapraszamy na koncert kolejnej, międzynarodowej formacji, tym razem wyposażonej w nazwę własną. Trio Exhaust, to z jednej strony Camila Nebbia, młoda argentyńska saksofonistka, która od wielu miesięcy sieje artystyczny ferment po obu stronach Atlantyku, z drugiej kolejni artyści młodego pokolenia, w tym wypadku z Anglii – pianista Kit Downes i perkusista Andrew Lisle. Ten pierwszy ma w dorobku albumy dla monachijskiego ECM, z powodzeniem grywa także na organach, ten drugi całkiem niedawno został uznany za najciekawszego, europejskiego bębniarza młodego pokolenia. Czeka nas wieczór definitywnie jazzowy, ale w którą stronę skierowany, zdecydować będzie zapewne temperament Argentynki. Dodajmy, iż dzień po koncercie w Dragonie Exhaust przeniesie się do Gdańska i zagra w ramach wiosennej edycji Jazz Jantar Festival.

Sobota, 12 kwietnia, będzie dniem koncertu podwójnego, a może nawet potrójnego. W Dragonie gościć będą bowiem dwa duety. Ten międzynarodowy stworzą amerykański kontrabasista John Hughes i portugalski trębacz Luis Vicente, ten polski – saksofonista Tomek Gadecki i akustyczny basista Marcin Bożek. Ci pierwsi muzykują w duecie od niedawna, rok temu gościliśmy ich w Poznaniu w ramach kwartetu Gravelshard (z Olafem Ruppem i Vasco Trilla), ci drudzy od prawie dwóch dekad tworzą formację Olbrzym i Kurdupel. Oba spotkania będą miały najprawdopodobniej charakter swobodnie improwizowanego jazzu – w pierwszej sytuacji być może bliskiego wyszukanej kameralistyki, w drugim ognistego free jazzu. Wszyscy bardzo liczą, iż po ekspozycjach duetowych, na scenie zakróluje sklecony „ad hoc” kwartet.

Z kolei 27 kwietnia, w niedzielę, w Poznaniu zagra trio, które współtworzą legendy brytyjskiej sceny free jazz/ free impro – kontrabasista John Edwards, klarnecista i gitarzysta Alex Ward. Towarzyszyć im będzie kanadyjski perkusista Mike Gennaro. Panowie w tym składzie nigdy jeszcze nie grali, ale i tak spodziewać się możemy samych smakołyków – ekspresyjnego free jazzu, swobodnej kameralistyki, a także post-rockowej ekspresji, w momentach, gdy Ward przesiadać się będzie na gitarę elektryczną. Muzycy planują trasę koncertową po Niemczech i Polsce. Do tej pory zabukowali dwa terminy za naszą zachodnią granicą (odpowiednio 25 i 26 kwietnia), koncert poznański oraz łódzki (ten przypadnie na dzień 28 kwietnia).

Zapraszamy na wszystkie koncerty!

 

4 marca, wtorek

José Lencastre – saksofon altowy, Michał Wróblewski – saksofon altowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna

https://joselencastre.bandcamp.com/

https://marecords.bandcamp.com/album/prelude-and-variations-in-db

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

 

26 marca, środa

Exhaust: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Kit Downes - fortepian, Andrew Lisle - perkusja

https://camilanebbia.bandcamp.com/

https://kitdownesmusic.bandcamp.com/

https://andrewlisle.bandcamp.com/

 

12 kwietnia, sobota

John Hughes – kontrabas, Luis Vicente - trąbka

https://johnhughesdoublebass.bandcamp.com/album/gravelshard-2

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/unnavigable-tributaries

Olbrzym i Kurdupel: Tomek Gadecki – saksofon tenorowy, Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

https://olbrzymikurdupel.bandcamp.com/

https://creativesources.bandcamp.com/album/sadoil

 

27 kwietnia, niedziela

Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna, John Edwards - kontrabas, Mike Gennaro - perkusja

https://silversetrecords.bandcamp.com/album/bring-a-book

https://johnedwards.bandcamp.com/

https://alexward.bandcamp.com/


Wszystkie koncerty: Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00

Bilety do kupienia bezpośrednio przed koncertami: gotówka albo blik.




niedziela, 30 kwietnia 2023

Spontaniczny maj w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Wiosenna edycja cyklu koncertowego Spontaneous Live Series, organizowanego przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, wkracza w zasadniczą fazę. Organizatorzy przygotowali na najbliższy miesiąc aż trzy koncerty, w których kilkunastoosobowe grono artystek i artystów zaprezentuje zarówno tzw. autorskie projekty, jak i kilka, ulubionych na tej scenie, formacji „ad hoc”. W trakcie dwóch pierwszych wydarzeń z pewnością dominować będzie estetyka free jazzowa, natomiast podczas ostatniego z zaplanowanych koncertów spodziewać się możemy improwizacji osadzonych częściej w swobodnych, bardziej kameralnych klimatach.





Spontaniczny maj rozpoczniemy w pierwszą niedzielę miesiąca. Po Dragona powróci wtedy jeden z filarów młodej, europejskiej sceny free jazz/ free impro, brytyjski saksofonista pokolenia – Colin Webster. Artysta ten zachwycał poznańską publiczność już dwukrotnie w trakcie Spontanicznych Festiwali – odpowiednio w latach 2018 i 2019. W tzw. międzyczasie grał tu także w duecie z amerykańskim (polskiego pochodzenia) perkusistą Markiem Holubem. I to właśnie w towarzystwie tego ostatniego muzyka saksofonista pojawi się 7 maja na deskach Małego Domu Kultury poznańskiego Dragona.

Tym razem nasi dobrzy znajomi będą uprawiać soczysty free jazz w kwartecie. Skład formacji uzupełnią bowiem argentyńska barytonista Sofia Salvo i niemiecki kontrabasista Jan Roder. Muzycy promować będą swój pierwszy album „Sowieso” nagrany w ubiegłym roku w słynnym berlińskim klubie o takiej właśnie nazwie, a wydany w tym roku na kasecie przez websterowski Raw Tonk Records. Wielkie emocje free jazzu, trud i znój kolektywnej pracy twórczej oraz improwizatorskie popisy – tego możemy być pewni w majowy wieczór w Dragonie! 

https://rawtonkrecords.bandcamp.com/album/sowieso




Kilka dni później zapłoniemy ogniem prawdziwie free jazzowego koncertu dzięki dwóm duetom - portugalsko-holenderskiemu i polskiemu. We czwartek 11 maja w Dragonie zagrają bowiem Hugo Costa na saksofonie altowym i Philip Ernsting na perkusji oraz Tomasz Gadecki na saksofonie tenorowym i Marcin Bożek na akustycznej gitarze basowej (występujący pod artystycznym emblematem „Olbrzym i kurdupel”).

Pomysł organizatorów na kolejny majowy wieczór zdaje się być banalnie prosty: oto dwa ogniste duety swobodnego jazzu najpierw zniszczą nam uszy w dwóch separatywnych setach, potem – oczywiście po raz pierwszy w historii wszechświata – zjednoczą swe siły w jeszcze gorętszym kwartecie. Free jazzowe emocje podane na tacy!

Costa & Ernsting, to free jazzowy duet improwizujący rezydujący w Rotterdamie. Muzycy znani są z wielu projektów i formacji muzycznych, w tym dwóch niezwykle wartościowych artystycznie trzyosobowych składów, które uprawiają improwizacje na skrzyżowaniu wielu gatunków – Albatre i Anticlan. W Poznaniu – jako duet - promować będą swój pierwszy album „The Art Of Crashing”, wydany przez belgijski label A New Wave Of Jazz.

https://newwaveofjazz.bandcamp.com/album/the-art-of-crashing

Olbrzym i Kurdupel - to duet improwizatorów, Marcina Bożka i Tomasza Gadeckiego, który zawiązał się wiosną 2007 roku w Trójmieście. W improwizacji muzycy czują się wolni i niczym nieskrępowani. Ich gra przesycona jest emocjami, które prowadzą w bardzo różne stylistycznie rejony – innymi słowy, każdy ich koncert może być dużym, artystycznym zaskoczeniem. Na początku 2008 roku muzycy zarejestrowali materiał na pierwszą płytę o dźwięcznym tytule "Frrrrr....". W kolejnych latach powstały albumy "Six Philosophical Games", "Work" oraz "In Side Shout" (nagrana z niemieckim perkusistą Willy’m Hanne). Najnowsza płyta, to album DVD "Olbrzym i kurdupel ALEATORYCZNIE" (powstała z towarzyszeniem Orkiestry Teatru Muzycznego w Gdyni).

https://olbrzymikurdupel.bandcamp.com/

 

W ostatnią sobotę maja obejrzymy kolejny koncert … potrójny. Najpierw improwizować będą artystki z Katowic - flecistka Zofia Ilnicka i multiinstrumentalistka Ola Rzepka, potem poznański gitarzysta Paweł Doskocz (tu w wersji akustycznej) i brytyjski altowiolinista Benedict Taylor. Po dwóch duetach z pewnością liczyć będziemy mogli na sklecony „ad hoc” kwartet!

Deski Dragona znają całą czwórkę doskonale. Panie zachwyciły nas na spontanicznych koncertach minionej jesieni (Zofia w festiwalowych składach „ad hoc”, Ola w duecie Perforto), realizują się artystycznie w wielu projektach, nie tylko w sferze muzyki improwizowanej. Taylor, mistrz swobodnie improwizującej altówki, autor wielu płyt i partner niezliczonej rzeszy improwizatorów kreatywnej, młodej sceny europejskiej, był ważną postacią spontanicznego Festiwalu w roku 2019. Wreszcie Doskocz - rezydent i współautor serii, festiwalu, niezwykle ważna postać lokalnej sceny improwizującej. Reasumując, trudno nie być przekonanym, iż będzie to jeden z bardziej ekscytujących wiosennych koncertów spontanicznego cyklu.

https://culture.pl/en/artist/ola-rzepka

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/trio-io-new-animals

https://benedicttaylor.bandcamp.com/

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

 

Spontaneous Live Series, Vol. 43

Colin Webster – saksofon altowy

Mark Holub - perkusja

Sofia Salvo – saksofon barytonowy

Jan Roder - kontrabas

7 maja 2023, Poznan, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety do kupienia tu >>> https://tiny.pl/wb7ss

 

Spontaneous Live Series, Vol. 44

Olbrzym i Kurdupel: Tomasz Gadecki – saksofon tenorowy & Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

The Art Of Crashing: Hugo Costa – saksofon altowy & Philipp Ernsting – perkusja

Ad Hoc Quartet: Gadecki, Costa, Bożek & Ernsting

11 maja 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety będą dostępne wkrótce.

 

Spontaneous Live Series, Vol. 45

Ola Rzepka – fortepian, perkusja, Zofia Ilnicka – flety

Benedict Taylor – altówka, Paweł Doskocz – gitara akustyczna

Ad Hoc Quartet: Rzepka, Ilnicka, Taylor, Doskocz

27 maja 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety będą dostępne wkrótce.



piątek, 14 maja 2021

Sambar! Szpety! Kurek & Doskocz! Kurek alone! Wieża Ciśnień! Stara Rzeka & Takara! Abyss! Wolne Pokoje! The May Round-up only in polish!


Majowa zbiorówka recenzji świeżych i bardzo świeżych płyt tym razem wyłącznie po polsku! Osiem albumów na srebrnych dyskach, plastikowych kasetach i niezniszczalnych plikach! Co-kto-lubi także w wymiarze gatunkowym!

Zaczniemy od impro bitwy dwóch saksofonów barytonowych, nastawionych wszakże do świata niezwykle pokojowo. Zaraz potem mała epopeja dźwiękowa pod nazwą Wojtek Kurek, życie i twórczość – Szpety w trio, duet z Pawłem Doskoczem, solo osobiste, a potem mocny akcent, także solowy, na kolejnej edycji składanki Wieży Ciśnień! Kolejny nasz krok będzie bardziej rockowy, krwiście psychodeliczny, a wespół ze Starą Rzeką zabębni jedyny muzyk obcojęzyczny na dzisiejszej plejliście! Na finał zaś Abyss i Wolne Pokoje - pierwsze to trio, drugie, wbrew liczbie mnogiej, to inicjatywa solowa!

Zapraszamy do odczytu, odsłuchu, a potem koniecznie na zakupy, nie tylko w trakcie wolnego piątku na bandcampie!

 


Sambar  Pierwotniak Pantofelek (Antenna Non Grata, CD 2021)

Krakowskie spotkanie (data nieznana) dwóch saksofonów barytonowych: pierwszy w rękach i ustach Pauliny Owczarek, drugi - Tomasza Gadeckiego. Na CD odnajdujemy pięć bardzo swobodnych improwizacji, które trwają łącznie blisko 41 minut.

Zderzenie dwóch masywnych dęciaków oglądamy co prawda pod mikroskopem, ale słuchamy już w dowolnej formie, choćby wprost z odtwarzacza CD za pomocą głośników, tudzież słuchawek. Raczej nie zalecamy odbioru plików z urządzeń, które nie gwarantują odpowiedniej jakości dźwięku. Od razu zaznaczmy, iż Pani z Krakowa i Pan z Gdańska nie proponują nam nadmiernie skomplikowanej podróży, nie topią nas w meandrach wydumanej sonorystyki, raczej unikają eksperymentowania, a bardziej skupiają się na brzmieniu i możliwościach, tudzież technikach wydobywania dźwięku z dużego saksofonu. Zatem jeśli interesują nas niuanse brzmieniowe, to odbiór audiofilski (czytaj: nie dla głuchych) zda się w tym wypadku bardzo pomocny.

Zgodnie z zapisami preambuły niniejszej recenzji muzycy przygotowali dla nas pięć swobodnych improwizacji, z których trzy, to długie, kilkunastominutowe epopeje dętych incydentów, dwie zaś, to drobne miniatury, swoiste encores, trwające nie więcej niż sto sekund. Skupmy się zatem na nieparzystych, rozciągniętych w czasie improwizacjach. Pierwszą otwiera rytmiczna praca pustych dysz, która przypomina dźwięk … metronomu. Drugi baryton efektownie wypuszcza strumienie ciepłego powietrza i zaprasza do zabawy. Muzycy rozkręcają narrację, ale donikąd się nie śpieszą. Dwa leniwe strusie na porannej przechadzce, które nie muszą preparować dźwięku, ani go nadmiernie eskalować, by wzbudzić emocje i przykuć uwagę słuchacza. W trzeciej części pojawiają się dłuższe frazy, a improwizacja błyskotliwie przekształca się z ckliwej ballady, pełnej pisku mew i innych ptasich zalotów, najpierw w mroczną przypowieść o złych duchach, potem zaś w przeciągle post-jazzowe narracje nasycone kameralną zadumą. Zdecydowanie najciekawiej dzieje się w trakcie ostatniej improwizacji. Tym razem muzycy postanawiają delikatnie poeksperymentować. Prychają, burczą, rysują kanty, ślą frazy pełne tłumionej ekspresji. Strzępy melodii, mikro preparacje i gardłotoki - każdy znajdzie tu coś dla siebie. Na zakończenie oba barytony rzewnie śpiewają smutną piosenkę na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach. A ostatnie dźwięki znów przypominają bicie metronomu.

 


Szpety  Szpety (Antenna Non Grata, CD 2021)

Głosów użyczą nam Antonina Nowacka i Gosia Zagajewska, a za całą resztę (perkusja, elektronika, post-produkcja) odpowiadać będzie Wojtek Kurek. Spotkanie tych trojga miało miejsce we wrześniu 2019 roku w Koninie, w lokalnym centrum kultury o intrygującej nazwie Wieża Ciśnień. Muzycy przygotowali dla nas sześć utworów - dobrze zaplanowanych i precyzyjnie zrealizowanych improwizacji, które trwają łącznie 34 minuty z sekundami.

Zapraszamy na odsłuch urokliwego, niebanalnego soundtracku do baśni o złych księżniczkach! Dźwięk mamy podany na dysku, obrazu niech dostarczy nam wyobraźnia. Zaczynamy od onirycznych śpiewów po-klasztornych - ambient nieistniejącej jeszcze perkusji, rozbłyskujący matowymi plamami i zagubione, kobiece głosy w trakcie poranka wieńczącego trudną noc. Druga historia niczym bajka z mchu i paproci – dwa muchomorki opowiadają dziwną historię, która nie ma jednak dobrego zakończenia. Rozmyte na kablach perkusjonalia dopełniają grozy sytuacji i aprecjują całość przekazu dźwiękowego. Kolejny epizod płynie do nas z samego środka średniowiecza, a może i śródziemia. Jeden głos kona, drugi śpiewa, a stopa perkusji wzywa na obrządek śmierci. Po nabraniu dynamiki za pomocą ambientowego drummingu, całość zaczyna przypominać chór dzikich czarownic w drodze na sabat, trochę spóźnionych i przeto jeszcze bardziej zatrwożonych.

Czwartą opowieść tworzą męsko brzmiące głosy w języku południowej azjo-fryki. Analogowe bębnienie na szmatach buduje emocje i daje dystans wokalistkom – te krzyczą, jak wyzwolone z jarzma klatki, dorodne kwoki. Piąta część zdaje się być tu kluczowa, z pewnością budzi największe emocje. Opętańczy rytm perkusji, który lepi się w post-elektroniczny loop, rosnąca dynamika i głosy, którą rodzą się z gęstego ambientu. Galop po prerii z posmakiem psychodelicznego etno, post-electro dance z wiedźmami nafaszerowanymi opiatami.  Wreszcie finał tego filmu filuternej grozy – śpiewy o zmierzchu, trochę post-barokowe, odrobinę pre-romantyczne. Wszystko tu się jednak pętli i dramatycznie zagęszcza. Elektryczny drumming, gorące powietrze z generatorów mocy, krzyki i drżące dzwony. Czujesz już zapach napalmu o poranku? Czy to już naprawdę koniec, Mój Przyjacielu?

 


Paweł Doskocz/ Wojtek Kurek  NPM (Czaszka, Kaseta 2021)

Wojtek Kurek, tym razem wyposażony jedynie w żywą perkusję, zostaje z nami, a do otwartych przestrzeni Beskidu Małego dopraszamy Pawła Doskocza i jego ochoczo nastawioną do wszelkich aktywności gitarę elektryczną. Latem roku 2019 Panowie sobie swobodnie poimprowizowali, a efekty ich kreatywnej zabawy w niebanalne dźwięki możemy posłuchać na kasecie, na której pomieściło się dziewięć utworów, trwających łącznie około 42 minut.

Kurek i Doskocz osadzili swoją luźną, bezpretensjonalną improwizację nie tylko w pięknych okolicznościach przyrody, ale także w niekończącej się, ponadgatunkowej studni skojarzeń i tropów narracyjnych, w której na każde zagranie jest przyzwolenie, ale też każda wymoszczona fraza zdaje się mieć swój sens i miejsce w szeregu zdarzeń fonicznych. W grze gitarzysty wnikliwy szperacz rockowej historii doszukać się może wielu post-rockowych grepsów, a także brzmień godnych wczesnych, jakże niekomercyjnych dokonań R.E.M i Sonic Youth. Czasami czuć tu posmakiem americany, zmutowanej wyobraźnią muzyka (w spokojniejszych, niemal drobiazgowych improwizacjach), tudzież czerstwego, jakże prawdziwego post-bluesa (to czujemy na sam koniec płyty). Duża swoboda, artystyczna bezczelność i kompulsywny stosunek do oczekiwań odbiorcy budują album rozważny, bystry i nieukierunkowany na stawianie improwizacyjnych zasieków. Praca perkusisty doskonale lepi się na całym albumie z pomysłami gitarzysty. Kurek, to stylowy post-akompaniator i jeszcze dosadniejszy kreator, jak choćby w drugiej piosence, która epatuje prawdziwie punkowym wykopem. Czasami muzycy sprawiają wrażenie, jakby chcieli zagrać skoczne frazy na cygańskim weselu (patrz: ósma część), ale do podjęcia tego wyzwania brakuje im imperatywu wewnętrznego. Mają bowiem swoje cele i w poczuciu dobrze spełnianego obowiązku świetnie je realizują.

Zdecydowanie najsmakowitszym mięsem tej dźwiękowej mikstury są dwie najdłuższe improwizacje. To właśnie czwarta improwizacja pachnie najpełniej wczesnym, garażowym brzmieniem Sonic Youth. Wyswobodzona psychodelia gitary, post-rockowy drumming - wszystko leje się tu leniwie przez ręce niczym wystudzony napalm, ale jakby mimochodem przepoczwarza się w strumień post-ambientowej modlitwy, która po wielu minutach narracji staje się uroczą mantrą indie-rocka. Z kolei ostatnia improwizacja, tkana z niemal filigranowych, lekkich fraz, z czasem przebiera postać opowieści pod tytułem Wszystko, co chcieliście o nas wiedzieć, ale nie zdążyliście zapytać. Zachód słońca, lekki wiatr od oceanu i gigantyczna moc post-rockowej repryzy, która jednocześnie buduje emocje i koi do snu, pełnego kwasowych imaginacji.

 


Wojtek Kurek  Buoyancy (Pawlacz Perski, Kaseta 2021) *)

Umiejętność stylowego łączenia dźwięków akustycznych i syntetycznych w procesie improwizacji nie jest przywarą, którą muzycy wysysają z mlekiem matki. Baa, nawet pobieżna analiza przypadków wskazuje, iż umiejętność ta występuje w przyrodzie niezwykle rzadko.

Warszawski perkusista Wojtek Kurek, nie tylko dostarcza nam fantastycznych nagrań w duetach i triach, świetnie potrafi wkomponowywać się w zdradliwe składy ad hoc, podsuwane mu przez organizatorów spontanicznych festiwalach dziwnej muzyki, ale nagrywa także solowe płyty, którymi zadaje kłam teorii, iż nie da się udanie łączyć żywego i martwego dźwięku w procesie improwizacji. Dodatkowo, na płycie Buoyancy (brak danych o miejscu i czasie powstania nagrania; siedem części, około 30 minut) pokazuje także, iż jest zręcznym konstruktorem urządzeń generujących elektroakustyczne frazy. Na rzeczonym bowiem nagraniu ... wyczarowuje dźwięki przy pomocy zestawu perkusyjnego wspartego autorskimi efektami stworzonymi w środowisku MAX/MSP, które przetwarzają materiał akustyczny w czasie rzeczywistym (cytuję za stroną wydawcy).

Partnerem Wojtka w utworze otwarcia zdaje się być metronom, który regularnym stuk-puk daje życie post-akustycznej improwizacji. Tło rodzi się tu systematycznie z każdym jego uderzeniem, jakby z kropli wody, z dygoczącej wilgoci dekonstruowanych fraz. Na tym tle budowany jest drumming, który niesie za sobą smugę pogłosu. W kolejnym epizodzie hydrauliczne konotacje znów dają znać o sobie. Słyszymy perkusję, która brzmi jak zanurzony w wodzie kontrabas. Lepka ciecz wokół niego kreuje urokliwy ambient. Z kolei w części czwartej muzyk umieszcza na werblu przedmioty i daje im nowe życie, tuż po śmierci ich akustycznego wymiaru. Rezonans, szum, oddychające ciało muzyka, a na finał dark ambient budowany dźwiękami talerzy i miseczek. Zaraz potem, w wyjątkowo krótkim interludium, perkusjonalne świecidełka płyną wilgotnym strumieniem repetycji. Wreszcie kluczowa, dziewięciominutowa epopeja! Drummingowy trans, który rodzi się w strugach szorstkiego ambientu, w tajemniczych okolicznościach elektroakustyki. Z morza falującej syntetyki wyłania się rytualne bębnienie, taniec, który zdaje się nie mieć końca. Na finał zupełny słyszymy dzwon pokutny, który wybija ostatnią godzinę, zanurza nas w mroku, nie dając nadziei na wybudzenie.

 


V/A WC VI RST (Centrum Kultury i Sztuki Konin, 2CD 2020)

Powróćmy do Konina i przybytku kultury zwanego Wieża Ciśnień, która bywa także edytorem muzyki, a dokładnie serii ekskluzywnych składanek. Zatrzymajmy się na chwilę przy ostatnim wydawnictwie WC, które na dwóch dyskach eksploruje niezbadane terytoria krajowej muzyki elektronicznej lub/i improwizowanej. Strona alfa zawiera wyłącznie muzykę elektroniczną, na ogół pozbawioną akcentów impro, zatem mniej nas interesującą. Co innego strona beta – tu czeka na nas osiem solowych, improwizowanych ekspozycji, przygotowanych wyłącznie na potrzeby tego wydawnictwa, a zatem takich, których nie usłyszycie gdzie indziej. To właśnie tu ponownie spotkać się możemy z Wojtkiem Kurkiem, a także Pawłem Doskoczem. Rzućmy zatem okiem i uchem na zawartość drugiego dysku szóstej edycji Wieży Ciśnień. Dodajmy, iż miejsca i momenty powstania nagrań nie są na płycie wyszczególnione, co zupełnie nie przeszkadza w ich właściwym odbiorze.

Zaczynamy od dwóch solowych występów perkusistów, dodajmy dość się od siebie różniących. Wojtek Kurek stawia na dźwięk lejącej się wody i skrupulatnie budowaną dramaturgię deep drummingu, stylowo inkrustowanego nienachalną elektroniką - opowieść niepozbawioną akcentów preparowania dźwięku aż do poziomu hałasu. Z kolei Adam Gołębiewski stawia wyłącznie na akustykę i preparowanie (czytaj: niszczenie) glazury werbla różnymi przedmiotami. Całość smakuje post-industrialnie, balansuje na granicy hałasu, czasami ją przekraczając. Muzyk świetnie panuje nad dramaturgią, zdaje się, że chwilami kontroluje kilka wątków narracji jednocześnie. Po takich drum’s wars czas na ukojenie – Gosia Zagajewska wokalnie (patrz: Szpety!) i Ksawery Wójciński na kontrabasie, ale nie bez udziału głosu własnego. Artyści zaczynają w klimacie starocerkiewnym, po czym łapią posmak zabrudzonego etno, nie bez post-barokowych emocji i zmyślnie odbywają pokutną drogą od sacrum do profanum. W kolejnej części Piotr Mełech improwizuje w zasadzie wyłącznie przy użyciu akcesoriów elektronicznych, ale istnieje przypuszczenie, iż na wejściu do procesu dekonstruowania dźwięków pojawia się także żywy klarnet basowy.

Za część piątą odpowiada Łukasz Kacperczyk i jego syntezator analogowy. Syntetic attack over europe, parafrazując klasyków - coś dla wielbicieli braku subtelności brzmieniowych. Ciekawiej jest jednak zaraz potem, gdy dostajemy pakiet elektroakustycznych eksploracji podmiotu wykonawczego Dj Nasłuchujący Mohikanin. Mieszanka post-industrialnych dźwięków zdaje się lepić elementy składowe wyjątkowo zgrabnie i z poczuciem smaku. Nieprzegadana akcja z dobrymi repetycjami i dubowym echem. Docieramy wreszcie do Pawła Doskocza i jego brudnej, dronującej gitary. Muzyk zaprasza nas na wielominutową podróż pod bezdrożach ambientowego post-metalu. Flow jego opowieści przypomina nieszczelną butlę z siarkowodorem. Można zginąć, ale przedtem nafaszerować się zdrowymi emocjami ciemnych odmian rocka. Na zakończenie składanki formacja Blimp, która w ekspozycji beaten jazz zachęca nas do muzykowania, które początkowo pachnie stylizowanym na jazz post-rockiem, potem zyskuje jednak na intensywności i udanie otwiera wrota niemal free jazzowej improwizacji.

 


Stara Rzeka & Mauricio Takara  Live at CCSP (Brutality Garden, DL 2021)

Po szyldem Starej Rzeki ukrywa się dobrze znany z takich formacji, jak Alameda, czy Innercity Ensemble, gitarzysta Kuba Ziołek. Muzyk doposażony w skromną, niemal kieszonkową elektronikę, dotarł aż do brazylijskiego São Paulo, by nagrać efektowny koncert z perkusistą Mauricio Takarą. Rzecz miało miejsce dość dawno (grudzień 2015), ale – uprzedźmy wypadki – warto było czekać.

Koncert (podany w czterech odsłonach) budzi się do życia w poświacie delikatnej elektroniki, kreowanej przez syntezator i gitarowe przetworniki oraz żywy, ruchliwy, od startu bardzo aktywny drumming. Dźwięk samej gitary wynurza się w po pewnym czasie i dość szybko wpada w ramiona zmysłowej psychodelii. Całość formuje się w bystry groove (jest i basowy flow poniżej kolan), który płynie warto i from time to time nabiera dubowego echa. Druga część koncertu dodaje syntetycznego posmaku całej ekspozycji, która z gęstego strumienia drum’n’bass przepoczwarza się w potok electro’n’bass! Wisienką na torcie zdaje się być, płynąca na backgroundzie, niemal heavymetalowa gitara.

Najciekawiej dzieje się wszakże w najdłuższej, trzeciej części. Wprowadzenie pachnie ambientem i preparowanymi dźwiękami talerzy. Elektronika wgryza się w to odrobinę nachalnie, jak poranny, zbyt ostry płomień słońca. Ziołek mnoży jednak byty i wiele na to wskazuje, iż jest w stanie rysować siedmioma pędzlami po stu płótnach jednocześnie. Takara dba o groove i ekspresję, ale i on nigdzie się nie śpieszy. Oniryczna psychodelia wiąże nogi artystów i tłumi zapędy do dynamizowania narracji. Muzycy posłusznie zagłębiają w otchłani coraz swobodniejszej improwizacji. W tle narasta ambient, ale szyty bardzo nerwowym ściegiem. W ostatniej części koncertu powraca basowy electro groove. Muzycy zdają się reasumować swoje dzisiejsze dokonania i dorzucają kolejne elementy, które poznaliśmy już wcześniej. Tempo rośnie, możemy zatem już śmiało iść w tango, nie myśląc o porannych konsekwencjach! Gitara i perkusja nabierają ciekawej poświaty, pachnącej wręcz afrykańską polirytmią! Gdy wybije odpowiednia godzina, opowieść rozpłynie się w chmurze dark-noisy-psycho-ambientu.

 


Abyss  Water thrown into space (Sound Of Abyss, DL 2020) *)

Woda w kosmosie, to album stworzony przez muzyków, którzy niechybnie po raz pierwszy zagościli w odtwarzaczach redakcji: Maja Laura Jaryczewska - fortepian, syntezator, Szymon Zalewski – bas elektryczny, Artur Paszkowski – perkusja. Efekt improwizowanych sesji (osiem części, niespełna 35 minut), jakie artyści przeprowadzili w czasach jeszcze przez zarazą (jesienią 2019), a także w lockdownowych warunkach roku kolejnego, które, jak pokazuje szereg przykładów, potrafią wpływać niezwykle silnie na kreatywność muzyków, zwłaszcza w obszarze improwizacji.

Abyss, to przykład muzyki, która z jednej strony istotnie łechta podniebienie konesera bystrej muzyki z powabem swobodnej kreacji, z drugiej wciąż stawia pytania i sieje wątpliwości natury czysto artystycznej. To bowiem zwinne połącznie muzyki post-fussion jazzowej (świetny bas, zwinna perkusja!) z niebanalną, nienachalną i naprawdę ciekawą warstwą syntetycznych dźwięków, budowanych przez syntezator, na które w ramach deseru (a może wątku naczelnego?) nakładany jest - jakby na etapie post-produkcji - strumień czystej, dość przewidywalnej kameralnej pianistyki, na ogół szczędzącej nam poważniejszych porcji improwizacji. Efekt chwilami bywa intrygujący, w innych momentach sytuacja dramaturgiczna aż prosi o to, by coś w niej zmienić. Na przykład, choćby jedynie przesunąć akcenty – syntezatorowe wojny światów na pierwszy plan, piano na background. Ale dość tych recenzenckich egzegez - wskażmy najciekawsze wodne przygody trójki młodych, polskich muzyków.

Niemal każdy z utworów zaczyna się udaną basową introdukcją, istotnie współtworzoną przez elektroakustyczne zdobienia, płynące ze strony syntezatora (choćby trzecia, czwarta i siódma część). Niezłą czujnością dramaturgiczną, niemal w każdym przypadku, wykazuje się drummer. Wchodzi zawsze w punkt, zdobi narrację plastrami ciekawych dźwięków, a jak trzeba - dynamizuje akcję. Abyss definitywnie lepiej radzi sobie w dynamicznych pasażach (jak w części piątej), niż w około jazzowych meta spowolnieniach (które na ogół narzuca piano często wchodzące do gry po pewnym czasie). Zdecydowanie najciekawszym utworem na płycie jest część ostatnia i wcale nie szkodzi jej fakt, iż jest najkrótsza. Zaczyna ją echo post-techno, które płynie do nas z nieznanych lądów. Na ów background pięknie wślizguje się bas, a zaraz potem perkusja, która łamie rytm, rwie frazy, sieje zdrowy ferment. Syntetyka dokłada tu warstwę zjawisk quasi plądrofonicznych. Muzycy bystrze brną do przodu, jakby starali się wskazywać sobie drogę na przyszłość. Opowieść gaśnie po dwóch minutach, nim piano zdoła wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.

 


Wolne Pokoje  Obiekty rozmyte (Plaża Zachodnia, Kaseta 2020) *)

Za dźwięki w formie bliżej niezidentyfikowanych Obiektów Rozmytych, pomieszczonych we wciąż Wolnym Pokojach, nieustannie wolnego Miasta Gdańsk, odpowiada jeden człowiek - Robert Demidziuk (saksofon tenorowy, gitara, bas, ksylofon, syntezator, field recordings, korg wavedrum, acoustic laptop, perkusja, głos; nagrane w Studiu Gdańsk, 2019/20). Krótka, siedmioczęściowa opowieść (niespełna 24 minuty) zdaje się być dość precyzyjnie zaplanowana, raz za razem bywa jednak skutecznie zdobiona zabiegami aranżacyjnymi, noszącymi znamiona improwizacji.

Wymieńmy podstawowe elementy tej nieco szalonej układanki. Morze syntetyki, która ma silny drive i strumienie akustyki, które chwilami płyną głównym nurtem, ale częściej chowają się w mgławicach post-syntetycznego ambientu zdobiącego narracyjny background. Cienie electro, kreowane połamanymi, dekonstruowanymi strukturami rytmicznymi, zderzające się z dźwiękami sfuzzowanego basu i post-metalowym drummingiem, który z minuty na minutę bystrze przyobleka jednak bardziej syntetyczne barwy. Wreszcie zmutowany dźwięk saksofonu, które kreśli pół drony, rysuje pętle i interesująco zdobi ów niekiedy post-plądrofoniczny drum’n’bass.

W drugiej części nagrania, co rusz natrafiamy na dubowe obłoki ciekawych dźwięków, które definitywnie dodają całości uroku. Bywa, że opowieść Roberta brzmi jak stary, dobry Bill Laswell, tu napotykający na gitarowe szaleństwa swojego wieloletniego kompana Bucketheada. Skojarzenie na pozór wydaje się dość karkołomne, gdyż de facto nie słyszymy w nagraniu ani charakterystycznego dołu basu, ani świegoczącej silnym prądem gitary, ale klimat nagrania ewidentnie ma wiele wspólnego z soundem nowojorskiego Downtown z lat 90. ubiegłego stulecia i jego improwizującego post-electro-jazz-rocka. Nagranie wydaje się być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Kierunek ciekawy – osobiście urozmaiciłbym wszakże arsenał dostępnych środków wyrazu.

 

 *) recenzja powstała na potrzeby polish-jazz.blogspot i tamże została pierwotnie opublikowana



poniedziałek, 16 marca 2020

Clarke, Willberg & Karlsen! Tavares, Trocado & Ward! Gadt & Olak! Arszyn & Gadecki! Trio_Io! The Crazy March’ Virus!


W marcu, jak w garncu! Dzisiejsza zbiorówka recenzji bez wątku głównego, równie nieprzewidywalna, jak słynny wirus za oknem! Płyty nowe, płyty nieco starsze, wykonawcy krajowi i światowi, oczywiście znów kilka nowych nazwisk do zapamiętania! Od Sasa do lasa! A jeśli już koniecznie potrzebujecie jakiegoś hasła przewodniego – Improwizacja Nie Jedno Ma Imię!




Martin Clarke/ Otto Willberg/ Emil Karlsen  Shopping For Images  (Open Ear Music, CD 2020)

Martin Clarke na saksofonie altowym, Otto Willberg na kontrabasie oraz Emil Karlsen na perkusji – trio bez nazwy własnej, w miejscy zwanym Music Room, Londyn, wrzesień 2019. Trzy swobodne, kilkunastominutowe improwizacje, które skończą się tuż przed upływem trzech kwadransów.

Na wejściu małe, improwizacyjne gierki, trochę akcji i reakcji, nasze ulubione, dźwiękowe obmacywanki, które precyzyjnie kreślą nam ramy tego, co doświadczymy w trakcie najbliższych minut. Swobodna, niczym nieskrępowana improwizacja, czyniona aż do samej mety na sporym luzie, bez pośpiechu, z dużą ilością powietrza pomiędzy poszczególnymi frazami. Opowieść dobrze skonstruowana dramaturgicznie, zgodnie z zasadą – im dalej, tym lepiej. Precyzyjna, bogata w wydarzenia perkusjonalistyka, mistrzowski kontrabas, najczęściej traktowany smyczkiem, który stanowi tu prawa i bystrze je egzekwuje, wreszcie śpiewny, skromny saksofon altowy, który woli rolę komentatora niż tygrysa, który wchodzi w szranki rywalizacji.

Pierwsza improwizacja dba o rys ogólny, pokazuje, iż muzycy dobrze radzą sobie zarówno w kompulsywnych ekspozycjach free, jak i w cichszych, kameralnych zabawach w selektywne dźwięki. Druga część podtrzymuje klimat, dodatkowo stanowiąc dla wszystkich uczestników w pełni demokratyczne prawa w dostępie do czasoprzestrzeni nagrania. Nie zmienia tego faktu krótki odcinek bystrej, solowej ekspozycji altu na tle zmysłowego percussion. Narracja stawia na lekko kołyszący rytm, nie stroni również od półgalopu, dyktowanego mocnym pizzicato kontrabasu. Metoda muzycznej kooperacji zwana call & response także tu ma swoje miejsce i czas.

Zgodnie z zarysowaną ideą dramaturgiczną, najciekawiej dzieje się w ostatniej, trzeciej improwizacji. Muzycy zaczynają ją na poziomie ciszy - dźwięk w odpowiedzi na dźwięk. Pierwszy zaczyna fermentować kontrabas – pojedyncze szarpnięcia strun, niczym zwoływanie na rytualny spektakl. Potem powrót do ciszy, rezonans talerzy, parsknięcia smyka i drony saksofonu. Po trzeciej minucie artyści kwieciście wchodzą w dynamiczną fazę, dla której dobrym komentarzem okaże się krótka, solowa ekspozycja kontrabasu. Być może najpiękniejszym fragmentem płyty jest jednak jego zakończenie – wielominutowe, jakże stylowe wygaszanie płomienia narracji. Akcenty preparacji saksofonu, brzask talerzy i smyczek, który decyduje tu o każdym niuansie. Cisza po ostatnim dźwięku smakuje wyjątkowo dobrze.




Sérgio Tavares/ Nuno Trocado/ Tom Ward ‎ Vestiges  (self-released, CD 2019)

Kolejne trio, to Sérgio Tavares - kontrabas, Nuno Trocado – gitara i elektronika oraz Tom Ward – flet, saksofon altowy i klarnet basowy. Spotkali się w grudniu 2018 roku, w Nosso Estúdio, Maia, Portugalia. Dziewięć improwizacji, zapewne poprzedzonych drobnymi scenariuszami, prawie 48 minut.

Vestiges, to płyta bogata w wydarzenia, obfitująca w zwroty akcji, pełna zaskoczeń, także odrobinę, w drugiej części, przegadana i być może zbyt długa. Pełna gatunkowych niespodzianek, naładowana pomysłami młodych artystów, których stać na wiele. Zaczyna się w klimatach post-jazzowych, a o takiej definicji gatunkowej decyduje przede wszystkim dynamiczny, lekko swingujący walking kontrabasu. Klarnet też wydaje się być chętny do tańca i swawolenia, może jedynie gitara, od czasu do czasu, zgłasza zdanie odrębne i schodzi na bok, by szukać odrobiny psychodelii. Drugi fragment przesuwa zainteresowanie muzyków w kierunku kameralistyki, nie bez udziału dość wyważonej i nieinwazyjnej elektroniki. Przy okazji Ward gra kilka ciekawych pasaży na flecie.

Trzecia, najdłuższa improwizacja jest przy okazji chyba kluczowym dla odbioru całości utworem. Klarnet basowy, smyczek na kontrabasie i przesiąknięta elektroniką gitara budują zmysłowy flow. Nie brakuje preparacji i delikatnego przesteru na amplifikatorze. Zmiana zdaje się tu gonić zmianę, a wszystkie one wydają się trafione. Gitara wciąż dba o emocje, elektronika pozostaje w klasie, nawet, gdy przychodzi jej zostać na chwilę samej na scenie (po siódmej minucie). Tuż potem robi się jeszcze piękniej – trochę sonorystyki w tubie dęciaka, rozbujany smyczek i garść gitarowego post-psycho. Utwór czwarty zaczyna się dość sztampowo – jazzy as well – ale z czasem zdecydowanie zyskuje na wartości. Ostre, free jazzowe expo odnotowuje Ward, a ornamenty elektroniki na gryfie gitary, pełnej prądu i dobrze repetujący smyczek, dopełniają obrazu całości. W piątej części powraca klimat chamber, smyczek na kontrabasie smakuje barokiem, a saksofon śpiewa w niebogłosy. Ów delikatny chill-out skomentowany zostaje na sam koniec bystrymi parsknięciami saksofonu. Krótki, szósty epizod dobrze podsumowuje najbardziej udaną, środkową część płyty, pasażami preparowanych dźwięków, której zlewają się w ambientowy strumień.

Ostatnie trzy utwory na płycie nieco mącą obraz całości propozycji tria Portugalczyków i Brytyjczyka. Muzycy stawiają kategorycznie na kameralistykę, dobrze się w niej czują, instrumenty są im niebywale posłuszne, ale emocje siadają. Brakuje ognia, zadziorności i artystycznej czupurności. O ile w części ósmej możemy jeszcze docenić dobre momenty saksofonu i skowyczącej prądem gitary, o tyle ostatni odcinek, który daje się być hybrydą rocka, rytmicznej kameralistyki i całkiem zagubionej elektroniki, śmiało moglibyśmy sobie już podarować. Dziwny finał płyty, która do 35 minuty broni się doskonale pod względem artystycznym.




Anna Gadt & Marcin Olak  Gombrowicz  (Hevhetia , CD 2019)

Witold Gombrowicz, krew dobrej literatury w języku nam ojczystym, bywał już nie jednokrotnie inspiracją dla muzyki, także jazzowej i improwizowanej. Dziś powraca w wersji wyjątkowo kameralnej, jedynie na głos kobiecy i gitarę akustyczną, czasami także elektryczną. Anna Gadt i Marcin Olak w nagraniu koncertowym z maja ubiegłego roku. Dwanaście części z długimi tytułami (będącymi, co oczywiste, cytatami z Gombrowicza), trwających 56 minut i 12 sekund.

Gombrowicz, to opowieść z jednej strony bardzo swobodna, improwizowana, z drugiej skupiona wokół niebanalnych słów pisarza. Dźwięki równie rozwichrzone, bystre i ironiczne, jak słowa, którym towarzyszą. Czasami leją się w jeden strumień, czasami stanowią wobec słów ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Być może całość jest odrobinę zbyt długa, być może w kilku momentach warto było postawić na jeszcze większą ekspresję, ale całość broni się artystycznie od pierwszego do ostatniego dźwięku.

Dobre otwarcie płyty dobrze rokuje na przyszłość - kanciasta, niemal bailey'owska gitara akustyczna i kobiecy, szumiąco-szemrzący pół scat, który mówi, gada, czasami podśpiewuje, a potem cedzi zwodniczo, namiętnym głosem, słowa Gombrowicza. W drugiej opowieści gitara Marcina łagodnieje, ale nie stroni od zadziorów, przy okazji inspiruje Annę do wydawania dźwięków niemal każdą częścią ciała. W trzeciej gitara pulsuje post-rockiem, ciekawie korelując z półśpiewem. Słowa wydają się być równie dosadne i precyzyjne, jak towarzyszące im dźwięki. W kolejnej gitara mantruje, a głos Anny brzmi jak … wysoko zestrojony puzon. Dobrze wchodzą w bystrą imitację. W piątej opowieści znów duch Dereka Baileya zawiesza się nad narracją. Recytacja Anny z dramaturgicznym suspensem, intrygująco przechodzi w fazę swobodnej improwizacji. Szósta część przynosi kolejne nowe elementy - Marcin piłuje struny, a Anna sięga po beatboxowe środki narracji. Głęboki oddech i perkusjonalne dziąsła! Nie brakuje rezonansu i dalekowschodniego zaśpiewu. Piękny moment!

Siódma opowieść, najdłuższa na płycie, otwiera drugą część improwizowanego Gombrowicza – gitara z prądem i recytacja – wszystko pulsuje i kusi literalnie. Anna wchodzi w fazę śpiewu, a gombrowiczowska ironia świetnie zazębia się z drżącymi strunami gitary. W dalszej kolejności - faza eskalacji, faza imitacji, a na sam finał garść jazzu i scatu. Kolejna część, to miniatura – dźwięk za dźwiękiem, litera po literze. Na starcie dziewiątej części Anna pochrapuje, przeciąga się, szepcze bystry tekst. Gitara plecie post-jazzowe pasaże. Akcenty beatboxu i gitarowych flażoletów, które pachną barokiem. Dziesiąta i jedenasta piosenka bazują na bluesie. Słowa Gombrowicza kłują i inspirują wyjątkowo dosadnie. Anna, wyluzowana nad wyraz, dobrze to wszystko układa w ciąg przyczynowo-skutkowy. Całość nabiera rytmu, można tupać nogą i podśpiewywać przy goleniu. Wreszcie finał, w konwencji balladowej – oddechy, półdźwięki gitary, szept jakby po … japońsku, flażolety i dźwięki, które przypominają trąbkę (Anna!). Zmysłowe zwieńczenie dźwiękowego Gombrowicza. I znów nie daliśmy się upupić!




Arszyn/ Gadecki  Choroby Pszczół  (Don't Sit On My Vinyl! ‎LP 2019) *)

Czas na kolejny duet - Tomek Gadecki na saksofonie tenorowym i Krzysztof Topolski Arszyn) na perkusji, używający także przedmiotu o nazwie Buchla 200 oraz korzystający z nagrań terenowych. Rejestracja ze Studia Elektryków - Gdańsk, luty 2017 roku - trzy utwory, 26 i pół minuty. Odpalamy jedną z 66 sztuk limitowanego winyla - w ramach serii Don't Sit On My Vinyl Wujka Gusstaffa - dwunastocalówkę wyciętą w prędkości 45 obr/min. Zapraszamy na elektroakustyczną podróż w estetyce dość swobodnej improwizacji, która po pewnym czasie zaczyna smakować dobrym, starym free jazzem!

Ruszamy w tę podróż z dobrze rozgrzanym saksofonem tenorowym i perkusją, która zdaje się być nieźle okablowana i połączona z dystrybutorem dźwięków elektronicznych. Rodzaj free jazzu silnie stymulowanego dobrej jakości LSD. Saksofon płynie niezwykle zwinnie, perkusja zaś buduje swój flow silnie naznaczając go jazzowymi parametrami. Elektronika funkcjonuje tu jakby mimochodem, ale to ona sieje ferment, czasami kreuje dźwiękowy dysonans poznawczy, nie pozwalając przy okazji żywym foniom na choćby moment dramaturgicznej nieuwagi. Gdy w 5 minucie na kilka chwil tuba milknie, syntetyka ciekawie koegzystuje z mocnym, żywym drummingiem. Szybki powrót tenoru otwiera wielką księgę pamięci Johna Coltrane’a – jakże piękny to moment. Ostatnie dwie minuty pieśni otwarcia zostają oddane we władanie elektroniki, co wnikliwy recenzent dość szybko obwieszcza mianem czasu delikatnie straconego w kontekście zawartości całej, krótszej niż 30 minut płyty.

Druga opowieść toczy się już wyłącznie z wykorzystaniem akustycznych atrybutów tej duetowej improwizacji. Bystrze i stylowo budowana, free jazzowa narracja z nieśpiesznym, ale pewnym oddechem tenoru i niemal hardbopową perkusją. W drugiej części utworu Gadecki płynie wyjątkowo precyzyjnym pasażem dźwięków wyłącznie udanych. Arszyn podażą za nim jak cień, nie umyka mu choćby ćwierćnutka. Płytę kończy krótki encore, gdzie przy dźwiękach tajemniczego głosu z innej rzeczywistości (field recordings!), płynie do nas dynamiczny, niemal rockowy drumming. W dalszym tle słychać posuwiste pasaże saksofonu, które z czasem włączają się w główny nurt narracji. Odrobinę zaskakujący finał całkiem ciekawej płyty, której zakończenie niechybnie karze prosić o więcej minut duetu Arszyn/ Gadecki.




Trio_Io  Waves  (Bôłt, CD 2019) *) ‎

Trójka młodych, polskich muzyków (Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce) proponuje intrygujący melanż post-gatunkowej, inteligentnie zdefiniowanej improwizacji. Radzą sobie z tą pokrętną materią niezwykle przebiegle, a nic, co boskie, nie jest im obce. Niemal trzy kwadranse zmysłowej zabawy w dźwięk, w dziewięciu częściach, opatrzonych tytułami. Zapraszam koniecznie!

Wita nas fonia amplifikatora, który cicho pracuje. Dźwięki snują się płaskim dronem, pełnym niepokoju, mroku, pewnej analogowej niepewności, co do ciągu dalszego.  Po niedługiej chwili wiemy już, że na scenie są trzy instrumenty. Sustained piece as well! Roztańczone fale radiowe na końcu świata rzeczywistego! – podpowiada wyobraźnia recenzenta. Skrzypce i flet jakby śpiewały, gitara rozdziera szaty pod nimi, a aura oniryzmu zmysłowo pożera narrację. Druga pieśń stawia na suchą akustykę. Bukiet dźwięków najrozmaitszych – drżenie struny, tuba fletu, gryf gitary, przedmioty. Wolna kameralistyka na otwartej przestrzeni. Garść mikrofaz, pytania i odpowiedzi.

Na starcie trzeciej opowieści flet śpiewa o porzuconej miłości. Ckliwe pasaże o semickim posmaku, w towarzystwie depresyjnego smyczka. Delikatność i drapieżność w tym samym niemal momencie. Szczypta rytmicznej inspiracji ze strony łagodnej gitary. Taniec, który wyzbywa się smutku, ale nie do końca.  Czwarta część, podobnie jak druga, budowana trochę na zasadzie kontrastu – ucieczka od harmonii, pląsy, akcje i reakcje, twórczy chaos swobodnej improwizacji z elementami elektroakustyki. Post-gitarowy rezonans i płacz na strunach skrzypiec. Śpiew fletu i basowe pulsacje u samego dołu. Piąta historia - matowe skrzypce, akcenty percussion na gryfie gitary i flet, który szuka zaczepki. Dobra szkoła brytyjskiego free improv z wyważoną dawką preparacji! – podpowiada google research.

Szósta piosenka i wolt stylistycznych ciąg dalszy – electro pulsar, harmonia, melodia i metaforyczny śpiew na nieistniejących ustach fletu. Gitara frazuje wręcz post-jazzowo, skrzypce odrabiają zadanie domowe z free chamber, aura zagubionej, rockowej estetyki także staje się udziałem muzyków. Po małej kulminacji, narracja gaśnie magią potencjometru. Po szóstej czas na siódmą opowieść, którą na wejściu kreuje modulowany ambient gitary. Struny stroszą pióra, flet buduje mikro dron. Znów posmak kameralistyki, stylowy, ładny i intensywnie niepokojący.

Ósma część i drobna zabawa improwizacyjna, czyniona metodą call & responce! Akord gitary, pląsy fletu, cisza skrzypiec. Po chwili temperatura narracji rośnie, cała trójka rusza w imitacyjne tango, które wieńczy rockowa niemalże kipiel. Tuż po niej ślad ciszy i basowy przester gitary. Repetycja w kierunku dobrego zakończenia. Ostatnia część Waves zdaje się kontynuować pomysł części ósmej – taneczna repetycja gitary, małe śpiewy po góralsku. Rytm, bijące serce, zwarty półgalop. Free after rock with chamber taste! – językiem Szekspira recenzent puentuje tę wyjątkowo smakowitą płytę.


*) recenzja pierwotnie opublikowana na portalu polish-jazz.blogspot.com


poniedziałek, 23 grudnia 2019

Watts! The Antistandard! Awatair! SLD! heArt Ensemble! Radium! Warmbladder! Sundogs! Fairhall! Tatvamasi! Innercity Ensemble! The Christmas’ Summary smells like the unholy ghosts!


Redakcyjne półki z płytami znów gną się pod ciężarem fantastycznej muzyki (cokolwiek byśmy pod tym pojęciem nie rozumieli!). Czas na prawdziwie świąteczną zbiorówkę recenzji. Uwaga, nastrój nie zawsze będzie pogodny i relaksacyjny, albowiem złe duchy będą z nami w każdej chwili odczytu i odsłuchu dwunastu absolutnych świeżynek wydawniczych!

A dzisiejsza marszruta jest wyjątkowo pokrętna: zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie, ale będziemy raczej tańczyć i śpiewać w … afrykańskich rytmach, potem barceloński tygiel hardcore composed impro, post-coltranowskie trzęsienie ziemi wprost z Gdańska, wyrafinowany open jazz z Buenos Aires, swobodna improwizacja z Montrealu, garść eksperymentów, nie bez udziału elektroniki, z Francji i Danii, znów Coltrane, tym razem na małe instrumenty, a na koniec krajowy, zgrabnie szyty post-rock-jazz, nie bez elementów zwinnej improwizacji!

Merry Christmas, no matter what god you are worshiping right now!




Trevor Watts  Life & Music (Hi4Head Recs, CD 2019)

Trevor Watts ma w dorobku całe mnóstwo genialnych płyt free jazz/ free improv, ma też niemały zasób fantastycznych nagrań z melodyjną, taneczną muzyką, skąpaną w afrykańskich rytmach. Na potrzeby tej fascynacji ukłuł określenie Moiré Music i właśnie nagrania poczynione w tej estetyce dostarcza nam na albumie o wszystko mówiącym tytule Life & Music (płyta ukazała się w lutym, dokładnie na 80 urodziny artysty!). Pochodzą one z lat 2005-2011, a w ich tworzeniu udział wzięli: Trevor Watts na saksofonie altowym i sopranowym, flecie drewnianym, perkusjonaliach, fortepianie, syntezatorze i mbirze, a w niektórych utworach (opis płyty skąpi nam szczegółów) wspomagają go: Jamie Harris – perkusjonalia i głos, Geoff Sapsford – gitara i głos, Giampaolo Scattoza – perkusja, Roger Carey – gitara basowa, Anna Watts – głos, Rob Leake i Amy Leake – saksofony tenorowe. Płyta zawiera czternaście kompozycji, łączny czas ich trwania, to 69 minut i 58 sekund. Zapraszamy do tańca!

Zestaw piosenek otwiera utwór, w którym zdaje się, że Watts gra na wszystkich instrumentach – śpiewnym alcie, perkusjonaliach, które biją serdeczny rytm i syntezatorze, który brzmi niczym soft fussion z lat 70. ubiegłego stulecia. Brzmienie muzyki jest dalece subdoskonałe, płaskie i jakby pokryte kurzem całej historii muzyki z Czarnego Lądu (nagrania są współczesne, zakładamy zatem, iż to świadomy zabieg autora). W kolejnym nagraniu muzyk, poza saksofonem, sięga także po mbirę i kreuje posuwistego walczyka z niezwykle bogatą sekcją rytmu, zdobionego melodią, którą możemy nucić w nieskończoność. W piątym utworze, do głęboko zakorzenionej w afrykańskiej polirytmii ekspozycji, dochodzą jeszcze równie czarne wokale, a także błyskotliwa gitara. Na tym pięknym tle saksofon snuje wyjątkowo zmysłowe solo. Równie udana, z pozycji saksofonu, jest siódma piosenka, gdzie rytm zdaje się być także wzmocniony elementem syntetycznym. Niezwykle dynamiczny jest utwór jedenasty, gdzie swingujący saksofon pędzi na złamanie karku z bogatymi perkusjonaliami i mocną sekcją rockową. Równie dużo emocji dostarczają dwa ostatnie fragmenty płyty – śpiewająca, rozdygotana emocjami, zawsze pozytywnymi, gorąca Afryka!

Płytę uzupełniają solowe nagrania Wattsa na saksofon i syntezator, na ogół bardzo wyciszone i balladowe, niosące nieco egzaltowane przesłanie muzyka dla reszty świata. Także za to, kochamy Trevora Wattsa!




The Antistandard  All Of Them! (Discordian Records, DL 2019)

Pod tą jakże piękną nazwą kryje się kwintet muzyków z Barcelony, pędzący na zatracenie pod śmiałym, i jak zawsze artystycznie bezczelnym, przewodnictwem El Pricto. Szef Discordian Records skomponował cały materiał, dyrygował i jeszcze (wszak, to człowiek-orkiestra!) zagrał ogniste frazy na saksofonie altowym. Kwintet Antystandardu uzupełnią: Víctor Colomer na puzonie, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej, Javi Garrabella na basie elektrycznym i Enric Ponsa na perkusji. Nagranie koncertowe, poczynione w klubie Sinestesia w trakcie dwóch tegorocznych, wiosennych bytności. Dziewięć utworów, 52 minuty i 17 sekund.

Tym razem zapraszamy do krainy niemal hardcore punkowego piekła post-jazzu i improwizacji. Będzie głośno, także ostro, a dramaturgia całości będzie coś miała z dynamiki serii z karabinu maszynowego! Aura otwarcia spektaklu mówi nam wiele o ładunku emocji, jakich dostarcza The Antistardard – drapieżne, noise rockowe brzmienie, połamane frazy, masywne, ciężkie brzmienie. Gatunkowy tygiel skojarzeń, gdzie niemal każda sekwencja czerpie z innej bajki – saksofon i puzon kradną z free jazzu, gitara z basem grają wodewilowe … reggae, a perkusja swinguje! Wszystko precyzyjnie zaplanowane, pod batutą genialnego szaleńca. Dramaturgia piętrzy warstwy narracji, a zornowskie Naked City zagląda za kurtyny i bije brawo na alarm! Nawet jeśli na moment tempo i intensywność opowieści zostaje przez muzyków delikatnie wytłumione, to tylko po to, by złapać oddech i uderzyć ze zdwojoną siłą.

Co jeszcze dobrego? Czwarta opowieść wydaje się gęsta niczym ciekły ołów, a pięciolinia kompozycji Pricto zapewne ugina się od znaków. Połamany post-funk, zagubiony w spalonej filharmonii, który cierpi na depresję maniakalno-prześladowczą. Szóstą część, rozdygotany recenzent jest w stanie podsumować jedynie bystrym słowotokiem – hardcore noise speed post-metal! Gitara Caicedo wpada w wir nieustających szaleństw, a po czwartej minucie decyduje się na doom metalowy przystanek, w trakcie którego brzmi niczym piorunujące, improwizowane Low Vertigo! W szóstej części jest chwila mikro wytchnienia – dęciaki swingują w estetyce free, a bas funkuje niczym Jaco Pastorius. W kolejnej opowieści duże zbliżenie na linii alt-gitara – prawdziwie miłosny galop, subtelny jak łamanie kołem! W ósmym utworze pomiędzy puzonem, a altem pojawia się szczypta melodii, a sekcja zdaje się trzymać nerwy na wodzy. Wreszcie finał, definitywnie spokojna podróż po wertepach dźwiękowych preparacji – oniryczna gitara, charkot puzonu, cisza drżącego basu, rezonans talerzy i uśmiech altu. Bukiet pięknych, niemal pojedynczych fraz na zakończenie krwistego szaleństwa! What a beauty madness!




Awatair (Gos/ Tokar/ Gadecki) Awatair Plays Coltrane (Fundacja Słuchaj!, CD 2019)

John Coltrane żyje i ma się wyśmienicie! Tegoroczny kwiecień, gdański klub Żak, wiosenna edycja Jazz Jantar, a na scenie trio o nazwie własnej Awatair. W jego składzie: Michał Gos na perkusji, Mark Tokar na kontrabasie i Tomasz Gadecki na saksofonie tenorowym i barytonowym. Trzy kwadranse kolektywnej improwizacji, która w trzech z czterech przypadków wskazane ma pewne drogowskazy w postaci, przywołanych z nazwy, kompozycji Johna Coltrane’a.

Otwarcie koncertu przypada w udziale, zagotowanemu od pierwszego dźwięku, saksofonowi tenorowemu i żylastemu smyczkowi na gryfie spokojnego jeszcze kontrabasu. Wejście w jarzmo spektaklu jest wyjątkowe bystre, tym bardziej, iż od 50 sekundy jest też z nami dynamiczny circle drumming. Tembr tenoru, który zdaje się być delikatnie zabrudzony, dba o poziom emocji, rysuje pętle i goni sekcję rytmu do wzmożonych aktywności. Kontrabas słucha, nie stroni do grania ciszą, ale zawsze jest gotowy na muskularny walking. Narracja osiąga mistrzowski poziom już pod koniec trzeciej minuty, a w tle pobrzmiewa melodyka free jazzowej Trójcy Świętej. Po kolejnych trzech minutach trio sięga już nieba, ale to wcale nie jest powód, by hamować. Płynne przejście w drugą część odbywa się na barkach kontrabasu. Każdy z muzyków dodaje także garść preparacji. Tytułowa Naima toczy się demokratycznie, bardzo kolektywnie i niebywale … dynamicznie, czego najlepszym przykładem zwinne duo saksofonu i perkusji, po którym Gadecki dopiero po raz pierwszy przywołuje melodię mistrza. Sekcja rytmu nie czyni tu jednak niczego na kolanach, zatem narracja pędzi na zatracenie, a niskie częstotliwości ryją bruzdy w podłodze.

Solo perkusji wyznacza trzeci fragment, tym razem określony jako improwizacja ku chwale Johna. Jest ogień, jest i szczypta nostalgii, a po pewnym czasie także bukiet saksofonowych prychów i westchnień kontrabasu. Potok wyłącznie udanych dźwięków, głównie ku chwale … swobodnej improwizacji, a na koniec szybki overview pamiątek po cudownych latach 60. ubiegłego stulecia. Znów solowa ekspozycja perkusji wyznacza nam zmianę numeru traku na dysku (koncert wszakże nie przestaje być jednolitym strumieniem dźwiękowym). Trochę narracyjnej repetycji, szum szczoteczek, szmer dysz i wspólne poszukiwanie meta melodyki na dalszą część podróży. W pewnym momencie instrument Gadeckiego brzmi jak upalony flet, choć to być może delikatnie stłamszony … baryton. Ostry smyczek i kompulsywna perkusja gnają przed siebie niezależnie od owej poznawczej retoryki. W połowie dziewiątej minuty trio gasi na moment płomień narracji, bierze łyk święconej wody i rusza na finałową przebieżkę. Saksofon śpiewa tu już cały wypełniony życiem Johna, ale nie stroni od dramaturgicznych zadziorów, którą zdają się dodatkowo stymulować kreację partnerów. Ostatnie kilkadziesiąt sekund, to czas stylowego tłumienia opowieści i ostatni, jakże śpiewny flow, skierowany w stronę patrona tego wyśmienitego koncertu.




SLD Trio (Shocron/Lamonega/Diaz) EL Contorno Del Espacio (Fundacja Słuchaj!, CD 2019)

Pozostajemy z dużą ilością jazzu pomiędzy zębami. Trio zwie się SLD, co stanowi bez wątpienia akronim pierwszych liter nazwisk muzyków, nie ma zatem jakichkolwiek konotacji… politycznych. Wytrwana, otwarta, dobrze skonstruowana opowieść jazzowa wprost z Buenos Aires, za powstanie której odpowiadają: Paula Shocron na fortepianie, także melorecytacja w utworze ósmym, German Lamonega na kontrabasie oraz Pablo Diaz na perkusji. Nagranie studyjne z września ubiegłego roku (Estudio Libres), składa się z dziesięciu kompozycji (dziewięciu autorstwa muzyków tria, jedna to standard Ellingtona), łączny czas - 47 minut i 14 sekund.

Trójka Argentyńczyków zaprasza nas na intrygującą podróż po zakamarkach kameralnego jazzu, którego sercem pozostaje improwizacja, na ogół czyniona bardzo kolektywnie. Pianistka dobrze porusza się w estetyce klasycznej, także współczesnej, czuje się też jak ryba w wodzie, gdy trzeba puścić wodze fantazji i uciec w bystrą stylistykę free. Dużo świetnej roboty czyni tu kontrabasista, który na ogół rysuje szlak narracji zwinnym pizzicato, a jeśli sięga po smyczek, robi to w dramaturgicznie uzasadnionych przypadkach. Perkusista świetnia uzupełnia partnerów, stylowo akompaniuje, raczej stroni od indywidualnych ekspozycji.

Utwór otwarcia stawia raczej na minimalizm, dobra gra wstępna bez fajerwerków. W trakcie drugiej części pojawiają się pierwsze kanty, zadziory, a narracja z sukcesem szuka wewnętrznej dynamiki. W kolejnym pojawiają się pierwsze preparacje, głównie pianistki, ale także drummera. Szczególnie udane wydają się fragmenty piąty i szósty. Dynamika piana raz pnie się ku górze, innym razem stylowo opada, kontrabas sięga zaś po smyczek i buduje masywny nastrój. Gdy trzeba, trio zmysłowo wchodzi w obszar ciszy, gdzie króluje niczym nieskrępowany barok smyczka, rezonans talerzy i tłumiona ekspresja czarnych klawiszy fortepianu. Co ciekawe, najbardziej dynamicznym utworem na płycie jest kompozycja Ellingtona, która swinguje i stawia na masywny drumming. Po stronie bezapelacyjnych plusów SLD należy też zapisać epizod przedostatni (znów smyczek, znów czarne klawisze!), gdzie narracja rodzi się w ciszy, stąpa na palcach, szuka zaczepki, by po paru chwilach wyczekiwania, uciec w niemal free jazzową kipiel. Ostatni utwór, niezwykle taneczny, zawadiacki, pachnie zmysłowym latino, co niechybnie przypomina nam o miejscu powstania tego naprawdę udanego nagrania open jazzu.




heArt  Ensemble  From The Basement & Oréade (Small Scale Music, CD 2019)

Z Argentyny żabi skok do francuskiej części Kanady! Weteran tamtejszej sceny free improv/ free jazz, perkusista Guy Thouin i formacja heArt Ensemble, która powołał do życia jeszcze w latach 80. ubiegłego stulecia. Obecnie na ogół przybiera ona postać duetu (tu wyjątkowo bystry, dużo młodszy saksofonista Félix-Antoine Hamel), czasami zapraszani bywają goście (na drugiej płycie słyszymy harfistkę Marilou Lyonnais Archambault, która korzysta także z elektroniki). Nasze oczy i uszy pochylamy dziś nad dwoma płytami hE, które wydał lokalny label Small Scale Music. Pierwsza swobodna improwizacja w duecie składa się z ośmiu części, trwa zaś 55 minut i 3 sekundy, druga w trio, to jedenaście części, 67 minut i 9 sekund. Zapraszamy w dość długą (czasami może nazbyt długą) ekspozycję stylowego, wyrazistego free impro, dobrze zakorzenionego w jazzie, którego wiele elementów wydaje nam się bardzo znajomych, ale którego słucha się naprawdę z dużą przyjemnością.
From The Basement. Progresywny, otwarty drumming i bystrze skrzeczący saksofon, które raz za razem budują zwinne, masywne, chwilami bardzo free jazzowe ekspozycje. O ile perkusista dba o dramaturgię całości i rzadko decyduje się na solowe wybryki (ale jak już to czyni, to iskry lecą, patrz: piąta część), o tyle saksofonista co rusz czymś pozytywnym zaskakuje. Nie stroni od preparacji, skromnych wycieczek w kierunku sonorystyki, świetnie zna historię gatunku, lubi zabrzmieć melodią na wprost zaczerpniętą ze skarbów pozostałych po Albercie Aylerze (pierwszy utwór), czy marszową dynamiką, tak charakterystyczną dla tego muzyka (utwór trzeci). Szczególnie udany fragment muzyki z piwnicy, to czwarta improwizacja: zaczyna ją wysoki, bardzo tanecznie usposobiony saksofon, wspiera go wyjątkowo rozbudowane drums & percussion. Narracja dostarcza nam dużo potu i zdrowych, swobodnych emocji, a podsumowuje ją garść preparowanych dźwięków ze strony obu artystów. Także siódma improwizacja zasługuje na wiele ciepłych słów – początkowo opowieść jest ognista, ale jeszcze zyskuje na wartości, gdy saksofonista zostaje sam, tłumi swój flow i stylowymi preparacjami poszukuje finałowej ciszy. W ostatniej części perkusista sięga po tablę, używa także głosu, czyniąc finał płyty niezwykle lekkim i zmysłowym.




Oréade. Honory otwarcia tej płyty hE przypadają harfie, która czystym tembrem podaje melodię. Perkusja dba o rytm, a saksofon zwinnie imituje nutki zaproponowane przez harfę. Podobnie skonstruowany jest kolejny odcinek tej historii, lekki, pachnący dalekim wschodem. Ciekawsze rzeczy zaczynają się od improwizacji trzeciej. Harfa dostaje trochę elektroniki pod struny, sieje ambientowy background, talerze rezonują, a saksofon plecie czarną, jak smoła balladę. Piąta improwizacja także przykuwa nasze ucho – zdaje się być bardziej zadziorna, free jazzowa, z elektroniką, która nie stoi z boku, ale energicznie pląta akustycznie plany saksofonu i perkusji. Akcenty preparacji i dekonstrukcji dźwięków także są tu udziałem muzyków. Szósty numer śmiało możemy zapisać do kategorii drone & ambient. W kolejnym utworze powraca akustyczna harfa, muzyka zyskuje na dynamice i goni nas soczystym free jazzem. A gdy w trakcie kolejnych minut recenzent delikatnie zaczyna utyskiwać nad dłużyznami improwizacji (m.in. powraca motyw tabli i głosu, znany z poprzedniej płyty), improwizacja dziesiąta pozytywnie zaskakuje – taneczny saksofon sopranowy, bystra perkusja i czysta harfa toczą ciekawą, minimalistyczną wymianę uprzejmości. Na sam finał płyty powraca wątek melodii z części pierwszej, którą dobrze reasumuje śpiewny saksofon.




Philip Zoubek/ Ivann Cruz/ Marcin Witkowski Radium (Circum Disk, CD 2019)

Pozostajemy w świecie francuskojęzycznym. Przenosimy się do Lille, jesteśmy na koncercie pewnego tria, jest rok 2017. Philip Zoubek gra na fortepianie preparowanym i syntezatorze analogowym, Ivann Cruz na gitarze elektrycznej i elektronice oraz Marcin Witkowski na perkusji preparowanej i elektronice. Dziewięć improwizacji (na ogół bardzo swobodnych), 54 minuty i 56 sekund.

Radium, bo tak zwie się foniczna dokumentacja owego koncertu, to prawdziwie elektroakustyczna przygoda, kreowana wyobraźnią trzech bystrych improwizatorów, w trakcie której nie brakuje zwinnych preparacji, masywnych pasm elektroniki i mnóstwa niebanalnych rozwiązań dramaturgicznych. Jedynym dylematem odbiorcy zdaje się tu być odwieczna wojna żywych i syntetycznych dźwięków. Gdy dominują te pierwsze, jakość nagrania osiąga stany wysokie lub jeszcze wyższe, gdy dominują te drugie i biorą na swoje barki całe jarzmo świata, wszystkie jego problemy i chcą je rozwiązać masywnymi pasażami niemal harsh-noise, to recenzent zgłasza votum separatum.

Skupmy się wszakże na niewątpliwych atutach Radium. Już samo otwarcie płyty obiecuje naprawdę wiele – metaliczny rezonans strun gitary, młoteczki czarnych klawiszy piana, skupiony, aktywny drumming na wytłumionym werblu i tomach. Matowa narracja z elektronicznym backgroundem, który bystrze wzmaga jakość akustycznych ekspozycji, bogactwo przeróżnych dźwięków - mamy wrażenie, że na scenie jest mała orkiestra, nie zaś trójka muzyków. W drugim utworze napotykamy na ciekawą koegzystencję syntetycznego ambientu, świetlistej gitary i akustycznych preparacji. Kolejny fragment jest niezwykle perkusjonalny, a to zasługa wszystkich uczestników spektaklu, także znów świetnie preparującego pianisty. W czwartej części narracja nabiera niemal industrialnej mocy, posmaku dark ambient i po raz pierwszy szuka hałaśliwych akcentów. Piąta improwizacja tonuje jednak emocje, schodzi na samo dno i stawia na elektroakustyczne preparacje. Nie brakuje akcji typu call & responce, a całość pięknie wygasza akustyka gitary i piana. Równie zmysłowy zdaje się być odcinek numer siedem – garść całkowicie zasłużonego chill-outu, dubowa gramatura gitary, perkusjonalne błyskotki. A wszystko to po odcinku numer sześć, niemal 13-minutowym ataku harsh elektroniki… Podczas, gdy ósma improwizacja znów brnie w syntetyczny hałas, finałowa, dziewiąta koi wszystkie zszargane nerwy – piano szuka ciszy na dnie pudła rezonansowego, szczoteczki perkusyjne szeleszczą, szklista gitara nuci meta melodyjne frazy. Oniryczny, tłumiony finał płyty, która zredukowana do 35-40 minut (czym winny zająć się nożyce edytora już wiemy), byłaby definitywnie kandydatem na roczne podsumowania nie tylko redakcji Trybuny.




Warmbladder  Symphony Wackoedipus "Metamorphic" (Gotta Let It Out, CD 2019)

Wojenne dylematy, jakie towarzyszyły nam w trakcie poprzedniej recenzji, tym razem nie będą miały racji bytu, albowiem wszystkie dźwięki zawarte na krążku, który za moment obgadamy, są w pełni … syntetyczne! Tomo Jacobson, świetnie nam znany kontrabasista, i tu odpowiadał będzie za niskie częstotliwości, ale skorzysta z urządzenia o nazwie midi-ribbon, Jonathan Leland użyje małego zestawu perkusji elektronicznej i perkusjonalii, zaś Ignacio Nacho Córdoba – elektroniki. Jednotrakowa improwizacja, powstała w okolicznościach studyjnych ponad dwa lata temu, potrwa 40 i pół minuty.

Warmbladder, to trio, które już samą nazwą gotuje nam krew w żyłach. A co dopiero, gdy posłuchamy muzyki – zwariowane, połamane rytmicznie techno, które równie dobrze mogłoby być określone jako re-techno, jak i post-techno. Improwizacja grana na 100%, królestwo dekonstruowanej na żywo elektroniki, która ma wewnętrzny rytm i rozchwianą emocjonalnie dynamikę. Drżąca linia basu, elektroniczny drum kit i elektronika, która odpowiada za całą resztę, często bardzo tajemniczych dźwięków. Taniec wampirów po dobrze zakrapianej uczcie - pulsujące życie, wulgarne przestery i dwa kroki od czerstwego harshu – całe spektrum dobrego hałasu! Improwizacja cuchnąca przypalonymi kablami, pozostająca w stanie permanentnej zmiany.

To dopiero początek – zapewniam, iż dalej jest równie ciekawie! Po 11 minucie trio na moment traci na dynamice, a narracja staje się demoniczna i repetytywna – real black techno! Po 17 minucie krok w stronę surrealistycznego oniryzmu, budowanego wyższymi dźwiękami, a w 23 minucie prawdziwie syntetyczna kipiel! Po kolejnych kilku minutach basowe pasmo staje w miejscu, a elektroniczny drumming krąży nad nim, niczym sęp nad ofiarą. Po chwili dopada nas pasaż zmutowanych organów kościelnych, które zdają się szukać finałowego hałasu. Ostatnie pięć minut, to masywna, gęsta, marszowa narracja po kres ostateczny tej szalonej improwizacji. Całość wybrzmiewa perkusjonaliami, w których zdaje się tlić odrobina … żywych dźwięków.




Sundogs (Rybicki/ Hall/ Kozera)  In The Land Of Green Dust (Multikulti Project, CD 2019)

Po dość intensywnym obcowaniu z brzmieniami syntetycznymi, najwyższa pora wybrać się na … spacer do lasu! Pomocni w realizacji tego przedsięwzięcia będą: Mateusz Rybicki – klarnet, głos instrumenty dmuchane i kalimba, Samuel Hall – perkusja, instrumenty perkusyjne, preparacje, instrumenty dmuchane oraz Zbigniew Kozera – kontrabas, preparacje, instrumenty dmuchane i kalimba. Muzycy funkcjonują pod nazwą własną Sundogs, a nagranie powstało w Lesie Osobowickim, we Wrocławiu. Dwie, jak to lesie, wyjątkowo swobodne improwizacje, łącznie 32 minuty i kilka sekund (o poprzedniej płycie tria napisaliśmy dwa lata temu, że jest nieco zbyt długa, jak widać nauka nie poszła w … las!).

Być może W krainie zielonego piasku, to bardziej nagranie field recordings, czy coś na kształt słuchowiska radiowego. Być może muzycy i ich instrumenty znaleźli się w Lesie Osobowickim zupełnie przypadkowo, a za całość rejestracji dźwiękowej odpowiada tu jedynie matka natura. Być może warto przywołać w pamięci nagranie Mikołaja Trzaski i Braci Oleś, którzy na początku ubiegłej dekady postanowili muzykować na ulicy, dla całkiem przypadkowych przechodniów. Jakkolwiek by tego nie nazwać – przed nami … być może rodzaj improwizowanego performansu.

Szum lasu, garść mikroskopijnych fonii, bezwzględnie do odsłuchu słuchawkowego. Tajemna podróż w poszukiwaniu zagubionych dźwięków. Lekki klarnet, mikro grzmoty kontrabasu, small drum kit ledwie dotykany małym palcem. Sztuka zaniechania, minimalizmu, czyniona w przestrachu przed naruszaniem równowagi fonicznej zastanego ekosystemu. Pierwszy ze snu zimowego zdaje się budzić niedźwiedzi bas, sójka-klarnet delikatnie podśpiewuje, małe dzwonki pobrzmiewają, a ptaki, te prawdziwe, snują mikro melodie. Wokół także sporo dodatkowych, niezidentyfikowanych fonii wprost z żywego lasu. Kontrabas ma tu chyba najwięcej do powiedzenia, wydaje się wyznaczać kierunek improwizacji. Druga partycja nagrania wnosi do tej zabawy odrobinę więcej życia – klarnet nawołuje do gromadzenia się wokół ogniska, perkusjonalia przelewają życiodajną wodę, a kontrabas stoi w miejscu i pohukuje. Spektakl etno free improv on minimal trwa w najlepsze. Don Cherry i jego Multikulti? Air Henry’ego Threadgilla? Muzycy zmieniają instrumenty jak rękawiczki, od dawna nie wiemy już, kto odpowiada za dany dźwięk, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Odrobina dynamiki rodzi się z grzmotów kontrabasu i śpiewu dwóch dęciaków, które niespodziewanie nabrały ochoty na swobodny taniec. Repetycje, skoki w górę i bystre opadanie.  Na moment flow narracji przejmują ptaki, muzycy milkną i czekają na rozwój wypadków dźwiękowych. Potem wracają, by wydobyć ostatnie oddechy ze swoich instrumentów.




Adam Fairhall  Little Instruments (Efpi Records, DL 2019)

Ciąg dalszy muzyki nieco tajemniczej, dramaturgicznie nieoczywistej. Znany nam bardziej jako pianista, Adam Fairhall​, zagra na następujących Małych Instrumentach - dulcitone, toy piano, single reed free-bass accordion oraz harmonium. W repertuarze kompozycje własne, aranżowana muzyka tradycyjna i kompozycja Johna Coltrane’a Cosmos. Cztery utwory, niespełna 22 minuty muzyki.

Pierwsza opowieść pobrzmiewa perkusjonaliami, rodzaj marszowej polifonii, filigranowej, delikatnej, z afrykańskim sznytem. Drugą narrację wiedzie coś, co brzmi jak akordeon na pogłosie, na tyle silnym, iż mamy wrażenie, że słyszymy dwa instrumenty. Stylowa, zadumana, jakby zawieszona w przestrzeni opowieść, delikatnie powykręcana rytmicznie. Trzecia, to wibrafon, który brzmi niezwykle tajemniczo. Nie wiemy, czy muzyk używa pałeczek, czy może gra palcami. Intrygujące, znów mocno perkusyjne brzmienie. Wreszcie ów Coltrane’owski Cosmos – drony wprost z harmonium, narracja grana długimi frazami, dość monumentalna, ale bardzo wyrazista. Little Instruments – naprawdę mała historia, ale warta kontynuowania.




Tatvamasi   Haldur Bildur (Audio Cave, CD/LP 2019)

Na finał dzisiejszej szalonej zbiorówki, powracamy do muzyki dynamicznej, która czerpie z rocka pełnymi garściami, lubi na ogół pozytywne emocje i nie pozwala przysnąć w trakcie przedświątecznej, ogłupiającej zawieruchy. Dwa krajowe bandy, dobrze rozpoznawalne i lubiane, tu i ówdzie! Najpierw lubelskie Tatvamasi i ich piąta płyta – rejestracja bez oklasków z lutego br. Muzycy: Grzegorz Lesiak na gitarze elektrycznej (autor kompozycji), Tomasz Piątek na saksofonie tenorowym, Łukasz Downar na gitarze basowej, Krzysztof Redas na perkusji oraz goście - Jan Michalec na trąbce, Małgorzata Pietroń na wiolonczeli i Anna Witkowska-Piątek na skrzypcach. Cztery długie kompozycje, rozimprowizowane, jazz-rockowe dramy, łącznie 43 minuty i 11 sekund.

Na wejściu do świata Haldur Bildur dostajemy rytmiczny, rockowy temat, pulsujący funkiem, zgrabnie ogrywany przez saksofon i trąbkę. Wiele zdaje się tu pachnieć dobrym Downtown Music z lat 90. ubiegłego stulecia, trochę elektryczną Masadą Johna Zorna. Adekwatna dynamika, bystra instrumentacja, zwarty pomysł dramaturgiczny na przebieg całości, smakowite improwizacje. Muzycy czynią pierwszy krok ku tym ostatnim już po upływie drugiej minuty, a do tematu zasadniczego nie wrócą wcześniej niż przed upływem dziesiątej. W międzyczasie dzieje się dużo ciekawego – solowe ekspozycje, improwizacje w duecie (choćby gitary i saksofonu), piękne pasaże strunowców, a wszystko trzymane w ryzach przez masywną sekcję rytmiczną. Drugą opowieść zaczynają skrzypce i wiolonczela. Do podanej przez nie melodii zdają się podłączać kolejne instrumenty. Akcja nabiera dynamiki po wejściu w kolejną, długą fazę improwizacji. Pod koniec odcinka, dla kontrastu, zwinnego walczyka tańczą strunowce. Z kolei utwór trzeci otwiera psychodeliczna gitara, której wtóruje mocny, jak dąb bas. Temat kompozycji pachnie zaś polskim fussion jazzem z lat 70. ubiegłego stulecia. Skrzypce płyną szerokim strumieniem, a trąbka i saksofon podają zgrabne harmonie. W fazie impro świetny moment gitary i trąbki, a finał zatopiony zostaje w chłodnym ambiencie.

Wreszcie gorący, i gęsty z emocji, finał płyty. Cały septet rusza z kopyta bez gry wstępnej. Motyw taneczny, niemalże góralski, znów jakby z Zorna i jego Masady. Jeszcze przed upływem drugiej minuty, skromny stopping i fala psychodelii, nie tylko ze strony bystrej gitary. W dalszej części utworu warto zawiesić ucho nad dialogiem tej ostatniej i wyjątkowo drapieżnego saksofonu. Powrót tematu następuje dopiero po dziewiątej minucie, z basem ściągniętym do samej ziemi. Finał płyty skrzy się emocjami, ogrywaniem tematu na podkładzie połamanego rytmu. Brawo!




Innercity Ensemble  IV  (Instant Classic, CD/LP 2019)

Księga Czwarta historii zwanej Innercity Ensemble! Zacznijmy od aktorów i ich rozbudowanego zestawu rekwizytów: Rafał Kołacki – instrumenty perkusyjne, sampler, Tomasz Popowski - perkusja, także programowana, instrumenty perkusyjne, syntezator, Radosław Dziubek – elektronika,  instrumenty perkusyjne, Rafał Iwański - instrumenty perkusyjne, Artur Maćkowiak – gitara, syntezator, efekty, Jakub Ziołek – gitara, syntezator, programowanie perkusji, piano, wokal, efekty, Wojciech Jachna – trąbka, organy elektryczne, efekty oraz goście w pojedynczych utworach: Freeze – elektronika, Jaśmina Polak - wokal. Nagranie z Pałacu Ostromecko, lato ubiegłego roku. Osiem utworów, 44 minuty i 15 sekund.

Post-rockowa załoga z Kujaw, lubiąca improwizację i precyzyjnie snute, długie i mantryczne opowieści, powraca do nas regularnie i serwuje przyjazną dla ucha, dynamiczną, niezwykle rytmiczną muzykę, dla której wskazanie konotacji gatunkowych jest zajęciem całkowicie bezcelowym. Wraz z kolejnymi płytami, muzyka Innercity Ensemble nabiera syntetyczności w brzmieniu i jakby gubi zmysł do niczym nieskrępowanej improwizacji, co raz skuteczniej upodobniając się do multigatunkowej Alamedy 5 (być może sprawia to silna osobowość muzyczna Jakuba Ziołka), ale w gronie redakcyjnym wciąż ma stałych wielbicieli, którzy raz za razem lubią sięgać po jej płyty. Choć z dzisiejszej perspektywy, warto dodać, iż najczęściej po epizody I i II.

Dość wszakże recenzenckiego ględzenia, sprawdźmy, co ma nam do zaproponowania epizod IV. Po łagodnym, syntezatorowym otwarciu, IE wrzuca elektroniczny beat i wraz z delikatnym ambientem w tle, rusza w pogoń za wciąż uciekającym rytmem i post-rockową polifonicznością. Gitara, która podaje rockowy motyw, rozbudowane perkusjonalia, wielowarstwowe syntezatory i elektronika. Tygiel emocji, których doświadcza się z dużą przyjemnością, jakkolwiek po pewnym czasie, także z pewną dozą znużenia. Utwory trzeci i szósty dodają do tej zabawy wokalizy, a nawet teksty, co przesuwa idiom stylistyczny IE zdecydowanie w kierunku wspomnianej już Alamedy 5. Wciąż silną stroną formacji pozostaje ambientowa, improwizująca trąbka Wojtka Jachny, element rozpoznawalny nawet po tygodniu ciężkiego picia w gronie największych wrogów.

Epizod IV, to co ma najlepsze, pokazuje w ostatnich dwóch utworach. Dyktat rytmu idzie w odstawkę, muzyka nabiera rumieńców, płoną gitary, silnie dudnią basy, słuchać moc kwiecistych perkusjonalii. Wielobarwny space rock, jeśli już koniecznie potrzebujemy drogowskazów. W ostatnim, ósmym utworze znów nie brakuje akustyki, pięknie płynie zmutowana (elektroniką?) trąbka. Nienachalny electrobeat wręcz podkreśla urodę finału płyty.