Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Paul Schubert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Paul Schubert. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 lutego 2023

The February’ Round-up: Dead Neanderthals! Hard Edges! Cirera! G. Almeida! Schubert, Uchihashi & Kugel! Union Division! Kshettra!


Nowy miesiąc, nowe płyty, nowa zbiorówka świeżych recenzji! Oto, na co wszyscy – po obu stronach komputerowego ekranu – czekamy z drżeniem łydek! Dziś siedem recenzji bardzo nowych płyt, w tym jednej datowanej już na szalony rok 2023!

Jak zawsze w takiej sytuacji oferujemy nieskończony tygiel gatunków i emocji, gdzie jedynie sky is the limit! Na początek trzęsienie ziemi, czyli sylwestrowa ep-ka naszych ulubionych holenderskich noise’ konceptualistów, a potem jest jeszcze lepiej – blaszane trio ze Zjednoczonego Królestwa Wolnej Improwizacji, kataloński, solowy set na saksofon sopranowy, ale udokumentowany fonicznie w Kopenhadze, kompozycje (!) na kontrabas, i nie tylko, wprost z Rotterdamu, międzynarodowe trio fussion jazzowe rejestrujące dźwięki w Berlinie, duży skład ze wspominanego już dziś Zjednoczonego Królestwa, tu w dawce niemal dwugodzinnej, a na sam finał prog-post-rockowe, wieloosobowe granie z Moskwy.

Czegokolwiek byś teraz nie potrzebował, właśnie to dostajesz! Welcome to hell of improvised music! But not only improvised!



 

Dead Neanderthals  Click (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja i wokal. Jeden utwór, 25 minut.

Pewne w życiu są tylko śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka pewnego duetu z Holandii, każdorazowo udostępniana światu wedle handlowej procedury name your price. Ów wspaniały, cykliczny prezent dźwiękowy uzupełniany bywa także warstwą werbalną. Przytoczmy ją dziś w całości: Wszystko zaczęło się od ostrego „kliknięcia”. Wykonywanie jednego prozaicznego zadania po drugim, cykl po cyklu. Aż nagle przestało. Czy naprawdę sprawiało mi to przyjemność?

Nowa narracja Martwych Neandertalczyków ma cztery elementy składowe. Na początek syntezator, który kreuje dwa z nich – pierwszy, siarczyście brzmiący zdaje się stać w miejscu, ten drugi pulsuje, ma w sobie źdźbło melodii i dużo mroku. Po upływie dwóch minut pod strugę syntetyki podłącza się perkusista z instrumentem głęboko i szeroko posadowionym w osi nagrania i brzmiącym bardzo matowo. Zaczyna on wybijać jednostajny, nieco marszowy rytm i będzie tak czynił aż do połowy dwudziestej trzeciej minuty. Artysta melorecytuje także zwartą linijkę tekstu (trudnego do rozczytania), którą będzie powtarzał z każdym beatem perkusji, także do momentu wskazanego w poprzednim zdaniu. Muzycy pracują tu jak maszyny, ale ponieważ są jednak ludźmi, bywa, iż ów powtarzany miliony razy w trakcie utworu schemat narracyjny sprawiać będzie incydentalnie wrażenie, jakby stawał się bardziej intensywny lub metalicznie zagęszczony. Rytualny taniec post-mortem przechodzi w stan finalizacji dokładnie w momencie, gdy drumming umyka do strefy niebytu. Na scenie pozostają jedynie dwa pierwotnie ustanowione wątki syntezatorowe. Ten pulsujący zaczyna przypominać brzmienie dzwona, ale bardzo matowe, ten drugi nie traci swojej przesterowanej mocy aż do samego końca, choć w fazie definitywnej śmierci sprawia wrażenie, jakby płynął nieco szerszym korytem.



 

Hard Edges  The Texture Of Perception (Raw Tonk Records, CD 2022)

Wade Room, Norwich, październik 2021: Chris Dowding – trąbka, trąbka piccolo, flugelhorn, Dave Amis – puzon oraz Ben Higham - tuba, trąbka, flugelhorn. Sześć improwizacji, 39 minut.

Twarde Krawędzie i ich Tekstura Percepcji, definitywnie kameralne spotkanie trzech instrumentów blaszanych, pozostających w rękach i ustach muzyków, którzy zapewne debiutują na naszych łamach, to wydarzenia dalece interesujące, ciekawie wpisujące się w nurt nieco uporządkowanej, post-akademickiej … swobodnej improwizacji. 

Pierwsza z sześciu albumowych opowieści budowana jest krótkimi frazami – nieco zalotnymi, bezsprzecznie szukającymi intrygi, kameralnymi, ale jakby doposażonymi w delikatny drive free jazzu. Tuba pracuje tu na środku sceny, lżejsze dęciaki sadowią się zaś na przeciwległych flankach – trąbkę słyszymy najczęściej po lewej stronie, puzon na ogół po prawej. Instrumenty śpiewają, mruczą, a pod koniec pracują dłuższymi oddechami. Druga część zdaje się być jeszcze bardziej kameralna, ale zdecydowanie bardziej rytmiczna, co jest zasługą głównie tuby. Trąbka utrzymuje umiarkowanie durową tonację, z kolei puzon zawodzi i lamentuje. W kolejnej odsłonie dzieje się już naprawdę dużo ciekawego. Drobne preparacje, piski, szumy i westchnienia. Bezdźwięczna symfonia blaszanej boleści najpierw zaskakuje nas brzmieniem, a potem, gdy nabierze już odrobinę fonii w usta, swoją niemal wirtuozerską filigranowością. Czwarta narracja powraca do tanecznego, meta rytmicznego szyku. Każdy z blaszanych frazuje tu swoją metodą, ale całość lepi się w zwartą, zmysłową improwizację. W części piątej muzycy stawiają na dłuższe pociągnięcia pędzlem. Tuba jest tu w stanie pracować na jednym oddechu przez wiele sekund, a trąbka i puzon wyjątkowo urokliwie śpiewać w dalece molowych klimatach. Tym, który zdaje się tu mieć najwięcej do powiedzenia jest puzon, ale jego lokalna gadatliwość w niczym nie narusza fundamentu kolektywnej improwizacji. W ostatniej opowieści muzycy powracają do naszych ulubionych, tu po części preparowanych dźwięków. Szumy, oddechy, westchnienia - kameralna podróż, konsumująca pełne drżenia i bojaźni blaszane zaśpiewy. Co ciekawe, w ramach finalizacji artyści zdają się delikatnie dynamizować swoje poczynania.



MuMu & Albert Cirera  Theme & Variations (Bandcamp’ self-released, CD 2022)

Kopenhaga, maj 2020: Albert Cirera – saksofon sopranowy oraz MuMu - field recordings, kompozycje. Jedenaście opowieści w jednym traku, 31 min.

Cirera debiutował w formule solowej pięć lat temu w pewnej krajowej, jakże iberyjskiej serii spontanicznej. Wtedy zdecydował się na wyjątkowo spektakularny eksperyment sonorystyczny, w głównej mierze przy wykorzystaniu saksofonu tenorowego. W roku ubiegłym podesłał nam kolejny album solowy, w którym postawił na prostotę i cyrkulacyjny oddech wtłaczany do tuby saksofonu sopranowego. Przy okazji do prac jednoosobowych zatrudnił sobie postać o nazwie MuMU, która dostarczyła mu inspiracji w zakresie kompozycji samych improwizacji, jak i ubarwiła je drobnymi, elektroakustycznymi zdobieniami. Dziś Katalończyk powraca z idą bliską tego drugiego rozwiązania i proponuje półgodzinne wspominki ze swojego covidowego pobytu w Kopenhadze. A MuMU, jak to MuMU, jak na postać całkowicie fikcyjną, wydaje się być nad wyraz kreatywny.

Sopranowa epopea z elektroakustycznymi niespodziankami zaczyna się w oparach tych ostatnich. Drobne, usterkowe odgłosy, pracujący wentylator (?) i dobywający się z dna piekła sopranowy śpiew. W kolejnych fazach jednotrakowej, ale definitywnie jedenastoczęściowej opowieści skupiamy się na intensywnej improwizacji saksofonu sopranowego. Muzyk pracuje cyrkulacyjnie, ale jego historie nie trwają dłużej niż kilkadziesiąt sekund. Czasami dźwięk jego instrumentu brzmi, jakby zarejestrowany był w warunkach terenowych, w innych przypadkach frazuje czystym, podniebnym brzmieniem. W połowie nagrania wydaje się, że w tubie instrumentu pojawiły się obce przedmioty, których charkot jest elektronicznie doposażany w hałas, sama zaś narracja niespodziewanie prowadzona dwoma dętymi strumieniami. Cirera dmie chwilami dość nostalgicznie, ale często wpada w dynamiczny tunel mocy, w którym brzmi niczym Evan Parker w swoich najlepszych sopranowych ekspozycjach solowych. Bywa, że drive jego narracji wydaje się wyjątkowo taneczny, z brzmieniem niemal post-barokowym, ale wpada też niekiedy w sidła zadumy i emigranckiego smutku. Opowieść w swej drugiej fazie ma kilka punktów zwrotnych. W 20 minucie przystaje w obliczu śpiewających ptaków, trzy minuty później gaśnie w niemal zupełnej ciszy, a w 27 minucie sopranowy flow przekształca się w urokliwą, polifoniczną zabawę. Ostatnie kilkadziesiąt sekund nagrania, to połączenie telefoniczne. Automat głosowy przemawia po katalońsku, słychać urywane rozmowy w różnych językach, a w tle snuje się smutny tembr saksofonu, metaforycznie wołającego o pomoc.



Gonçalo Almeida  Compositions For Double Bass (Cylinder Recordings, CD 2022)

Rotterdam, od kwietnia 2021 do sierpnia 2022: Gonçalo Almeida – kontrabas, live electronics (pierwszy i czwarty utwór), taśmy (czwarty utwór). Cztery kompozycje (autorzy odpowiednio: Thanos Polymeneas, Michał Osowski, Pedro Melo Alves, Friso van Wijck), 43 minuty.

Nasz ulubiony portugalski kontrabasista zabiera nas do świata komponowanej muzyki współczesnej. Cztery utwory – dwa akustyczne i dwa elektroakustyczne, moc wrażeń, wspaniałe brzmienia i … dużo przestrzeni dla kreatywnego improwizatora. W albumowym credits możemy poczytać o kompozytorskich zamysłach i konceptualnych wizjach, ale tu, na tych łamach, zalecamy nade wszystko skupiony odsłuch i celebrowanie pojedynczych dźwięków. Albowiem piękny to album!

Na dobry początek kompozycja na kontrabas i elektronikę kreowaną na żywo. Szeleszczący swąd z kabli i zapętlone frazy wysoko podwieszonego smyczka tworzą tu aurę, która generuje przeróżne sytuacje dramaturgiczne. Akustyka smyczkowego kontrabasu permanentnie modyfikowana jest elektroniką, wpada w polifonię, bywa ekspresyjna i niepozbawiona warstwy meta rytmicznej. Z kolei frazy grane pizzicato, bardzo minimalistyczne, stanowią tu rodzaj narracyjnego kontrapunktu. Warstwa elektroniczna ma także swój niezależny byt, często bywa filigranowa i także niepozbawiona znamion rytmu. Efektowna opowieść toczy się od stanu ciszy do niemal kompulsywnego hałasu. Drugi utwór, w pełni akustyczny, to wielominutowa, minimalistyczna, repetytywna i nade wszystko medytacyjna narracja. Muzyk pracuje tu smyczkiem, którego spektrum działania zdaje się być bardzo szerokie, a pomiędzy długie pasaże arco wplata drobne frazy pizzicato. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy bardzo surowe, smakuje muzyką dawną. Trzecia kompozycja jest krótka, bazuje na ekspresji wykonawczej. Z jednej strony nerwowe, post-barokowe didaskalia, z drugiej krótkie i dłuższe frazy, które są w stanie nabierać zaskakującej taneczności. Czwarta kompozycja, to akustyczne dźwięki kontrabasu urokliwe skorelowane ponownie z live electronics, a także z manipulacjami taśmą. Narracja znów jest dość minimalistyczna, zdobią ją jednak rozbudowane wtręty elektroakustyczne, w tym plejada dźwięków, które zasługują na miano fake sounds. Zmiana goni tu zmianę, pojawiają się narracyjne pauzy pełne ciszy i post-kameralny suspens. W trakcie wielominutowej opowieści frazy akustyczne zdają się pozostawać w pewnej przewadze, ale urokliwe zdobienia elektroniki (choćby nerwowe plamy post-ambientu) rekompensują nam ową czasoprzestrzenną nierównowagę.



 

Frank Paul Schubert, Kazuhisa Uchihashi & Klaus Kugel  Black Holes Are Hard To Find (Nemu Records, CD 2022)

Noisy Rooms, Berlin, wrzesień 2021: Frank Paul Schubert – saksofon altowy i sopranowy, Kazuhisa Uchihashi – gitara elektryczna, elektronika oraz Klaus Kugel – perkusja, instrumenty perkusyjne. Siedem kompozycji/ improwizacji, 78 minut.

Dwóch Niemców i Japończyk zapraszają tu do świata fussion jazz-rocka, który koncentruje się na improwizacji, zapewne częściowo predefiniowanej, na utworach, które nie bazują na zadanych tematach i zdają się dawać każdemu z muzyków dużą swobodę kreacji. Znając dokonania artystów, którzy zwarli szeregi na niniejszym albumie można było formułować w recenzenckiej głowie kilka dobrych lub bardzo dobrych scenariuszy. Dźwiękowa rzeczywistość napotkana na płycie zdaje się jednak nie realizować żadnego z nich. Przede wszystkim nagranie jest zbyt długie i często gubi dramaturgię. W przeważającej części prowadzone jest w leniwym tempie, w jego trakcie muzycy szczędzą nam emocji, a ekspresyjne szczyty omijają niekiedy bardzo szerokim łukiem.

Start każdego z utworów jest wyważony emocjonalnie, niekiedy filigranowy, często osnuty intrygującym, chwilami onirycznym klimatem. Delikatnie wycofany saksofonista (zwłaszcza, gdy pracuje na sopranie), mający tysiące pomysłów gitarzysta, wspierany elektroniką, która zdaje się dawać mu dużo opcji rozwoju sytuacji dramaturgicznej, wreszcie drummer, który bywa na ogół trzymany na uwięzi i tylko z rzadka pozwala sobie na puszczanie wodzy fantazji i budowanie energetycznej narracji. Pierwszy bardziej nerwowy drive rzeczonego perkusisty spotyka nas w drugim utworze. Po spokojnym otwarciu sopranu i gitary pełnej psychodelicznych niekiedy subtelności, narracja rusza do walki z czasem, ale osiągnięcie finału zajmie jej wiele minut. W czwartej części porcjowane emocje dostają nieco dubowego, gitarowego echa, a elementy rytmu, jakie kreuje Japończyk wiodą nagranie do przedsionka post-rocka. Dużo ciekawej jest w odsłonie piątej, gdy muzycy bez trudu uciekają z krainy łagodności (w której maczali już kilkukrotnie palce), brudzą brzmienie, szukają nietypowych frazowań. W części szóstej podobać się może kolektywnie realizowany, dronowy start, w którym nie brakuje dźwięków preparowanych. Z kolei ostatni utwór, który budzi się w poświacie gitarowego ambientu, dobrze łapie odrobinę psychodelii w żagle, ale artyści nie mogą zdecydować się, na jakim poziomie ekspresji realizować będą swój koncept. Decyzja o bardziej energicznej postawie zapada dość późno. Album kończy się bardzo dynamicznymi pasażami, które zdają się stanowić tu rodzaj artystycznej autoironii.



 

Moss Freed/ Union Division  Micromotives (Discus Music, 2CD 2023)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Moss Freed – gitara elektryczna, dyrygenckie gestykulacje, Laura Jurd – trąbka, Charlotte Keeffe – trąbka, Sam Eastmond – trąbka, Tullis Rennie – puzon, Rachel Musson – saksofon tenorowy, George Crowley – saksofon tenorowy, klarnet, Chris Williams - saksofon altowy, Rosanna Ter-Berg – flety, Brice Catherin – wiolonczela, Otto Wilberg – kontrabas, Steve Beresford – fortepian, Elliot Galvin – fortepian, Will Glaser – perkusja, James Maddren – perkusja oraz Pierre Alexandre Tremblay – elektronika, bas elektryczny. Siedem improwizacji, 127 minut.

Bliżej nam nieznana brytyjska orkiestra improwizująca pod wodzą gitarzysty Mossa Freeda, która zdaje się łączyć młodzieńczy temperament z bagażem improwizowanych doświadczeń (Beresford!), proponuje nam dalece ambitne przedsięwzięcie artystyczne. Na albumie odnajdujemy siedem rozbudowanych improwizacji, które sprawiają wrażenie dość precyzyjnie … zaplanowanych, a każda z nich dedykowana jest innemu tuzowi szeroko rozumianej muzyki współczesnej (Anthony Braxton, John Zorn, czy Barry Guy, by wymienić tych, którym na nasze łamy najbliżej). Każdy utwór ma urokliwy i intrygująco brzmiący początek, który niemal każdorazowo rozwija się w narrację sycącą się swobodnym jazzem i miewającą sporo kameralnych interludiów. W trakcie ponad dwóch godzin nagrania koncertowego napotykamy wiele wyjątkowo udanych momentów, ale nie sposób przemilczeć fakt, iż wielominutowe narracje miewają problemy z budowaniem dramaturgii na długim dystansie, a na etapie rozwinięcia kalkują pomysły poprzednich epizodów. Freed zdaje się, że rzucił się tu na wyjątkowo głęboką wodę, nie zawsze wygrywa, ale na jego kolejne próby już teraz czekamy z dużą niecierpliwością.

Wylistujmy najciekawsze fragmenty improwizacyjnych bojów prowadzonych przez 16-osobową Zjednoczoną Dywizję. Początek pierwszej real-time collective impro z miejsca stawia nas do pionu swą energetycznością, precyzją wykonania i dużą zmiennością akcji, tu definitywnie godną braxtonowskiego temperamentu. Sekcja dętych w pełnej gotowości, bystre, dynamiczne partie fortepianu, poszukiwania free jazzowych emocji, także działania w podgrupach i kameralne chwile wytchnienia. Druga opowieść zaczyna się niezwykle rozbudowaną plejadą drobnych fraz, które intrygująco snują się po scenie, korzystając z bazy smyczkowych dronów. Narracja zasługuje tu na miano post-chamber, ale nie szczędzi nam dramaturgicznych i brzmieniowych niespodzianek. Z kolei trzecia opowieść pachnie konceptem muzyki współczesnej. Najpierw samotna gitara, która rozmawia z ciszą, a potem kolektywna improwizacja, która zdaje się być minimalistyczna, ale na swój sposób taneczna. Mimo tak zarysowanej dramaturgii orkiestra nie skąpi nam salw ekspresji, godnych free jazzowych uniesień mistrzów. Czwarta część dedykowana jest Zornowi, zatem dynamika, ekspresja i stan permanentnej zmiany! Bystry, ponadgatunkowy kogel-mogel rośnie tu w siłę m.in. dzięki świetnej robocie perkusistów. Piąta i szósta improwizacja toczone są w dość leniwym tempie i nie stronią od dramaturgicznych mielizn. W pierwszej z nich sporo do powiedzenia mają dźwięki syntetyczne, w tej drugiej oś narracji opiera się na migotliwych i ulotnych frazach gitary i instrumentów dętych. Emocje na równi pochyłej, ale i smakowite plastry psychodelii. Finałowa narracja (dla Barry’ego Guya!) zaczyna się na poziomie gitarowych pick-upów. Narracja budowana jest skrupulatnie z drobnych, na ogół dętych westchnień. Nerw życia dają tu perkusje, które przez moment ciągną opowieść w stronę free jazzu, ale całość nie stroni od kameralnych, by nie rzecz post-klasycznych wtrętów, szczególnie fortepianu. Samo zakończenie przynosi nam garść bardziej ekspresyjnych zachowań ze strony perkusistów i elektrycznego basu.



Kshettra  Thou Art That/ Это есть то (Addicted Label, DL 2022)

Orange Studio, Moskwa, czerwiec 2020 - sierpień 2021: Boris Ghas – bas, gitara (utwory 2,3,7), saksofon (3, 7), sample (5), Viktor Tikhonov – perkusja akustyczna i elektryczna, instrumenty perkusyjne, gitary (1,4,5), syntezatory i sekwensery (1,3,4,5), metallophone (1,4,6,7), saksofon (2,3,7), Gosha Rodin – rożek francuski i efekty, delay-noises (5), gitara (6), Nikolai Samarin – syntezator (1,5), bas (1), Mila Kiseleva – czytanie poezji Borisa Ghasa (1,6), Nikita Gabdullin – gitara (2,3), Ilya Rosenblat – saksofon tenorowy (2,3,7), Alexander Novikov – saksofon barytonowy (2,7), Kirill Olkhovsky – skrzypce (4,7), Nikita Bobrov – perkusja (5) oraz Olga Larionova – wokal (7). Siedem utworów, 40 minut.  

Przed nami kolejny rozbudowany aparat wykonawczy, ale wykorzystany w dalece odmienny sposób. Tym razem odstawiamy improwizację jako naczelne narzędzie pracy i oddajemy się we władanie post-rockowej (prog-rockowej?) opowieści podanej nam z niemal renesansowym przepychem. Proste melodie, incydentalnie kwaśne rytmy, dużo smutnej radości i bardzo bogate aranżacje. Muzyka na długie trasy samochodowe, także do tupania nogą i śpiewania (jakkolwiek pozbawiona wokalistów - jedynie recytowanie poezji i ambientowe wokalizy). Co istotne, z punktu widzenia percepcji całego albumu, jego najmniej udanym momentem jest sam początek. Im dalej, tym lepiej, a trzy ostatnie opowieści śmiało zasługują na miano bardzo udanych w przyjętej, nieskomplikowanej rytmicznie i melodyjnie konwencji.

Pierwsze fragmenty albumu zdają się być nieco slapstickowymi, rockowymi piosenkami, podszytymi banalnie brzmiącą elektroniką. Dużo słodyczy, dęte inkrustacje, recytacje na pogłosie. Utwory szczęśliwie nasączone są przyzwoitą dawką dynamiki i nawet, jeśli pachną balladowymi wtrętami, dotarcie do końca nie stanowi dla wytrawnego słuchacza specjalnego problemu. W trzeciej opowieści mamy elektroniczny beat, który płynie pod jazzowo frazującą gitarą, w czwartej zaś tempo siada, artyści kombinują z rytmem, a my rozglądamy się za tym, co stanie się w kolejnych odcinkach. Trzy ostatnie utwory wiele tu bowiem rekompensują. W piątej odsłonie wita nas oniryczna elektronika, bystry rytm post-techno i gitarowe melodie, zwieńczone ambientowymi wokalizami. Odcinek szósty, to już crème de la crème albumu. Głos i masywny, rytmiczny bas pracujący w umiarkowanym, jednostajnym, niemal mantrycznym tempie, nad którym kłębią się obłoki post-elektronicznego hałasu. Dodajmy, iż sugestywna narracja zostaje tu urokliwie sfinalizowana. W końcowej opowieści znów nie brakuje mocnej bazy basowej, pojawiają się brudne brzmienia gitar i efektowne ekspozycje dęte, głównie saksofonu barytonowego. Zakończenie albumu jest mroczne, wręcz demoniczne, wzmacniane coraz bardziej rozśpiewanymi wokalizami.



środa, 12 lipca 2017

Matthias Müller – Opowieść o tym, jak to puzon do nieba wędruje (The Story of how the trombone goes to heaven)


Matthias Müller, niemiecki puzonista, dojrzały wiek średni, czyli 45 lat, był do niedawna dość rzadkim gościem w rozlicznych odtwarzaczach redakcji. Powody tego stanu rzeczy nie są w tym miejscu istotne, jakkolwiek nie sposób nie zauważyć, iż dyskografia muzyka nie jest nadmiernie rozbudowana.

Po prawdzie, jak dotąd ledwie jedna płyta z udziałem tego muzyka skutecznie zagościła na mojej półce z płytami. Myślę tu o doskonałym trio Astronomical Unit, które w doczekało się dwóch wydawnictw – Relativity (Jazzwerkstatt, 2009) i Super Earth (gligg Records, 2013). Miałem przyjemność poznać pierwszą z nich. Obok kontrabasisty Claytona Thomasa, w tej trzyosobowej efemerydzie free improv muzykowali także Christian Marien na perkusji i Matthias Müller na puzonie.

Szczęśliwie w roku bieżącym Matthias nagrał swoją pierwszą solową płytę, a dalszy splot przyjaznych okoliczności sprawił, iż trafiła ona do mnie. Tuż po niej duetowo-trzyosobowa edycja dla Creative Sources, a potem cztery inne, nieco starsze płyty dwóch duetów i jednego kwartetu. Innymi słowy - słuchanie muzyki puzonisty stało się w ostatnich tygodniach niemal codzienną powinnością Pana Redaktora.  A refleksja post factum mogła być tylko jedna  - ile wspaniałej muzyki krąży samotnie po świecie i nie jest do końca poznana, ani tym bardziej, artystycznie zdiagnozowana.

Zgodnie zatem z zasadą lepiej późno niż wcale, czym prędzej przystępujemy do szybkiej rozprawki, której naczelnym zadaniem będzie udowodnienie tezy, iż Matthias Müller to doprawdy wyśmienity muzyk.




Dowód pierwszy. Solo Trombone

Latem ubiegłego roku w rodzinnych stronach, na niemieckiej prowincji (Kirchtimke), puzonista rejestruje niedługi materiał, który następnie wydaje własnym sumptem pod precyzyjnym i niebudzącym wątpliwości tytułem Solo Trombone (MaMü Music, 2017). Trzy swobodne improwizacje z tytułami trwają niespełna 40 minut.

Bell czyli dzwon. Głębokie, krystalicznie czyste drobinki dźwięków, niczym biały szum akustyczny szczelnie wypełniają receptory słuchu recenzenta. Krople wirtualnej wody w tubie, post-elektronika bez bajtu pamięci. Dynamizm, zapalczywość, konsekwencja w dbaniu o niuanse brzmieniowe. Prawdziwe piękno najgłębszych zakamarków dużego instrumentu dętego, blaszanego. Potok dźwiękowej świadomości, literatura faktu. Akustyczny dron ze skromnymi modyfikacjami natężenia fonii. Jako kontrapunkt, szmery z zapoconej wajchy i przedechy o walorach perkusyjnych. O stosowanych metodach artykulacji muzyka możnaby książkę wielotomową popełnić. Barokowy przepych. I to na tak trudnym, bywa, że uciążliwym instrumencie, jak puzon… Armia jakże muzycznych narzędzi w użyciu – wiertarka, szlifierka, tokarka. Iście diabelski dobosz! Około 12 minuty opary akustycznego dark ambient. Blaszakowy hymn dla nieopornych. Szorstka, ale wciąż bogata w fajerwerki narracja. Jeden utwór, a to bodaj szósta, czy siódma zmiana kierunku improwizacji. Z kajetu recenzenta: napisać, że muzyk jest bardzo zaawansowany technicznie, to jakby nic nie napisać.

Valve czyli zawór. Rodzaj melodii? Pieśń dla potępionych w nieistniejącej wojnie światów. Czyste, niepreparowane dźwięki nawet przez kilka minut. Niczym frachtowiec dobijający do portu. Piękny sound, który ulega systematycznemu zabrudzaniu się. Bezczelnie konkretna sonorystyka. Wydechy przechodzące w drżenie.

Slide czyli ślizg. Plumkanie na temat, brzmienie w estetyce najlepszej filharmonii świata. Dźwięki znów chcą się lepić w dron, który przerywany bywa jedynie na ułamki sekund, by złapać oddech (z kajetu recenzenta: na puzonie można grać przy użyciu oddechu cyrkulacyjnego?). Zdaje się, że Matthias daje radę! Szalony muzyk! No… prawie  daje radę. Narracja toczy się teraz w wąskim paśmie, ale jest niezwykle intensywna. Bardzo wyjątkowy ten ślizg! - dodaje z uznaniem recenzent. Jeśli Bell był barokowo bogaty, to Slide jest stylistycznie jednorodny, wręcz purytańsko jednorodny. W drugiej części improwizacji dynamika hamuje – czas to odpowiedni na sonorystyczne popisy, w trochę minimalistycznej konwencji. Ale jakby… dwa puzony tu grały (i to, jak pięknie!). Znów sound puzonu, wraz z upływem czasu, intrygująco się zabrudza. Na finał próba quasi dronu, który wyrusza w podróż dokądkolwiek, bez biletu powrotnego. Biały szum z czerwonymi wypustkami. Chropowata semantyka czystego dźwięku puzonu. Craziness!




Dowód drugi. Quiet Notes And The Fascination Of What's Complex

Pozostajemy na półce ze świeżymi, tegorocznymi wydawnictwami. Dwa koncerty, jakie miały miejsce dzień po dniu, pod koniec maja 2015r. Jesteśmy w Monachium, imprezy kulturalno-oświatowe są dwie, a materiał zarejestrowany w ich trakcie trafi na dwa dyski jednego wydawnictwa, które nazwane zostaną Quiet Notes And The Fascination Of What's Complex (Creative Sources, 2017). 29 maja Matthias gra w trio, dzień później w duecie. Na płycie muzykę z tych incydentów zaprezentowano w odwróconej kolejności. Wnikliwa analiza Pana Redaktora dowodzi, iż uczyniono słusznie, umieszczając na dysku pierwszym materiał nieporównywalnie ciekawszy artystycznie.

Zacznijmy od Cichych Notatek. Na scenie jesteśmy zatem dzień później, a wraz z nami Matthias Müller na puzonie oraz Udo Schindler na klarnecie basowym i saksofonie sopranowym. Panowie będą swobodnie improwizować (choć epitet muzyka skomponowana pojawia się pismem drukowanym) w trzech odcinkach, oznaczonych zmyślnymi tytułami, których odsłuch nie zajmie nam więcej niż 39 minut.

Pierwszy. Na początek bardzo rozdyskutowana, ale spokojna narracja dwóch skorych do kompromisów dęciaków. Muzycy podążają w dość rytmicznym szyku, pozostając na skraju sonorystycznych incydentów. Idea tego przedsięwzięcia była chyba odrobinę przegadana przed występem (takie przynajmniej wrażenie odnosi recenzent). Po stylowej introdukcji, puzon tętni na sucho, czemu towarzyszą drobne, imitacyjne zachowania klarnetu basowego (ale iskry lecą!). Pojękiwania i techniczne fajerwerki są udziałem głównie Matthiasa, ale Udo też nie chce być mniej wyrazisty w tej kwestii. Puzon intonuje burzę piaskową. Muzycy brną przez improwizację bez specjalnych eskalacji napięcia. Estetycznie bliżej im nawet do ciszy i ekstremalnego skupienia. Drugi. Puzon atakuje wysokim dźwiękiem (jakaś przystawka, a może czegoś brak?), by za moment przejść do strefy szmerów i korpulentnych przedechów. Saksofon sopranowy kwili nieco przepraszającym tonem, ale jest precyzyjny i akustycznie adekwatny. Puzon potrafi imitować szczoteczki drummera. Sopran w tej kwestii nie ma zdania. Narracja znów wchodzi w stadium ożywionej dyskusji, niebanalnej wymiany zdań na dowolne tematy. Erudyci! Tu każde słowo ma trochę inny smak, a każdy dźwięk zdaje się być artystycznym argumentem nie do odparcia. Im bardziej muzycy stają się spokojni, tym bardziej poziom entuzjazmu recenzenta rośnie. Trzeci. Powraca klarnet basowy. Udo i Matthias prowadzą nieco niedźwiedzią pogawędkę. Dmą, burczą i klekoczą. Ten pierwszy pokazuje, że i on podręcznik technik artykulacyjnych przeczytał ze zrozumieniem (sonorystyka kropelkowa). Nie brakuje drobnych repetycji i chwil zadumy. Puzon ponownie jest suchy jak osiemnastowieczny parowóz. Znów krok w kierunku ciszy zdaje się być mistrzowskim posunięciem muzyków. Dwa akustycznie subtelne kocury na niezobowiązującym polowaniu. Gdy odzywają się głośniej, każdy z nich ma własny punkt widzenia (odrębna polityka brzmienia!) i nie zawsze kompromis jest jedynym rozwiązaniem. Gdy sytuacja sceniczna tego wymaga, potrafią wszakże w mgnieniu oka łapać wspólny język. Jeśli klarnet basowy proponuje głęboko zaszytą melodykę, puzon - w komentarzu - ucieka w skowyt, wieńczony akustycznym dygotem. Finałowa dynamizacja dodatkowo uwypukla jakość tego duetu. Matthias wręcz płonie z emocji (what a game!).

Teraz cofamy się w czasie o 24 godziny. Fascynacja Skomplikowanym. To tytuł spotkania. Do Matthiasa i Udo (ten chwyci także za kornet) dołącza Gunnar Geisse na laptopowej gitarze (cytuję za okładką). Panowie zagrają bardzo swobodną improwizację w jednym ciągu dźwiękowym, która potrwa 55 minut.

Gitara, wetknięta do laptopa od pierwszej sekundy tego koncertu, zawłaszcza lwią część przestrzeni akustycznej. Absorbuje uwagę, ale czy sprawia radość? Dęciaki okopane na przeciwległych flankach, zmuszone są do walki o przetrwanie i ustawicznie przypominanie o swoim istnieniu. Ich incydenty sonorystyczne giną w sosie elektroakustycznym, generowanym przez gitarzystę. Jeśli celem tego ostatniego jest psychodeliczny zaśpiew, puzon i kornet mają parę chwil dla siebie i pięknie kooperują. Gdy rockowe ornamenty i niekontrolowane przestery (w odczuciu nieco skonfudowanego recenzenta) biorą górę, dęciakom pozostaje taplać się w ciszy. Choć z drugiej strony, w momentach eskalacji natężenia dźwięków, jeśli pojawia się choćby odrobina kooperacji na linii skrzydła - centrum, muzyka znacznie zyskuje na wartości. Gdy jednak hardelectronic zaczyna dominować, Geisse zostaje na scenie sam, w obliczu osobistego przerostu kreacji. Jeśli tylko dęciaki zyskają nieco przestrzeni, płyną uroczo i zdolne są do podejmowania prób nawiązania dialogu z gitarą (niestety bez wzajemności). Tak dzieje się, choćby w środkowej części tej zbyt długiej improwizacji (z kajetu recenzenta: puzon i saksofon uwolnione ze szponów gitary i laptopa, dzień później dadzą wyśmienity koncert – ale o tym czytaliście już dwa akapity wyżej). Po 45 minucie muzyka trzech instrumentalistów delikatnie zaczyna się zazębiać, ale to znów skrzydła dostosowują się do dyrektyw z centrum. Następujące tuż potem eksperymenty w estetyce drum&bass recenzent pozostawia bez komentarza. Podobnie, jak finalizujące tę płyty sample z laptopa, które przypominają przegląd zawartości twardego dysku zagubionego artystycznie gitarzysty. Im bardziej recenzent zagłębia się w niuanse tego fragmentu dwupłytowego wydawnictwa, tym bardziej docenia i tęskni za krążkiem numer jeden.




Dowód trzeci. Superimpose

Personalia niezwykle kreatywnego emancypatora prostego zestawu perkusyjnego, Christiana Mariena, padły już w trakcie dzisiejszej rozprawki, przy okazji wspominania tria Astronomical Unit. W tym zaś momencie, jego grze do pary z Matthiasem Müllerem, przy okazji dwóch jakże szczególnych wydawnictw płytowych, będziemy przypatrywać się znacznie intensywniej.

Panowie funkcjonują artystycznie pod szyldem Superimpose (uwaga, słowo to w języku Szekspira nie oznacza wcale superimponujący; tu chodzi o czasownik nakładać się lub rzeczownik nakładka). Start duetu miał miejsce w roku 2007 na płycie wydanej przez Creative Sources, a zatytułowanej właśnie Superimpose. Kolejne dwa spotkania, to krążek Talk Talk dla Leo Records (2010) oraz winyl Edinburgh dla Wide Era Records (2014).

Płyta Talk Talk (Gadu, Gadu) zarejestrowana została w Wiedniu, w okolicznościach studyjnych, pod koniec listopada 2008 roku. Zawiera sześć pasjonujących rozmów na akustyczny puzon i takiż zestaw perkusyjny. Trwa 42 minuty.

Pierwszy. Dynamiczny, nadaktywny, niezwykle kreatywny drumming, któremu wtóruje szaleńczy, groźny puzon na rykowisku. Drugi. W ustach puzonu muzyk zakleszcza jurny tłumik i rusza w swawolną galopadę. Perkusja dudni i dzwoni złowieszczo. Przebieg improwizacji (status: music composed by the musicians) jest intensywny, dźwięki siane są gęsto, ale cała narracja jest zwinna, jak młody kocur i skacze z płotu na płot. Muzycy tańczą na rozgrzanym palenisku, ale nie parzą sobie stóp, ani dłoni. Są niezwykle kreatywni i zawadiaccy w zachowaniu. Trochę na siebie pokrzykują, nieco wzajemnie opukują, ale kierunek ich eskapady jest wspólny i jasno określony. Lubią się tulić do siebie i ocierać łokciem o łokieć. Matthias gra szaleńczo, a Christian dorównuje mu intensywnością przekazu. Trzeci. Jak się okazuje, drummer zdolny jest do sonoryzowania na potęgę i komentowania każdego ruchu puzonisty. Ten snuje swoje imaginacje w tempie karabinu maszynowego. Ma zdanie w każdym temacie, jakże uroczy gaduła. Cztery. Sposób improwizacji i stosowane przez muzyków techniki artykulacyjne są stosunkowo jednorodne, ale ilość akustycznych zdarzeń w jednostce czasu jest superimponująca! Piękno brzmienia puzonu w pełnej krasie! Marien jest kompulsywny i urokliwy, stuprocentowy perkusyjny adhd-owiec, co nie przeszkadza jednak, by sound jego instrumentu był subtelny, a interakcje soczyste i pełnowymiarowe. W tej eskalacji nie brakuje również dźwięków wydawanych otworem gębowym. Ale emocje! Piąty. Zdaje sie, że puzon wraz z perkusją stworzone zostały do pracy w duecie. Ten pierwszy znów zachwyca, gada jak żywy człowiek, nieco skonfudowany, jakby się tłumaczył, jakby przepraszał (z kajetu recenzenta: Matthias, jesteś wielki! zdaje się, że nie ma dźwięku, którego nie byłbyś w stanie wydobyć ze swego blaszaka!). Akurat ten fragment improwizacji, z uwagi na swą dynamikę, ma silny sznyt freejazzowy. Sześć. Szybkie tempo na finał. Jakie zwinne drapieżniki! Jak Tom i Jerry w kreskówkach Disneya! Tu każda sytuacja jest możliwa, każde zachowanie w pełni akceptowalne. Muzycy jakby mieli kilka żyć do wykorzystania. Umierają i rodzą się ponownie. Muzyka, nie dość, że piękna, jest także niebywale lekka, swobodna, bardzo przyswajalna nawet dla mniej obytych w gatunku. Cyrkowa zwinność, inteligencja i przebiegłość. Brak schematów wpisany w DNA każdego z muzyków. Koniec płyty zastaje nas całkowicie upoconych z emocji. What a game!




Czas na wydawnictwo Edinburgh, czas na koncert! Prawie pięć lat później - marzec 2013. Dwa epizody, każdy trwa 18 minut. Part one. O ile gadana płyta była intensywna i dynamiczna, o tyle koncert toczyć się będzie o tempo wolniej, jakby wyższe stadium wtajemniczenia w duetowy incydent improwizowany. Z otchłani ciszy dociera mikroprychanie puzonu, jakby w opozycji do dudniącej perkusji – talerz i werbel w stanie drgania, rżenia i tętnienia (z kajetu recenzenta: już w piątej minucie akustyczny orgazm!). Gęsta narracja, instrumenty na styku. Puzon, niczym pompa ssąco-tłocząca. Perkusja – stado koni w galopie. Improwizacja pięknie się dynamizuje, a eskalacje obu instrumentalistów są pieczołowicie kompatybilne i estetycznie zbieżne. Masywna pulsacja dwóch akustycznych ośrodków zapalnych. Wyciszenie w okolicach 8 minuty, to majstersztyk dramaturgiczny! Czas zatem na wytrawne sonore. Onirycznie, zmysłowo – Christian rezonuje, Matthias sygnalizuje chęć wydawania czystych dźwięków. Piękna fonicznie post-elektronika. Crazy game! Nieco ambientowa, dronowa, kompulsywna narracja, zupełnie pozbawiona jazzowych naleciałości. Puzonista drży i nadyma się, jak purchawka, w imponującym wszak tempie. Drummer szczotkuje grzbiet rumaka, ogiera monstrualnych rozmiarów. Finał fragmentu perfekcyjnie urwany. Part Two. Szum zatrutego ropą oceanu. Statki i tankowce osiadają na dnie. Narasta akustyczny dron, który nie weźmie jeńców. Solid rock! Sonorystyka Matthiasa wchodzi na szczyt. Recenzentowi aż trudno uwierzyć, że po drugiej stronie sceny dokują jedynie dwa instrumenty bez jakichkolwiek amplifikacji. Dron wybrzmiewa boleśnie i przekształca się w mikroincydenty, kreowane przez obu muzyków. Po chwili znów lepią się do siebie i kompulsywnie kopulują! Zwarta, gęsta od potu, mroczna i tłusta rozmowa dwóch niedźwiedzi w cieczce. Jak oni to grają… aż chciałoby się zobaczyć, jakimi metodami osiągają takie efekty foniczne! Dmą i dudnią na potęgę, bo niechybnie czas na finał koncertu. Improwizatorska, istotnie niemiecka dyscyplina święci triumf! Perfectly! Splendidly!




Dowód czwarty. Sesja krzyżowa

Za nami muzyka na puzon solo, na puzon w duetach i trio z innymi instrumentami. Czas zatem najwyższy na … dwa puzony! Towarzyszem tej akurat podróży naszego bohatera będzie inny Matthias, o nazwisku… Muche. Nagranie, które powstało kiedyś i w jakimś miejscu (brak danych w bazie redakcji), wydane zostało całkiem niedawno przez Creative Sources, a zwie się – co oczywiste - MM Squared Session (2015). Cztery fragmenty z tajemniczymi tytułami, niespełna 32 minuty.

. Dwie puzonowe kanonady, każda równie zwarta, jak intensywna. Prawdziwe królestwo niebieskie puzonu! Niemal wniebowstąpienie. Pociski o porównywalnych parabolach lotu i użytych środkach wyrazu. Mu. Oniryczne, plastyczne dźwięki trwające. Naprzemiennie, jeśli jeden stuka, to drugi plami przestrzeń akustyczną tego spotkania. Zaczynają na siebie pokrzykiwać, ale widać, że to przyjaciele z podwórka, niemal rówieśnicy. Wykastrowana melodyka tego fragmentu bije swą wyuzdaną urodą wprost w nos recenzenta! Ma. Czas na dobrze opieczone sonore. Szum w opozycji do pikowania utrąconego na niebie messerschmitta. Jakim kolorem szumi puzon po prawej? – pyta roztargniony recenzent. W odpowiedzi intensywna puzonowa orgia bez niuansów gry wstępnej. Dynamika! Emocje! Zwarcie w półdystansie! Noise! Dwa rozbrojone kałachy walą się po pyskach! Tti. Cisza po burzy, jakże mogłoby być inaczej. Niedźwiedzie zaloty w ramach zabijania czasu. Muzycy lubią się naśladować. Zasada imitacji działa perfekcyjnie, po niemiecku. Dwa samce na pogorzelisku oczekiwań niewprawnego słuchacza, który liczył na tradycyjnie brzmiące puzony. Genialny sound! A który z muzyków, którą flankę nagrania obstawił, niech pozostanie pytaniem retorycznym. Królowie puzonu – gwizd i miałczenie kocurów o lwich pazurach. Z kajetu recenzenta w cieczce entuzjazmu: jakże błyskotliwa i energetyczna może być improwizacja muzyków, którzy nie wyssali jazzu z mlekiem matki! Eskalacja na finał i intensywne wybrzmienie.




Dowód piąty. Kwartet Foils

Na ekskluzywny finał tej dość skromnej prezentacji muzycznych dokonań Matthiasa Müllera, prawdziwa energetyczna petarda, skumulowana w czterech głowach i czterech akustycznych instrumentach, o charakterystykach w pełni atomowych. Czyli Foils Quartet!

Z intrygującym niemieckim saksofonistą Frankiem Paulem Schubertem (nie mylić z Matthiasem Schubertem, równie wyrazistym saksofonistą), nasz bohater zwykł pogrywać głównie w duecie (choćby album Foils, FMR Records, 2010). W trakcie jednej ze swych wspólnych muzycznych podróży, trafili oni do angielskiego Birmingham. Tam, na scenie Lily Langtry Room, 2 kwietnia 2013 roku, spotkali silnie zrelaksowaną, lokalną sekcję rytmiczną, w osobach… Johna Edwardsa i Marka Sandersa. No i się zadziało! Dokument fonograficzny zwie się The Jersey Lily  (Creative Sources, 2014)

Pięć kwadransów niebywałej, free jazzowej erupcji muzycznych emocji! Dwa traki i pięć milionów wrażeń w wymiętolonym kajecie recenzenta. Free jazz z inklinacjami do współczesnej sonorystyki, a nawet nieco wulgarnie pojmowanej kameralistyki. Puzon i saksofon sopranowy w zderzeniu z sekcją, która gotowa jest na każdy przebieg zdarzeń. Dęciaki, mieniące się wszelkimi barwami współczesnej muzyki improwizowanej, są tu eksplozywnie korpulentne i dosadne, tak w działaniu, jak i brzmieniu. Potrafią także przyjmować pozy uroczych nastolatek, buszujących w zbożu i gotowych na każdą ewentualność. Ich niebywała wszechstronność, tak gatunkowa, jak i instrumentalna, prowokuje niezliczone zaskoczenia dramaturgiczne, w których jednak fenomenalnie odnajduje się angielska sekcja rytmiczna. Gra Schuberta godna jest muzyków, którzy także nosili i noszą takie nazwisko. Ciekawie w tym wrzącym tyglu wyzwolonych emocji, odnaleźć można poczynania Müllera. Znów niełatwy w użyciu, duży instrument blaszany jest w jego rękach zwinny i przebiegły, zdolny do generowania każdej dźwiękowej układanki. Sam muzyk świetnie wyczuwa działania partnerów, wchodzi w intrygujące dialogi i zawsze ma pomysł na interakcję. Zresztą te cechy charakteryzują każdego z członków tego – zapewne – jednorazowego kwartetu. Oni grają tak, jakby całe życie muzykowali tylko w tym układzie personalnym. Symbioza ta jest molekularna, pełnowartościowa i trwała. To niechybnie cecha muzyków wybitnych.

Gwoździem programu tej doskonałej płyty są epizody puzonisty w parze z niebywałym Johnem Edwardsem. W każdej części płyty jest jeden taki duetowy popis (choćby okolice 25 minuty Part One). Warta podkreślenia jest także sama produkcja koncertu. Nawet w ekstremalnym nawałnicach free, brzmienie instrumentu każdego z muzyków jest czyste i selektywne, co dodaje nagraniu kolejnego mega splendoru.