Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Parker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą William Parker. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 lipca 2023

The July’ Round-up: Carter! Phillips & Locatelli! Unmute! Noetinger & Pateras! Ovchinnikov! Nordberg! Master Oogway! Trio Preludio! Solomiewicz!


Od swobodnego jazzu po jazz uformowany w zgrabne opowieści z tytułami, a w tak zwanym międzyczasie post-awangarda w szerokim bukiecie estetycznym! Od Nowego Jorku po Buenos Aires, a pomiędzy nimi trochę soczystej Europy!

Ot, kolejna trybunowa zbiorówka świeżych albumów z naszą ukochaną muzyką improwizowaną! Welcome!



 

Daniel Carter, Leo Genovese, William Parker & Francisco Mela  Shine Hear, Vol. 1 (577 Records, CD 2023)

Sear Sound, Nowy Jork, lipiec 2021: Daniel Carter – saksofony, Leo Genovese – fortepian, William Parker - kontrabas, gralla, shakuhachi oraz Francisco Mela – perkusja, głos. Trzy improwizacje, 38 minut.

Daniel Carter, legenda free jazzu, w dziewiątej już dekadzie życia, nie ustaje w dostarczaniu nam nowych nagrań. Rzadko się nad nimi pochylamy, albowiem silnie zanurzone są one w jazzowym main-streamie i nie wnoszą nic nowego do dorobku tego wybitnego artysty. Album Shine Hear zdaje się być wyjątkiem potwierdzającym regułę. Po pierwsze - smakowity skład z kolejną legendą gatunku, Williamem Parkerem, po drugie niebanalna instrumentacja, albowiem kontrabasista gra tu częściej na egzotycznych dęciakach niż na swoim bazowym strunowcu. I jeszcze śpiewający latynoskie evergreeny perkusista. Dla fanów swobodnego jazzu lektura obowiązkowa, dla wielbicieli free improv akustyczna ciekawostka.

Album składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, które oddziela post-jazzowa ballada, trwająca niewiele ponad pięć minut. Otwarcie jest dalece jazzowe, szybko chłonie klimat davisowskiego jazzu modalnego z lat 60. ubiegłego stulecia. Carter frazuje dość łagodnie, głównie na alcie, wydaje się być tu strażnikiem czystości gatunkowej. Reszta załogi swawoli jednak na całego. Pianista kocha free jazz, bystry drummer podśpiewuje, a Parker dość szybko zamienia kontrabas na wesołe, ale ostro brzmiące i rozśpiewane shakuhachi. Po wspomnianej balladzie, gdzie Parker sięga po kolejny egzotyczny instrument, wracamy do wątku zapoczątkowanego w pierwszym utworze. Perkusista znów nuci latynoskie melodie, ale jego drumming przypomina pracę krewkiego dobosza. Pianista syci flow poprzecznymi pasażami, a Parker, często w dialogu z wokalistą, dba o ekspresję. Carterowi znów pozostaje rola kojącego emocje. W drugiej fazie improwizacji Parker powraca do kontrabasu, a my w ramiona main-streamowego jazzu. Na etapie finalizacji improwizacja przyjmuje postać cool-jazzowej ballady z rozśpiewanym smyczkiem.



 

Barre Phillips & Giancarlo Nino Locatelli  Danze Degli Scorpioni (We Insist! Records, CD 2023)

Jazzatelier Ulrichsberg, maj 2008: Barre Phillips – kontrabas oraz Giancarlo Nino Locatelli – klarnet, klarnet basowy. Cztery improwizacje, 51 minut.

Kolejna legendarna postać muzyki improwizowanej, Barre Phillips ogłosił retirement już kilka lat temu. Zatem, by posłuchać jego nowych nagrań, musimy cofnąć się do końcówki pierwszej dekady nowego milenium. Spotkanie z włoskim klarnecistą, jakie miało miejsce w trakcie jednego z najważniejszych europejskich festiwalu muzyki kreatywnej, zaspakaja wszelkie potrzeby wielbiciela swobodnej improwizacji, zarówno tej osadzonej w mrocznej kameralistyce, jak i tej, sięgającej po post-jazzowe atrybuty. Klasa kontrabasisty nie podlega tu dyskusji, cieszyć natomiast może świetna robota jego partnera. Definitywnie wartościowy album!

Koncert składa się z czterech części, z których pierwsza trwa ponad 25 minut. Na starcie muzyków niesie niemal rockowa ekspresja – smyczek smaga struny, zadziornie pokrzykuje, nakłuwa post-barok na ostrze free jazzu! Klarnet, tu na ogół w formie filigranowej, świetnie łapie klimat i co rusz staje do intensywnych potyczek z silnie pobudzonym kontrabasem. W dalszej części improwizacji muzycy tonują emocje i szukają mrocznych zakamarków. Kontrabasista podejmuje wyłącznie udane decyzje – pięknie łączy nostalgiczne arco z wystudzonym, post-jazzowym pizzicato. Ma także wyjątkowo urokliwą ekspozycję solową. W końcowej fazie improwizacji pojawia się klarnet basowy, który wplata intrygujące frazy pomiędzy szarpane struny i perkusjonalne efekty. Trzy kolejne części trwają po kilka minut, a muzycy nazwali je m.in. dark moon music. Kameralne półśpiewy, dronowe pasaże, majestatyczna powolność chwili. Jeśli głośniej, to bardzo boleśnie, jeśli spokojniej, to w mglistej aurze niedopowiedzenia. Trzecia odsłona koncertu budowana jest drobnymi, urywanymi frazami, z kolei czwarta z jednej strony syci się repetującym kontrabasem, z drugiej korzysta z ekspresji, jaką podsyła potężniejsza wersja klarnetu. Samo zakończenie dostarcza sporych emocji. Barre gra tu całym pudłem rezonansowym, Giancarlo wspina się zaś na wysokie wzgórze, a potem jakże efektownie opada.



 

Unmute  Unmute (Discordian Records, DL 2023)

BCN Arts, Barcelona, 2023: Yexza Lara – głos, Pablo Selnik – flet, Marta Warelis – syntezator, Seba Ramírez – cajón, instrumenty perkusyjne, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Nasim López-Palacios – perkusja. Trzy improwizacje, 28 minut z sekundami.

Barceloński Discordian Records dobrze czuje się w każdych okolicznościach gatunkowych, ale w mroku niedopowiedzenia i dramaturgicznego suspensu zdaje się być szczególnie szczęśliwy. Doskonale w ów estetyczny mezalians wpisuje się okazjonalny sekstet Unmute stworzony zarówno lokalnymi silami, jak i zaciągiem paragwajsko-polskim. Nagranie niecodzienne niemal z każdego puntu widzenia - demoniczny wokal i flet w permanentnej interakcji, fermentujący syntezator w rękach pianistki i potrójny, niekiedy egzotyczny, zestaw perkusjonalny.

Początek nagrania to stonowany, elektroakustyczny rozgardiasz – mroczny szept, pomruki fletu, syczący jak waż syntezator i bogate tło post-perkusyjne. Z czasem każdy dźwięk wchodzi tu w interakcje z innym dźwiękiem, a linearna narracja dobrze konsumuje zarówno frazy akustyczne, jak i syntetyczne. Druga improwizacja zdaje się tu być kluczowa, choćby z racji generowania niekończących się emocji. Nerwowy początek zapewnia flet, doposażony w gardłowe westchnienia. Dużą aktywność wykazują perkusjonalia i syntezator, który najpierw generuje chmurę skwierczącego ambientu, potem wychodzi na czoło pochodu, ale wydaje się lekki, jakby ulatywał w kosmos. Flecista i wokalistka toczą tu niekończący się dialog, który wspiera dramaturgicznie reszta załogi. Dynamiczna improwizacja na ostatniej prostej nabiera jeszcze większej intensywności, a gaśnie w chmurze fletowych oddechów. Trzecia odsłona, to piękne, dronowe lamenty grane na wydechu. Zgrzyty, trzaski, perkusjonalne obcierki, ambient talerzy, flet i glos w pogłębiającej się rozpaczy. Samo zakończenie jest mroczne, tajemnicze, perfekcyjnie tłumione jednym strumieniem dźwiękowym.



 

Jérôme Noetinger & Anthony Pateras  15 Coruscations (Bandcamp’ self-released, CD 2023)

Rives/ Castlemaine, 2020-21: Jérôme Noetinger - elektronika oraz Anthony Pateras – elektronika. Piętnaście kompozycji, 40 minut.

Prawdziwe spotkanie na szczycie kreatywnej muzyki współczesnej, tej komponowanej, opartej na częstym lub wyłącznym użyciu syntetycznego instrumentarium. Żaden z artystów nie wymaga rekomendacji, także na łamach świadczących usługi pisarskie w obszarze muzyki improwizowanej. Zarówno Noetinger, jak i Pateras, to wszak mistrzowie improwizacji, którą przyoblekają w szaty współczesnej kompozycji. Kreują strumienie jakże bogate w dźwięki, jakże efektownie udramatyzowane. Klasa sama w sobie, choć album nerwowy, jakby porwany na strzępy, na piętnaście Przebłysków, degenerowanych porywami kompozytorskich namiętności.

Na owych piętnaście opowieści Francuza i Australijczyka składają się zarówno rozbudowane, wielominutowe, niemal epickie narracje o niepoliczalnych zasobach piękna, tu jakże przewrotnie rozumianego, jak i drobne fragmenty narracji, kilkudziesięciosekundowe plamy elektronicznych trzasków i zgrzytów. Utwór otwarcia tworzą zarówno ambientowe plamy, jak i filigranowe, niemal akustyczne fonie, sprawiające wrażenie field recordings. W części drugiej pojawiają się dźwięki bardziej syntetyczne, niekiedy dość groźnie brzmiące. Całość kołysze się tu na silnym wietrze, niczym zmutowane drum’n’bass. Kolejne mikro opowieści nie pozwalają nam stracić koncentracji, szybkimi strumieniami dźwięków rozsadzają receptory słuchu. Podobać się mogą szczególnie te, które zasadzają się na repetytywnym, dubowym echu. Ostatnie trzy opowieści zdają się bardziej skupiać na niuansach narracyjnych. Pierwsza z nich tonie w mrocznej, post-ambientowej chmurze, kolejna przypomina dźwięk wody lejącej się na rozżarzone węgle. Wreszcie ostatnia z nich, nierealistyczna, zawieszona w czasie i przestrzeni struga mrocznego post-ambientu. Tu dźwięki definitywnie umierają, tracą jakąkolwiek materialną postać.



 

Vitaliy Ovchinnikov  Variants (Extra Notes, DL 2023)

Petersburg Recording Studio (set 1), Vavilov Loft (set 2), listopad i sierpień 2022: Vladimir Luchansky – saksofon altowy, obiekty, Christine Kazarian – harfa, obiekty, Vitaliy Ovchinnikov – gitara akustyczna, obiekty, Andrey Popovskiy – elektronika, obiekty (set 1) oraz Ilia Belorukov – elektronika, obiekty (set 2). Trzynaście kompozycji, 30 minut.

Nowe nagranie gitarzysty Vitaliya Ovchinnikova, to dwa kwadranse wytrawnej, minimalistycznej elektroakustyki podane w dwóch setach, zrealizowanych w różnej czaso-przestrzeni, każdorazowo wszakże w kwartecie. Zawiera bardzo skupione improwizacje, nastawione na niuanse brzmieniowe, bardzo wyważone dramaturgicznie. Pierwszy set, to jedno lub dwie minutowe formy zdominowane przez instrumenty akustyczne, drugi, to nieco dłuższe narracje, w tym ostatnia nawet siedmiominutowa, w trakcie których elektronika ma nieco więcej do powiedzenia. Zauważmy, iż obsługą elektroniki w każdym secie zajmuje się inny artysta. Definitywnie lubimy takie zabawy z dźwiękiem, choć muzykom dobrze zrobiłby większy zastrzyk ekspresji, szczególnie w secie pierwszym.

Set pierwszy składa się z ośmiu części i wydaje się być jednym strumieniem dźwiękowym podzielonym na niespełna dwuminutowe odcinki. Króluje tu kreatywny minimalizm - każdy z artystów cedzi dźwięki, niekiedy pojedyncze frazy, dobrze słucha reszty i udanie współtworzy strukturę całości. Delikatna, nieinwazyjna elektronika wije się pomiędzy akustycznymi frazami, pośród których dużą rolę ogrywają obiekty, brzmiące chwilami bardzo perkusjonalnie. Najbardziej żwawym fragmentem seta jest część ostatnia, zdobiona czystymi frazami harfy. W secie drugim mamy pięć części, a rola elektroniki zdaje się być dominująca, zwłaszcza w części dziesiątej i jedenastej. Podobać się może brzmienie saksofonu, intrygująco wplecione w strugę syntetyki w części dziewiątej. W rozbudowanej części końcowej mamy już narrację w pełnym wymiarze. Saksofonowe drony, strunowe błyski i elektronika, która udanie współgra z akustycznymi instrumentami, śpiewając piskiem szemrzących kabli. Przez dłuższy fragment improwizacja bazuje tu na linearnym strumieniu dźwięków generowanych przez rytmicznie drżące obiekty.



 

Jesper Nordberg  Trio (Gotta Let It Out, CD 2023)

Kopenhaga, styczeń 2023: Jesper Nordberg – kontrabas, Ruhi Erdogan – trąbka oraz Stefan Pöntinen – skrzypce. Dziesięć utworów (siedem kompozycji, trzy improwizacje), 37 minut.

Kontrabas, skrzypce i trąbka nieśmiało sugerują, iż przed nami prawdziwie kameralna narracja. I tak też jest w istocie. Wysokie kompetencje artystyczne muzyków czynią tu interesującą niemal każdą opowieść, choć wiele z nich toczy się wedle precyzyjnych wskazań kompozytorskich. Tych ostatnich być może jest zbyt wiele, o czym świadczy … jakość trzech opowieści, które są po prostu swobodnymi improwizacjami i stanowią definitywny crème de la crème tego albumu. W trakcie kolejnych realizacji tria zalecamy zatem, by zapisy na pięcioliniach pozostawić przed drzwiami studia nagraniowego.

Utwór otwarcia tworzą tu dwa smyczki, które z odpowiednią dozą ekspresji sugerują klimat post-baroku swobodnie improwizując. W drugiej części podłącza się melodyjna, rzewna, nieco nostalgiczna trąbka. Zadekretowane chamber inspiruje się tu zarówno jazzem, jak i folkiem, tudzież klasyką. Nie brakuje miejsca na improwizację. Ta króluje w trzeciej odsłonie. Drobne frazy wchodzą tu w bystre interakcje. Skrzypce ciekawie preparują. W kolejnych trzech opowieściach konstytucją jest temat kompozycji i zwarta struktura rytmiczna. Post-folkowe klimaty, jazzowe frazy kontrabasu i trąbka, która stoi tu ponad podziałami, tarzając się w dość prostej melodyce. Siódma część znów porzuca zapisy pięciolinii i zabiera nas w krótką, ale intrygująco mroczną podróż. Dwa strwożone smyki i rozhuśtana trąbka. Trzy ostatnie utwory wracają do etyki kompozycji. W części dziewiątej warto wszakże podkreślić dynamikę i zadziorność niemal każdej frazy, mimo dalece klasycznego rynsztunku. W części ostatniej rzeczona klasyka ostatecznie triumfuje, ale muzykom nie da się odmówić klasy w improwizacjach.




Master Oogway  A Lot of Music About Everything (Nice Things Records, CD/LP 2023)

Athletic Sound Studio, Norwegia, czas nieznany: Håvard Nordberg Funderud – gitara, Lauritz Heitmann Skeidsvoll – saksofon tenorowy i sopranowy, Karl Erik Horndalsveen – kontrabas i bas elektryczny oraz Martin Heggli Mellem – perkusja. Dwanaście utworów, 45 minut.

Kolejne spotkanie z artystami, którzy debiutują na tych łamach, znów doposażonymi w instrumentarium, które dobrze kierunkuje nasze stylistyczne przypuszczenia. Gęsta, szorstka sekcja rytmu, rozszalały saksofon w chmurze pogłosu i gitara, która stanowi tu w dużej mierze o dramaturgii. Także całe mnóstwo gatunkowych konotacji, którym wcale nie tak daleko do cięższych odmian rocka. Narracja skrojona zgrabnymi kompozycjami, która są jedynie pretekstem do niekiedy niezwykle krewkich improwizacji. Muzyka o Wszystkim, ale nieprzegadana, zawsze na temat.

Na starcie artyści fundują nam nieco jazzrockowej estetyki. Każdy instrument zdaje się tu być podłączony do prądu wysokiej mocy. Post-akustyczna brawura, rockowe przełomy i dużo swobody w improwizacjach. Także bogate brzmienie, czasami kwartet przypomina tu dużą orkiestrę. Norwegowie dobrze sobie radzą w szybkich tempach, ale równie efektowni są w post-balladowych, rozhuśtanych melodiach na saksofon i gitarę. Ta ostatnia wciąż szuka ciekawych brzmień, preparuje, często korzysta z gitarowych pick-upów. W części piątej muzycy pokazują, iż wystarczy im sekunda, by wejść w obszar kreatywnego noise (znów brawa dla gitary). Opowieści każdorazowo nie gubią jednak wytrwanej struktury rytmicznej. W odsłonie szóstej narracja pachnie nasterydowanym Weather Report! Połamany rytm i ogniste ekspozycje solowe, to kolejny walor tego utworu. W kolejnej części … akustyczny przestanek na gitarę i kontrabas. Ale emocje nie gasną! Podobnie jak w części dziewiątej, która płynie melodyjnym tematem jazz-rocka, ale bas i perkusja burzą mury niemal hc-punkowym drive’em. Dziesiąta historia stawia na wolniejsze tempo i brzmieniowe zagadki. W kolejnej czas płynie przy niemal rockowych salwach całego kwartetu. Narracja pętli się, zgrzyta, hałasuje i urokliwie puszcza oka do King Crimson, tych z początku lat 80. ubiegłego stulecia. Ostatnia opowieść znów szyta jest gęstym, niemal post-punkowym ściegiem. Gitara staje tu w ogniu, bas ma solo, a saksofon kipi z emocji.




Maximiliano Mas, Marcelo von Schulz & Juan Marco Litrica  Trio Preludio a La Siesta De Un Fauno - Volumen Uno (Ramble Records, DL 2023)

Chela.exacta, Argentyna (?), wrzesień 2022: Marcelo von Schultz – perkusja, instrumenty perkusyjne, Maximiliano Mas – gitary, ćwierćtonowe grand piano oraz Juan Marco Litrica – gitara elektryczna. Pięć improwizacji, 37 minut.

Dwie dalece ponadgatunkowo usposobione gitary z niewielką dawką prądu i wytrwany drummer, tu głównie perkusjonalista, którego na tych lamach zdążyliśmy już poznać. Latynoskie trio w barwach australijskich przynosi nam nieoczywistą porcję improwizacji, która miewa świetne momenty, ale nie unika chwil dramaturgicznego zawahania, a raczej sytuacji, w których opcji wyboru jest zbyt wiele, zwłaszcza po stronie stylistycznie niezdecydowanych gitar. Te ostatnie zaczynają w klimatach post-jazzowych, potem nie skąpią nam bluesowych, czy nawet post-folkowych fraz, w końcu z ochotą czerpią z zasobów pamięci post-rocka. Na finał stawiają prawie hard-rockowy riff, który płonie wszakże wyjątkowo szybko.

W pierwsze improwizacji podoba nam się sposób, w jaki perkusjonalista panuje nad parą jazzujących gitar. Najpierw stara się je udobruchać, potem wypuszcza w dynamiczny marsz z rockowymi zdobieniami. W części drugiej dzwonki i gitarowe pick-upy budują suspens, który kruszy bluesowy szyk narracji właściwej. Na werblu pojawia się odrobina preparacji, z kolei gitary szukają kolejnych punktów odniesienia, frazując dość delikatnie. Trzecia opowieść zdaje się być wyjątkowo ukrwiona. Samplowany głos w języku japońskim, preparowany, bystry drumming i gitary w solowych ekspozycjach jakże dalekich już od jazzu. W części czwartej pojawia się piano, które dodaje mroku i tajemniczości. Perkusja bije tu matowy rytm, ale wolny, niemal leniwy. Finałową ekspozycję znów otwierają szemrzące gitarowe pick-upy. Narracja dość szybko zwiera marszowy szyk i do końca nagrania nie przestaje być jedynie rytmiczną zabawą. W ramach narracyjnych zdobień gamelanowo brzmiący drumming i wspominany wcześniej ciężki, rockowy riff.



 

Federico Solomiewicz  Desde el sur (Neue Numeral, DL 2023)

Doctor F studio, Argentyna, czas nieznany: Federico Solomiewicz – bas, Martín Proscia – saksofon tenorowy, Augusto Vega – gitara oraz Manuel Weil - perkusja. Pięć kompozycji, 22 minuty.

Na zakończenie dzisiejszej, w dużej części jazzowej zbiorówki niewielka porcja jazz-rocka, zadekretowana kompozycjami basisty, które koncertują się bardziej na ogrywaniu zadanego tematu bystrymi aranżacjami, mniej zaś wydają się być skupione na samej improwizacji. Ale pośród pięciu niedługich narracji znajdziemy jedną, która warta jest naszego wielokrotnego zainteresowania.

Argentyńczycy otwierają album melodyjną balladą, rzewną, całkiem stylową, jakże niespieszną. Druga opowieść ma rytm marsza, w który wplecione są intrygujące, dramaturgiczne przestoje. Gitara szuka tu bardziej rockowych emocji, ale saksofon trzyma się sztywno gatunkowych ram. Trzecią opowieść otwiera basowe intro, które przekształca się w melodyjny temat. Gitara snuje się wokół post-ambientowym ściegiem, saksofon wydaje się tym razem bardziej zaniepokojony. W czwartej części muzycy stawiają na improwizację i zdaje się, że nic lepszego nie mogli zrobić! Rozmyta, mgława melodyka, zmysłowy smyczek, rozbujane emocje siejące dramaturgiczny niepokój. W finałowym utworze powraca melodia tematu. Gitarzysta frazuje wyjątkowo łagodnie, niczym Jim Hall, a towarzyszy mu solówka kontrabasu, jeśli ucho recenzenta nie zawodzi.

 


piątek, 13 maja 2022

Cecil Taylor! Music From Two Continents! *)


Pośmiertna epopeja Cecil Taylor – życie i twórczość trwa w najlepsze, zarówno w wydaniu międzynarodowym, jak i krajowym. W tym drugim, jak doskonale wiemy, prym wiedzie Fundacja Słuchaj, która dostarcza niepublikowane nagrania ikony freejazzowego fortepianu nad wyraz regularnie. Po duecie, kwintecie i małej orkiestrze, czas na kolejny rozbudowany ansambl, tym razem w edycji dalece ekscytującej.

Po pierwsze – nowa płyta, to koncert z krajowego Jazz Jamboree z pierwszej połowy lat 80. ubiegłego stulecia, po drugie – sam skład personalny orkiestry winien wprawiać w intensywny ruch nasze serca! Smakowity zaciąg europejski, polsko-włosko-niemiecki oraz pokaźna wataha muzyków amerykańskich, a pośród nich the one and only William Parker, wtedy jeszcze muzyk na dorobku, ale już wówczas istotnie kształtujący improwizowaną narrację w Sali Kongresowej. Pełne dane formacji Taylora na dole tej recenzji, teraz skupmy się na dźwiękach, jakie muzycy dostarczali nam prawie 38 lat temu przez godzinę zegarową z małym okładem.

 


Początek koncertu wydaje się typowy dla rozbudowanych, improwizujących składów pod zacnym przewodnictwem Taylora. Perkusjonalia, okrzyki, prześmiewcze wrzaski, odgłosy z freejazzowej puszczy, niczym rytuał wyzbycia się wszelkich złych emocji, czy też rodzaj mentalnej detoksyzacji! Pierwsze dźwięki fortepianu są nam dane po upływie trzech minut, a po kolejnych kilkudziesięciu sekundach zaczyna się formować właściwy free jazz flow, od niemal samego początku zgrabnie spinany kontrabasowym groove Parkera. Bystra dynamika, aktywny drumming, słowotok fortepianu i wielka, naprawdę wielka przestrzeń dla ośmiu instrumentów dętych, które mogą szaleć do woli. Dęte pokrzykiwania, tudzież bardziej skonstruowane frazy czasami wchodzą w dialog z pianem, czasami wznoszą się ku górze i efektownie opadają. Strumień fonii jest doprawdy imponujący, a na jego tle, from time to time pojawiają się niezbyt rozbudowane ekspozycje solowe. Pierwszy do boju idzie tu saksofon altowy. Po 12 minucie narracja delikatnie traci na intensywności, ale basowy flow nie pozwala wiele. Do ognia dorzuca Taylor, a jego klawiszowe tornado wspierają dęte kontrapunkty. Niedługo potem pojawia się ekspozycja trąbki (zapewne Stańko!), a także prawdopodobnie bassoona i już na pewno - saksofonu tenorowego. Ekspresja rośnie z każdą sekundą, sprawiając, iż po 20 minucie całość narracji możemy określić mianem efektownej, jakże zbiorowej histerii!

W okolicach 28 minuty opowieść zdecydowanie stopuje, w każdym swoim wymiarze. Dęciaki wzdychają i śpiewają pod nosem, pojawiają się głosy, które dość szybko formują się w efektowny wielogłos, także wrzaski, tudzież bardziej skoordynowane okrzyki. Kilka mocnych uderzeń dodaje perkusja. Mamy wrażenie, że oto znaleźliśmy się naprawdę w samym sercu dzikiej Afryki, z jej polirytmią i gęstymi, nie do końca sformatowanymi dźwiękami. Mniej więcej w 38 minucie z tego cudownego chaosu chwili wyłania się ciepło brzmiące piano i dęte zaśpiewy, które płyną do nas rozległym korytem. W końcu nowy groove ustanawia Parker, ale nie dyktuje przesadnego tempa. Narracja zaczyna się rozrastać i dopiero wtedy Taylor wraz z Parkerem ewidentnie podkręcają tempo. Drive perkusji zdaje się nosić znamiona post-swingowe, a cała orkiestra kolektywnym krzykiem szybko osiąga stadium pełnowymiarowej fire music! Saksofony pędzą tu na froncie, tuż obok skrzeczą trąbki, a tumult całości sprawia, iż dający z siebie wszystko pianista jest ledwie słyszalny! Po 50 minucie na ów ognisty tygiel fonii nakłada się jeszcze rozkrzyczany głos (zapewne Taylora), który tylko wzmaga emocje. Tym razem na przedzie karawany jedna z trąbek i saksofon altowy. Masywną całość pcha niezłomnie do przodu niezmordowany kontrabasista. Furia ansamblu wydaje się z czasem przygasać, jakby część muzyków syciła opowieść większą dawką nieco spowolnionych, bardziej refleksyjnych fraz. Pojawia się też nowy dźwięk, który przypomina flet. Jego piękną ekspozycję podkreśla full drive rozbudowanej sekcji rytmu. Każdy z dęciaków dokłada tu po ostatnim słowie i wraz z wybiciem 60 minuty narracja zaczyna przygasać. W połowie 62 minuty podnosi się kompulsywny wrzask publiczności.

 

Cecil Taylor Music From Two Continents, Live at Jazz Jamboree’84 (Fundacja Słuchaj!, CD 2021). Cecil Taylor – fortepian, Tomasz Stańko i Enrico Rava – trąbki, Conrad Bauer – puzon, Jimmy Lyons – saksofon altowy, Frank Wright Jr. i John Tchicai – saksofony tenorowe, Karen Lyons – bassoon, Günter Hampel – klarnet basowy i wibrafon, William Parker – kontrabas oraz Henry Martinez – perkusja. Zarejestrowane 26 października 1984, w trakcie Festiwalu Jazz Jamboree, Sala Kongresowa, Warszawa. Jeden utwór, czas trwania - 62:15.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże, tysiące lat temu, została pierwotnie opublikowana

 


niedziela, 13 października 2019

Agusti Fernandez! William Parker! Susie Ibarra! One Night At The Joan Miró Foundation!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, kilka tygodni temu.


W natłoku nowych nagrań muzyki improwizowanej, powstających jak grzyby po deszczu w każdym zakamarku naszego globu, czasami trudno znaleźć moment, by … przypomnieć sobie starsze nagranie lub wznowić takie, które wydane zostało onegdaj i osiągnęło np. status out of print.

Fundacji Słuchaj taka sztuka się udała. Dwie dekady od pierwszego wydania ponownie możemy dziś posłuchać wyjątkowego koncertu, jaki odbył się w Barcelonie, w 1998 roku, w sali koncertowej fundacji Joan Miró, w trakcie którego pianiście Agusti Fernandezowi towarzyszyli niebywali goście zza Wielkiej Wody – William Parker na kontrabasie i Susie Ibarra na perkusji. Po prawdzie nie wiem, czy nakład pierwszego wydania został wyczerpany (w każdym razie, ja mam na półce), czy też nie, ale w kontekście zawartości samego koncertu, nie ma to aż takiego znaczenia. Trio wykonało wówczas cztery improwizacje, które trwały łącznie 63 minuty i 53 sekundy. Z radością zaglądamy do środka.




Pierwsze dźwięki koncertu, to krótkie, urywane frazy wprost z klawiatury fortepianu. Tuż obok garść zmagań ze strunami i mały balet talerzy. Stylowe, drobiazgowe wejście w temat, ale od samego początku z odpowiednią porcją dynamiki. Agusti stawia na intensywność godną Cecila Taylora, Susie smakuje odmłodzonym Sunny Murrayem. A William? No tak, on może przypominać wyłącznie siebie! Trio nabiera typowej dla tego ostatniego muzyka motoryki już po 180 sekundach. Free jazzowa narracja toczy się niezwykle kolektywne, z delikatnym wyeksponowaniem piana i przemożnego bogactwa perkusjonalii, pełnych męskiej mocy w kobiecych rękach. Parker plecie swoje rytmiczne pętlę niczym mantrę, pełne dynamiki i melodyjności. Agusti zdaje się być zwinny jak kot, przebiegły jak lis, no i te jego tygrysie pazury na zakrętach! W połowie 11 minuty pianista milknie, zostawiając przestrzeń dla intrygującej ekspozycji duetowej. Gdy powraca, wchodzi w duet z kontrabasistą – wyrazisty i mięsisty, po chwili chytrze skomentowany talerzami. Już po kilkudziesięciu sekundach trio osiąga stan kipieli, a pianista wręcz demoluje klawiaturę. 20 minuta wyznacza czas pierwszego, wyraźnego stoppingu – kontrabas jakby wbrew tej intencji, jedzie po swoje, ale pozostali uczestnicy spektaklu gaszą swoje ogniste płomienie, repetują i szukają nowego otwarcia. Gdy owo nastąpi, Fernández decyduje się na wyżej zestrojowe pasmo, Ibarra zaś adekwatnie przesuwa akcenty w kierunku perkusjonalii. W 25 minucie Parker włącza do gry smyczek i czyni naprawdę błyskotliwą ekspozycję, w czym w ogóle nie przeszkadza mu dynamiczny flow jego partnerów. Ale to właśnie oni gaszą ostatni płomyk pierwszej, ponad półgodzinnej części koncertu.

W drugi odcinek wprowadza nas Agusti i jego firmowe preparacje. Kontrabas podchwyca wątek, Susie opukuje werbel i tomy. Smyczek – na dokładkę - dodaje całości blasku i urody. Narracja robi się gęsta, choć zupełnie pozbawiona jest dynamiki pierwszej części. Krok za krokiem muzycy jednak nabierają wiatru w żagle, nakręcają się wzajemnie niczym sprężyny zegarka. Nim jednak postawią na większą dynamikę, jeszcze krótki moment na solowy popis perkusistki, a także garść zadumy znad klawiatury. Drive pojawia się na finał części, nie jest nadmiernie ekstremalny, raczej smakuje dobrym bluesem. Finał z udziałem szczoteczek – bardzo stylowy.

Trzecia opowieść – na wejściu niemal klasyczne piano z ciepłej klawiatury, lekki i zwinny kontrabas, także bardzo spokojny drumming. Trio pięknie nabiera dynamiki, piano zdobi proces skromną repetycją. Precyzyjny flow, dbający o niuanse, ale konstruowany już w niezłym tempie. Już bez skojarzeń w głowie recenzenta – tu każdy przypomina wyłącznie siebie! W 8 minucie Agusti gotuje się w 100 stopniach, a amerykańska sekcja płynie niczym okręt podwodny o napędzie atomowym. What a game! Zmysłowy smyczek na gryfie kontrabasu dostaje zadanie tłumienia emocji. Piano skacze ku górze, a drżą talerze. Finałowa prosta tryska urodą godną największych (bo tylko tacy są na scenie!). Gently silence after!

Czas na kodę tego niezwykłego koncertu - czule, zmysłowo, precyzyjnie, klawisz po klawiszu. Dudnią tomy, kontrabas naprzemiennie pizzicato i arco. Cool jazzowa narracja ze smakowitym smyczkiem w roli głównej. Siła meta melodyki. Po pewnym czasie pianista przejmuje dowodzenie i snuje wyjątkowo błyskotliwy pasaż, tuż obok drżą talerze, a smyk rysuje ostatnią pętlę. Gromy oklasków z jasnego nieba – nie może być inaczej!


poniedziałek, 5 września 2016

Die Like A Dog – wersja trzyosobowa: reinkarnacja!


Ewidentnie duże wydarzenie fonograficzne na scenie freejazzowej! Po blisko piętnastu latach milczenia powraca wyjątkowa formacja Die Like A Dog!

Wnikliwi biografowie Petera Brötzmanna doskonale pamiętają, iż na progu lat 90. ubiegłego stulecia wraz z trójką niebywałych muzyków, berlińskim koncertem w Townhall Charlottenburg, dał początek formacji Die Like A Dog Quartet.

Kwartetów w życiu muzycznym 75-letniego dziś saksofonisty było oczywiście tak wiele, że serwery dźwigające zasoby informatyczne Trybuny nie zdołałyby pomieścić ich opisu. Wszakże taki kwartet był tylko jeden.

Przypomnijmy sobie głównych jego aktorów: na zmutowanej i silnie amplifikowanej trąbce Toshinori Kondo, facet z bogatym doświadczeniem, zarówno na polu free improv, jak i … transowej, niemal jazz-rockowej muzyki z obsesyjnym rytmem; na kontrabasie jedyny i niepowtarzalny William Parker; na perkusji i instrumentach perkusyjnych, też postać ekstremalnie nietuzinkowa – Hamid Drake (z doświadczeniami podobnymi, jak japoński trębacz); dopełnieniem Zdechłego Psa - Peter Brötzmann na saksofonach, klarnetach i tarogato.

We wspomnianych latach 90. kwartet okazjonalnie koncertuje, a światu za pośrednictwem niemieckiego labelu FMP, dostarcza wyjątkowe krążki, które w mojej ocenie konstytuują śmiałą tezę, iż są swoistym opus magnum każdego z w/w muzyków.

Przypomnijmy ich tytuły: Fragments Of Music, Life And Death Of Albert Ayler (1994), Little Birds Have Fast Hearts No.1 (1998) i No.2 (1999), Aoyama Crows (2002). Kwartet z lekką korektą w składzie (Roy Campbell za Kondo) nagrywa dla Eremite Records krążek From Valley To Valley (1999). Od blisko dekady dostępny jest także czteropłytowy box, kompilujący wszystkie rejestracje dla FMP, pod oczywistym tytułem The Complete FMP Recordings (Jazzwerkstatt, 2007). Już w bieżącej dekadzie dyskografia Die Like A Dog poszerzyła się o koncert z roku 1994, wydany pod tytułem Close Up (2011), jako samoistna część dwunastopłytowego, urodzinowego wydawnictwa Free Music Production.

W nowym wieku nazwa Die Like A Dog niestety już się nie pojawia. Jednak w roku 2003 wpada w nasze upocone dłonie podwójny krążek tria Brötzmann/ Parker/ Drake, który zwykło się określać mianem Die Like A Dog Trio, czyli zespołem okrojonym o nieobecnego Toshinori Kondo. Płyta Never Too Late But Always Too Early (Eremite, 2003) dedykowana została pamięci właśnie co zmarłego Petera Kowalda. Na tym ta historia w zasadzie zamykałaby się, gdyby nie…. najnowsze dziecię londyńskiej inicjatywy klubowej Cafe Oto i wydawniczej OtoROKU!




Otóż na końcowe dni stycznia roku ubiegłego, bystrzy Londyńczycy zakontraktowali na trzy wieczory trio Brötzmann/ Parker/ Drake! Koncerty w małej klubowej salce odbyły się przy nadkomplecie publiczności. Zostały one skrzętnie zarejestrowane i latem tego roku udostępnione rzeszy złaknionych fanów Die Like A Dog, pod wszystko mówiącym tytułem Song Sentimentale (Otoroku, 2016).

Muzyka trafia do nas zarówno w formacie CD, jak i winylowym. Od razu zaznaczam, iż materiał zamieszczony na obu nośnikach jest różny, zatem jeśli chcemy posiadać pełną dokumentację ubiegłorocznych koncertów trio w Londynie, winniśmy nabyć zarówno kompakt, jak i czarny krążek (co nie będzie łatwe, bo póki co, nakład CD jest już wyczerpany….). Nośnik cyfrowy pomieścił trzy fragmenty, trwające 70 minut, zaś analogowy – dwa, o łącznej długości ponad 40 minut.

Dwa słowa o instrumentarium muzyków. Peter gra, jak to ma w zwyczaju od wielu lat, na saksofonie tenorowym, klarnecie i tarogato. William, poza kontrabasem chwyta w dłonie także inne, nieco egzotyczne instrumenty, takie jak guimbri, shakuhachi i shenai (są to instrumenty strunowe i dęte). Hamid natomiast, poza perkusją, jak to ma w zwyczaju korzysta także z dużego bębna frame drum (na którym gra … rękoma) i używa także głosu.

Po tym zalewie faktów, czas najwyższy odpowiedzieć na proste pytanie: co sprawia, że muzyka Brötzmanna w towarzystwie Parkera i Drake’a jest taka wyjątkowa?




Po prawdzie od wielu już lat niemiecki muzyk niczym nas nie zaskakuje. Jego arsenał środków stylistycznych, instrumentarium, czy pomysł na prowadzenie równie dynamicznych, co nostalgicznych improwizacji nie ulega zmianie. Osobiście, niejednokrotnie pisząc ostatnimi czasy o nowościach płytowych z jego udziałem, bez skrępowania marudziłem i nie popadałem w nadmierną ekstazę. A jednak, gdy do mojego odtwarzacza wpadła Sentymentalna Pieśń, serce od razu silniej zabiło.

Szorstka, niedelikatna, momentami nawet hałaśliwa stylistyka muzyki Petera (choć potrafi być naprawdę melodyjna) świetnie odnajduje się na tle tego, co robi i potrafi robić na scenie niebywała, czarna sekcja rytmiczna Parker-Drake. Po pierwsze, nasycają oni muzykę tria … wyjątkową melodyką i ekspresyjnym wręcz dynamizmem. Najbardziej karkołomne zawijasy improwizacyjne i nagłe zwroty akcji, konstruowane są w oparciu o głęboko zakorzenioną melodię, rytm i śpiewność, płynącą ze wszystkich instrumentów, jakie dostają się w ręce Williama i Hamida (w jego przypadku także głosu, mantrycznego zaśpiewu). Z drugiej strony, rozbudowane o elementy egzotyczne, wręcz plemienne instrumentarium, nadaje muzyce całej trójki niebywałą lekkość i oniryczną wręcz aurę. Potrafi stanowić uroczy kontrapunkt dla najbardziej nawet ekstremalnych fragmentów free, których przecież nie brakuje w muzyce Petera. Całość płynie nieprzerwanym potokiem dźwięków, a muzycy i słuchacze pozostają w stanie konstruktywnego i kojącego każdy ból egzystencji, medytacyjnego wręcz transu. Gdy muzycy funkcjonowali dwie dekady temu w kwartecie, trąbka Kondo jeszcze bardziej wzmacniała elementy, o których tu wspominam.




Zatem z ogromną przyjemnością anonsuję nową płytę Die Like a Dog (choć ta nazwa nie pada w przypadku tego wydawnictwa) i gorąco zachęcam do powrotu do muzycznej lektury dokonań kwartetu, którego płyty są na szczęście stosunkowo łatwo dostępne (choćby ów czteropak Jazzwerkstatt).

Jeśli już to wszystko, premierowo lub na powrót odsłuchacie, a będzie Wam mało, nieśmiało przypominam, iż dyskografia kwartetu i tria ma też skromne uzupełnienia… duetowe. Myślę tu o krążkach Brötzmanna i Drake’a. Były, jak dotąd, trzy takie wydawnictwa. Koncert z roku 1994 ukazał się pod tytułem The Dried Rat-Dog (Okka Disk, 1995). Nagranie z roku 2004 trafiło do nas jako Brötzmann/ Drake (BRO, 2010), zaś rejestracja nowojorska z czasów nam już jak najbardziej współczesnych, z roku 2010, dostępna jest na podwójnym winylu Solid and Spirit (Nero’s Neptune, 2013). Ja – być może z powodów sentymentalnych – szczególnie cenię sobie to pierwsze nagranie (bo i pies w tytule!)


wtorek, 9 lutego 2016

Bill Dixon - artysta osobny


Bill Dixon - rocznik 1925. Muzyk aktywny artystycznie aż do późnej starości, albowiem historia postanowiła zabrać go w zaświaty dopiero w 85 wiośnie zycia, w niespełna miesiąc po ostatnim publicznym występie.

Kompozytor, malarz i nauczyciel (kolejność nie koniecznie zgodna z priorytetami artysty). I choć starszy jest od Davisa, czy Coltrane’a, jego pełna dyskografia zawiera mniej pozycji niż 3-4 letni dorobek wydawniczy Kena Vandermarka, czy Anthony’ego Braxtona.
Z naszego punktu widzenia nie jest w sumie zbyt istotne, dlaczego dorobek ów jest aż tak skromny. Ale powiedzmy przy okazji, że to po części efekt wyboru osobistej drogi artystycznej, posiadania indywidualnych priorytetów życiowych, a także nieprzywiązywania wagi do dóbr doczesnych (przez co rozumiem brak dbałości o rejestrowanie swojej aktywności muzycznej, a potem dążenie do ich publikacji). Zapewne jest to też skutek braku skłonności do muzycznych kompromisów.



Trębacz (także okazjonalnie pianista) ma na koncie niewiele ponad dwadzieścia  pozycji dyskograficznych i to na nich skupmy naszą uwagę, albowiem – uwaga, to ważne – Bill Dixon to wyjątkowa i całkowicie osobna postać na scenie jazzowej wszech czasów.
Nie wiem, czy przekonam wielu do tej tezy, ale mam nadzieję spowodować u Czytelników poważne rozbudzenie chęci poznawczych. Nie liczę przy tym na wzrost sprzedaży jego płyt (nie zajmuję się nią), albowiem i tak duża część jego nagrań jest trudno dostępna.

Swoją uwagę skoncentruję na nagraniach powstałych w latach 80. i 90. ubiegłego stulecia, wydanych (poza jednym wyjątkiem) przez włoski Soul Note.

Nim jednak przejdę do meritum, słów kilka o tym, co stało się przedtem i potem w stosunku do zasygnalizowanego interwału czasowego.


Dixon – prapoczątki

Pierwsze muzyczne ujawnienie Dixona, to początek lat 60. (zauważmy, że nasz bohater był już wówczas pod koniec czwartej dziesiątki swego życia) i wydawnictwa sygnowane wspólnie z Archiem Sheppem. Najpierw ukazuje się ich wspólne nagranie – "Archie Shepp/Bill Dixon Quartet" (1962), a w dwa lata później wspólna płyta Archie Shepp Quintet/ Bill Dixon Septet "Consequences/Winter Song" – tu wszakże grają dwa osobne zespoły, czyli formacja Dixona wypełnia jedynie druga stronę LP (już w naszej dekadzie wydano materiał na CD, na którym zaprezentowane zostały wszystkie nagrania z ww. płyt).

Niedługo potem (1966) Dixon pojawia się na ważnej płycie Cecila Taylora ("Conquistador"; choć wydał Blue Note, szukajcie raczej na aukcjach internetowych; uwaga: muzyka z udziałem dwóch kontrabasów), a także wydaje pod własnym nazwiskiem "Intents And Purposes" (RCA - tentet, duet i kwintet, m. in. z Jimmym Garrisonem na kontrabasie).




Kolejną dekadę muzycznych aktywności Dixona sprowadzić można głównie do eksperymentów solowych (także techniką wielośladową), wydawanych okazjonalnie, głównie we Włoszech. Na szczęście kilkanaście lat temu nagrania te zostały zebrane na jednym boxie "Odyssey" (Archive/Edition”, 6CDs, 2001, USA). Nagrań z tego okresu z udziałem muzyków towarzyszących  szukajcie na dwóch LP wydanych w roku 1981 -  „Considerations 1 & 2” (Fore).

W omawianej dekadzie Dixon nagrał też wspólną płytę z Franzem Koglmannem „Opium For Franz” (LP Pipe Records 1977, CD Between The Lines, 2001). Interesujący melanż, wszakże pierwotny winyl marnie wytłoczony, gdyż trąbka Dixona w wysokich rejestrach brzmi nieczysto.


Dixon po roku 2000

Pomijając okres, który omówimy niżej szczegółowo, dyskografię Dixona uzupełnia jeszcze sześć pozycji wydanych już w bieżącym stuleciu. Najpierw świetny koncert na festiwalu w Victoriaville (z Cecilem Taylorem i Tony Oxleyem, VICTO 2002). Warto posłuchać, by przekonać się jakże przestrzennie i nienatarczywie brzmieć może pianistyka Taylora w obecności trąbki Dixona (na marginesie, to moja ulubiona płyta z udziałem tego pianisty).

Kolejna pozycja to koprodukcja z postrockowcami i jazzmanami z Chicago – Exploding Star Orchestra ("Bill Dixon with Exploding Star Orchestra", Thrill Jockey 2007). Formacja Roba Mazurka trochę nam Dixona przypomniała, a dodatkowo prawie spowodowała jego pojawienie się w Polsce w roku 2008 (przyjazd ten do skutku jednak nie doszedł, bo Dixon nie był już wtedy najlepszego zdrowia).



Chronologicznie następne dzieło – "17 Musicians In Search Of A Sound: Darfur" (AUM Fidelity 2008), to w pełni autorski duży projekt Billa Dixona, z udziałem m.in. takich muzyków jak Graham Haynes, Taylor Ho Bynum, Steve Swell, Karen Borca czy Warren Smith. Koncert zarejestrowany na festiwalu Vision XII, w roku 2007. Intrygująca, kipiąca energią muzyka, choć więcej w niej dźwięków skomponowanych niż improwizowanych.

Ostatni w pełni przez Dixona przeżyty rok - 2009 - przyniósł dwie ważne pozycje dyskograficzne. Znów większy skład z udziałem kilku trębaczy i rozbudowanej sekcji rytmicznej (z wiolonczelą) – „Tapestries For Small Orchestra” (Firehouse 12 Records). Dwa CD i dodatkowo DVD. Piorunujący zestaw dźwięków typowych dla Dixona – zatem całkowicie swobodnej muzyki z odrobiną zadumy i jakby „podwójnego” dna muzycznej percepcji.  A potem skromny winyl, na którym trębaczowi towarzyszy dwóch perkusistów – „Weight/ Counterweight” (Edition Brokenresearch).



Wreszcie koda, prawdziwe pożegnanie. Cudowny, pastelowy kolaż dźwięków blaszanych i strunowych. Ponura, niebywale smutna i przejmująca muzyka. Wspaniałe zwieńczenie życia Billa Dixona - koncert w Victoriaville z 22 maja 2010r., czyli „Envoi” (VICTO 2011). Nie upłynął jeszcze miesiąc po tym wydarzeniu, a Bill już nie żył.

A teraz przejdźmy już do rzeczy...


Spotkanie włoskie, czerwiec 1980

Lider na trąbce i fortepianie, kolejni trębacze: Arthur Brooks i Stephen Haynes, saksofonista Stephen Horenstein oraz tworzący sekcję rytmiczną, perkusista Freddie Waits i najbardziej tu znany Alan Silva na kontrabasie - taki oto sekstet rozpoczyna naszą opowieść o dźwiękowych przygodach Billa Dixona w ostatnim dwudziestoleciu dwudziestego stulecia. Rzecz dzieje się w słonecznej Italii między 11, a 13 czerwca. Muzycy rejestrują materiał, który wydany zostaje na dwóch płytach winylowych, dostępnych obecnie także na dwóch CD (łącznie ok. 83 minuty muzyki).




Jeśli którąkolwiek z muzycznych spuścizn Dixona można by – sporo ryzykując – nazwać jazzem środka, to włoskie spotkania są temu określeniu stosunkowo najbliższe. Bardzo spokojna, kontemplacyjna zabawa w sterowaną improwizację (Dixon zawsze szuka barwy, klimatu, faktury, a miejsce na improwizację nie jest polem golfowym bez granic – tu: szczególnie widoczne). Na tle tego, co poniżej, zwłaszcza wobec formuły kwartetowej, to rzeczywiście "Summer Song" ("Letnia Piosenka" - trzy części kompozycji o takim tytule stanowią znaczącą część wydawnictwa). Całość zaś nazywa się "Bill Dixon In Italy" (volume one & volume two).


Kwartet po raz pierwszy, listopad 1981

Alan Silva - kontrabas, kanał lewy, Mario Pavone - kontrabas, kanał prawy. Pod nimi – Lawrence Cook na perkusji, nad nimi – Bill Dixon z trąbką. Nowa formuła kwartetu, którą nasz bohater będzie nieśpiesznie doskonalił w kolejnych latach.





Listopadowy koncert w Zurichu (wypełnia drugą część dysku, w wersji winylowej - na osobnym LP) i nagrania studyjne popełnione kilka dni potem (pierwsze pięć nagrań na dysku). Łącznie dziewięć kompozycji Dixona. Dwa wojownicze kontrabasy, wypełniające czasami 90% przestrzeni dźwiękowej, pozostające w nieustannym dialogu i trąbka, w ramach istotnego ozdobnika, komentarza, czasami inspiracji. Oszczędna w dźwięki, rzec można minimalistyczna. Niekiedy ma się wrażenie, jakby istniała tuż obok ciszy, jakby tej ciszy była muzycznym uzupełnieniem. Bywa przeto spokojna, liryczna, jednak postawiona do pionu zagrywką kontrabasu, czy perkusji, potrafi pyskować i być nieskora do kompromisów. Czasami koncentruje się na mantrycznym podawaniu tematu (melodii), jak w kluczowej kompozycji nr 5, innym razem wchodzi w konwersację z nieustannie improwizującymi kontrabasami. I perkusista, permanentnie szukający stałych punktów odniesienia, bazy dla wyczynów kolegów. Piękna muzyka. Ważny wstęp do kwartetowej opowieści Dixona, zatytułowany, nomen omen – "November 1981".


Septet na trzy kontrabasy i tubę, maj 1985

Kwartet z poprzedniego odcinka, cztery lata później, zostaje rozszerzony o trzeci kontrabas (Alan Silva ma wolne, a do Mario Pavone dołączają William Parker i Peter Kowald !!!) i tubę (John Buckingham), zaś w roli kolejnego dęciaka-inspiratora basowych szaleństw, Dixona (trąbka, flugerhorn) wspomaga saksofon altowy Marco Eneidiego. Rola drumera (Lawrence Cook) pozostaje niezmieniona. Dla całości obrazu dodajmy fakt, iż lider często sięga tu po fortepian, ale traktuje go jako wsparcie rytmiczne (bo trzy kontrabasy tę role mają sobie za nic w tej formule). W efekcie słuchacz dostaje cztery kompozycje plus czteroczęściową suitę – łącznie blisko 80 minut muzyki.




Uruchomcie swą muzyczną wyobraźnie – trzy ostro wojujące kontrabasy, w walce o miano tego, który zagra najniższy dźwięk i kontrapunktująca tuba. To już nie gęsta pajęczyna z edycji listopadowej, ale prawdziwa ściana dźwięku, którą mimochodem smagają mikroimprowizacjami oba dęciaki, docierające do naszych uszu jakby z zaświatów (na dużym pogłosie). Wyjątkowa muzyczna przygoda, w trakcie której Dixon urasta do roli emancypatora i wielkiego odkrywcy możliwości instrumentu, na którym nie gra. Bo nikt nie zakwestionuje tezy, że to kontrabas jest najważniejszym instrumentem w muzycznym dziele trębacza Billa Dixona. Zaś główny argument nazywa się "Thoughts".


Kwartet zmodyfikowany, czerwiec 1988

"Son Of Sysiphus", powstały po kolejnych trzech latach, mimo stosunkowo dynamicznego początku, zaliczyłbym nieśmiało do bardziej spokojnych, wręcz lirycznych nagrań Dixona.



Znów wracamy do kwartetu z dominacją niskich częstotliwości, wszakże kontrabasowi Pavone towarzyszy tuba Buckinghama, no i rzecz jasna Cook za zestawem perkusyjnym. Dixon, obok trąbki, znów sięga do klawiatury fortepianu. Grę ewidentnie ciągnie tu Pavone, który rozpoczyna prawie każdą z dziewięciu kompozycji (jak zawsze lidera). Dixon pięknie dopowiada, snuje samodzielne, nieśpieszne opowieści, zaś tuba pełni rolę tła, skutecznie wypełniając dolne spektrum dźwiękowe nagrania. Całość wydawnictwa mieści na standardowej długości winylu. Potraktujmy "Sysiphusa", jak przystawkę do dania głównego, o którym piszę poniżej.


Kwartet w fazie apogeum, sierpień 1993

A teraz, Drodzy Czytelnicy, usiądźcie głęboko w fotelach i zapnijcie pasy. Czeka Was podróż w sam środek freejazzowego kosmosu. Barry Guy - kontrabas, kanał lewy, William Parker - kontrabas, kanał prawy, Tony Oxley - perkusjonalia i Dixon - trąbka i flugerhorn. Jest środek lata 1993 roku. Kwartet nagrywa 13 kompozycji Dixona, blisko 150 minut muzyki, które Włosi wydają na dwóch CD, jako "Vade Mecum" i "Vade Mecum II".




Wszystko to, czego dowiedzieliście się o wspaniałej muzyce Billa Dixona do tej pory, pomnóżcie przez dowolną liczbę całkowitą i doznajcie muzycznego orgazmu. Guy daje barwę, Parker motorykę, Oxley znaczy teren, jak wytrawny kot, a sam Dixon oblepia to wszystko odrobiną transcendencji! W samej formule kontrabasowego kwartetu wielu nowości już nie uświadczymy, ale klasa muzyków tworzących nagranie powoduje, że obcujemy z dziełem ponadczasowym, bezdyskusyjnym opus magnum Billa Dixona.

Vade Mecum - czyli wszystko, co chcecie wiedzieć o free jazzie, po tym nagraniu jest już Waszym udziałem. Z niezwykle ważną tezą na samym wstępie – free jazz może być muzyką niebywale spokojną, bliską ciszy, choć na pewno nie z tej jej strony, którą zwykły atakować nudziarskie projekty monachijskiego ECM.


Papirusowy duet, czerwiec 1998

Tyle już wiemy o emancypatorskiej roli Dixona w zakresie kontrabasu, zatem przejdźmy do nagrań poczynionych bez udziału tego instrumentu, czyli duetu z perkusją. Wydane jako "Papyrus Vol. 1" i "Papyrus Vol. 2", stanowią potężną dawkę wspólnej z Tonym Oxleyem zabawy w "swobodne komponowanie". 22 utwory, z których jeden jest repryzą innej kompozycji, z dodanym fortepianem na etapie postprodukcji, inny zaś określony został jako "kompozycja będąca rezultatem wspólnych wysiłków" obu muzyków. Reszta to kompozycje Dixona, który często używa fortepianu (dwa razy nawet solo), jego trąbka bywa "dublowana" i uroczo preparowana mocnym pogłosem.




Z braku dodatkowych instrumentów przestrzeń sonorystyczna Dixona jest tu dużo większa niż w przypadku propozycji kwartetowych, zatem stanowi ciekawe uzupełnienie jego muzycznego dorobku. Choć nagrania w znaczącej części są w "chilloutowych" klimatach (jak na kanony free), to pod koniec z radością odkrywamy drobne pokłady hałasu, który jest udziałem zarówno trębacza, jak i perkusisty.


Kwartet – epizod berliński, listopad 1999

"Berlin Abbozzi", czyli ostatnia – jak dotąd – kwartetowa przygoda Dixona, to koncert nagrany w berlińskim Klubie "Podewil", ponad półtora dekady temu, a wydany przez Free Music Production rok później. Znów wspaniały, klasycznie dixonowski kwartet. Za sterami basów zaciąg niemiecki - Matthias Bauer i Klaus Koch, przy maszynie perkusyjnej, jak zawsze w latach 90. – Tony Oxley. Poziomem muzycznej intensywności nagranie to mogę porównać jedynie do wybitnego "Vade Mecum".



Dwie długie kompozycje lidera plus finał (tu na liście płac wszyscy muzycy), 80 minut wielkiej muzycznej orgii. Zwłaszcza druga z kompozycji, wyjątkowa, jak na kanony tego muzyka, bo istotnie zdominowana przez zmutowane elektroniką, pełne pogłosu, drapieżne brzmienie trąbki. Basiści przeto lekko przyczajeni, delikatnie wchodzą w fakturę muzyki, nieśmiało skowycząc smykami. A Oxley stawia te swoje piękne, perkusyjne kleksy.


Suplement

Na koniec opowieści o muzyce dwóch dekad w dorobku Dixona ważna i dobra wiadomość dla kupujących – wszystkie płyty Billa Dixona nagrane dla Soul Note zostały wznowione i są ogólnie dostępne w uroczym kartonowym pudełku pod jakże zasadnym tytułem „Bill Dixon - The Complete Remastered Recordings on Black Saint and Soul Note” (9CD).

W uzupełnieniu muzycznych ujawnień Dixona w ostatniej dekadzie ubiegłego tysiąclecia, warto zauważyć, iż wziął on udział w koncertowym nagraniu dużego składu Tony'ego Oxleya. Rzecz miała miejsce w Berlinie, w 1994 (Tony Oxley Celebration Orchestra / Bill Dixon live from the Berlin Jazz Festival "The Enchanted Messenger" Soul Note).


www.bill-dixon.com

Odsyłam – bez zbędnych rekomendacji – do strony artysty (choć bywa ona nieczynna). Znajdziecie tam m.in. listę jego publikacji (książki, artykuły), listę osiągnięć pozamuzycznych lub okołomuzycznych, linki do wywiadów i recenzji, zbiór dzieł malarskich (polecam Waszym oczom okładki płyt, autorstwa Dixona), informacje o aktywnościach i formach dostępności artysty (muzyk w wielu składach, nauczyciel, wykładowca i prowadzący warsztaty, słowne wystąpienia i wykłady), a także dyskografię, jakkolwiek niepełną, bo zakończoną w roku 2002.

Polecam także lekturę wywiadu-rzeki z roku 1980, a dołączonego, po połowie, do obu części "In Italy". Wiele ciekawych przemyśleń na temat specyfiki Nowego Jorku lat 60., czy też charakterystyki europejskiego free improv. Uwagę moją przykuła szczególnie śmiała teza Dixona o tym, że w zasadzie każda muzyka jest improwizowana, wszak nawet najprostszej partytury nie da się zagrać dwa razy tak samo. W tym kontekście ciekawostką jawi się fakt, iż Dixon każdy swój utwór nazywa "kompozycją", choć muzyka w zdecydowanej większości przypadków sprawia wrażenie prawie całkowicie improwizowanej (ale partytur nie widziałem, więc już się mądrzyć dalej nie będę).

Lektura powyższych materiałów być może sprawi, że łatwiej będzie nam zrozumieć tę szczupłość dyskograficzną Billa Dixona. I nieodparte wrażenie po lekturze wywiadu-rzeki (jedno pytanie, cztery strony odpowiedzi)... – może gdyby mniej mówił, więcej mielibyśmy nagrań płytowych i radości ze słuchania płynącej. Ale to trochę już żart, oczywiście...


Coda

Rzec można, parafrazując mądrych tego świata, że jeszcze żaden muzyk free nie dał światu tak wiele, nagrywając tak mało i samemu grając tak niewiele dźwięków.


Tekst pierwotnie zamieszczony na portalu diapazon.pl w 2009r. 

Zaktualizowany w lutym 2016r.

czwartek, 4 lutego 2016

Steve Swell, Mats Gustafsson, Roscoe Mitchell, Joe McPhee, Ken Vandermark, Herb Robertson, Mikołaj Trzaska i inni - diapazonowe archiwalia


Steve Swell Presents: Rivers Of Sound Ensemble  News From the Mystic Auricle  (Not Two, 2008)

Jedyny prawdziwy powód do narodowej dumy, krakowski label Not Two, co roku raczy nas nową płytą doskonałego amerykańskiego puzonisty Steve'a Swella. Po fantastycznej studyjnej produkcji "Remember Now" (podówczas moja płyta roku) i nieco mniej powalającym koncercie "Live at the Vision Festival", obecnie w naszych odtwarzaczach ląduje "News From The Mystic Auricle". Kręgosłup formacji, która często zmienia nazwy (w tej dziedzinie Swell jest szczególnie twórczy), pozostaje wszakże niezmienny - obok lidera znajdujemy tu świetnego saksofonistę Sabira Mateena i bardzo kompetentnego drumera Klausa Kugela. Pierwsza z płyt dla Not Two powstała w kwartecie, druga w kwintecie (piano), ta zaś także w kwintecie z udziałem trębacza Roya Campbella (rekomendacja, jak sądzę, zbyteczna). Ta obszerna płyta (70 minut), zgodnie z nazwą formacji, dedykowana jest Samowi Riversowi, a przynosi bardzo energetyczną dawkę free jazzu w najlepszym rozumieniu tego pokrętnego terminu. Melodyjność Swella i twardość brzmienia Mateena skonfrontowana została ze zwiewnością i niemal free lirycznością Campbella - dzięki temu powstała petarda, godna wszelkich corocznych podsumowań. Długie, rozbudowane improwizacje na kosmicznym poziomie. Ekstremalnie gorąco polecam!



Steve Swell - David Taylor Quartet  Double Diploid   (CIMP, 2007)

Szczerze polecam wnikliwą eksplorację nagrań sygnowanych nazwiskiem Steve’a Swella! Nie poprzestawajcie na płytach wydanych w Not Two! Sięgnijcie np. do przepastnych zasobów audiofilskiej stajni CIMP!
Tu proponuję zabójczy kwartet, składający się z dwóch puzonów (naszemu bohaterowi – rocznik 54 - wtóruje inny, bardziej leciwy puzonista - David Taylor, rocznik 44) i dwóch perkusji. Muzyka o wielu kolorytach brzmieniowych, albowiem ubogość instrumentalna jest tu pozorna. Wiele dodatkowych instrumentów, m.in. wibrafon, perkusjonalia, zdecydowanie zróżnicowane skale ekspresji. Eksplozjom soczystych improwizacji towarzyszą chwile puzonowej zadumy. Ciekawe spotkanie niemłodych już puzonistów z weteranem bębnienia Warrenem Smithem (rocznik 34) i młokosem w tym towarzystwie - Chadem Taylorem (rocznik 73, chyba bez pokrewieństwa z Davidem). Osiem pełnowymiarowych jazzowych opowieści, a na początku ta bodaj najspokojniejsza. Nie dajcie się jej zwieść, albowiem ognia tu nie brakuje. Stuprocentowa rekomendacja!


Sabir Mateen’s Shapes, Textures and Small Ensemble Prophecies Come To Pass (577 Records, 2006)

Kto ma jeszcze świeżo w pamięci doskonałą płytę Steve’a Swella i jego Slammin' The Infinite dla Not Two z roku ubiegłego (jest już także nowa, koncertowa edycja), winien sięgnąć po ten krążek. Skład prawie ten sam, ale lider się zmienia. Tu, w roli wodzireja, doskonały multiinstrumentalista "dęty" Sabir Mateen (w ubiegłym roku gościł w Polsce dwukrotnie). Nagranie koncertowe, "łapane" chyba jednym mikrofonem (dźwięk bardzo nieselektywny, co w momentach zbiorowych uniesień improwizatorskich powoduje, iż słyszymy ścianę dźwięku, którą trudno precyzyjnie eksplorować i w pełni cieszyć się z odsłuchu). Prawdziwe free jazzowe mięcho. Kompozycje Mateena mają bardzo bluesowy, przez to komunikatywny, charakter. Na tle wspomnianej płyty Swella to tylko młodszy, nieodchowany brat, ale warto mieć i "pośpiewać" w aucie...



Guy / Gustafsson / Strid  Tarfala   (Maya Recordings, 2008)

Po wielu latach (niemal nastu) Barry Guy i Mats Gustafsson znów spotykają się w formule małego składu free improv/jazz. Po raz trzeci z udziałem Raymonda Strida na perkusjonaliach (mają też za sobą cudowny epizod w duecie!). Nie sposób nie porównywać "Tarfali" z tamtymi nagraniami. Osobiście dostrzegam drobną różnicę – Mats Gustafsson jest już innym saksofonistą. Bardziej wyrazistym, pewniejszym swych zadęć i przepięć energetycznych, bardziej dominującym w żmudnym procesie kolektywnych improwizacji. To już nie ten młody chłopaczek, lekko schowany za ramionami potężnego basu Guya (choć po prawdzie i wtedy grał już niesamowite dźwięki!). 66 minut iście diabelskiego koncertu z roku ubiegłego, w czterech częściach, wydanego w Irlandii przez uroczą Mayę. Sekcja Guy/Strid momentami frazuje na bardzo jazzową modłę (to też pewna nowa wartość w stosunku do ich nagrań z lat 90.), a Gustafsson sam stawia sobie poprzeczkę gigantycznie wysoko. Oby w przyszłości podołał temu wyzwaniu!!! Wspaniała muzyka, 100% rekomendacja, dla mnie bodaj pierwszy poważny kandydat na płytę roku!


Roscoe Mitchell    Composition/Improvisation Nos. 1, 2 & 3    (ECM, 2007)

Najnowsze dzieło niezwykle ostatnimi laty płodnego weterana free jazzu Roscoe Mitchella, to gigantyczne starcie dwóch fascynujących formacji przełomu wieków - Note Factory lidera tego przedsięwzięcia (tu w wersji kwintetowej, znanej z płyty "Turn") i Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera (tu w wersji wyłącznie akustycznej). Całość zwie się – jakże by inaczej - The Transatlantic Art Ensemble i zgodnie z tytułem jest niepierwszym głosem Mitchella w twórczej eksploracji antynomii kompozycja-improwizacja. Całość to blisko 80 minut muzyki na żywo, nagranej trzy lata temu, a wydanej obecnie przez ECM, który jak widać i słychać potrafi jeszcze odsuwać się od strefy dźwięków najbliższych ciszy. Z jednej strony mamy stosunkowo strawne kompozycje mieszczące się bez problemu w pojęciu muzyki współczesnej, z drugiej zaś niekiedy agresywne, rasowe free jazzowe improwizacje. Tej walki oczywiście nikt nie wygrywa. Jest to wyważona propozycja, którą ongiś zaliczylibyśmy pewnie do tzw. Trzeciego Nurtu. Trochę mało ma tu do powiedzenia Evan Parker i to jest małe rozczarowanie płynące z tego wydawnictwa. Na szczęście małe.



Joe McPhee & Paal Nilssen-Love   Tomorrow Came Today  (SmallTown SuperJazz, 2008)

Mając do wyboru spotkanie Paala Nilssena-Love z Peterem Brötzmannem ("Sweetsweat") i z Joe McPhee ("Tomorrow Came Today"), zdecydowałem się na to drugie, przewidując (poniekąd słusznie), iż pierwszy z duetów przyniesie piękny, jakkolwiek dość przewidywalny free jazz, ileż to bowiem ich spotkań uszy me doświadczyły w ostatnich latach (ze wspaniałym "Fat Gone" na czele). Zatem jednak Joe McPhee, saksofonista i trębacz jednakowoż osobny i mniej - mimo wszystko - w świecie osłuchany. Tak jak dla Brötzmanna muzyka jest wartkim potokiem świadomości, tak McPhee napotyka na swojej ścieżce improwizacji więcej wątpliwości i chwil nieoczywistej zadumy. Skutek - jak dla mnie - nie zawsze bywa powalający, a w takim wspaniałym na ogół Triu X zdarzają się dłużyzny i miałkie konwersacje.
Ale wróćmy do omawianej płyty. Oczekiwałem, że dla Nilssena-Love duet z McPhee, to nie będzie łatwy kawałek chleba. Nasz ulubiony perkusista z muzycznym "adehade", stanął wszak przed nie lada problemem, jak te pełne zadumy "dziury" w improwizacjach interlokutora zapełnić krwistym bębnieniem. Moim zdaniem, zdał na szóstkę. Całość wypada dalece przekonywująco, a sam McPhee tchnął w tę muzykę tyle urody i melancholii, ile tylko on potrafi. Rekomendacja bezdyskusyjna. Kupować natychmiast!


Big Satan   Live In Cognito   (Screwgun, 2006)

Nowe wydawnictwo jednego z trzech obecnie funkcjonujących składów Tima Berne'a – genialnego alcisty zza wielkiej wody. Trio Big Satan – alt lidera, perkusja (Rainey!) i gitara (Ducret!) – w podwójnym, koncertowym wydawnictwie. Nie wnosi nic nowego do naszej wiedzy o współczesnej muzyce Berne’a, ale my nic więcej nie chcemy wiedzieć. Muzyka płynie wartko i daje nam co rusz asumpt do głębszych wycieczek intelektualnych. Wspaniała muzyka, choć niczym nie zaskakująca tych, którzy na bieżąco śledzą dokonania Big Satan, Hard Cell i Science Friction.


The Nu Band   The Dope and The Ghost  (Not Two, 2007)

Pod tą zabójczo oryginalną nazwą kryje się arcyciekawy kwartet – Roy Campbell tr, Mark Whitecage sax, Joe Fonda b, Lou Grassi dr. Nagranie koncertowe, w trakcie którego na ostatnie 20 minut kwartet rozrasta się do kwintetu – na scenę wkracza bowiem Marco Eneidi sax! Przyznam bez ogródek, że koncert jest wyśmienity. Bardzo free, ale bardzo jazzowy. Cztery konkretne kompozycje, podział tantiemów bardzo demokratyczny. Mnie szczególnie podoba się Mark Whitecage na alcie. Bardzo go nie doceniamy, Drodzy Fani! Jest fantastyczny. W nagraniu nie brakuje agitki antybushowej i ... śpiewającego Roya Campbella !?! Jest doprawdy bardzo zabawnie. Po kilku mniej powalających pozycjach z przełomu roku Not Two ma świetne półrocze. Marku, tak trzymać!


Hobbs / Morris / Gray   The Story Of Mankind    (Not Two, 2008)

Pierwszy kontakt z tą muzyką zakończył sie dla mnie drobną ambiwalencją, wynikająca zapewne z ciągłego pragnienia zupełnie nowych doznań estetycznych. A tu – w sumie – rura plus sekcja i gra, jakich nie brakuje w jazzie tej dekady i paru poprzednich. Jednakże po paru dniach znów postanowiłem przyjrzeć się temu zjawisku. Jim Hobbs, bliżej mi nieznany saksofonista plus sekcja już rozpoznanych i uznanych kolegów – Joe Morrisa (tym razem bas) i Luther Graya (perkusja). Bardzo chropowaty, matowy, by nie rzec molowy epizod free. I to brzmienie saksofonu! Zaczyna intrygować z każdym kolejnym utworem, choć to nie miłość od pierwszego wejrzenia. Gra Hobbsa z jednej strony szarpanymi frazami przypomina mi Marco Eneidiego, z drugiej w pamięci przywołuję sobie typowe dla Steve’a Colemana ogrywanie rytmu. Produkt jest smakowity, być może nie poszaleje na listach rankingowych niszowych żurnalistów, ale warto to CD posiadać i słuchać nierzadko. Odkrywajcie piękno tej muzyki powoli, bo i ona sama od razu przed wami się nie otworzy. Polecam!


Morris / Vandermark/ Gray   Rebus    (Clean Feed, 2007)

Nie pierwsze już spotkanie Kena Vandermarka z szalonym gitarzystą Joe Morrisem. Tym razem duet ten scala bardzo konkretną motoryką perkusista Luther Gray. Morris gra w sposób niezwykły – jest oczywiście fundamentem harmonicznym nagrania (braku basu nie odczuwamy), zaś na tym tle plecie zgrabne, chwilami mocno psychodeliczne pasaże gitarowe (uwaga: można wpaść w delikatny trans). Dwie dusze w jednym ciele. W świetnej formie odnajduję Kena Vandermarka, który zdecydowanie kradnie show pozostałej dwójce. Muzyka w dużym stopniu improwizowana, a jak pamiętamy z licznych egzegez krytycznych wobec KV – w tej formule sprawdza się on ostatnio najpełniej. Dla mnie – bez dwóch zdań – najlepsza płyta z aktywnym udziałem Vandermarka od wielu miesięcy. I znów portugalski Clean Feed. Wyjątkowy rok tej wytwórni.




David S. Ware Quartet  Renunciation   (AUM Fidelity, 2007)

Koncertowe nagranie Kwartetu Davida S. Ware'a z ubiegłorocznej edycji Vision Festival. Jak donosi wytwórnia, to ostatnie amerykańskie nagrania tego kwartetu. Cokolwiek to znaczy, ewentualna strata będzie z gatunku tych "niepowetowanych". Wspaniała formacja grająca zawsze tak samo i tę samą muzykę, ale za każdym razem jakby inaczej. Najbardziej postcoltranowski tenorzysta współczesnego jazzu Ware, świetny pianista Matthew Shipp, niepowtarzalny William Parker na basie i zmieniający się od czasu do czasu perkusiści - od prawie 20 lat tworzą jedną pieśń. W repertuarze tego koncertu trzy nowe jej fragmenty, jak zwykle autorstwa lidera. Przykład na to, jak wiele synergii może być w tradycyjnym kwartecie jazzowym pod warunkiem, że tenorzysta słucha, co mu grają. Nawet wielki Coltrane tego nie potrafił w takim stopniu, jak czyni to David S. Ware.


William Parker   The Inside Songs Of Curtis Mayfield. Live In Rome   (Rai Trade, 2007)

Jeden z naszych faworytów William Parker w tym roku zdecydował się na kilka szalonych pomysłów edytorskich, z udziałem głosów ludzkich, jako elementów dominujących. Po całkiem udanej próbie z nagraniem alternatywnej ścieżki dźwiękowej do filmu "Alphaville" Goddarda (podwójny kwartet, w tym smyki plus głos; nadto na rynku jest już kolejna edycja kwartetu z wokalem - "Raining On The Moon"), na warsztat wziął... piosenki Curtisa Mayfielda, takie amerykańskie evergreeny (np. "People Get Ready"). Na potrzeby koncertu zebrał wspaniałą śmietankę freejazzowych wyjadaczy (Hamid Drake, Sabir Mateen, Dave Burrell, Darryl Foster, Lewis Barnes plus wokale) i zagrał naprawdę nudny i przewidywalny koncert. Jest ludycznie, jest bardzo funkowo, Panowie chwilami wyraźnie chcą uciekać w improwizacje, ale się nie udaje, albowiem wszyscy są tu po to, by śpiewać banalne piosenki. Dla mnie katastrofa, choćby z uwagi na fantastyczny skład, ale z pewnością będą tacy, którym się to spodoba.


100nka & Herb Robertson   Superdesert  (Not Two, 2009)

Nasza krajowa Stonka (100nka) w silnej kooperacji z imperialistycznym trębaczem, Herbem Robertsonem. Nagranie poczynione w trakcie małej trasy koncertowej, jaka miała miejsce w naszym zacnym kraju ubiegłej wiosny. 100nka, jak zapewne niektórzy wiedzą, to trio gitara-kontrabas-perkusja, mające w dorobku dwa ujawnienia fonograficzne (odnotowane na tym portalu - pamiętacie? żółta i zielona okładka). Nagranie studyjne, poczynione we własnym gronie, u mnie osobiście szczególnych emocji nie wywołały, ale już edycja koncertowa, zarówno z Robertsonem, jak i bez niego, to zabawa, której poddaję się dobrowolnie i z dużą przyjemnością. Potwierdzeniem powyższego niech będzie "Superpustynia". Swobodna improwizacja, dużo sonorystyki, świetny perkusista, no i wytrawny trębacz, który choć w dorobku artystycznym posiada trochę nagrań bliższych jazzowi środka, jest totalnym free improwizatorem. Wydawnictwo tu opiewane dowodzi tego w 100, a nawet więcej procentach! Nagranie nie trwa zbyt długo, łapmy zatem każdy dźwięk, bo bezwzględnie warto.


Herb Robertson Trio + Marcin Oleś & Bartłomiej Brat Oleś   Live At Alchemia  (Not Two, 2007)

Pierwsza od dłuższego czasu płyta z udziałem braci Oleś, która naprawdę cieszy. Trio znakomitego trębacza Herba Robertsona (z fenomenalnym udziałem Franka Gratkowskiego, chyba najbardziej niedocenionego saksofonisty i klarnecisty sceny europejskiej!) i nasi bohaterowie, jako sekcja dodana na potrzeby kilku koncertów w Polsce. Ciekawe zderzenie trzech muzyków nastawionych w tej konfiguracji na wolną improwizację i ewidentnie jazzowej sekcji. Gdy bracia tworzą jedynie sonorystyczną przestrzeń dla improwizacji tria, jest nad wyraz smakowicie, gdy brną w kierunku bardziej oczywistego jazzowego frazowania, muzyka staje się bardziej przewidywalna. Ale i tak – absolutny top tego roku i chyba solówka roku – posłuchajcie Gratkowskiego na alcie w czwartym numerze!




Trzaska / Nielsen / Jorgensen   Volume: Aeter   (Ninth World Music, 2007)

Komentując relację z gdańskiego koncertu Mikołaja Trzaski z Trio X pozwoliłem sobie skonstatować, iż rzeczony saksofonista definitywnie wkroczył do panteonu wybitnych współczesnych muzyków jazzowych. Ta płyta jest tak zwaną kropką nad "i". Posłuchajcie, a zrozumiecie... To już czwarta płyta Trzaski z Friisem Nielsenem, pierwsza z Jorgensenem w ramach jego świetnego duńskiego wydawnictwa Ninth World Music (polecam prawie cały katalog!). Każda następna jest lepsza od poprzedniej i dowodzi wciąż niebywałego progresu w grze muzyka znad Wisły. To znakomita okazja, by dogłębnie poznać trzaskowe środki wyrazu, bo choć płyta firmowana jest zespołowo, to gry Mikołaja jest tu najwięcej. Wspaniała płyta!
Kolejną kropką nad "i" niech będzie wspólna płyta Trzaski z Joe McPhee i Jayem Rosenem! Ciekaw jestem, czy jedyne papierowe pismo jazzowe w Polsce w ogóle odnotuje fakt ukazania się tych wydawnictw, pośród zalewu twórczości naszych lokalnych odtwórczych gwiazdek dżezowych. Na rozkładówkę nie liczę.


Vandermark 5  Annular Gift  (Not Two, 2009)

Z pewną dozą niekłamanego smutku donoszę, iż najnowsze wydawnictwo jednej z najważniejszych formacji współczesnego jazzu The Vandermark 5 nie przynosi muzyki szczególnie ekscytującej, nie zawiera niczego, czego bym już w nagraniach tego kwintetu wcześniejszych nie słyszał. To ciągle zaiste bardzo rzetelny jazz/free jazz, ze świetnymi improwizacjami, ale czymże on się różni od swych poprzedników, np. od i tak dość przeciętnego "Beat Reader"?
W mojej subiektywnej ocenie The Vandermark 5 swoje apogeum osiągnął na wiekopomnym multidysku "Alchemia". Odejście z grupy Jeba Bishopa z perspektywy minionego pięciolecia odbieram jako sporą stratę dla jakości tej muzyki. Mimo sporej atencji, jaką darzę Freda Lonberga-Holma, mam nieodparte wrażenie, że w V5 gra ciągle tę samą kompozycję i bliźniaczą solówkę.
Moje rozczarowanie jest tym większe, że "Annular Gift" zawiera nagrania dokonanie w krakowskiej Alchemii w dwa i trzy dni po naprawdę doskonałym koncercie w poznańskim Dragonie (marzec bieżącego roku), gdzie grupa zaprezentowała kawał porządnego, nowego i bardzo ciekawego materiału. Pamiętam zmyślne komplikacje kompozytorskie Vandermarka, ciekawą sonorystykę, odrobinę eksperymentu i poszukiwania nowej formuły w ramach formacji mającej w dorobku więcej nagrań, niż Bill Dixon zdołał poczynić w całym swym ponad osiemdziesięcioletnim życiu. W nagraniach z Alchemii niestety tego nie słyszę. Czyżby Vandermark wyselekcjonował na tę płytę wersje mniej nowatorskie?
Z szacunku dla dorobku The Vandermark 5, także wobec radości wynikającej z faktu wydania tej płyty w Polsce, dedykuję "Annular Gift", pomimo powyższych ambiwalencji i pytań retorycznych, kółeczko żółte.


Ken Vandermark / Barry Guy / Mark Sanders  Fox Fire  (Maya Recordings, 2009)

Nasz ulubiony free jazzowy saksofonista Ken Vandermark odważnie wkracza na pole free improv i staje w szranki improwizacyjnej batalii z mistrzem europejskiego kontrabasu Barry Guyem i niemniej znamienitym, choć trochę zapomnianym, brytyjskim perkusistą Markiem Sandersem. Irlandzka Maya prezentuje nam dwie bite godziny smakowitej muzyki, z pogranicza jazzu i absolutnie swobodnej improwizacji. Z licznych egzegez, poczynionych także na tym portalu, pamiętamy, iż właśnie w formule wyzwolonego free Vandermark sprawdza się najlepiej, a płyta ta w tym przekonaniu utwierdza mnie po wsze czasy. Co ciekawe, choć symptomatyczne, muzyka tria wchodzi na kosmiczny poziom, gdy frazowanie sekcji rytmicznej nabiera więcej cech typowo jazzowych (patrz: najdłuższy, trzeci fragment pierwszego dysku, przy okazji kompozycja podpisana przez saksofonistę). Gdy Guy z Sandersem puszczają Vandermarka na głębsze wody free improv tenże staje się bardziej oszczędny w słowa i raczej brodzi po kolana. Ale w tak zwanym całokształcie te dwie godziny free (bez dodatkowych określeń) broni się wyśmienicie. Świetna płyta!



The Thing with Ken Vandermark   Immediate Sound   (Smalltown Superjazz, 2007)

Chicago, kwiecień ubiegłego roku, na scenie muzyczna torpeda, najgłośniejszy band współczesnej sceny muzycznej (z wyłączeniem kilku kapel deathmetalowych z olsztyńskiego) – The Thing, czyli Mats Gustafsson, Ingebrigt Haker-Flaten i Paal Nilssen-Love oraz gościnnie Ken Vandermark. Żaden z nich nie wymaga dodatkowych rekomendacji. Od samego brzmienia ich nazwisk krew krąży szybciej po naszym organizmie. 38-minutowa armata, wycelowana wprost w Wasze uszy. Nie bierze jeńców. Kwintesencja tego, czego oczekujemy od free jazzu klasy światowej. Bez zbędnych ornamentów, bez muzycznego gadulstwa. Wbije Cię w fotel, a gdy już wybrzmi, natychmiast poprosisz o więcej.


Territory Band 6 with Fred Anderson  Collide   (Okka Disk, 2007)

A jednak można, rzekłbym przekornie. Można być nieco bardziej wstrzemięźliwym w prezentowaniu światu swoich nowych dokonań muzycznych. Ken Vandermark dobił mnie w roku ubiegłym trzypłytowym zestawem Territory Band. Ilość kosztem jakości. Na szczęście nowa płyta największego składu Vandermarka przynosi jedynie bardzo mocny konkret. Pięćdziesięciokilkuminutowy koncert, zarejestrowany w sierpniu ubiegłego roku w Chicago. Gościnny udział Freda Andersona (absolutnie wartość dodana), nowy muzyk w gronie TB – świetny gitarzysta David Stackenäs (jest smakowicie), spora dawka elektroniki Lasse Marhauga, ciekawie kontrapunktująca improwizowane frazy (intrygujący dialog z Andersonem na początku drugiego fragmentu naoliwia całą machinę i erupcji energii nie da się już zatrzymać do samego końca). Od 3. edycji nie było tak dobrego nagrania Territory Band. Pełna rekomendacja!


Atomic School Days  Distil    (Okkadisk, 2008)

Skandynawski Atomic od kilku już lat skutecznie buduje kanon jazzowego mainstreamu epoki ponowoczesnej. Podobnie czyni Ken Vandermark swoim sztandarowym orężem muzycznym w postaci The Vandermark 5, a także - a może przede wszystkim - nieco już zapomnianym School Days.
Nie tylko z uwagi na fakt, iż obie formacje obsługuje ta sama sekcja rytmiczna (Haker Flaten, Nilssen-Love), obie grupy w pierwszej połowie tej dekady popełniły wspólnie wspaniały podwójny zestaw "Nuclear Assembly Hall". Ta pozornie wymarła efemeryda powraca koncertowym nagraniem z Chicago, z kwietnia 2006 r. I powiem Wam, że jest to powrót absolutnie triumfalny. Dziewięć kąśliwych, radosnych kompozycji (twórczo realizuje się każdy członek Oktetu), godnych wszelkich zachwytów. Tak rozumiem jazz środka. Dobry, zgrabnie podany temat, świetne improwizacje, przewrotna koda na finał. Świetny jazz, bez pretensji do nadmiernego nowatorstwa. Kij w oko wszystkim, którzy pod szyldem jazzu próbują uprawiać przaśny pop. This is Jazz!!!


Jeb Bishop / Harris Eisenstadt / Jason Roebke   Tiebreaker   (Not Two, 2008)

Jeba Bishopa, wybitnego puzonistę, kiedyś bardzo oryginalnego gitarzystę, znamy świetnie. Uwielbiamy za lata bardzo kreatywnego współtworzenia brzmienia jednego z najważniejszych bandów jazzowych ostatniej dekady – The Vandermark 5. "Tiebreaker" to puzon z sekcją rytmiczną, czyli niezbyt popularne, ale występujące w przyrodzie zjawisko. Na płycie Not Two słyszymy koncert z krakowskiego Klubu "Re", zarejestrowany w roku 2006. Płyta niniejsza to nie pierwszy mój kontakt z twórczością Bishopa, sygnowaną własnym nazwiskiem. I ciągle dopada mnie ta sama myśl – ta muzyka, choć świetnie i sprawnie zagrana, nuży mnie, czegoś jej ewidentnie brakuje, nie intryguje, z każdą minutą koncertu staję się na nią coraz bardziej obojętny... Ta muzyka jest wyprana z emocji. Nie wiem, czy to trafna diagnoza (niech każdy oceni sam), ale ja nie będę do niej zbyt często wracał.


Clayton Thomas   Bad Self  (Gutstring, 2009)

Wschodząca gwiazda freejazzowego kontrabasu, 32-letni Australijczyk (choć rezydent Europy) - Clayton Thomas, w trakcie ostatnich koncertów w Polsce łaskaw był udostępniać (za bilety Narodowego Banku Polskiego) swoją solową produkcję "Bad Self" - wydaną w formacie CD-R. Kto choć raz Claytona na żywo zobaczył, ten wie, że to doprawdy wyśmienity i niezwykle kreatywny kontrabasista, potrafiący wydobyć ze swego instrumentu każdy dźwięk, używając do tego bardzo dziwnych, a nawet niebezpiecznych przedmiotów. Efekt bywa piorunujący. Tu - w ramach autokreacji - proponuje nam ponad 70-minutową podróż po bezdrożach niskich częstotliwości. Płyta jest piękna, dźwięki chwilami niezwykłe, wszakże ostrzec muszę purystów jazzowych, że "Bad Self" to raczej minimal z pogranicza ambientu i wszelkiej maści sonorystycznych zabaw niż jazzowa improwizacja na kontrabas. Słuchamy bardzo uważnie i delektujemy się dźwiękiem samym w sobie. Czysta akustyka. Szczególna płyta.


The Michael Bisio Quartet  Live at Vision Fest. XII  (Not Two, 2009)

Z radością donoszę o kolejnym wielce frapującym krążku, wydanym przez krakowskie Not Two! Klasycznie freejazzowy kwartet (zatem bez instrumentu harmonicznego), pod wodzą świetnego basisty Michaela Bisio, z Jayem Rosenem na perkusji (obu Panów znamy z wielu wydawnictw CIMP), a także z mniej mi znanymi, acz świetnymi nowojorskimi saksofonistami z pokolenia urodzonego w zacnych latach 60. ubiegłego stulecia - Stephenem Gaucim i Avramem Feferem. Koncert nagrany dwa lata temu na dwunastej edycji Vision Fest. Dwie kompozycje lidera (dodajmy, że dość precyzyjnie znotyfikowane, jak na kanony porządnego free) pięknie przez kwartet "przeimprowizowane", z udanymi proporcjami między odrobiną zadumy, a pokaźną porcją rzetelnego hałasu. Polecam obu saksofonistów Waszej pilnej uwadze, bo nie dość, że pięknie rzeźbią dźwięki, to jeszcze poziom kooperacji ewidentnie ponadprzeciętny. I gdyby jeszcze dźwięk z koncertu był bardziej selektywny, to szczęście moje byłoby pełne (zalecam słuchanie raczej w aucie, nie zaś przy użyciu przyzwoitej klasy słuchawek). Jakkolwiek - rekomendacja 110%-owa!


Pulsarus   Squared Rotoscope   (Tone Industria, 2006)

Twórcze wykorzystanie współczesnych zdobyczy technologicznych w wersji krajowej. Elektronika w służbie bardzo nowocześnie rozumianej improwizacji. W stosunku do debiutanckiej produkcji "Digital Free Jazz" korzystna zmiana pianisty na świetnego, młodego alcistę Olka Papierza (sprawdza się tym bardziej w wersji live)! Całość krnąbrna, choć podobnie jak debiut kapkę przegadana (72 minuty). Ale oby wszyscy mieli takie problemy, wynikające przecież z nadmiaru, a nie braku pomysłów. Trzymamy mocno kciuki za ciąg dalszy.


Pulsarus   FAQ   (Biodro Records, 2009)

Trzecia odsłona jednego z ciekawszych krajowych ansambli jazzowych zwanego Pulsarusem, o uroczym i fonetycznie ciekawym tytule "FAQ". Od razu dobrowolnie poddaję się ocenie "ZA", ale uprzedzam, że będę lekko marudził.
Na pierwszych dwóch płytach ("Digital Free Jazz", "Squared Rotoscope") muzyka kipiała szalonymi pomysłami i choć nie wszystkie były w 100 procentach udane (płyty były kapkę "przegadane"), słuchało się tego niekiedy z zapartym tchem. Nowa płyta wydaje mi się zbyt ułożona, zbyt poprawna, przeto odrobinę mniej nowatorska. Jak sam Dominik Strycharski zauważył w jednym z wywiadów, producent płyty Piotr Pawlak, w trakcie rejestracji materiału, nieco temperował pomysły muzyków i część z nich odrzucono (oczywiście wspólną decyzją) w akustyczny niebyt. A szkoda... Bo właśnie szczypty nieprzewidywalności brakuje tej muzyce. Doszli goście, gwiazdy rzec można - Trzaska, Waglewski, Pierończyk. A zabrakło przestrzeni dla pięknie elektronicznie dekonstruowanego fletu prostego (Strycharski), zadziornych improwizacji altu (Papierz, strasznie w mojej ocenie niedoceniony muzyk), czy ciekawych perkusyjnych eksploracji, szczególnie na styku akustycznej i elektronicznej perkusji (Rutkowski).
Wszakże i tak "FAQ" broni się śmiało i na tle krajowych osiągnięć w muzyce improwizowanej sytuuje się nad wyraz wysoko. A mógłby jeszcze wyżej, ale jak powszechnie wiadomo - lepsze jest wrogiem dobrego.


Łąki Łan   ŁąkiŁanda   (EMI, 2009)

W ramach odkrywania muzyki leżącej dość daleko od diapazonowej estetyki, a także poszukiwania ponadgatunkowych majstersztyków (patrz: MetaMuzyka), nie mogę nie zarekomendować wszystkim (!) wyjątkowego wydawnictwa na polskim rynku fonograficznym - podmiot artystyczny nazywa się Łąki Łan!!! Sześciu rubasznych kolegów z Mazowsza i niebywale energetyczna funkowa zabawa (z ambitnymi wycieczkami w kierunku progresywnego drum'n'bass). Wg popularnego portalu społecznościowego muzyka ta brzmi jak: mixture of disco-funkrock'n'shock style!!! Surrealistyczne teksty o życiu wśród fauny i flory (jak powszechnie wiadomo muchy głównie bzykają, a patyczaki chodzą na biby), choć i tak naczelnym zadaniem warstwy słownej jest tu budowanie rytmicznej bazy dla naszych rozdygotanych bioder. Swoboda, bezkompromisowość, artystyczna bezczelność czerpania ze wszystkiego, w jednym tylko celu - by przypomnieć nam, że muzyka to przede wszystkim emocje, ogromny ładunek energii i cudowna zabawa. Pikanterii tej zabawie dodaje owadzi image i ksywki wszystkich muzyków - ale po szczegóły odsyłam do wydawnictwa. Kto posmakuje, koniecznie zachęcam do poznania oblicza koncertowego Łąki Łan. Taka torpeda już Was zabije (tak, jak mnie na tegorocznym Open'erze).


Maciej Filipczuk   MetaMuzyka  (Samograj, 2009)

Ponadgatunkowy majstersztyk!!! Skrzypek Maciej Filipczuk (Lautari, Transkapela) plus sekcja rytmiczna martwego już niestety Robotobiboka (dla mnie strata niepowetowana), czyli Marcin Ciupidro na marimbie i moogu oraz niepowtarzalny dramer Kuba Suchar (także moog). Repertuar? Mazurki Kazka Mety ze wsi Glina - autentycznego naturszczyka znad Pilicy, zmarłego w roku ubiegłym! Przewrotna melodyjność tej muzyki ma coś z estetyki Alberta Aylera, a transowość przywodzi na myśl pełnokrwistego Milesa Davisa z pierwszej połowy lat 70. (takie "Dark Magus" na przykład). Piękne, czyste brzmienie cudownie łkających skrzypiec i piekielna gra sekcji, zwłaszcza, gdy za dolne częstotliwości odpowiedzialny jest kosmicznie brzmiący moog. Uwaga - słuchać głośno!!! Ja odlatuję - w każdym wymiarze naszej pokrętnej rzeczywistości!


The Ex   30   (EX Records, 2009)

Kto choć trochę liznął anarchopunkowej sceny rockowej ostatnich trzech dekad, temu nazwa holenderskiej załogi The Ex mówi wszystko. Nie było, nie ma i nie będzie bardziej wyrazistego konglomeratu świetnej muzyki, zaangażowanego przekazu werbalnego i bezkompromisowej postawy artystycznej i społecznej po tej części oceanu.
Grupa świętuje 30-lecie istnienia. Mimo ewidentnie rockowego rodowodu, nie trzeba długo szukać znaczących koneksji muzyków The Ex ze sceną jazzową i free improv. Nazwiska gitarzystów formacji - Terrie The Ex i Andy Moora - zna i rozpoznaje chyba wielu. Z The Ex grywali wszyscy znamienici muzycy free z Holandii, z Hanem Benninkiem i Mishą Mengelbergiem na czele (kilkaset wspólnych koncertów), z grupą koncertowali np. Ken Vandermark, czy Mats Gustafsson (pełna lista uczestników prawie 1,4 tysiąca koncertów dołączona do płyty!!!).
Wspominam o tym wszystkim, byśmy mieli świadomość, iż The Ex to ważny element szeroko pojętej kultury niezależnej starego kontynentu. Przez 30 lat ci sami ludzie (prawie), te same idee, ciągle doskonała muzyka, cudownie ewoluującą od ostrego gitarowego punka po wieloosobowe nagrania rockowe, ze sporą dozą improwizacji.
Jubileuszowe wydawnictwo, to wybór 33 utworów, dokonany przez samych muzyków (sami też są od zawsze wydawcami swojej muzyki), ze wszystkich nagranych w latach 1980-2006 płyt grupy. Wspaniała uczta dla fanów, wielki materiał poznawczy dla wszystkich, którzy pragną wiedzieć o świecie muzyki więcej. Wyjątkowe wydawnictwo!


Teksty zamieszczone pierwotnie na portalu diapazon.pl w ramach stałej rubryki  "Za i przeciw", w latach 2006-09