Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iván González. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iván González. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 lutego 2022

Unintentional Noir! Reviriego! Trilla! Clara Lai! Tàlveg! Fernández & Clotet! The Barcelona’ Taste Makes The World Go Round!


Trybuna Muzyki Spontanicznej zrodziła się z potrzeby niesienia kaganka wiedzy o nowej muzyce improwizowanej, która powstaje w każdym niemal zakątku naszego świata, niekoniecznie tylko w Londynie, czy Nowym Yorku. A może na przykład w Barcelonie? Tak, stolica jak zawsze wolnej Katalonii, jest takim wspaniałym miejscem. Od pierwszych sekund życia tych łamów (niedawno stuknęły im szóste urodziny!) muzyka z tej części Półwyspu Iberyjskiego jest naszym gościem nad wyraz częstym i po prawdzie ukochanym!

Barcelona i jej kreatywna scena muzyczna ma się jak zawsze wyśmienicie! Dziś sześć szybkich dowodów w sprawie. Same nowości, prawie wszystkie datowane już na rok 2022. Na piorunujący początek kwartet z istotnym udziałem naszego ulubionego kontrabasisty z BCN, czyli Àlexa Reviriego, a zaraz potem solowa płyta tegoż artysty, ale na gitarę i elektronikę. W dalszej kolejności czekają - solowe niesamowitości w jakże wyjątkowym wykonaniu Vasco Trilli, kwartet pod dowództwem pianistki Clary Lai z udziałem kolejnych bogów katalońskiej impro sceny, świetnie nam znane trio Tàlveg z drugą małą porcją swoich ujawnień koncertowych, a na sam koniec prawdziwa petarda – duetowa płyta Agustí Fernándeza poczyniona w towarzystwie pewnej szalonej, młodej gitarzystki. Wszyscy artyści i prawie wszystkie nagrania ściśle związane z Barceloną lub jej najbliższym sąsiedztwem. Yes, The Barcelona’ Sound Rules! Welcome!



Pablo Volt/ Luciano Bagnasco/ Àlex Reviriego/ Enric Ponsa  Unintentional Noir (Discordian Records, DL 2022)

Naszą podróż po Barcelonie i okolicach zaczynamy od studia nagraniowego Golden Apple. We wrześniu ubiegłego roku spotykamy tam czwórkę muzyków. Oto oni: Pablo Volt (czasami ukrywający się pod pseudonimem Pope) – trąbka, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Enric Ponsa – perkusja. Muzycy przygotowali dla nas osiem pikantnych improwizacji, które trwają ponad 48 minut.

Początek nagrania, to jakże charakterystyczne dla sceny BCN zabawy w fałszywe dźwięki. Cztery instrumenty produkują tu frazy, których nie da się jednoznacznie przypisać każdemu z nich. Preparacje, drżenia, szumy i skomlenia, z których wykluwa się, mocą kontrabasowego pizzicato, bystra, post-jazzowa narracja. Jej pewna przewidywalność kończy się w momencie, gdy na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek. Efektowne rozwidlenie narracyjne upiększa także zmysłowa gitara, która zgłasza koneksje post-psychodeliczne. Druga i trzecia improwizacja także mają w sobie zaszyty pewien jazzowy nerw, ale obie skrzą się całymi plejadami intrygujących dźwięków. Znów wiele daje tu z siebie smyczek, który pod dłońmi Reviriego potrafi piszczeć i rżeć niczym stado wygłodniałych klaczy. Dużo ciekawego dzieje się także na gitarowych pick-upach. Z kolei trąbka chętnie buduje tu ciepły, jazzowy kontrapunkt, choć równie często tonie w powodzi efektownych preparacji.

W czwartej części akustyczne dewastacje nisko zawieszonego smyczka zaczynają stanowić tu prawa! Pozostali uczestnicy zdają się czerpać z tych incydentów wiele zaskakujących inspiracji, dzięki czemu jakość improwizacji rośnie niemal z każdą pętlą narracyjną. Część piąta płynie dłuższymi frazami, pojawiają się akcenty post-fussion ze strony gitary, ale natychmiast kontrastowane są one mrocznymi preparacjami kontrabasu i trąbki. Muzycy stawiają na emocje, ale równie dobrze czują się w okolicach ciszy. Część szósta niesie ze sobą trochę rockowych emocji dzięki pulsacji kontrabasu, z kolei część siódma skupia się na drobiazgach – gitarowych plamach, które brzmią niczym gong, perkusjonalnych dzwonkach i smyczku, który żłobi dno gęstymi bruzdami. Strefa mroku zdaje się tu dopadać wszystkich. Finałowa improwizacja pięknie reasumuje wkład kontrabasisty w ostateczny kształt dzieła. Duży strunowiec piszczy, wyje, pomrukuje. Świetnie u jego boku zachowuje się czujna na detale brzmieniowe gitara, w tym akurat momencie łapiąca piękny, ambientowy flow. Ostatnia faza improwizacji z jednej strony szuka ciszy, z drugiej nerwowo podryguje, jakby nie do końca pewna, czy to odpowiedni moment na klarowne zakończenie.




Àlex Reviriego  Dorothea (Finis Africae Colectivo, Kaseta/ DL 2022)

Kataloński kontrabasista, który tak konsekwentnie upiększał nam poprzednią płytę, zostaje z nami i zaprasza na swoje solowe improwizacje, tym razem jednak wyprodukowane przy pomocy innych twórczych narzędzi. Muzyk gra tu na akustycznej gitarze, której dźwięki kąpie w soczystych, elektronicznych plamach, a albumowe credits określają je jako feedback & electronic devices. Nagrania powstały wiosną i latem ubiegłego roku, zapewne w domowym zaciszu. Całość składa się z czterech części pieśni tytułowej, przy czym ostatnia ma podtytuł Demo. Ich odsłuch zajmuje około 36 minut z sekundami.

Ideą tej niebanalnej zabawy w dźwięki jest łączenie brzmienia minimalistycznie frazującej gitary akustycznej z elektroniką, która w trakcie niedługiego nagrania potrafi przyjmować bardzo różnorodne formy. Na samym starcie słyszymy odgłosy otoczenia za oknem i pojedyncze dźwięki gitary, które udanie szukają echa. Muzyk konsekwentnie powtarza frazy, budując spokojną, spójną, niemal relaksacyjną narrację. Elektronika, póki co, przysypia za rogiem. Nadciąga jednak systematycznie, zdaje się mieć coś z letniej burzy, która płynie z oddali i może w niedalekiej przyszłości wyrządzić wiele szkód. Druga część zaczyna się już w obecności syntetycznych dźwięków. Coś skwierczy, coś formuje się w zwarty i nieco rytmiczny szereg zdarzeń. Gitara pojawia się po pewnym czasie i frazuje z coraz większym echem. Jej ambient ściele się na skwierczącej, chropowatej powierzchni electronic devises. W połowie utworu gitarze udaje się wydostać na powierzchnię narracji i kalać nasze uszy czystymi, gitarowymi frazami. Elektronika tymczasem przeformatowuje się w dron, brzmiący początkowo niczym syrena alarmowa, po chwili jednak rozlewający się w metaliczny strumień leniwej fonii. Trzecia część, dość krótka, to połączenie gitarowych, niezdeformowanych akordów z elektroakustycznym backgroundem, który brzmi niczym zapętlone tysiąckrotnie dźwięki strunowe.

Ostatnia, demowa część, to kilkunastominutowa opowieść, którą rozpoczyna gitara, produkująca jednocześnie kilka strumieni dźwiękowych. Brzmi czysto, za tło mając ambientowe plamy, zapewne także powstałe na gitarowych strunach. Warstwa ściele się tu na warstwie, a w tle zaczyna pracować delikatnie skwiercząca elektronika. Gdy wydaje się już, że finał opowieści jest bliski, w okolicach 10 minuty muzyk przypuszcza atak zmutowanej, niemal siarczyście brzmiącej elektroniki. Zakończenie albumu zostawia nas ze znakami zapytania, ale i ochotą na ciąg dalszy tej nowej, muzycznej przygody Katalończyka.



 

Vasco Trilla  Acoustic Masks (577 Records, CD 2022)

Czas na drugą solową płytę w dzisiejszej zbiorówce. Nasz kolejny ulubieniec, perkusista i perkusjonalista Vasco Trilla nagrał siedem nowych utworów, w każdym z nich używając innych akcesoriów zdolnych wydawać dźwięki. Korzystał z różnych elementów szeroko rozumianego zestawu perkusyjnego, tudzież generował fonie wykorzystując do tego nie tylko muzyczne przedmioty. Muzyk szukał nade wszystko intrygujących barw i brzmień. Nie sposób nie zauważyć, iż tym akurat dźwiękom zdaje się być bliżej do konceptualnej muzyki współczesnej niż typowej dla Trilli swobodnej improwizacji. Dylemat ów rozstrzygnie każdy samodzielnie, nam pozostaje przyjemność opisania cudów fonicznych, jakie artysta spreparował w lutym ubiegłego roku, w trakcie dwudniowej sesji nagraniowej w Golden Apple Studios. Dodajmy jedynie, iż jego Akustyczne Maski trwają 35 minut z sekundami.

W podtytule pierwszej opowieści pojawia się określenie for aquaspring. Wita nas mroczny, metaliczny dźwięk czegoś, co przypomina gong, ale nim nie jest. Ważnym elementem kompozycji jest tu także cisza i echo. Inny dźwięk faluje, niczym wprawiana w ruch cienka blacha. Efekt całości ma definitywnie gęstą teksturę. W kolejnej części muzyk wykorzystuje trójkąty alikwotowe. Brzmienie jest tu inne, bardziej delikatne, ale struktura narracji bardzo podobna. Trochę pulsacji i szumiące tło budują intrygujący suspens. Oto Trilla, niczym obleczony w czerń prestidigitator, prowadzi nas do krainy cieni. W trzeciej opowieści pracują trzy metronomy, a sam muzyk koncertuje się na dmuchaniu w plastikową (?) rurę. Efekt po niedługiej chwili zdaje się być bardzo hałaśliwy, niemal fizycznie dotkliwy. W czwartej kompozycji/ improwizacji muzyka używa floor toma i wahadełka zegara, ale my słyszymy dźwięki … strunowe. Rytuał tajemnicy zdaje się tu świecić kolejne triumfy. Oniryczne echo faluje, a muzyk uderza pałeczkami po powierzchni czegoś, co brzmi … jak struny. Fantastyczny efekt brzmieniowy potęguje nasilający się rezonans.

Piątą część kreują, zgodnie z tytułem, małe gongi i tu zaskoczeń jest chyba najmniej. Muzyk koncertuje się na small drummingu, a post-metaliczne brzmienie wypełnia nasze uszy delikatnym łaskotaniem. W kolejnej opowieści pojawia się werbel i zegarowe dzwonki. Sakralne echo wzmaga poczucie przebywania w środowisku fake sounds! Recenzent znów słyszy … struny, a jego zdolności percepcyjne zdają się znacząco słabnąć z każdą chwilą tej urokliwej podróży. Muzyk kładzie warstwę na warstwie, a klimat robi się intrygująco post-industrialny. Wreszcie ostatnia, najdłuższa opowieść, w której muzyk wykorzystuje strojone, rosyjskie płaskie dzwony. Na scenie króluje czysty, wysoko podwieszony rezonans. Pracuje echo, grzmi cisza pomiędzy dźwiękami. Muzyk najpierw delikatnie pociera krawędzie dzwonów, potem uderza je pałeczkami. Najpiękniejsze w tej ekspozycji jest niekończące się wybrzmiewanie każdego dźwięku. Ritual spirits rules!

 


Clara Lai  Creciente (UnderPool Records, CD 2022)

Kolejna płyta w dzisiejszym zestawieniu podpisana jest przez pianistkę Clarę Lai, która odpowiada tu także za kompozycje. Na okładce pojawiają się również nazwiska współtowarzyszy jej podróży po bezdrożach improwizowanego post-jazzu: saksofonisty Alberta Cirery, trębacza Ivána Gonzáleza i perkusisty Joana Molla, co zdaje się podkreślać demokratyczny charakter całego kwartetu. Dodajmy, iż album zawiera siedem utworów, z których trzy, to krótkie, swobodnie improwizowane duety Clary i Alberta, pozostałe zaś cztery, to rozbudowane kompo-improwizacje, realizowane w kwartecie. Nagranie powstało na żywo w miejscu zwanym Teatre de l'Aurora, w podbarcelońskim mieście Igualada, w czerwcu ubiegłego roku. Odsłuch całości zajmuje niepełne trzy kwadranse.

Pierwsze dwa utwory, to wspomniane wcześniej skromne czasowo duety. Oba stanowią, zgodnie z tytułami, rodzaj wprowadzenia do bardziej rozległych form narracyjnych. Pianistka pracuje trybem short-cuts, jej frazy są dość tajemnicze, ale łagodne, przy okazji budują intrygującą, nieco pokraczną rytmikę albo toną w poświacie pudła rezonansowego. Z kolei saksofonista od startu efektownie preparuje dźwięki, nie stroniąc od umieszczania w tubie dziwnych przedmiotów. Trzecia część ma swój temat, a zaczyna się od rozbudowanej ekspozycji saksofonu i trąbki. Dopiero po zaprezentowaniu owego tematu, do gry wchodzą piano i perkusja, kreśląc bystry, post-jazzowy flow. Solo pianistki pachnie tu klasyką, z kolei solo trębacza stawia na swobodne skojarzenia. Pomiędzy tymi zdarzeniami kwartet udanie ogrywa nutki zadekretowane przez kompozytorkę. Zakończenie jest długie i dość abstrakcyjne w formie. Czwarty utwór budzi spore ambiwalencje recenzenta. Pierwsza jego część, budowana preparacjami dętych, mrocznym klimatem inside piano zdaje się być najlepszym fragmentem albumu. W połowie jednak nagrania narracja zdominowana zostaje przez main-streamową ekspozycję saksofonu, czyniąc ów epizod mniej ciekawym odcinkiem płyty. Piąta opowieść kontynuuje jazzowy flow, ale jest zmyślnie pokomplikowana, zarówno w warstwie brzmieniowej, jak i narracyjnej, na zakończenie osiągając niemal free jazzowy poziom emocji.

Szósty epizod, to kolejny swobodnie improwizowany duet. Delikatne inside piano i stylowe, wyważone preparacje saksofonu dość sprawnie przenoszą nas do finałowej kompozycji. Rozpoczyna ją solowa ekspozycja pianistki, która szyje flow post-klasycznym abstrakcjonizmem. Oba dęciaki wchodzą do gry stając na palcach, ledwie dotykają dźwięków. Post-jazzowa narracja snuje się bardzo leniwie, a zdobią ją nade wszystko dość głośne frazy fortepianowych klawiszy. Opowieść siłą improwizacji efektownie gęstnieje, czerpiąc moc zarówno z fermentujących fraz saksofonu, jak i ciepłych komentarzy trąbki. Samo zakończenie toczy się znów w dość spokojnym tempie, muzycy zdają się trzymać dłonie na zaciągniętym hamulcu ręcznym, ale wszystko, co czynią ma swoją jakość.



Tàlveg  Live Series II (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Jedyny dziś raz opuszczamy Katalonię i na 17 minut z sekundami przenosimy się do Mediolanu (Milano Jazz Club during JAZZ I AM, początek listopada 2020 roku). Na scenie trio w świetnie nam znanym składzie: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Muzycy z wyżej wspomnianego koncertu wybrali dla nas trzy niedługie improwizacje.

Strategia marketingowa tria Tàlveg zdaje się być niezwykle przebiegła. Artyści dawkują nam swoje produkcje naprawdę małymi porcjami, za każdym razem rozbudzając apetyt na coś więcej. Były ep-ki studyjne, teraz mamy serię krótkich albumów koncertowych. Część druga tej serii doskonale reasumuje to, co ma nam do zaproponowania katalońska trójka. Swobodna improwizacja grana na statutowo wolnych obrotach, sycąca się post-jazzowymi klimatami saksofonu i perkusji, ewidentnie zaś zdobiona ponadgatunkową gitarą, jedyną w swoim rodzaju, zarówno w zakresie brzmienia, jak i struktury frazowania, bo i Fages jest taką właśnie postacią – the one and only!

Pierwszy fragment toczy się z oddechem ciszy na plecach. Narracja w formule stand-by, z leniwymi dronami saksofonu, szelestem perkusyjnych talerzy i gitarowymi flażoletami, brzmiącymi bardzo metalicznie, zapewne w efekcie specjalnego strojenia gitary. Druga opowieść składa się z dwóch części. Najpierw duet saksofonu i perkusji, próbujący wybudzić improwizację z letargu. Tłumiona dynamika zdaje się skrywać tysiące niemal free jazzowych emocji, których ujawnienie nie jest jednak celem artystów. W połowie nagrania ster przejmuje samotna gitara, która zaprogowymi frazami wypełnia martwą przestrzeń sali koncertowej. Trzeci wycinek mediolańskiego koncertu trwa najdłużej i jest grany pełnym triem. Początek zdaje się być kontynuacją gitarowych fraz z poprzedniego fragmentu. Obok szeleszczą perkusyjne szczoteczki, a z tuby dęciaka wyłania się syczenie, jakby nad uchem artysty przelatywała mucha. Misterium zaniechania budowane jest tu w perfekcyjny sposób. Dead ballad z mikro melodią saksofonu i szklistą barwą gitary snuje się po podłodze, mając za tło rezonans nielicznych talerzy perkusyjnych. Po mniej więcej pięciu minutach narracja dostaje delikatnego wiatru w żagle. Staje się nerwowa, pełna niepokoju, jakby muzycy szykowali się do skoku w meandry ekspresji. Ten jednak nigdy nie nastąpi, przynajmniej nie za życia tego Tàlvega.



 

Agustí Fernández & Amidea Clotet  Spontaneous Combustions (Sirulita Records, CD 2021)

Dzisiejszy spacer po Barcelonie obfitował, jak dotąd, w wiele umiarkowanie spokojnych epizodów muzycznych. Na finał podróży trzeba wszakże uderzyć w dzwon! O niezbędną porcję agresji, hałasu i nieprzerwanego potoku preparowanych dźwięków fortepianu i gitary elektrycznej zadbają: pianista Agustí Fernández i gitarzystka Amidea Clotet. Na trwającą prawie 58 minut płytę składa się osiem swobodnych improwizacji. Pierwsza z nich, to nagranie koncertowe z maja ubiegłego roku, z Festiwalu MMI, siedem pozostałych to ekspozycje studyjne, powstałe pomiędzy grudniem 2020, a kwietniem 2021 roku (Estudi Les Orenetes, Sant Pere de Vilamajor).

Od pierwszej sekundy tego nagrania wiemy chyba wszystko o intencjach muzyków! Chcą nas zmiażdżyć mocą swych dźwięków i energią swojej kreatywności! Szybkie, hałaśliwie przebiegi po strunach. Agusti zanurzony w pudle rezonansowym, Amidea ze smyczkiem, którym piłuje metalowe struny. Piano skrzeczy, gitara trzeszczy - siarczyste strugi fonii skrzą się ze zmienną intensywnością. Całość zdaje się mieć dziką, rytualną dynamikę. Raz za razem muzycy serwują nam kilkudziesięciosekundowe spowolnienia, definitywnie stanowiące ciszę przed kolejną burzą. Po ich rychłym końcu nieustannie prześcigają się w szorowaniu i piłowaniu strun, w basowych burknięciach, ale także w mrocznych zaśpiewach i poszukiwaniu drobnych, okazjonalnie czysto brzmiących fraz. Druga, już studyjna improwizacja, kontynuuje dzieło zniszczenia! Oba instrumenty pracują trybem perkusyjnym, systematycznie uderzając po strunach. Mimo użytej siły i zapalczywości każdy z muzyków znajduje tu ułamki sekundy na zaimponowanie nam drobną, urokliwą frazą. Trzecia i czwarta improwizacja dają wszystkim jakże oczekiwane chwile wytchnienia! Muzycy szukają echa i rezonansu, pracują trybem oszczędnym, uroczo mruczą w akustycznym dark ambiencie. Jeśli w tej fazie albumu decydują się na bardziej agresywne dźwięki, to otulają je grubymi plastrami ciszy. Wreszcie osiągają niemal pełną symbiozę foniczną - rwane struny piana brzmią bliźniaczo do miażdżonych strun gitary.

Piąta improwizacja przywraca nam nerw strachu! Piano tnie jak skalpel, gitarowy smyczek kołuje z piskiem opon! To pierwsze przypomina stado koni w galopie, ta druga industrial machine head! Zwinne palce i twarda głowa, to najważniejsze atrybuty obojga artystów. No i bystry zmysł sytuacyjny, albowiem z dużej chmury hałasu zejść do pojedynczego dźwięku, to sztuczka niemal cyrkowa. Szósta opowieść przypomina ściskanie strun i ugniatanie ich zwłok na porowatej powierzchni. Pianista tańczy na strunach, gitarzystka ślizga się po cienkim lodzie i wesoło podskakuje. Następna porcja dźwięków wydaje się jeszcze gęstsza. Kanciaste fonie podawane z mozolną dynamiką. Kolejna lekcja z mechaniki tarcia i piłowania! Słychać nawet odgłosy pojedynczych strun. Na początku ostatniej improwizacji słyszymy przemysłowe suwnice, hałaśliwą symfonie żeliwnych strun. Po kilku pętlach muzycy odpuszczają i przenoszą nas do krainy wiecznego rezonansu. Tymczasem narracja, zdaje się, że całkiem niespodziewanie, zaczyna efektownie narastać, niczym wielkie crescendo, ostatni oddech, aż po pisk udręczonych strun obu instrumentów.

 

 


poniedziałek, 22 czerwca 2020

Discordian Community Ensemble and The Dream Of Cthulhu!


140-a edycja cyklu koncertowego Nocturna Discordia, odbywającego się w każdą środę w barcelońskim klubie Soda Acùstic, miała miejsce dokładnie pierwszego dnia listopada roku 2017. Na malutkiej scenie, i z pewnością na równie skromnej przestrzeni pomiędzy sceną, a pierwszymi rzędami krzesełek dla publiczności, pomieściło się wówczas aż ośmiu muzyków.

Oto oni: flecista Fernando Brox, klarnecista (basowy) Luiz Rocha, saksofonista (basowy) Ferran Besalduch, trębacz Iván González, skrzypaczka Sarah Claman, gitarzysta (elektryczny) Diego Caicedo, perkusjonalista Vasco Trilla, tym ósmym zaś kompozytor i dyrygent El Pricto. Sama formacja nie mogła nie nazywać się … Discordian Community Ensemble! Opowieść The Dream Of Cthulhu (Discordian Bootlegs, DL 2020) podzielona została na sześć części z tytułami, a trwała łącznie 50 minut i 18 sekund.




Shhh... Careful, We Don't Wanna Wake Cthulhu Up. Zgodnie z logiką tytułu utworu, muzycy na początku nagrania zachowują się niezwykle cicho, a ich narracja szepta i stąpa na palcach. Filigranowa gra wstępna – małe frazy suchej akustyki ze strun i jeszcze chłodnych tub instrumentów dętych, zgrabne, szeleszczące percussion. Wszyscy na scenie zdają się czaić do lotu, gotowi na każde wyzwanie, jakie podyktuje im dyrygent. Pierwsze wzniesienie trwa ledwie 90 sekund, po czym, po chwili oddechu, budowanie opowieści zaczynamy się jakby od nowa. Wymiana krótkich zdań i jeszcze krótszych odpowiedzi, zdobiona post-jazzowymi pląsami gitary. Free chamber z zębem dramaturgicznej intrygi, dobrze zaplanowane i jeszcze lepiej kontrowane – cisza niepokoju, spokój kreatywnego chaosu. Po szóstej minucie nowe spirale zdają się nakręcać głównie instrumenty dęte, pojawia się także (wbrew zapisom credits) głos ludzki. Punkt przegięcia następuje dość szybko i muzycy przechodzą do fazy swobodnych pląsów przy akompaniamencie repetującej gitary. Brawo!

Doodles (An Exercise In Automatic Writing). Otwarcie kompozycji, to małe wichry wojny - dęciaki smagają przestrzeń salwami ciepłego powietrza. Talerze drżą i połyskują w ciemności. Frazy zadekretowane na pięciolinii muzycy powtarzają z mozołem, ale i lekkością leśnych ptaków o poranku. Pętle zdają się być coraz gęstsze, coraz bogatsze w fonie, a towarzyszy im piękna, skromna etiuda na talerzach, a także post-rockowe inkrustacje gitary. Małe expo prezentuje klarnet basowy, które komentowane jest ciszej lub głośniej przez resztę zespołu. Meta drumming na zakończenie dobrze podsumowuje kolejny etap podróży. 

Post-Euclidean Madness. Spokojne wejście w temat - ciche struny drżą same z siebie, dęta wataha stęka, gitara podaje coś na kształt rytmu, a talerze szeleszczą. Opowieść nabiera pewnej ilustracyjności, nie goni za niczym, dba o komfort akustyczny słuchaczy. Po upływie dwóch minut zaczyna się gra w małe akcje i reakcje - pojedyncze dźwięki i komentarze podawane unisono. Nastrój robi się chwilami wręcz liryczny. Dopiero na finał historia nabiera rumieńców, dynamika rośnie, a małe salwy ekspresji spowijają scenę i przedscenę.

Dinner With Shub-Niggurath. Rezonans talerzy, oddychająca publiczność, mikro dźwięki z gryfu gitary, szum niecierpliwych dęciaków – narrację budują drobne wydarzenia, których wraz z upływem czasu przybywa. Gitara gra skromnego, repetytywnego rocka, trąbka prycha, klarnet i saksofon burczą. Po chwili znów szybkie expo po samych talerzach i słodkie skrzypce zatopione pomiędzy krętymi ścieżkami narracji. Kalejdoskop perkusjonalnych błyskotek zdaje się stawać w opozycji do mroku skupionego post-chamber pozostałych instrumentów. Wreszcie cała orkiestra idzie szeroką ławą po swoje, a rytm marszu wyznacza saksofon basowy.

Of Portals And Smoke. Szelest ciszy, ów bezdźwięczny dark ambient zwiastuje nadejście czegoś nieoczekiwanego. Moc skupienia, poszukiwanie punktów, pod które podczepić można strzępy opowieści. Molekularna, drobiazgowa narracja tworzy się niemal samoczynnie. Tuby szumią, oddychają czerstwym powietrzem, struny kręcą się wokół własnej osi. Dźwięki pęcznieją, dmuchają na siebie, skowyczą i seplenią. Banda łobuzów jest już gotowa na wszystko! Drumming po krawędziach werbla i tomów generuje nowe pokłady emocji i salwy ekspresji, które po czasie gasną pośród swędu dopalających się świec. Nim nadejdzie ostateczny koniec śpiewno-brudne skrzypce zdążą jeszcze postawić piękne stemple dźwięków.

Yog-Sothoth's Boogie. Niespełna czterominutowy finał tego niebywałego koncertu wcale nie ma zadania studzić emocji po jakiejkolwiek stronie sceny. Saksofon repetuje głośną frazę, perkusja aktywna i pełna woli czynienia samego dobra dba o dynamikę, gitara skwierczy rockiem, a dęciaki śpiewają i tańczą – prawdziwy marsz po złote runo! W drugiej części utworu następuje drobne spowolnienie, które jest jedynie okazją do oddechu przed niespodziewaną, acz krótką, erupcją free jazzu! Na ostatniej prostej muzycy plączą się w emocjach i bystrze docierają do fazy oklasków, które słyszeli jednak tylko ci z nas, którzy byli obecni w Soda niemal trzy lata temu.  



wtorek, 5 listopada 2019

Discordian Records and its Community Ensemble! Loh Treh! Bayer & Balanya!


Barcelona przeżywa ciężkie chwile, ale świat wokół zdaje się być całkiem nieczuły na jej problemy. Trybuna lokuje swoje sympatie po wiadomej stronie, ale w zakresie słowa pisanego skupia się wyłącznie na muzyce. A tej ostatniej powstaje w stolicy Katalonii niepoliczalna wręcz ilość, a co najważniejsze, wciąż wyposażać możemy ją we wszelkie atrybuty wysokiej jakości.

Dziś cztery jesienne nowości, sygnowane naszym ulubionym szyldem Discordian Records. Dwie pozycje katalogu głównego, o numerach 114 i 115, a także dwie pierwsze edycje sublabelu … Discordian Bootlegs! To właśnie od tych ostatnich zaczniemy nasz krótki przegląd.




Discordian Community Ensemble  Las Cinco Estaciones (Discordian Bootlegs, DL 2019)

Jeden z okrętów flagowych muzycznej Barcelony, Discordian Community Ensemble, czyli dyrygowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnie opracowanych scenariuszy i dwa nowe koncerty, które przy okazji otwierają inicjatywę wydawniczą, o której wspomnieliśmy w preambule tekstu!

Jesteśmy w dzielnicy Gracia. W pierwszej kolejności odwiedzamy klub Magia Roja (marzec 2019), a na scenie spotykamy następującą grupę muzyków: Iván González – trąbka, Victor Colomer – puzon, Vicent Muñoz - … saxhorn,  Miriam Reyes – narratorka, Vasco Trilla – perkusjonalia, Pablo Schvarzman – gitara elektryczna, Dani Pucha – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Àlex Reviriego – kontrabas, wreszcie El Pricto – kompozycja i dyrygentura. Odsłuch całości, która zwie się Las Cinco Estaciones, a składa się z pięciu części, zajmie nam 60 minut i 6 sekund.

Dźwięki otwarcia przypadają w udziale narratorce, która pięknym hiszpańskim (nie katalońskim!) prezentuje nam założenia … Dyskordiamizmu *) w ujęciu dydaktycznym, a czynić to będzie w ramach introdukcji każdej z pięciu części tego niezwykłego dramatu. Obok szelest i chrobot strun, które złorzeczą i niosą wyłącznie złe wieści. Doskonale pamiętamy jednak, iż filozofia dyskordiańska jest przede wszystko ogromnym żartem z głupoty ludzkości w ujęciu dalece historycznym. Narracja sieje gromy skupienia, powagi i dbania o poszczególne dźwięki. Trzy instrumenty dęte plotą gęstą pajęczynę fonii, cztery strunowce też nie marnują tu choćby sekundy, a narratorka i perkusjonalista dbają o wrażenie ogólne. Nad całością dramaturgii czuwa zaś mistrz kompozycji i dyrygentury, one and only El Pricto! Orkiestra zdaje się czytać sygnały płynące z zapisów kompozytorskich, ale jej skłonność do figli sprawia, iż opowieść początkowo snuta poprzez małe, urywane frazy, dość szybko zbliża się do naszej ulubionej metody improwizacji call & responce. Narratorka sięga czasami po scat lub melodyczny półśpiew, dęciaki śpiewają i improwizują, strunowce zaś improwizują i tańczą. Akcja toczy się wartko, zmiana goni tu zmianę, a wrzący tygiel stylistycznych odniesień nie pozwala nam zapomnieć choćby przez ułamek sekundy, iż znajdujemy się królestwie El Pricto. Conducted free chamber with high emotions! Druga opowieść toczy się z pozoru nieco spokojniej. Narratorka bez zbędnej zwłoki czyni swoją powinność, obok rechoce trąbka, a struny błyszczą złotym strumieniem upalonej filharmonii. Muzycy zgrabnie wchodzą w dramaturgiczne spięcia w podgrupach, każdy ma tu odpowiedź na każde zadane pytanie, a najpiękniejsze frazy zdają się słać gitara do pary ze skrzypcami. W 7 minucie muzycy z namaszczenia dyrygenta decydują się na zmysłową, kolektywną kulminację, która zdaje się komentować kolejną porcję filozoficznego wykładu narratorki. Ta ostatnia, w ramach kolejnego odcinka specjalnego, proponuje wokalną, repetytywną psychodelię, czym barwi flow narracji niemal na czerwono. Sam finał tej pieśni zionie już ogniem wieczystym.

Trzecia porcja wykładu zdaje się być najspokojniejszą jego częścią – struny ledwie dobywają dźwięki, płyną małymi frazami, wiolonczela niemal czołga się po podłodze, a kompulsywny, intuicyjny drumming klei nierówności meta rytmem, który nie wydaje się być zadanym na pięciolinii.  Dla odmiany, dęciaki sprawiają wrażenie sterowanych wzrokiem dyrygenta. Cała narracja budowana jest niezwykle skrupulatnie, wybrzmiewa zaś pięknymi, dłuższymi frazami, podawanymi kolektywnie. Czwarta część, na zasadzie dysonansu, nabiera dynamiki na starcie i nie jest skłonna zmienić swojej pozycji dramaturgicznej. Puzon dyktuje tempo, strunowce stroszą pióra w kolektywnej repetycji. Całość ma pazury, ale jest dość precyzyjnie zaplanowana. Po niedługim czasie pięknie się jednak rozlewa w ocean całkiem swobodnej improwizacji. Po 7 minucie ciekawe zwarcie w podgrupie z perkusjonaliami w roli wiodącej (Vasco Trilla!). Na finał zaś kolektywna repetycja i garść zgrzytów na kilku gryfach jednocześnie. Czas na ostatnią już partycję koncertu – głos i komentarze dętych, strunowe dialogi i drobiny niemal post-rockowego smaku. Narracja zdaje się płynąć wedle wskazań El Pricto, ale wciąż nadyma się i prycha suchym powietrzem. Całość systematycznie nabiera wiatru w żagle, ale nigdzie się nie śpieszy - gitara slajsuje, talerze rezonują – jednocześnie skupienie i rozchełstanie. Ostatnie dźwięki tego niezwykłego koncertu, to melodyjne zaśpiewy narratorki, toczone na tle wybrzmiewających strunowców.




Discordian Community Ensemble  Degenerative Music #1 (Discordian Bootlegs, DL 2019)

Przenosimy się teraz o kilka przecznic, do klubu Soda Acústic (a na osi czasu cofamy się do końcówki czerwca 2018 roku). Na wyjątkowo małej scenie klubowej melduje się spora wataha muzykantów: Fernando Brox - flet i … harmonic singing, Almudena Vega – flet, Luiz Rocha – klarnet basowy, Vicent Muñoz - … saxhorn, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – bas elektryczny, Joni Garlic – perkusja, Sarah Claman – skrzypce, Francesc Llompart – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Mariano Camarasa – wiolonczela i last, but not least El Pricto – koncept całości, dyrygentura i … spontaneous degenerator. Nagranie Degenerative Music #1, złożone z dwóch części, potrwa 42 minuty i 3 sekundy.

Przed nami kolejna artystyczna wolta maestro El Pricto! Najpierw posłuchamy utworu kameralnego … Ludwiga van Beethovena (Kwartet Smyczkowy No.6), potem zaś György Ligetiego (Kwartet Smyczkowy, No.2). Oba w wersji zdegenerowanej – muzycy nie będą grali wedle notyfikacji graficznej zacnych autorów, a korzystać będą jedynie z osobistej gestykulacji El Pricto. Innym słowy – klasyczna muzyka kameralna zdegenerowana do poziomu improwizacji, czynionej przez 11-osobową orkiestrę, granej na żywo, bez jakichkolwiek prób (zgodnie z opisem wydawcy).

Beethoven od startu wydaje się być zadziorny, dynamiczny, komponowany w czasie rzeczywistym trybem jak najbardziej kolektywnym. Dużo muzyków, jeszcze więcej wrażeń, zgrzyty i kompulsywne suplesy dramaturgiczne, a wszystko podszyte wewnętrznym rytmem, pełnym niepokoju, komentowanym małymi eksplozjami mocy. Momentami opowieść smakuje niczym Different Trains Steve’a Reicha, ale eksponowanym po dawce LSD wysokiej jakości. Elektryczny bas Reviriego nadaje całej narracji odpowiedniej masywności, gitara Caicedo często wspiera go w tym żmudnym dziele. Już w 4 minucie orkiestra potępionych deprawatorów świętej klasyki proponuje pierwszy tego dnia stopping dramaturgiczny – struny skowyczą, a garść spokojniejszych fraz pozostałych instrumentów płynie bez nadmiernego pośpiechu. Ta sielanka nie trwa jednak długo – mała kotłowanina w dolnych partiach częstotliwości i bukiet akustycznych zadziorów są już udziałem muzyków! Cios za cios – skromne interludia i salwy przepięć energetycznych! Kipiel post-jazzu, kipiel post-rocka, niewyczerpalne zasoby energii! Niby Beethoven, ale zdecydowanie gramy tu muzykę El Pricto! Niebywała zmienność akcji, emocje, błyskotliwość i temperamentność! Kameralistyka wyzwolona z wszelkich ograniczeń! Po 15 minucie - jedna z nielicznych, pastelowych, wręcz łagodnych przebieżek na gryfach, wewnątrz tub, po emalii werbla i tomów, czyniona wszakże w aurze mroku i silnie skrywanego cierpienia. Pricto przyprawia Beethovenowi rogi, ale czyni to z gracją niemalże anielską. Po 20 minucie opowieść delikatnie traci na intensywności, ale nie na emocjach - rockowe kontrapunkty Reviriego i Caicedo, którzy wciąż dbają na należytą dramaturgię. W tle płynie wataha strunowców, która zdaje się podawać nieistniejący temat unisono. Na sam finał, tuż przed upływem 30 minuty, prawdziwie ognista kipiel! Brawo!

Ligeti rodzi się w niepokojącej, pełnej grozy sytuacyjnej ciszy. Rwane, nerwowe frazy, od ciszy do hałasu i z powrotem. Narracja nabiera ekspresji, ale wszystko wydaje się dziać pod pełną kontrolą El Pricto. Świetna ekspozycja pary fletów, komentowana przez strunowce słodkim pasem zwinnych dźwięków. Po 5 minucie całość nabiera dynamiki, a dobre rzeczy dzieją się także w obrębie zestawu perkusyjnego. Zmiana goni zmianę, raz krótka kipiel, innym razem zmysłowe hamowanie na rozgrzanych strunach – gęsto, frywolnie, temperamentnie (znów gitara i bas!), niemal free rockowa eskalacja z mocnym drummingiem. Na ostatniej prostej tej trzynastominutowej części improwizowanej klasyki, szalona orkiestra Pricto gra piekielnego marsza z uśmiechem na ustach!  




Loh Treh  Dehpiadadoh (Discordian Records, DL 2019)

Przechodzimy do całkiem swobodnej improwizacji! Jedna z dwóch najnowszych płyt regularnej edycji Discordian Records i trio o nazwie własnej Loh Treh: Fernando Brox – flet, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz João Braz – wiolonczela. Czyli muzycy, których już dziś słuchaliśmy, ponownie klub Soda Acústic, a na osi czasu … wracamy do marca bieżącego roku. Cztery improwizacje, 41 i pół minuty, skomplikowany w każdym języku świata tytuł nagrania.

Akustyka Sody prezentuje się na starcie koncertu w taki mniej więcej sposób – ostry szum z wąskiej tuby fletu, drżenie gryfu gitary podłączonej do prądu, intensywny, choć delikatny drumming, czyniony na gryfie … wiolonczeli. Po paru chwilach budowania pierwszej fazy emocji, Caicedo zaczyna liczyć metaliczne struny gitary, szczęśliwie wszystko się zgadza. Cello Braza brnie dolnym pasmem, brudnym, intrygująco zakurzonym chamber. Flet Broxa w tym gronie wydaje się być najbardziej groźny i najmniej obliczalny. Muzycy zwinnie budują improwizację, co rusz uciekając w strefę fake sounds, tak charakterystyczną dla całej sceny Barcelony. Kolejna faza, po 5 minucie – rytmiczne piłowanie strun wiolonczeli, ćwierkanie fletu i taniec gitary na palcach. Opowieść toczy się kolektywnie, w pełni demokratycznie, nabiera dynamiki niczym ryba powietrza w wodzie. Po chwili zejście w ciszę – ponadgatunkowy free improv podawany ze smakiem, być może delikatnie predefiniowany przed koncertem, przy wąskim, czerwonym barze. Akcja wartka, bez punktów przystankowych – na finał tej części, kreowany przez pizzicato wiolonczeli, fragment bardzo jazzowego frazowania. Druga opowieść także rodzi się z kolektywnego zacięcia, od startu tonie w zadziornych foniach, podawanych bez sentymentów. Muzycy nie stronią od incydentalnego hałasowania (flet!), nie brakuje im rockowej ekspresji - taka oto kameralistyka na sterydach! Aż struny trzeszczą, aż tuba skrzypi! Na wybrzmieniu garść preparacji i bystry półambient gitary.

Trzecia historia zaczyna się głośno, małymi, rwanymi frazami, ale pełnymi wypolerowanych, wyrazistych dźwięków. Podskórny rytm, szeroki bukiet błyskotliwych brzmień. Sucha gitara i czysta akustyka wiolonczeli i fletu. Czas mija w mgnieniu oka. Czwarta improwizacja stawia na kolektywne preparacje! Flet burczy, gitara pulsuje krwią post-rocka, cello rwie smyczek na strzępy, wykorzystując krawędzie gryfu. Narracja znów nabiera intensywności i akustycznych kantów. Znów jest o krok od hałasu. Mantryczny taniec zatracenia w błogości chwili. Flet zdaje się pokrzykiwać z emocji, cello rytmicznie rzeźbi bruzdę w ziemi, a gitara gotuje się w sosie własnym! Prawdziwe power trio! Po chwili muzycy zmysłowo tracą moc na wejściu i zacieśniają pierścień preparacji. Caicedo wpada w ambientowe echo, Braz zaciska struny na gryfie, a Brox narzeka na troski całego świata. Piękna, finałowa ekspozycja! Na ostatniej prostej – flet brzmi niczym zamknięta tuba saksofonu tenorowego, wiolonczela osiąga stan wrzenia, gitara śle zaś rockowe pociski na poste restante. Recenzent zdolny jest już tylko wykrzyczeć epickie what a game!




Marcel·lí Bayer/Josep-María Balanyà  Escletxa (Discordian Records, DL 2019)

Czas na absolutnego świeżaka, płytę, która swą premierę miała w ubiegłym tygodniu. Dwóch muzyków, których łamy Trybuny jeszcze nie gościły: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy oraz Josep-Maria Balanyà – fortepian, czasami preparowany. Początek lipca 2019 roku, klub, którego też jeszcze nie znamy - Nota 79. Dwie improwizacje, łącznie 39 minut i 15 sekund.

Zapraszamy na prawdziwie free jazzową podróż z saksofonem barytonowym, który lubi brzmieć niczym saksofon tenorowy, dzierżony w dłoniach przez Evana Parkera, i fortepianem, który preferuje aktywną postawę, głównie w pozycji nad klawiaturą. Opowieść w trakcie całego koncertu toczy się wartko, nie zawiera zbędnych punktów przystankowych, ani tym bardziej tzw. pustych przebiegów. Muzycy równie dobrze radzą sobie w temperamentnych eskalacjach, jak i w chwilach zadumy i dramaturgicznego zawieszenia. Zgrabnie budują narrację, nie stronią od hałasu typowego dla wyzwolonego free jazzu, bez trudu schodzą także w obszar ciszy, sonorystyki i niebanalnych preparacji. Zdają się mieć wiele elementów dramaturgicznych tego koncertu pod całkowitą kontrolą. Po 6 minucie pierwszego seta wychodzą z dźwięków – tuba szumi suchym powietrzem, niemal słychać trzeszczące krzesełko pianisty. Baryton plecie piękną, niezwykle wystudzoną opowieść, a piano, delikatnie preparowane, po chwili wyprowadza narrację prawie niedostrzegalnym rytmem. W 17 minucie baryton zostaje na moment sam i zyskuje intrygujący pogłos. Piano też ma swoje kilka samotnych sekund, zbogaconych okrzykami muzyków.

Druga improwizacja jest nieco krótsza. Zaczyna się pasmem wzajemnych preparacji, czynionych po gołych strunach i pustych duszach. Narracja budowana z małych fraz, zwinnie nabiera mocy. Z tą muzyką nie odkrywamy niczego nowego, ale w towarzystwie tych akurat muzyków czujemy się wyśmienicie! Po 10 minucie baryton i piano postanawiają budować bardziej masywną, ekspresyjną narrację. Dynamika i bystry rytm są już jej atrybutami do końca koncertu. Spektakl staje się przez to odrobinę przewidywalny dramaturgicznie, ale sposób, w jaki muzycy gaszą płomień narracji, nadrabia tę ambiwalencję z nawiązką.


*)
Dyskordianizm (ang. discordianism) – za wikipedią: parodia religii stworzona około roku 1958 przez Kerry'ego Thornleya i Gregory'ego Hilla. Nazwa dyskordianizm pochodzi od rzymskiej bogini Dyskordii (grecka Eris). Kult ten sprzeciwia się autorytetom, regułom i tradycji. Zasady dyskordianizmu są wyłożone w Principia Discordia, autorstwa Malaklipsy Młodszego (Gregory'ego Hilla). Ruch dyskordiański jest również opisany w powieści Trylogia Illuminatus! Roberta Shea i Roberta Wilsona.



niedziela, 31 grudnia 2017

Trzydzieści trzy powody, dla których warto zapamiętać rok 2017! 33rd reasons to remember the year 2017!


W świecie muzyki improwizowanej dzieje się tak wiele, iż wszelka próba zapanowania na tym konstruktywnym chaosem jest z góry skazana na niepowodzenie!

Nie sposób jednak nie podsumować mijającego roku. Z punktu widzenia Trybuny Muzyki Spontanicznej rok 2017 był szczególnie udany. Zatem lista najlepszych płyt rozrosła się do niebotycznych rozmiarów. Oto ona - wydawnictwa zaprezentowane są w kolejności przypadkowej, niewartościującej w jakikolwiek sposób, uporządkowanej, jak na zdjęciu poniżej, poczynając od lewego górnego narożnika!




Albert Cirera  Lisboa’s Work  review

Pedra Contida  Amethyst   review

Jellyspace (Trzaska, Mazur, Jørgensen)  Jellyspace  review

Ernesto Rodrigues/ Yedo Gibson/ Miguel Mira/ Luis Lopes/ Vasco Trilla  Nepenthes Hibrida  review

Sharif Sehnaoui/ Adam Gołębiewski  Meet The Dragon  review

Phicus (Ferran Fages, Àlex Reviriego, Vasco Trilla)  Plom  review

Marcelo dos Reis/ Eve Risser  Timeless  review

Agustí Fernández  The Celebration Ensemble  review

Dikeman/ Serries/ Aquarius  Day Realms  review

Alex Ward/ Mike Gennaro  Bring A Book  review

Tom Chant  Stripped Abstract  review

Trevor Watts/ Veryan Weston/ Alison Blunt/ Hannah Marshall  Dialogues With Strings  review

Alexandra Grimal/ Benjamin Duboc/ Valentin Ceccaldi  Bambú  review

Matthias Müller  Solo Trombone  review

Magda Mayas/ Jim Denley  Tempe Jetz  review

Kodian Trio  II  review

John Butcher/ John Edwards/ Mark Sanders  Last Dream of the Morning  review

EFG Trio (Peter Evans, Agustí Fernández, Mats Gustafsson)  A Quietness Of Water  review

Memoria Uno  Sons Of Liberty. Live at Granollers  review

The Liquid Trio (Agusti Fernandez, Albert Cirera, Ramon Prats)  Plays Bernoulli  review

Evan Parker/ John Edwards/ Steve Noble  Pen  review

Graham Dunning/ Colin Webster  Most Of What Follows Is True  review

Chamber 4  City Of Light  review

Harald Kimmig/ Ernesto Rodrigues/ Miguel Mira/ Guilherme Rodrigues/ Vasco Trilla  Blattwerk  review

Joe Morris  Ultra  review

Marcelo Dos Reis  Cascas  review

Quartet & Quintet  Double Vortex  review

Webster/ Lisle  Live At De Singer  review

Gonçalo Almeida/ Rodrigo Amado/ Marco Franco  The Attic  review

Yedo Gibson/ Vasco Trilla  Antenna  review

Eve Risser/ Benjamin Duboc/ Edward Perraud  En Corps Generation  review

Völga (Fernando Carrasco, Àlex Reviriego, Iván González, Vasco Trilla)  Völga  review

Staub Quartet  House Full Of Colors  review




czwartek, 21 grudnia 2017

Memoria Uno! Tom Chant! Barcelona torna l'esquena, episodi segon! *)


Przed nami kolejny, przedświąteczny odcinek kataloński. Dwie nowe, dodam od razu - niezwykłe płyty. Na pewno także wydawnictwa artystycznie niepowtarzalne w zalewie tegorocznych nowości sceny free improv po tej stronie Atlantyku.

Pierwsze powstało w samej Barcelonie, drugie zaś w miejscu nieco od niej oddalonym (wbrew mojej zapowiedzi sprzed dwóch dni) – mianowicie w Banyoles, miejscowości położonej na północ od Girony, zatem już całkiem blisko granicy francuskiej.




Memoria Uno  Conduccion #100

Zaczynamy od czwartej edycji improwizowanej orkiestry Ivána Gonzáleza - Memoria Uno, przy okazji drugiej datowanej na rok 2017 (tą pierwszą była, wydana późną wiosną w naszym pięknym kraju, Sons Of Liberty. Live at Granollers). Tym razem skład 20 osobowy, który bezwzględnie winniśmy wymienić, nazwisko po nazwisku, instrument po instrumencie. A zatem: Ilona Schneider - głos, Pablo Selnik – flet, Marcellí Bayer – klarnet basowy, Joan Mas - saksofon altowy, Albert Cirera i Tom Chant – saksofony tenorowe, Don Malfon – saksofon barytonowy, Ferran Besalduch – saksofon basowy, Vicent Pérez – puzon i efekty, Joan Bayes i Hilario Rodeiro – laptopy, Diego Caicedo i Dani Pérez – gitary elektryczne, Martín Leiton – gitara basowa, Àlex Reviriego i Marc Cuevas – kontrabasy, Ramon Prats, Juan Rodríguez Berbín i Vasco Trilla – perkusja, Iván González – dyrygentura. Tradycyjnie zatem w przypadku tej orkiestry, każdy koncert, każda rejestracja, to inny skład personalny i instrumentalny. Tu, po raz pierwszy, z użyciem nie tylko akustycznego akcesorium. 

Nagranie poczynione w lutym br. w Centro Cultural Albareda (Barcelona). Dyrygentura nr 100 trwa niewiele ponad 24 minuty. Dostarcza Discordian Records w plikach, a także – co niezwykle rzadkie w przypadku tego labela – na fizycznym nośniku (CD).

Muzycy od samego początku jedzą dyrygentowi z ręki (traktujmy ten zwrot dość dosłownie – Ivan nie stosuje jakichkolwiek notacji w procesie sterowania kolektywną improwizacją, wyłącznie gestykuluje). Niezliczone falangi instrumentów snują swoje opowieści. Jeden z saksofonów akcentuje solową obecność. Może liczyć na kontrapunkty rozbudowanych i zmultiplikowanych sekcji rytmicznych. Elektronika i głos damski także wtrącają nieodzowne trzy grosze. Gęsto, narowiście, nerwowo, gdyż łatwo o samozapłon. Mnogość mikrozdarzeń akustycznych i elektroakustycznych. Każde z nich bacznie analizowane i komentowanie w rozległym gronie muzyków. 3 minuta – odrobina elektrowstrząsów na kablach. Sekcja dęta gra walca dla introwertyków po przeszczepach mózgu. Ta chwila zdaje się wyjątkowo śliczna! W komentarzu pasus z trzygłowego potwora perkusyjnego. Tymczasem sekcja gitar elektrycznych masywnie oliwi struny. Sekcja basowa także zaznacza swoją obecność. Specyficzne search and reflect! Bez eskalacji. W poszukiwaniu wewnętrznej harmonii, która czai się za rogiem. 9 minuta, to skromna dynamizacja narracji – kolejne ogniska dźwięków podłączają się pod globalny flow orkiestry. Tuż potem akcent wręcz jazz-rockowy. I złowieszczy wokal! Dęciaki galopują na zatracenie! Rewia perkusyjna! Narracja gęsta, jak olej. Dzieje się tyle, że recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. Nawet szczypta fussion like 70s! 13 minuta przynosi wybrzmienie. Pląsy na zaciągniętym ręcznym. Mikrozdarzenia, perkusjonalne grepsy i flet. Rodzaj dźwiękowego kalejdoskopu. Fantazja recenzenta buzuje! 14 minuta – atak sekcji gitar i perkusji! Doom metal w eksplozywnym natarciu! Matowy, jak świńska skóra! Uspokaja się po … 30 sekundach! A jaki był piękny! Dla przeciwwagi, romantyczny, swingujący saksofon (Cirera? Chant?) na tle twardego akompaniamentu jednej z podsekcji rytmicznych. Ciężka maszyna, jurna lokomotywa rusza z kolejnej stacji na drodze do piekła! Toczy się jednak wyjątkowo zwinnie i nie traci czasu na zbędne przystanki. Tymczasem piękny zjazd kontrabasów do samego dołu (Alex?). Orszak pogrzebowy stacza się wprost do dziury w ziemi (19 min.). Narracja niemal staje w miejscu. Sonorystyczna cisza. Dźwięki saksofonów gotują się w tubach. Cała orkiestra przebiera nogami, gotowa do wymarszu. Wichry wojny tłumione na dyszach! Pulsacje cięższych saksofonów! Struny goreją! Rytm nadchodzi wprost z piekła, dokładnie z dna saksofonu basowego! Wibratory Vasco tańczą na rozpalonych tomach! Drobne incydenty we wszystkich falangach! A kres jest tak bliski… Finałowe crescendo milknie przy gasnącym rezonansie perkusji. Cisza, jak wyrok.




Tom Chant  Stripped Abstract

Początek lipca br., wspomniane wcześniej Banyoles, a dokładnie Església de Sant Romà de Miànigues (nazwa sugeruje, iż mamy do czynienia z obiektem sakralnym). Wewnątrz siódemka muzyków, wyposażona - w znacznym stopniu - w dość specyficzne instrumentarium: Núria Andorrà – bęben basowy i … rice (ryż), Tom Chant – saksofon sopranowy, Ferran Fages – gitara akustyczna i ebow, Ángel Faraldo – stół mikserski bez sygnału wchodzącego (no-input mixing desk /cardboard bowes), Ramon Prats – werbel, Alex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – talerz i taśma magnetyczna. Nagranie zatytułowane Stripped Abstract trwa 45 minut i 45 sekund (jeden trak). Dostarcza nowa inicjatywa wydawnicza Toma Chanta (Hairy Ear Records).

Z uwagi na fakt, iż muzyka zawarta na płycie jest z pewnych względów nierecenzowalna, pozwalam sobie rozpocząć jej omawianie od słów, jakie zawarł w opisie wydawnictwa jej główny kreator, czyli Tom Chant.

Ten utwór jest eksploracją jednego, niejasno zdefiniowanego stanu. Stanu zawieszenia. Albo zawieszonych ciał, z których każde wibruje we własnej, unikalnej częstotliwości.

Formą utworu jest stan. Muzyka jest opisem stanu, czyni to poprzez dźwięk. Wykonawcy także pozostają w stanie zawieszenia. I każdy z nich doświadcza zmiennego stanu wewnętrznego napięcia w akcie ilustrowania tego niezmiennego stanu zawieszenia.

Z ciszy i mroku, szelestu ciemności, stanu wyczekiwania, szmerów, ustawiania przedmiotów, które za chwilę wydadzą dźwięk, po 30 sekundach, następuje start kosmicznego dronu o jednostajnej amplitudzie. Dronu, który z minuty na minutę delikatnie pęcznieje w zakresie instrumentalnym (muzycy jakby dokładali kolejne klocki do konstrukcji narracyjnej). Dodatkowe, silniejsze akcenty elektroakustyczne pojawiają się niezwykle rzadko. Rodzaj artystycznej bojaźni i drżenia. Pulsacja, rezonans, dramaturgiczny niepokój ogarniają całą przestrzeń obiektu, w którym znajdują się muzycy, także całą przestrzeń wewnątrz naszej głowy (stół mikserski czuwa!). Dźwięki płyną szerokim, wartkim strumieniem. Na prawej flance pojawią się ultra drobne incydenty w tubie saksofonu sopranowego. Na lewej, akustycznie przejawia się obecność gitary. Środkiem zaś brnie z mozołem wielka armia wibratorów Vasco Trilli, choć on sam, zdaje się, że używa wyłącznie talerza i strzępek taśmy magnetycznej. Bliżej dźwięków, które na ogół kojarzymy z elementami zestawu perkusyjnego, pozostają Andorra i Prats. Reviriego zakleszczony w głębokim smyczku, trącym żeliwne struny kontrabasu. Fages generuje prądy i fale, które przenikają przez obiekty pozostałych muzyków (recenzent wielu rzeczy jedynie się domyśla, albowiem w dronie Stripped Abstract nie sposób precyzyjnie selekcjonować dźwięki). W 9 minucie wyjątkowo uważny słuchacz doszuka się w płynnej narracji ledwie odczuwalnego crescendo, ale może to tylko złudzenie, wywołane przebywaniem w środku drona. W 15 minucie odczuwamy coś na kształt sprzężenia elektrycznego na lewej flance, na prawej zaś doświadczamy zdarzeń perkusyjnych o syntetycznym posmaku. Muzyka, rodzaj gigantycznego extremum, które wsysa do wewnątrz wszystko, co napotka na swojej drodze. Bez wskazywania drogi powrotnej. 21-22 minuta, to nanoincydenty saksofonu, jakby znaki przecinkowe w potoku świadomości autora. Tuż obok jęki konających kobiet. Żywe granie, w którym dron trzyma się stanu permanentnego zawieszenia. Jego utrzymywanie musi stanowić spore wyzwanie dla wszystkich uczestników tego spektaklu (wzdycha z podziwem recenzent!). W 28 minucie pulsacja zdaje się ulegać drobnej mutacji, ale to także może być tylko złudzenie. W 33 minucie, w nasilającym się skomleniu saksofonu (w formie regularnych, urywanych fraz), dron jakby się rozwarstwiał. Odbiorcom tych dźwięków pozostaje już tylko jedna z dwóch opcji – orgazm albo śmierć!

Finałowe pięć minut dostarcza więcej mikrozdarzeń. 43 minuta, to perkusyjne zabawki, które multiplikują się w oddali. Narracja, która od wielu chwil sugeruje zaszyty w niej noise, od 44 minuty de facto nim się staje.  Ostatnie tchnienie dronu wydane zostaje na komendę. Stan ciszy, osiągnięty w perfekcyjny sposób, smakuje napalmem o poranku. Czas Apokalipsy 2017 dokonał się!


*) kataloński: Barcelona kontratakuje, epizod drugi

środa, 29 listopada 2017

Vasco Trilla! – The Thriller Realy Comes to Town!


Katalońskie trio Phicus już w powietrzu! W szybkim locie do Polski! Przed nami trzy koncerty, o szczegółach których informowaliśmy już na tych łamach, a które przypomnimy także na zakończenie dzisiejszej opowieści.

Phicus, czyli Ferran Fages na gitarze elektrycznej, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Ich debiutancka płyta zwie się Plom i została omówiona w … poprzedniej opowieści Trybuny.

Niewątpliwie najbardziej rozpoznawalnym muzykiem formacji jest ten ostatni, czyli Vasco Trilla. Jego dotychczasowe dokonania artystyczne zostały na tych łamach odmienione przez wszystkie przypadki. Dziś pochylimy się nad najnowszymi płytami z udziałem tego niezwykle kreatywnego muzyka improwizującego. Trio i kwintet, a tuż po nich short lista innych płyt, datowanych na rok 2017. Także zapowiedź jeszcze dwóch kolejnych, których premiery będą miały miejsce właśnie w trakcie najbliższego pobytu Vasco w naszym pięknym kraju.




Chain

Na początek przypadek skromnej reakcji łańcuchowej. Piorunujące, reaktywne i drastycznie mobilne trio w składzie: Yedo Gibson na saksofonie barytonowym i sopranowym, Hernani Faustino na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji i perkusjonaliach. Muzycy przyjęli nazwę własną Chain i nagrali (ubiegłego lata w Lizbonie) album o takimż właśnie tytule, umieszczając dodatkowo na okładce płyty osobiste imiona i nazwiska. Krążek dostarczył NoBusiness Records, a pomieszczono na nim sześć odcinków z tytułami, o łącznym czasie godziny zegarowej i dwóch minut.

One. Start jest dynamiczny, z prawdziwie free jazzowym przytupem. Agresywny walking kontrabasu (Faustino tak lubi, tradycyjnie rwie parkiet tembrem swojego dużego strunowca), konwulsyjny drumming Trilli i sopran Gibsona, który płynie wysoko i szerokim strumieniem. Intrygujące pyskówki, wymiana zdań nie tylko podrzędnie złożonych. Zaskakujące efekty foniczne osiąga saksofonista, jakby grał jednocześnie na obu swoich tubach. Zejście w dół i wyhamowanie narracji – jakże smakowita improwizacja prowadzona krokiem tanecznym!

Two. Burczący kontrabas, dygoczące klapy na dyszach, kłute i ciągnione membrany - prawdziwie sonorystyczna sceneria. Gibson wciąż na sopranie, maluje delikatną melodię z eksplozywnymi zadziorami na krawędzi ustnika. Improwizacja szyta gęstym ściegiem, trochę up and down z adekwatną dawką emocji. Precyzyjna wymiana myśli i spostrzeżeń akustycznych. Ciężki kontrabas pod smykiem. Saksofon tańczy, perkusja rezonuje. Artystyczna demokracja w rozkwicie, z delikatną - incydentalnie - hegemonią niskich częstotliwości. Na finał galop sopranu oczywistej urody.

Three. Cisza, rezonujące parsknięcia powietrza. Pojedyncze akordy kontrabasu porządkują przestrzeń. Baryton snuje niewesołą opowieść, podczas gdy pozostałe instrumenty ledwie znaczą swoją obecność, wzdychając pasywnie. Ich smutek smakuje żywym bluesem w trakcie nieudanego poranka. Baryton czuje się jednak w tych okolicznościach, jak ryba w wodzie i sukcesywnie idzie po swoje. Rytm ekspozycji ciekawie się pętli, zawiesza w ambientowej nicości.

Four. Solowy taniec sopranu, z elementami sonore. Wejście pozostałych instrumentów zwiastuje burzę z piorunami. Dynamika, energia, polot i krew! Trochę w klimatach Steve’a Lacy, ale tych z pierwszej połowy lat 70. Spory galop, free jazz na ustach, pot na sztandarach! Po 5 minucie stopowanie – jak zwykle urocze zejście w sonorystyczne zabawy i chwytanie ciszy pełnymi garściami. Zdaje się, że to cecha charakterystyczna tej wyśmienitej płyty. Długie, konsekwentne wybrzmiewanie, które nie wieńczy jednak czwartego epizodu. Muzycy żmudnie budują nową improwizację w ramach najdłuższego odcinka na płycie. Sucha akustyka trzech wylęknionych kojotów, jak opowieści z krypty. Wejście na wyższy poziom intrygująco wyrafinowane i artystycznie precyzyjne (chyba szczyt emocji tego dysku). A w tubie Gibsona dzieją się rzeczy niesamowite!

Five. Gardło tejże samej tuby, a może tego samego muzyka, wydaje dźwięki! To baryton, czy sopran? – pyta zdezorientowany recenzent. Pasaż kontrabasu znów smutny, ale świecidełka Vasco ratują nastrój (wibratory?). Wszystkie instrumenty porzucają swoje typowe szaty akustyczne i dobywają dźwięki wbrew naszym przyzwyczajeniom. To jednak sopran! – konstatuje dzielny recenzent. Trudno tę opowieść nazwać balladą, ale tempo improwizacji jest doprawdy wyjątkowo dostojne. Choć emocje kipią, zwłaszcza, gdy smyk Faustino poci się na słodko.

Six. Skromne macanki na boku. Kontrabas, minimalnym nakładem sił, wyznacza rytm finałowej opowieści. Baryton buduje melodię i jest zdeterminowany, by przy niej pozostać. Ale i tak popada w sonorystyczny rechot. Gęsta, dość dynamiczna, nieco spekulatywna opowieść. Yedo stawia stemple perfekcji, budując kolejną ekspozycję. Zdaje się, że baryton to jego prawdziwie tajemna broń! Po 5 minucie niezwykle zwinnie powraca do sopranu, a kajet recenzenta aż pęka w szwach od górnolotnych epitetów. Vasco i Hernani mogą już tylko popaść w akompaniament i z rozwartymi ustami wydać tchnienie zachwytu!




Nepenthes Hibrida

Przed nami niezwykła hybryda! Pięciogłowy stwór swobodnej improwizacji, na który składają się: Ernesto Rodrigues – altówka, Yedo Gibson – saksofon sopranowy i frula (flet bałkański), Miguel Mira - wiolonczela, Luis Lopes – gitara elektryczna, Vasco Trilla ‎– perkusjonalia. Spotkanie muzyczne zrealizowane u progu ubiegłorocznych świąt grudniowych, w Lizbonie (O'culto da Ajuda), na koncercie. Cztery utwory potrwają 46 minut, płyta z dokumentacją fonograficzną zwie się Nepenthes Hibrida, a ukazała się dzięki Creative Sources. Podmiotem muzycznym są personalia całej piątki, wymienione w kolejności, w jakiej prezentowałem muzyków kilka wierszy wyżej.

I. Tłusty ścieg perkusyjny jako tło, kontrastujące pasaże trzech strunowców (w tym jednego pod prądem), jako danie zasadnicze. Saksofon sopranowy zaplątany w wewnętrzną improwizację, niczym Trevor Watts u boku Johna Stevensa, jakieś 45 lat temu. Ze strony każdego z muzyków aż iskrzy pomysłami. Ciekawe mikrodysonanse elektroakustyczne ze strony Lopesa. W 5 minucie zwinna ekspozycja Miry, na tle pląsów altówki, wiedzie orszak improwizacji samym środkiem galaktyki. Strings Rules! Zejście w ciszę ambientu i sonorystyki mistrzowskie! Powrót z błyskotliwą repetycją sopranu (rodzaj pętli). Kolektywna, konwulsyjna droga na szczyt, który muzycy osiągają w 10 minucie.

II. Oddech ciszy. Pojedyncze dźwięki, szepty, chroboty, tarcia i mikroiskrzenia. Step by step muzycy wchodzą w interakcje i serwują większe partie dźwięków. Ale nadal posuwają się do przodu… stojąc na palcach (8 min). By nie spłoszyć ciszy, by na powrót się w niej zanurzyć. Epizody po 11 minucie znów przypominają recenzentowi niezwykłe czasy Spontaneous Music Ensemble, tym razem tego strunowego, po roku 1975. Eskalacja, która następuje tuż potem, smakuje perfekcją i niebywałą wrażliwością. Spora aktywność Trilli i Gibsona stale dynamizuje poczynania kwintetu i nie pozwala strunowcom (zwłaszcza akustycznym) na kameralistyczne grepsy.

III. Rezonans na gryfie Lopesa! Trzaski na tomach Trilli! Suchy oddech Gibsona! Zwinne palcówki Miry i Rodriguesa! Spokojna, ale gęsta narracja, definitywnie niehałaśliwa. Akustyczne strunowce przejmują dowodzenie! Odrobina pojękiwania w estetyce call & response. Piękny finał!

IV. Vasco popada z rezonans. Miguel i Ernesto wchodzą mu w pół zdania i pyskują. Yedo snuje separatywną opowieść w molowej nietonacji. Altówka ciągnie w raz z nim ten nostalgiczny pasaż. Niespodziewana zmiana narracji – strunowce idą w galop (ale bez Lopesa), prawdziwy taniec na gryfach! Struny aż iskrzą! Trochę molekularnych interakcji, dużo dźwięków w jednostce czasu. Strings rules again! W tle frula Yedo (a może to sopran?). Eskalacja zdaje się tu być najlepszym rozwiązaniem – pnie się ku górze, krwawiąc obficie nieoczywistą doskonałością. Muzycy spleceni w jedno ciało, stawiają stempel za stemplem. Znów szczypta molekularności w estetyce SME. Trilla podłącza jazzowy drumming! Jakże świetny komentarz! Mira idzie z nim w to wulgarne tango! Gibson dorzuca do ognia niebanalne trzy grosze. Konkretnie free jazzowy galop! Whaw! Konwulsyjny finał doskonałej płyty! Puenta ze strony Vasco i Yedo (okaryna?) wyśmienita!


****

W uzupełnieniu tegorocznej dyskografii perkusisty z Barcelony, warto podkreślić, iż wyżej omówiona płyta nie jest jedyną, jaką nagrał on dla Creative Sources, w towarzystwie Ernesto Rodriguesa. Tą drugą jest krążek Blattwerk, a muzykami ją współtworzącymi: Harald Kimmig (skrzypce), Guilherme Rodrigues i Miguel Mira – wiolonczele. Prawdziwy String Quartet w perkusjonaliami w roli piątego strunowca.

Dla nikogo z odwiedzających te łamy nie jest tajemnicą, iż obok Plom Phicusa, Trilla wydał także w naszym kraju intrygujący kwartet Völga (wraz z Fernando Carrasco, Ivánem Gonzálezem i Àlexem Reviriego). Wydane przez Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, do przypomnienia tutaj.

O płycie poczynionej z Szilardem Mezei i Mariną Dżukljev Still Now (If We Still), wydanej przez FMR Records, pisaliśmy w tej opowieści.

Wreszcie czas na wspomniane wcześniej, tegotygodniowe nowości! Na koncercie piątkowym tria Phicus (Mózg Powszechny, Warszawa, 1.12) swoją światową premierę będzie miała płyta Catapulta De Pols D’estrelles, nagrana przez Trillę z Mikołajem Trzaską (Fundacja Słuchaj!).

Na koncercie niedzielnym (Poznań, Dom Tramwajarza, 3.12) odbędzie się premiera kolejnego duetu perkusisty, tym razem z Yedo Gibsonem. Płyta zwie się Antenna, a wydawcą jest Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series.

Trasę Phicus po Polsce otwiera koncert w łódzkim klubie Format (30.11). ZAPRASZAMY!

****

Relacja z pierwszego oficjalnego koncertu Phicus, jaki miał miejsce w Barcelonie, w marcu br., a także koncertu promującego płytę Völga dostępna jest pod tym adresem.

Dla odświeżenia naszych zasobów informacyjnych, drobny skrót do tekstu opisującego niektóre dokonania artystyczne Ferrana Fagesa. To tutaj.

Tu i  tu zapoznacie się z innymi opowieściami, które za podmiot główny obrały sobie również Vasco Trillę, a które nie zostały przywołane już wcześniej.


środa, 15 listopada 2017

Discordian Community Ensemble! Freenetics! - La música catalana encara és gratuïta! I excellent! The catalan music is still free! And excellent!


Barcelona często gości w ostatnich tygodniach na ekranach świata, ale nie dzieje się to bynajmniej z powodu muzyki.

Na łamach wszakże Trybuny koncentrować się będziemy wyłącznie na dźwiękach. Netowy label z tegoż pięknego miasta – Discordian Records - wciąż dostarcza nam bowiem nowych wrażeń. Tejże jesieni katalog wytwórni zamknął pierwszą setkę albumów, by zaraz po chwili otworzyć drugą setkę.

Zatem przed nami 100-a i 101-a produkcja DR!




Na żywo w Monachium!

Czas i miejsce zdarzenia: Monachium, MMI Festival, dokładna data nieznana (2016?).

Ludzie i przedmioty: Sarah Claman – skrzypce, Iván González - trąbka, El Pricto - saksofon altowy i dyrygentura, Norbert Stammberger – saksofon barytonowy i sopranowy (utwory 2 i 4), Ferran Besalduch – saksofon basowy i sopranowy, Harald Rettich – gitara ośmiostrunowa (2 i 4), Avelino Saavedra – perkusja i coyote call.

Co gramy: dyrygowana muzyka improwizowana.

Efekt finalny: siedem utworów opatrzonych tytułami. 72 minuty koncertu, który dostępny jest pod wszystko mówiącym tytułem Live aus München (DR 100). Podmiot wykonawczy zwie się Discordian Community Ensemble.

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Jeden. Ferria sonorystyki z trzech dęciaków, kilku strun i rozbujanej od pierwszej chwili perkusji. Grupa Wspólnoty Diskordiańskiej w edycji wyzwolonej od szponów kompozycji, aczkolwiek improwizującej pod czujnym okiem dyrygenta Pricto! Ostro, drapieżnie, dynamicznie, ciało w ciało! Skrzypce zdają się być na czele tego stada rozjuszonych rumaków. W nieco agresywnym galopie, szorstkie w brzmieniu i obyciu. Drugi. Do gry wchodzi para niemieckich muzyków, wyposażonych w akustyczne narzędzia tortur. Drugi mocny saksofon i duża gitara. Septet niebiorący jeńców, ani kwiatów do butonierek. Znów dźwięki, jakie wydaje Sarah dodają urody całej improwizacji. Tempo jest zdecydowanie spokojniejsze. Ale do czasu… już bowiem w czwartej minucie kolejny hard attack over Europe! Po nich nagły stop i kolejne kwilenia w pod grupach (czuć ostry sznyt scenariuszy Pricto). Spora dawka rockowego wręcz zgiełku, tudzież post-sonorystycznego hałasu. A dyrygentura Pricto wciąż stawia wulgarne stemple. Także trochę rubasznej zabawy, okrzyków, wrzasków i przekomarzań. Sound and furry! Trzeci. Intro na trąbce, niczym na sygnałówce! Wzywa na rykowisko! Perkusja jako wsparcie. W reakcji wysokie saksofony i wnikliwe, ciekawe świata skrzypce. Wydeptują ślady pierwotnie wytyczone przez Gonzaleza i Pricto. Czwarty. Powraca septet! Emocje, kontrapunkty, zadziory, krew na placach i wargach, personalne zaczepki. To najdłuższa historia na tej płycie. Improwizacja w stylu search & reflect z dużym ładunkiem dźwięków i wielką walizą pomysłów. Ale bez subtelności i mrużenia oka. Doskonałe wtręty skrzypiec. Macanki i całowanki dęte. Gitara idzie wzdłuż noise’ rockowej bandy, ale reszta załogi nie daje jej dojść do głosu. Rodzaj ekspozycji na temat, który jest ledwie sugerowany, albowiem muzycy rozdeptują go z zapałem godnym lepszej sprawy. Błyskotliwe solo na alcie w charakterze komentarza. W międzyczasie skrzypaczka doznaje od dawna zapowiadanego orgazmu. Reszta, nie dość, że patrzy, to jeszcze zazdrośnie kluczy ku własnym rozwiązaniom. W 14 minucie eskalacja na siedem fajerwerków! Recenzent ma wytrysk, aż pióro odmawia notowania wrażeń! Na finał pokaźna dawka hałasu! Piąty. Saksofonowa sonorystyka przy wsparciu wzdychającej trąbki. Ptasia uwertura. Małe szaleństwo na dyszach i w tubach. Kolejna dynamiczna wymiana poglądów, raz z lewej, raz z prawej strony. Crazy drumming and dirty violin! Plus trzy zagotowane dęciaki! Szósty. Rodzaj call & response. Zdaje się, że ta metoda improwizacji święci tu należne jej triumfy. No i stymulująca wszystko dyrygentura, żeby nie było zbyt prosto. Nie wiadomo, który dokładnie już raz, to skrzypaczka stawia stempel doskonałości. Na wybrzmieniu intrygujący dialog alt+violin, już bliżej strefy ciszy. Siódmy. Rodzaj narracyjnej kalki poprzedniego pomysłu – przepychanki na dyszach, smakowite zadziory na strunach. Wraz ze wzrostem dynamiki finalnego odcinka koncertu, interakcje pomiędzy muzykami stają się bardziej bystre i raczej pozbawione złych pomysłów. Znów duża porcja kontrapunktów na ostro, wprost z dłoni i umysłu dyrygenta. Finał wieńczy dzieło, czyli najdłuższą bodaj płytę w historii wydawnictwa DR. Być może jednak o kilka minut zbyt długą.






Podziemia, popołudniową porą!

Czas i miejsce zdarzenia: 26 marca 2016r., Underpool Studio w Barcelonie (?)

Ludzie i przedmioty: Ferran Besalduch - saksofon basowy i sopranowy, Joan Antoni Pich – wiolonczela, Pep Mula – perkusja.

Co gramy: muzyka improwizowana, na ogół dość swobodnie, jakkolwiek scenariusze przedprodukcyjne są możliwe.

Efekt finalny: siedem utworów opatrzonych tytułami, 45 minut. Dostępne pod tytułem Underground PM (DR 101), sygnowane nazwą własną Freenetics

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

One. Bystra, naostrzona wiolonczela, grzmiący saksofon basowy, nawołujący do tańca godowego, no i talerze w polerce – tak wygląda start tej improwizacji. Narracja narasta i opada, żłobiąc bruzdy w podłodze. Duże skupienie, oczy dookoła głowy. Cello płynie smykowymi pasażami (już 4 minuta przynosi recenzentowi pierwszą dawkę zachwytu), by po chwili wejść w solowy grymas, ale pozostać równie wyrazistą. Duet z perkusistą, to także udane rozwiązanie. Powraca bass sax i kreśli nowe plamy, uspakajając nieco sytuację na scenie. Two. Dynamiczny call & response! Wyborny sound wiolonczeli i saksofonu basowego. Emocje konfrontacji, energia zwarcia. Free jazzowa galopada bez hamulcowego. Three. Introdukcja perkusisty. Potem soprano zwrócone ku niebu, a wiolonczela ku piekłu. Uroczy dysonans akustyczny. Strunowiec łyka nieco pogłosu, dodając łyżkę psychodelii tej zwinnej improwizacji. Four. Szczypta kameralistycznej zadumy, która szuka jednak zwady, punktu zaczepienia do bardziej swobodnej ekspozycji. Wstrzemięźliwość muzyków nie daje jednak asumptu do eskalacji. Five. Wiolonczela ciągnie ten trójkołowy pojazd w kierunku muzyki współczesnej. Perkusja ma w sobie, dla odmiany, potężny ładunek emocji i myśli separatywnie. Saksofon – tu znów sopranowy - próbuje łączyć zwaśnione strony i czyni to perfekcyjnie (doskonałe solo w wyjątkowo wysokim rejestrze). Opus magnum Ferrana na tej płycie! Chwilami brzmi niemal jak trąbka. Kontrapunkt z gryfu bardzo solidny! Perkusista znów jakby poza, ale być może jego postawa ciekawie plącze ten fragment improwizacji. Six. Perkusyjne sonore! Wiolonczela biegnie ze wsparciem. Klimaty surowego AMM radują lico recenzenta. Saksofon rezonuje, niemal sam ze sobą. Komentarz cello znów pachnie dobrą kameralistyką. Twórcza konwulsja, która czyni ów moment kolejnym na liście argumentów dla uznania całego nagrania, jako dzieła kompletnego i wartościowego. Repetycja saksofonu, trochę mizdrzenia się przed lustrem, pętle i zakamarki dźwiękowe. Na finał posmak melodii i tonacji, które wcale nie szkodzą tej improwizacji. Seven. Wprowadzenie czyni saksofon sopranowy. Wiolonczela idzie z dołu i robi konkurencję nieobecnemu saksofonowi basowego. Rodzaj podskórnego rytmu, który zdobi tę narrację, czyniąc przy okazji asumpt do wysmakowanej puenty dla Underground PM. Kolejna partycja harmonii ze strun z niczym tu nie koliduje. Zdanie odrębne perkusisty, znów nieco na przekór, artystycznie broni się bez cienia wątpliwości. Finisz konstytuuje bardzo dobrą opinię recenzenta na temat tej płyty.


*) tytuł dzisiejszej historii dla tych, którzy nie radzą sobie zarówno z językiem katalońskim, jak i angielskim: Muzyka katalońska wciąż jest wolna. I doskonała.