Pokazywanie postów oznaczonych etykietą d'incise. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą d'incise. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 czerwca 2026

L'apport: Insub.7tet calls Sound the alarm!


Pod koniec kwietnia br. zaprezentowaliśmy na tych łamach cztery albumy szwajcarskiego wydawnictwa Insub Records, które celebrowały dwudziestolecie współpracy dwóch najważniejszych postaci tamtejszej sceny, czyli Cyrila Bondiego i d’incise’a. Z tej zacnej okazji artyści przypomnieli dawną nazwę własną swojego duetu, czyli Diatribes.

Muzycy każdą z płyt nazwali L'apport, a ich zawartość stanowiły skomponowane improwizacje kolejnych składów trzyosobowych. Dziś dostajemy coś w rodzaju dogrywki, co podkreśla także zbliżona grafika okładki płyty. Rzeczona kompozycja powraca, tym razem wykonują ją jednak zjednoczone moce kolektywu Insub, artyści, którzy zazwyczaj stanowią część wielkiej Insub Meta Orchestry. Dodajmy, iż przedsięwzięcie ma charakter charytatywny, a sam album zawiera skupioną, dobrze udramatyzowaną kompozycję wykonywaną przez septet złożony z dwóch instrumentów dętych, dwóch głosów, skrzypiec, harmonium i elektroniki. To tylko 35 minut, ale całe mnóstwo radości z odsłuchu. Bardzo zapraszamy!

  


W trakcie rzeczonych dwóch kwadransów i kilku minut septet zdaje się wykonywać zbliżoną sekwencję akcji dźwiękowych. Dęty, wysoko zawieszony śpiew, niżej osadzone głosy, martwe skrzypce i zastygła fraza harmonium, zapewne wspieranego elektroniką, tworzą rodzaj szkieletu narracyjnego, na którym zasadza się akcja, początkowo minimalistyczna, leniwa, wręcz medytacyjna, w dalszej fazie bardziej zwarta, żwawa, niekiedy nasycona znaczącymi porcjami emocji. Co 7-8 minut muzycy zatrzymują się na kilka chwil, pogrążają się w ciszy, wyznaczając tym samym cztery akty wyrazistego, niekiedy mrocznego dramatu.

W pierwszym cyklu życia kompozycji intrygują frazy grane jakby niechcąco unisono, zazwyczaj z udziałem skrzypiec, saksofonu sopranowego i jednego z głosów. Wszystko zdaje się być pod pełną kontrolą muzyków, ich frazy są w skończonej licznie przypadków zwarte, ścisłe ze sobą skorelowane, bywa wszakże, że rozpływają się szerszym korytem. Najpiękniejsze chwile, to prawdopodobnie te, gdy septet zwiera szyk i wydaje z siebie głębokie, dronowe westchnienia. Aż do końca pierwszej ćwiartki stałym elementem gry zdaje się być jedynie plama harmonium.

Po kilku chwilach szemranej ciszy w okolicach ósmej minuty, muzycy wracają do plecenia pajęczyny interakcji. Pozostają w stadium konceptualnej modlitwy, ale raz za razem któryś z ośrodków dźwiękowych sieje narracyjny ferment, najczęściej czyni to elektronika. Pod koniec drugiego aktu całość wydaje się już silnie rozśpiewana, rozedrgana, na swój sposób ludyczna i post-melodyjna.

W trzecim akcie septet kroczy jakby bardziej zdecydowanie. Harmonium frazuje teraz w trybie zmiennym, przypomina brzmieniem akordeon. Akcje zazębiają, ale wciąż wydaje się, że oglądamy tę samą, opowiadaną od lat historię, choć sam film pozbawiony jest obrazu.

Po trzeciej pauzie, która anonsuje akt czwarty dramatu, zjednoczone siły septetu widzą już jasno kierunek swojej podróży. Głośno śpiewają, ich flow syci się coraz większą dawką emocji. Z czasem wydechy stają się coraz dłuższe – harmonium i skrzypce drżą z emocji, głosy i dęciaki tonują je skrzętnie. Śmierć dramatu jest nagła, jakby ktoś odciął tę niewielką strugę prądu zmiennego, która trzymała przy życiu siedmioro zatrwożonych piechurów.

 

Insub.7tet L'apport: Sound the alarm (Insub Records, CD 2026). Antoine Läng – głos, Anouck Genthon – skrzypce, Christophe Berthet – saksofon sopranowy, Cyril Bondi – harmonium, kompozycja, d’incise – elektronika, kompozycja, Esther Vaucher – saksofon tenorowy, Natalie Peters – głos. Nagrane w Insub.studio, Genewa, Szwajcaria, grudzień 2025. Jeden utwór, 35 minut.

 

 

piątek, 24 kwietnia 2026

Cyril Bondi & d'incise as Diatribes in four celebration trios!


Cyril Bondi i d'incise, filary kreatywnej sceny szwajcarskiej, kompozytorzy, improwizatorzy, element sprawczy wyjątkowej Insub Meta Orchestra, animatorzy labelu Insub Records, pracują razem od 20 lat. Zaczynali jako duet Diatribes i przy okazji owej zacnej rocznicy do tej nazwy powracają.

Artyści rozpoczynali swoją przygodę ponoć od noise electronic improvisation, dziś są głównie kompozytorami i wykonawcami minimalistycznej muzyki współczesnej. Poniżej zaprezentują nam się w czterech jubileuszowych, trzyosobowych ekspozycjach, które z jednej strony noszą miano kompozycji, z drugiej śmiało nawiązują dramaturgicznie do improwizowanych początków ich współpracy.

W roli gości jubileuszowych wydawnictw (dwóch na CD, dwóch na kasetach) odnajdujemy skrzypaczkę Clarę Levy, wiolonczelistę Stefana Thuta, saksofonistę Jean-Luc Guionneta i operatorkę hurdy-gurdy Lise Barkas, przy okazji grającą także na bagpipes. Cztery bardzo różne opowieści - meta neo-folk, post-jazz, elektroakustyka, instrumentalne nagrania terenowe – to tropy, które winny przykuć naszą uwagę. To także nic nieznaczące drogowskazy, albowiem wysokiej jakości muzyka kreatywna w ogóle takich nie potrzebuje. Zapraszamy do odczytu i odsłuchu!

 


L'apport: Ke ya me transí

Zaczynamy diatrybowy przegląd od studyjnego nagrania tria złożonego ze skrzypiec, wibrafonu i elektroniki. Na bazie zapomnianej pieśni sefardyjskiej muzycy toczą tu post-improwizowane dysputy. Topią się w żalu, umierają, rodzą na nowo, skomlą i opłakują nieistniających zmarłych. Od czasu do czasu sieją rytmiczny zamęt, który trzykrotnie stanowi dramaturgiczne interludium tej niebywałej opowieści.

Delikatny skowyt skrzypiec, oniryczne plamy wibrafonu i szemrząca, wijąca się po podłodze elektronika tworzą tu aurę otwarcia. Ów łabędzi śpiew konającego przyjmuje najczęściej formę luźnego, rozwarstwiającego się drona. Niekiedy panoszą się w nim ochłapy melodii, których autorem nie jest jedynie skrzypaczka. Anonsowane rytmiczne interludia budzą niepokój, ale też nadzieję, która gaśnie równie szybko, jak się wznieciła. Ścieżki dźwiękowe trzech instrumentów od czasu do czasu multiplikują się. Nie wiemy, czy to efekt post-produkcji, czy może instrumentalnej zręczności wykonawców. Ten gęstniejący potok smutku i żalu zostaje ciekawie podsumowany po ostatnim rytmicznym kontrapunkcie. Muzycy serwują nam wtedy porcję drobnych, zwinnych dźwięków, które wchodzą w intrygujące interakcje. Ich po części minimalistyczny tryb dobrze koreluje z panującą wokół ciszą. Na końcowej prostej opowieść tonie w umierającej melodii, w powtórzeniach, które zdają się nie mieć końca.

 


L'apport: Lâ dèchigeâ

Tym razem nasi bohaterowie (wyposażeni w shruti box i laptopa) spotykają na wysokości 1.700 metrów wiolonczelistę i w raz nim budują cichą, minimalistyczną opowieść, której zadaniem wydaje się nade wszystko niezakłócanie akustyki otoczenia, kreowanego przez szemrzące owady, przelatujące ptaki, szum wiatru, plusk wody i inne odgłosy szwajcarskiego pogórza.

W warstwie instrumentalnej docierają do nas stłamszone, ukradkowe melodie wiolonczeli i shruti box oraz cienka, syntetyczna warstwa drobnych zdarzeń fonicznych płynąca zapewne z laptopa. Całość wydaje się ceremoniałem wyczekiwania, a może bardziej egzystowania w obliczu nienachalnej przyrody. Drobne ekspozycje, dźwięk za dźwiękiem, bez specjalnych interakcji. Posmak folkowy jest tu oczywisty, podobnie jak medytacyjny wymiar nagrania. Czasami narracja lepi się w bardziej zwarty dron, ale na tyle cichy, byśmy słyszeli dźwięk przelatującego owada. Ostatni kwadrans tej opowieści wydaje się bardziej mroczny, jakby odrobinę intensywniejszy. Ale to może tylko złudzenie foniczne.

 


L'apport: An awkward position

Trzecie spotkanie, to dobrze zaplanowana improwizacja z udziałem doskonale nam znanego francuskiego saksofonisty. Diatrybowe narzędzia pracy, to w tym wypadku perkusja i elektronika. Sześć niedługich epizodów, które śmiało sytuują się w obrębie szeroko rozumianego post-jazzu.

Artyści rozpoczynają swoją przygodę w definitywnie minimalistycznym kontekście. Szyją narrację drobnymi, elektroakustycznymi frazami, z których część nie daje się precyzyjnie przypisać konkretnemu instrumentowi. Bazują na strzępach linearności, dbają o każdy szczegół dramaturgiczny. W kolejnych ekspozycjach dodają nowe elementy. Bywa, że frazują bardziej intensywnie, zwłaszcza, gdy saksofon wchodzi w post-jazzowe zwarcia z perkusją. Elektronika, brzmiąca na ogół analogowo, staje najczęściej w roli kontrapunktującej i szukającej niebanalnej zagrywki. W trzeciej odsłonie pojawia się wyraźny ślad rytmu, w kolejnej dominuje filigranowy rezonans. Piąty epizod, to trzy różne wymiary akcji perkusjonalnych, z kolei finał szyty jest cokolwiek pożegnalną melodyką, zwieńczony zaś zostaje efektownym dronem na pełnym wydechu.

 


L'Apport: Apprendre la manière

Na koniec zostawiamy sobie prawdziwy smakołyk. Znów strzęp folkowej melodii, tym razem francuskiej, staje się tu przedmiotem tortur czynionych perkusją, metalofonem, elektroniką, ale nade wszystko lirą korbową i dudami. To szalony, niemal rytualny taniec, które osiąga różne poziomy intensywności, czy stadia dramaturgii, ale nie przestaje być czymś, w czym można całkowicie się zatracić. Wspaniałe nagranie!

Album składa się z dwóch prawie półgodzinnych części i kilkudziesięciosekundowej kody. Początkowa faza pierwszej opowieści zdaje się być wielkim loopem gęsto frazującej liry korbowej (brzmiącej niczym bluesowa gitara), wybijanego na werblu, folkowego rytmu i plam elektroniki, która także dekonstruuje zadaną melodię. Pomiędzy pętlami narracji pojawiają się plastry ciszy, które wraz z rozwojem sytuacji scenicznej ustępują jednak pola poszarpanej, dzikiej, transowej taneczności. Muzycy pastwią się nad melodią, tłuką ją jak mięso na kotlety, a nogę z gazu zdejmują dopiero pod koniec pierwszej odsłony albumu. Druga jego część kontynuuje rytuał niszczenia. Najpierw postawa artystów wydaje się bardziej agresywna, potem nieco łagodniejsza, ale jeszcze bardziej rytmiczna. Melodia nie poddaje się jednak, choć chwilami skrzeczy niczym zarzynana świnia, bo po krótkim, ambientowym interludium, już w końcowej fazie utworu zwycięża – wszyscy zaczynają wtedy śpiewać używając swoich instrumentów w jakże pokrętny sposób, doładowani nową porcją energii. Album domyka koda, która przypomina drżącą od ruchów tektonicznych magmę, nasyconą dodatkową porcją elektroniki, znanym już wcześniej rytmem i melodią, która płynie szerokim korytem aż po ostatni dźwięk.

 

L'apport: Ke ya me transí (Kaseta 2026). Cyril Bondi - wibrafon, d'incise - elektronika oraz Clara Levy - skrzypce. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Jeden utwór, 40 minut.

L'apport: Lâ dèchigeâ (CD 2026). Cyril Bondi - shruti box, d'incise - niepodłączony laptop, obiekty oraz Stefan Thut – wiolonczela. Nagranie terenowe u podnóża Sé Blanc (~1700m), okolice Barmaz, Góry Wallis, Szwajcaria. Jeden utwór, 50 minut.

L'apport: An awkward position (CD 2026). Cyril Bondi – perkusja, d'incise – elektronika oraz Jean-Luc Guionnet – saksofon. Nagrane w Bodeek, Molenbeek, Belgia. Sześć utworów, 36 minut.

L'Apport: Apprendre la manière (Kaseta, 2026). Cyril Bondi - perkusja, metallophone, d'incise – elektronika oraz Lise Barkas - hurdy-gurdy, bagpipe. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Trzy utwory, 54 minuty.

Wszystkie wydawnictwa: Insub Records.



 

piątek, 9 maja 2025

The Contemporary counterpoint: d'incise! Roux! Jürg Frey! Nour Symon!


W nieskończonym oceanie swobodnej improwizacji, jaki na co dzień zalewa tłuste łamy Trybuny Muzyki Spontanicznej, czas na współczesny kontrapunkt! Przed nami cztery fascynujące albumy z muzyką skomponowaną, definitywnie współczesną, choć nie zawsze młodą, w wykonaniu artystów, których dane personalne nie mówią nam nic lub prawie nic. Nazwiska kompozytów, pewnie niewiele więcej, choć nawet muzyczny abnegat winien choć raz w życiu natrafić na nazwisko Jürga Freya, a stali Czytelnicy tych łamów, po lekturze recenzji najnowszego albumu Insub Meta Orchestra (całkiem niedawnej), zapewne świetnie kojarzą artystę ukrywającego się pod pseudonimem d'incise.

Nasza dźwiękowa przygoda zacznie się od minimalistycznej elektroniki analogowej, potem czekają nas kompozycje, które eksplorują zjawisko … zanika dźwięków, w dalszej kolejności klasycznie zapowiadające się kompozycje na kwartet smyczkowy, które brzmią w sposób absolutnie niepowtarzalny, wreszcie duża orkiestra, która wykonuje notacje wizualne inspirowane tajemniczymi poematami, czego efektem są frapujące dźwięki głosowe i instrumentalne śmiało zasługujące na miano … kolektywnych improwizacji. W naszej muzycznej eskapadzie jak zawsze będziemy skupiać się na dźwiękach i emocjach, jakie w nas wywołują, ale nie unikniemy, jakże charakterystycznych dla muzyki współczesnej, werbalnych didaskaliów. Dodajmy dla porządku, iż nasza dzisiejsza nieimprowizowana przygoda jest precyzyjnie umiejscowiona w Szwajcarii i Kanadzie. So, welcome!



 

d'incise Incendies (Insub Records/ La République des Granges, LP/DL 2025)

Nagrane w roku 2024, Szwajcaria (?): d'incise – kompozycja, sygnały analogowe przetwarzane przez filtry i obwody. Cztery utwory, 43 minuty.

Zaczynamy od nieskomplikowanej i raczej pozbawionej anonsowanych didaskalii opowieści. Tworzą ją bowiem jedynie elektroniczne sygnały analogowe, zmyślnie przetwarzane przez artystę za pomocą urządzeń, których nazw, wyglądu, ani dokładnego działania nawet się nie domyślamy. Efekt wszakże jest więcej niż smakowity.

Od początku nagrania towarzyszy nam delikatny beat, który czasami staje się rytmem, innym razem jest tylko tajemniczym echem matowo brzmiącego pochodu dźwięków. W drugiej odsłonie warstwa rytmiczna zdaje się być delikatna, niczym pulsujący metronom, innym razem, choćby w części ostatniej, przypomina post-taneczny drive godny bardziej awangardowych odmian klasycznego gatunkowo IDM. Każda z opowieści budowana jest bez piętna minimalizmu, czy redukcjonizmu, jakkolwiek jedynie niektóre fragmenty albumu można określić mianem bogatych w wydarzenia. Podstawowym elementem tej gry jest repetycja, a zaraz potem konsekwencja w działaniu i niestrudzona kreatywność na każdym etapie podróży. Narracja potrafi tu być niepokojąca, wręcz nerwowa, częściej wszakże przyjmuje szaty wystudzonej, ale nasączonej emocjami medytacji. Pulsacja i saturacja, jak donosi albumowe liner notes, cokolwiek rozumiemy pod tymi na pozór prostymi określeniami.

Opowieść, choć lepiona z dźwięków syntetycznych, śmiało może nosić pokrętne miano post-akustycznej. Bywa, że w strudze analogowych fonii słyszymy ochłapy żywych dźwięków. Ich tajemniczość frapuje i pobudza chęć głębszego wejścia w proces odsłuchu. W pierwszym utworze dociera do nas fraza, który przypomina syntetycznie brzmiący smyczek poszukujący post-barokowych uniesień na gryfie nieznanego instrumentu. W trzeciej części wyobrażamy sobie dźwięki saksofonu kontrabasowego, zmyślnie deformowane chropowatą syntetyką. Z kolei w części czwartej można odnieść wrażenie, iż część fonii pochodzi spod palca pianisty, który korzysta z uszkodzonych klawiszy organowych. Pod sam koniec albumu, niemal na ostatniej prostej, wydawać się może, że aurę finału oblewa struga tajemniczej melodyki.



 

Sébastien Roux Les disparitions (Insub Records, CD 2025)

Nagrane w Abbaye de Noirlac, październik 2023: Cyprien Busolini – altówka, Yannick Guédon – głos, Sébastien Roux – elektronika, kompozycje oraz Deborah Walker – wiolonczela. Osiem utworów, 56 minut.

Oto kwartetowa opowieść na struny, głos i elektronikę, która eksploruje zjawisko … zanikania dźwięków. Wystudzone, niekiedy medytacyjne, niekoniecznie minimalistyczne narracje, kreowane w oparciu o słowne notacje, rodzaj dramaturgicznych scenariuszy. Także przyczynek do dysputy o współbrzmieniu żywych i syntetycznych dźwięków. Okazjonalnie zjawiskowo piękne. Albumowe credits bardzo bogate w obszarze rzeczonych didaskalii - zainteresowanych zapraszamy do lektury.

Pierwsza historia, to wokalno-instrumentalny chór szorstkich strun altówki i wiolonczeli oraz delikatnie wycofanej wokalizy, który odpływa w bezmiarze gasnącego powtórzenia. W tle snuje się elektronika, która kusi powabem tajemniczych dźwięków. W kolejnej narracji na pierwszym planie sadowi się wokaliza, która zmaga się z ciszą, a wokół niej panoszą się ledwie słyszalne frazy strunowe, permanentnie zatapiane przez elektronikę. Całość jest delikatna niczym puch, ale to rodzaj medytacji, która nabiera z czasem podskórnej nerwowości. Trzecia opowieść konfrontuje ulotność akustyki z hałasem syntetyki. Frazy altówki systematycznie zanikają, pozostaje tylko posmak elektroniki i pamięć o tym, czym był dźwięk. Czwarta odsłona pulsuje smutkiem, to wystudzony strumień niemego śpiewu, równie martwych oddechów pomieszczonych w strudze syntetycznych pomrukiwań. Piąta część, to rodzaj modlitwy, ceremoniał wiecznego powtórzenia, która zlewa się w efektownie brzmiący dron. Kolejna odsłona zastyga w miejscu - syntetyka migocze, akustyka pełza po podłodze, niczym wygłodzona jaszczurka. Po pewnym czasie głos zdaje się wchodzić w interakcje ze strunami, wokół panuje cisza, a puenta zdominowana jest przez post-akustyczne strzępy fonii. W przedostatniej części rozśpiewany głos i struny nakładają się na siebie i toną w gęstym echu. Wreszcie odcinek finałowy, rodzaj odautorskiego komentarza, ulepiony z nagrań terenowych – słyszymy odgłosy rzeki w kolejnych stadiach oddalania się od źródła dźwięku, aż po szemrzącą ciszę.



 

Quatuor Bozzini/ Jürg Frey String Quartets (Collection QB, CD 2025)

Nagrane w Zurychu, maj 2004: Jürg Frey – kompozycje z lat 1988-2000, Quatuor Bozzini (Nadia Francavilla - skrzypce, Clemens Merkel - skrzypce, Stéphanie Bozzini – altówka oraz Isabelle Bozzini – wiolonczela) - wykonanie. Pięć utworów, 60 minut.

Znamienity kompozytor muzyki współczesnej, równie znamienity, klasyczny kwartet z Kanady i pięć kompozycji pochodzących jeszcze z poprzedniego wieku, wykonanych na początku kolejnego, a obecnie reedytowanych. Dwie pierwsze trwają po kilkanaście minut, dwie kolejne, to kilkudziesięciosekundowe miniatury, ta ostatnia zaś, to prawie półgodzinna, wyjątkowa piękna epopea zanikających dźwięków.

Pierwsza opowieść, to rodzaj bolesnej trwogi, rzewnej, nieradosnej kołysanki, w formie nieustannej repetycji budowanej przeciwieństwami, tak brzmieniowymi, jak i dramaturgicznymi. Narracja faluje, z pełną determinacją trzyma się idei minimalizmu i niekiedy konstytutywnego redukcjonizmu. Ważną rolę odgrywa tu cisza, która from time to time przemyca ochłapy gasnącej melodii. Drugi utwór zdaje się sięgać po estetykę muzyki dawnej, jest bardziej rozśpiewany, definitywnie najbardziej klasyczny w albumowym zestawie. Pozornie prosta narracja ulega tu systematycznemu rozkładowi, ale nie gubi znamion ekspozycji łagodnej dla ucha. Często robi krok do przodu, a potem dwa do tył. Łyka drobne porcje melodii, przeżuwa je, a potem odkłada na miejsce. Samo zakończenie zdaje się nieść nutę tajemniczego optymizmu. Z anonsowanych miniatur, pierwsza szuka dna, druga błyszczy piskliwym post-barokiem. Piąty utwór zajmuje połowę albumu i definitywnie konstytuuje jego jakość. Płynie z samego dna mrocznej krypty, cedzony przez zaciśnięte zęby, przypomina pochód umarlaków. Jest niewymownie piękny, choć budowany wyjątkowo redukcjonistycznymi metodami. Wielkie zaniechanie, które przenosi góry. Dogorywające życie, które od dawna nosi znamiona bezpowrotnej śmierci. Pachnie muzyka dawną, idealny soundtrack do wyjątkowo powolnego umierania.

 


Nour Symon Je suis calme et enragé·e (Ambiances Magnétiques, CD 2025)

Nagrane w Montrealu, marzec 2022: Nour Symon – kompozycje (notacje wizualne), Collectif Ad Lib (Zéa Beaulieu-April, Gabriel Dharmoo, Laura Doyle Péan i Vincent Ranallo – głosy, Émilie Mouchous – syntezator, Benjamin Tremblay-Carpentier - harmonica, elektronika) oraz Ensemble SuperMusique (Guido Del Fabbro – skrzypce, Émilie Girard-Charest – wiolonczela, Stéphane Diamantakiou – kontrabas, Craig Pedersen – trąbka, Cléo Palacio-Quintin – flet, Corinne René – instrumenty perkusyjne) - wykonanie. Sześć utworow, 57 minut.

Po albumie solowym i dwóch kwartetach czas na duży skład, tu dokładnie dwunastoosobowy, sklecony z dwóch formacji. Jest oczywiście także kompozytor, tu zainspirowany pewnymi jakże współczesnymi poematami. Aż nie sposób w tym wypadku nie oddać pola albumowemu credits. „Je suis calme et enragé·e” (Jestem spokojna i wściekła), to transdyscyplinarny spektakl, który rozpoczyna się tymi dokładnie słowami autorstwa Roxane Desjardins. Ów ambitny, acz jakże kruchy projekt prezentuje sześć obrazów dźwiękowych — wizualnych partytur muzycznych skomponowanych przez Noura Symona — do sześciu wierszy eksplorujących stany niepokoju i złego samopoczucia w odpowiedzi na Historię, skalę ludzkości i zbliżające się katastrofy ekologiczne.

Cokolwiek monumentalne, meta operowe dzieło otwiera wyważony, ale dość już ekspresyjny wielogłos, pod który podczepia się narracja strunowa na nisko ugiętych kolanach. W tle panoszy się elektronika, która buduje napięcie, zadaje pytania, niekiedy inspiruje. Gęsta, nerwowa opowieść niepozbawiona jest jednak nuty tajemniczej zadumy. Druga część, to początkowo rodzaj leniwego rozciągania mięśni – instrumentalno-wokalny flow zdaje się płynąć nieco wyższym pasmem. Szybko nabiera mocy i eksploduje siłą freejazzowej orkiestry. Na pierwszym planie jest jednak narrator, który zdecydowanym głosem rozdaje role i egzekwuje zobowiązania. W trzeciej części sytuacja robi się definitywnie nerwowa – okrzyki, instrumentalne salwy, łamana, pokrętna rytmika, operowe wzloty i dekadenckie upadki.

Początek czwartego poematu tkany jest z instrumentalnych drobiazgów. Swoje role mają tu trąbka, flet i strunowce. Wataha czupurnych wokalistów pojawia się dopiero w piątej minucie i zaczyna siać spory zamęt. Oto pijana załoga na burcie rozhuśtanego falami statku zaczyna niezłą zabawę. Całość przypomina dobrze predefiniowaną… wolną improwizację. Puenta jest tyleż melodyjna i post-barokowa, co zgrzytliwa i krzykliwa. Piąta opowieść bywa modlitwą, bywa wystudiowaną medytacją, syci się melodią i brudem. Swoją ważną rolę ochoczo odgrywa narrator, choć każdy może tu krzyczeć, śpiewać i odczuwać woń wspólnej podróży. Opowieść efektownie narasta i przepoczwarza się w niemal freejazzowe spiętrzenie. Początek finałowego poematu jest dronowy - wokalny, strunowy, podparty niepokojem harmoniki. Opowieść dość szybko przeistacza się w nerwowy, teatralny wielogłos, pozostając w warstwie instrumentalnej wystudzona, choć nasączona tajemniczą rytmiką. Rozkołysana medytacja napotyka w końcu na chór złorzeczących szaleńców, uciekinierów z płonącej opery. Ów wokalny szczyt implikuje większą aktywność po stronie instrumentalistów. Finał tego szalonego spektaklu jest swobodny, ekspresyjny, grany pełnym składem, z głosami, które na końcowej prostej zdają się oddawać pole sferze instrumentalnej.




piątek, 14 lutego 2025

Insub Meta Orchestra plays Exhaustion & Proliferation!


Jak donosi globalna pajęczyna, INSUB. to wytwórnia, orkiestra, organizator koncertów i studio nagraniowe z siedzibą w Genewie. Działa w obszarze eksperymentalnej muzyki improwizowanej i komponowanej.

Dziś pochylamy nasze receptory wzroku i słuchu nad drugim z przejawów artystycznej aktywności tejże inicjatywy, czyli wieloosobową formacją Insub Meta Orchestra. Na scenie odnajdujemy dwudziestu dziewięciu artystów, którzy realizować będą swoje cele muzyczne poprzez trzy głosy, dziewięć instrumentów dętych, dziesięć instrumentów strunowych, cztery zestawy instrumentów perkusyjnych i tyleż pulpitów elektronicznych. Na tapecie IMO dwie kompozycje własne, które trwają po mniej więcej dwadzieścia pięć minut. Jako rzecze albumowe credits, pierwsza z nich stawia na wzajemne interakcje i daje wykonawcom odpowiednią przestrzeń dla improwizacji (w pełni wszakże kontrolowanej), druga punktem odniesienia czyni echo (generowane także przez materiał nagrany wcześniej, a odtwarzany w trakcie spektaklu ze smartfonów), co w praktyce wykonawczej sprowadza się do kreowania dość linearnej narracji nasączonej stale obecnym rytmem.

Na scenie dzieje się doprawdy wiele, a programowy minimalizm, by nie rzecz redukcjonizm, który przyświeca ideologii Insub, w żaden sposób nie determinuje poczynań muzyków. Przed nami doskonałe nagranie, które dodatkowo motywuje recenzenta, by do albumów związanych ze sceną eksperymentalną Genewy wracać częściej, nie tylko po to, by odsłuchiwać kolejne krążki, ale także, by o nich więcej pisać. So, welcome!



 

Exhaustion

Początek tej opowieści buduje strunowy, nade wszystko gitarowy rozbłysk i dęty oddech kreowany unisono, ciągnący się od samej podłogi do bezkresnego sufitu. Wokół snują się filigranowe, perkusjonalne zdobienia. W strumieniu narracji, którą pcha leniwie do przodu nienachalna repetycja, nie brakuje ciszy, skupionego wyczekiwania, dramaturgicznego suspensu. Oto wielka orkiestra topi się w blasku silnie wystudzonej kameralistyki. Wraz z upływem czas nurt główny narracji, którego nie opuszcza prymarny, gitarowy akord, zaczyna obmywać coś na kształt dubowego reverbu, a także plejada strunowych pojękiwań. Zdecydowanie wzmaga się proces interakcji pomiędzy muzykami i frazami, jakie generują, seriami drobnych pytań i jeszcze bardziej subtelnych odpowiedzi. Orkiestra żyje, oddycha każdym ze swych dwudziestu dziewięciu układów oddechowych. W okolicach dziesiątej minuty pojawiają się ludzkie głosy, drobne pomruki, strwożone westchnienia. Także pasma szumów, powtórzeń kleconych w coraz dłuższe pasaże. Trzon opowiadania pozostaje ten sam, ale zdaje się, że muzycy odeszli od pierwotnej faktury kompozycji o lata świetlne. Narracja urokliwe rozpełza się, nabiera powietrza, subtelnie rozwarstwia chaosem kreatywnej dekompozycji. Po upływie kwadransa niektóre frazy śmiało noszą już znamiona dronowych. Na scenie panuje zjawiskowa, dobrze kontrolowana nerwowość. Kompozycja wieńczy swój efektowny żywot większą niż dotychczas porcją dźwięków preparowanych i przebiera szaty wielkiej, swobodnej improwizacji – wszystko tu syczy, ciężko wzdycha, mruczy i dygocze.

 

Proliferation

Inicjacja drugiej kompozycji spoczywa prawdopodobnie na barkach mniejszych liczby muzyków. Docierają do nas pojedyncze uderzenia w struny i obiekty perkusjonalne, wystudzone frazy głosowe i szmer z gryfów instrumentów strunowych. Narracja szybko szyje tu delikatną bazę rytmiczną, będącą konsekwencją powtórzeń, być może także dźwięków ze smartfonów. Ów dead man walking podsycany jest raz za razem dłuższymi, na poły dronowymi frazami dętymi i strunowymi. Kosmiczne skupienie, wdech i wydech, to znamiona tego fragmentu opowieści. Wprost ku wschodzącemu słońcu, by otrzepać z ramion natarczywy mrok. Okazjonalne wokalizy budują jakże potrzebne napięcie dramaturgiczne. W połowie utworu zaczyna pojawiać się coraz więcej brudnych, zdeformowanych fonii. Faktura rytmu trzyma się dziarsko - nie sposób nie zauważyć, iż frazy znane od początku utworu są teraz grane większym zasobem instrumentalnym. Podobnie jak w pierwszej opowieści wraz z upływem kolejnych minut strumień narracji rozmywa się, rozwarstwia, rozciąga zwiotczałe ramiona i nabiera głębszego oddechu. W pewnym momencie zostaje ciekawie skontrapunktowany całkiem intensywnymi dronami. Całość zaczyna dygotać, kołysać się na coraz mniej delikatnym wietrze, ale faktura rytmu trzyma wszystko w ryzach. Finałowe minuty są szczególnie intrygujące. Można odnieść wrażenie, że muzycy systematycznie oddalają się od mikrofonów zbierających dźwięki, odchodzą w mrok, za grubą kotarę teatralnej sceny.  

 

Insub Meta Orchestra Exhaustion/ Proliferation (Sawyer Editions, CD 2025). Cyril Bondi & d'incise – kompozycje, Antoine Läng, Vera Baumann, Dorothea Schürch - głosy, Marina Tantanozi, Angelika Sheridan - flety, Tassos Tataroglou - shakuachi, Hans Koch, Christian Müller - klarnety, Esther Vaucher, Christophe Berthet - saksofony, Olga Marulanda - obój, Sandra Weiss – bassoon, Angeles Rojas - shruti box, Christoph Schiller - spinet, Ed Williams, Ivan Verda - gitary, Sébastien Pittet, Vincent Ruiz - kontrabasy, Brice Catherin - wiolonczela, Anna-Kaisa Meklin - viola da gamba, Léa Moullet - skrzypce, Martin von Allmen – skrzypce, instrumenty perkusyjne, Cyril Bondi, Romane Bouffioux, Luc Müller – instrumenty perkusyjne, d'incise, Raphaël Ortis, Eric Ruffing, Lucien Danzeisen - elektronika. Nagrane w marcu 2024, Les 6 Toits, Genewa, Szwajcaria. Dwa utwory, 49 minut.