Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toshinori Kondo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Toshinori Kondo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 września 2016

Die Like A Dog – wersja trzyosobowa: reinkarnacja!


Ewidentnie duże wydarzenie fonograficzne na scenie freejazzowej! Po blisko piętnastu latach milczenia powraca wyjątkowa formacja Die Like A Dog!

Wnikliwi biografowie Petera Brötzmanna doskonale pamiętają, iż na progu lat 90. ubiegłego stulecia wraz z trójką niebywałych muzyków, berlińskim koncertem w Townhall Charlottenburg, dał początek formacji Die Like A Dog Quartet.

Kwartetów w życiu muzycznym 75-letniego dziś saksofonisty było oczywiście tak wiele, że serwery dźwigające zasoby informatyczne Trybuny nie zdołałyby pomieścić ich opisu. Wszakże taki kwartet był tylko jeden.

Przypomnijmy sobie głównych jego aktorów: na zmutowanej i silnie amplifikowanej trąbce Toshinori Kondo, facet z bogatym doświadczeniem, zarówno na polu free improv, jak i … transowej, niemal jazz-rockowej muzyki z obsesyjnym rytmem; na kontrabasie jedyny i niepowtarzalny William Parker; na perkusji i instrumentach perkusyjnych, też postać ekstremalnie nietuzinkowa – Hamid Drake (z doświadczeniami podobnymi, jak japoński trębacz); dopełnieniem Zdechłego Psa - Peter Brötzmann na saksofonach, klarnetach i tarogato.

We wspomnianych latach 90. kwartet okazjonalnie koncertuje, a światu za pośrednictwem niemieckiego labelu FMP, dostarcza wyjątkowe krążki, które w mojej ocenie konstytuują śmiałą tezę, iż są swoistym opus magnum każdego z w/w muzyków.

Przypomnijmy ich tytuły: Fragments Of Music, Life And Death Of Albert Ayler (1994), Little Birds Have Fast Hearts No.1 (1998) i No.2 (1999), Aoyama Crows (2002). Kwartet z lekką korektą w składzie (Roy Campbell za Kondo) nagrywa dla Eremite Records krążek From Valley To Valley (1999). Od blisko dekady dostępny jest także czteropłytowy box, kompilujący wszystkie rejestracje dla FMP, pod oczywistym tytułem The Complete FMP Recordings (Jazzwerkstatt, 2007). Już w bieżącej dekadzie dyskografia Die Like A Dog poszerzyła się o koncert z roku 1994, wydany pod tytułem Close Up (2011), jako samoistna część dwunastopłytowego, urodzinowego wydawnictwa Free Music Production.

W nowym wieku nazwa Die Like A Dog niestety już się nie pojawia. Jednak w roku 2003 wpada w nasze upocone dłonie podwójny krążek tria Brötzmann/ Parker/ Drake, który zwykło się określać mianem Die Like A Dog Trio, czyli zespołem okrojonym o nieobecnego Toshinori Kondo. Płyta Never Too Late But Always Too Early (Eremite, 2003) dedykowana została pamięci właśnie co zmarłego Petera Kowalda. Na tym ta historia w zasadzie zamykałaby się, gdyby nie…. najnowsze dziecię londyńskiej inicjatywy klubowej Cafe Oto i wydawniczej OtoROKU!




Otóż na końcowe dni stycznia roku ubiegłego, bystrzy Londyńczycy zakontraktowali na trzy wieczory trio Brötzmann/ Parker/ Drake! Koncerty w małej klubowej salce odbyły się przy nadkomplecie publiczności. Zostały one skrzętnie zarejestrowane i latem tego roku udostępnione rzeszy złaknionych fanów Die Like A Dog, pod wszystko mówiącym tytułem Song Sentimentale (Otoroku, 2016).

Muzyka trafia do nas zarówno w formacie CD, jak i winylowym. Od razu zaznaczam, iż materiał zamieszczony na obu nośnikach jest różny, zatem jeśli chcemy posiadać pełną dokumentację ubiegłorocznych koncertów trio w Londynie, winniśmy nabyć zarówno kompakt, jak i czarny krążek (co nie będzie łatwe, bo póki co, nakład CD jest już wyczerpany….). Nośnik cyfrowy pomieścił trzy fragmenty, trwające 70 minut, zaś analogowy – dwa, o łącznej długości ponad 40 minut.

Dwa słowa o instrumentarium muzyków. Peter gra, jak to ma w zwyczaju od wielu lat, na saksofonie tenorowym, klarnecie i tarogato. William, poza kontrabasem chwyta w dłonie także inne, nieco egzotyczne instrumenty, takie jak guimbri, shakuhachi i shenai (są to instrumenty strunowe i dęte). Hamid natomiast, poza perkusją, jak to ma w zwyczaju korzysta także z dużego bębna frame drum (na którym gra … rękoma) i używa także głosu.

Po tym zalewie faktów, czas najwyższy odpowiedzieć na proste pytanie: co sprawia, że muzyka Brötzmanna w towarzystwie Parkera i Drake’a jest taka wyjątkowa?




Po prawdzie od wielu już lat niemiecki muzyk niczym nas nie zaskakuje. Jego arsenał środków stylistycznych, instrumentarium, czy pomysł na prowadzenie równie dynamicznych, co nostalgicznych improwizacji nie ulega zmianie. Osobiście, niejednokrotnie pisząc ostatnimi czasy o nowościach płytowych z jego udziałem, bez skrępowania marudziłem i nie popadałem w nadmierną ekstazę. A jednak, gdy do mojego odtwarzacza wpadła Sentymentalna Pieśń, serce od razu silniej zabiło.

Szorstka, niedelikatna, momentami nawet hałaśliwa stylistyka muzyki Petera (choć potrafi być naprawdę melodyjna) świetnie odnajduje się na tle tego, co robi i potrafi robić na scenie niebywała, czarna sekcja rytmiczna Parker-Drake. Po pierwsze, nasycają oni muzykę tria … wyjątkową melodyką i ekspresyjnym wręcz dynamizmem. Najbardziej karkołomne zawijasy improwizacyjne i nagłe zwroty akcji, konstruowane są w oparciu o głęboko zakorzenioną melodię, rytm i śpiewność, płynącą ze wszystkich instrumentów, jakie dostają się w ręce Williama i Hamida (w jego przypadku także głosu, mantrycznego zaśpiewu). Z drugiej strony, rozbudowane o elementy egzotyczne, wręcz plemienne instrumentarium, nadaje muzyce całej trójki niebywałą lekkość i oniryczną wręcz aurę. Potrafi stanowić uroczy kontrapunkt dla najbardziej nawet ekstremalnych fragmentów free, których przecież nie brakuje w muzyce Petera. Całość płynie nieprzerwanym potokiem dźwięków, a muzycy i słuchacze pozostają w stanie konstruktywnego i kojącego każdy ból egzystencji, medytacyjnego wręcz transu. Gdy muzycy funkcjonowali dwie dekady temu w kwartecie, trąbka Kondo jeszcze bardziej wzmacniała elementy, o których tu wspominam.




Zatem z ogromną przyjemnością anonsuję nową płytę Die Like a Dog (choć ta nazwa nie pada w przypadku tego wydawnictwa) i gorąco zachęcam do powrotu do muzycznej lektury dokonań kwartetu, którego płyty są na szczęście stosunkowo łatwo dostępne (choćby ów czteropak Jazzwerkstatt).

Jeśli już to wszystko, premierowo lub na powrót odsłuchacie, a będzie Wam mało, nieśmiało przypominam, iż dyskografia kwartetu i tria ma też skromne uzupełnienia… duetowe. Myślę tu o krążkach Brötzmanna i Drake’a. Były, jak dotąd, trzy takie wydawnictwa. Koncert z roku 1994 ukazał się pod tytułem The Dried Rat-Dog (Okka Disk, 1995). Nagranie z roku 2004 trafiło do nas jako Brötzmann/ Drake (BRO, 2010), zaś rejestracja nowojorska z czasów nam już jak najbardziej współczesnych, z roku 2010, dostępna jest na podwójnym winylu Solid and Spirit (Nero’s Neptune, 2013). Ja – być może z powodów sentymentalnych – szczególnie cenię sobie to pierwsze nagranie (bo i pies w tytule!)


poniedziałek, 25 lipca 2016

Daunik Lazro – francuski łącznik


Daunik Lazro, wybitny francuski saksofonista wolnej muzyki improwizowanej, kolejna być może ofiara dominacji kultury anglosaskiej we wszechświecie (bo permanentnie niedoceniany przez całą swoją muzyczną przygodę, trwającą ponad cztery dekady), trafił już na te łamy przy okazji omawiania trzech genialnych kwartetów jego nieco młodszej koleżanki znad Sekwany, Joelle Leandre. Na zapowiadane wtedy kilka słów o nim i jego muzyce przyszedł dziś odpowiedni moment.

Dyskografia autorska muzyka, urodzonego 71 lat temu w Chantilly, nie jest nadmiernie rozbudowana. Znacząca jej cześć powstała z udziałem improwizujących rodaków i wydana została we Francji. O kolaboracjach z Leandre (choćby Paris Quartet i Madly You) już pisałem, warto także wspomnieć o niejednokrotnych spotkaniach z wyjątkowym francuskim sopranistą Michelem Donedą i takimż portugalskim skrzypkiem Carlosem Zingaro. Jeśli chodzi o świat anglosaski, częstym partnerem Daunika bywał Joe McPhee. Osobiście po raz pierwszy usłyszałem tembr jego saksofonów w trakcie zwarcia trzech instrumentów dętych, drewnianych, na krążku bez tytułu, który dwadzieścia lat temu wydała oficyna Vand’Oeuvre – wraz z Lazro dmuchali na niej, wspomniany przed momentem McPhee i Evan Parker.

Dziś szerzej zajrzymy na dwa wydawnictwa już z bieżącej dekady (ich wspólną cechą kosmiczna jakość muzyki tam zawartej), a także rzucimy okiem i uchem na trzy starsze krążki, które z jakichś względów warto dziś uznać na wysoce interesujące.


Promieniowanie niepozbawione sensu

Zacznijmy od wydanej dwa lat temu płyty Sens Radiants (Dark Tree Records). To swoiste międzypokoleniowe spotkanie trzech znamienitych francuskich improwizatorów. Najmłodszy z tego grona, aktywnie muzycznie dekadę z okładem, kontrabasista Benjamin Duboc, dekadę starszy perkusista Didier Lasserre i nasz weteran, od połowy lat 70. aktywny na scenie free, Daunik Lazro, tu jedynie na saksofonie barytonowym. Wspomniany krążek jest dokumentacją fonograficzną koncertu, jaki odbył się 20 września 2013r. w na festiwalu Ecouter pour I’Instant w Le Fliex, Francja. Przy okazji nagranie z oklaskami jest muzyczną kontynuacją pierwszego spotkania tego tria, w okolicznościach studyjnych, w sierpniu 2010r., które swój wyraz wydawniczy odnalazło na krążku Pourtant Les Cimes Des Abres (Dark Tree Records, 2011).






Nie mam w zwyczaju, recenzując jakąkolwiek płytę, rozpoczynać od porównania do znanego już zespołu, czy nagrania. Ale w wypadku tria Lazro-Duboc-Lasserre, nie potrafię się powstrzymać, by nie porównać ich muzyki do dokonań legendy free improvisation, angielskiej formacji AMM! Oszczędna w środki wyrazu, skupiona, chwilami minimalistyczna improwizacja trzech muzyków niezwykle silnie wyczulonych na pojedyncze interakcje, potrafiących także budować oniryczny klimat, a nawet transową narrację, operując przy tym zwartymi i przeplatającymi się wzajemnie plamami dźwięków. Perkusista funkcjonujący w trakcie koncertu na sporym pogłosie (nie znam miejsca, zatem nie wiem, czy to efekt zamierzony, czy jedynie zastana rzeczywistość), często operuje pałkami na glazurze talerzy, niczym Eddie Prevost, potrafi też napędzać kolegów nieoczywistym rytmem, czy nawet jego sugerowaniem. Saksofonista działa z zaplecza, często milknie na długie minuty, by powrócić w absolutnie kluczowym momencie i zdynamizować improwizację (uwaga! tu potrafi być głośno i drapieżnie, choć nie są to charakterystyki dominujące w muzyce tria). Ciekawie wykorzystuje sonorystycznie swój baryton, grając chwilami w naprawdę wysokich rejestrach, jawiąc się kolorystą dużego formatu, przy okazji nie po raz pierwszy, udowadniając wysokie kompetencje. Wreszcie kontrabasista, zdaje się w tej zabawie jednak postacią centralną i to nie tylko z uwagi na miejsce, z którego dociera do nas tembr jego instrumentu, niski, mocny i nieznoszący sprzeciwu. Dużo gra smyczkiem, budując przy tym klimat swoistego niepokoju i nieprzewidywalności, lubi ostro tym smykiem uderzać w gryf instrumentu, czym nadaje całej improwizacji siłę wyrazu i jakość przekazu. Muzyka całego trio, korzystając z amm-owskiej podpórki… trwa i jest to jedyny niezaprzeczalny fakt, jeśli chodzi o jej percepcję.

Płyta studyjna składa się z czterech fragmentów o różnym poziomie intensywności gry, koncert zaś jest nieprzerwanym, ponad 55-minutowym ciągiem dźwięków. Wydane we Francji, w małej oficynie o niebogatym dorobku, Dark Tree. Jeśli gdziekolwiek da się kupić te krążki, zróbcie to koniecznie.




Pod wpływem Kurary

Czas na niezwykłe spotkanie trzech fascynujących postaci – francuskiego, eksperymentującego gitarzysty Jean-Francois Pauvorsa, doskonale nam znanego free drummera Rogera Turnera i bohatera dzisiejszej opowieści, tu z rurą barytonową i altową. Na krążek Curare (NoBusinness Records, CD/LP 2011) złożyły się dwie okoliczności koncertowe – pierwsza w znanym klubie Instant Chavires w roku 2008, druga w trakcie festiwalu Jazz en Franche-Comte, dwa lata później. Intrygujące spotkanie lekko wycofanego saksofonisty, ekspresyjnego gitarzysty (wszakże bez specjalnych doświadczeń w zakresie improwizacji o choćby odrobinę jazzowych korzeniach) i perkusjonalisty kameleona, który odnajdzie się w każdych okolicznościach estradowych. Pauvros, facet o wyglądzie wychudzonego Williama Burroughsa w długich włosach, trzymając swe różne gitary w ręku, nie ma żadnych ograniczeń w sposobie gry i doborze środków wyrazu. Wyobraźnia miota nim po scenie, a my możemy tylko konstatować, co pewien czas: ja bym na to nie wpadł… Raz brzmi jak Joe Morris, innym razem stosując technikę slajdową, ślizga się i płynie po gryfie umoczonymi palcami, niczym bluegrassowy wyjadacz. Gdy sytuacja w procesie improwizacji tego wymaga, zamienia się w gitarzystę basowego i napędza całe trio, niczym silnik atomowy. Stanowi bezsprzecznie inspirujący dysonans estetyczny i stylistyczny dla pozostałej dwójki muzyków. Lazro na początku całej zabawy czai się jak tygrys na żerowisku, nieco ustępuje pola gitarzyście, ale to efekt zamierzony i dramaturgicznie uzasadniony. Gdy przyjdzie jego moment, barytonem wydzierga marszrutę improwizacji dla całej załogi, a groteskowość sytuacji scenicznej podkreśli komentarzem gardłowym. Zgrabnie dyscyplinuje szaleństwo koncertowe, pyskatym i śpiewnym altem. Gdy improwizacja przebiera bardzo skupiony charakter, gdy wydawanie dźwięku przypomina wyciskanie soku z nadgniłej cytryny, jest królem tego rytuału i jedynym sprawiedliwym. Turner jest wszędzie, w każdym momencie podkreśla tupaniem wyczyny kolegów i dynamizuje w ujęciu dramaturgicznym całą improwizację. Pod koniec nie zabraknie też szczypty psychodelii (Lazro palcuje jak Coltrane, to chyba przypomina jedną z jego kompozycji!) i onirycznego pląsania na finał.
Kurara, indiańska trucizna do smarowania grotów strzał. Trafiony, zatopiony!





Starsze incydenty, personalnie różnorodne

Cofnijmy się w czasie o blisko dwie i pół dekady. W dyskografii Lazro niewiele jest pozycji, w których jest on głównym podmiotem wykonawczym (poza sporadycznymi ekspozycjami solowymi). Tu – wyjątek potwierdzający regułę. Podwójna winylowa płyta Daunik Lazro Sweet Zee (Hat Art, 1985), niestety do dziś niewznowiona na nośniku cyfrowym. Pierwszy krążek, to fantastyczne, prawdziwie rozwichrzone free improv w pasjonującym personalnie kwartecie – dwaj faceci odpowiedzialni za niskie częstotliwości, Tristan Honsinger (wiolonczela, głos) i J.J. Avenel (kontrabas), wyjątkowy Toshinori Kondo na trąbce (także głos) i Lazro na saksofonie altowym. Blisko trzy kwadranse improwizacyjnego szaleństwa o brudnym soundzie i piekielnym, mimo braku perkusji, ładunku dynamizmu. Sweet Zee I i II, zarejestrowane na festiwalu jazzowym w szwajcarskim Willisau, w sierpniu 1983r. Drugi czarny krążek dzielą między sobą dwie formacje trzyosobowe. Najpierw alt Lazro zaplątany został między struny gitary Raymonda Boni i skrzypiec Carlosa Zingaro – ponad 23-minutowa perła precyzyjnej, acz śmiałej estetycznie improwizacji (koncert na Sens Music Meeting, Francja, maj 1983r.). Na koniec kolejna formacja bez backgroundu rytmicznego – Joelle Leandre (kontrabas i głos), George Lewis (puzon z przystawkami), no i Lazro znów tylko na alcie. Tym razem aż pięć drobnych miniatur swobodnej improwizacji, godnych każdej naszej chwili do zmarnowania (rejestracja francuska ze stycznia 1984r.). Po odsłuchu całości można tylko zadać sobie pytanie, która z czterech stron Sweet Zee, uwiodła nas najbardziej. Pytanie jest cokolwiek retoryczne. Doskonała muzyka.

Ciekawym wydawnictwem jest płyta Periferia (in Situ, 1995), sygnowana przez demokratyczny kwartet w składzie – Daunik Lazro (alt, baryton), Carlos Zingaro (skrzypce, także w wersji elektrycznej), Sakis Papadimitriou (piano) i Jean Bolcato (kontrabas, głos). Każdy z muzyków przygotował na okoliczność spotkania w Vando’eure-Les-Nancy (kwiecień 1994r.) po dwie kompozycje, które zostały poddane kolektywnej, acz skupionej i wrażliwej na szczegół brzmieniowy improwizacji. Ciekawa okazja, by poznać muzykę Daunika w atmosferze zupełnie odmiennej od szaleństwa Słodkiej Zee.




Pozostańmy przy kontrabasie Bolcato i dodajmy doń perkusję Christiana Rolleta. Tych dwćch Panów doprosił Daunik Lazro (alt, baryton) do realizacji pomysłu, firmowanego trojgiem nazwisk, A.H.O And His Orchestra (Blue Regard, 1997). Znów na pulpitach studyjnych pojawiły się kompozycje każdego z muzyków (także Steve’a Lacy i Charlesa Tylera), które na wysokim poziomie kooperacji zostały nam podane w wersji silnie improwizowanej. Bardzo jazzowa propozycja, której wiele fragmentów granych jest unisono, a my możemy zachwycać się fantastycznym brzmieniem instrumentów i telepatycznym wręcz zrozumieniem muzyków. Piękna płyta!



Ps. Uwaga! Trybuna udaje się na zasłużone wakacje, w trakcie których nie planuje nowych publikacji (choć licho nie śpi..). Nowych zwariowanych opowieści o jeszcze bardziej zwariowanych muzykach oczekujecie po 15 sierpnia.

wtorek, 23 lutego 2016

Peter Brötzmann – „Piękne Kłamstwa” i szczypta wspomnień u progu 75 urodzin



Osobiście nie wybieram się do stolicy naszego dziwnego kraju, by przez kilka dni celebrować 75 urodziny Petera Brötzmanna, jednakże ów incydent kalendarzowy jest dla mnie wystarczającym powodem, by saksofoniście z Wuppertalu poświecić kilka chwil w niniejszym poście.

Jakkolwiek urodziny w Pardon, To Tu zapowiadają się bardzo ciekawie, choćby z powodu uczestnictwa w nim japońskiego trębacza Toshinori Kondo, który w Europie koncertuje rzadko, by nie rzec w ogóle jego stopa nie styka się z ziemią wiecznych odkrywców. O Nim także słowo w dalszej części tej opowieści.



Tu, nieśmiało rozpoczynając celebrację jakże zacnych urodzin, znajduję dobry moment na pochylenie się nad najnowszym wydawnictwem z udziałem Petera. W potoku duetów, ujawnień trzyosobowych i kwartetów eksplorowanych usilnie przez Brötzmanna w ostatnich latach (często przy kompetentnym wsparciu muzyków brytyjskich, np. patrz: post dotyczący wytwórni Clean Feed…), dzieło owo stanowi coś nietypowego i absolutnie świeżego. A na myśli mam Beatiful Lies (NEOS JAZZ, 2016), dysk będący rejestracją spotkania z nonetem ICI Ensemble. Przyznam, że z tą formacją spotykam się po raz pierwszy (choć nie całkiem dawno nagrali oni także płytę z Williamem Parkerem). Jest to skład niemieckich muzyków średniego i starszego pokolenia (których nazwiska po prawdzie nic mi nie mówią), a ich narzędziami pracy są instrumenty dęte, tak blaszane, jak i drewniane, piano, bas, perkusja i szczypta nienachalnej elektroniki. Sam Brötzmann  tradycyjnie wymiata na tenorze, tarogato i klarnecie. Dodajmy wymiata, jak na jego standardy, stosunkowo spokojnie, nieśpiesznie, a w kluczowych momentach mozolnych, kolektywnych improwizacji doprawdy nostalgicznie. Sama orkiestra ICI nie rujnuje nam swą nadmierną odkrywczością wizerunku porządnego free jazzowego ansamblu, ba, chwilami zabawa w dźwięki jest wyważona, precyzyjna i niezwykle selektywna. Innymi słowy, nie ma rewolucji, jest za to bardzo udana płyta, która stać się może dobrą okazją do życzenia Peterowi kolejnych 75 lat owocnych muzycznych przygód.

Gdy już poznacie “Piękne Kłamstwa” zachęcam do przypomnienia sobie szczególnie udanych pozycji w dyskografii jubilata, które światło dzienne ujrzały w trakcie minionych dziesięciu lat, a które opisałem na potrzeby portalu diapazon.pl w latach 2006-2009.


Brötzmann / Kondo / Pupillo / Nilssen-Love  Hairy Bones  (Okka Disc, 2009)

Czyżby powrót Die Like A Dog Quartet, nie tylko w mojej opinii, formacji stanowiącej swoiste opus magnum w przebogatym muzycznym życiu Petera Brötzmanna? I tak, i nie - rzekłbym przekornie.

Tak, bo znów Toshinori Kondo na elektronicznie przetworzonej trąbce, do spółki z Peterem Brötzmannem (alt, tenor, klarnet i tarogato) zabierają nas w szaleńczą, transową podróż po bezkresach naszej muzycznej świadomości. To rodzaj podróży, której nie lubimy kończyć przedwcześnie.



Nie, bo sekcji William Parker / Hamid Drake nikt nie zastąpi, dodatkowo Massimo Pupillo gra na basie elektrycznym (notabene - kolega z topornego heavyjazzowego ZU). No i Paal Nilssen-Love, to zupełnie inny drummer niż Drake (jakkolwiek, równie wspaniały).
W kontekście jednakże zawartości tego blisko 70-minutowego koncertu z Amsterdamu (zarejestrowanego we wrześniu ubiegłego roku) powyższe dywagacje nie mają większego znaczenia. Wspaniała muzyka! Przedni zastęp dęciaków równie doskonale, jak na produkcjach Die Like A Dog (co dla wielu będzie wystarczającą rekomendacją), prowadzi niezwykle konstruktywny dialog. Gęsta gra Paala Nilssena-Love na perkusji (jakżeby inaczej) stwarza ku temu znakomitą bazę, a zaskakująco wyważona, basowa ściana dźwięku generowana przez wiosło Pupillo, to dodatkowo solidny punkt odniesienia (gdzie mu tam do Laswellowskiego zrywania parkietu w Kongresowej - i bardzo dobrze!).

Koncert podzielony został na dwa fragmenty (ciszy pomiędzy nimi jednak nie uświadczymy). Zaczynamy od gwałtownego trzęsienia ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Na początku fragmentu drugiego popadamy w lekką zadumę (piękna gra Kondo i delikatny sound Pupillo!), by potem krwiście zafiniszować (kolektywnie, w pełnej ekstazie, ku radości wszystkich słuchających). No i bardzo niepoprawna politycznie okładka. Reasumując - jeden z najpoważniejszych (jak dotąd) kandydatów na płytę roku!


McPhee / Brötzmann  / Kessler / Zerang  The Damage Is Done  (Not Two, 2009)

Panów Brötzmanna , McPhee, Kesslera i Zeranga znamy świetnie (m.in. doskonale pamiętamy, iż to 40% roztwór Chicago Tentet!), widzieliśmy na wielu koncertach i podziwiamy od lat (nota bene, czyż wielu wspaniałych free jazzowych mistrzów zza wielkiej wody, i nie tylko, nie powinno od dawna posiadać polskiego obywatelstwa?). Jako kwartet mają w dorobku dwa ujawnienia ("Tales Out Of Time" u Kapeluszników i "Guts" na OKKA Disk), a ubiegłej wiosny zawitali do naszego urokliwego kraju, celem popełnienia wspaniałego koncertu w najbardziej obleganej piwnicy współczesnej Europy Środkowej, czyli krakowskiej Alchemii. Wytrawny eksplorator ważnych free wydarzeń, Marek Winiarski rzecz zarejestrował i wydał na podwójnym CD (po raz pierwszy Not Two w takim formacie!).



Panowie zagrali dwa regularne sety (w wymiarze dwóch połówek meczów piłkarskich plus extra time) i gratisowy set trzeci (dogrywka z udziałem tria Freda Lonberga-Holma, który przypadkiem grał w Krakowie w wigilię tego zacnego koncertu). Na płytach niestety nie słyszymy owej dogrywki, a szkoda, bo Wasz recenzent słyszał te dźwięki i z radością donosi, że bezwzględnie warte były publikacji. Stało się jak stało - nie narzekajmy wszakże, bo dostaliśmy 95 minutowy jesienny killer do wielokrotnego odsłuchu. Panowie raczą nas free jazzem, będąc w doskonałej formie i dzieląc swoje swobodne improwizacje na sześć fragmentów opatrzonych tytułami. Skoro dyspozycja dnia wszystkich muzyków absolutnie topowa, to i koncert na długo zapadnie w Waszej pamięci. Co warte podkreślenia, wiele w tej muzyce fragmentów ewidentnie wyciszonych, pełnych nostalgii (jak dobrze, że płyta ujrzała światło dzienne jesienią), w czym szczególnie gustuje Joe McPhee, a i Peter Brötzmann wie, że wszystkiego nie da się załatwić hałasem. Ot, jeden w pewniaków na doroczne listy best of - polecam od pierwszego do ostatniego dźwięku!


Peter Brötzmann / Peeter Uuskyla   Born Broke  (Atavistic, 2008)

Blisko 100-minutowe spotkanie starych znajomych (nagrane we wrześniu 2006 r. w Szwecji) – pozostającego wciąż w genialnej formie Brötzmanna (tegoroczne koncerty w Polsce dowodzą tego najdobitniej) i jego starego kumpla ze Skandynawii – Uuskyli (najczęściej grywali dotąd w triu z Friisem-Nielsenem).



Uuskyla jest dość specyficznym perkusistą (nie wszyscy za nim przepadają), albowiem jego gra wydaje się pozornie pozbawiona lekkości i polotu typowego dla naszych ulubionych freejazzowych pałkerów. Wszakże jego nieco "kanciasta" poetyka idealnie wpasowuje się z estetykę kipiącego energią Brötzmanna (nie chcę przez to powiedzieć, że on też gra bez polotu...). Ale dość tych ambiwalencji – dostajemy naprawdę świetny kawał rasowego free, składający się z czterech fragmentów opatrzonych tytułami, na dwóch dyskach. Absolutnie i bezwarunkowo polecam, zwłaszcza tym, którzy nie doceniają roboty Uuskyli!


Brötzmann / Yagi / Nilssen-Love   Head On  (Idiolect, 2008)

Ubiegłoroczny koncert z niemieckiego "Manufaktur". Nazwiska Petera Brötzmanna i Paala Nilssen-Love'a padają na tych łamach tak często (i z takim poziomem natężenia zachwytu), że określenie niniejszego koncertu mianem wspaniałego trąci banałem. Niemniej trudno od takiej cenzurki uciec, albowiem jest jeszcze trzeci powód takiej, a nie innej percepcji tej muzyki - to kolega (koleżanka) Yagi grający (grająca) na 17 i 21-strunowym koto (przepraszam za te dylematy płciowe, ale człeka nie znam, a z nieostrego zdjęcia na okładce wynika, iż to kobieta o absolutnie męskich ramionach).



Ten, skądinąd wspaniale brzmiący instrument, nadaje improwizacjom naszych ulubieńców niebywałej, nieco onirycznej, niemal transcententalnej metaforyki. Chwytamy znane nam (i wspaniałe) dźwięki saksofonu i perkusji Panów PB i PNL jakby innymi receptorami słuchu, inną częścią naszego freejazzowego mózgu. Trzy samodzielne odcinki muzyczne. Naprawdę wyjątkowa płyta!


Peter Brötzmann / Michael Zerang Live in Beirut 2005  (Al Maslakh, 2006)

Nie jest to może wyjątkowy świeżak, a rzecz nagrana blisko trzy lata temu, ale z uwagi na niełatwy do niej dostęp (kupiłem na koncercie Brötzmanna w Gdyni), dla wielu będzie to z pewnością nowość. Trzecia pozycja w katalogu libańskiego wydawnictwa, to koncert dwóch wyjątkowych kolesi - Petera Brötzmanna (bez introdukcji) i Michaela Zeranga (białego odpowiednika Hamida Drake'a), nagrany na środku pustyni, czyli w Bejrucie.



Nie liczcie zatem na jakąś wyjątkową jakość dźwięku (pustynia ma swoje prawa), ale to co dostają w zamian Wasze narządy słuchu wynagrodzi wszelkie akustyczne niedogodności. Wspaniały koncert! Brötzmann niepozbawiony dalekowschodniego zaśpiewu i samonapędzającej się skłonności do raczenia nas uroczymi melodiami (oczywiście w ramach freejazzowej konwencji), Zerang czujny w każdym momencie saksofonowych erupcji, grający każdą dostępną kończyną. Lektura obowiązkowa! A i język arabski można sobie podszkolić czytając wkładkę do CD (płyta wydana w kopercie).


Brötzmann / Nilssen-Love / Gustafsson   The Fat Is Gone  (Smalltown Superjazz, 2007)

Spotkanie takich trzech gigantów europejskiego free nie może ujść naszej uwadze. Ubiegłoroczny koncert z Molde, wydany w zacnych szeregach norweskiej Smalltown, edycja jazzowa. Trzy ostro kopiące fragmenty. Totalne erupcje soczystych improwizacji free, okraszone chwilami sonorystycznej zadumy.



Choć wiele już słyszeliśmy równie pasjonujących koncertów, w tym jest to coś, co pozwala nam zakwalifikować nagranie do kategorii – muzyczne wydarzenie roku. Jedni docenią kunszt Gustafssona (chwile zadumy), inni rozpłyną się nad siłą środków wyrazu Brötzmanna (erupcje free), a ja ze swej strony zwracam uwagę na genialną drumerską robotę Nilssena-Love. On jest kołem zamachowym tej szalonej historii i to być może jemu należy przyznać palmę przodownika pracy.

Best wishes, Peter !!!!