Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alex Bonney. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alex Bonney. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 czerwca 2023

Bead Records Lives Again! Three pearls with Emil Karlsen!


Nazwa Bead Records znana być winna wszystkim wielbicielom brytyjskiej muzyki swobodnie improwizowanej, którzy mają już trochę lat, innymi słowy, nie wyleźli sroce spod ogona w bieżącym millenium. Label powołany do życia w roku 1974 ma w dorobku mnóstwo wspaniałych płyt, ale po czasach ciężkiej prosperity przeżył już kilka śmieci klinicznych i okresów wzmożonej nieaktywności.

Bead Records ma się nieco lepiej w czasach cyfrowych, dorobił się strony bandcampowej, a ostatnie miesiące przyniosły cztery nowe produkcje (wszystkie także na nośnikach fizycznych, jakże poręcznych kompaktach). Nowe realizacje koncertują się wokół muzycznych aktywności … młodego, norweskiego drummera Emila Karlsena. Towarzyszy mu rzecz jasna wartościowy artystycznie zaciąg brytyjskich mistrzów i całe mnóstwo swobodnie improwizowanych cudów dźwiękowych.

Dziś zaglądamy na trzy ze wspomnianych nowości – Karlsen w trio z weteranami sceny, w trio z progresywną młodzieżą i w duecie z legendą perkusji. Trzy smakowite dania z dużym udziałem jakże kreatywnej perkusji. Welcome!



 

Spaces Unfolding (Metcalfe/Wachsmann/Karlsen) The Way We Speak (CD 2022). Nagrane w czerwcu 2021 roku, St.Mary's Old Church, Stoke Newington, Londyn: Neil Metcalfe – flet, Philipp Wachsmann – skrzypce oraz Emil Karlsen – perkusja. Pięć improwizacji, 51 minut.

Flet i skrzypce w rękach prawdziwych mistrzów europejskiej freely improvised music, tu podane nad wyraz czystym tembrem, bez wsparcia elektroniki (choć ten skrzypek to lubi!) i innych cudów współczesności. Karlsen dokłada uważny drumming, czyniąc powabną narrację jeszcze bardziej interesującą i przykuwającą uwagę. Warto podkreślić, iż w momentach dramaturgicznych spiętrzeń i dynamicznych interakcji dźwiękowych, improwizacja tria o nazwie własnej Spaces Unfolding urokliwie przypomina nagrania strunowego okresu Spontaneous Music Ensemble (dla mniej zorientowanych, Metcalfe grywał z formacją Johna Stevensa na początku lat 90. ubiegłego, jakże wspaniałego z wielu względów stulecia).

Początek płyty jest bardzo kameralny. Odrobina śpiewnych fraz i garść strunowych zgrzytów płyną swobodnie niesione strumieniem bystrej, szytej na miarę perkusji. Brzmienie tria nasycone jest echem obiektu sakralnego, w którym odbywa się spektakl. W drugiej części nastrój staje się jeszcze bardziej kameralny, wręcz post-barokowy. Perkusja pracuje tu bardzo minimalistycznie. Z czasem opowieść nabiera wiatru w żagle, ciekawie się piętrzy i rozbłyskuje plamami ekspresji. Trzecia improwizacja stąpa na palcach. Szumią perkusyjne szczoteczki, smyczek skacze po strunach, a śpiew fletu wydaje się być nad wyraz filigranowy. Narracja syci się suspensem, dzieli na krótkie duety, tudzież ekspozycje solowe. Muzycy chętnie pracują metodą call & responce. Wraz z rozwojem sytuacji scenicznej opowieść znów zyskuje na dynamice, przeto także jakości. Czwarta narracja, choć budowana krótkimi frazami, wydaje się być skoczna, niemal taneczna, pełna zmysłowej melodyki. Finałowa improwizacja stawia na dramaturgiczne subtelności – drobne dźwięki, rezonujące talerze, rytualne stemple formowane w intrygującą plecionkę. Całość wpada w rozkołysany rytm nie bez udziału shorts-cuts skrzypiec, półśpiewu fletu i drobnych akcji perkusyjnych. Ostatnia prosta przesycona jest pięknym, kameralnym smutkiem.



Light.box + Emil Karlsen The Undanced Dance (CD 2023). Nagrane w październiku 2021 roku, Huddersfield University: Alex Bonney – trąbka, elektronika, Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika oraz Emil Karlsen – perkusja. Osiem improwizacji w trzech częściach, 40 minut.

Kolejne trio, to już brytyjska młodzież i nasz norweski śródbohater opowiadania. Duet trąbki i gitary basowej bardzo udanie wykorzystuje tu elektronikę, tworząc z niej wielobarwne tło, zgrabnie uzupełniając akustyczne i elektryczne frazy, innymi słowy, generując emocje godne fussion-jazzu, chwilami także progresywnej elektroniki. W tym towarzystwie Emil czuje się jak ryba w wodzie. Świetnie napędza machinę improwizacji dynamiką swojego drummingu, gdy trzeba, umiejętnie tonuje emocje i dopowiada brakujące kwestie. Z trzech nowości dziś prezentowanych, ta bez dwóch zdań zasługuje na najwyższą ocenę.

Album skladka się z trzech improwizacji, z których dwie pierwsze podzielone są na trzy, a trzecia na dwie pod-opowieści. Pierwszą z nich inauguruje syntetyczna pulsacja basu i akustyczny rynsztunek perkusji. Trąbka wchodzi do gry już na etapie dynamicznego strumienia dobrych akcji w stylu fussion. Na spowolnieniu dostajemy się w smugę dźwięków przypominających live processing perkusji, a także gęsty strumień ambientu. Gitara basowa zdobi ścieg flażeoletami, a trąbka wpada w gigantyczny pogłos. Na fali talerzowej ekspozycji dość szybko wchodźmy w trzecią część utworu otwarcia, która stawia na akustykę, a zdobi ją nerwowa gitara. Druga improwizacja ma podobną dramaturgię. Zaczynamy na ostro, niemal ścianą dźwięku, by w połowie opowieści efektownie wystudzić emocje do poziomu gęstego ambientu i definitywnie urokliwych, dubowych klimatów. Po czasie perkusja sforuje się na czoło pochodu i pokrętną dynamiką kreuje dalszą część nagrania, wzbogaconą trębackim okrzykami i półmelodiami. Końcowy fragment drugiej improwizacji nie szczędzi nam mrocznego ambientu, efektownych, elektronicznych stygmatów i gitarowych drobiazgów. Trzecia opowieść składa się z dwóch części. Najpierw leniwie tempo, sporo akustycznych fraz, latających talerzy i trąbka, tu już tradycyjnie na dużym pogłosie. Tym, który narzuca improwizacji odpowiednią dynamikę jest oczywiście Emil. Po drobnym postoju w chmurze gęstego ambientu opowieść rusza z kopyta, niesiona wysokim wzgórzem i niemal symetrycznym beatem, na poły elektronicznym, na poły akustycznym. Muzyka umiera tam, gdzie się rodziła, w strudze elektroakustycznej pulsacji basu.



 

Mark Sanders & Emil Karlsen Muted Language (CD 2023). Nagrane w wiosną 2021 roku, miejsce nieznane: Mark Sanders – zestaw perkusyjny oraz Emil Karlsen – zestaw perkusyjny. Sześć improwizacji, 37 minut.

Jak muzycy/ wydawcy zapowiadają w albumowym credits, spotkanie dwóch perkusistów różnych pokoleń, to rodzaj polirytmicznych dialogów. Bystrzy drummerzy rzeczywiście ani przez moment nie zapominają, iż grają na zestawie perkusyjnym, ale wszystko czynią w trakcie niedługich trzydziestu siedmiu minut na wyjątkowo wysokim poziomie kreatywności - nie stronią od ciekawych rozwiązań rytmicznych, dźwięków preparowanych i improwizacji prowadzanej metodą call & responce. Dodajmy, iż Karlsen odpowiada tu za lewą flankę narracji, a Sanders za prawą.

Pierwsza improwizacja stawia na typowy drumming. Prowadzony na niezłej dynamice, raz za razem bogacony niebanalnymi zdobieniami, jeszcze smakowitszy w momentach dramaturgicznego spowolnienia. W kolejnych opowieściach artyści zdają się nam pokazywać kolejne obszary swych muzycznych kompetencji. Na starcie drugiej części króluje delikatny rezonans, na werblach moszczą się drobne przedmioty, a muzycy z tych puzzli układają zgrabną, całkiem dynamiczną narrację. Trzecia odsłona albumu syci się polirytmią, ale muzycy znajdują też chwile na zabawy w pytania i odpowiedzi, czynione w rezonującej poświacie. Kolejna opowieść tkana jest z drobiazgów, ale uformowana w rytmiczny ciąg zdarzeń. W piątej części narracja nabiera cech niemal rytualnego drummingu, zdobią ją akustyczne cudowności ze strony każdego z perkusistów. Finałowa opowieść stosuje różne metody artykulacji – coś rezonuje, coś szumi, coś głęboko oddycha. W oparach tajemnicy rodzi się końcowa prosta, która prowadzona jest w dużym skupieniu, ale całkiem dynamicznym stepem.



piątek, 25 września 2020

Roberts & Bonney! Charlatan! Orcutt! Staraya Derevnya! Schindler! Tapscott! The September summary with many flavors!


Muzyka! Muzyka! Muzyka! Ów cudowny strumień nowych dźwięków nie ma końca, a upiorna Covidiada miast tępić zapędy artystów i wydawców, proces ten zdaje się radykalnie stymulować!

Dzisiejsza zbiorówka świeżutkich recenzji równie młodych płyt bez myśli przewodniej, raczej opowieść z cyklu improwizacja nie jedno ma imię! Zaczynamy swobodną improwizacją, która szuka swych korzeni poza jazzem, której bliżej do elektroakustyki codziennego życia koncertowego, dalej garść post-jazzu z rockowymi emocjami, potem krok w kierunku rozchełstanej post-americany i krautrockowej psychodelii, także wątek kameralnej improwizacji w duetach, wreszcie na finał klasyk czarnego, bardzo duchowego free jazzu sprzed lat niemal czterdziestu pięciu.

Marszrutę zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie, potem dwa akcenty amerykańskie, w tym jeden z … Warszawy, duża porcja dźwięków brytyjsko-izraelskich, śpiewana po rosyjsku, wątek niemiecki i na koniec ponownie Ameryka, ale bardzo afrykańska. Zapraszamy do zwiedzania wspaniałego świata muzyki improwizowanej.



Cath Roberts & Alex Bonney  ‎Live at HYG  (Open Ear Music, DL 2020)

Zaczynamy od kolejnego przyczynku do dyskusji o wyższości dźwięków akustycznych nad syntetycznymi (lub odwrotnie). Wygodnie zasiadamy w londyńskiej Hundred Years Gallery, jest przedpandemiczny luty 2020, a na scenie meldują się: Cath Roberts (saksofon barytonowy) i Alex Bonney, który najpierw będzie nam towarzyszył w poświacie usterkowej elektroniki, potem sięgnie także po trąbkę (kieszonkową), a w wielu momentach będzie dobywał dźwięki z obu źródeł jednocześnie. Swobodna improwizacja potrwa 30 minut i 39 sekund.

Krótki koncert podzielić można na kilka faz. Najpierw mamy typową dla free impro grę wstępną – saksofon prycha po barytońsku, elektronika sączy się wokół niego, mając wymiar głównie syczący i usterkowy, po części także plądrofoniczny, przypomina zepsuty odbiornik radiowy. Około 7 minuty do gry włącza się trąbka. Syntetyka przez kilka chwil płynie jeszcze siłą rozpędu, po czym milknie i koncert przechodzi w swoją najlepszą, w pełni akustyczną część, którą buduje konstruktywny i niebanalny dialog dwóch instrumentów dętych. Muzycy stawiają na dobry smak, nie zaś rozwiązania siłowe, nie brakuje w ich rozmowie pewnego posmaku nostalgii typowej dla Petera Brötzmanna i Joe McPhee.

Elektronika powraca w okolicach 17 minuty w zupełnie innej postaci - śle odrobinę wulgarne, basowe pulsacje. Gdy już zostaną one odpowiednio zaprogramowane, Bonney powraca do trąbki i narracja płynie dość wartkim strumieniem z dwóch żywych i jednego syntetycznego źródła dźwięku. Dużo ciekawego wnosi do gry trębacz, który zmyślnie preparuje, a także saksofonistka, która prowadzi dialog z elektroniką, ale trzyma ją w ryzach dramaturgicznych. Sam finał przypomina drobne rozdroże. Mnożą się znaki zapytania i retoryka braku pomysłu na zakończenie. Szczęśliwie ostatnie dźwięki należą do trąbki, która zasilana prądem zmiennym mechanicznie wybrzmiewa.

 


Charlatan  Charlatan  (Eschatology Records, DL 2020)

Teraz szybki skok przez wielką wodę i spotkanie studyjne z muzykami, których zapewne niewielu z nas zdążyło dotychczas poznać. Trio Charlatan tworzą: Ben Cohen – saksofon tenorowy i sopranowy, Dustin Carlson – gitara oraz Tim Cohen – perkusja. Osiem improwizacji, 42 minuty z sekundami.  Nagranie z grudnia 2017 roku (najprawdopodobniej Nowy Jork).

Trójka młodych amerykańskich muzyków zaprasza nas na definitywnie niebanalną podróż po świecie ponadgatunkowej improwizacji, jakkolwiek tej, która lubi post-jazzowe synkopy i rockowy temperament. Zaczynają z przytupem, niesieni progresywnym drummingiem oraz jazzowym frazowaniem saksofonu i gitary. Bardzo kolektywnie tworzona opowieść zagęszcza się, nabiera rockowego posmaku, a potem zmysłowo zapętla, niczym Television w Marquee Moon, a nawet Velvet Underground w Sister Ray. Druga opowieść ma kilka faz. Najpierw jest freejazzową balladą na solowego dęciaka, potem minimalistyczną etiudą gitarową, wreszcie bystrym finałem w postaci kilku smagnięć batem po perkusyjnych talerzach. W trzeciej części rock mocno miesza się z jazzem, chwilami brzmiąc jak wczesne tria Jima Blacka. Bez trudu, w trakcie rozbiegu, zaczyna pachnąć dobrą psychodelią. W czwartej opowieści - zmysłowe psycho slow motion, aż palce lizać!

W drugiej części płyty wyżej zarysowane wątki umiejętnie się przeplatają. Piąta część przypomina open jazzową balladę, którą tłamsi sznyt cierpienia, a która zwinnie nabiera dynamiki i serwuje nam równie ciekawe solo saksofonu. Szczególnie udany zdaje się być szósty odcinek, gdy muzycy stawiają na szeleszczące dźwięki wyłącznie udanych preparacji, z gitarą, jaką tą, która najbardziej przypada do gustu. Siódma opowieść znów powraca do spokojnej zabawy w stylowy jazz. Wreszcie efektowny finał, rodzaj post-aylerowskiego hymnu, zagranego z taneczną dynamiką, zębem free jazzu, i jak zawsze, rockowymi emocjami. W roli wisienki na torcie, świetne solo gitary.

 


Bill Orcutt  Warszawa (Endless Happiness, Kaseta 2020)

Po eksplozji młodości, czas na skupienie i siłę estradowego doświadczenia – Bill Orcutt na gitarze elektrycznej, wprost z ubiegłorocznego koncertu na krajowym Avant Art Festiwal (tytuł płyty zasadny!). Dwie, niedługie strony kasety, łącznie mniej niż 34 minuty.

W koncert wchodzimy przy odgłosach brzęczącego amplifikatora gitarowego. Muzyk proponuje kilka łagodnych, serfujących fraz gitarowych, z dużym echem, wonią przestrzeni i niczym nieograniczonej swobody. Całość upstrzona zdaje się być sznytem rockowego rozchełstania, nie bez posmaku i chytrych post-bluesowych zdobień. Choć wiele wątków za niczym tu nie goni, mamy wrażenie, że pod warstwą dźwięków aż kipi od emocji. Brzmienie jest nieczyste, a w trakcie koncertu muzyk zdaje się jeszcze dorzucać piasku w szprychy gitary. Narracja zagęszcza strukturę, pachnie zdrową, rockową psychodelią lat 60. ubiegłego stulecia. Czasami przypomina wieczorny, chill-outowy epizod na kolejnym, nieodbytym festiwalu w Woodstock. Na finał części powraca blues, kojący nerwy, dający upust cierpieniu.

Druga strona zaczyna się jakby odrobinę bardziej filigranowo. Szczypta nostalgii, definitywnie jednak nierelaksującej, trochę repetycji, dużo dobrego smaku. Z czasem narracja łyka z powietrza kilka zadziorów, pętli się i wpada w post-punkowy dryl o dużej dynamice. Muzyk dociera do punktu ciszy i zaczyna nowy wątek, który dobrze jest opisać językiem Szekspira - kind of post-psycho-blues or dirty post-americana. Narracja toczy się dość spokojnie, ale pełna jest udanych zdarzeń dźwiękowych. Na sam finał nabiera jednak tempa, znów nie stroni od post-punkowych fraz z dużą dawką temperatury wewnętrznej, wreszcie gaśnie w nad wyraz stylowy sposób, aż po samo dno ciszy.

 


Staraya Derevnya  Inwards Opened The Floor (Staraya Derevnya, CD 2020) & Staraya Derevnya with Hans Grusel's Krankenkabinet  Still Life With Apples (Steep Gloss, Kaseta 2020)

Zapraszamy do świata psychodelicznego post- rocka, zatopionego w gęstym sosie elektroakustyki, pełnego improwizatorskiego rozwichrzenia i istotnych naleciałości całej historii krautrocka! Oto, zapowiadana w preambule tekstu, porcja dźwięków brytyjsko-izraelskich, śpiewana po rosyjsku! Formacja nazywa się Stara Wieś, a na jej czele stoi Gosha Hniu, odpowiedzialny za instrumenty perkusyjne, głosy (określane tu, jako krzyki i szepty), a także całą armię zabawek i przedmiotów elektroakustycznych. Na obu dziś prezentowanych albumach występują także: Ran Nahmias (wiolonczela, theremin), Amos Ungar (cymbały i sampler), Maya Pik (syntezator, melodica, flet i … kołyszące się krzesło) oraz Grundik Kasyansky (syntezator i obiekty). Na pierwszej z omawianych płyt (nagranej w londyńskim Cafe Oto, ale bez oklasków, z dogrywkami w kilku innych miejscach; 7 utworów, 47 minut) lista gości jest następująca: Yoni Silver (klarnet basowy – utwór 1), Tom Wheatley (kontrabas - 1, 2, 6, 7), Lior Lerman (krzyki i szepty - 1, 5, 6), Andrea Serafino (perkusja – 1) oraz Jonathan Shohet i Matthias Moos (radiowe interferencje – 7), a na drugiej (koncertowej; 2 utwory, 35 minut): Gretel Grusel i Hans Grusel (elektronika – wszystkie utwory) oraz Liz Allbee (trąbka, elektronika – 2).

Inwards Opened The Floor. Od pierwszej sekundy nagrania wchodzimy w gęstą magmę dźwięków, tonących w poświacie post-elektroniki, rodzącego się drummingu i sampli tańczących w post-rockowej scenerii. Obok repetytywna melorecytacja, skupiona na przekazie werbalnym (słuchamy poematu Artura Molewa). Rockowa powtarzalność, elektroakustyczny flow i fermentująca w każdym rogu sali improwizacja. Gościnnie występujące tu akustyczne instrumenty … żyją, ale tłumią oddech, miażdżone bezceremonialnością głównego nurtu narracji, który płynie swoim rytmem, ale niepodawanym na wprost, raczej zaszytym w dramaturgicznym nieładzie (perkusista jak najbardziej dokłada tu swoje, ale improwizuje, nie dba zaś o dynamikę). Druga improwizacja zdecydowanie stawia na podawany syntetycznym drummingiem rytm, mocno pracuje także kontrabas, a akcenty krautrocka rozbłyskują się w całej fakturze narracji. Piękne, repetytywne puzzle, garść psychodelii i kwasu tak dobrego, że palce lizać. Trzecią opowieść możemy ulokować w stylistyce post-techno, bystrze wybarwionego akcentami mrocznego ambientu i upstrzonego czymś na kształt ekstrawaganckiego post hip-hopu (armia głosicieli tekstu robi swoje!). W kolejnej części powraca prawdziwie rockowy drive, budowany jednak niezwykle syntetycznymi elementami. Oto krautrock, który szuka okazji do hałasowania. Zaraz potem znów sporo rytmu, basowych pochodów i improwizowanych zdobień, tym razem ze strony wiolonczeli, piana i syntezatorów. Szósta część przybiera na moment postać electro-popu (muzycy śpiewają!), ale zaraz wszystko ginie w zalewie elektroakustycznych improwizacji i kolejnej zmysłowej porcji krautrockowego hałasu. Wreszcie finał, który budzi się w oparach usterkowego ambientu. Muzycy szybko odnajdują rytm, ale nie gubią onirycznego mroku. Kilka dźwięków strunowych, szczególnie udanych ze strony kontrabasu, który repetuje meta rytm i cello, które swobodnie improwizuje.



Still Life With Apples. Klimat post-rockowej elektroniki sprzed dwóch dekad staje nam przed oczyma. Dubowa poświata przywołuje wspomnienie … Nu-Dub Players Friedmanna. Akcenty rocka plamią scenę, a syntetyczna struga dźwięków płynie po opuszczonym kosmodromie. Bas proponuje prosty, rockowy rytm, reszta instrumentarium robi jednak swoje i fermentuje w swobodnej improwizacji. Sample, loopy, repety i impro inkrustacje. Muzyka snuje się po podłodze i inteligentnie kasą zdrową psychodelią. Armia elektronicznych narzędzi zdaje się tu być w przewadze liczebnej, ale całość narracji zachowuje przyjemną równowagę elektroakustyczną. W połowie pierwszej strony kasety istotne spowolnienie i śmiały krok ku post-ambientowym plamom. Intrygujące percussion na pogłosie i rytm, który nie zanika, choć jego podstawowe narzędzia pracy (drums & bass) milczą. Swoje dokłada wataha syntezatorów, które płyną niezobowiązująco każdą wolną przestrzenią spektaklu. Po drugiej stronie kasety znajdujemy się bardzo płynnie (bo słuchamy plików!) – witają nas mgławice syntetycznego poranka. Pierwsza pętla basu pojawia się dopiero pod koniec trzeciej minuty (zdaje się, że słyszymy kilka kapel nowofalowych z lat 80. ubiegłego stulecia jednocześnie!). Zmutowane głosy i poświata dark ambient nie dają jednak za wygraną. Opowieść cudownie wije się między nogami i nie ma zamiaru przyspieszać. Znów chwila spowolnienia, małe rozdroże dramaturgiczne (improwizacja tak już ma…), ale już sam finał koncertu ocieka zmysłowym, syntetycznym, ale także żywym krautrockiem – słyszymy mocny drumming i … gitarę rozgrzaną do czerwoności (z sampla?). Bardzo stylowa opowieść, która śmiało mogłaby jeszcze trwać, dobija do brzegu.

 



Udo Schindler & Irene Kepl  Fabulierblättchen, Udo Schindler & Masako Ohta  ‎Music In Space  (Creative Sources, CD 2020)

Każdej zbiorówce recenzji dobrze robi … radykalna zmiana nastroju. Uciekamy zatem z gęstwiny psychodelicznych dźwięków w opary wyważonej emocjonalnie impro kameralistyki. O właściwy poziom emocji zadba niemiecki saksofonista i klarnecista (po prawdzie every reed man!) Udo Schindler. W zalewie swoich licznych produkcji muzyk dostarczył nam w ostatnich miesiącach dwa niezwykle smakowite kąski. Czas, by je poznać! Najpierw pochylimy się nad duetem ze skrzypaczką Irene Kepl (nagranie koncertowe z lipca ubiegłego roku: 7 części, niespełna 44 minuty), potem zaś nad duetem z pianistką Masako Ohta (także koncert, grudzień ubiegłego roku; 2 części, 43 minuty z sekundami).

Fabulierblättchen. Suche struny na szorstkim gryfie i delikatne pulsacje instrumentu dętego budują akustyczny ambient, który od pierwszego dźwięku emanuje urodą i dramaturgiczną zwiewnością. Skupiony, jakże filigrany impro chamber, czuły na niuanse brzmieniowe, tyczony szlakiem pozbawionym zakrętów i jakże zbędnych znaków zapytania. Skrzypce zdają się być zwinne niczym tygrysica, szukają zaczepki ostrymi pazurami, dęciak miałczy zalotnie jak kot. W kolejnym epizodzie pojawia się klarnet basowy, pełen chropowatości i intrygujących fraz. Skrzypce nie oddają pola i już w trzeciej części muzycy definitywnie wkraczają do krainy pięknych, niczym nieskrępowanych, dźwiękowych preparacji. Szepty i małe lamenty, piski i złowrogie pomruki. Narracja toczy się jednak bardzo spokojnie, z pewną kobiecą delikatnością. Trochę mechaniki przedmiotów, zgrzytania zębami, ale też wiele fraz na granicy ciszy, niezwykle molekularnych. Choćby w piątej części, gdy odpowiedzią na rwane frazy skrzypiec są klarnetowe mikro skrzeczenia. A już po chwili oba instrumenty imitacyjnie gwiżdżą! Tuż po tym epizodzie, muzycy zdają się wchodzić do krypty. Skrzypią i lamentują w mrocznych podrygach obumierającej kameralistyki. Schindler sięga po kornet dodając całości improwizacji dodatkowego smaczku. Ostatnia część podkreśla doskonałą komunikację w obrębie duetu – frazy call & responce (zapoczątkowane już wcześniej), zmysłowe pomruki (klarnet basowy!) i strunowe westchnienia. Brawo!



Music In Space. Drugi duet Schindlera stawia na dłuższe improwizacje, intrygująco rozciągnięte w czasie i przestrzeni. Pianistka (używa także pleyel piano) prezentuje szerokie spektrum gatunkowe. Równie bystra jest w klawiszowych pasażach, pełnych jazzowego posmaku, jak i abstrakcyjnych potokach contemporary, potrafi być także skuteczna w wyważonych, minimalistycznych frazach post-chamber. Udo jest zawsze z nią, czasami niezwykle śpiewny (także na klarnecie basowym), ulotny, zwinny, ale jednocześnie zaczepny. W pierwszej, prawie półgodzinnej improwizacji szczególnie ciekawie robi się po upływie dwudziestej minuty, gdy muzycy stawiają za dramaturgiczny zgrzyt i przez moment szukają prawdziwie brudnych dźwięków. Druga improwizacja, trwająca niespełna kwadrans, co chwila zaskakuje. Najpierw pianistka ucieka w niemal klasyczny romantyzm, a jej partner buduje ciekawy dysonans, stawiając na preparowanie dźwięków. Napotykamy też na fazę post-ragtime'owych rytmów, upstrzonych dętym burczeniem, a nawet gwizdaniem samym ustnikiem. Na ostatniej prostej improwizacja przebiera postać wręcz taneczną. Udo cedzi dźwięki przez zęby, a Masoko śle kilka stylowych fraz wprost z fortepianowych strun.

 


Horace Tapscott With The Pan-Afrikan Peoples Arkestra  Ancestral Echoes, The Covina Sessions, 1976  (Dark Tree, CD 2020)

Zapraszamy na podróż do prawdziwych, afrykańskich korzeni jazzu! W tym celu przenosimy się do … Kalifornii, a na osi czasu cofamy się do stycznia roku 1976. W studyjnych okolicznościach pewnego domu (sic!) spotykamy ponad 20 muzyków, którzy tworzyli wówczas The Pan-Afrikan Peoples Arkestra, kierowaną przez legendarnego pianistę jazzowego Horace’a Tapscotta (tu także w roli dyrygenta). Oto jego podopieczni: Gary Bias, Dadisi Komolafe, Michael Session (as), Amos Delone (bs), David Bryant, Marcus McLaurine (b), Moises Obligacion (cg), Ishmael Balaka, Ricky Simmons (dr), Adele Sebastian, Aubrey Hart (fl), Wendell C. Williams, Robert Watt (fh), Charles Chandler, James Andrews (ts), Fuasi Abdul-Khaliq (bcl, ts), Herbert Callies (acl), Lester Robertson (tb), Linda Hill (p), Jesse Sharps (ss), Steven Smith (tp), Red Callender (t) oraz Kamau Daáood (voc). Cztery kompozycje Tapscotta, 70 i pół minuty muzyki.

Ceremonia otwarcia sesji nagraniowej przypada w udziale oczywiście pianiście, któremu towarzyszy głos, który recytuje tekst poetycki (poniekąd jednak społeczno-polityczny), coś na kształt afroamerykańskiego roots statements. Po pewnym czasie narracja piana nabiera bluesowego posmaku, a nawet odrobinę gospel. W piątej minucie rusza do gry już cała orkiestra, która buduje gęsty, bogato zaaranżowany flow. Temat pełen żarliwej melodyki podaje wielka armia instrumentów dętych. Wraz z upływem czasu opowieść z jednej strony nabiera mocy, z drugiej pięknie się rozpływa w coraz szersze koryto. Temat wszakże pozostaje z nami, a na jego tle zaczynają pojawiać się pierwsze ekspozycje solowe, pełne swobodnego jazzu, czynione w artystycznej wolności. Najpierw trąbka, potem saksofon sopranowy niesieni są siłą i emocjami wielkiej orkiestry. Kolejna kompozycja bardziej nastawiona jest na klimat, mniej dynamiczna, osadzona w stylistyce main-streamu jazzowego. Tonacja wydaje się być odrobinę molowa, a temat podaje masywne piano i rozbudowana sekcja rytmiczna. Krwi do obiegu dźwięków dolewa jako pierwszy solista, którym bystrym saksofonem altowym podnosi ciśnienie spektaklu o poziom wyżej. Oto pełnowymiarowy jazz, który z czasem przyjmuje także barwy bluesowe.

Trzecia kompozycja, bystrym rytmem budowanym przede wszystkim intensywnymi bongosami, zdecydowanie przenosi już nas do Afryki. Kolejne udane solo na saksofonie, a potem także na puzonie (świetne, matowe brzmienie blaszka). Sporo miejsca kompozycja pozostawia także na solowy pasus szefa przedsięwzięcia. Ostatni utwór na płycie (niemal 30 minut) znów powraca do spirytualnej, niemal freejazzowej estetyki pierwszej części. Zaczyna się leniwie – spokojnym fortepianem i smyczkiem na kontrabasie. Potem dużo do powiedzenia mają flet i trąbka. African Roots’ Rhythm and Soul toczy się nieprzerwaną strugą. Wreszcie do głosu dochodzi saksofon tenorowy (doskonały Fuasi Abdul-Khaliq!), który wynosi muzykę na wyżyny emocji i sprawia, iż ostatnie kilka minut płyty jest jej zdecydowanie najlepszym momentem.

 


piątek, 4 września 2020

Sly and The Family Drone! Walk It Dry & Gentle Persuaders!


Z brytyjską formacją Sly and The Family Drone (jakże piękna trawestacja oryginalnej nazwy!) zetknęliśmy się po raz pierwszy przy okazji wspólnej płyty z holenderskim Dead Neanderthals. Potem było jeszcze krótkie spotkanie z wydawnictwem koncertowym. Dziś proponujemy natomiast zapoznanie się z dwoma najnowszymi płytami grupy. Najpierw pochylimy się nad nowością, potem zajrzymy jeszcze do tej, wydanej w roku ubiegłym.

Naczelną postacią S&FD jest Matt Cargill, który daje życie tej szalonej muzyce wykorzystując syntezatory, wszelkiej maści elektronikę, a także uczestnicząc aktywnie w ważnym strumieniu dźwiękowym dla ostatecznej formuły muzycznej, czyli rozbudowanej sekcji perkusyjnej. Na krążku Walk It Dry (Love Love Records, CD/LP 2020) pojawia się także kilku innych muzyków: James Allsopp (saksofon barytonowy), Callum Buckland (perkusja, elektronika, głos) oraz w jednym utworze Alex Bonney (trąbka). Na wcześniejszym wydawnictwie Gentle Persuaders (Love Love Records, CD/LP 2019) skład personalny nie jest już wyszczególniony, jakkolwiek z pewnością nie oznacza to, iż za wszystkie dźwięki na płycie odpowiada Matt Cargill. Przed skupionym odczytem/ odsłuchem płyt dodajmy jeszcze, iż ta nowa składa się z ośmiu części i trwa niewiele ponad 33 minuty, a ta starsza – z czterech części i trwa 34 minuty z sekundami.

 


Walk It Dry

Krzyk saksofonu barytonowego na sporym pogłosie, masywny, rockowy drumming i elektroniczne pasmo basu, które pilnuje linii ostrzału – rytuał zniszczenia zostaje rozpoczęty! Opowieść pełna ekspresji rocka i kwasu wyłącznie dobrej psychodelii, bystrze okraszona poświatą dubu, kosmicznego echa i dobrze dawkowanego pogłosu. Flow siarczysty, surowy, dramaturgicznie rozchełstany, a jednak pełen wewnętrznej dyscypliny i konsekwentnie przeprowadzany od strefy hałasu po pełne pogłosu wybrzmiewanie. Druga opowieść stawia na szybki drumming i post-elektroniczne akcenty percussion. Na tle tego szaleństwa saksofon wydaje się być nad wyraz leniwy i pełen improwizacyjnego luzu. Dużo dzieje się w tle – mutacje, dewiacje, destrukcje dźwięków lub tego, co z nich jeszcze zostało. Kolejny utwór delikatnie tonuje emocje – moc pięknych, dubowych klimatów, świergot post-elektroniki, rezonujące, żywe plastry fonii. Czwarta historia znów stawia nas do pionu, proponując ekspresyjny drum’n’bass! Towarzyszy mu siarczysty i zmutowany wrzask saksofonu. Jeśli rockowa repetycja daje tu moc, to reszta zdaje się mieć już charakter definitywnie out of the genre, gdzie wszystko jest możliwe, jak choćby … dźwiękowe samozmiażdżenie na koniec pierwszej strony winyla.

Przy wejściu do drugiej jaskini czekają już na nas drżące talerze, zapętlony saksofon i perkusyjna czereda gotowa do ataku, nie pozbawiona plądrofonicznych przesterów. Krzyk, grzmot i post-elektroniczna poświata wybrzmiewania. Dobrze, że kolejna opowieść stawia na czerstwy dark ambient i daje chwilę na niezbędny oddech. Talerze, dęte półdrony i para-syntetyczne melorecytacje. Perkusja milczy, ale czai się za rogiem. Grzmią plamy basu. Coś rodzi się ze strachu, ale do końca utworu nie daje rady wydostać się na powierzchnię. Siódma część znów zostawia dźwiękom dużo swobodny i dubowej przestrzeni – post-elektroniczne percussion, prychy saksofonu, echo złego kosmosu. Perkusja rozkręca się z każdą sekundą, zagęszczając opowieść, a wisienką na torcie zdaje się być pełna powietrza i dobrych preparacji trąbka. Brawo! Wreszcie finał, który stawia na ambient – szum powietrza i dźwięki, które przypominają akordeon, podłączony pod prąd wysokiego napięcia. Śpiewa rzewną piosenkę, koi emocje i … budzi lęk. Twin Peaks 2020! Tło szuka mroku i schodzi do krypty. Akcenty percussion trzymają nas jednak przy życiu, aż do całkowitego wybrzmiewania, które zdobią… afrykańskie śpiewy. 

 


Gentle Persuaders

Otwarcie płyty nie może nie przypaść w udziale saksofonowi, który na pogłosie woła o pomstę do nieba! W tle coś jęczy i rzęzi, mała perkusja krąży na orbicie - długa, ponad 14-minutowa ekspozycja rozwija się dość leniwie. Mrok, szum czerstwego ambientu i noise, który zdaje się czaić na za rogiem. Opowieść pełna swobody, improwizowanego luzu. Saksofon śle drony od prawej do lewej i z powrotem, a perkusja wchodzi do gry na dobre dopiero w połowie utworu. Towarzyszą jej sprzężenia i piski elektroniki. Opowieść - coraz bogatsza w wydarzenia - powoli przybiera szaty krzykliwego post-jazzu z rockowymi, ostrymi pazurami! Gaśnie w echu dronów saksofonowych.

Druga strona winyla – saksofon topi się w elektrycznych sprzężeniach, dmie i cierpi. Perkusja zaczyna wybijać rytm, jak młot. Pasmo syntetycznego basu buduje dół, nad którym tańczy rozchełstany saksofon. Narracja nabiera intensywności i równego kroku, niczym załoga Kraftwerk kilka dekad temu. Strumienie ciekłej psychodelii zdają się lać z każdej strony nieistniejącej sceny. Trzecia opowieść budzi się do życia w oparach brudnego, skwierczącego post-ambientu. Syntetyczne mgławice i żywy drumming tworzą nowy paradygmat emocji. Przestrzeń pęcznieje, echo narasta. Bije dzwon stopy na bębnie basowym, tło charczy, a saksofon leniwie śpiewa wulgarne teksty, wszystko na tle bardzo dynamicznej sytuacji ogólnej. Utwór gaśnie w plądrofonicznej poświacie. Czwarta, ostatnia historia sięga po pozorny spokój i estetykę powykręcanej electro ballady. Słychać gołe dysze saksofonu, coś gwiżdże i szeleści. Subtelny niepokój wisi nad miastem. Perkusja w ramach podsumowania jakże udanej płyty zaczyna jątrzyć do pary z syntetyką. Para rockowy drum’n’bass prowadzi nas na spotkanie z ostatnim dźwiękiem. Oniryczny dub jest z nami!