Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damon Smith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Damon Smith. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2026

Ewen, Smith & Walter play without the title!


W bogobojny dla niektórych piątek wrzucamy do odtwarzacza wyjątkowo gorące nagranie. Sandy Ewen na gitarze elektrycznej, Damon Smith na kontrabasie i Weasel Walter na instrumentach perkusyjnych, to amerykańskie trio, które śmiało zasługuje na miano power, choć rozumiane bardzo pokrętnie i raczej niestandardowo. Zapowiada się naprawdę niebagatelna przygoda. Bierzemy głęboki oddech i odlatujemy!

 


Pierwsza z siedmiu improwizacji jest najdłuższa, trwa ponad kwadrans i bodaj jako jedyna miewa chwile wytchnienia, zdjęcia nogi z gazu, próby łapania dramaturgicznego dystansu. Tak, czy inaczej kontrabas stawia tu stemple własną krwią, gitara tonie w onirycznej chmurze czegoś, co w ułamku sekundy może stać się paliwem atomowym, a perkusja (tu zwana perkusjonaliami, nie wiedzieć czemu) krąży wokół niczym szarańcza i zawłaszcza przestrzeń gęstej, jak wulkaniczna lawa narracji. Muzycy doskonale kontrolują jednak poziom intensywności. Gdy tylko zbliżają się do stadium hałasu, biorą głęboki oddech i pochylają się nad pojedynczym dźwiękiem, bo w tej demonicznej narracji liczy się każdy szczegół, a każdy fraza zdaje się pasować do pozostałych, jak elementy puzzle’a.

W drugiej opowieści muzycy przechodzą suchą stopą od porcji szumów i chropowatych szelestów do ekspozycji o niemal post-industrialnym posmaku. Ów kolektywny spazm sprawia, iż bywają tu momenty, gdy nie jesteśmy w stanie wskazać źródła danego dźwięku. W trzeciej części, mimo, iż gra spoczywa na brzmieniu smyczka, narracja staje się jeszcze bardziej intensywna – ciało w ciało, bez chwili zastanowienia, czy przestrzeni na refleksje. Perkusja wpada w galop, gitara sprzęga suchym powietrzem, kontrabas bliski jest noise possition. W kolejnej ekspozycji, tu huśtawce definitywnie mrocznych emocji, panoszą się porcje szmerów, metalicznych obcierek, czy prądu, który ścieka z gryfu gitary. Muzycy skaczą sobie do gardeł, ale wciąż pozostają w przyjacielskich relacjach.

Gdy wydaje się, że wszystko już wiemy o tym albumie, w części piątej i szóstej artyści dokładają nowe elementy, sprawiające, iż nasz dotychczasowy, duży już zachwyt przybiera jeszcze bardziej monstrualne rozmiary. Piątą przypowieść otwiera rozwibrowany, wysoko posadowiony smyczek. Jego melodia boli, podobnie jak kolejne spazmy perkusji. Gitara tonie w post-psychodelii, pozornie jest tu najmniej dotkliwym fonicznie atrybutem improwizacji. Tempo rośnie, każdy zakręt grozi śmiercią lub trwałym kalectwem. W szóstej części smyczek kreuje nowy gatunek muzyczny – to heavy barok! Artyści brną teraz w gęstym mule bagiennym, a każda akcja wymaga kolejnego napięcia mięśni. Przez moment zastygają w mrocznej mgle, to chyba najpiękniejszy moment tego albumu. To cisza, która buzuje post-hałasem. Nie po raz pierwszy perkusja sprawia jednak, że improwizacja dostaje kolejne życie.

Ostatnia opowieść w fazie początkowej wydaje się zagadkowo delikatna, wręcz spokojna. Muzycy z mozołem kręcą kolejne spirale narracji, jakby toczyli wielki kamień pod niekończącą się górę. Smyczek śpiewa żałobną pieśń pozostając w pozycji na kolanach, gitara krzyczy wraz z nim, a perkusja dynamicznie dygocze z emocji. Ostatnie dwadzieścia sekund płyty, to oddech konania.

 

Ewen/ Smith/ Walter Untitled (Balance Point Acoustic, CD 2026). Sandy Ewen – gitara, Damon Smith – kontrabas oraz Weasel Walter – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Cloud Recordings, Collinsville, USA, listopad 2025. Siedem improwizacji, 62 minuty.

 

 

wtorek, 15 kwietnia 2025

Keune, Ewen & Smith in Two Felt-Tip Pens: Live At Moers!


Bez zbędnej zwłoki, tudzież typowej dla leniwych recenzentów preambuły o dokonaniach artystów w trakcie minionych dekad ich wspaniałych karier, lądujemy ma majowym festiwalu w niemieckim Moers, którego tradycja sięga epoki kamienia łupanego, a bagaż fonograficznych dokumentacji ugiąłby nie jedno piętro takiej Tate Gallery dla przykładu.

Na outdoorowej scenie niemiecki saksofonista Stefan Keune i para jego amerykańskich przyjaciół – gitarzystka Sandy Ewen i kontrabasista Damon Smith. Muzycy festiwalowe expose formują w cztery epizody – ten pierwszy potrwa dwadzieścia minut, trzy kolejne nie przekroczą dziesięciu. Siadamy wygodnie na ubitej trawie i odpływamy w bezmiar swobodnej improwizacji o niepoliczalnych walorach piękna.



 

Od startu pewne kwestie dramaturgiczne wydają się z góry ustalone. Oś narracji spoczywa na masywnym kontrabasie, który na ogół frazuje arco, chętnie sięga po techniki mieszane, rzadziej bazuje na jazzowym pizzicato. Nad nim, wokół niego, mając do dyspozycji całą przestrzeń narracji, harcuje zuchwałe sopranino, które incydentalnie zastępowane bywa przez saksofon altowy. Rola gitary, niemal zawsze w opcji kreatywnych preparacji, to budowanie intrygującego tła, niekiedy mrocznego, onirycznego, innym razem ambientowego, o szorstkim posmaku, niezbędnego wszakże do wykreowania efektu końcowego.

Początek koncertu jest kameralny, ale bardzo swobodny, pulsujący zdarzeniami, nasycony zarówno kontrolowanymi okrzykami, jak i pojedynczymi, niemal filigranowymi frazami. Opowieść najczęściej jest linearna, chętnie formuje się w drony, zarówno nisko osadzone, jak i płynące samym środkiem nieba. Bywa, że kontrabasowo-gitarowa struga mięsistych (także szemrzących) dźwięków stanowi tu bazę, na której figluje rozhisteryzowane sopranino. Niebanalną dramaturgię tworzy tu zarówno zmienna technika kontrabasisty, jak i mikro eksplozje saksofonisty, zwłaszcza, gdy w rękach Niemca ląduje alt. Ten ostatni w końcowej fazie pierwszej improwizacje wynosi trio na drobne, ale bardzo efektowne wzniesienie.

W kolejnych odsłonach koncertu powraca sopranino. Na starcie drugiej części wyjątkowo interaktywna akcja lepiona z krótkich fraz, po czasie uformowana zostaje w kokon jakże kolektywnej improwizacji. Smyczek chętnie przyjmuje teraz barwy post-barokowe. Bywa, że muzycy skaczą sobie do gardeł, by po chwili tonąć w delikatnej zadumie, w pełnym zadowoleniu z poziomu wzajemnych interakcji. Z czasem improwizacja staje się jeszcze bardziej zmienna, rośnie w niej ilość dźwięków preparowanych, szczególnie kontrabasu i gitary. Opowieść znów ma uroczą fazę dronową, tu silnie zmelodyzowaną, także krótki epizod wyjątkowo nisko osadzonego smyczka. Początek trzeciej odsłony, to szumy i szmery zagęszczane podmuchami saksofonu. Flow faluje, łyka strzępy jazzu, powraca do jęczącej, post-barokowej głębi, aż w końcu kona na wydechu, niesiony odłamkami kontrabasowego pizzicato.

W ostatniej opowieści pojawia się drobny rytm, osadzony na wystudzonym gryfie kontrabasu. Bogata w wydarzenia kołysanka nabiera rumieńców zarówno temperamentem sopranino, jak i mocą gitarowych szelestów i skomleń. Opowieść ma kolejną, jakże błyskotliwą fazę dronową, jest przez moment silnie eskalowana mocą saksofonu, by ostatecznie popaść w kameralną medytację, tu budowaną imitacjami kontrabasu i saksofonu. Efektownego finału nie byłoby bez szelestu i rezonujących oddechów gitary.


Stefan Keune, Sandy Ewen & Damon Smith Two Felt-Tip Pens: Live At Moers (Balance Point Acoustics, CD 2025). Stefan Keune – sopranino, saksofon altowy, Sandy Ewen – gitara oraz Damon Smith – kontrabas. Nagranie koncertowe, Moers Festival, maj 2023. Cztery improwizacje, 42 minuty.



piątek, 20 września 2024

The September’ Round-up: Dooom Orchestra! SANTA! SYNC! García & Reviriego! Michalowski & Smith! Ekotonika! Doskocz & Kurek! Lencastre! Leblanc & Ferreira! Yamauchi & Kahn!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziesięć świeżynek, moc różnorodnych wrażeń, dźwięki z niemal całego świata!

Pośród tytułów wykonawczych sporo świetnie znanych nam postaci, ale też niemałe grono nowych nazwisk do bezwzględnego zapamiętania. Gatunkowy misz-masz jak zwykle na ekstremalnie wysokim poziomie – rozbudowany skład uprawiający predefiniowaną improwizację, dużo tej ostatniej w wersji jak najbardziej swobodnej, trochę jazzu, zarówno free, jak i kameralnego, a także z etykietą fussion, elektroniczne eksperymenty, zmysłowy dark ambient, post-rockowa polirytmia, czy lewitująca elektroakustyka. What ever you want!

Nasza podróż rozpocznie się we Włoszech, potem odwiedzimy Szwajcarię, Hiszpanię, Stany Zjednoczone, Polskę, Portugalię, Kanadę, a także daleką Japonię. Welcome to improvised heaven & hell!



 

Dooom Orchestra Our Sea Lies Within (Aut Records, CD 2024)

Onara Swamp Hall, Tombolo, Włochy, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perksyjne, Marco Valerio – bas elektryczny, Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 45 minut.

Tą włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie dowodzi perkusista Francesco Cigana, który na tych łamach nie jest postacią anonimową. Dwunastoosobowy skład kleci tu dla nas osiem opowieści, które sycą się zarówno estetyką post-jazzu, jak i swobodnej, ale niekiedy przesłodzonej i nazbyt wystudiowanej kameralistyki. W trakcie trzech kwadransów dzieje się dużo dobrego, ale wraz z upływem czasu ekspresja, jaka towarzyszyła artystom na starcie, zdaje się rozpływać w mocno kontrolowanej narracji.

Start, co się zowie! Saksofonista i wokalistka, z okrzykami na ustach, płyną post-jazzowym tembrem niesieni strugą bogatej instrumentacji, kreowanej zapewne pełnym dooom składem. Druga opowieść jest nerwowa, szyta prądem gitary i strunową akustyką skrzypiec. Wokalistka dodaje tu trochę czystego, bardziej kameralnego śpiewu. W następnych dwóch częściach poznajemy kolejne elementy tej gry – niemal molekularne otwarcie, rytmiczne piano, garść basowych dźwięków z prądem, jazzowe frazy dęte i nieco oniryczne wokalizy. Piąta część niepokojąco zbliża się do estetyki pop, z kolei szósta sieje sporo rockowego zamętu (wreszcie słyszymy tu perkusję!), ale ginie w kameralnej melodyce. W części siódmej napotykamy na rytmiczną, bardziej dynamiczną opowieść, zrodzoną wszakże w klimacie definitywnie kameralnym. Finał dostarcza nerwową kołysankę, zreasumowaną dialogiem wokalistki i saksofonisty, którzy ów album tak pięknie otwierali kilkadziesiąt minut wcześniej.



 

SANTA III (Santa Recordz, DL 2024)

Czas i miejsce nagrania nieokreślone: Andrea Cherchi – syntezator, sample, miksowanie, Giacomo Salis – instrumenty perkusyjne, obiekty oraz Antonio Pinna - perkusja, metallophone. Trzy utwory, 16 minut. 

Perkusjonalista Giacomo Salis, to kolejny włoski improwizator często goszczący na naszych łamach. Tym razem spotykamy go w trio, które od pewnego czasu wydaje w formie bezfizycznej kilkunastominutowe ep-ki, które przenoszą perkusjonalne i drummingowe ekspozycje do świata fussion – tak elektronicznego, jak i po części post-jazzowego. Tu pochylamy się nad trzecim epizodem serii.

Pierwszą opowieść tworzą migotliwe, rwane frazy elektroniki, syntetycznie brzmiąca warstwa basowa i frazy perkusji, których akcje z czasem łapią niemal polirytmiczny drive. W drugiej części pojawia się więcej perkusjonalnych fraz, kreowanych głównie na talerzach i plamy syntetycznego ambientu. Beat perkusji jest tu dość nerwowy i udanie kołysze narracją, nadając jej ponownie posmaku polirytmii, a także taneczności i melodyjności. Finałowa ekspozycja tonie w mrocznym ambiencie, barwiona frazami o brzmieniu wibrafonowym, formując się ostatecznie w kształtną balladę.



 

SYNC Catacryptico (Aut Records, CD 2024)

Spazio Panelle, Locarno, lato 2022: Sebastian Strinning - saksofon tenorowy i klarnet basowy, Natalie Peters - głos, Yara Li Mennel - skrzypce, głos oraz Jacek Chmiel – cytra, elektronika. Cztery improwizacje, 47 minut.

Międzynarodowy kwartet w znoju świetnie brzmiącej, nad wyraz swobodnej kameralistyki, buduje swoje narracje na ogół środkami akustycznymi, a incydentalne plamy elektroniki tylko dodają im urody. Muzycy frazują na ogół dość minimalistycznie, ale w momentach, gdy ów minimalizm gubią, ich kreatywność sprawia, że emocje płyną naprawdę szerokim strumieniem. Poza Chmielem członkowie SYNC, to dla tych łamów nowe nazwiska, zatem skrzętnie je zapisujemy i czekamy na tzw. ciąg dalszy.

Pierwsza i czwarta improwizacja, to formy rozbudowane, dwie środkowe są nieco bardziej zwarte w formie. Sucho brzmiący saksofon, delikatnie drgające strun skrzypiec, głos, który najpierw cmoka, potem melodyjnie zawodzi niczym kolejny dęciak, wreszcie minimalistyczne frazy cytry i incydentalne plamy elektroniki – to w ujęciu dźwiękowym aktorzy fazy otwarcia. Emocje są nam tu należycie dawkowane (buzują, gdy do gry wkracza klarnet basowy), w środku tli się ponadgatunkowa różnorodność i niemałe pokłady ciszy, a sam finał zdaje się być żałobną mantrą. Druga część, to plejady drobnych, niekiedy nerwowych fraz, preparacje i okrzyki. Z kolei trzecia odsłona syci się programowym minimalizmem, blisko posadowiona jest ciszy, pracuje elektronika, śpiewają metaliczne przedmioty. Z jednej strony plamy post-jazzu, z drugiej oniryczny ambient. Finał płyty jest anonsowanym wcześniej wybuchem kreatywności i pomysłowości, chwilami aż nazbyt bogatym w wydarzenia. Początek jest leniwy, dronowy, środek rozgadany, wsparty elektroniką, finał wielogatunkowy, nie bez akcentów zdecydowanie dynamicznych. Ostatnie cztery minuty, to nowy wątek, swoisty encore, zainicjowany przez elektronikę, a skomentowany onirycznym głosem saksofonu i wokalem z tekstem.




Miguel A. García/ Àlex Reviriego Heralds de l'hivern (Hera Corp., Kaseta 2024)

Czas i miejsce nagrania nieokreślone: Miguel A. García – elektronika, dźwiękowe manipulacje, miksowanie oraz Àlex Reviriego - no input mixer, elektronika (feedback), urządzenia różne, syntezator. Cztery utwory, 38 minut.

W ramach wątku północno-iberyjskiego proponujemy spotkanie starych dobrych znajomych. Kooperacja baskijsko-katalońska tym razem odbywa się wyłącznie w sferze elektroniki, tu wyjątkowo oryginalnej i naznaczonej piętnem niebanalnego konceptu. Większość dźwięków, jakie generuje Reviriego są bowiem efektem działania feedbacku, w czym pomaga także mikser, który zdaje się być fonicznym perpetuum mobile, albowiem daje coś od siebie, choć sam nie ma nic na wejściu. Prace Garcii bazują na bardziej konwencjonalnym oprzyrządowaniu elektronicznym.

Pierwszy utwór budują syntetyczne drony i plejady elektroakustycznych short-cuts – usterki i skwierczenia. Całość wydaje się dość mroczna, osadzona na dużej przestrzeni, która łapie także ochłapy dźwięków akustycznych. W kolejnej części muzycy rozbudowują arsenał artystycznych środków wyrazu – narracja nabiera gęstości, syntetyczności, brudnego, pokancerowanego brzmienia. W rezultacie licznych akcji dramaturgicznych opowieść staje się chropowatym dark ambientem. Trzecia odsłona trwa tu prawie trzynaście minut i zdaje się być kluczowym momentem albumu. Rodzi się w poświacie mrocznych szelestów, które formują się w wyjątkowo czarny ambient. Opowieść nabiera rozmachu, gdy na mrocznym tle pojawiać się zaczynają post-akustyczne frazy, będące zapewne efektem owego cudownego feedbacku. Sam finał przynosi melodyjne ukojenie. Ostatnia część jest równie bardzo bogata w wydarzenia. Od fraz rezonujących, rozbłysków elektro-akustycznej delikatności, poprzez drony i post-melodie, aż po kosmiczne brzmienia i na poły akustyczne zgrzytanie zębami. Flow nie przestaje być jednak wystudzony, czyżbyśmy mogli użyć tu określenia electronic chamber? W końcowej fazie opowieść narasta jak wielka orkiestra symfoniczna, po czym popada w długotrwały falling down.



 

Piotr Michalowski/ Damon Smith How to Ripen in Ice (Balance Point Acoustic, CD 2024)

Ziggy's Ypsilanti, USA, czas nieokreślony: Piotr Michalowski - klarnet basowy i kontraltowy, saksofon sopranowy i sopranino, flet japoński Shinobbue oraz Damon Smith - kontrabas. Siedem improwizacji, 46 minut.

Swobodna improwizacja, która intrygująco balansuje pomiędzy post-jazzem, a free chamber, zbudowana arsenałem brzmień dętych i kontrabasem, który zdolny jest do każdej ponadgatunkowej akcji, to treść polsko-amerykańskiego albumu, nad którym się pochylamy.

Artyści zaczynają z wysokiego C! Kompulsywne pizzicato & arco w jednym strumieniu kontrabasowego flow i dęte wyziewy realizowane na sporym pogłosie. Kameralna opowieść zakorzeniona w swobodnym jazzie zdaje się tu być równie błyskotliwa w pobliżu ciszy, jak i na drobnym, free jazzowym wzniesieniu. Na koniec zostaje okraszona dronem i śpiewem saksofonu. Drugą część muzycy kreują na nisko ugiętych kolanach. Klarnet i post-jazzowe pizzicato nie stronią od kameralnych dygresji, potem opowieścią kołysze nostalgiczny smyczek. Trzecia część skłania się ku swobodzie jazzu, a realizowana jest saksofonem sopranowym i kontrabasem, który studzi emocje szarpaniem za struny, a definitywnie je pobudza smyczkowym tańcem. W części czwartej pojawia się flet, a potem klarnet, w piątek powraca lekki saksofon, ale ma wyjątkowe ostre pazury. Oba fragmenty płyną jazzową strugą, ta druga, choć rodzi się kameralnie, śmiało zasługuje na miano ognistej. Szósta opowięśc jest ekspozycją solową kontrabasisty (piękny smyczek w bardzo niskich rejestrach!), która na sam koniec zostaje delikatnie skomentowana przez saksofonistę. Ostatnia narracja udanie reasumuje wyczyny artystów. Skrzy się jazzem sopranu i kontrabasowym wszędobylstwem, początkowo sprawia wrażenie pożegnalnej ballady, z czasem staje się kolejną żwawą, ognistą akcją.




Ekotonika To Get Lost (Antenna Non Grata, CD 2024)

Łódź, Kraków, 2023: Mat Barski – gitara elektryczna, sampler oraz Marcin Karton Karczewski – syntezator, kontrabas, stomp boxes. Pięć utworów, 30 minut.

Na tych łamach definitywnie lubimy dark ambient! Zwłaszcza, gdy lepiony jest z wielu nieoczywistych, niejednorodnych strumieni nie tylko mrocznych dźwięków. Krajowa Ekotonika nam to gwarantuje, budując zwartą, dość krótką opowieść zarówno foniami żywymi, jak i syntetycznymi. Piękny, depresyjny tytuł albumu podkreśla ładunek emocji, jaki niesie całe nagranie.

Pierwszą opowieść otwiera mroczna pulsacja gitary, basowy background i strunowe zdobienia. Dolina narracji trzeszczy, góra wznosi się ku zachmurzonemu niebu. Finałowy ambient zdaje się rozbłyskiwać w chmurze industrialnego pyłu. W kolejnych odcinkach muzycy dodają nowe elementy sprawiając, iż ich dark ambient mieni się nadzwyczaj obfitą paletą kolorów. Słyszymy brzmienia przypominające sakralne organy, wszędzie panoszą się gitarowe chroboty i akustyczne zgrzyty z nieznanego źródła, a w części trzeciej niepodziewanie dajemy się ponieść pewnej wewnętrznej, nerwowej dynamice. Czwarta opowieść trwa dziesięć minut i jest przeto najatrakcyjniejsza pod względem dramaturgicznym. Na czele rozhuśtanego orszaku maszeruje gitara, w tle pulsuje basowa, mroczna otchłań, a dalece zaskakujący finał puentuje dźwięk nadlatujących Ptaków Hitchcocka. Z kolei końcowa ekspozycja nie szczędzi nam dźwięków preparowanych, połamanych fraz post-perkusyjnych i plejady drobnych, elektroakustycznych usterek.



 

Doskocz/ Kurek Wrrr (Antenna Non Grata, CD 2024)

Beskid Mały, luty 2023: Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Wojtek Kurek – perkusja. Dziesięć utworów, 33 minuty.

Doskocz i Kurek grają razem od lat, ale takiej petardy dźwięków wcześniej nam nie dowozili. Dziesięć krótkich wiadomości wprost z ponadgatunkowego piekła. To improwizowany post-rock zaplątany w gęstą, psychodeliczną polirytmię, to muzyka, która rządzi nami od pierwszej do ostatniej sekundy, no i na koniec, oczywiście, nie bierze jeńców.

Przesterowany wyziew gitary i dynamiczny drumming po ostrych krawędziach lepią tu start, który sieje popłoch, przypomina wykrwawiający się drum’n’bass. Druga odsłona zabiera nas w bezmiar afrykańskiej polirytmii, czyniąc niemal etniczne rytuały, okraszone poszukiwaniem hard-rockowych korzeni gitary. Zaraz potem muzycy z drobiazgów, strzępów fonii klecą połamaną strukturę, która pęcznieje jak ciasto na dobrą pizzę. W czwartej części opętani rytmem niszczyciele czystości gatunkowej doładowują nas hałasem, by wszystko spuentować dudniącym 2stepem. W piątej części króluje zdewastowany rock, który wpada w rytualny taniec, z kolei w szóstej wracamy do afrykańskiej polirytmii. W dwóch kolejnych short-trackach dominuje rozdygotana z emocji gitara. Jej pick-upy stają w płomieniach, ale wsparte rytmem zabierają nas na psychotrip po bezdrożach kompletnie pijanej Luizjany. Zaraz potem pojawia się kojąca post-melodyka, która mości się rytmicznie na grzęzawisku umierającego robactwa. Dziewiąty numer, to już jazda bez trzymanki. Let’s go to India, krzyczą artyści, a ich drum’n’bassowy flow zdaje się być sycony brzmieniem zdezelowanej drumli. Taniec nie ma tu końca, a wokół panoszy się swąd przypalonego curry. Albumowa puenta toczy się już spokojnym strumieniem umiarkowanie hałaśliwego rocka, który puszcza do nas oko, bo wie, że i tak rządzi wszechświatem. Gęsty, instynktowny finał, bez zbędnego dźwięku.  



João Lencastre Free Celebration (Robalo, CD 2024)

Louva-a-Deus Studio, marzec 2024: Ricardo Toscano - saksofon altowy, Pedro Branco - gitara, João Bernardo - instrumenty klawiszowe, syntezator, Nelson Cascais - bas, João Pereira – perkusja oraz João Lencastre – perkusja. Dwanaście kompozycji, 50 minut.

Czas na jazz! Kompozycje Ornette Colemana, Theloniousa Monka, Herbie Nicolsa i dwie improwizacje własne sekstetu – wszystko zgrabnie zaaranżowane, dynamicznie wykonane, bez słodyczy jazzowych ballad, z zaszytym nerwem free. Szefem bandu jest świetnie nam znany portugalski perkusista, który – co nie jest częste - do składu zaprosil także drugiego perkusistę. Muzyka zwinna, swobodna, do tańca, i do różańca, ze znakiem synkopowanej jakości.

Utwory pierwszy i dziesiąty, to improwizacje. Ta pierwsza syci się prawdziwie kameralnym urokiem, ta druga nie szczędzi nam preparacji i małych melodii. Cała reszta należy już do trzech legend jazzu! Muzyka swinguje, jest ekspresyjna, a po szybkiej ekspozycji tematu następuje rozbudowana faza kolektywnych improwizacji, niemal każdorazowo nasączona jakością instrumentalną i kreatywnością. Szczególnie efektownie wypadają songi Colemana, pełne zrywnej melodyki i fantastycznie połamanej rytmiki, świetnie podkreślanej podwójnym zestawem perkusyjnym. No i nieśmiertelna Kathelyn Gray! W utworach Monka i Nicolsa słyszymy więcej jazzowego ładu, a także intrygujące akcje pięknie brzmiących organów Hammonda. Muzykom starcza też czasu, by jazzowe evergreeny nasączać dużą dawką całkiem swobodnych improwizacji, jak choćby w introdukcji utworu siódmego, monkowskiego Shuffle Boil. Z kolei w ósmej odsłonie i colemanowskim Toy Dance zwracają uwagę smakowite preparacje gitarzysty. Jedenasta część, to colemanowski Forerunner, który staje się okazją do popisów dla perkusistów, zarówno solowych, jak i w duecie.  Wieńczy go efektowna galopada, definitywnie ostro przyprawiona.




Karoline Leblanc & Paulo J Ferreira Lopes Edged Once Fractured (atrito-afeito, CD 2024)

Montreal, 2019-2023: Karoline Leblanc - harpsichord, fortepian, pipe organ, instrumenty różne oraz Paulo J Ferreira Lopes – gongi, dzwony, talerze, instrumenty różne. Jeden utwór, 33 minuty.

Kanadyjską pianistkę Leblanc gościliśmy na Trybunie wielokrotnie, ale w czasach pandemii jej aktywność artystyczna nieco przyhamowała. Teraz powraca w ekspozycji duetowej ze swoim stałym partnerem (nie tylko muzycznym), portugalskim perkusistą Ferreirą Lopesem. Muzycy proponują nam kolaż improwizacji, jakie nagrali głównie w okresie rzeczonej pandemii w Kanadzie. Muzyka mieni się tu wszelkimi kolorami tęczy, albowiem artyści generują dźwięki nie tylko na swoich podstawowych instrumentach (pełne dane powyżej).

Jednotrakowa Improwizacja składa się z trzech części, które łączą drobne, niemal niedostrzegalne w ujęciu dramaturgicznym pauzy. Początek budują frazy inside piano i nerwowe, perksyjne talerze. W strumieniu narracji raz za razem pojawiają się foniczne niespodzianki, dźwięki preparowane z samego dna pudla rezonansowego, czy też drżące akcje na glazurze werbla. Pierwsza część albumu ma kilka faz, zgrabnie sklejonych zwinnymi palcami miksującego - akcje perkusjonalne z obu stronach, passus brzmienia organowego, czy wreszcie moment dalece kreatywnego minimalizmu. Pierwszy definitywny restart improwizacji ma miejsce w okolicach 10 minuty i dość szybko wprowadza nas w stadium soczystego post-industrialu, który komentują fonie przypominające watahę owadów w locie wnoszącym, a także garść dętych podmuchów. Kolejna porcja ciszy ma miejsce w okolicach 25 minuty. Finałowy wątek lepi się z drobnych fraz strunowych i blaszanych. Niektóre z nich są mroczne, zamglone, inne dość hałaśliwe i rezonujące. Ostatnia prosta, to zawieszony w czasie i przestrzeni minimal.



 

Katsura Yamauchi & Jason Kahn Time Between (Ftarri Label, CD 2024)

At Hall, Oita (pierwsze dwa utwory), IAF Shop, Hakata (dwa kolejne), październik 2023: Katsura Yamauchi – saksofon oraz Jason Kahn – elektronika. Cztery utwory, 57 minut.

Jasona Kahna gościliśmy ostatnio z koreańskim nagraniem wokalnym, ale świetnie wiemy, że domeną jego artystycznego życia jest elektronika. Powracamy teraz do niej i zapraszamy na spotkanie z japońskim saksofonistą Katsurą Yamauchim. Album zawiera rejestracje z dwóch koncertów. Muzyka toczy się tu na ogół leniwie, bazuje na dętych dźwiękach preparowanych i nieinwazyjnych porcjach wytrawnej elektroniki. Warto się wybrać w tę prawie godzinną podróż.

Każdy z koncertów składa się z części głównej i znacznie krótszej dogrywki. Minimalistyczny początek dobrze wróży tu całości. Dominuje wyrafinowana elektroakustyka - szmery z tuby i plamy stojącej syntetyki, a potem wystudiowane preparacje, pojękiwania, zgrzyty i strumienie harshowych szumów. Jeszcze ciekawiej jest w chmurze rozkołysanego rezonansu, a potem w trakcie słuchowiska wprost z radiowych fal definitywnie długich częstotliwości. Dogrywka przypomina post-industrialną lewitację, doposażoną w martwą, dętą melodykę. Drugi koncert rodzi się w jeszcze bardziej minimalistycznym środowisku. Pomiędzy muzykami panoszy się dużo zabłąkanej ciszy. W dalszej fazie nagrania Jason i Katsura budzą się jednak do życia i efektownie interferują, a pod koniec lewitują i repetują. Dogrywka drugiego koncertu jest chyba najgłośniejszym fragmentem albumu. Oszczędny początek jest tu dalece zwodniczy. Kahn zdecydowanie dokłada do ognia, Yamauchi powtarza ulubione melodie. 

 

 

piątek, 14 sierpnia 2020

Karayorgis, Smith & Rosenthal as Cliff Trio and their Precipice


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana


Czasy mamy potwornie ciężkie, ale muzyki improwizowanej produkuje się na całym świecie jakby w nadmiarze. Muzycy w zaciszu domowych pieleszy poszerzają całkowicie już rozszerzone techniki wydobywania dźwięków, pławią się w bezkrytycznej awangardzie, aż … czasami chce się nam wyjść z kina, cytując klasyków.

Proponujemy zatem dziś opowieść prawdziwie jazzową, która być może niczym nas nie zaskoczy, ale z drugiej strony, istnieje ogromne prawdopodobieństwo, iż dostarczy nam ogromny i jakże potrzeby zastrzyk dobrego samopoczucia. Dwa koncerty pewnego amerykańskiego tria, zebrane na jednym, dość długim krążku. Z jednej strony nafaszerowane swobodną improwizacją, narracyjnym luzem i dramaturgiczną bezpretensjonalnością, z drugiej - dźwięki gotowe zadowolić nawet mniej wymagających fanów jazzowego mainstreamu. Zatem propozycja idealna na kuriozalne lato 2020.

 


Pandelis Karayorgis na fortepianie, Damon Smith na kontrabasie oraz Eric Rosenthal na perkusji działają pod szyldem Cliff Trio. Na płycie wydanej przez Fundację Słuchaj!, zatytułowanej Precipice, zabierają nas na dwa koncerty do amerykańskiego stanu Massachusetts, do klubu Lilyad w miejscowości Cambrigde. Żeby było niebanalnie, najpierw posłuchamy nagrania z czerwca 2019 roku, potem nagrania … z marca tegoż roku.

W pierwszy (czyli drugi) koncert wchodzimy bez specjalnej gry wstępnej. Kanty masywnego kontrabasu, wartkie strumienie dźwięków z szerokiej klawiatury fortepianu, wreszcie bystry drumming, precyzyjnie trafiający w punkt zwrotny każdego przebiegu improwizacji. Open jazz grany z zębem, saperskim skupieniem i wodewilowym niemal rozchełstaniem. Zygzaki basu, rytm piana i szelest talerzy – wielka maszyna jazzu, która pracuje z precyzją szwajcarskiego zegarka. Szybko na scenie pojawia się smyczek, uczepiony gryfu kontrabasu, równie niezwłocznie eksploduje kreacja na klawiaturze (wyjątkowo wszechstronny i biegły technicznie pianista zdaje się mieć w wielu momentach przynajmniej dwie pary rąk!), a progresywna perkusja buduje niezbędną dynamikę. Pierwszy ogień, godny free jazzowych evergreenów, muzycy fundują nam już przed upływem piątej minuty. Po nich czas na pierwsze mikro ekspozycje solowe. Zaczyna Rosenthal, tuż po nim Smith (niebywałym jest, jak wielki strunowiec w rękach jeszcze potężniejszego mężczyzny zamienia się w delikatnego motyla!), wreszcie nad wyraz kameralny Karayorgis. Muzycy budują zwinne free chamber, które szuka dramaturgicznego fermentu. Ale akcja zdaje się tu gonić akcję. Powrót jazzowych fraz następuje w mgnieniu oka. Muzycy jeszcze przed upływem pierwszego kwadransa koncertu są w stanie zaprezentować nam niemal pełne spektrum stylistyczne najszerzej rozumianego współczesnego jazzu! Kolejnym na to dowodem fantastyczne solo kontrabasu – arco, które śpiewa, pizzicato, które tańczy! Swoje dokłada pianista - buduje post-ragtime'owy rytm i zabiera partnerów na kolejną, galopującą przebieżkę. Krótkie przejście w tryb fire music i piękne, jakże kameralistyczne zakończenie pierwszego utworu, zwieńczone burzą oklasków.

Druga, krótka partycja łamie rytm, każe zejść smyczkowi na sam dół kontrabasowego gryfu, ale narracja w ułamku sekundy dynamizuje się, czemu pomaga szybkie solo po krawędziach werbla. Bez zbędnej zwłoki muzycy przenoszą nas na drugi koncert! Otwiera je imponujące solo smyczka (który to już raz!). Drobne preparacje, komentarz perkusyjnych szczoteczek, plamy minimalistycznego piana. Filigranowa opowieść, budowana z drobiazgów, nabiera mocy głównie dzięki popisowym frazom pianisty. Czwarta część płyty, to zasadnicza część drugiego z koncertów. Trio zaczyna je kolektywnym na raz, kipiel free jazzu osiągając w niepełne sto sekund. Kolejny order jakości przyznajemy pianiście. Jakże nieczęsty to przypadek, by muzyk świetnie radzący sobie nawet w ekstremalnych pasażach free pozbawiony był typowych dla pianistów tego gatunku dramaturgicznych natręctw. Jak on słucha, jak potrafi zamilknąć, by jeszcze podrasować działania partnerów. Brawo! W połowie tej części koncertu muzycy błyskotliwie tracą dynamikę i wchodzą w fazę mroku, suspensu i niemal barokowego piękna (smyczek Damona znów czyni cuda!). Kolejna faza jazzu kłuje klasą mistrzowską. Tempo (czasami karkołomne), barwa fortepianu, moc strun kontrabasu i jeszcze perkusyjne solo, nie bez akcentów percussion prepare. Nim wybrzmi ponad 20-minutowy utwór, muzycy jeszcze kilkukrotnie zmienią parametry dynamiki i sposoby frazowania, by spłonąć w ogniu free jazzu na sam jego koniec.

Ostatni antrakt koncertu inicjuje pianista. Znów szyje post-ragtime’owy flow. Bas i perkusja wchodzą do gry (z jaką delikatnością!) tuż przed upływem trzeciej minuty. Damon włącza tryb dynamicznego pizzicato i trio może skakać w ostatnią dziś kipiel. Niespodziewanie Pandelis na chwilę milknie, dając partnerom kilka chwil na imponujące solo … w ducie. Wraca na definitywnie finałowy już akt – open jazz, który bucha ogniem i emocjami, doprowadzając nas do ostatnich na tej płycie burzliwych oklasków.

 

 

czwartek, 4 stycznia 2018

John Butcher! In addition to the 2017’ works! *)


Jak to zwykle bywa w przypadków muzyków kreatywnych, każdy rok kalendarzowy przynosi kilka lub nawet kilkanaście nowych wydawnictw. Nie inaczej jest w przypadku brytyjskiego saksofonisty Johna Butchera, postaci pomnikowej współczesnego free improv, przynajmniej z punktu widzenia Trybuny Muzyki Spontanicznej.

O doskonałej płycie Last Dream of the Morning pisaliśmy złotymi literami minionej jesieni, przy okazji śmiało sadowiąc ów krążek, po niedługim czasie, na liście najlepszych płyt roku (co miało miejsce dokładnie cztery dni temu).

Poza w/w tytułem dyskografia saksofonisty ze Zjednoczonego Królestwa powiększyła w trakcie minionych dwunastu miesięcy jeszcze o pięć pozycji (przynajmniej wedle dociekań Pana Redaktora). Dziś nad dwiema z nich pochylimy się dość szczegółowo, a o pozostałych wspomnimy w nadziei, że przyjdzie kiedyś czas na ich odsłuch.




John Butcher/ Damon Smith/ Weasel Walter ‎ The Catastrophe of Minimalism  (Balance Point Acoustics)

Nowe wydawnictwo nie zawsze oznacza … nowe nagranie. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku Katastrofy Minimalizmu, po części, dotyczy także drugiej z omawianych dziś płyt. Oto bowiem błyskotliwa, dalece swobodna improwizacja w składzie: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Damon Smith – kontrabas (a także odrobina elektroniki) i Weasel Walter – instrumenty perkusyjne, zarejestrowana została w czerwcu … 2008 roku (koncert w Grand Oakland, Kanada). Płytę, jak najbardziej świeżą, dostarcza Balance Point Acoustic – 5 utworów, blisko 55 minut muzyki.

One. Start improwizacji wyznacza gęsty, soczysty tembr silnego kontrabasu Damona (on sam też jest … potężnie zbudowany). Tenor Johna jest rozwibrowany, a działania perkusjonalne Weasela, dla odmiany, dość delikatne i wysublimowane (za pełnym zestawem drummerskim, muzyk ten bywa ogniście wybuchowy!). Intro trwa niespełna trzy minuty.

Two. Ostry werbel i szczypta talerzykowania stanowi początek kolejnej improwizacji, już pełnowymiarowej w aspekcie czasowym. Krótkie solo perkusyjne zostaje zmysłowo skomentowane przez kontrabas. Saksofon pojawia się po 120 sekundach. To drastycznie zmutowany sopran (i tu, walory akustyczne są wyjątkowe). Muzycy improwizują w stanie permanentnego zwarcia. Akcja! Reakcja! Nie żałują energii, nie stronią od emocji na scenie. Smykowy kontrabas nabiera demonicznego wymiaru, drumming jest szybki, zwinny, nie mniej błyskotliwy niż rozpędzony saksofon. 6 minuta oznacza krok w doom improv. Oniryczna, zmysłowa, wstrząsająca narracja, który z każdą sekundą zagłębia się w ciszy.

Three. Powrót do krwistej dynamiki! Improwizacja leje się, jak niewystudzony napalm, który pali wszystko do gołej ziemi. Tenor Butchera jest agresywny, sekcja pędzi, jak szalona. Zgodnie z wyjątkowo udanym tytułem całej płyty, muzycy definitywnie stronią od zachowań minimalistycznych. Kontrabas rządzi i rozrywa struny ostrym smykiem. Tu także, 6 minuta oznacza zejście w cichsze rejestry. Wyrafinowana sonorystyka, to naturalna kolej rzeczy. Kilka minut zadumy i muzycy ponownie ruszają na wyprawę! Ta ma wyjątkowo free jazzowy wymiar, czemu sprzyja dynamiczny walking Smitha. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni, Butcher schodzi na dalszy plan i daje się Jankesom wyszaleć. A Ci, jakby dostawali dodatkowy zastrzyk energii! Powrót saksofonu jest precyzyjny, szumi kropelkowo i zdaje się kiełznać ambicje partnerów. Piękny, sopranowy taniec, prawdziwie ptasia eskalacja. Dwudziestominutowa epopeja dobiega końca, a jej główną cechą charakterystyczną – ciągła zmiana biegu narracji. Na sam finał, liryczny dialog Johna i Damona.

Four. Odrobina wzajemnego siłowania się. Kontrabas brzmi jak piła mechaniczna, saksofon jak kosa, a drummer stawia upocone stemple. Dynamika rośnie, ekspresja leje się po ścianach, a jedyny, który nie milknie na całej płycie, to kontrabasista. Galop przy wtórze kropelkowej ekspozycji sopranu. Bodaj najszybszy fragment Katastrofy. Zdaje się także, iż Damon wreszcie podłączył swoje elektroniczne akcesoria. Groźne, soczyste tło dla improwizacji, i tak wprowadzonej bardzo nisko. Drżenie, które ostrzega przed konsekwencjami zaniechania. Ale nie na tej płycie! Solo Waltera, rodzaj bezczelnej odpowiedzi. Burza z piorunami, to z kolej efekt działań Smitha. W 10 minucie smykowa ekspozycja studzi emocje (by the way… sax milczy od dość dawna). Kontrabas zjeżdża na sam dół! Sopran powraca! Panowie czynią swoją powinność, zmysłowo dyskutując na niezobowiązujące tematy.

Five. Prychanie saksofonisty, trochę jak komentarz w kontekście brudnych paluchów kontrabasisty na skwierczących strunach, grających niczym dobosz na odpuście. Bystry free jazz! Konwulsje na zestawie perkusjonalnym! Baa, wszyscy muzycy zdają się szczytować w tym właśnie momencie! Stop w błyskotliwą sonorystykę znów jest mistrzowskim pociągnięciem! Ta, osadzona jest jednak w podskórnym rytmie, przez co finał tej dramatycznie dobrej płyty jest niecodzienny. Erupcja tenoru wieńczy dzieło! To bodaj pierwsze spotkanie muzyków w takim układzie personalnym. Wszakże poziom synergii wewnątrz tria, jakby zadawał kłam temu faktowi. Brawo!




Akio Suzuki/ John Butcher ‎ Immediate Landscapes (Ftarri, 2017)

Przed nami kolejna płyta, która obok stosunkowo świeżego materiału, zawiera także rejestrację, która czekała na upublicznienie wiele lat (tu, ponad dekadę). Johnowi Butcherowi – saksofon tenorowy i sopranowy, na krążku Immediate Landscapes, towarzyszy Akio Suzuki, którego instrumentarium pozwalam sobie zacytować w całości, dodatkowo jedynie w języku Szekspira - Pebbles, Glass Plate, Sponge, Pocket Bottle, Voice Analapos, Brass Plate, Cardboard Box, Wood Screws, Bamboo Stick, Metal Plate, Noise Whistle, Swizzle Sticks (dociekliwych Czytelników odsyłam do internetowego translatora). CD dostarcza nam dokumentację dwóch koncertów. Pierwszy odbył się w ramach wydarzenia określonego jako Arika Resonant Spaces Tour, Scotland & Orkney (czerwiec, 2006). Drugi zaś, blisko dekadę później w Tokyo, tym razem w ramach Ftarri Festival (listopad, 2015).

Starszy z koncertów (utwory 1-5) zawiera w głównej mierze, podawane w niezwykle onirycznym klimacie, na dużym pogłosie akustycznym, etno-pląsy na rozbudowany zestaw niestandardowych przedmiotów wydających dźwięki i zatopiony w ich soundzie saksofon sopranowy, pracujący na ogół w bardzo wysokich rejestrach. Japończyk, który obok faktu bycia czynnym muzykiem, jest także konstruktorem swojego instrumentarium i… szamanem (info: discos.com), dominuje w nagraniu, zarówno pod względem akustycznym, jak i dramaturgicznym. Butcher rzadko wychodzi przed szereg, częściej koncentruje się na komentowaniu poczynań partnera i akompaniowaniu. W jego tubie dzieją się zapewne akustyczne cuda, ale giną one w pogłosie i florze dźwiękowej, produkowanej przez Suzukiego. Rytuały szamańskie dzieją się na naszych … uszach, ale radości recenzentowi przynoszą stosunkowo małą porcję. Nie brakuje klimatów typowych dla field recordings, prób sonorystycznych reakcji saksofonisty, czy perkusyjnych, wzajemnych imitacji, ale aura przestrzeni dominuje niepodzielnie w trakcie ponad 30 minutowego koncertu.

Koncert całkowicie nam już współczesny (utwór 6, 26 minut z sekundami), szczęśliwie odbywa się już w bardzo przyjaznych warunkach akustycznych. Muzycy zeszli na ziemię i zaczęli improwizować w sposób zdecydowanie bardziej przyswajalny dla recenzenta. Ten ostatni wreszcie może podelektować się dźwiękiem. Nadal w nagraniu dominują wysokie rejestry (chwilami baaardzo!), ale w tych okolicznościach przyrody jest także okazja, by docenić kunszt improwizatorski Japończyka. Narracja dostarcza dużo dźwięków w jednostce czasu. 8-9 minuta, to zmyślne sonore saksofonu na tle trąco-trzeszczących powierzchni płaskich i owalnych. Rodzaj dobrej improwizacji, która utrzymuje kontakt z podłożem. W 15 minucie do zdecydowanej gry wchodzi tenor, komentowany szeregiem drobiazgowych incydentów perkusyjnych. 18 minuta, to przykład uporczywego ugniatania … balonika. Dzieję się zatem sporo, choć podobnie, jak w przypadku pierwszego koncertu, dramaturgicznie prym wiedzie Suzuki. Choć owo drugie spotkanie jest karkołomnie ciekawsze, to płytę Immediate Landscapes czeka w przyszłości raczej duża porcja kurzu na jednej z wysoko położonych półek w salonie recenzenta.


****

Dyskografię Johna Butchera, datowaną na rok 2017, uzupełniają jeszcze trzy pozycje. Litewski NoBusiness Records dostarczył, jedynie na winylu, ciekawy personalnie kwintet Anemone. Nagranie A Wing Dissolved in Light firmują, obok Johna, także Peter Evans (tp), Frédéric Blondy (p), Clayton Thomas (b) i Paul Lovens (dr).

Kolejny winyl, to duet saksofonisty z japońskim gitarzystą Keiji Haino. Nagranie wydane przez londyńskie Cafe Oto, to także rejestracja koncertu, zgodnie zresztą z tytułem wydawnictwa -  Light Never Bright Enough. Live at Cafe Oto.

Najnowszą produkcją Butchera jest niezwykle intrygujący kwartet, w którym odnajdujemy także Johna Russella (g), Dominica Lasha (b) i Slavika Solberga (dr). CD zwie się Into Darkness i zawiera rejestrację koncertu z IKLETIC (Ircd).

Redakcja czeka na możliwość odsłuchu tych ostatnich trzech pozycji. Z pewnością warto!


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie recenzowanych dziś wydawnictw.


*) ang. W uzupełnieniu prac datowanych na rok 2017



piątek, 7 kwietnia 2017

Frode Gjerstad – z notatnika podróżnika: świeże zapiski


Norweski saksofonista i klarnecista, Frode Gjerstad – postać bezwzględnie pomnikowa dla sceny muzyki improwizowanej północnej części Europy – przebywa w stanie permanentnej podróży. Wiemy to doskonale, listując na Trybunie każde jego nowe dokonanie fonograficzne, na ogół dokumentujące kolejny koncert artysty na kolejnym kontynencie naszej zacnej planety.

Dziś czas na dwie pocztówki z dość świeżych muzycznych wypraw muzyka. Będzie niezapominajka z gorącego Texasu, będzie pamiątka z górzystego Chile. Obie wszakże poprzedzi zapis pewnego incydentu muzycznego, jaki dokonał się całkiem niedawno w … rodzinnym Stavanger.


Domówka z Paalem Nilssen-Love, Stavanger, Wrzesień 2016

Młodszy od Gjerstada o 26 lat, wybitny freejazzowy perkusista, Paal Nilssen-Love tak często wchodzi w muzyczne zwarcia ze starszym saksofonistą, iż śmiało można określić ich muzyczny związek mianem nierozerwalnego, zszytego ołowianą pępowiną, której nikt nigdy nie zdoła przeciąć.

Paal pozostaje od lat istotnym elementem składowym tria Gjerstada. Panowie generują wspólnie dźwięki także w większych formacjach (choćby Circulasione Totale Orchestra). Incydentalnie nagrywają w duecie. Ich najnowsze wydawnictwo w tej konfiguracji (bodaj piąte) będzie przedmiotem tej epistoły.




Co istotne i nieczęste, zwłaszcza we współczesnej dyskografii starszego z Norwegów, płyta Nearby Fareway (PNL Records, 2017) zawiera nagrania poczynione w studiu nagraniowym, co krytycznie odróżnia je od innych, na ogół koncertowych ujawnień Gjerstada w ostatnich latach. Dedykowane wielkiemu przyjacielowi Eivinowi One Pedersenowi (grali razem choćby w grupie Detail), dziewięć improwizacji opatrzonych tytułami, zajmie nasze receptory słuchu przez około 41 minut.

Fragment otwarcia toczy się w niezwykle spokojnej i przyjaznej atmosferze (co zresztą będzie cechą konstytuującą jakość całego nagrania). Frode snuje zwinne pląsy na dobrze dostrojonym alcie, chwilami milknące w złocistej sonorystyce, a Paal z dużą atencją, rytmicznie opukuje swój podręczny werbel. Drugi odcinek tej przygody moglibyśmy nawet zakwalifikować do kategorii improwizowana ballada. Niezwykle skupiony jest tu szczególnie drummer, który ewidentnie niczym nie chce zakłócać smukłych, klarnetowych pasaży. Na trzecim Gjerstad wraca do saksofonu i budzi duet do bardziej energicznych zachowań. Jego alt jest skoczny i niemal frywolny, zaś perkusyjna robota PNL wchodzi na poziom ekspresji bardziej charakterystycznej dla tego muzyka. Ów najdłuższy (ponad 9 min) odcinek Nearby Fareway pozbawia nas wszelkich wątpliwości – saksofonista dotarł do studia w doskonałej formie! W kolejnej części, zgodnie z prawej serii, powraca klarnet. Frode tyczy na nim prawdziwe hard-oratorium, woła o skupioną uwagę, czemu wtóruje wyjątkowy barwny i ilustracyjny Paal (on tu ma misję do spełnienia!). Piąty wytracą słuchacza z oczekiwanych emocji, albowiem w ustach Gjerstada ląduje saksofon basowy. Ckliwie burczy w gnieździe komarów, a lekko pobudzony (być może wyrwany z letargu) Nilssen-Love ostrzy pazury i multiplikuje progresywny drumming. Szósty znów zaskakuje brzmieniem – królowanie rozpoczyna klarnet basowy! Frode gra nieśpiesznie, a Paal pięknie przyozdabia jego pasaże, zmyślnie je komentując, jakby sonicznie amplifikował muzyczny przekaz partnera. Kolejny fragment (znów niezbyt długi) przywraca do łask, chwilowo zapomniany, saksofon altowy. Jego zawadiacki tembr, zmysłowo inkrustowany jest rytmem, melodyką i buchającą wyobraźnią perkusisty. I tak już do końca płyty – ósmy i dziewiąty – alt nie opuszcza warg saksofonisty. Jego partner buduje fundamenty niskich częstotliwości, ciekawie korzystają z bębna basowego. Prawdziwie ascetyczny, wycyzelowany free improv! Tę doprawdy wyśmienitą rejestrację studyjną wieńczy Duch, którego atrybuty muzycy komentują w nieczęstej, w tym fragmencie ich życia, ekspresyjnej galopadzie. Finał stawia nas na baczność i czeka na burzę oklasków. Refleksja uradowanego recenzenta: choć saksofon altowy dominuje na tej płycie (jak i w całej historii muzycznego życia Gjerstada), to szczególnie udane zdają się być pozostałe instrumentacje (zwłaszcza rzadko używane przez niego – saksofon basowy i klarnet basowy). Cała płyta, to przy okazji, doskonały warsztat sonorystyczny obu muzyków, który z pewnością owocował będzie kolejnymi świetnymi koncertami, w trakcie ich licznych wypraw na skraj świata. Frode na wysokim gazie, Paal – tu bardziej w roli służebnej - precyzyjny, konsekwentny, z inteligencją emocjonalną na krzywej wznoszącej, jakby urodził się tylko po to, by grać ze swym starszym rodakiem. Doskonała płyta!


Trzyosobowa ekspozycja, pocztówka z Austin, Texas, No Idea Festival, Luty 2016

Szybko opuszczamy norweskie Stavanger i lotem upalonego trzmiela, docieramy do gorącego Texasu. Jest luty, zatem upał jeszcze dość znośny. Szczęśliwie nasz bagaż nie zaginął na wielkim lotniku w Austin. Trafiamy na lokalny festiwal o fantastycznej nazwie No Idea. Na scenie, obok naszego norweskiego podróżnika, dwóch podejrzanych typów. Pierwszy zwie się Alvin Fielder i zagra na wielkim zestawie perkusyjnym. Powiedzieć o nim, że to weteran amerykańskiego free jazzu, to jakby nic nie powiedzieć. Gość w czasach, gdy Frode pobierał pierwsze w życiu lekcje pisania, grywał już w słynnej Orkiestrze Sun Ra. To było jakieś sześćdziesiąt lat temu! Kolejny facet, to Damon Smith. Może nawet jeszcze nie weteran, ale na amerykańskiej ziemi nazwisko tego kontrabasisty znają nawet nienarodzeni fani free jazzu. Zatem, sekcja – palce lizać!




Panowie pod swymi nazwiskami, ustawieni w kolejności alfabetycznej, grają niespełna 40 minutowy set, który po kilku miesiącach trafia na dysk The Shape Finds Its Own Shape (FMR Records, 2016). Jeden ciąg zdarzeń akustycznych podany nam jest – dla wygody – w trzech odcinkach, a wszystkie one mają jeden tytuł, który warto przytoczyć – Angles, Curves, Edges & Mass. To prawdziwa freejazzowa porcja tłustego mięcha. Energia na scenie gigantyczna, mimo, iż łączny wiek Panów przyprawia o ból głowy. Sekcja jest tak konkretna, dosadna i perfekcyjna, że nawet, gdyby Frode tylko stał z boku i przysłuchiwał się wyczynom amerykańskich kolegów, to i tak, ten niedługi koncert, zapadłby nam na długo w pamięci. Po prawdzie tak jest. Nasz norweski bohater przez cały spektakl musi przebijać się przez ścianę dźwięku, siłując się z gęstą grą pary Fielder-Smith. Jego klarnet i saksofon altowy wiją się w konwulsjach, a momenty, gdy udaje się Frodemu nadawać kierunek tej jazzowej galopadzie są tyleż rzadkie, co artystycznie spełnione. Zresztą ostatnie pasusy tej historii, wybrzmienie ekspresji, odbywają się już bez udziału Gjerstada. Niczemu to bynajmniej  nie szkodzi. Płyta mija w mgnieniu oka i ucha. Po jej zakończeniu konieczność odpalenia restartu wydaje się oczywistością.


Spotkanie z Ramiro Moliną, pocztówka z Santiago de Chile, Wrzesień 2015

To już trzecia muzyczna pocztówka Gjerstada z dalekiego Chile. Po dwóch spotkaniach z klarnecistą Luisem Conte (Conde), czas na meeting z Ramiro Moliną, człowiekiem z gitarą elektryczną, wspomaganą (zapewne) stertą kabli i bliżej niezidentyfikowanych urządzeń do manipulowania sygnałem wychodzącym. Efekt fonograficzny zwie się Unseen Seas (FMR Records, 2016) i przynosi dziewięć improwizacji, trwających nieco ponad trzy kwadranse.

Klarnet, istotnie śwarny klarnet, od pierwszego dźwięku zwinnie zaplątuje się w struny ładowanej zdrowym prądem gitary. Muzyka nie rwie nam włosów z głowy, ale nie taki jest jej cel. To wszak muzyczna pocztówka z wakacji na targu rybnym (patrz: liner notes Gjerstada).  Ma swój urok, klimat, pełna jest niezgłębionych pokładów wzajemnej empatii, tudzież sympatii i mentalnej koegzystencji.





Gitarowe zgrzyty i soczyste sprzężenia chwilami intrygująco konweniują z nieco wycofanym i lekko wyczekującym na przebieg wydarzeń klarnetem. Nie brakuje tu dalece nieoczywistych zdarzeń elektroakustycznych. Nawet chwile wręcz filharmonicznej zadumy stają się naszym udziałem, a czas płynnie spokojnie i do niczego nas nie przymusza. Nieśpieszna narracja jest znakiem rozpoznawczym tej płyty. Muzycy nie stronią od wspinaczek na ośnieżone szczyty chilijskich Andów. Na szczęście mają dobre obuwie i niebanalne sanie. A Frode sięga nawet po flet. Po prawdzie nie jest nam znane dokładne instrumentarium tej płyty. Wydawca nie zaprząta tym głowy słuchaczy. Niechybnie gitarzysta korzysta także z podręcznej elektroniki i czyni to nienachalnie, a chwilami wręcz zmysłowo. Pod sam koniec nagrania nie brakuje ciekawych pląsów sonorystycznych, co pozwala odnaleźć na tej płycie dźwięki, których byśmy się pierwotnie nie spodziewali. Finał zdobi dwuminutowy antrakt, głośny, dobrze wysmażony, wprawiając recenzenta w skromną konfuzję.