Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ilona Schneider. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ilona Schneider. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2020

El Pricto and The Discordian Unreal Diary!


Barcelońska eksplozja kreatywności trwa w najlepsze! Po niedawnej prezentacji trzech duetów Vasco Trilli, czas na pogłębioną analizę nowości wydawniczych Discordian Records i jej sublabelu Discordian Bootlegs.

W roli głównej, nie kto inny, jak the one and only El Pricto! Siła sprawcza niemal wszystkiego, co wartościowe w muzyce kreatywnej stolicy Katalonii. Wenezuelski multi-artysta (przypominamy, iż muzyk udzielił wywiadu rzeki Panu Redaktorowi, który jest dostępny zarówno na tych łamach, jak i na portalu Jazzarium.pl) dziś zaprezentuje się w kilku rolach. Będzie kompozytorem, dyrygentem, muzykiem improwizującym, wreszcie realizatorem nagrania, a nade wszystko – w każdym przypadku – wydawcą!

Zaczniemy od okrętu flagowego DR, czyli formacji Discordian Community Ensemble. W dalszej kolejności klasyczny kwartet saksofonowy, ale po ... katalońsku i diskordiańsku jednocześnie. Zaraz potem czeka nas wycieczka w czasy pierwszego pięciolecia istnienia wydawnictwa i odczyt/odsłuch całego mnóstwa skomponowanych improwizacji El Pricto, bazujących na cudownym brzmieniu instrumentów dętych, nagrań upublicznianych dziś wszakże po raz pierwszy. Wreszcie na finał tej opowieści duże składy pod wodzą Francesca Llomparta, zarówno zarejestrowane w ostatnich latach, jak i nieco starsze.

Zapraszamy na jakże widowiskową eksplozję wyjątkowej muzyki! Niech żyje Discordia!




Discordian Community Ensemble  Songs From The Unreal Book (Discordian Records, DL 2020)

Najnowsza produkcja Discordian Community Ensemble, to Piosenki bez słów dla świata pozbawionego znaczenia, z dedykacją dla wszystkich doświadczających pandemii, albowiem życie samo w sobie ma już znaczenie.

Grudzień 2018 roku, nagranie koncertowe z Klubu Sinestesia, na scenie DCE w składzie: Ilona Schneider – głos sopran, Pol Padrós – trąbka, Melisa Bertossi – saksofon tenorowy, Francesc Llompart – skrzypce, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny, Oriol Roca – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura. Ten ostatni jest także autorem sześciu kompozycji zawartych na płycie, które wyjątkowo, jak na zwyczaje tego twórcy, przybrały postać notacji graficznych. Jedna z nich zdobi zresztą okładkę wydawnictwa, która trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Ostrze rockowej gitary zostaje nam wbite proso w serce, szczęśliwie jednak kobiecy głos i delikatne skrzypce, przyłożone do krwawiącej ranny, dają nam - trwające ułamek sekundy - ukojenie. Dzieło El Pricto, czyli klasycznie ponad epokowy i równie ponadgatunkowy konglomerat szalonych pomysłów, z których żaden nie okazuje się być złym wyborem. W tej początkowej bitwie męskości i kobiecości, rola mediatorów przypada dęciakom i pozostałym strunowcom. Basówka i perkusja grzmią, huczą i drżą całą swoją masą. Narracja budowana na dysonansie kąsa urodą i dramaturgiczną dosadnością. Gitara Caicedo potrafi brzmieć, jakby muzyk przesypywał kamienie, nie stroni od flażoletów, ale i stempli betonowej mocy. Od ciszy wyczekiwania, do ekspresyjnych kipieli – gigantyczna amplituda emocji i natężenia dźwięków. Contemporary free rock & chamber! Wszystko zdaje się tu dziać wedle wskazań kompozytora i dyrygenta, ale poziom emocji nie stygnie choćby na moment. Druga opowieść też toczy się od ściany do ściany – do środka i na zewnątrz, od dołu do samej góry. Kolektywna erupcja emocji, tu z drobną ekspozycją trąbki. Gitara i reszta załogi stawia zasieki i hałasuje, mając jednak - mimo wybuchów gorącego powietrza- wszystko pod kontrolą! Narracja smakuje czerstwym rockiem, jest połamana, powykręcana, faluje jak wielki okręt na wzburzonym oceanie. Pięknie uporządkowany chaos!

Trzecią opowieść zaczyna coś na kształt basowego walkingu. Kobiecy głos, dęte zawody i rzężąca gitara. Rock vs. chamber in great fury! Stopień skomplikowania, ale i frywolności całej narracji przywodzi skojarzenia z metodami pracy Franka Zappy. Kolejna część kontynuuje wątek wspólnych pokrzykiwań – masywny rock grzmi dętymi posadami, obok skrzypce i głos eskalują wątek kameralistyczny. Ekspresja wszakże ponad wszystko! Piąta opowieść na moment hamuje ów dramaturgiczny walec drogowy. Szumy, szmery, świsty – każdy z uczestników tego szaleństwa zaczyna preparować dźwięk swojego instrumentu. Gitara zgrzyta tępym ostrzem, tenor dorzuca do ognia, emocje rosną, ciągle bystrze jednak kontrolowane przez Pricto. Szósta kompozycja, to strzał hałasu na otwarcie. Dźwiękowe brzytwy, stylistyczne dysonanse. Free jazz vs. post-chamber! John Zorn podrzuca wygniecione pięciolinie! Góra – dół, do środka i na zewnątrz! W tej niebywale gęstej narracji każdy z muzyków znajduje kilka sekund na indywidualne popisy, ale wszystko dzieje się jakby w tej samej sekundzie naszego życia. Od ciszy do hałasu i z powrotem! Emocje po wybrzmieniu giną w głuchej ciszy oklasków.




Malaclypse Sax Quartet  时鸟唱歌是因为有答案  (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Marzec ubiegłego roku, koncert w miejscu zwanym Tepekalesound, przedmieścia Barcelony - L'Hospitalet. Formację Malaclypse Sax Quartet znają wszyscy, którzy wraz z redakcją od lat zagłębiają się w historii dyskordianizmu i labelu, który stworzył Pricto na chwałę owej fikcyjnej religii. Na saksofonie sopranowym zagra Agustí Martínez, na altowym - El Pricto, na tenorowym - Liba Villavecchia, zaś na basowym - Ferran Besalduch. Dęta epopeja (z chińskiego: Sometimes Birds Sing Because They Have Answers), stworzona przez wszystkich jej uczestników (all music by the musicians, bez jakichkolwiek informacji, jakoby któryś z muzyków pełnił rolę dyrygenta), składa się z trzech części (dwóch zasadniczych i dwuminutowego encore), trwa zaś 37 minut i 32 sekundy.

Głosy otwarcia saksofonowej ceremonii są następujące – dwa wysokie dęciaki śpiewają, jeden repetuje, a ten czwarty, najniższy buduje basową bazę dla improwizacji. Wszystkie dźwięki są czyste, barwne i na swój sposób ulotne. Po paru minutach sytuacja ulega drobnym modyfikacjom – lewa flanka płynie szerokim strumieniem, prawa śpiewa skromną kołysankę, a pozostałe dwa instrumenty milczą, bądź sprawiają wrażenie, że … milczą. Napięcie jednak narasta, coś z pewnością musi się za chwilę wydarzyć - drobne preparacje, prychanie z samego środka narracji, tygrysie pomruki i kocie lamenty. Rodzaj ptasiego radia, zdobionego niedźwiedzimi pomrukami saksofonu basowego. Po 10 minucie następuje krótkie zejście w obszar ciszy, ozdobione garścią sonorystycznych niuansów. Na sam finał pierwszego utworu muzycy realizują kilka bardziej dynamicznych depnięć na pedał  gazu, po czym przechodzą do fazy gaszenia płomienia, który przypada w udziale duetowi lżejszych dęciaków.

Druga, zasadnicza i najdłuższą opowieść początkowo budowana jest płynnymi, skupionymi frazami. Jakby zło budziło się do życia po latach cierpienia. Każdy z muzyków coś dokłada od siebie, kreuje mikro eskalacje, szuka zaczepki. Bas dmie złowieszczo, reszta tańczy i swawoli. W okolicach 4 minuty wszyscy wchodzą w przepiękną fazę szeptów. Nostalgia pełna zimnej nerwowości. Kilka neoklasycznych parsknięć, jakby stawianie znaków zapytania. Wzrost emocji następuje z inicjatywy basu – reszta nie zgłasza zdania odrębnego i rozśpiewany kwartet rusza w drobną przebieżkę. Mocni, stanowczy, niemal dostojni instrumentaliści w drodze na szczyt hałasu, który osiągają w okolicach 13 minuty. Potem raptowny stopping – lewa flanka krzyczy samotnie, z małymi preparacjami. Towarzyszą jej dalece wystudzone komentarze współpartnerów. Dialogi, trialogi, czerstwy głos wszystkich, to kolejne fazy rozbudzania narracji. Specyficzne call & responce – jakby śmiech przez łzy! Skowyt i drwina w tym samym momencie - prawdziwie ludzkie oblicze czterech saksofonów. Po 17 minucie bas zaczyna porządkować opowieść, pozostali śpiewają i nie do końca wykazują należytą posłuszność. Po 19 minucie bas milknie, cóż ma bowiem uczynić… Reszta dyskutuje w najlepsze. Na ostatniej prostej bas jednak powraca i zabiera wszystkich na krótki, jakże ognisty finał opowieści.

Pozostaje nam jedynie odsłuchać ledwie dwuminutowy bis, rodzaj dramaturgicznej repryzy właśnie, co skończonej improwizacji. Alt smakuje czupurnym Zornem, reszta kwili i grymasi. Gdy bas rozpocznie finałowy taniec, reszta towarzyszy może jedynie – z krzykiem na ustach – dołączyć do niego i dobrnąć do jakże zasłużonych oklasków.




El Pricto  Tangential Views (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Trzy kompozycje El Pricto na małe składy improwizujące, stworzone i wykonane w pierwszej połowie dekady lat 10. bieżącego stulecia. Całość trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Tangential Views (The Hodge Podge, Barcelona, maj 2011); El Pricto – saksofon altowy, Don Malfon - saksofon barytonowy, Luiz Rocha – klarnet basowy oraz Miguel Serna – kontrabas.

The King In Yellow (The Golden Apple, Barcelona, styczeń 2015); El Pricto – saksofon altowy, Paulina Owczarek – saksofon barytonowy, Alex Reviriego – kontrabas oraz Marko Jelača – perkusja.

Double Spiral Dynamo (The Hodge Podge, Barcelona, kwiecień 2011); Agustí Martínez – saksofon altowy, Tom Chant – saksofon tenorowy, Xavier Díaz Herrera – saksofon barytonowy, Miguel Serna – kontrabas, Javier Carmona – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura (ta powinność dotyczy także poprzednich utworów).  

Pierwszy kwartet sprawia wrażenie, jakby był … sekstetem. Zarówno kontrabas, jak i klarnet basowy mają zmultiplikowane brzmienie, dzięki czemu, zwłaszcza na początku utworu, dźwięki płyną do nas nieprawdopodobnie gęstym, nisko zawieszonym strumieniem. Oba saksofony w tym czasie śpiewają wysokim tembrem i czekają na przebieg wypadków. Po niedługiej chwili kwartet (sekstet?) zaczyna brzmieć, niczym stado rozjuszonych rumaków w posuwistym, nerwowym galopie. Jeszcze przed upływem 2 minuty muzycy płynnie przechodzą w dęte unisono z pięciolinii, po czym rozlewają się szerokim korytem, skwierczą i chrząkają, by po kilkudziesięciu sekundach przygasnąć. Baryton i alt skrzeczą na przeciwległych flankach, a znów podwojona moc niskich pasm czyni spustoszenie. Po 6 minucie ostry wrzask na raz i znów krok ku spowolnieniu. Krótki marsz na wiwat i obumierający kontrabas, który gasi światło, wyczerpują program pierwszego utworu.

Drugi kwartet początkowo kontynuuje ów wiwatujący marsz. Stawia jednak na dramaturgiczną wyrazistość i adekwatny poziom natężenia dźwięku – truly free jazz quartet! Saksofony złowieszczo śpiewają, kontrabas rwie struny, a perkusja niczym dobosz, zwołuje wszystkich na rytuał improwizacji. Użycie smyczka wzmaga napięcie, nie studzi emocji. W połowie 5 minuty krótka przygoda z ciszą – suchy smyczek, drżące talerze i saksofonowe drony. Po niedługiej chwili pizzicato kontrabasu zarządza nową, masywną eskalację, która ma miejsce niemal dokładnie w 10 minucie utworu. Bas pulsuje, drummer liczy krawędzie. Saksofony nie pozostają bierne i cały kwartet płynie marsowym bluesem, czerstwym, ale jakże smakowitym. Sporo dzieje się w tym momencie wedle prictowego scenariusza, ale emocje nie gasną choćby na ułamek sekundy. W połowie 15 minuty, czas na skromne preparacje, garść prychów spod wilgotnych dysz i tajemniczych szelestów. Piękną aurę chwili tworzy szczególnie smyczek na kontrabasie Alexa, choć jego partnerzy także nie ustają w wysiłkach, by pióro recenzenta gotowało się z emocji. W 18 minucie temu ostatniemu nie pozostaje nic innego, jak ogłosić, nie pierwszy tego dnia, stan free jazzowej kipieli! W połowie 20 minuty, jakby za sprawą różdżki czarodzieja, kwartet płynnie powraca do frazowania, które znamy z początku utworu. Wiwatujący marsz ku chwale złego i chaotycznego! Piękna pętla dramaturgiczna gaśnie szybko, w niecałe 15 sekund.

Czas na finałowy kwintet, z El Pricto wyłącznie w roli dyrygenta, niespełna pięciominutowy. Delikatne otwarcie, pełne kameralistycznej nieśpieszności, śpiewy dętych, pizzicato kontrabasu, małe perkusjonalia. Zaduma w sierści niepokoju, saksofonowy rozmach - rozkołysany, piękny, choć niepozbawiony wewnętrznego hałasu, marsz ku ostatniemu dźwiękowi. Wiwat!




Francesc Llompart  Insect Politics (Discordian Records, DL 2020)

Czas na skomponowaną improwizację w rozbudowanym wydaniu personalnym, którą dostarcza nam muzyk, z którym zetknęliśmy się już w trakcie pierwszej z omawianych dziś płyt – Francesc Llompart. Poza faktem bycia autorem muzyki i dyrygowania trzema orkiestrami, muzyk w pierwszej i trzeciej części będzie też odpowiadał za post-elektroniczną degenerację dźwięków! Najpierw znajdziemy się w znanym już nam miejscu The Hodge Podge (październik 2012), potem przeniesiemy się do również dziś wizytowanej Sinestesii (czerwiec 2018), by tę krótką podróż po Barcelonie zakończyć w miejscu zwanym Centre Cívic Albareda (luty, 2017). Poza LLompartem zagrają dla nas: Pablo Selnik - flet (utwór 1), Luiz Rocha - klarnet basowy (1,2,3), Tom Chant - saksofon sopranowy (1), Liba Villavecchia – saksofon sopranowy (1), Isidre Palmada - puzon (1), Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne (1,3), Eduard Altaba - kontrabas (1,3), Diego Caicedo – gitara elektryczna (2,3), Sebastián Vidal – gitara klasyczna (2), Fernando Brox – flet (2), Marco Mezquida - fortepian (2), Aldo Aranda - perkusja (2), Míriam Fèlix - wiolonczela (2), Ángel Faraldo – elektronika (2), Naná Rovira – klarnet basowy (3), El Pricto – saksofon altowy (3), Agustí Martínez – saksofon altowy (3), Pope - trąbka (3), Ilona Schneider – głos sopran (3) oraz Carlos Ródenas - kontrabas (3). Całość nagrania, to 55 minut i 32 sekundy.

Insect Politics, część tytułowa, najbardziej rozbudowa, blisko trzydziestominutowa, zaczyna się świstem dęciaków, małą perkusją i plamami akustyki bez wskazania źródła pochodzenia. Dźwięki długie i krótkie, masywny kontrabas traktowany smyczkiem – kameralne poczęcie, pełne skupienia i dramaturgicznej precyzji. Siedmiu żywych i post-elektronika budują zmysłowe flow, z dużą ilością przestrzeni, plastrami ciszy, w tempie slow motion, z drobnymi fermentacjami ze strony percussion. Po 5 minucie - pierwszy grad dętych mini ekspresji, podawanych raz głośniej, raz spokojniej. Dużo dzieje się tu wg scenariusza autora. W połowie 10 minuty intrygujące akcenty rytmu i bystre plamy syntetycznych dźwięków, niepozbawione nawet industrialnych wtrętów. Po kolejnych dwóch minutach przybywa zjawisk fonicznych, kolejnych trybów narracji i jakże zwyczajnych emocji – noise-post-electronics chamber in fury! Gra dla nas oktet, a mamy wrażenie, jakby panowała nad nami wielka orkiestra symfoniczna na sterydach. Po upływie 18 minuty Llompart włącza tryb ciszy i preparacji – dużo daje z siebie syntetyczna praca w konwencji live proccesing (tak przynajmniej słyszy recenzent). Sekcja dęta w tle zwinnie komentuje i trzyma post-elektroniczne degeneracje w ryzach dramaturgicznych. Po 22 minucie ma miejsce piękny pasus kontrabasu, nie bez udziału elektronicznego wsparcia – wszystko nabiera posmaku chamber, a towarzysząca temu zjawisku sekcja rytmu zaczyna swobodnie improwizować. Finał utworu muzycy osiągają długimi pasażami, kontrapunktowanymi drobnymi frazami fletu.

Druga kompozycja (Hronir) proponuje zdecydowanie inny klimat. Elektryczna gitara zwiastuje to nam już pierwszym dźwiękiem. Moc post-rocka, dobrego bębnienia, z elektroniką na pełnych prawach instrumentu, free jazzowy fortepian i masa buńczucznych strunowców. Głośno, gęsto i na temat! Świetne, krótkie ekspozycje klarnetu basowego i fletu, silne percussion! Narracja pełna swobodny, mniej zaplanowana, bardziej żywiołowa. Kolektyw, demokracja, śmierć pięciolinii! Po 8 minucie drobne spowolnienie jest okazją dla zarysowania klimatu delikatnie kameralistycznego. Elektronika bystrze współgra z barokową wiolonczelą, a całość przybiera na ostatniej prostej piękny kształt prawdziwie katalońskiego post-chaosu!

Zipf!, to tytuł ostatniej kompozycji, podobnie jak poprzedniej, trwającej kilkanaście minut. Zaczyna ją dęte unisono z kartki. W tle burczy klarnet basowy, a kobiecy, namiętny głos (patrz: pierwsza dziś recenzowana płyta!) śpiewa tylko piękne frazy. Rozbudowana, ponad dziesięcioosobowa brygada dźwiękowych wichrzycieli buduje artystyczny tygiel samych wspaniałości! Kontrabas wciąż flirtuje z głosem, domniemany live proccesing dorzuca swoje trzy gorsze – chamber not full free, but very open! – notuje łamaną angielszczyzną upocony recenzent. Po 6 minucie mamy wrażenie, jakby na scenie było kilka zastępów filharmonicznych, gotowych na każde rozwiązanie dramaturgiczne. Muzycy i dyrygent szukają ognia, ale temperament wciąż trzymają na wodzy. Kobiecy sopran sięga niemal nieba, dęciaki snują zwinne pasaże post-jazzu, smyczek rzeźbi na gryfie kontrabasu, a dzwonki percussion (Trilla jest z nami!) i zdegenerowana elektronika tworzą konglomerat dźwiękowych cudów. Po 10 minucie narracja delikatnie przygasa, nabiera niemal teatralnej powolności, a dźwięki zdają się wydawać tylko smyczek i głos kobiecy. Pulsuje drobne tło post-elektroniki. Ilona wypowiada ostatnie słowa: Important End!



poniedziałek, 10 czerwca 2019

Discordian Community Ensemble! Live at Tepekalesound!


Kontynuując wątek poszukującej, współczesnej kameralistyki, która uwielbia improwizację, przenosimy się z Berlina (powstałe tam nagranie Egin był przedmiotem naszej uwagi w ostatnią sobotę) do Barcelony, a dokładnie do miejsca zwanego TPK Contemporary Art Center, które znajduje się na przedmieściach pięknej stolicy Katalonii, w L'Hospitalet. Tamże cyklicznie, od roku 2005, odbywają się koncerty muzyki improwizowanej, które organizuje saksofonista i kompozytor Agustí Martínez.

Pod koniec listopada ubiegłego roku na tamtejszej scenie pojawił się okręt flagowy labelu Discordian Records, czyli … Discordian Community Ensemble, w składzie: Fernando Brox – flet, Agustí Martínez – klarnet (utwór 4) oraz jako dyrygent (utwory 1-3), El Pricto – saksofon altowy (1-3) oraz jako dyrygent (4), Melisa Bertossi – saksofon tenorowy, Pablo Volt – trąbka, Ilona Schneider - śpiew (sopran), Diego Caicedo – gitara elektryczna, João Braz – wiolonczela oraz Eduard Altaba – kontrabas. Grupa wykonała trzyczęściową kompozycję Agustí Martíneza Serena oraz otwór skomponowany przez El Pricto Reflectores. Odsłuch całości zajmie nam 46 minut i 35 sekund. Nagranie dostępne jest na bandcampowej stronie Discordian Records w formie downloadingu, a swoją premierę miało w poprzednim miesiącu.




Honory mistrza ceremonii otwarcia przypadają w udziale Ilonie Schneider – kobiecy sopran zalotnie skowycze, recytuje tekst, a potem krzyczy wysokim, operowym tembrem głosu. Po 70 sekundach do życia budzą się instrumenty, śląc spokojne, choć tajemnicze i długie dźwięki. Tym pierwszym jest gitara, potem wchodzą saksofony, trąbka i flet. Rodzaj wyważonego emocjonalnie chamber z delikatnym rytmem, podawanym z gryfu gitary. Narracja dobrze się zazębia i mimowolnie pęcznieje, zdobiona garścią sonorystyki ze strony saksofonu altowego. Głos Ilony, niczym demiurg inicjacji, powraca w 5 minucie i wdaje się w interakcje z instrumentami. Znów recytuje i krzyczy. Dobre wsparcie dotychczasowym wydarzeniom na scenie dają dwa strunowce wyposażone w gorące smyczki. Ceremonia trwa – muzyka skomponowana i dyrygowana, silnie wszakże naznaczona piętnem zdrowej improwizacji, którą każdy z muzyków obecnych na scenie ma we krwi. Każdy z nich ma tu swoją małą przestrzeń, w której dozwolony jest każdy dźwięk, choć nie w każdym momencie rozwoju dramaturgii spektaklu, jest na niego pełne przyzwolenie. Drugą część Sereny zaczyna skromna introdukcja saksofonu altowego. Znów musi upłynąć 70 sekund, by reszta załogi weszła do gry. Najpierw drugi saksofon, który niemal podśpiewuje, potem recytacja i … syczenie z gardła, wreszcie małe pląsy pizzicato z kontrabasu i wiolonczeli. Te dwa ostatnie instrumenty na moment zostają same, a potem we trójkę z trąbką czynią piękną ekspozycję. By dopełnić obrazu całości, swoje trzy grosze dokłada gitara, potem flet z głosem. Tempo narracji jest żwawe, ale nieśpieszne. Bieg na delikatnie zaciągniętym hamulcu ręcznym, z którego wykluwa się, sterowane z pulpitu, niebanalne call & responce! Na finał drugiej części kilka zwinnych, mruczących dźwięków Ilony przy wsparciu smyczka. Ostatnią część Sereny otwiera, tak jak pierwszą, zmysłowa śpiewaczka. Instrumenty spokojnie wchodzą do gry bardzo szeroką falangą, ale czynią to dopiero po 120 sekundach. Grają jakby wspólny temat z wiolonczelą na samym froncie. Chamber as well! Komentarz fletu solo, niczym wisienka na torcie, podobnie rzecz się ma z kontrabasem i smyczkiem. Jakże doskonała instrumentacja całości – bystra filharmonia w gęstym sosie swobodnego instant composing! Wszystko zdaje się tu być zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, ale nie stanowi to dla nikogo – po obu stronach sceny – jakiegokolwiek problemu! W 7 minucie powraca recytacja i zmysłowy, operowy śpiew. W tle szumy i prychanie dętych i blaszanych. No i ponownie głos! Cudowna koincydencja, brawo!

Reflectores otwierają stąpające na palcach saksofony, tnące powietrze wysokim strojem. Smyczki na gryfach, zadrapania na palcach, szept Ilony – nowa opowieść od startu kipi emocjami, jest dalece swobodniej improwizowana, jakby ze strony kompozytora większe było przyzwolenie na dzianie się niemożliwego. Krwisty duet strunowców, rockowe zadziory gitary, pulsacje saksofonu i trąbki. Głos i krzyk! Flet i głos! Metafizyczna niemal symbioza! Zmienność akcji, barokowe aranże - swoboda treści, frywolność formy! Fired Chamber by El Pricto! Recenzent w prawdziwym amoku notuje rozgrzanym piórem: od krzyku do szeptu, z bystrymi komentarzami strings, głos i dęciaki, przepyszna wymiana zdań podrzędnie złożonych, mistyczna dialektyka dźwięków, akcja-reakcja, spiętrzenie i głęboki oddech! Solowe ekspozycje kontrabasu, a zaraz potem wiolonczeli. Znów piękna meta aria Ilony i oddech ciepłej trąbki. Bogactwo, przepych, fajerwerki – wszystko bez jednego zbędnego dźwięku! Eksplozje mocy, niuanse piękna, gniew i radość tworzenia w każdej niemal sekundzie, każdego muzyka z osobną i wszystkich razem. Popisy smyczków i salwy saksofonów. W 12 minucie delikatnie wyciszenie narracji – filigranowe piękno chwili, które po 60 sekundach jest już rockowo-dętą eksplozją, którą łagodzą śliniące się smyczki. W komentarzu flet i głos – dzisiejsze papużki nierozłączki. Emocjonalny rollercaster będzie już naszym udziałem po ostatnie tchnienie tej niebywałej ekspozycji. Above genres impro conducted composition! W 17 minucie gitarowe preparacje, w tle szum wentyli, szepczący głos i wąskie pasma fletu. Zaraz potem pomruki, szelest opadających przedmiotów, szmer ciszy. Narastanie i opadanie – śpiew, liczenie strun gitary, parskanie zmysłowych smyczków. A ostatni dźwięk staje się udziałem wyjątkowo skupionego gitarzysty.



wtorek, 7 sierpnia 2018

Phicus! Sarah Claman! Tom Chant… And the Others! Soda Explodes!


Trybuna Muzyki Spontanicznej ogłasza definitywny powrót z katalońskich wakacji. Było pięknie, miło i gorąco (to ostatnie – jak niemal wszędzie w Europie!).

Oczywiście na tych łamach skupimy się nie na walorach katalońskich plaż, a na muzyce. Okazja była przednia, albowiem co środowy, improwizowany meeting w klubie Soda Acustic obfitował, w trakcie bytności redakcji w Barcelonie, w aż trzy koncerty. Dodatkowo działo się to przy udziale jednego z ulubionych bandów redakcji - tria Phicus, czyli Ferrana Fagesa, Alexa Reviriego i Vasco Trilli.

Na koncercie w zacisznej uliczce wyjątkowej dzielnicy Gracia nie zabrakło wschodzącej gwiazdy improwizowanych skrzypiec, nowozelandzkiej rezydentki Barcelony, Sary Claman, a także brytyjskiego Katalończyka, wyśmienitego saksofonisty Toma Chanta. Radość Pana Redaktora stała się tym większa, iż wszyscy w/w muzycy pojawią na nowych płytach serii wydawniczej Trybuny i Multikulti Project w perspektywie najbliższych kilku miesięcy.




Trio Phicus (Fages – gitara elektryczna, Reviriego – kontrabas, Trilla – perkusja) debiutowało fonograficznie u progu ubiegłej jesieni (Plom, Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series). Tej wiosny ukazała się płyta z gościnnym udziałem rosyjskiego saksofonisty Ilii Belorukova (K(n)ot, Intonema). Na wydanie czekają kolejne dwa nagrania w formule trio+1 – ze szwedzkim saksofonistą Martinem Kuchenem i polskim pianistą Witoldem Oleszakiem (te drugie ukaże się na wiosnę nakładem serii Trybuny). Na dniach trio wchodzi zaś do studia, by nagrać drugi album w wersji saute. Tyle fakty.

Koncert w Soda muzycy rozpoczęli w typowy dla siebie sposób - z rockowym przytupem i skłonnością do eskalowania poziomu dźwięku. Gęsta, muzyczna faktura po kilku minutach niezwykle zgrabnie rozlała się w ocean tłumionych, mrocznych i coraz bardziej psychodelicznych dźwięków. Struktura narracja przybrała formę tłustych dronów, które generował zarówno Trilla, z wykorzystaniem wszystkich akcesoriów w postaci dzwonków, talerzy i metalowych wibratorów, jak i fenomenalnie usposobiony Reviriego, który grał zarówno każdą częścią swojego wielkiego instrumentu, jak i niezbyt dużego ciała. I znów okazało się, iż to pałeczka perkusyjna jest najczęściej używanym przez Katalończyka przedmiotem do dekonstrukcji akustycznych dźwięków kontrabasu. Fages, jak zwykle zdystansowany, siał muzyczne plamy, nie stronił od hałasu (pod koniec pierwszego seta świetnie spuentował marsz soczystych dronów swoich współpartnerów). Także on dekonstruował elektryczne brzmienie gitary różnymi przedmiotami, w jego wypadku niekoniecznie muzycznej proweniencji. Muzyka płynęła i zdawała się nie mieć końca. Drugi set dość niespodziewanie znalazł jednak swoją stację docelową, pozbawiając całość koncertu pewnego rodzaju dramaturgicznej puenty. Występ trwał niespełna 40 minut, ale i tak, jak w przypadku poprzednich występów, które Pan Redaktor miał okazję obejrzeć, przyniósł ogrom nowych, czasami zaskakujących dźwięków. To doprawdy niebywałe, jak rozwija się muzyka tego tria. Czekamy na kolejne płyty i koncerty!




Po parunastu minutach, na scenie pojawiły się trzy urocze Panie, dla których – jak mniemam – było to pierwsze spotkanie w takiej konfiguracji personalnej. Miriam Den Boer, gość z Holandii na skrzypach i dwie rezydentki katalońskie – Sarah Claman na skrzypach i Ilona Schneider – soprano voice. Panie zagrały długi, kilkuczęściowy set, który – ku radości wszystkich zebranych i pewnemu zaskoczeniu samym artystek – zakończony został bisem. Jakże subtelna była to improwizacja. Bardzo kobieca, jednocześnie jednak zadziorna i głęboko osadzona w sonorystyce. Obie skrzypaczki prześcigały się w pomysłach na generowanie dźwięków. Miriam grała nawet na pojedynczej strunie, była przy tym precyzyjna i artystycznie bezkompromisowa, Sarah – cóż za bogata mimika! - zdawała się zaś mieć nieco większy zmysł dramaturgiczny w kreowaniu sytuacji scenicznej. Na to wszystko nakładał się głos Ilony, która świetnie komentowała popisy koleżanek, ale także wchodziła z nimi w dyskursy poznawcze. Doskonały koncert!




Po trio kobiecym, finał wieczoru nie mógł nie być męski! Tom Chant na saksofonie tenorowym i sopranowym, Fernando Brox na flecie i Joni Sigil na perkusji. Nie wiem, przyznaję, czy Ci muzycy grali już wcześniej w takim składzie. W każdym razie, od pierwszego dźwięku na scenie, muzyka kipiała emocjami i rzucała muzyków z lewej strony na prawą. Flet i saksofon chętnie wchodziły we free jazzową kipiel, zaś perkusista po prostu zionął ogniem. Doskonała komunikacja, warsztat i umiejętność tłumienia emocji w ważnych dramaturgicznie momentach koncertu, sprawiały, że całość była narracyjnie niezwykle spójna i pozbawiona pustych przebiegów. Błyskotliwy na tenorze Chant, gdy sięgnął po sopran i zaczął grać w fotel i nogawkę, wzniósł trio na jeszcze wyższy poziom ekspresji.

Gorący był to wieczór w Soda Acustic, tak na scenie, jak i na ulicy przed klubem. More than 35 degrees!

Podziękowania dla El Pricto za, jak zwykle, wspaniałe przyjęcie!



czwartek, 21 grudnia 2017

Memoria Uno! Tom Chant! Barcelona torna l'esquena, episodi segon! *)


Przed nami kolejny, przedświąteczny odcinek kataloński. Dwie nowe, dodam od razu - niezwykłe płyty. Na pewno także wydawnictwa artystycznie niepowtarzalne w zalewie tegorocznych nowości sceny free improv po tej stronie Atlantyku.

Pierwsze powstało w samej Barcelonie, drugie zaś w miejscu nieco od niej oddalonym (wbrew mojej zapowiedzi sprzed dwóch dni) – mianowicie w Banyoles, miejscowości położonej na północ od Girony, zatem już całkiem blisko granicy francuskiej.




Memoria Uno  Conduccion #100

Zaczynamy od czwartej edycji improwizowanej orkiestry Ivána Gonzáleza - Memoria Uno, przy okazji drugiej datowanej na rok 2017 (tą pierwszą była, wydana późną wiosną w naszym pięknym kraju, Sons Of Liberty. Live at Granollers). Tym razem skład 20 osobowy, który bezwzględnie winniśmy wymienić, nazwisko po nazwisku, instrument po instrumencie. A zatem: Ilona Schneider - głos, Pablo Selnik – flet, Marcellí Bayer – klarnet basowy, Joan Mas - saksofon altowy, Albert Cirera i Tom Chant – saksofony tenorowe, Don Malfon – saksofon barytonowy, Ferran Besalduch – saksofon basowy, Vicent Pérez – puzon i efekty, Joan Bayes i Hilario Rodeiro – laptopy, Diego Caicedo i Dani Pérez – gitary elektryczne, Martín Leiton – gitara basowa, Àlex Reviriego i Marc Cuevas – kontrabasy, Ramon Prats, Juan Rodríguez Berbín i Vasco Trilla – perkusja, Iván González – dyrygentura. Tradycyjnie zatem w przypadku tej orkiestry, każdy koncert, każda rejestracja, to inny skład personalny i instrumentalny. Tu, po raz pierwszy, z użyciem nie tylko akustycznego akcesorium. 

Nagranie poczynione w lutym br. w Centro Cultural Albareda (Barcelona). Dyrygentura nr 100 trwa niewiele ponad 24 minuty. Dostarcza Discordian Records w plikach, a także – co niezwykle rzadkie w przypadku tego labela – na fizycznym nośniku (CD).

Muzycy od samego początku jedzą dyrygentowi z ręki (traktujmy ten zwrot dość dosłownie – Ivan nie stosuje jakichkolwiek notacji w procesie sterowania kolektywną improwizacją, wyłącznie gestykuluje). Niezliczone falangi instrumentów snują swoje opowieści. Jeden z saksofonów akcentuje solową obecność. Może liczyć na kontrapunkty rozbudowanych i zmultiplikowanych sekcji rytmicznych. Elektronika i głos damski także wtrącają nieodzowne trzy grosze. Gęsto, narowiście, nerwowo, gdyż łatwo o samozapłon. Mnogość mikrozdarzeń akustycznych i elektroakustycznych. Każde z nich bacznie analizowane i komentowanie w rozległym gronie muzyków. 3 minuta – odrobina elektrowstrząsów na kablach. Sekcja dęta gra walca dla introwertyków po przeszczepach mózgu. Ta chwila zdaje się wyjątkowo śliczna! W komentarzu pasus z trzygłowego potwora perkusyjnego. Tymczasem sekcja gitar elektrycznych masywnie oliwi struny. Sekcja basowa także zaznacza swoją obecność. Specyficzne search and reflect! Bez eskalacji. W poszukiwaniu wewnętrznej harmonii, która czai się za rogiem. 9 minuta, to skromna dynamizacja narracji – kolejne ogniska dźwięków podłączają się pod globalny flow orkiestry. Tuż potem akcent wręcz jazz-rockowy. I złowieszczy wokal! Dęciaki galopują na zatracenie! Rewia perkusyjna! Narracja gęsta, jak olej. Dzieje się tyle, że recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. Nawet szczypta fussion like 70s! 13 minuta przynosi wybrzmienie. Pląsy na zaciągniętym ręcznym. Mikrozdarzenia, perkusjonalne grepsy i flet. Rodzaj dźwiękowego kalejdoskopu. Fantazja recenzenta buzuje! 14 minuta – atak sekcji gitar i perkusji! Doom metal w eksplozywnym natarciu! Matowy, jak świńska skóra! Uspokaja się po … 30 sekundach! A jaki był piękny! Dla przeciwwagi, romantyczny, swingujący saksofon (Cirera? Chant?) na tle twardego akompaniamentu jednej z podsekcji rytmicznych. Ciężka maszyna, jurna lokomotywa rusza z kolejnej stacji na drodze do piekła! Toczy się jednak wyjątkowo zwinnie i nie traci czasu na zbędne przystanki. Tymczasem piękny zjazd kontrabasów do samego dołu (Alex?). Orszak pogrzebowy stacza się wprost do dziury w ziemi (19 min.). Narracja niemal staje w miejscu. Sonorystyczna cisza. Dźwięki saksofonów gotują się w tubach. Cała orkiestra przebiera nogami, gotowa do wymarszu. Wichry wojny tłumione na dyszach! Pulsacje cięższych saksofonów! Struny goreją! Rytm nadchodzi wprost z piekła, dokładnie z dna saksofonu basowego! Wibratory Vasco tańczą na rozpalonych tomach! Drobne incydenty we wszystkich falangach! A kres jest tak bliski… Finałowe crescendo milknie przy gasnącym rezonansie perkusji. Cisza, jak wyrok.




Tom Chant  Stripped Abstract

Początek lipca br., wspomniane wcześniej Banyoles, a dokładnie Església de Sant Romà de Miànigues (nazwa sugeruje, iż mamy do czynienia z obiektem sakralnym). Wewnątrz siódemka muzyków, wyposażona - w znacznym stopniu - w dość specyficzne instrumentarium: Núria Andorrà – bęben basowy i … rice (ryż), Tom Chant – saksofon sopranowy, Ferran Fages – gitara akustyczna i ebow, Ángel Faraldo – stół mikserski bez sygnału wchodzącego (no-input mixing desk /cardboard bowes), Ramon Prats – werbel, Alex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – talerz i taśma magnetyczna. Nagranie zatytułowane Stripped Abstract trwa 45 minut i 45 sekund (jeden trak). Dostarcza nowa inicjatywa wydawnicza Toma Chanta (Hairy Ear Records).

Z uwagi na fakt, iż muzyka zawarta na płycie jest z pewnych względów nierecenzowalna, pozwalam sobie rozpocząć jej omawianie od słów, jakie zawarł w opisie wydawnictwa jej główny kreator, czyli Tom Chant.

Ten utwór jest eksploracją jednego, niejasno zdefiniowanego stanu. Stanu zawieszenia. Albo zawieszonych ciał, z których każde wibruje we własnej, unikalnej częstotliwości.

Formą utworu jest stan. Muzyka jest opisem stanu, czyni to poprzez dźwięk. Wykonawcy także pozostają w stanie zawieszenia. I każdy z nich doświadcza zmiennego stanu wewnętrznego napięcia w akcie ilustrowania tego niezmiennego stanu zawieszenia.

Z ciszy i mroku, szelestu ciemności, stanu wyczekiwania, szmerów, ustawiania przedmiotów, które za chwilę wydadzą dźwięk, po 30 sekundach, następuje start kosmicznego dronu o jednostajnej amplitudzie. Dronu, który z minuty na minutę delikatnie pęcznieje w zakresie instrumentalnym (muzycy jakby dokładali kolejne klocki do konstrukcji narracyjnej). Dodatkowe, silniejsze akcenty elektroakustyczne pojawiają się niezwykle rzadko. Rodzaj artystycznej bojaźni i drżenia. Pulsacja, rezonans, dramaturgiczny niepokój ogarniają całą przestrzeń obiektu, w którym znajdują się muzycy, także całą przestrzeń wewnątrz naszej głowy (stół mikserski czuwa!). Dźwięki płyną szerokim, wartkim strumieniem. Na prawej flance pojawią się ultra drobne incydenty w tubie saksofonu sopranowego. Na lewej, akustycznie przejawia się obecność gitary. Środkiem zaś brnie z mozołem wielka armia wibratorów Vasco Trilli, choć on sam, zdaje się, że używa wyłącznie talerza i strzępek taśmy magnetycznej. Bliżej dźwięków, które na ogół kojarzymy z elementami zestawu perkusyjnego, pozostają Andorra i Prats. Reviriego zakleszczony w głębokim smyczku, trącym żeliwne struny kontrabasu. Fages generuje prądy i fale, które przenikają przez obiekty pozostałych muzyków (recenzent wielu rzeczy jedynie się domyśla, albowiem w dronie Stripped Abstract nie sposób precyzyjnie selekcjonować dźwięki). W 9 minucie wyjątkowo uważny słuchacz doszuka się w płynnej narracji ledwie odczuwalnego crescendo, ale może to tylko złudzenie, wywołane przebywaniem w środku drona. W 15 minucie odczuwamy coś na kształt sprzężenia elektrycznego na lewej flance, na prawej zaś doświadczamy zdarzeń perkusyjnych o syntetycznym posmaku. Muzyka, rodzaj gigantycznego extremum, które wsysa do wewnątrz wszystko, co napotka na swojej drodze. Bez wskazywania drogi powrotnej. 21-22 minuta, to nanoincydenty saksofonu, jakby znaki przecinkowe w potoku świadomości autora. Tuż obok jęki konających kobiet. Żywe granie, w którym dron trzyma się stanu permanentnego zawieszenia. Jego utrzymywanie musi stanowić spore wyzwanie dla wszystkich uczestników tego spektaklu (wzdycha z podziwem recenzent!). W 28 minucie pulsacja zdaje się ulegać drobnej mutacji, ale to także może być tylko złudzenie. W 33 minucie, w nasilającym się skomleniu saksofonu (w formie regularnych, urywanych fraz), dron jakby się rozwarstwiał. Odbiorcom tych dźwięków pozostaje już tylko jedna z dwóch opcji – orgazm albo śmierć!

Finałowe pięć minut dostarcza więcej mikrozdarzeń. 43 minuta, to perkusyjne zabawki, które multiplikują się w oddali. Narracja, która od wielu chwil sugeruje zaszyty w niej noise, od 44 minuty de facto nim się staje.  Ostatnie tchnienie dronu wydane zostaje na komendę. Stan ciszy, osiągnięty w perfekcyjny sposób, smakuje napalmem o poranku. Czas Apokalipsy 2017 dokonał się!


*) kataloński: Barcelona kontratakuje, epizod drugi