Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philipp Wachsmann. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philipp Wachsmann. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 listopada 2024

Harri Sjöström in Fields Quartet and Sestetto Internazionale!


Fiński saksofonista Harri Sjöström, od wieków berliński rezydent, to muzyk funkcjonujący trochę na obrzeżach europejskiej sceny free jazz/ free impro, przez lata kojarzony głównie jako częsty, europejski współpracownik Cecila Taylora.

Ostatnie lata dowodzą, iż to artysta definitywnie pierwszej linii frontu, szczególnie udanie sytuujący swoją kreatywność w swobodnie improwizujących składach - od tysiąca duetów, po setki kwartetów i niemniej fascynujący Sekstet Międzynarodowy.

Harri jest dość regularnych uczestnikiem przedsięwzięć związanych z krajowym FSR Records (labelem określanym onegdaj częściej jako Fundacja Słuchaj!) – zarówno w wymiarze płytowym, jak koncertowym. Jego występy na warszawskim Festiwalu Ad Libitum w ad hoc kwartetach, dwa lata temu z Elisabeth Harnik, Wilbertem De Joode i Dagiem Magnusem Narvesenem oraz w roku bieżącym z Benem Dweyerem, Rafałem Mazurem i Vasco Trillą, to dowody rzeczowe konstytuujące wartość, jaką ten wyśmienity muzyk wnosi do europejskiej muzyki improwizowanej.

Na łamach Trybuny nazwisko Fina pojawia się najczęściej przy okazji nowych produkcji wspomnianej FSR Records. Dziś dla odmiany sięgamy po dwa tytuły wydane w innych częściach świata. Tegoroczny kwartet wiele ma wspólnego z Portugalią i Niemcami, zeszłoroczny sekstet z rzeczonymi Niemcami i Włochami.



 

Lawrence Casserley, Floros Floridis, Guilherme Rodrigues & Harri Sjöström Fields (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence Casserley – signal proces instrument, Floros Floridis – klarnety, Harri Sjöström – saksofon sopranowy, sopranino, Guilherme Rodrigues – wiolonczela. Nagrane w PAS, Berlin 2022. Dwie improwizacje, 38 minut.

Kwartetowy front-line tworzą tu dwa dęciaki - ulotny, acz czupurny saksofon sopranowy (zamiennie z sopranino) i klarnet, na ogół basowy, preferujący zdystansowane riposty. Towarzyszy im frywolna wiolonczela, która zdaje się być pogrążona w estetyce chamber, ale gdy trzeba docisnąć struny, możemy na nią liczyć, a także wszędobylska elektronika, która na ogół czyni powinności live processing, ale zdolna jest też płynąć własnymi frazami i incydentalnie wyznaczać kierunek dalszej podróży. Fundamentem całego kwartetu w ujęciu dramaturgicznym jest potrzeba ciągłej zmiany. Każda akcja może tu liczyć na reakcję, a zasada ultra intensywnego słuchania i wchodzenia w dyskurs jest powinnością przypisaną bez wyjątku wszystkim.

Pierwsza improwizacja trwa ponad 24 minuty i konsumuje wszelkie walory dramaturgiczne dzieła wskazane w preambule. Głębokie wdechy i jeszcze głębsze wydechy budują gwałtowną powolność, syconą emocjami i chwilami ukradkowej nostalgii. Dęte frazy zdają się tu mieć niegraniczoną przestrzeń poruszania się, w ślad za nimi snuje się oniryczna elektronika, która potrafi kąsać, a instrumentem, który ma pieczę nad ładem i porządkiem narracji jest wiolonczela. Czujna, melodyjna, stabilizuje eko-system nerwowej improwizacji. Opowieść ma kilka punktów zwrotnych. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy odnajdują ciszę, sięgają po najdrobniejsze frazy. Akcje reanimują perkusjonalne wtręty wiolonczeli, mające wsparcie w zimnych podmuchach dętych i delikatnych plamach syntetyki. Po kolejnych pięciu minutach akcja osiąga stan wrzenia – wszyscy dygoczą z emocji, jedni formują się w strugę dronów, inni śpiewają post-barokiem wspartym na wyjątkowo nisko zawieszonym smyczku. Przed dłuższą chwilę opowieść balansuje od rozciągniętej w czasie ciszy po korpulentne fazy hałasu. Dramaturgiczny konsensus zostaje osiągnięty po dwudziestej minucie, gdy wszyscy lepią się w mroczny dron molowych medytacji. Za proces gaszenia płomienia odpowiada elektronika. Skwierczy, szmera, w końcu dosięga ciszy.

Druga improwizacja trwa dwanaście minut z sekundami. Jej początek jest ostry jak brzytwa. Saksofon i klarnet pokrzykują na siebie, wiolonczela śpiewa, a elektronika rozsiewa insekty kreatywności. Narracja intrygująco piętrzy się, po czym wpada w obcięcia kameralnej taneczności. Teraz zdarzyć się może już dokładnie wszystko – strunowe slajsy, dęte wdechy, frywolne zaczepki i krwiste riposty. Bywa, że na moment ktoś wychodzi przed szereg, ale dyktat kolektywności szybko przywołuje go do porządku. Jeszcze tylko kilka kocich westchnień i w okolicach dziesiątej minuty opowieść zaczyna układać się do snu. Przez moment można odnieść wrażenie, że czeka nas jeszcze finałowa kulminacja, ale to tylko pozór. Długie, leniwe frazy osiągają stan końcowej ciszy nie bez ingerencji edytorskiej.



 

Sestetto Internationale (Achim Kaufmann, Veli Kujala, Gianni Mimmo, Ignaz Schick, Harri Sjöström & Philipp Wachsmann) Due Muatabili (Amirani Records, CD 2023)

Achim Kaufmann – fortepian, Veli Kujala – akordeon ćwierćtonowy, Gianni Mimmo – saksofon sopranowy, Ignaz Schick – turntables, sampler, Harri Sjöström - saksofon sopranowy, sopranino, Philipp Wachsmann – skrzypce, live electronics. Nagranie koncertowe, MUG, Monachium, 2022. Dwie improwizacje, 58 minut.

Sekstet Międzynarodowy, który rozwinął się na przestrzeni lat z duetu dwóch saksofonów sopranowych, ma jedną konstytucję. Wedle słów Harri’ego, skomponowany tu jest jedynie wyjściowy line-up. Reszta, to efekt wzajemnego słuchania, bystrego reagowania i nieustannego podtrzymywania dobrej chemii w zespole. Dodajmy, iż koncert z Monachium, to trzeci album tego składu.

Początek koncertu jest dalece kameralny, ale rzeczona dobra chemia działa! Wystarczy jedno ukradkowe spojrzenie, by szóstka silnych mężczyzn dała się uwieść porywowi ekspresji. Rozśpiewani saksofoniści mogą tu liczyć na kreatywny wstrząs ze strony elektronika i rozbujanego akordeonisty, a w roli tych, którzy dbają o linearność improwizacji sytuują się pianista i delikatnie okablowany skrzypek. Oto sekstet, który zdaje się mieć niemal free jazzowy potencjał, ale też stojącą za nim nieskończoną kameralność. W tzw. przestrzeni pomiędzy dzieje się bardzo wiele. Aspekt brzmieniowy każdego instrumentu wnosi tu porcję przyjemnych niespodzianek – piano nabiera intrygująco brudnego brzmienia, elektronika kąsa niczym żmija, dźwięki dętych bywają zmyślnie preparowane, skrzypce dekonstruowane są elektroniką, z kolei ćwierćtonowy akordeon łamie frazy na tysiące sposobów.

Tuż przed połową pierwszego seta, który trwa blisko czterdzieści minut, artyści serwują nam prawdziwy szczyt emocji, kreślony szczególnie ekspresją skrzypka, akordeonisty i saksofonistów. Zejście z takiego wzniesienia do kameralnych dolin jawi się jako wyjątkowo urokliwe, przepełnione bojaźliwymi śpiewami, garścią preparacji i podmuchami ciszy, która zdaje się wisieć nad głowami muzyków, niczym wyrocznia. W tej fazie koncertu nie brakuje akcji w podgrupach, a na czoło tych najbardziej udanych sforuje się duet Harri’ego i Achima. Zakończenie seta, to moc kolejnych wrażeń – piano inside, elektroakustyczne szmerowisko, zabawne akcje skrzypka, czy efektowne, dęte drony na wydechu.

Drugi set trwa niewiele ponad dwadzieścia minut, a jego emocje wydają się jeszcze bardziej skondensowane. Otwarcie lepi się z drobnych fraz, które interferują niemal tanecznie. Wszędzie wokół panoszy się szmer zdartej płyty winylowej. Piano śle dźwięki z samego dna, a rozochocone saksofony kwilą, jak wróble na słupie wysokiego napięcia. Improwizacja nabiera tu wiatru w żagle stopniowo, bez napinania mięśni i zbędnego pośpiechu. Osiąga swój szczyt, pełen krzyków i hałasu, niedługo przed upływem kwadransa. Następująca tuż potem chwila wydechu sugeruje zakończenie, ale muzycy postanawiają raz jeszcze uderzyć w dzwon. Ostatnia prosta dość niespodziewanie przepoczwarza się w kameralny duet pianisty i saksofonisty (tu Gianniego), którego instrument brzmi niczym flet.




piątek, 22 listopada 2024

Spaces Unfolding & Pierre Alexandre Tremblay celebrate the Bead Records’ 50th!


Brytyjskie wydawnictwo Bead Records, które z całą pewnością możemy zaliczyć do grona pionierów niezależnych inicjatyw edytorskich, dedykowanych upowszechnianiu muzyki niepokornej, kreatywnej, improwizowanej (sam wybierz), obchodzi w tym roku 50-lecie istnienia.

Label, który swe najlepsze lata miał na przełomie siódmej i ósmej dekady ubiegłego wieku, od pewnego czasu – za sprawą norweskiego perkusisty Emila Karlsena – śmiało melduje się po stronie życia i muzycznej aktywności. Na tych łamach odnotowujemy każde jego tchnienie.

Obchody rocznicy nie będą specjalnie huczne, de facto sprawozdają się do koncertu w Cafe Oto (w grudniu) i premiery nowego albumu (dokładnie tydzień temu).

Na scenie i na albumie ta sama formacja, prawdziwie międzypokoleniowa mieszkanka – z jednej strony weterani, być nie rzec legendy gatunku, flecista Neil Metcalfe i skrzypek Philipp Wachsmann, z drugiej rzeczony Emil Karlsen i obsługujący urządzenia elektroniczne (także w aspekcie live processing) Pierre Alexandre Tremblay.

Koncert za kilkanaście dni, odczyt i odsłuch nowego albumu już teraz!



 

Nagranie firmuje akustyczne trio Spaces Unfolding, które znamy z wcześniejszej płyty wydanej przez Bead oraz Pierre Alexandre Tremblay, którego także znamy z innego wydawnictwa labelu (szukaj light.box). Muzycy przygotowali na sesję nagraniową coś na kształt meta kompozycji – cztery ustrukturyzowane, predefiniowane improwizacje, każda w dwóch lub trzech odsłonach. Dodajmy, iż jedna z nich jest sumą ekspozycji duetowych w formule instrument akustyczny vs. elektronika. Zresztą akcje w podgrupach są niemal stałym elementem także pozostałych części albumu, trzeba wszakże dodać, iż to elektronika jest graczem, który w trakcie prawie 80 minut trwania albumu niemalże nie opuszcza spektrum dźwiękowego.

Delikatnie drgające struny, suche powiewy fletu i szemrane percussion, to atrybuty akustyczne gemu otwarcia. Wokół nich panoszy się nad wyraz subtelna elektronika, na tym etapie w formie typowego live processing – rozrzuca akustyczne frazy po zadanej przestrzeni, powoduje, iż trzy instrumenty są w stanie wypełniać spektrum dźwiękowe nagrania, niczym wielka orkiestra symfoniczna. Całość jest wszakże lekka, niemal ulotna. Warstwa elektroniczna z czasem zaczyna dokładać do strumienia narracji coś więcej niż dekonstrukcje i multiplikacje fletu, skrzypiec i perkusji. Szeleści, pulsuje, plami teren jak suczka w cieczce, sprawia, że perkusja brzmi niemal dubowo, a pod koniec ekspozycji sama nabiera intrygującej intensywności. Puenta należy jednak do preparowanych dźwięków fletu i skrzypiec. Druga odsłona w fazie początkowej jest kontynuacją akcji instrumentów akustycznych, doposażona rezonansem, być może z perkusyjnego talerza. Całość nabiera pewnej śpiewności, a tło skrzy się plamami ambientu. Po kilku minutach Emil wchodzi w tryb drummingowy, ekspozycja zyskuje na intensywności, a następnie gaśnie na modłę kameralną.

Trzecia opowieść, to ekspozycja skrzypiec i elektroniki, która dopiero na ostatniej prostej zostaje skomentowana matowo brzmiącą perkusją, dodatkowo zanurzoną w ambiencie. Akustyka zyskuje tu multifoniczny wymiar, albowiem akcje elektroniki koncentrują się na wsparciu skrzypcowych śpiewów, a potem preparacji. Czwarta narracja zostaje oddana w objęcia fraz syntetycznych, wspomaganych akustyką głównie w wymiarze perkusjonalnym. W drugiej fazie utworu rośnie udział fraz akustycznych, które rozsiewają tajemnicze post-melodie, a całość staje się dość intensywna. Kolejna odsłona albumu eksponuje perkusję zatopioną w echu i pasmo syntezatorowe, które jest wstanie prowadzić samodzielnie narrację. Dopiero po kilku minutach pojawiają się kameralnie zatrwożone skrzypce i dawno niesłyszany flet. Podobną dramaturgią charakteryzuje się szósta opowieść. Perkusja tańczy z elektroniką, a rola wyjątkowo tu śpiewnych skrzypiec i rozbujanego fletu sprowadza się do ciętej riposty. I jeszcze część siódma, prawie wyłącznie skonsumowana przez Emila i Pierre’a – perkusyjna góra i basowy, syntetyczny dół.

Ósma część, to akcja nad wyraz spokojnego fletu i mącącej spokój elektroniki. Ten pierwszy pięknie ucieka w bezkres polifonii. W dziewiątym epizodzie dominuje akustyka, a jedynie ambientowa puenta przypomina, że gramy tu we czterech. Kolejny odcinek, to niemal same tajemnice. Słyszymy plejady niezidentyfikowanych fraz - dźwięki radia, post-elektroniczne szmery, tajemniczy rezonans, a potem akustyczne drobiazgi. Skupiona, kameralna narracja skrzypiec i fletu zostaje tu wpuszczona w bezmiar delikatnego live processingu. Zakończenie tej części albumu – istotnie intensywne - spoczywa na barkach perkusji i elektroniki. Podobnie rzecz się ma z końcową, jedenastą opowieścią. Spokojny, ambientowy start kreuje tu elektronika, która drży, jakby pochłonęła dużą porcję akustycznych fraz. W dalszej fazie ekspozycji dominują multiplikowane akcje perkusji. Na kablach rodzi się efektowne echo, które narasta. Finał albumu, choć kreowany we dwóch, wydaje się niemal epicki, pięknie przygaszony do ostatniego dźwięku.

 

Spaces Unfolding & Pierre Alexandre Tremblay Shadow Figures (Bead Records, CD 2024)

Spaces Unfolding: Neil Metcalfe – flet, Philipp Wachsmann – skrzypce, Emil Karlsen – perkusja oraz Pierre Alexandre Tremblay – elektronika. Nagrane w Huddersfield University, grudzień 2023. Jedenaście utworów, 76 minut.

 



wtorek, 23 stycznia 2024

Mats Gustafsson’ back to acoustic: Gush! Ensemble E! Hydros 9!


Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zauważyli być może, iż ostatnimi czasy legenda free jazzu i muzyki improwizowanej, szwedzki saksofonista Mats Gustafsson pojawia się tu jakby rzadziej. Nie wynika to bynajmniej z faktu, iż artysta wydaje mniej albumów, tudzież jest mniej aktywny koncertowo. To raczej konsekwencja tego, iż artysta od dłuższego czasu koncentruje się na graniu … głośnej i na ogół obudowanej elektroniką muzyki, która systematyczne oddala się od naszego ulubionego freely improvised music. Szanujemy każdy wybór artystyczny, jakkolwiek w tym przypadku od dawna mamy poczucie pewnej straty dla współczesnego wizerunku gatunku.

Z tym większą radością donosimy, iż Gustafsson zaprezentował jesienią ubiegłego roku aż trzy nowe albumy, które zdają się zwiastować powrót do idei akustycznego (lub prawie akustycznego) muzykowania. Co więcej, jednym z przejawów tej wspaniałej tendencji jest fonograficzne odrodzenie się jednej z najważniejszych formacji europejskiego free jazzu lat 90., czyli formacji Gush, którą Mats współtworzy z kolejnymi wybitnymi obywatelami Królestwa Szwecji – pianistą Stenem Sandellem i perkusistą Raymondem Stridem. Do gushowej reinkarnacji dodać trzeba jeszcze dwie orkiestry (Ensemble E i Hidros 9), które pod wodzą Matsa dostarczyły nam jesienią mnóstwo bardzo dobrych wrażeń muzycznych. I jakby było mało, wszystkie albumy, które dziś omówimy, zostały nagrane w Polsce!



 

Gush 30 (Not Two Records, 3CD 2023)

Alchemia, Manggha, Kraków, listopad 2018: Mats Gustafsson – reslide sax, saksofon sopranowy, tenorowy, barytonowy, flet, Sten Sandell – fortepian, głos, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz goście: Christine Abdelnour – saksofon altowy (utwory od 2-2 do 2-5), Jörgen Adolfsson – saksofon altowy (3-2, 3-6), Anders Nyqvist – trąbka (1-3 do 1-5), Philipp Wachsmann – skrzypce (2-1, 2-5), Sofia Jernberg – głos (1-2 do 1-5), Sven-Åke Johansson – recytacja (3-3, 3-4), Peter Söderberg – gitara, lutnia (3-2, 3-5). Łącznie siedemnaście improwizacji, 157 minut.

Gush świętował w Krakowie trzydzieste urodziny niemal dokładnie pięć lat temu. Fonograficzna dokumentacja wydarzenia trafia do nas dopiero teraz, ale warto było na nią bezwzględnie czekać. Trzy wieczory, trio bazowe i siódemka gości, która wchodzi w improwizowane interakcje z jubilatami w trakcie kilkunastu improwizacji. W dwóch przypadkach goście improwizują także sami ze sobą.

Dysk pierwszy przynosi sześć improwizacji – trio saute, kwartet z wokalistką, kwintet z wokalistką i trębaczem (w trzech utworach) i duet gości, pomieszczony pomiędzy pierwszą, a drugą improwizacją rzeczonego kwintetu. Początek Gustafssona, Sandella i Strida, to bukiet wyważonego post-jazzu, w pół kroku do estetyki free, ale i dwa kroki od zgrzebnej post-balladowości. Wszystko doposażone dużą porcją brzmieniowych i dramaturgicznych subtelności. Mats korzysta najpierw z tenoru, potem z sopranu, Sten pracuje głównie na klawiaturze, a Raymond sięga po jak zawsze szeroką paletę drums & percussion. Po dojściu wokalistki Jernberg improwizacja bardziej skupia się na dźwiękach preparowanych, dobrze pracuje z ciszą, a jej puentę stanowi drobna eksplozja emocji. Z kolei w kwintecie narracja do całego arsenału użytych technik rozszerzonych dodaje dużo jazzu i czystych, trębackich fraz Nyqvista. Trzy improwizacje kwintetu, to zarówno gra na małe pola, moc brzmieniowych atrakcji (z barytonem i inside piano), kontrolowana ekspresja na wydechu, jak i spora liczba jazzowych akcji w podgrupach. W części przedostatniej szczególnie podobać się może ekspresyjne duo saksofonu i perkusji. W finałowej odsłonie trzeba też odnotować pojawienie się fletu. Dysk uzupełnia niezbyt długa improwizacja wokalistki i trębacza. Sporo tu dźwięków preparowanych, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża.

Drugi dzień urodzin, czyli dysk drugi, to pięć improwizacji - trio ze skrzypkiem, trzy krótkie akcje tria z saksofonistką, wreszcie finał wieczoru zrealizowany w kwintecie. Gush grywał onegdaj z Wachsmannem, przyjmował wtedy nazwę Gushwachs! Tu kwartet zagłębia się w subtelnościach akcji kameralnych – śpiewne skrzypce, emocjonalny flet, inside piano i perkusyjne zdobienia. W fazie środkowej muzycy sięgają niemal po estetykę folkową, na koniec zaś raczą nas sporą dawką ekspresji. Improwizacje z Abdelnour, to ocean saksofonowych, niekiedy minimalistycznych preparacji wsparty prawie niedostrzegalnym akompaniamentem pianisty i perkusisty. To bez wątpienia crème de la crème całych urodzin, ze szczególnym uwzględnieniem klasy saksofonistki. Dysk wieńczy rozbudowana improwizacja kwintetu. Spokojny początek budowany czystymi frazami, potem dość szybka wspinaczka na szczyt, w fazie środkowej didaskalia drobiazgowych, preparowanych brzmień (z fletem, a także urokliwymi frazami altu i skrzypiec), wreszcie bardzo ekspresyjne zakończenie, niestety z prawie niesłyszalną w tumulcie free jazzu alcistką.

Dzień trzeci, finałowy, to sześć improwizacji – trio bazowe, duet gości (gitara i saksofon altowy), dwie miniatury tria z recytatorem, a na koniec dwa kwartety – najpierw z gitarą, potem z altem. Otwarcie tria zbudowane jest na kontraście – mroczny, filigranowy początek i ekspresyjna puenta, z pewnością najgłośniejszy moment urodzinowej trzydniówki. Mats zaczyna na tenorze, kończy na flecie, a ekspresyjne solo prezentuje pianista. Duet gości – gitarzysta Söderberg i alcista Adolfsson – to minimalistyczna zabawa na wdechu, trochę dronów i narracyjnych pętli, dość wszakże mało ekspresyjna ekspozycja. Z radością witamy ponownie na scenie Gush, które najpierw serwuje nam dwie krótkie opowieści z głosem. W roli narratora … perkusyjna legenda gatunku, czyli Sven-Åke Johansson! W pierwszej części gość używa języka szwedzkiego i zdaje się głosić jakiś manifest, w drugiej części opowiada ciekawą historię używając języka angielskiego. Trio świetnie mu akompaniuje, jakby zostało stworzone trzy dekady temu tylko po to, by przygrywać trupie teatralnej. Urodzinową dokumentację wieńczą kolejne dwa kwartety. Ten z gitarzystą zdaje się być lekki niczym Jezioro Łabędzie, ten drugi z alcistą sięga po melodie, a także frazy preparowane. Pierwszy nie stroni od dynamiki na etapie rozwinięcia, drugi przyobleka się w szaty farewell song, po czym dość niespodziewanie eksploduje mocą pełnokrwistego free jazzu.



 

Mats Gustafsson & Ensemble E EE Opus One (Trost Records, CD 2023)

Festiwal Kody, Lublin, maj 2022 (koncert) oraz Polskie Radio, Warszawa, wrzesień 2022 (dogrywki): Helga Myhr – skrzypce, Sylwia Świątkowska – biłgorajska suka, Susana Santos Silva – trąbka, Maniucha Bikont – głos, tuba, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Arne Forsén – fortepian preparowany, klawikord, instrumenty perkusyjne, Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, flet, spilåpipa, dyrygentura. Jeden utwór, 48 minut.

Opus One, to z jednej strony efekt fascynacji muzyką folkową Gustafssona i jego rozbudowana kompozycja - mozaika motywów i akcji w podgrupach, którą artyści starają się łączyć w strumień zwartej opowieści, z drugiej niebanalny zamysł pozwalający zebrać intrygujący, międzynarodowy aparat wykonawczy. Połączenie brzmień typowo folkowych i preparowanych fraz dętych, tudzież pianistycznych wypada doprawdy intrygująco, a wiele epizodów trzeba uznać za definitywnie wartościowe. Udanie skonstruowane elementy składowe nie zawsze budują tu jednak linearną opowieść, innymi słowy bywa, że brakuje efektu synergii, a dramaturgia czterdziestu ośmiu minut koncertu napotyka na drobne mielizny.

Początek koncertu jest dalece kameralny, budowany minimalistycznymi akcjami, pełnymi rozwagi i determinacji nieczynienia zbyt pochopnych ruchów. Powolna opowieść jest kontrapunktowana zarówno dętymi frazami free impro, jak i folkowymi plamami melodii. Na tym etapie podobać się może szczególnie śpiew płynący na bazie strunowych ekspozycji. Kolejne wejście dętych i piana przypomina już małą burzę z piorunami. Po jej dość sprawnym ugaszeniu (okolice 12 minuty) kilka samotnych chwil mają onirycznie brzmiące organy. Następne fazy koncertu zdobią akcje piana i perkusjonalii oraz ponownie folk płynący ze strun. W okolicach 25 minuty muzykuje już chyba cały septet, ale aura pozostaje folkowa. Narracja kołysze się od incydentalnych, ale akustycznie dosadnych akcji free impro do folkowych epizodów z dobrze zarysowaną linią narracji. Swoje dokłada tu tuba, która stara się łączyć estetycznie obie frakcje ansamblu. Po 35 minucie dostajemy wyjątkowo urokliwy passus wokalny, dla którego kameralny akompaniament kreuje kilku strumieni dźwiękowych. Po zejściu w ciszę opowieść startuje od nowa. Dużo w niej teraz nerwowych, rwanych fraz, generowanych przez obie frakcje (szczególne brawa dla strunowców!). Narracja zdaje się być jednocześnie taneczna i smutna, delikatnie oniryczna. To drugie zapewnia choćby duet organów i piana doposażony kilkoma głębszymi oddechami fletu. Samo zakończenie koncertu trwa kilka minut i wydaje się być odrobinę niedopracowane – z jednej strony folkowa zgrzebność, z drugiej post-jazzowy background i porcja fraz preparowanych. Ostatnia prosta zostaje pozostawiona samotnie wybrzmiewającej, biłgorajskiej suce.



Mats Gustafsson Hidros 9 Mirrors (Trost Records, CD 2023)

Avant Art Festival, Warszawa, 2022 - Soliści: Anders Nyqvist - trąbki (slide, piccolo), Colin Stetson – amplifikowany saksofon basowy, Hedvig Mollestad – gitara, Per-Åke Holmlander – tuba, Jerome Noetinger - tape machine, Dieb13 – gramofony; NyMusikk Trondheim: Eira Bjørnstad Foss – skrzypce, Matilda Rolfsson – bęben basowy, Lars Ove Fossheim – gitara, Michael F. Duch – bas, Øyvind Engen – wiolonczela, Kyrre Laastad – perkusja i elektronika, Nicolas Leirtrø – bas, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Ida Løvli Hidle – akordeon; Avant Art Ensemble: Teoniki Rożynek – skrzypce, Dominika Korzeniecka – bęben basowy, Szymon Wójcik – gitara, elektronika, Rafał Różalski – bas, Magdalena Bojanowicz – wiolonczela, Qba Janicki – perkusja i elektronika, Paweł Romańczuk – bas, Barbara Drażkov – organy, fortepian preparowany, Zbigniew Chojnacki – akordeon; Mats Gustafsson – dyrygentura, kompozycja na dwa identyczne, 9-osobowe zespoły kameralne, czterech solistów, tape machine oraz gramofony. Dziewięć części, 77 minut.

Druga z prezentowanych dziś orkiestr, to zdecydowanie bardziej epickie przedsięwzięcie – dwa niemal bliźniacze instrumentalnie nonety (jeden norweski, drugi polski), czterech improwizujących solistów, dwóch elektroakustycznych instalatorów na taśmach i gramofonach, wreszcie dyrygujący, tym razem pozbawiony instrumentu Gustafsson. Dźwięki koncertu wypełniają prawie całą nominalną pojemność dysku kompaktowego i dzielą się na dziewięć opowieści – od Intro po Outro, poprzez odpowiednio: Lustra, Cienie, Echo, Refleksje i ponownie, ale w lustrzanym odbiciu: Echo, Cienie i Lustra. Znów mnóstwo wrażeń fonicznych i dramaturgicznych, znów podobna uwaga, jak przypadku Ensemble E – ekscytujące niekiedy epizody, na ogół w podgrupach (często nawet w duetach!), nie zawsze łączą się w zwartą, równie intrygującą całość.

Opowieść, zgodnie z tym, co powyżej, można porównać do piramidy. Od otwarcia, poprzez wystudzone, w pełni kontrolowane epizody w podgrupach (bardziej akustyczne Mirrors i Shadows, bardziej elektroakustyczne Echoes), po szczytowe w tym wypadku Reflections, gdzie akcji i emocji jest najwięcej, aż po drogę powrotną, stanowiącą konstruktywną repryzę drogi na szczyt, niekiedy szczęśliwie doposażoną w większą dawkę żywiołowości i improwizowanych mini eskalacji. Bardzo bogate instrumentarium, gigantyczny, 25-osobowy skład generuje w trakcie koncertu mnóstwo dźwięków i sytuacji scenicznych, ale pomiędzy zadanymi tematami pojawia się dużo chwil ciszy, momentów zaniechania i nadmiernej kontroli narracyjnej. Fragmenty nagrania, gdy wykorzystywany jest cały aparat wykonawczy można policzyć na palcach jednej ręki. Tak rzecz się ma w kulminacyjnym, piątym epizodzie, który, tu bez zaskoczenia, jest najciekawszym fragmentem koncertu. Budowanym skrupulatnie, płynącym szerokim spektrum dźwiękowym, uformowanym na pewnym etapie w jakże ekscytujące crescendo. Dużo ciekawych, elektroakustycznych zdarzeń przynoszą obie części Echa, dostarczające wielu brzmieniowych niespodzianek. Na drugim biegunie atrakcji śmiało można usytuować obie części Mirrors, długie, łącznie trwające ponad dwa kwadranse, nadmiernie doposażone w momenty dramaturgicznego zastoju. Nie sposób zatem uniknąć konstatacji, iż orkiestra płynie zbyt często na zaciągniętym ręcznym i szkoda, iż precyzyjne ramy multi-kompozycji nie zostały w procesie wykonawczym nieco poluzowane, a muzycy puszczeni, w skończonej liczbie przypadków, na improwizacyjny żywioł.



wtorek, 26 września 2023

Sjöström, Hirt, Wachsmann and Lytton improvise Especially For You!


Kilkanaście miesięcy temu donosiliśmy na tych łamach o reaktywowaniu elektroakustycznego kwartetu XPact, który kilka dekad temu stylowo jednoczył improwizowane siły niemieckie i brytyjskie. W czasach jak najbardziej współczesnych Stefan Keune (w zastępstwie zmarłego Wolfganga Fuchsa), Hans Schneider, Erhard Hirt i Paul Lytton nie dość, że wydali doskonałą płytę XPact II, to zagrali jeszcze kilka koncertów w tak zwanej Europie Zachodniej. Na jeden z nich nie mogli dojechać Keune i Schneider, dzięki czemu powstała konieczność (sprzyjająca okoliczność), by z Hirtem i Lyttonem zagrały dwie kolejne legendy gatunku - Harri Sjöström i Philipp Wachsmann.

W tej zacnej dramaturgicznie sytuacji powstał nowy kwartet, który niemal dokładnie rok temu improwizował w Monachium. Dziś możemy ów koncert celebrować w naszych odtwarzaczach dzięki inicjatywie wydawniczej Bead Records, którą wspomniany wyżej Wachsmann osobiście powołał do życia ładnych kilkadziesiąt lat temu. Monachijski koncert składa się w dwóch setów zasadniczych i tyluż bisów. Całość zamyka się w godzinie zegarowej i zdaje się, nie tylko dla fanów soczystego free impro, smakować wyjątkowo dobrze. Zapraszamy do odczytu i odsłuchu!



 

Na scenie odnajdujemy mały saksofon Sjöströma, gitarę Hirta, skrzypce Wachsmanna (dwa ostatnie instrumenty doposażone elektronicznie) oraz zestaw perkusyjny Lyttona, jak zwykle bogaty we własne urządzania elektroakustyczne, które wspomagają jego lekki, ale jakże kompulsywny drumming. Pierwszy set trwa pełne trzydzieści minut, a jego otwarcie spowija chmura filigranowej akustyki moszczącej się w elektroakustycznym szumie. Muzycy reagują tu nie tylko na siebie, ale także na wszechobecną ciszę. Saksofon wydaje się skory do igraszek, z kolei skrzypce wyczekują, a wokół snują się elektroniczny kurz i stylowe flying percussion. Narracja jest jednocześnie łagodna i zadziorna, pachnie dobrymi, pionierskimi latami free impro. Opowieść czwórki mistrzów raz po raz nabiera incydentalnej dynamiki, a dzieje się tak na ogół dzięki akcjom Lyttona. Sporo fermentu wprowadza tu Hirt i jego gitara, z kolei Sjöström i Wachsmann raczej stoją na straży melodyjnego porządku, chętnie śpiewają, równie chętnie boleśnie pojękują. Długa improwizacja ma mnóstwo faz i podrozdziałów. Bywa, że elektronika z niemal trzech źródeł potrafi pokazać lwi pazur, bywa, że wszyscy pracują w trybie minimalistycznymi i prowadzą improwizowane dialogi w konwencji call & responce, są także momenty, gdy narracja pogrąża się w niemal onirycznym mroku. Po dwudziestej minucie opowieść nabiera zaskakująco post-klasycznego posmaku. Muzycy prawie topią się w ciszy, ale mistrz perkusjonalii nie pozwala na wiele i wyciąga kwartet na efektowne wzniesienie. Ostatnie zdanie należy jednak do saksofonu i skrzypiec.

Drugi set, prawie dwudziestominutowy, rozpoczyna się dość spokojnie. Smukły saksofon, posmak analogowej elektroniki i preparowane frazy gitary. Pod ten strumień dźwiękowy wślizguje się szeleszczący drumming i znów wynosi narrację na drobne spiętrzenie. Sopranino i skrzypce nie dają jednak za wygraną i snują efektowną kołysankę. Lytton nie odpuszcza i improwizacja przez moment zdaje się być wyjątkowo hałaśliwa. Kolejna faza koncertu, to próba łączenia wody i ognia – post-barokowe śpiewy płyną teraz na ramionach perkusyjnych szczoteczek pracujących na niezłej dynamice. W tle żyje emocjonalnie rozchwiana gitara, która stawia raz za razem drobne kontrapunkty dla wspomnianej wymiany uprzejmości. Emocje biorą tu jednak gorę, a dobrym komentarzem okazuje się gęsta cisza.

Koncertowe bisy trwają w sumie około siedmiu minut. Pierwszy jest dość żwawy, zainicjowany kolektywnie. Narracja syci się tu nawet pewną tanecznością i koncentruje na rytmicznych zabawach. Gitara frazuje jazzem, reszta szybko przechodzi w fazę intrygujących preparacji. Trochę humoru, akustycznej groteski i gitarowe wyciszenie. Drugi bis, zgodnie z nazwą utworu zawartą na płycie, jest już typową farewell song. Saksofon i skrzypce znów zatopione w śpiewnej post-klasyce, rezonujące percussion i delikatnie sfermentowana gitara. Na dalekim tle garść elektroakustycznych mikro zdarzeń buduje ciekawy dysonans. Po ostatnim dźwięku kilkudziesięciosekundowe oklaski. A jakże!

 

Sjöström/ Hirt/ Wachsmann/ Lytton Especially For You (Bead Records, CD 2023). Harri Sjöström – saksofon sopranowy, sopranino, Erhard Hirt – gitara, elektronika, Philipp Wachsmann – skrzypce, elektronika oraz Paul Lytton – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Nagrane na żywo, MUG, Monachium, październik 2022. Cztery improwizacje, 57 minut.



 

piątek, 9 czerwca 2023

Bead Records Lives Again! Three pearls with Emil Karlsen!


Nazwa Bead Records znana być winna wszystkim wielbicielom brytyjskiej muzyki swobodnie improwizowanej, którzy mają już trochę lat, innymi słowy, nie wyleźli sroce spod ogona w bieżącym millenium. Label powołany do życia w roku 1974 ma w dorobku mnóstwo wspaniałych płyt, ale po czasach ciężkiej prosperity przeżył już kilka śmieci klinicznych i okresów wzmożonej nieaktywności.

Bead Records ma się nieco lepiej w czasach cyfrowych, dorobił się strony bandcampowej, a ostatnie miesiące przyniosły cztery nowe produkcje (wszystkie także na nośnikach fizycznych, jakże poręcznych kompaktach). Nowe realizacje koncertują się wokół muzycznych aktywności … młodego, norweskiego drummera Emila Karlsena. Towarzyszy mu rzecz jasna wartościowy artystycznie zaciąg brytyjskich mistrzów i całe mnóstwo swobodnie improwizowanych cudów dźwiękowych.

Dziś zaglądamy na trzy ze wspomnianych nowości – Karlsen w trio z weteranami sceny, w trio z progresywną młodzieżą i w duecie z legendą perkusji. Trzy smakowite dania z dużym udziałem jakże kreatywnej perkusji. Welcome!



 

Spaces Unfolding (Metcalfe/Wachsmann/Karlsen) The Way We Speak (CD 2022). Nagrane w czerwcu 2021 roku, St.Mary's Old Church, Stoke Newington, Londyn: Neil Metcalfe – flet, Philipp Wachsmann – skrzypce oraz Emil Karlsen – perkusja. Pięć improwizacji, 51 minut.

Flet i skrzypce w rękach prawdziwych mistrzów europejskiej freely improvised music, tu podane nad wyraz czystym tembrem, bez wsparcia elektroniki (choć ten skrzypek to lubi!) i innych cudów współczesności. Karlsen dokłada uważny drumming, czyniąc powabną narrację jeszcze bardziej interesującą i przykuwającą uwagę. Warto podkreślić, iż w momentach dramaturgicznych spiętrzeń i dynamicznych interakcji dźwiękowych, improwizacja tria o nazwie własnej Spaces Unfolding urokliwie przypomina nagrania strunowego okresu Spontaneous Music Ensemble (dla mniej zorientowanych, Metcalfe grywał z formacją Johna Stevensa na początku lat 90. ubiegłego, jakże wspaniałego z wielu względów stulecia).

Początek płyty jest bardzo kameralny. Odrobina śpiewnych fraz i garść strunowych zgrzytów płyną swobodnie niesione strumieniem bystrej, szytej na miarę perkusji. Brzmienie tria nasycone jest echem obiektu sakralnego, w którym odbywa się spektakl. W drugiej części nastrój staje się jeszcze bardziej kameralny, wręcz post-barokowy. Perkusja pracuje tu bardzo minimalistycznie. Z czasem opowieść nabiera wiatru w żagle, ciekawie się piętrzy i rozbłyskuje plamami ekspresji. Trzecia improwizacja stąpa na palcach. Szumią perkusyjne szczoteczki, smyczek skacze po strunach, a śpiew fletu wydaje się być nad wyraz filigranowy. Narracja syci się suspensem, dzieli na krótkie duety, tudzież ekspozycje solowe. Muzycy chętnie pracują metodą call & responce. Wraz z rozwojem sytuacji scenicznej opowieść znów zyskuje na dynamice, przeto także jakości. Czwarta narracja, choć budowana krótkimi frazami, wydaje się być skoczna, niemal taneczna, pełna zmysłowej melodyki. Finałowa improwizacja stawia na dramaturgiczne subtelności – drobne dźwięki, rezonujące talerze, rytualne stemple formowane w intrygującą plecionkę. Całość wpada w rozkołysany rytm nie bez udziału shorts-cuts skrzypiec, półśpiewu fletu i drobnych akcji perkusyjnych. Ostatnia prosta przesycona jest pięknym, kameralnym smutkiem.



Light.box + Emil Karlsen The Undanced Dance (CD 2023). Nagrane w październiku 2021 roku, Huddersfield University: Alex Bonney – trąbka, elektronika, Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika oraz Emil Karlsen – perkusja. Osiem improwizacji w trzech częściach, 40 minut.

Kolejne trio, to już brytyjska młodzież i nasz norweski śródbohater opowiadania. Duet trąbki i gitary basowej bardzo udanie wykorzystuje tu elektronikę, tworząc z niej wielobarwne tło, zgrabnie uzupełniając akustyczne i elektryczne frazy, innymi słowy, generując emocje godne fussion-jazzu, chwilami także progresywnej elektroniki. W tym towarzystwie Emil czuje się jak ryba w wodzie. Świetnie napędza machinę improwizacji dynamiką swojego drummingu, gdy trzeba, umiejętnie tonuje emocje i dopowiada brakujące kwestie. Z trzech nowości dziś prezentowanych, ta bez dwóch zdań zasługuje na najwyższą ocenę.

Album skladka się z trzech improwizacji, z których dwie pierwsze podzielone są na trzy, a trzecia na dwie pod-opowieści. Pierwszą z nich inauguruje syntetyczna pulsacja basu i akustyczny rynsztunek perkusji. Trąbka wchodzi do gry już na etapie dynamicznego strumienia dobrych akcji w stylu fussion. Na spowolnieniu dostajemy się w smugę dźwięków przypominających live processing perkusji, a także gęsty strumień ambientu. Gitara basowa zdobi ścieg flażeoletami, a trąbka wpada w gigantyczny pogłos. Na fali talerzowej ekspozycji dość szybko wchodźmy w trzecią część utworu otwarcia, która stawia na akustykę, a zdobi ją nerwowa gitara. Druga improwizacja ma podobną dramaturgię. Zaczynamy na ostro, niemal ścianą dźwięku, by w połowie opowieści efektownie wystudzić emocje do poziomu gęstego ambientu i definitywnie urokliwych, dubowych klimatów. Po czasie perkusja sforuje się na czoło pochodu i pokrętną dynamiką kreuje dalszą część nagrania, wzbogaconą trębackim okrzykami i półmelodiami. Końcowy fragment drugiej improwizacji nie szczędzi nam mrocznego ambientu, efektownych, elektronicznych stygmatów i gitarowych drobiazgów. Trzecia opowieść składa się z dwóch części. Najpierw leniwie tempo, sporo akustycznych fraz, latających talerzy i trąbka, tu już tradycyjnie na dużym pogłosie. Tym, który narzuca improwizacji odpowiednią dynamikę jest oczywiście Emil. Po drobnym postoju w chmurze gęstego ambientu opowieść rusza z kopyta, niesiona wysokim wzgórzem i niemal symetrycznym beatem, na poły elektronicznym, na poły akustycznym. Muzyka umiera tam, gdzie się rodziła, w strudze elektroakustycznej pulsacji basu.



 

Mark Sanders & Emil Karlsen Muted Language (CD 2023). Nagrane w wiosną 2021 roku, miejsce nieznane: Mark Sanders – zestaw perkusyjny oraz Emil Karlsen – zestaw perkusyjny. Sześć improwizacji, 37 minut.

Jak muzycy/ wydawcy zapowiadają w albumowym credits, spotkanie dwóch perkusistów różnych pokoleń, to rodzaj polirytmicznych dialogów. Bystrzy drummerzy rzeczywiście ani przez moment nie zapominają, iż grają na zestawie perkusyjnym, ale wszystko czynią w trakcie niedługich trzydziestu siedmiu minut na wyjątkowo wysokim poziomie kreatywności - nie stronią od ciekawych rozwiązań rytmicznych, dźwięków preparowanych i improwizacji prowadzanej metodą call & responce. Dodajmy, iż Karlsen odpowiada tu za lewą flankę narracji, a Sanders za prawą.

Pierwsza improwizacja stawia na typowy drumming. Prowadzony na niezłej dynamice, raz za razem bogacony niebanalnymi zdobieniami, jeszcze smakowitszy w momentach dramaturgicznego spowolnienia. W kolejnych opowieściach artyści zdają się nam pokazywać kolejne obszary swych muzycznych kompetencji. Na starcie drugiej części króluje delikatny rezonans, na werblach moszczą się drobne przedmioty, a muzycy z tych puzzli układają zgrabną, całkiem dynamiczną narrację. Trzecia odsłona albumu syci się polirytmią, ale muzycy znajdują też chwile na zabawy w pytania i odpowiedzi, czynione w rezonującej poświacie. Kolejna opowieść tkana jest z drobiazgów, ale uformowana w rytmiczny ciąg zdarzeń. W piątej części narracja nabiera cech niemal rytualnego drummingu, zdobią ją akustyczne cudowności ze strony każdego z perkusistów. Finałowa opowieść stosuje różne metody artykulacji – coś rezonuje, coś szumi, coś głęboko oddycha. W oparach tajemnicy rodzi się końcowa prosta, która prowadzona jest w dużym skupieniu, ale całkiem dynamicznym stepem.



wtorek, 9 maja 2023

King Übü Örchestrü & Roi!


King Übü Örchestrü, jedna z najważniejszych europejskich orkiestr muzyki improwizowanej, funkcjonowała artystycznie od początku lat 80. ubiegłego stulecia do pierwszych lat nowego millenium, a uciekła w niebyt po śmierci jednego z założycieli, saksofonisty i klarnecisty Wolfganga Fuchsa. Stanowiła ciekawą przeciwwagę dla innych tego typu przedsięwzięć na Starym Kontynencie, zawsze pozostawała w cieni Globe Unity Orchestra, ale była też innego rodzaju tworem artystycznym. Estetycznie śmiało porównać ją można do London Improvisers Orchestra, choć ta druga powstała prawie dwie dekady później. Daleki zatem od free jazzu, KUO to ansambl, który czuł się w oceanie kolektywnych, bardzo swobodnych improwizacji jak ryba w wodzie, sycił swoje narracje niebanalnymi brzmieniami, lubił także flirtować z innymi dziedzinami sztuki, choćby z teatrem (wszak nazwa orkiestry zobowiązuje). Pozostawił po sobie ledwie kilka płyt, a każdą z nich warto znać i delektować się każdym jej dźwiękiem.

Ku naszej wielkiej radości King Übü wraca i to niemalże w oryginalnym składzie, w którym odnajdujemy muzyków z Niemiec, Anglii i Szwajcarii, w tym dwóch nowych załogantów, świetnie nam znanych mistrzów swobodnej improwizacji – saksofonistę Stefana Keune’a i puzonistę Matthiasa Muche. Skład orkiestry uzupełnia znamienity gość – wokalista Phil Minton. Ich nowe nagranie pochodzi z roku 2021, zarejestrowane zostało na koncercie, a wydane (w niełatwym procesie edytorskim) przez brytyjskie FMR Records, teoretycznie z datą 2022, faktycznie wystawione na publiczny poklask dopiero w roku bieżącym. Zapraszamy do świata cudownych, jedynych w swoim rodzaju dźwięków, generowanych przez kilkunastoosobowy skład, który muzykuje bez udziału dyrygenta, a skala predefinicji jego improwizacji pozostaje ukryta w mroku tajemnicy.



Na scenie dużej sali koncertowej odnajdujemy jedenastu muzyków – wokalistę oraz dziesięciu instrumentalistów, którzy dzierżą w dłoniach (tudzież ustach) pięć narzędzi dętych (w tym aż cztery blaszane), cztery strunowe (niektóre wspomagane elektroniką) oraz zestaw perkusjonalny, doposażony w akcesoria zdolne generować tajemnicze, post-akustyczne dźwięki. Koncertowa opowieść składa się z dwóch rozbudowanych improwizacji.

Pierwsza z nich rodzi się w ekstremalnym skupieniu – plamy drobnych, rwanych fraz, głównie strunowych i głosowych, incydentalnie dętych płyną po dywanie pulsującego, ambientowego tła z posmakiem elektroakustyki. Dźwiękowe rozmowy, bystre interakcje, szeroki bukiet dalece kontrolowanej intensywności i dramaturgicznego ładu. Muzycy frazują na ogół stosując niekonwencjonalne metody artykulacji, które zwykliśmy nazywać dźwiękami preparowanymi. Pracują z dużą swobodą, pełni meta teatralnej podniosłości, perfekcyjnie nasłuchają, co w trawie piszczy, kreują interakcje na bazie brzmieniowych podobieństw, ale także starają się naśladować dźwięki natury, co zawsze było jedną z konstytucji KUO. Podobnie, jak budowanie narracji stymulowanej ciągłą zmianą. Także sam proces przeprowadzania zmian, praca w podgrupach i sposoby reagowania zdają się tu być świetnie przemyślane i nieskore do jakichkolwiek błędów, czy działań niekontrolowanych. Narracja incydentalnie potrafi tu gęstnieć i nabierać pewnej pokrętnej hałaśliwości, ale takie fragmenty koncertu, to raczej interludia, nie zaś krew improwizacji. Najważniejszy jest kolektyw, praca w grupie, wzajemne interakcje, niekoniecznie zaś ekspozycje solowe. Po upływie kwadransa muzycy zdają się konstruować nieco dłuższe strumienie dźwiękowe, jakby głęboko oddychali i sycili się wonią natury. Sami finał pierwszej części jest wyjątkowo urokliwy fonicznie – odrobinę melodyjny, budowany wszakże z półdźwięków i szumów.

Drugą odsłonę spektaklu anonsuje gong i głosowe lamenty Mintona. Wokół kłębią się nerwowe, dęte westchnienia, które przybierają postać dronów. Druga improwizacja zdaje się być jeszcze bardziej poddana dyktatowi ciągłej zmiany. Przez moment flow ciągnie tu mrocznie brzmiący kontrabas, potem dostajemy się w chmurę szumów i instrumentalnego gadulstwa, napotykamy także na momenty onirycznej ciszy. Z kolei faza dłuższych artykulacji zdobiona jest przez efektowne burknięcia tuby, wsparte na strunowych zdobieniach. Kameralne pociągnięcia pędzlem melodyjnych strunowców i dęte pokrzykiwania pięknie ścielą nam przestrzeń pod kilka duetowych akcji – głosu i wspomnianej tuby, potem zaplątanej w elektronikę gitary i puzonu, wreszcie saksofonu i skrzypiec. Intrygująca jest także krótka faza dętych, niemal ptasich dyskusji półsłówkami. Po upływie 20 minuty orkiestra na moment efektownie rozkwita wiedziona aktywnością perkusjonalisty, po czym staje po kolana w gęstej ciszy. Zaczyna się budowanie finałowego, niezwykle zmysłowego, acz bardzo cierpliwego, temperowanego crescendo. Od leniwych oddechów, przez plejadę shots-cuts kreowane już na pewnej rytmicznej bazie, po eksplozję instrumentów dętych, niesioną ku górze ekspresją wokalisty. Ognisty finał zostaje tu perfekcyjnie doprowadzony do śmiertelnej ciszy, która ewokuje burzę oklasków.

 

King Übü Örchestrü Roi (FMR Records, CD 2022/23). Mark Charig – kornet, Hans Schneider – kontrabas, Erhard Hirt – gitara, elektronika, Paul Lytton – instrumenty perkusyjne, akcesoria akustyczne, Stefan Keune – saksofon sopranowy, Matthias Muche – puzon, Axel Dörner – trąbka, Melvyn Poore – tuba, Phillipp Wachsmann – skrzypce, elektronika, Alfred Zimmerlin – violincello oraz w roli gościa Phil Minton - głos. Nagranie koncertowe, Dialograum Kreuzung, St. Helena, Bonn, wrzesień 2021 roku. Dwa utwory, 62:10.

 

wtorek, 12 kwietnia 2022

Tony Oxley! Unreleased tracks from the past and now!


Stali Czytelnicy Trybuny Muzyki Spontanicznej wiedzą o historii freely improvised music dokładnie wszystko, zatem wiedzą także, jak ważną postacią w tej wspaniałej epopei jest perkusista Tony Oxley. Muzykowi temu nie poświęcamy współcześnie zbyt wiele czasu, ale jego wkład w rozwój gatunku jest niemalże fundamentalny. Dla odświeżenia pamięci warto poczytać choćby pewien tekst, zamieszczony na tych łamach kilka lat temu, do którego prowadzi link ujawniony na końcu dzisiejszej opowieści.

Rzeczony wkład nie ogranicza się bynajmniej do drummerskiej roboty. Tony Oxley, to autor wielu płyt, składów i zjawiskowych zdarzeń na scenie free impro. Przy okazji artysta, który uwielbiał (uwielbia?) improwizować na bazie … dobrze skonstruowanych scenariuszy. Dyskografia jego predefiniowanej improwizacji pod własnym nazwiskiem ma kilka fundamentalnych pozycji, ale po prawdzie policzyć je można na placach jednej ręki. Tym większa zatem nasza, jakże współczesna już radość, iż właśnie ukazał się mocą brytyjskiego wydawcy zbiór niepublikowanych nagrań Oxleya z lat 1974, 1981 i 2016. Na liście płac same wspaniałe nazwiska, w tym giganci gatunku, tacy jak Barry Guy, Howard Riley czy Paul Rutherford. Nikogo zatem do wysłuchania albumu o dość banalnym tytule Unreleased zachęcać nie trzeba. Prawie 50 minut samych wspaniałości, i jak to u Oxleya bywa,  zgrabnie uporządkowanych dramaturgicznie, całkiem swobodnych improwizacji!

 


Pierwsze trzy nagrania powstały w kwintecie - perkusja, kontrabas, trąbka, puzon i piano plus elektronika wpleciona w akustyczne dźwięki na żywo, ale także dodana na etapie dodatkowych miksów czynionych już współcześnie. Wszystkie te epizody zdają się bazować na perkusjonalnym rynsztunku, delikatnie wspomaganym elektroniką i na fortepianie, który bogacony jest preparacjami i często przyjmuje także postać dodatkowych perkusjonalii. Trąbka i puzon pozostają w roli komentatorów, często śpiewem, prychaniem, tudzież preparowanym szelestem fantastycznie zdobią narrację. Kontrabas zdaje się pozostawiać w podobnej roli, jak dęciaki, ale jego głównym zadaniem jest tu chyba … zaskakiwanie brzmieniem. Czasami instrument brzmi niczym bas na kołyszących się gitarowych pick-upach, który nawet w trybie arco zdolny jest zaskakiwać tembrem swoich fraz. Całość improwizacji bez trudu osiąga tu poziom godny samego Spontaneous Music Ensemble (oczywiste związki personalne!), tyle, że sugestywnie inkrustowanego elektroniką. Kameralna gra na małe pola, pełna swobody, ale i typowo oxleyowskiej dyscypliny narracyjnej.

Druga opowieść jakby na potwierdzenie poprzedniego zdania - puzon i trąbka grają frazy otwarcia niemalże unisono, piano i perkusjonalia płyną imitacyjnym strumieniem, a brzmienie smyczka pachnie gitarowym fuzzem. Muzycy rozmawiają ze sobą metodą call & responce, a elektroakustyczna poświata pięknie lepi wszystko w błyskotliwą całość. Trzecia improwizacja jeszcze silniej akcentuje rolę perkusjonalii i rozhuśtanej pianistyki. W tej części każdy z muzyków preparuje swoje dźwięki, wypada jedynie zapytać retorycznie, który z nich robi to bardziej stylowo.

Czwarta improwizacja także zrealizowana została w kwintecie – perkusja i piano pod tymi samymi rządami plus saksofon, gitara elektryczna oraz skrzypce. Najdłuższa w tym zestawie, trwająca kwadrans improwizacja budowana jest na trochę innej zasadzie. Ma swoje podepizody, a kreowana jest w zasadzie bez typowych atrybutów perkusyjnych. Oxley sprawia tu wrażenie demiurga, który jedynie czuwa nad przebiegiem całości, lepi pajęczynę elektroakustycznych powiązań (która chwilami brzmi, niczym live processing), a na samym końcu podnosi temperaturę improwizacji nerwowym drummingiem po samych talerzach. Improwizację otwiera duet skrzypiec i gitary. Szorowanie i rozciąganie strun, odrobina prądu na gryfie gitary i całe morze preparowanych fraz. Z czasem strunowe dźwięki nabierają processingowego echa, a po kilku minutach niespodziewanie oddają pole saksofonowi, który rozsyła free jazzowe frazy mając niebywale zabrudzone brzmienie. Rozbudowanej czasowo ekspozycji dętej towarzyszą elektroakustyczne zdobienia, także w wymiarze perkusjonalnym oraz wiele zdarzeń fonicznych ze strony skrzypiec i gitary. W połowie narracji do gry wchodzi pobudzony pianista i zdecydowanie przekręca gałkę narracji w kierunku napisu free jazz! Improwizacja gęstnieje mocą pięciu żywych instrumentów i elektronicznego sztafażu. Strunowce na flankach szaleją, pianista dolewa do ognia, a sam finał zdobi zapowiadany kilka zdań wcześniej drumming na talerzach.

Finałowa, już współczesna improwizacja, to zbiór elektroakustycznych dźwięków związanych z brzmieniem perkusjonalii, tu zdaje się zmiksowanych dodatkowo na etapie post-produkcji. Ciekawe jest brzmienie tego fragmentu płyty, bo choć nagrane ledwie kilka lat temu przypomina aurę i elektroakustykę sytuacji scenicznej sprzed kilkudziesięciu lat. Zakończenie płyty skrzy się zgrzytliwymi, niemal industrialnymi zjawiskami fonicznymi.

 

Tony Oxley Unreleased (1974-2016) (Discus Music, CD 2022). Tony Oxley – perkusja, instrumenty perkusyjne i elektronika (utwory 1-5), Barry Guy – kontrabas (1-3), Dave Holdsworth – trąbka (1-3), Paul Rutherford – puzon (1-3), Howard Riley – fortepian (1-4), Larry Stabbins – saksofon (4), Phil Wachsmann – skrzypce (4), Hugh Metcalfe – gitara (4) oraz Stefan Hoelker – instrumenty perkusyjne (5). Nagrania powstałe w różnych, nieopisanych miejscach - pierwsze trzy utwory pochodzą z roku 1974 (dodatkowe dogrywki odpowiednio z lat 2020, 2005 i 2019), utwór czwarty z roku 1981, zaś piąty z roku 2016. Łącznie pięć improwizacji, trwających 48 minut i kilkanaście sekund.

 

Czytaj uważnie!

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/04/tony-oxley-scenariusz-dla-wolnej.html

 

 

wtorek, 15 lutego 2022

The Electro-Acoustic Adventures Of Evan Parker! Back to the Past!


Idea poszerzenia możliwości brzmieniowych improwizującego tria Parker – Guy - Lytton o elementy dekonstrukcji akustycznych dźwięków, prowadzonej w czasie rzeczywistym za pomocą urządzeń elektronicznych (zwanej w języku Szekspira live processing), zrodziła się w głowie Evana Parkera zapewne wiele lat temu, ale realne kształty artystyczne i organizacyjne przybrała w połowie lat 90. ubiegłego stulecia. 

Wtedy to sformowany został pierwszy skład Electro-Acoustic Ensemble (bazowe trio, skrzypek i dwóch procesorów dźwięku), a światu ujawniono jego pierwsze studyjne dokonanie Towards The Margin. W kolejnych latach skład zespołu był sukcesywnie poszerzany, a monachijska ECM dostarczyła światu kolejne cztery albumy, zaś Psi Records ten szósty, który w roku 2012 na kilka lat wyciszył ideę elektroakustycznych improwizacji tego składu *). O tym niezwykle ważnym epizodzie w dorobku najważniejszego współczesnego muzyka improwizującego można poczytać w monografii artysty, dostępnej, co oczywiste, na tych łamach.

Formacja niespodziewanie wróciła do życia w roku 2019 i zagrała koncert w trakcie warszawskiego Festiwalu Ad Libitum, a dwa lata później dokumentacja foniczna tego wydarzenia znalazła swoje odzwierciedlenie na srebrnym dysku Fundacji Słuchaj. Właśnie ów rok 2021 - nomen omen, 25-lecie zespołu! - stał się okazją do publikacji starszych nagrań elektroakustycznych formacji Evana Parkera. W trakcie minionego roku poznaliśmy dwie nowe płyty, obie zawierające nagrania z końca ubiegłego wieku. Najpierw w kwietniu, za sprawą kanadyjskiej inicjatywy wydawniczej związanej z Festiwalem w Victoriaville, ukazało się nagranie koncertowe składu, który w roku 1996 zainicjował powstanie grupy (z ważnym wszakże gościem!) **). Z kolei w sierpniu – tym razem mocą japońskiego edytora - świat poznał płytę sygnowaną jako Electro-Acoustic Quartet, zawierającą koncert z Japonii, z października 2000 roku.

Dziś nad tymi równie nowymi, jak starymi nagraniami pochylamy się z ogromną radością, należytą uwagą i wyjątkową skrupulatnością.

 


Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble With Sainkho Namtchylak  Fixing The Fluctuating Idea (Les Disques Victo, CD 2021)

13-a edycja Festival International de Musique Actuelle de Victoriaville, Victoriaville, Kanada, 19 maja 1996 roku i następujący muzycy na scenie: Evan Parker - saksofon sopranowy i tenorowy, Barry Guy – kontrabas, Paul Lytton – instrumenty perkusyjne i elektronika, Phil Wachsmann – skrzypce, altówka, elektronika, Marco Vecchi – sound processing & live electronics, Walter Prati - live electronics oraz w roli gościa Sainkho Namtchylak – głos (wedle ucha recenzenta, udzielająca się jedynie w pierwszej części koncertu). Dwa długie sety trwają tu łącznie 72 minuty i 22 sekundy.

Pierwszy, niemal 40-minutowy set zwie się Fixing, co świetnie oddaje atmosferę i dramaturgię tej części spektaklu. Początek należy wyłącznie do delikatnie rozhisteryzowanego głosu Sainkho. Artystka prezentuje nam całe spektrum swoich możliwość głosowych, które, jak wiemy, zdaje się nie mieć granic. Po upływie trzech minut jej głos zaczyna być poddawany live proccesingowi. Poświata elektronicznej dekonstrukcji zaczyna spowijać scenę, a wokalistka zdobi ją jeszcze delikatnym, melodyjnym śpiewem, a potem zmysłowym szeptem. Efektem tych wszystkich działań jest płynący szerokim korytem wielogłos, piękne zjednoczenie żywych i syntetycznych fraz. W okolicach 9 minuty pojawiają się pierwsze dźwięki kontrabasu i skrzypiec (altówki?). Piękne, czyste strunowe frazy płyną do nas z bystrym komentarzem wokalistki. Dopiero w połowie 18 minuty do gry wchodzi saksofon sopranowy i od razu lepi się do płynnej wokalizy. Emocje rosną w mgnieniu oka, a duet saksofonu i głosu zdaje się wieść narrację na wyjątkowo efektowne wzniesienie, niepozbawione wzajemnych imitacji. W 23 minucie powraca kontrabas, a swoją obecność zgłaszają też perkusjonalia. Z kolei saksofon i wokal pozostają z nami już tylko w formie elektronicznych dekonstrukcji. Ekspresja wchodzi na kolejną krzywą wznoszącą, dzięki czemu septet osiąga stan prawdziwie ognistej narracji. Dalsza faza koncertu spoczywa na instrumentach strunowych, które stymuluje do coraz większej aktywności skrzydło elektroniczne. Na czele szeregu staje kontrabas i zdaje się kreować improwizacje wedle własnych pomysłów. Najpierw płonie żywym ogniem, potem tłumi się ciepłymi frazami w oczekiwaniu na powrót saksofonu. To zdarzenie następuje po 33 minucie, która niespodziewanie wyznacza odcinek narracji przeznaczony wyłącznie dla tria bazowego. Sam Parker sięga tu po saksofon tenorowy, czego nie zwykł na ogół czynić w ekspozycjach towarzyszących dźwiękom elektronicznym. Muzyka znów sięga nieba, a powrót wokalu i elektroniki, tudzież skrzypiec, wprowadza nas w finałową, niezwykle eksplozywną fazę pierwszego seta. Ostatnie jednak frazy należą do Sainkho, która wrzaskiem godnym początku koncertu spina czterdzieści minut doprawdy genialnego spektaklu.

Drugi set zwie się Fluctuating i trwa niewiele ponad dwa kwadranse. Zaczynają instrumenty strunowe, pod które po niedługiej chwili podłączają się perkusjonalia i saksofon sopranowy. Elektroniczne echo przetwarzanych akustycznych fraz rodzi się tu jakby mimochodem, niosąc intrygującą poświatę, ale nade wszystko wzmacniając akustyczny przekaz. Po kilku minutach dość zrównoważonej emocjonalnie narracji, improwizacja tłumi się do postaci perkusjonalii, które wspierane drobną elektroniką zaczynają imponującą ekspozycję solową. Po 10 minucie na scenę powracają pozostałe instrumenty i dość aktywna warstwa elektroniki. Żywe dźwięki zdają się stanowić w tej chwili reguły gry, ale te syntetyczne walczą o swoje i nie dają się sprowadzać do roli kreatywnego echa. Pozycyjna walka dobra i zła szybko odnajduje puentę w solowej ekspozycji saksofonu sopranowego – Parker i jego oddech cyrkulacyjny w pełnej krasie! Po kilka pętlach sopran dostaje wsparcie elektroniki i opowieść staje się imponującym duetem żywego i procesowanego dźwięku. Powrót do rozbudowanego składu następuje w okolicach 20 minuty. Sopran wciąż kąsa, ale kolejne dawki mocy płyną z coraz aktywniejszej elektroniki. Kilka perełek do konstelacji dokładają tu skrzypce (lub altówka). Po niedługiej chwili elektronika podkręca potencjometry, a saksofon kontratakuje. Koncert robi się naprawdę głośny! Na finałowe trzy minuty władzę nad sceną przejmuje kontrabas. Najpierw tłumi się elektroniką, potem eksploduje solową, akustyczną ekspozycją. Scenę ponownie opanowuje duet żywych i procesowanych dźwięków jednego instrumentu, który wieńczy dzieło, nie dopuszczając innych uczestników spektaklu do głosu.

   


Evan Parker Electroacoustic Quartet  Concert In Iwaki (Uchimizu Records, CD 2021)

Na koncercie w Iwaki City Art Museum, w japońskiej Fukushimie, 5 października 2000 roku, spotykamy tym razem duet bazowy: Evan Parker – saksofon sopranowy i Paul Lytton – perkusjonalia i live electronics oraz duet procesorów: Joel Ryan – computer music instrument i Lawrence Casserley – signal processing instrument. Trzy rozbudowane improwizacje trwają 69 minut i 53 sekundy.

Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach saksofonu sopranowego, który solową ekspozycją daje asumpt do pierwszych elektronicznych dekonstrukcji. Ze snu wybudzają się perkusjonalia, które szumią werblem i rezonują talerzami, dodając także tajemnicze dźwięki strunowe. Pełna skupienia, oniryczna opowieść toczy się swoim tempem, dość szybko jednak nabiera wewnętrznej dynamiki i kokonu elektronicznych przetworzeń. Płynie już z czterech ośrodków dźwiękowych i zdaje się być dalece bogata w wydarzenia, jakkolwiek w dużej mierze tkana jest z drobnych, mglistych, niepokojących fraz. Pewnego posmaku japońskości nadają improwizacji kolejne odgłosy strunowe. Frazy żywe pięknie przenikają się z frazami dekonstruowanymi elektronicznie, tworząc zwarty, chwilami dość jednorodny strumień fonii. Po 10 minucie improwizacja zdaje się wznosić na drobny szczyt, zdobiony saksofonem w dwóch postaciach i dalece żywymi ogłosami perkusjonalii. Te ostatnie brzmią nad wyraz przestrzennie, niepozbawione są także post-industrialnych naleciałości (zapewne nie przez przypadek, wszak elektronika potrafi działać tu cuda!). Po 17 minucie znów słyszymy wyłącznie żywe dźwięki saksofonu, które przybierają formę short-cuts i inspirują kolejną porcję elektronicznych dekonstrukcji, tym razem jednak mających wymiar niemal … perkusjonalny. Pierwsza improwizacja usycha w chill-outowej ekspozycji dęciaka.

Drugą opowieść otwiera Lytton dosadnie korzystając z rezonujących właściwości swoich talerzy. Parker dokłada prychanie i stukot wystudzonych dysz. Opowieść znów tkana jest z drobnych elementów, ale nerwowych, jakby krojonych ostrzem skalpela. Elektroniczna dekonstrukcja dość szybko formuje tu strumień narracji w rwący potok wspaniałości. Dźwięki płyną do nas z prawdziwie symfonicznym rozmachem (a to wszak dzieło tylko dwóch skromnych instrumentów i zwoju kabli!). Strumień fonii wznosi się ku górze, tworząc niezły ptasi rój! Przez moment mamy wrażenie, że wszystko jest tu efektem elektronicznych zabiegów. Po 15 minucie improwizacja stawia na akcenty post-perkusjonalne i zapętlone frazy saksofonu. Nerwowa końcówka zdaje się nie dopuszczać w ogóle do głosu żywych instrumentów.

Trzecia opowieść zaczyna się w ciszy. Wytłumiony saksofon, gongi i dzwonki. Warstwa elektroniczna ściele się w tle bardzo leniwymi pasemkami. Parker serwuje dość melodyjne frazy, zatem ich elektroniczna dekonstrukcja także nabiera pewnej pokrętnej śpiewności. Ów bezmiar specyficznej łagodności kontrastowany jest żywymi frazami perkusjonalii, które sieją ferment i nie godzą się na zbyt proste rozwiązania. Saksofon zaczyna gwizdać, a zaraz potem multiplikować swój flow, processing koncentruje się na niższych pasmach, a delikatne tym razem perkusjonalia czynią ukłon tu zastanej estetyce. Zaskakujące spiętrzenie z woli saksofonisty, to kolejna urocza niespodzianka tego koncertu! Improwizacja staje na palcach i nadyma policzki! Lytton buduje skromny drumming, do którego lepi się saksofonowa pętla. Całość wraz z upływem czasu traci na dynamice i chyli się ku zakończeniu. Łagodniejący z każdą sekundą sopran łapie echo i usypia narrację, sięgając finałowej ciszy.

 

*) Warto odnotować, iż w roku 2014 ukazała się płyta elektroakustycznego septetu Evana, zarejestrowana w tymże samym roku na festiwalu w kanadyjskim Victoriaville z udziałem muzyków amerykańskich, jakkolwiek nagranie nie zostało podpisane jako Ensemble.

**) Sam koncert miał miejsce w tym samym miesiącu, w którym w Londynie rejestrowano pierwszą płytę studyjną Electro-Acoustic Ensemble.




wtorek, 14 grudnia 2021

Shrike Records is Born! The trio and the long-distance collection of impro extracts!


Muzyka swobodnie improwizowana ze Zjednoczonego Królestwa, to niewyczerpalny ocean dźwiękowych wspaniałości. Znamy tysiące znakomitych muzyków, setki genialnych miejsc do grania i całą masę mniejszych lub większych inicjatyw edytorskich, które nam te wspaniałości permanentnie dostarczają!

Z tym większą radością witamy na pokładzie nowy impro label z Londynu – Shrike Records! Na starcie dwie pierwsze płyty, dokumentujące koncerty w stołecznym Café OTO! Ta historia nie mogła zacząć się lepiej! Najpierw dalece elektroakustyczne trio z udziałem jednego z naszych ulubieńców, saksofonisty Johna Butchera. Potem dwupłytowa kolekcja fragmentów nagrań koncertowych (to samo miejsce!), zrealizowana w ostatnich czterech latach pod szyldem Horse Improvisation Music Club. Na liście podmiotów wykonawczych cała plejada trwale zapisanych w historii gatunku artystów! Bez zbędnych wstępów zapraszamy na odczyt i odsłuch dźwiękowych perełek z samego serca Londynu, dostępnych w jakże oldschoolowym formacie CD!

 


John Butcher/ Sharon Gal/ David Toop  Until The Night Melts Away

Połowa kwietnia 2019 roku, rzeczone Café OTO w Londynie, a na niewielkiej scenie trójka muzyków: John Butcher – saksofony, Sharon Gal – głos, elektronika, dzwonki i obiekty oraz David Toop – gitara (lap steel), flety, bass recorder, african chordophone oraz obiekty. Jedna swobodna improwizacja trwa tu 35 minut i 33 sekundy.

W klubie pojawiamy się w momencie, w którym prawdopodobnie zaczyna się koncert, ale instrumentalnej dokumentacji tej chwili towarzyszy całe mnóstwo dźwięków scenicznego otoczenia. Trudno w tej sytuacji wskazać, które fonie możemy uznać już za inicjację koncertu. Instrumentarium przytargane przez muzyków dostarcza dodatkowych zagadek, albowiem część nich zdaje się wieść własne życie i produkować fonię niezależnie od woli artysty. Drobne dźwięki pomieszane są tu z ciszą oczekiwania – choćby szum z tuby, czy gitarowe frazy, na bieżąco modyfikowane echem elektroniki. W tej fazie nagrania większość dźwięków nie daje się prosto przypisać do źródła ich pochodzenia.

Improwizacja ma nieco oniryczny posmak, budują ją dalece elektroakustyczne frazy, wysyłane do publiczności z dużą swobodą, ale póki co, pozbawione osi dramaturgicznej. Niektóre dźwięki udanie wchodzą w interakcje, inne zdają się szybować po niebie niezależnie od innych zdarzeń scenicznych. W okolicach dziesiątej minuty pojawia się głos damski, który od razu przefiltrowany zostaje przez elektroniczne akcesoria, brzmiący delikatnie, ale jednak dalece złowieszczy. Gitara sprzęga się, a saksofon pozostaje w pozycji wyczekującej, na boku kreując garść bystrych, ale leniwych preparacji. W okolicach piętnastej minuty możemy śmiało ogłosić, iż trio osiąga pewien peak ekspresji, produkując przy tym małe plejady dość hałaśliwych dźwięków. Przy okazji słyszymy trochę więcej fraz bardziej typowych dla saksofonu.

W połowie seta muzycy schodzą w pobliże ciszy i rozpoczynają mały festiwal fake sounds. Dociera do nas drugi głos, zapewne syntetyczny, a wokół sceny zdaje się krążyć cała masa dźwięków znikąd, być może także generowanych po stronie publiczności. Całość przez moment przypomina bystrą sesję field recordings. Jakby przez nieuwagę muzycy w trakcie tych dźwiękowych onomatopei budują drobną strukturę rytmiczną (saksofon wsparty na elektronice), ale pomysł – być może całkiem ciekawy – porzucają w pół zdania. Tym, który szuka prostszych rozwiązań dramaturgicznych wydaje się być w tym momencie saksofonista, ale nadmiar elektroakustycznych opadów nieco komplikuje mu zadanie. Dopiero po upływie dwudziestej piątej minuty w żyłach muzyków zaczyna płynąć bardziej wartka krew. Pojawiają się od dawna oczekiwane emocje, dźwięki lepią się do siebie niczym plastry miodu, a ekspresja wydaje się hasać po całej scenie. Końcowe minuty koncertu, to gitarowe kłębowisko zaskakujących fraz, kilka odgłosów wprost z gardła i dętych zaśpiewów. Podejście pod finał spotkania wydaje się być dla muzyków niełatwym zadaniem. Garście filigranowych dźwięków, dzwonki i zaskakujące pojawienie się fletu, dzięki któremu finał koncertu nabiera nieco balladowego posmaku.



 

Horse Improvisation Music Club  Horse Box 2

Zgodnie z zapowiedzią pozostajemy w londyńskim Cafe Oto, by zapoznać się z dokumentacją comiesięcznych koncertów, jakie organizowała tam inicjatywa Horse Improvisation Music Club. Płyta konsumuje nagrania z lat 2017-2020, prezentując dwadzieścia 5-6 minutowych ekstraktów koncertowych, łącznie trwających prawie 110 minut. Wszystko w wykonaniu artystów, których z radością wymieniamy z imienia i nazwiska (wedle kolejności, w jakiej pojawiają się na krążkach; dodajmy, niektórzy robią to kilkukrotnie!): Clive Bell – shakuhachi/dear call, Douglas Benford - melodica, obiekty, Andrea Pensado - elektronika, Caroline Kraabel - saksofon, Hannah Marshall - wiolonczela, Yoni Silver – klarnet basowy, Daniel Thompson - gitara, John Edwards – kontrabas, Ng Chor Guan - theremin, Jackie Walduck - wibrafon, Neil Metcalfe - flet, Adam Bohman – głos, obiekty, Alex Maguire - piano, Simon Picard - saksofon, Steve Beresford – piano, obiekty, Anna Homler – głos, obiekty, Adrian Northover - saksofon, Dave Tucker - kontrabas, Philipp Wachsmann - skrzypce, Martin Hackett - elektronika, Phil Durrant - mandolina, Dave Fowler - perkusja, Sue Lynch – saksofon/ klarnet, Hutch Demouilpied – trąbka, Laura Hills - piano, Ute Kanngeisser - wiolonczela, Steve Noble – perkusja, Veryan Weston - piano, John Butcher - saksofon, Mark Sanders - perkusja, Greta Pistaceci - theremin, Emil Karlsen – perkusja, Mandhira De Saram - skrzypce, Luigi Marino - laptop, Rachael Finney – głos, obiekty, Kay Grant – głos, Tim Hodgkinson - klarnet, Saadet Türköz - głos, Crystabel Riley - drums, Mimi Kobayashi – piano oraz Walter Wright - saksofon.

Końskie koncerty stawiają na eksperymenty, tego jednego możemy być pewni! Odważne zestawy instrumentalne, dużo elektroniki, zwłaszcza analogowej, głosy kobiece poddawane elektroakustycznym torturom, a także cała masa pięknych, akustycznych, powywracanych do góry nogami fraz! Pośród wspomnianych dwudziestu koncertów znajdujemy też takie, które pojawiły się w całości na płytach innych wydawców, większość z nich wszakże, to intrygujące pocztówki dźwiękowe ze spotkań, które nie doczekały się jak dotąd szerszej prezentacji. Może jedynie szkoda, iż na dwóch kompaktowych dyskach zawarto tylko niepełne dwie godziny muzyki. Pojemność tego formatu w wersji double, to wszak 160 minut. Edytor był jednak konsekwentny – każdy koncert to maksimum sześciominutowy ekstrakt. Poniżej poszukujemy najbardziej ekscytujących nagrań tego boxu.  

Po folkowym otwarciu, a potem gęstej chmurze elektroniki, w trzeciej odsłonie wpadamy na intrygujący kwintet dwóch instrumentów dętych i trzech strunowych (Kraabel, Marshall, Silver, Edwards i Thompson!). Skupiona, ale jakże rozwichrzona, swobodna improwizacja, która garściami sięga po kameralne rozwiązania. Potem znów garść trudniejszej elektroniki, recytacja tekstu oraz całkiem jazzowe trio. Siódma odsłona, to kolejna perełka w zestawie – kwartet (Beresford, Northover, Tucker, Homler!) pięknie preparujący dźwięki, a na jego czele doskonały sopran! Po nim trio z dość inwazyjnym syntezatorem, ale skrzypce i gitara dbają o nasze nerwy. To dobrze, bo dziewiątka, to kolejny killer w tym zestawie – kwartet (Durrant, Lynch, Fowler, Demouilpied!) budujący swoją opowieść z drive’em free jazzu, zmysłowo ucieka w preparacje godne największych mistrzów free impro! Na koniec pierwszego dysku piano solo, z ciekawym, nieco zabrudzonym brzmieniem.

Dysk drugi otwiera wiolonczela i mistrzowska perkusja (Noble!) – oniryczne chamber, które z woli drummera nabiera rumieńców stając się jednym z najmocniejszych końskich ekstraktów. Zaraz potem kolejne piano solo (Weston!) i szybki krok na spotkanie tria samych osobowości free (Butcher, Edwards, Sanders!). Od emocji free jazzu, po zmysłowy oddech free chamber! Po nim czas na drobny przerywnik sklecony z elektroniki analogowej, bo zaraz potem kolejne trio z najwyższej półki (Karlsen, Northover, Edwards!). Klasyczny post-free jazz, który łapie ognistą smugę cienia! Doskonałe! Kolejne dwie improwizacje w duetach wydają się być całkiem intrygujące, ale na tle swych poprzedników dość szybko idą w zapomnienie. Z kolei dwie kolejne, to znów perły! Najpierw duet głosu i klarnetu (Grant, Hodgkinson!), który w początkowej fazie improwizacji preparuje dźwięki, potem zaś bawi się w imitacyjne frazy i czyni to na kosmicznym poziomie komunikacji. Dziewiątka, to nie pierwszy tu fantastyczny kwartet (Türköz, Riley, Lynch i niezmordowany Edwards!). Post-free jazz grany z ogromną swobodą, fermentuje kreatywnością wokalistki, świetnie prowadzony przez kontrabasistę. Na zakończenie boxu trio z suspensem (Northover ponownie!), zmysłowe, dość tajemnicze, z efektownym spiętrzeniem na ostatniej prostej.



czwartek, 8 kwietnia 2021

Ivo Perelman London String Project! Strung Out Threads!


O pracowitości brazylijskiego saksofonisty Ivo Perelmana powiedzieliśmy na tych łamach już niemal wszystko. Nagrań przybywa w tempie geometrycznym, ale w przypadku tego artysty, nie wiązalibyśmy owego faktu z typową dla czasów pandemii nadprodukcją dźwięków. Po prostu nowojorski rezydent mieszka w studiu nagraniowym!

Ostatnim czasy Trybuna zachwyca się na ogół dokonaniami Perelmana czynionymi w towarzystwie Nate’a Wooleya, ale równie skrupulatnie śledzi muzyczne przygody jego saksofonu z instrumentami strunowymi. Poza serią nagrań Strings (także z udziałem nowojorskiego trębacza) oraz smakowitym nagraniem z Arcado Strings Trio, Perelman poczynił również kilka strunowych rejestracji w Londynie (dokładnie pod koniec stycznia 2020). O nagranym wówczas duecie z francuskim gitarzystą Pascalem Marzanem (CD Dust Of Light/ Ears Drawing Sounds) pisaliśmy całkiem niedawno.

Dziś proponujemy nagranie z tej samej sesji nagraniowej. Tym razem do duetu saksofonu i gitary podłączają się trzy inne instrumenty strunowe, tworząc ekscytujący personalnie skład, który nazwano London Strings Project. A zatem: Ivo Perelman – saksofon tenorowy, Phil Wachsmann - skrzypce, Benedict Taylor - altówka, Marcio Mattos – wiolonczela oraz Pascal Marzan - dziesięciostrunowa gitara akustyczna. Muzycy przygotowali dla nas dwanaście swobodnych improwizacji, które trwają łącznie prawie 95 minut (uwaga: spis utworów zawiera błędy, proszę się nim zatem nie sugerować, jeśli będziecie poznawać tę muzykę bezpośrednio z nośnika CD). Wydawcą jest włoski label Setola Di Maiale (premiera miała miejsce pod koniec minionego roku).

 


Na początek pierwszego dysku (dodajmy, znacznie krótszego niż drugi) muzycy proponują nam dwie zwarte, dynamiczne i krótkie improwizacje, coś na kształt efektownej rozgrzewki. Płyną do nas kolektywnym strumieniem dźwięków, pełnym kantów, zadziornych fraz, granych nisko lub wysoko, raczej głośno niż cicho, częściej w formie okrzyków niż słów cedzonych przez zęby. Dobre pytania, cięte riposty, zgrzytliwe preparacje, garść melodii i szczypta dąsów. Opowieść jest gęsto usiana dźwiękami, podawana w dobrym tempie, z przytupem i artystyczną bezczelnością.

Kolejne improwizacje mają już bardziej rozbudowaną strukturę, choć nie przekraczają 10 minut. W trzeciej na małych strunach pojawia się więcej melodii, do których szczególnie chętnie lepią się saksofonowe podmuchy. Cello płynie dołem i trzyma kontakt z podłożem, gitara - dla odmiany - śle pozdrowienia wysokim wzgórzem. W dalszej fazie nagrania muzycy po raz pierwszy wyraźnie zwalniają. Dostajemy frazy grane pizzicato, a całość improwizacji przyjmuje formę rozkołysanych przyśpiewek, czynionych wszakże z łobuzerskim zębem. Kolejną część otwiera wysoko podwieszona altówka, której wtórują gitara i skrzypce. Saksofon wchodzi po kilku pętlach i w pełni rozochocony zabiera wszystkich na zmysłowy trip. Muzycy niczym stado gołębi, równie ochoczo wpadają sobie w ramiona, jak i skaczą do gardeł. Nadal wszystko czynią kolektywnie, nabierają tempa, emocji, a na koniec gasną w strugach westchnień i gorzkich żali.

Piątą improwizację kreuje saksofon, który zdaje się rzucać myśl i czekać na reakcje strunowców. Te ślą mu smakowite short-cuts, ale i dłuższe wypowiedzi. Opowieść z pozoru toczy się w nostalgicznym klimacie, ale w obrębie London String Project jedna fraza zdolna jest zradykalizować pracę wszystkich instrumentów, z kolei smukła, pojedyncza riposta smyczka jest w stanie zepchnąć narrację na samo dno. Na finał tej części bryluje gitara, która buduje piękną, filigranową i dość abstrakcyjną opowieść. Ostatni akt pierwszego dysku początkowo znów stawia na zadumane i niemal relaksacyjne frazy. Ciepły saksofon, delikatnie szarpane struny i kolejna niespodzianka brzmieniowa ze strony gitary. Plejada zwinnych akcji i bystrych reakcji, tudzież subtelnych zadziorów, zagęszcza jednak flow – tu bowiem każdy chce być częścią każdej sekundy tego nagrania!

Drugi dysk (trwający 55 minut) zaprasza nas na dłuższe improwizacje, zwłaszcza trzy pierwsze w zestawie. Otwarcie przypada w udziale wiolonczeli i gitarze. Saksofon budzi się po minucie, a małe strunowce po kolejnej. Dęciak pląsa łagodnym tembrem, strings wręcz przeciwnie – zadziorne, rozhuśtane, niesforne. Narracja ma kilka faz, także tę uroczą, powolną z mikropreparacjami. Saksofon zdaje się wychodzić ze skóry, by stawiać strunowcom coraz wyższe wymagania, czasem śpiewa niemal kobiecym głosem. Flow pełen jest subtelności i niuansów, ale także dramaturgicznego napięcia. W kolejnej części saksofon przypomina sobie, iż lubi jazz. Początkowo samotnie, potem z altówką i gitarą buduje opowieść pełną gwizdów i frywolnych salw - prawdziwy ptasi pomiot w zalotach! Po czasie wszystkie instrumenty zaczynają mantrycznie zawodzić. Gitara trzyma swoją stronę, zdaje się być zdolna do wszystkiego. Na finał wszyscy popadają w niemałą histerię.

Trzecia improwizacja sięga po bardziej kameralne akcesoria. Nastrój robi się posępny – cello tyczy szlak, skrzypce i altówka łkają, gitara znów plecie swoje, a sytuację sceniczną stara się porządkować saksofon. Delikatnie przegadana opowieść na koniec kipi jednak dobrymi emocjami. Tuż potem improwizacja, która stawia niemal same stemple jakości – gęsty, czupurny flow, strunowe pulsacje i gitarowe mikroeksplozje. Tym razem saksofon ze zdaniem odrębnym, kąsa ciepłym tembrem. Muzycy zdają się docierać do granic szaleństwa. Saksofon piszczy jak kot, by po kilku sekundach siedzieć cicho, jak mysz pod miotłą. Każdy dodaje tu jakiś nowy pomysł, jakby długość improwizacji była z gumy!

Dwa ostatnie utwory winny nas już kołysać do snu, ale … wszystko po kolei. Najpierw trochę strunowego riffowania i saksofon wspinający się na palce, prężący tors w oczekiwaniu na uwielbienie. Cello znów li.. podłogę, gitara i skrzypce stroszą piórka. Na gryfie altówki tli się kilka akustycznych perełek, do których mizdrzy się roześmiany saksofon! Tańce i swawole, przeciąganie liny i inne sporty walki! Wreszcie finał, budowany od samego dołu – molowe frazy, smutne pomruki, akcenty percussion. Muzycy zdają się balansować na linie, sam saksofon skomle jak ranne zwierzę. Strunowce krokiem pizzicato budują dodatkowy suspens. Małe wichry namiętności gasną jednak snem sprawiedliwych.