Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tasos Stamou. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tasos Stamou. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2025

The Scatter Archive’ notes: Wastell! Moore & Prevost! Arch Quartet! Džukljev & Thieke! Lash, Sinton & Ward! Lash & Thomas!


Najwyższy czas zajrzeć na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive! W porównaniu do naszej poprzedniej wizyty (bodaj lipcowej) odnajdujemy tu mnóstwo nowych albumów, publikowanych na ogół w tempie jeden na tydzień. Edycja wyłącznie w formie digitalnej ma swoje niezaprzeczalne walory – niskie koszty produkcji i możliwość szybkiego udostępnienia nagrań.

Spośród miliona nowych płyt, jakie zostały upublicznione w drugiej połowie roku 2024 na scatterowej stronie, do poniższego omówienia wybieramy sześć.




Mark Wastell Cello-Intern XVIII

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2023: Mark Wastell – violoncello. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Marka Wastella spotykamy ostatnio głównie za sterami drums & percussion, ale świetnie pamiętamy, iż jego prymarnym narzędziem pracy jest wiolonczela. Muzyk w latach 2022-2024 grywał raz w miesiącu solowe ekspozycje w londyńskiej Hundred Years Gallery. Nie były to koncerty, nie były to próby. Artysta przez godzinę improwizował niezależnie od tego, co akurat działo się w Galerii. W nagraniu słyszymy zatem rozmowy i inne odgłosy codziennego życia tego miejskiego przybytku kultury. Brzmienie instrumentu jest bardzo surowe, a dźwięki zbierane były zapewne jednym mikrofonem.

Szorstki, jednostrumieniowy flow instrumentu, punkowe brzmienie i rockowy niemalże temperament artysty powodują, iż trwająca niewiele ponad dwa kwadranse opowieść w pięciu częściach kipi od emocji, jest niezwykle intensywna, z rzadka sięga po bardziej stonowane, kameralne frazy. Wastell syci narrację dużą dawką post-barokowej melodyki, ale tarza się z nią po podłodze lub wznosi na palcach i spogląda na zamglone, londyńskie niebo. Bywa delikatny jak w odsłonie drugiej, bywa drapieżny jak wygłodniały kocur w czwartej. Lubi mrok, choć nie unika ulotnej taneczności, zdarza się też, że jego instrument trzeszczy w posadach, jak w części trzeciej. W końcowej odsłonie pokazuje pewną żylastość post-barokowej estetyki, znów zdaje się urokliwie gorączkować, piszczeć i skowyczeć. Niesamowite nagranie!



 

N O Moore & Eddie Prévost Scratched Earth

Hundred Years Gallery, Londyn, październik 2024: N O Moore – gitara elektryczna, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 24 minuty.

Tych dwóch artystów, mimo dzielących ich niemal dwóch pokoleń, ma w dorobku sporo wspólnych improwizacji, na ogół czynionych w triach i kwartetach. Tym razem, w urokliwych w okolicznościach HYG, spotykają się w duecie i w trakcie krótkiej ekspozycji decydują się nie zagrać ani jednego typowego, czystego dźwięku gitary, czy perkusji. Moore tonie w euforii amplifikacji, Prevost szyje na swoim wielkim talerzu niekończące się strumienie rezonansu. Bywa też, że obaj toną w oparach całkiem soczystego post-industrialu.

Już pierwsze dźwięki koncertu stawiają nas do pionu poziomem hałasu i intensywności. Gitarowy amplifikator furczy i rzęzi, a blask rezonującego talerza łączy niebo i piekło. Cała narracja zdaje się śpiewać, niczym pijana diwa operowa. Po pewnym czasie gitarowe preparacje zaczynają znajdować ujście w post-rockowej estetyce, z kolei akcje perkusjonalne nabierać pewnej taneczności. Opowieść trzeszczy, skrzypi i syczy, by po kilku chwilach zamienić się w ocean onirycznego ambientu. Na scenę raz za razem powraca też estetyka industrialna, ale jej wyskoki mają teraz charakter incydentalny. Koncert wieńczy … gitarowa melodia, które niesie się na dronowej strudze rezonansu.



 

Arch Quartet (Anna Homler, Tasos Stamou, David Leahy, Adrian Northover) Chummage

Arch 1 studios, West Ham, London, wrzesień 2014: Anna Homler – głos, obiekty, zabawki i urządzenia, Tasos Stamou – preparowana cytra, looper, David Leahy – kontrabas oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Sześć improwizacji, 34 minuty.

Nagranie kwartetu muzyków, którzy odbyli sesję nagraniową przy okazji muzykowania z London Improvisers Orchestra, przeleżało się na czyimś twardym dysku całą dekadę, ale warto było czekać. Z jednej strony kontrabas i saksofon pod jurysdykcją artystów, których znamy i cenimy, z drugiej głos, cytra i garść elektroakustycznych zabawek ze strony tych mniej rozpoznawalnych, ale z pewnością wartych zapisania w naszych kajetach. To, co najlepsze na Chummage zdaje się dziać w pierwszej odsłonie albumu. W dalszych bywa, że nadmierna kreatywność elektroakustyków tłamsi walory brzmieniowe kontrabasu i saksofonu. W kontekście wszakże całości Arch Quartet wychodzi z tego obronną ręką.

Pierwsza improwizacja żywi się nade wszystko brzmieniem akustycznym, delikatnym pulsem drgających strun, ciepłym smyczkiem i frazującym molekularnie saksofonem sopranowym. Wokalistka najpierw cedzi dźwięki, potem rozpościera ramiona śpiewu z dalekowschodnim akcentem. Nieinwazyjne, rozdrobnione plamy elektroakustyki dodają całości odpowiedniego blasku. Począwszy od drugiej części owa dystyngowana równowaga pomiędzy tym, co akustyczne, a tym, co akustycznym być już przestało, ulega zachwianiu. Muzycy nie stronią od hałaśliwych incydentów, ale potrafią też pochylać się nad pojedynczym dźwiękiem. W kolejnych opowieściach wokalistka w folkowym zaśpiewie i cytrysta, który szuka brudu i zniekształceń, zaczynają dominować, a o tym, że wciąż jest z nami saksofonista przypominamy sobie dopiero po wielu minutach. Finałowa ekspozycja nieco ów rozchwiany obraz narracji porządkuje. Nisko osadzona introdukcja, zwinne, wielokierunkowe preparacje i głos, który płynie tembrem smyczkowej narracji. Na ostatniej prostej kwartet osiąga zaskakującą dynamikę i syci się mnóstwem udanych interakcji.



 

Marina Džukljev & Michael Thieke Motionless Pool

Kulturni Centar Vojvodine Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, grudzień 2021: Marina Džukljev – fortepian, Michael Thieke – klarnet. Siedem improwizacji, 38 minut.

Mimo zalewu brytyjskiej muzyki improwizowanej, na łamach SA nie brakuje miejsca na spektakle kontynentalne. Pośród albumów drugiego półrocza na szczególną uwagę zasługuje album Serbki i Niemca. To doprawdy wyśmienite nagranie – z natury swej minimalistyczne, skupione na drobnych frazach, brzmieniowych i dramaturgicznych niuansach. Artyści zdają się nie wychodzić tu poza okowy swobodnej, chwilami wystudzonej kameralistyki, ale w każdym dźwięku, w każdym ruchu scenicznym czuć, jak wielkie emocje w nich drzemią.

Magię improwizacji otwarcia buduje, wprawiony w rezonans, pojedynczy dźwięk fortepianowego klawisza i suche powietrze wydychane z zimnej tuby klarnetu. Dogasające życie wytrawionej z emocji kameralistyki. W drugiej części muzycy odbywają niedługą podróż od ekspozycji perkusjonalnej na strunach i dyszach do rozśpiewanego, rezonującego strumienia zlepionych w jednej byt dźwięków inside piano i klarnetu. W trzeciej opowieści pojawia się leniwy rytm, który wiedzie w nieskończoność kolejne porcje delikatnych uderzeń po strunach i klarnetowych wyziewów. Czwarta improwizacja zdaje się kontynuować wątek części poprzedniej, ale sadowi się o trzy poziomy niżej. Prawdziwy zamęt sieją tu pojedyncze dźwięki klawisza. Kolejna odsłona, to celebracja, elegijne wyniesienia drobnych fonii z samego dna pudła rezonansowego i głębin klarnetowej tuby. Wszystko nabiera rezonującej poświaty i formuje się w jednorodną strugę akustycznego piękna. Przedostatnia improwizacja, to stygnący w bezruchu strumień matowych, wychłodzonych klawiszy i melodyjnego szumu z tuby. Z czasem wszystko nabiera pewnej soczystości, ale broczy po kolana w mrocznej mazi. W finałowej opowieści w dogorywające trzewia artystów wkrada się zaskakująca nerwowość. Szybkie oddechy, drapanie strun, szczypta hałaśliwego anturażu na moment kreują klimat niemalże post-industrialny. Jeszcze piękniejsze jest jego studzenie, wprost w objęcia ciszy zdobionej pojedynczymi dźwiękami. 



 

Dominic Lash, Josh Sinton & Alex Ward Lash.Sinton.Ward

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2024: Dominic Lash – kontrabas, Josh Sinton – saksofon barytonowy, flet altowy, głos oraz Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna. Jedna improwizacja, 41 minut.

Lash i Ward, to artyści, których cenimy od lat, starając się nie marnować jakiejkolwiek okazji do obcowania z ich muzyką. Tu spotykamy ich w trio z saksofonistą i flecistą Sintonem, muzykiem zza Wielkiej Wody, które lubi improwizować z obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Nagranie koncertowe charakteryzuje się sub-doskonałym brzmieniem, ale dobrze to koreluje z ponadgatunkową improwizacją, jaką serwują nam muzycy. Z jednej strony open jazz, szczególnie od Sintona, z drugiej rozhuśtana kameralistyka (gdy Ward gra na klarnecie), czy post-psychodelia (gdy ten sięga po gitarę), wreszcie Lash, który najlepiej czuje się w formule ekstremalnie kreatywnego arco & pizzicato in one note.

Koncert rozpoczyna się porcją leniwych, preparowanych dźwięków – od barytonowej doliny po klarnetowe wzniesienia, w oparach kontrabasowej różnorodności i głosu saksofonisty. Z czasem narracja przybiera formę nerwowych podskoków i free jazzowych spiętrzeń, ale bywa, że przypomina rozciąganie zwiotczałych mięśni w potoku kameralnych eksperymentów. Muzycy dobrze czują się w obu sytuacjach, choć częściej odnajdujemy ich w tej pierwszej. Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut Ward przesiada się na gitarę skutecznie redefiniując gatunkową estetykę spektaklu. Narracja staje nieco mniej intensywna, choć nadal jest gęsta i upstrzona ciekawymi zdarzeniami. Artyści ćwierkają jak wróbelki, by po chwili generować rozlegle strumienie ambientu i post-psychodelii, a potem na dłużej zastygnąć z rzewnej kameralistyce. Powrót do gry na dwa dęciaki i kontrabas odbywa się tu dość niespodziewanie, poprzedzony tajemniczymi frazami ze strony Warda (jeszcze gitara, czy już preparowany klarnet?). W końcowych fragmentach koncertu Sinton sięga po flet, a Lash koncertuje się na smyczkowym frazowaniu. Finalizacja jest melodyjna, istotnie rozciągnięta w czasie.



 

Dominic Lash & Pat Thomas Elements and Properties

Café Oto, Londyn, marzec 2023 (utwory 1,4) oraz Curious Ear in St Margaret's Church, Manchester, luty 2024 (2,3): Dominic Lash – gitara elektryczna, Pat Thomas – fortepian. Cztery improwizacje, 43 minuty.

Dominic Lash pozostaje na scenie, przesiada się jednak na gitarę elektryczną, co czyni ostatnimi laty bardzo chętnie. Cztery improwizacje, zarejestrowane na dwóch koncertach, czyni tu w zacnym towarzystwie Pata Thomasa wyposażonego wyłącznie w akustyczne instrumentarium. Ich wspólna opowieść najchętniej kieruje się ku free jazzowi, ale incydentalnie nabiera zaskakująco … bluesowego posmaku, zarówno ze strony rytmicznie uwarunkowanego pianisty, jak i niekiedy dość melodyjnie frazującego gitarzysty.

Skupione otwarcie bazuje na frazach inside piano i stłumionych, post-bluesowych introdukcjach gitary. Pierwsza improwizacja dość szybko wpada we free jazzowy tumult, sycony adekwatną porcją emocji. Druga opowieść, która stanowi niemal połowę płyty, mieni się intrygującą różnorodnością. Początek tkany jest z gitarowych plam psychodelii i post-klasycznej repetycji piana. Muzycy leniwie snują się po scenie, sięgają po atrybuty ballady, chętnie pochylają nad brzmieniowymi detalami, jakby zbierali siły na bardziej temperamentne resume. Pozostała część albumu, to dwie krótsze odsłony, oparte zarówno na ponadgatunkowej refleksyjności, jak i tanecznym pulsie pianisty i post-bluesowym, niemal rockowym frazowaniu gitarzysty. Końcowa część koncertu lepi się na starcie z drobnych, szumiących fraz, potem przybiera postać free jazzowego marszu, wreszcie kona w ciepłej melodyce.

 



piątek, 1 lutego 2019

London Improvisers Orchestra! Twenty Years On!


Przed nami płyta, która być może … była najważniejszym wydarzeniem ubiegłego roku na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Co niezwykle zaskakujące, przemknęła ona przez roczne podsumowania i adresy odpowiedzialne za promowanie gatunku (sic!) niemal niezauważona. Być może te łamy są jedynymi, które fakt jej wydania w ogóle zauważyły.

Drodzy Państwo - niemal po dekadzie fonograficznego milczenia – najnowsza płyta London Improvisers Orchestra!!! Żeby nie było mało – z okazji XX lecia jej wspaniałego istnienia!




W rozbudowanym liner notes Evana Parkera czytamy zabawną ciekawostkę, iż LIO powstała trochę na znak protestu przeciwko metodom dyrygenckim samego Butcha Morrisa. Przez pierwszą dekadę istnienia formacji, jej koncerty były dość skrupulatnie dokumentowane przez EMANEM Records Martina Davidsona i jego sublabel Psi Records, kierowany artystycznie przez Evana Parkera. Muzycy grali raz w miesiącu w słynnym Red Rose, a płyty zachwycały nasze uszy raz za razem (łącznie było ich dziewięć*), przy czym ta ostatnia HMS Concert, wydana jako cd-r w roku 2012, jest zupełnie niedostępna, osobiście nigdy jej nie słyszałem – kto ma, niech się tym szczęściem podzieli!). Słynny kolorowy budynek został zamknięty bodaj w roku 2007. Orkiestra błąkała się po przeróżnych miejscówkach, a po roku 2010 nawet (chyba?) na pewien czas zamilkła. 

Mniej więcej w połowie obecnej dekady LIO zadomowiła się w londyńskim IKLECTIK i zwyczaj comiesięcznego muzykowania powrócił w całej rozciągłości. Po prawdzie nie wiem, kto stał się w tym czasie głównym organizatorem przedsięwzięcia (w poprzedniej dekadzie był nim, jakby na to nie patrzeć, sam Evan Parker). Muzykowanie szło w najlepsze, jednakże efektów fonograficznych nie mogliśmy dojrzeć na półkach dobrych, nieistniejących sklepów muzycznych.

Szczęśliwie, w obliczu dwudziestolecia istnienia Orkiestry, muzycy zwarli szeregi i wydali własnym sumptem (!) podwójne wydawnictwo, które dziś – uprzedźmy przebieg wypadków – zachwyca nas od pierwszego do ostatniego dźwięku! Przy okazji, tymże faktem edytorskiej determinacji, Londyńczycy zawstydzili wszystkich bez wyjątku wydawców muzyki improwizowanej po obu stronach Wielkiej Wody!

Na płycie 20 Years On znajdujemy – w przeciwieństwie do poprzednich płyt LIO – wybór nagrań z wielu koncertów. Dokładnie 14 fragmentów z 11 koncertów, które miały miejsce w IKLECTIK, między grudniem 2015, a czerwcem 2018. Dwa srebrne krążki, łącznie 67 muzyków, niemal 150 minut wspaniałej muzyki. Zatem wszyscy wielbiciele, tudzież istotnie zainteresowani, niemal natychmiast osiągają stan orgazmu permanentnego (cytując klasyka). Poniżej skomentujemy każdy z utworów zawartych na wydawnictwie, wskazując jego tytuł, czas powstania i personalia dyrygenta, a po pełną listę uczestników wszystkich koncertów odsyłamy pod niżej wskazany adres:


Improvisation, Czerwiec 2018: Spokojna rozmowa muzykantów, dobrych znajomych z podwórka, trochę urwisów, ale artystycznie bardzo odpowiedzialnych. Klimat dość swobodnie traktowanego call & response. Seria małych dźwięków wchodzących w zwinne interakcje. Partia perkusjonalii, narastające bogactwo filigranowych narracji, swobodnych, luźnych wypowiedzi. Kilka ekspozycji, które moglibyśmy określić, znów posiłkując się nomenklaturą Johna Stevensa, mianem more sustained pieces, a po nich spokojne wyciszenie. London Improvisers Orchestra w stanie czystej, wolnej improwizacji, czyli bez dyrygenta!

Sweet Freedom, Terry Day, Grudzień 2015. Zawodzące pasaże strunowców i klasyczne już dziś melorecytacje weterana sceny brytyjskiej, perkusjonalisty Terry Daya – tu, niemal zgodnie z tytułem, dedykowane Sunny’emu Murrayowi i Albertowi Aylerowi. Zdaje się, że cała Orkiestra akompaniuje temperamentnemu liderowi. Łagodne flety, pogodne piano, także moc pięknych, krótkotrwałych eksplozji kolektywnych emocji. Symfoniczne niemalże kontrapunkty, wszystko, by podkreślić słodki wymiar przekazu werbalnego.

Veryan Weston/ Improvisation, Lipiec 2016. Preparacje piano, wspierane przez perkusjonalia i moc elektroakustycznych obiektów. Bijące serce ogniska strunowców, a zaraz potem spokojna narracja dętych, w delikatnej opozycji do tych pierwszych. Przykład lekko rozwichrzonej krainy … łagodności. Także garść upalonych skrzypiec i swingujący saksofon. Bystra, wszakże silnie sterowana improwizacja. W drugiej części fortepian, który wchodzi w stan konfrontacji z rozbudowaną watahą dęciaków. Są i bardzo aktywne gitary. Tuż po tym, jak Weston zdejmuje ręce z pulpitu sterowniczego i puszcza ansambl w słodki żywioł, piękny obraz chaosu swobodnej improwizacji dużego zestawu instrumentalnego. A na sam finał dronowy wielogłos.

Rinse, Rondo for Orchestra, Ashley Wales, Maj 2016. Rozbudowana, strunowa ekspozycja grana różnymi technikami – naprawdę błyskotliwa! Taniec na szkle! Obok piano wprost z klawiatury, na bogato! Cała narracja w bystrym galopie. W tle jakże spokojne pasaże dęciaków, grane jakby z pięciolinii. Strunowce w kompulsywnych repetycjach, godnych Steve'a Reicha i jego Pociągów. Po uspokojeniu - gęsta, posuwista meta filharmonia. Zdaje się, że fragment precyzyjnie dyrygowany przez mistrza drum’n’bass ze Spring Heel Jack, Ashleya Walesa, to najlepszy jak dotąd odcinek tej płyty! Na finał powrót reichowych repetycji, w tle krwiste, dęte wybrzmiewanie, z którego lepi się finałowych dron.

Improvisation, Marzec 2016. Kolejna, swobodna wycieczka do lasu! Struktura tej pieśni jawi się mniej więcej w ten sposób: wysokie pasmo instrumentów dętych, sucha warstwa strunowej sonorystyki i niskie pasmo dętych. Pełna swobodna wyboru, ale i permanentne skupienie oraz odpowiedzialność za każdy dźwięk. Prawdziwie kolektywna radość tworzenia i konsekwencja w działaniu. Gra cały ansambl, także plamy analogowej elektroniki w gęstej pajęczynie interakcji z żywymi.

Concerto For Charlotte Hug, Alison Blunt, Październik 2016. Panie definitywnie biorą sprawy w swoje ręce. Zjednoczone Królestwo strun i pięknych dźwięków. Narracja rodzi się z samego dna ciszy i błyskotliwie rozbrzmiewa, przy silnym wsparciu klarnetu basowego. Opowieść tkana kobiecą wrażliwością i odrobiną męskiego szaleństwa. Oczywiście przywołana w roli tytułowej Hug jest tu Panią na włościach. Sonorystyka zwinnego gardła, posuwiste półdrony na gorącym gryfie altówki, zapewne także szczypta teatralnej ekspresji. Wataha strunowców idzie po złote runo, mając sprzymierzeńca w preparowanym fortepianie. Zapasy i fajerwerki, eskalacja goni eskalację. Śpiew małych strun i kontrapunkty basu. Na finałowej prostej kolejne pogawędki, także głosowe, z glazurą niskich dźwięków. Brawo!

Drone Study, Tasos Stamou, Grudzień 2015. Tytuł, który obiecuje wiele i spełnia wszystko bez mrugnięcia okiem. Niskie pomruki dwóch kontrabasów i trzech wiolonczeli na dobry początek. Pięknie narastają. Obok szwadron dętych śle równie wyraziste pozdrowienia. Po czym wszystko zwinnie rozwarstwia się, tak do poziomu małych grup, jak i nawet pojedynczego instrumentu. Powrót do wielogłosowej narracji przeprowadzony z saperską precyzją. Dyrygentura naprawdę wysokiego lotu! Po kolejnym rozbiciu szyku, jęki strun, pląsy drewnianych i blaszanych. W 9 minucie mała sekcja sonorystyki z wyciszonych tub. W odpowiedzi strunowce płynące smutnym, niskim barokiem – ale cuda! Finał koncertu muzycy odnajdują w gęstej fakturze kolejnego drona. What a game!




Outside and Inside, Adrian Northover, Lipiec 2017. Drewniane i blaszane w ekstatycznej introdukcji, idą szeroką ławą. Jest i szczypta filharmonicznego zadęcia, i piano, które wraz z kontrabasem knuje skromną, jazzową intrygę. W odpowiedzi trąbki i saksofony punktują bardzo boleśnie. Ciekawe akcenty wiolonczeli w dialogu z saksofonem Northovera (?). Narracja skrzy się bogatymi interakcjami, stylowym call & response, tu i ówdzie także porcją indywidualnych ekspozycji lub duetów. Także kolektywne unisono, na dowód tego, iż zmienność akcji jest cechą dominującą tej dyrygentury. Outside and inside, so go again!

Une Note... Caroline Kraabel, Marzec 2018. Małe akcyjki, zwinne podpowiedzi, dylemat wyższości call & response nad search & reflect. Na początek ledwie kilka instrumentów – flet, viola, piano, gitara… Gdy dochodzą kolejne, narracja buduje się na wielu poziomach, jakby rosła ilość stanowisk dowodzenia. Puzon pięknie eksponuje swoje brzmienie na tle orkiestrowego unisono. Kilka perełek z gryfów małych strunowców. 8 minuta, to zwarty szyk, marsz po rozchełstane szczęście improwizatorów. Swingujące piano, kwilenia sopranowego i pomruki tuby. What ever you want! Skrupulatne, precyzyjne, co do milimetra, zwieńczenie tej historii.

Noel Taylor, Luty 2017. Perkusjonalna introdukcja na trzy ludzkie byty. Małe gierki drewnianych z blaszanymi, zmysłowe, strunowe drony. Piano rozbłyskuje na tle tych ostatnich. Także szczypta melodii, tkanej jakby pod dyktat z kartki. Urokliwie piękne! Dęciaki wchodzą w to, jak w masło! Obok ponownie aktywne perkusjonalia, a zaraz potem fantastyczna ekspozycja z sopranowym w roli głównej. 10 minuta, to moment prawdziwego szaleństwa na gryfach małych strunowców, które brzmią jakby zostały wzmocnione prądem. Także trąbka i kontrabas, i jeszcze tysiąc innych, niemniej udanych pomysłów na rozwój improwizacji. 

Guilherme Peluci, Luty 2017. Krótka, ale dość szczególna pozycja w zestawie. Wejście piana w towarzystwie chóru szaleńców! Small talks, jazgot preparacji, także głosowych! Suche struny w powolnym marszu. Obok głosy ludzkie, niczym jadowite węże na polowaniu. Konwulsja percussion oraz piękny chaos ludzkiej natury, determinowany krzykiem.

Philipp Waschmann, Maj 2017. Start z poziomu płaskich strun w sonorystycznym dygocie, perkusjonalia i obiekty elektroakustyczne. Małe dźwięki, dzwonki, bardzo aktywne tło – szmery, szuranie, stukanie. Reeds & Brass zdają się wyruszać w podróż ku akustycznej plądrofonii – jakże zmysłowe! Wysoki tembr kontrabasów, symfoniczny rozmach dęciaków. A potem wszystko idzie ku gęstemu, przy wtórze rozgrzanego fortepianu. 9 minuta, znów odzywa się kontrabas, który czyści pole zwinnym pizzicato. Komentarze z innych strun, powolne gubienie tropu w oparach narastającej ciszy.

Collective/Co-operate, Dave Tucker, Grudzień 2017. Puzonowe pomruki z trzech dużych otworów. Obok percussion i suche sonore z tuby. Delikatne piano, dzwonki, rodzaj chamber before the storm. Jakże oryginalna narracja! Nieśmiały saksofon, kolektywne unisono na małych strunach, piano w roli akompaniamentu. Świetny dialog tego ostatniego z altowym. Wreszcie triumfalny powrót puzonów, pasus klarnetów, miliony drobnych fonii, zmiana goniąca zmianę. Smutne, nostalgiczne tony i salwy konwulsyjnego śmiechu.

Steve Beresford, December 2017. Groźne pomruki kontrabasu i jeszcze niżej posadowionej tuby. Po kilkudziesięciu sekundach wchodzą kolejne strunowce, orszak puzonów, klarnet, a także elektroakustyczne preparacje. Z gitar elektrycznych rodzi się gęsta narracja, podpierana salwą perkusjonalii. Pulsacja prądu, a w opozycji oniryczne pasaże strings. Tajemnicza, złowieszczo brzmiąca sytuacja sceniczna. Wysoka ekspozycja altowego, tuż obok komentarz innego drewniaka, a w tle skwierczenie na kablach. Opowieść rośnie w kierunku eskalacji. Szczypta hałasu i dark ambientowe wybrzmiewanie. Efektowny finał jest udziałem Klausa Bru na c melody sax and electronics, o czym dowiadujemy się już po wybrzmieniu, z komentarza scenicznego.


*) więcej szczegółów dyskograficznych odnajdziecie w jednym z rozdziałów monografii Evana Parkera, dokładnie w tym miejscu