Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oriol Roca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oriol Roca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 września 2022

The Barcelona’ new outfit: Slight Deform! Tàlveg! Tholos Gateway! Les Capelles! Villavecchia Trio!


Tydzień z muzyką improwizowaną z Barcelony zapoczątkowaliśmy w ostatni wtorek, prezentując najnowsze dzieło Liquid Trio. Dziś kontynuujemy omawianie nowych albumów powstałych w Barcelonie, stworzonych przez muzyków szczególnie przez nas cenionych.

Na początek zaprezentujemy dwa nagrania z udziałem gitarzysty Ferrana Fagesa – z nowym duetem i triem, z którym współpracuje już od kilku lat. W dalszej kolejności pochylimy nasze recenzenckie zmysły nad trzema płytami z udziałem kontrabasisty Àlexa Reviriego i perkusisty Vasco Trilli. W pierwszej kolejności będzie to wyprawa do świata mrocznego ambientu (w towarzystwie kanadyjskiego basisty Colina Marstona), potem kwartet elektroakustyczny, w pełni już iberyjski i równie mroczny, a na końcu trio saksofonisty Liby Villavecchii, dla którego mocną, jazzową sekcję rytmu stworzyli dwaj wcześniej wspomniani artyści.

Dodajmy, iż Ferran Fages, Àlex Reviriego i Vasco Trilla będą gośćmi najbliższej edycji Spontaneous Music Festival. I to już za cztery tygodnie, w poznańskim Dragonie! Welcome!



 

Slight Deform  Inside (Bandcamp’ self-released, CD 2022)

14 i 15 listopada 2020, Studios Rosazul, Barcelona; Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – fortepian. Szesnaście części, ponad pięć kwadransów minut. 

Fages i Lai zapraszają nas do konceptualnej medytacji. Swoją długą opowieść podzielili na dwie części. Najpierw proponują nam siedem odcinków Inner (wewnętrznych), potem piętnastosekundową pauzę i osiem części Sided (jednostronnych). Jednocześnie w trakcie całego albumu stosują dwa typy instrumentacji – fortepian z klawiatury i gitara w jednej tonacji lub inside piano, tudzież dźwięki preparowane i gitara w tzw. zmiennej tonacji. Dostajemy zbiór kilkunastu improwizacji, od ledwie kilkudziesięciosekundowych do dziesięciominutowych, silnie ustrukturyzowanych, których naczelną konstytucją jest kreatywny minimalizm, ale którym choćby przez ułamek sekundy nie brakuje emocji. Ogromną wartością tego nagrania jest także brzmienie obu instrumentów, szczególnie gitary (typowe dla Fagesa!), choć w wielu momentach brudne i zniekształcone, w każdej sekundzie intrygujące.

Historia zwana Inner w swych pierwszych trzech odcinkach, to jakby kanon zachowań minimalistycznych ze strony obojga artystów. Najpierw oba instrumenty grają z echem, potem ich frazy nabierają większej dźwięczności, wilgotności, tudzież iluzorycznej gęstości. Programowe slow motion z czasem nabywa cechy ledwie dostrzegalnej dynamiki. W epizodzie czwartym i szóstym muzycy zmieniają tryb narracji – efektowne, gęste, dalece nieminimalistyczne frazy inside piano i rozkołysanej, kwaśnej gitary z namiastką sprzężeń. Pomiędzy tymi epizodami mamy jeszcze powrót do klawiatury i chłodnej, flażoletowej gitary. Z kolei część siódma zdaje się być wariantem pośrednim. Piano pracuje na granicy inside i outside, gitara zaś wpada w delikatny rytm, który przypominać może Different Trains Steve’a Reicha.

Historia zwana Sided trzyma się zadanej konwencji, ale z pespektywy całości zbudowana jest z większej ilości dźwięków i częściej udaje się jej wyrwać ze szpon minimalistycznej stylistyki. W dziewiątej opowieści fortepianowe klawisze napotykają gitarowy rezonans, który czerpie moc z mikro sprzężeń. W dwóch kolejnych częściach artyści dostarczają narracje wręcz dynamiczne, które płyną zarówno z klawiatury, jak i rozhuśtanej, niemal post-rockowej gitary. W opowieści dwunastej gitara nabiera kwasowości, a piano startujące na klawiaturze dość szybko schodzi do podziemi instrumentu. W kolejnym epizodzie gitara nabiera onirycznej powłoki, jakby muzyk liczył struny swojego instrumentu, a chwilę potem - dla odmiany - z gryfu płyną post-bluesowe slajsy. Dwie ostatnie opowieści zdecydowanie kwalifikujemy do trybu preparowanego. Ręce pianistki krążą po obudowie instrumentu, z kolei gitarzysta płynie strumieniem zmysłowej post-psychodelii, jego gitara sprzęga się, a nawet dudni.

 


Tàlveg  Live Series III (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

21 stycznia 2022, l'Auditori Sala 3, Barcelona; Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Trzy wybrane fragmenty z koncertu, łącznie 23 minuty.

Tàlveg, to jedna z trzech trzyosobowych formacji, w których regularnie macza palce i struny Fages (obok Phicusa i Isysxae). Być może najbardziej z nich oryginalna, bazująca na swobodnych, chwilami minimalistycznych i nad wyraz refleksyjnych improwizacjach, upstrzona dźwiękami gitary o onirycznym i niezwykle tajemniczym brzmieniu. Od pewnego czasu trio podsyła nam krótkie fragmenty swoich koncertów, które upublicznia pod nazwą Live Series. Trzecia edycja tego minicyklu nie dość, że serwuje nam największą jak dotąd porcję dźwięków, to jeszcze prezentuje na niej, jak na standardy grupy, dość dynamiczne i ekspresyjne improwizacje.

Początek mini albumu nie zwiastuje jeszcze zapowiadanej dynamiki i ekspresyjnych wybuchów. Gitara drzemie na pick-upach, pulsuje głęboka glazura werbla, a saksofon wypuszcza obłoki suchego powietrza. Ów mglisty, spopielony post-rock nabiera delikatnej mocy gitarowymi flażoletami, dętymi półmelodiami i rezonującym talerzem. W kolejnym epizodzie muzycy brudzą brzmienie swoich instrumentów, zniekształcają frazy i po ponad dwóch minutach łapią drive wprost z perkusyjnych tomów. Narracja nabiera free jazzowego posmaku i post-psychodelicznej gracji. To, co definitywnie najlepsze zaczyna się w epizodzie trzecim. Start znów bardzo leniwy - z gitarą, która szkli się lazurowym ambientem i saksofonem, który pod rękę z perkusją snuje meta melodyjne przebiegi. Energia do życia ponownie płynie od strony perkusji. Saksofon sięga głębiej i cedzi coraz bardziej ekspresyjne frazy. Gitara też łapie emocje, choć na swoim, jak zwykle niebywale onirycznym poziomie. Dynamika nagrania osiąga tu drobny szczyt, po czym improwizacja gaśnie, generując dźwięki jedynie z zestawu drummerskiego. 



 

Tholos Gateway  II (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Czas powstania nieznany, dźwięki zarejestrowane w Barcelonie i Kanadzie (tamże dokonano także miksu); Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – tympani, gong i dzwonki, Colin Marston – elektroniczna perkusja, syntezator gitarowy, mellotron. W roli gości: Mick Barr – gitara w utworze czwartym i Yoshido Ohara – głos w utworze szóstym. Łącznie osiem części, prawie 47 minut.

Druga edycja formacji katalońsko-kanadyjskiej kontynuuje dzieło zapoczątkowane na albumie debiutanckim. To dwuelementowa, niemal dwubiegunowa narracja, która swobodne, gęste, akustyczne improwizacje kontrabasu i perkusjonalii wtłacza w chmurę równie gęstego ambientu, elektronicznej perkusji i syntetycznych plam gitarowego syntezatora. Całość zdaje się być wyjątkowo mroczna, chwilami demoniczna, przesiąknięta aurą godną macierzystej formacji Marstona, czyli deathmetalowego Gorguts.

Pierwsze cztery części są zgrabnie skrojone i wydają się być niedługą ścieżką, prowadzącą do utworów piątego i szóstego, które z pewnością uznać winniśmy za albumową kulminację. Początek, to głęboki, mroczny ambient, skowyt kontrabasu pod zwinnym smyczkiem i perkusjonalne zdobienia. W drugiej części dominują rezonujące dźwięki, a do gry wkracza circle electronic drumming, który stanowić tu będzie o wielu kwestiach i nie zawsze sycić dark ambientową narrację właściwą porcją kreatywności. Trzecia opowieść ma strukturę niemal epickiego marsza, którego dołem płynie gęsta struga kontrabasu, zaś mgliste niego wypełniają plamy syntezatora. W czwartym epizodzie odnotować należy udział żywej gitary, która ponadgatunkowym flow wzbudza całkiem interesujący dysonans brzmieniowy. W kolejnych dwóch częściach, najdłuższych na płycie, zdecydowanie najmroczniejszych, emocje pną się ku górze w każdej fazie nagrania. Szorstka, matowa narracja syci się tu zarówno bolesnymi, kontrabasowymi preparacjami, jak i gęstością syntetycznych strumieni. W szóstym utworze pojawia się wokalistka, a emocje zdają się sięgać zenitu. Śpiew i wokalizy, ale także dzikie wrzaski, które sieją niemal egzystencjalny niepokój. Tu kontrabas budzi się do życia dopiero po kilku minutach i rwie na strzępy dolne warstwy narracji. Ostatnie dwie części sprawiają wrażenie dramaturgicznego rozdroża. Dźwiękowe epizody, które zdają się być repryzą poprzednich części. Dominacja syntetycznych fonii każe tu zadać pytanie o brak (tudzież niesłyszalność) akustycznych fraz Trilli. Szczęśliwie smyczek Reviriego czyni tu swoje z należytą pieczołowitością.



García/ Navas/ Reviriego/ Trilla  Les Capelles (The Tripticks Tapes, CD 2022)

Czas powstania nieznany, nagranie koncertowe, Convent de Sant Agustí, Barcelona; Miguel A. García – elektronika, Garazi Navas – akordeon, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 43 i pół minuty.

W preambule dzisiejszego zbioru katalońskich nowości kwartet ten obsłużyliśmy epitetem elektroakustycznym i po prawdzie tak dzieje się w rzeczy samej, jakkolwiek nagranie wcale nie leży w jakimś szczególnym oddaleniu od estetyki Tholos Gateway. Sporo długich, rozciągniętych w czasie strumieni dźwiękowych i znów bardzo mroczny nastrój całości, budowany akustyką kontrabasu i perkusjonalii, elektroniczną poświatą i strumieniami akordeonowych fraz, które intrygująco sytuują się na pograniczu brzmień akustycznych i syntetycznych. Cokolwiek by jednak o Les Capelles nie rzec, to trzy kwadranse dużych, niebanalnych emocji i plejada dźwięków, których urodzie naprawdę trudno się oprzeć!

Każda z trzech improwizacji trwa tu kilkanaście minut i sprawia wrażenie świetnie skonstruowanej budowli dźwiękowej. W pierwszej z nich definitywnie króluje akustyka. Trilla generuje rezonans z wielkiego talerza, niczym Eddie Prévost, kontrabas Reviriego burczy i lepi się do tłustej podłogi, z kolei delikatny akordeon Navasa lśni oniryczną syntetyką i szuka powinowactwa z elektroniką Garcii, która pracuje w dalekim tle i wypełnia resztki wolnej przestrzeni. Całość doposażona wydaje się być w post-industrialny smaczek, a akustyka obiektu sakralnego, w którym odbywa się koncert, zdaje się być piątym elementem improwizacyjnej układanki. Spokojnie budowana narracja efektownie narasta, głównie dzięki perkusjonalnej kreatywności Trilli. Druga część śmiało może pretendować do miana koncertowej kulminacji. Wyrasta z ciszy i początkowo przebiera ambientowy kształt. Chmurę rezonansu budują tu chyba wszystkie instrumenty, także nieco aktywniejsza elektronika. Opowieść gęstnieje i lepi się w jednorodny dron niesiony basowym dołem i perkusjonalnymi robaczkami, świetnie rozpoznawalnym brzmieniem z bogatego arsenału Trilli. Bez trudu narracja osiąga tu niemal epicka intensywność, przypomina wielką, filharmoniczną orkiestrę w efektownym crescendo. Trzecia narracja nie jest już tak jednorodna estetycznie jak dwie pierwsze. Tworzy ją wiele, czasami separatywnych akcji poszczególnych muzyków. Dużo do gry wnosi tu akordeon, a także delikatnie preparowany flow kontrabasowego smyczka. W połowie tej części muzyków spotyka małe, dramaturgiczne rozdroże wypełnione ciszą. Po niej budują nową ekspozycję, czerpiąc inspiracje z wielu indywidualnych pomysłów. Samo zakończenie spoczywa na barkach akordeonu i repetującego kontrabasu.



 

Liba Villavecchia Trio  Zaidín (Clean Feed Records, CD 2022)

22 i 23 sierpnia 2021, Underpool Studios, Barcelona; Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Siedem kompozycji, 44 i pół minuty.

Villavecchia kocha kreatywny jazz, czemu daje wyraz w albumowych liner notes, a na samym krążku serwuje nam siedem bystrych kompozycji, z których pięć przygotował osobiście, jedną pożyczył od Thomasa Chapina, a jedną wyimprowizował wspólnie z partnerami. Utwory melodyjne, zadziorne, taneczne, dobrze osadzone w tradycji … brytyjskiego free jazzu (kłania się Trevor Watts!), nade wszystko zaś dające dużo przestrzeni każdemu z muzyków na efektowne improwizacje, zarówno toczone kolektywnie, jak i w duetach, czy wreszcie samotnie. A że Liba wybrał sobie do tria muzyków doskonałych, niebywale kreatywnych, którzy dobrze czują się w każdej stylistyce, efekt całości musi dawać odbiorcy całe mnóstwo przyjemności z odsłuchu.

Pierwszy utwór mówi nam wiele o konwencji całego albumu. Melodyjny temat początkowo grany jest jedynie przez saksofon altowy i kontrabasowy smyczek. Wejście perkusji daje narracji free jazzowy drive. W strefie ekspozycji solowych każdych z muzyków śle nam garść improwizowanych smakołyków. Powrót do tematu – najpierw w trio, potem w duecie - wieńczy dzieło. Druga odsłona budowana jest wedle podobnego schematu, ma wszakże ciekawy, synkopowany flow o delikatnym posmaku latino. Wydaje się lekka, zmysłowa, do śpiewania i swobodnego tańca. Trzecia część, to kolektywna improwizacja, która ukazuje wszelkie walory każdego z muzyków, syci się także dźwiękami preparowanymi i perkusjonalnymi, brzęczącymi robaczkami. Początek czwartej części stawia na bystry, kolektywny, po części agresywny flow, a melodyjny temat pojawia się po pewnym czasie, niejako w efekcie udanego intro. W tej części warto pochylić ucho nad improwizacjami, które smakują tu wyjątkowo wybornie. Piąta odsłona bazuje na kontrabasowym riffowaniu, znów zdobi ją zmysłowa melodia i bardzo swobodne improwizacje. Szósta narracja, to kompozycja Chapina, w swej początkowej fazie bardzo łagodna, potem nabierająca wigoru, a koniec smakująca już, jakby była kompozycją Liby. Finałowa opowieść ma formę ballady, która otwarta zostaje zmysłowym intro kontrabasu i perkusyjnych talerzy. Zakończenie płyty w klimacie slow Ayler zdaje się być tu efektowną wisienką na torcie.

 

 

piątek, 25 lutego 2022

Unintentional Noir! Reviriego! Trilla! Clara Lai! Tàlveg! Fernández & Clotet! The Barcelona’ Taste Makes The World Go Round!


Trybuna Muzyki Spontanicznej zrodziła się z potrzeby niesienia kaganka wiedzy o nowej muzyce improwizowanej, która powstaje w każdym niemal zakątku naszego świata, niekoniecznie tylko w Londynie, czy Nowym Yorku. A może na przykład w Barcelonie? Tak, stolica jak zawsze wolnej Katalonii, jest takim wspaniałym miejscem. Od pierwszych sekund życia tych łamów (niedawno stuknęły im szóste urodziny!) muzyka z tej części Półwyspu Iberyjskiego jest naszym gościem nad wyraz częstym i po prawdzie ukochanym!

Barcelona i jej kreatywna scena muzyczna ma się jak zawsze wyśmienicie! Dziś sześć szybkich dowodów w sprawie. Same nowości, prawie wszystkie datowane już na rok 2022. Na piorunujący początek kwartet z istotnym udziałem naszego ulubionego kontrabasisty z BCN, czyli Àlexa Reviriego, a zaraz potem solowa płyta tegoż artysty, ale na gitarę i elektronikę. W dalszej kolejności czekają - solowe niesamowitości w jakże wyjątkowym wykonaniu Vasco Trilli, kwartet pod dowództwem pianistki Clary Lai z udziałem kolejnych bogów katalońskiej impro sceny, świetnie nam znane trio Tàlveg z drugą małą porcją swoich ujawnień koncertowych, a na sam koniec prawdziwa petarda – duetowa płyta Agustí Fernándeza poczyniona w towarzystwie pewnej szalonej, młodej gitarzystki. Wszyscy artyści i prawie wszystkie nagrania ściśle związane z Barceloną lub jej najbliższym sąsiedztwem. Yes, The Barcelona’ Sound Rules! Welcome!



Pablo Volt/ Luciano Bagnasco/ Àlex Reviriego/ Enric Ponsa  Unintentional Noir (Discordian Records, DL 2022)

Naszą podróż po Barcelonie i okolicach zaczynamy od studia nagraniowego Golden Apple. We wrześniu ubiegłego roku spotykamy tam czwórkę muzyków. Oto oni: Pablo Volt (czasami ukrywający się pod pseudonimem Pope) – trąbka, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Enric Ponsa – perkusja. Muzycy przygotowali dla nas osiem pikantnych improwizacji, które trwają ponad 48 minut.

Początek nagrania, to jakże charakterystyczne dla sceny BCN zabawy w fałszywe dźwięki. Cztery instrumenty produkują tu frazy, których nie da się jednoznacznie przypisać każdemu z nich. Preparacje, drżenia, szumy i skomlenia, z których wykluwa się, mocą kontrabasowego pizzicato, bystra, post-jazzowa narracja. Jej pewna przewidywalność kończy się w momencie, gdy na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek. Efektowne rozwidlenie narracyjne upiększa także zmysłowa gitara, która zgłasza koneksje post-psychodeliczne. Druga i trzecia improwizacja także mają w sobie zaszyty pewien jazzowy nerw, ale obie skrzą się całymi plejadami intrygujących dźwięków. Znów wiele daje tu z siebie smyczek, który pod dłońmi Reviriego potrafi piszczeć i rżeć niczym stado wygłodniałych klaczy. Dużo ciekawego dzieje się także na gitarowych pick-upach. Z kolei trąbka chętnie buduje tu ciepły, jazzowy kontrapunkt, choć równie często tonie w powodzi efektownych preparacji.

W czwartej części akustyczne dewastacje nisko zawieszonego smyczka zaczynają stanowić tu prawa! Pozostali uczestnicy zdają się czerpać z tych incydentów wiele zaskakujących inspiracji, dzięki czemu jakość improwizacji rośnie niemal z każdą pętlą narracyjną. Część piąta płynie dłuższymi frazami, pojawiają się akcenty post-fussion ze strony gitary, ale natychmiast kontrastowane są one mrocznymi preparacjami kontrabasu i trąbki. Muzycy stawiają na emocje, ale równie dobrze czują się w okolicach ciszy. Część szósta niesie ze sobą trochę rockowych emocji dzięki pulsacji kontrabasu, z kolei część siódma skupia się na drobiazgach – gitarowych plamach, które brzmią niczym gong, perkusjonalnych dzwonkach i smyczku, który żłobi dno gęstymi bruzdami. Strefa mroku zdaje się tu dopadać wszystkich. Finałowa improwizacja pięknie reasumuje wkład kontrabasisty w ostateczny kształt dzieła. Duży strunowiec piszczy, wyje, pomrukuje. Świetnie u jego boku zachowuje się czujna na detale brzmieniowe gitara, w tym akurat momencie łapiąca piękny, ambientowy flow. Ostatnia faza improwizacji z jednej strony szuka ciszy, z drugiej nerwowo podryguje, jakby nie do końca pewna, czy to odpowiedni moment na klarowne zakończenie.




Àlex Reviriego  Dorothea (Finis Africae Colectivo, Kaseta/ DL 2022)

Kataloński kontrabasista, który tak konsekwentnie upiększał nam poprzednią płytę, zostaje z nami i zaprasza na swoje solowe improwizacje, tym razem jednak wyprodukowane przy pomocy innych twórczych narzędzi. Muzyk gra tu na akustycznej gitarze, której dźwięki kąpie w soczystych, elektronicznych plamach, a albumowe credits określają je jako feedback & electronic devices. Nagrania powstały wiosną i latem ubiegłego roku, zapewne w domowym zaciszu. Całość składa się z czterech części pieśni tytułowej, przy czym ostatnia ma podtytuł Demo. Ich odsłuch zajmuje około 36 minut z sekundami.

Ideą tej niebanalnej zabawy w dźwięki jest łączenie brzmienia minimalistycznie frazującej gitary akustycznej z elektroniką, która w trakcie niedługiego nagrania potrafi przyjmować bardzo różnorodne formy. Na samym starcie słyszymy odgłosy otoczenia za oknem i pojedyncze dźwięki gitary, które udanie szukają echa. Muzyk konsekwentnie powtarza frazy, budując spokojną, spójną, niemal relaksacyjną narrację. Elektronika, póki co, przysypia za rogiem. Nadciąga jednak systematycznie, zdaje się mieć coś z letniej burzy, która płynie z oddali i może w niedalekiej przyszłości wyrządzić wiele szkód. Druga część zaczyna się już w obecności syntetycznych dźwięków. Coś skwierczy, coś formuje się w zwarty i nieco rytmiczny szereg zdarzeń. Gitara pojawia się po pewnym czasie i frazuje z coraz większym echem. Jej ambient ściele się na skwierczącej, chropowatej powierzchni electronic devises. W połowie utworu gitarze udaje się wydostać na powierzchnię narracji i kalać nasze uszy czystymi, gitarowymi frazami. Elektronika tymczasem przeformatowuje się w dron, brzmiący początkowo niczym syrena alarmowa, po chwili jednak rozlewający się w metaliczny strumień leniwej fonii. Trzecia część, dość krótka, to połączenie gitarowych, niezdeformowanych akordów z elektroakustycznym backgroundem, który brzmi niczym zapętlone tysiąckrotnie dźwięki strunowe.

Ostatnia, demowa część, to kilkunastominutowa opowieść, którą rozpoczyna gitara, produkująca jednocześnie kilka strumieni dźwiękowych. Brzmi czysto, za tło mając ambientowe plamy, zapewne także powstałe na gitarowych strunach. Warstwa ściele się tu na warstwie, a w tle zaczyna pracować delikatnie skwiercząca elektronika. Gdy wydaje się już, że finał opowieści jest bliski, w okolicach 10 minuty muzyk przypuszcza atak zmutowanej, niemal siarczyście brzmiącej elektroniki. Zakończenie albumu zostawia nas ze znakami zapytania, ale i ochotą na ciąg dalszy tej nowej, muzycznej przygody Katalończyka.



 

Vasco Trilla  Acoustic Masks (577 Records, CD 2022)

Czas na drugą solową płytę w dzisiejszej zbiorówce. Nasz kolejny ulubieniec, perkusista i perkusjonalista Vasco Trilla nagrał siedem nowych utworów, w każdym z nich używając innych akcesoriów zdolnych wydawać dźwięki. Korzystał z różnych elementów szeroko rozumianego zestawu perkusyjnego, tudzież generował fonie wykorzystując do tego nie tylko muzyczne przedmioty. Muzyk szukał nade wszystko intrygujących barw i brzmień. Nie sposób nie zauważyć, iż tym akurat dźwiękom zdaje się być bliżej do konceptualnej muzyki współczesnej niż typowej dla Trilli swobodnej improwizacji. Dylemat ów rozstrzygnie każdy samodzielnie, nam pozostaje przyjemność opisania cudów fonicznych, jakie artysta spreparował w lutym ubiegłego roku, w trakcie dwudniowej sesji nagraniowej w Golden Apple Studios. Dodajmy jedynie, iż jego Akustyczne Maski trwają 35 minut z sekundami.

W podtytule pierwszej opowieści pojawia się określenie for aquaspring. Wita nas mroczny, metaliczny dźwięk czegoś, co przypomina gong, ale nim nie jest. Ważnym elementem kompozycji jest tu także cisza i echo. Inny dźwięk faluje, niczym wprawiana w ruch cienka blacha. Efekt całości ma definitywnie gęstą teksturę. W kolejnej części muzyk wykorzystuje trójkąty alikwotowe. Brzmienie jest tu inne, bardziej delikatne, ale struktura narracji bardzo podobna. Trochę pulsacji i szumiące tło budują intrygujący suspens. Oto Trilla, niczym obleczony w czerń prestidigitator, prowadzi nas do krainy cieni. W trzeciej opowieści pracują trzy metronomy, a sam muzyk koncertuje się na dmuchaniu w plastikową (?) rurę. Efekt po niedługiej chwili zdaje się być bardzo hałaśliwy, niemal fizycznie dotkliwy. W czwartej kompozycji/ improwizacji muzyka używa floor toma i wahadełka zegara, ale my słyszymy dźwięki … strunowe. Rytuał tajemnicy zdaje się tu świecić kolejne triumfy. Oniryczne echo faluje, a muzyk uderza pałeczkami po powierzchni czegoś, co brzmi … jak struny. Fantastyczny efekt brzmieniowy potęguje nasilający się rezonans.

Piątą część kreują, zgodnie z tytułem, małe gongi i tu zaskoczeń jest chyba najmniej. Muzyk koncertuje się na small drummingu, a post-metaliczne brzmienie wypełnia nasze uszy delikatnym łaskotaniem. W kolejnej opowieści pojawia się werbel i zegarowe dzwonki. Sakralne echo wzmaga poczucie przebywania w środowisku fake sounds! Recenzent znów słyszy … struny, a jego zdolności percepcyjne zdają się znacząco słabnąć z każdą chwilą tej urokliwej podróży. Muzyk kładzie warstwę na warstwie, a klimat robi się intrygująco post-industrialny. Wreszcie ostatnia, najdłuższa opowieść, w której muzyk wykorzystuje strojone, rosyjskie płaskie dzwony. Na scenie króluje czysty, wysoko podwieszony rezonans. Pracuje echo, grzmi cisza pomiędzy dźwiękami. Muzyk najpierw delikatnie pociera krawędzie dzwonów, potem uderza je pałeczkami. Najpiękniejsze w tej ekspozycji jest niekończące się wybrzmiewanie każdego dźwięku. Ritual spirits rules!

 


Clara Lai  Creciente (UnderPool Records, CD 2022)

Kolejna płyta w dzisiejszym zestawieniu podpisana jest przez pianistkę Clarę Lai, która odpowiada tu także za kompozycje. Na okładce pojawiają się również nazwiska współtowarzyszy jej podróży po bezdrożach improwizowanego post-jazzu: saksofonisty Alberta Cirery, trębacza Ivána Gonzáleza i perkusisty Joana Molla, co zdaje się podkreślać demokratyczny charakter całego kwartetu. Dodajmy, iż album zawiera siedem utworów, z których trzy, to krótkie, swobodnie improwizowane duety Clary i Alberta, pozostałe zaś cztery, to rozbudowane kompo-improwizacje, realizowane w kwartecie. Nagranie powstało na żywo w miejscu zwanym Teatre de l'Aurora, w podbarcelońskim mieście Igualada, w czerwcu ubiegłego roku. Odsłuch całości zajmuje niepełne trzy kwadranse.

Pierwsze dwa utwory, to wspomniane wcześniej skromne czasowo duety. Oba stanowią, zgodnie z tytułami, rodzaj wprowadzenia do bardziej rozległych form narracyjnych. Pianistka pracuje trybem short-cuts, jej frazy są dość tajemnicze, ale łagodne, przy okazji budują intrygującą, nieco pokraczną rytmikę albo toną w poświacie pudła rezonansowego. Z kolei saksofonista od startu efektownie preparuje dźwięki, nie stroniąc od umieszczania w tubie dziwnych przedmiotów. Trzecia część ma swój temat, a zaczyna się od rozbudowanej ekspozycji saksofonu i trąbki. Dopiero po zaprezentowaniu owego tematu, do gry wchodzą piano i perkusja, kreśląc bystry, post-jazzowy flow. Solo pianistki pachnie tu klasyką, z kolei solo trębacza stawia na swobodne skojarzenia. Pomiędzy tymi zdarzeniami kwartet udanie ogrywa nutki zadekretowane przez kompozytorkę. Zakończenie jest długie i dość abstrakcyjne w formie. Czwarty utwór budzi spore ambiwalencje recenzenta. Pierwsza jego część, budowana preparacjami dętych, mrocznym klimatem inside piano zdaje się być najlepszym fragmentem albumu. W połowie jednak nagrania narracja zdominowana zostaje przez main-streamową ekspozycję saksofonu, czyniąc ów epizod mniej ciekawym odcinkiem płyty. Piąta opowieść kontynuuje jazzowy flow, ale jest zmyślnie pokomplikowana, zarówno w warstwie brzmieniowej, jak i narracyjnej, na zakończenie osiągając niemal free jazzowy poziom emocji.

Szósty epizod, to kolejny swobodnie improwizowany duet. Delikatne inside piano i stylowe, wyważone preparacje saksofonu dość sprawnie przenoszą nas do finałowej kompozycji. Rozpoczyna ją solowa ekspozycja pianistki, która szyje flow post-klasycznym abstrakcjonizmem. Oba dęciaki wchodzą do gry stając na palcach, ledwie dotykają dźwięków. Post-jazzowa narracja snuje się bardzo leniwie, a zdobią ją nade wszystko dość głośne frazy fortepianowych klawiszy. Opowieść siłą improwizacji efektownie gęstnieje, czerpiąc moc zarówno z fermentujących fraz saksofonu, jak i ciepłych komentarzy trąbki. Samo zakończenie toczy się znów w dość spokojnym tempie, muzycy zdają się trzymać dłonie na zaciągniętym hamulcu ręcznym, ale wszystko, co czynią ma swoją jakość.



Tàlveg  Live Series II (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Jedyny dziś raz opuszczamy Katalonię i na 17 minut z sekundami przenosimy się do Mediolanu (Milano Jazz Club during JAZZ I AM, początek listopada 2020 roku). Na scenie trio w świetnie nam znanym składzie: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Muzycy z wyżej wspomnianego koncertu wybrali dla nas trzy niedługie improwizacje.

Strategia marketingowa tria Tàlveg zdaje się być niezwykle przebiegła. Artyści dawkują nam swoje produkcje naprawdę małymi porcjami, za każdym razem rozbudzając apetyt na coś więcej. Były ep-ki studyjne, teraz mamy serię krótkich albumów koncertowych. Część druga tej serii doskonale reasumuje to, co ma nam do zaproponowania katalońska trójka. Swobodna improwizacja grana na statutowo wolnych obrotach, sycąca się post-jazzowymi klimatami saksofonu i perkusji, ewidentnie zaś zdobiona ponadgatunkową gitarą, jedyną w swoim rodzaju, zarówno w zakresie brzmienia, jak i struktury frazowania, bo i Fages jest taką właśnie postacią – the one and only!

Pierwszy fragment toczy się z oddechem ciszy na plecach. Narracja w formule stand-by, z leniwymi dronami saksofonu, szelestem perkusyjnych talerzy i gitarowymi flażoletami, brzmiącymi bardzo metalicznie, zapewne w efekcie specjalnego strojenia gitary. Druga opowieść składa się z dwóch części. Najpierw duet saksofonu i perkusji, próbujący wybudzić improwizację z letargu. Tłumiona dynamika zdaje się skrywać tysiące niemal free jazzowych emocji, których ujawnienie nie jest jednak celem artystów. W połowie nagrania ster przejmuje samotna gitara, która zaprogowymi frazami wypełnia martwą przestrzeń sali koncertowej. Trzeci wycinek mediolańskiego koncertu trwa najdłużej i jest grany pełnym triem. Początek zdaje się być kontynuacją gitarowych fraz z poprzedniego fragmentu. Obok szeleszczą perkusyjne szczoteczki, a z tuby dęciaka wyłania się syczenie, jakby nad uchem artysty przelatywała mucha. Misterium zaniechania budowane jest tu w perfekcyjny sposób. Dead ballad z mikro melodią saksofonu i szklistą barwą gitary snuje się po podłodze, mając za tło rezonans nielicznych talerzy perkusyjnych. Po mniej więcej pięciu minutach narracja dostaje delikatnego wiatru w żagle. Staje się nerwowa, pełna niepokoju, jakby muzycy szykowali się do skoku w meandry ekspresji. Ten jednak nigdy nie nastąpi, przynajmniej nie za życia tego Tàlvega.



 

Agustí Fernández & Amidea Clotet  Spontaneous Combustions (Sirulita Records, CD 2021)

Dzisiejszy spacer po Barcelonie obfitował, jak dotąd, w wiele umiarkowanie spokojnych epizodów muzycznych. Na finał podróży trzeba wszakże uderzyć w dzwon! O niezbędną porcję agresji, hałasu i nieprzerwanego potoku preparowanych dźwięków fortepianu i gitary elektrycznej zadbają: pianista Agustí Fernández i gitarzystka Amidea Clotet. Na trwającą prawie 58 minut płytę składa się osiem swobodnych improwizacji. Pierwsza z nich, to nagranie koncertowe z maja ubiegłego roku, z Festiwalu MMI, siedem pozostałych to ekspozycje studyjne, powstałe pomiędzy grudniem 2020, a kwietniem 2021 roku (Estudi Les Orenetes, Sant Pere de Vilamajor).

Od pierwszej sekundy tego nagrania wiemy chyba wszystko o intencjach muzyków! Chcą nas zmiażdżyć mocą swych dźwięków i energią swojej kreatywności! Szybkie, hałaśliwie przebiegi po strunach. Agusti zanurzony w pudle rezonansowym, Amidea ze smyczkiem, którym piłuje metalowe struny. Piano skrzeczy, gitara trzeszczy - siarczyste strugi fonii skrzą się ze zmienną intensywnością. Całość zdaje się mieć dziką, rytualną dynamikę. Raz za razem muzycy serwują nam kilkudziesięciosekundowe spowolnienia, definitywnie stanowiące ciszę przed kolejną burzą. Po ich rychłym końcu nieustannie prześcigają się w szorowaniu i piłowaniu strun, w basowych burknięciach, ale także w mrocznych zaśpiewach i poszukiwaniu drobnych, okazjonalnie czysto brzmiących fraz. Druga, już studyjna improwizacja, kontynuuje dzieło zniszczenia! Oba instrumenty pracują trybem perkusyjnym, systematycznie uderzając po strunach. Mimo użytej siły i zapalczywości każdy z muzyków znajduje tu ułamki sekundy na zaimponowanie nam drobną, urokliwą frazą. Trzecia i czwarta improwizacja dają wszystkim jakże oczekiwane chwile wytchnienia! Muzycy szukają echa i rezonansu, pracują trybem oszczędnym, uroczo mruczą w akustycznym dark ambiencie. Jeśli w tej fazie albumu decydują się na bardziej agresywne dźwięki, to otulają je grubymi plastrami ciszy. Wreszcie osiągają niemal pełną symbiozę foniczną - rwane struny piana brzmią bliźniaczo do miażdżonych strun gitary.

Piąta improwizacja przywraca nam nerw strachu! Piano tnie jak skalpel, gitarowy smyczek kołuje z piskiem opon! To pierwsze przypomina stado koni w galopie, ta druga industrial machine head! Zwinne palce i twarda głowa, to najważniejsze atrybuty obojga artystów. No i bystry zmysł sytuacyjny, albowiem z dużej chmury hałasu zejść do pojedynczego dźwięku, to sztuczka niemal cyrkowa. Szósta opowieść przypomina ściskanie strun i ugniatanie ich zwłok na porowatej powierzchni. Pianista tańczy na strunach, gitarzystka ślizga się po cienkim lodzie i wesoło podskakuje. Następna porcja dźwięków wydaje się jeszcze gęstsza. Kanciaste fonie podawane z mozolną dynamiką. Kolejna lekcja z mechaniki tarcia i piłowania! Słychać nawet odgłosy pojedynczych strun. Na początku ostatniej improwizacji słyszymy przemysłowe suwnice, hałaśliwą symfonie żeliwnych strun. Po kilku pętlach muzycy odpuszczają i przenoszą nas do krainy wiecznego rezonansu. Tymczasem narracja, zdaje się, że całkiem niespodziewanie, zaczyna efektownie narastać, niczym wielkie crescendo, ostatni oddech, aż po pisk udręczonych strun obu instrumentów.

 

 


piątek, 26 listopada 2021

The Antistandard! Tàlveg! Navarro & Bagnasco! Hidden Forces Trio +! Jiménez & Ramírez! The November Round-up directly from Spain!


Nie samą Katalonią Trybuna Muzyki Spontanicznej żyje! Dziś szybki overlook po kilku nowościach powstałych w surrealistycznych granicach Hiszpanii, które tezę zawartą w zdaniu poprzednim śmiało udokumentują. Zawitamy bowiem m.in. do słonecznej, nawet burą jesienią, Andaluzji, by poznać nagrania labelu, który na tych łamach jeszcze nie gościł. Na krótko pojawimy się także w zachodnio-hiszpańskim Badajoz. Naszą spanistyczną pielgrzymkę rozpoczniemy oczywiście w Barcelonie, oczywiście od spotkania z geniuszem tamtych ziem, wenezuelskim erudytą muzycznym El Pricto.

Głównym obiektem naszych zainteresowań będzie rzecz jasna improwizacja, ale skoro El Pricto, to na wstępie naszej opowieści nie obędzie się bez muzyki skomponowanej. Obiecujemy wszakże, iż potem, niezależnie od miejsca pobytu i danych personalnych muzyków, oddamy się całkowicie we władanie muzyki swobodnie improwizowanej. Uwaga, znów czeka na nas dużo brzmień gitar elektrycznych, znów niektóre z nich będą bardzo mroczne. To chyba jedna z cech rozpoznawczych muzyki tamtej części świata, czyż nie?

 


The Antistandard  Aint Got Rhythm (Discordian Records, DL 2021)

Słowo się rzekło, muzyczny przegląd hiszpańskich nowości zaczynamy w Barcelonie! Zaglądamy do znanego nam już przepastnego tomiska kompozycji własnych El Pricto (The Unreal Book) i bierzemy na recenzencki warsztat drugą płytę formacji The Antistandard, która te właśnie kompozycje wykonuje. W trakcie kolejnej edycji cyklu koncertowego Nocturia Discordia (listopad 2019), na scenie klubu Soda Acùstic zastajemy kwintet w składzie: El Pricto – saksofon altowy, Víctor Colomer – puzon, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Enric Ponsa – perkusja. Trwająca mniej więcej 43 minuty przygoda składa się tu z siedmiu części.

Antystandardowy kwintet El Pricto, to zabawa w muzyczne konwencje, kreowane przez erudytę, który kocha wiele estetyk i stylistyk, ale do końca nie wie, które z nich w stopniu największym. I na tym dramaturgicznym suspensie buduje wytrawne, chwilami masywne (sekcja rytmu pełna prądu!), efektownie i jakże precyzyjnie zaprojektowane improwizacje zbiorowe. Jak często bywa w przypadku wenezuelskiego muzyka, nad tym ponadgatunkowym szaleństwem czuwa niepokorny i bezczelny duch Johna Zorna!

Pierwszy utwór sprawia wrażenie, jakby metalowy band został zaciągnięty do filharmonii i w tych okolicznościach czuje się zaskakująco dobrze! Rockowe spiętrzenia i kameralne zaśpiewy instrumentów dętych rysują tu temat, który grany jest niemal bez przerwy, a fabuła improwizacji koncertuje się na nieustannych zmianach gatunkowych. Na końcu zdaje się, że słyszymy kolejną reinkarnację Black Sabbath grającą zmysłowego doom-bluesa! Druga opowieść stawia na niemal baletową lekkość, dramaturgiczną umowność, nie stroni wszakże od post-jazzowych grepsów, zwłaszcza ze strony gitarzysty. Trzeci antystandard przypomina Footprints Shortera, pomieszany z So What Davisa, ale nade wszystko zdegenerowany erudycją El Pricto! Leniwa, skupiona narracja bazuje na pokrętnym rytmie, któremu po czasie całkiem blisko do bluesa-rocka. Kolejna ekspozycja znów zasługuje na miano degenerated by Pricto – tym razem, to skoczna polka wywołująca zarówno salwy radości, jak i wodospady smutku (piękny puzon!). Emocje budzą tu nade wszystko bardzo spowolnione, chwilami rubaszne interludia. W piątej piosence Pricto łączy herezje jazzowe, rockowe i dalece kameralistyczne. Rzewna, wystudiowana melodyka kąsa jednak niesamowitą oryginalnością. Szósta, najdłuższa, 9-minutowa kompozycja dostarcza ogromu wrażeń, zwłaszcza ciekawych akcji w podgrupach (gitara i puzon!). Być może karzące ramię kompozytorskiej sprawiedliwości dało tu muzykom nieco więcej swobody. Nerwowe podskoki, efektowne zjazdy do samego dołu, rockowe spiętrzenia godne Naked City, bluesowe meta harmonie i całe plejady dramaturgicznych subtelności. Finał antystandardowej podróży zdaje się być zmyślnym resume całej płyty. Dramaturgiczne skoki napięcia, mikro eksplozje i filigranowe napady nastroju dalece refleksyjnego. Upside down by our beloved Pricto!

 


Tàlveg  Live Series I (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Pozostajemy w Barcelonie! Działające od kilku lat trio Tàlveg dostarcza nam nagrań dość regularnie, ale na ogół w małych porcjach. Nie inaczej jest w przypadku pierwszej odsłony ich Live Series. Dwie improwizacje zaczerpnięte z koncertu, jaki miał miejsce w grudniu ub. roku, w trakcie imprezy 9è Festival de Jazz de La Garriga, powstały w wyniki działań artystycznych takiej oto trójki muzyków: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Odsłuch koncertowego ekstraktu zajmie nam niespełna 16 minut.

Tàlveg, to wyjątkowo oryginalna formacja. Łączy dźwięki gitary jedynej w swoim rodzaju, która pobrzmiewa echami post-rocka, ale po prawdzie nie daje się precyzyjnie zakontraktować do jakiegokolwiek gatunku, swobodny, dalece lekki saksofon barytonowy i stonowaną, wyrafinowaną jazzową perkusję. Dodatkowo artyści w toku improwizacji na ogół preferują zachowania minimalistyczne, lubią cedzić dźwięki przez zęby i definitywnie donikąd się nie spieszą. Jakby na przekór temu wizerunkowi tria, ich koncertowe nagrania zdają się być porcją bardziej ekspresyjnych zachowań, a idea zdejmowania nogi z gazu, bywa tu od czasu do czasu efektownie porzucana.

Pierwszy epizod koncertowy rozpoczynają saksofon i gitara, splątane niewidzialną pajęczyną interakcji. Tajemnicze dźwięki, oniryczne westchnienia, ale też post-rockowa czerstwość scenicznej rzeczywistości. Duet ciągnie opowieść mniej więcej do połowy czwartej minuty, która wyznacza kardynalny stopping narracyjny. Fages i Bayer milkną, a do gry wchodzi Roca, który buduje wyważoną emocjonalnie, solową ekspozycję perkusyjną, która po prawdzie bardziej przypomina typową narrację niż jakikolwiek ekspresyjny incydent solowy. W momencie, gdy owe solo kończy się, na scenę powracają gitara i saksofon, przy okazji przenosząc nas do drugiej części koncertu. Znów dość leniwie, ale jednak dosadnie w brzmieniu – saksofon dmie od dołu do samej góry, a gitara buduje typowy dla Fagesa szklisty, delikatny, ale jakże nerwowy flow wprost z niemal gołych strun, zasilanych przecież prądem stałym. Dęciak stawia tu na bardziej śpiewne frazy, gitara skupia się na szczegółach, zdaje się dzielić włos na czworo, ale i tak dostarcza nam całe mnóstwo improwizowanych emocji i meta rockowych komplikacji. W tle swoją dobrą robotę na powrót realizuje drummer, który dba o dynamikę i sprawia wrażenie, iż w roli cerbera ładu i dramaturgicznego porządku czuje się wyjątkowo dobrze. Na finał gitarowa kostka ucieka do strefy zaprogowej i snuje uroczą chmurę metafizyki. Partnerzy biorą głęboki oddech i oddają pole gitarzyście.

 


Gonzalo Navarro & Luciano Bagnasco  Cinco Improvisaciones (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Z Katalonii przenosimy się do zachodniej Hiszpanii, do prowincji Badajoz. Tam właśnie powstało nagranie duetu Gonzalo Navarro – elektronika i obiekty oraz Luciano Bagnasco – gitara. Działo się to zapewne w okolicznościach studyjnych, we wrześniu br. Dodajmy, iż drugi z muzyków pochodzi z Argentyny, ale rezyduje w Hiszpanii (jego świetną płytę solową omawialiśmy na tych łamach całkiem niedawno). Cztery (wbrew tytułowi) improwizacje trwają 32 minuty.

Nagranie z Badajoz tworzy zanurzona w post-ambiencie (czasami bardzo czerstwym) gitara elektryczna, która zdaje się mieć tysiące twarzy i pozostawać w stanie permanentnej zmiany oraz otaczające ją chmury elektroniki, której aktywność dobrze licuje z tym, co dzieje się na gryfie żywego instrumentu. Tygiel wyłącznie ciekawych lub bardzo ciekawych zdarzeń fonicznych, to efekt pracy gitarowych przetworników, tajemniczych urządzeń elektronicznych i całej masy dobrych pomysłów obu improwizatorów. Dźwiękowe preparacje, incydenty wręcz plądrownicze, garść post-perkusjonalnego hałasu, gitara bez stylistycznych zahamowań  - to wszystko tropy, które mogą przywoływać w pamięci nowojorskiego, gitarowego freaka Bucketheada, który dwie i pół dekady temu dzielnie asystował choćby Billowi Laswellowi w szalonym projekcie Praxis. Szczególnie ciekawie rozpoczyna się druga improwizacja, która rozsiewa mrok i dramaturgiczne wątpliwości. Muzycy tym razem pracują krótkimi frazami, pozostając w chmurze rezonującego ambientu z nieznanego źródła pochodzenia.

W kolejnej opowieści, najdłuższej, prawie 11–minutowej, artyści początkowo stawiają na czyste, niemal balsamiczne plejady niekończących się dźwięków. Z czasem ich narracja zaczyna brudzić jednak swoje brzmienie, po czym wpada w objęcia elektronicznego rezonansu i chyłkiem spogląda ponownie w stronę bucketheadowych skojarzeń. Ów dramaturgiczny loop skomentowany zostaje obłą chmurą zdrowego ambientu. Ostatnią improwizację otwiera samotna gitara, która delikatnie pulsuje na dużym pogłosie. Po niedługiej chwili jej dźwięki zdają się być dekonstruowane przez elektronikę. Całość zmyślnie lepi się w niemal dubowy flow, który złowieszczo kołysze naszymi receptorami słuchu. Gitara multiplikuje swój dźwiękowy wizerunek, pojawiają nawet akcenty post-rockowe. Ta urokliwa karuzela zdarzeń na ostatniej prostej lepi się w gęsty, zmysłowy dron.

 


Hidden Forces Trio & Alejandro Rojas-Marcos  Velá (Sentencia Records, DL 2021)

Ze wspomnianego wyżej Badajoz już tylko krok do słonecznej Andaluzji i jej serca, czyli Sevilli. Tam mieści się label Sentencia Records, prowadzony przez muzyków, których znamy chociażby z nagrań dla brytyjskiego Raw Tonk Records (pamiętacie Sputnik Trio?). Dziś dwie propozycje z tegoż katalogu. Najpierw trio w składzie: Gustavo Domínguez – klarnety, Marco Serrato – kontrabas oraz Borja Díaz – instrumenty perkusyjne, które na okoliczność tego nagrania łączy swoją kreatywność z Alejandro Rojas-Marcosem – klawikord. Nagranie z maja br., miejsce zwane La Carbonería, Sevilla. Długa, koncertowa improwizacja na potrzeby nagrania podzielona została na dwie części. Całość odsłuchu zajmuje ponad 49 minut.

W Sevilli trafiamy wprost do rozgadanego baru, który nie będzie milkł przez cały koncert. Gdy muzycy będą realizować bardziej ekspresyjne działania, ów gwar piwny nie będzie stanowił problemu, gdy jednak snuć będą bardziej kameralne frazy, tudzież zmyślnie preparować dźwięki swych akustycznych instrumentów, zjawisko nadprogramowych fonii będzie stymulowało naszą irytację. A muzyka tria, które tego dnia stało się kwartetem, zdaje się charakteryzować właśnie dużą amplitudą natężenia dźwięku i poziomu emocji, będącą zresztą skutkiem pewnego rodzaju dramaturgicznego rozchełstania, chwilami subdoskonałej dyscypliny w zakresie budowania narracji.

Początek koncertu obiecuje naprawdę wiele. Akustyczne frazy, sporo preparacji, wiele dźwięków, dla których trudno zdiagnozować miejsce pochodzenia. Kreatywna dyfuzja, intrygujące znaki zapytania – brudna, pokaleczona kameralistyka, która raz za razem korzysta z bardziej intensywnych interludiów, ciągnących moc wprost z post-jazzowych naleciałości. Zmiana goni tu zmianę – kontrabas gra pizzicato i arco naprzemiennie, klarnet bywa basowy, by za moment stać się lekkim, zwyczajnym klarnetem, w końcu instrumenty perkusyjne, które zdają się tu mieć najwięcej twarzy. I to właśnie perkusiście należy oddać palmę pierwszeństwa w zakresie poziomu kreacji i nade wszystko dbałości o odpowiednią dramaturgię. Słychać to zwłaszcza w drugiej części płyty, która miewa narracyjne mielizny. Zdecydowanie ciekawiej dzieje się za to w części pierwszej, gdy sporo do emocji koncertu wnosi klawikord, który czasami brzmi niczym gitara akustyczna, dodatkowo dobrze sobie radzi z kreowaniem warstwy meta rytmicznej. Także tutaj improwizacja intrygująco nabiera post-industrialnego posmaku, głównie dzięki preparacjom perkusisty i kontrabasisty. Ale jakby na przekór recenzenckim dywagacjom, zakończenia obu setów dzieją się pod dyktando klarnetu. Finał zaś drugiej części poprzedzony jest bodaj najbardziej dynamicznym passusem kwartetu, gdy na dłuższą chwilę gwar baru ginie w emocjach płynących z rozimprowizowanych głów muzyków.

 


Ricardo Jiménez & Antonio Ramírez  Génesis Negro (Sentencia Records, CD 2021)

Kolejna płyta z Andaluzji, to już czyste szaleństwo! Post-metalowa, mroczna gitara, która improwizuje do … surrealistycznego malarstwa! W roli malarza Antonio Ramírez Collado, w roli gitarzysty Ricardo Jiménez Gómez. Dziewięć improwizacji, powstałych wiosną tego roku, trwa tu około 43 minuty.

Początek nagrania tonie w mrocznych, szorstkich, ale jednak ambientowych wyziewach. Ciężka gitara snuje jakże niecnotliwą melodię, która broczy po kolana w zgiełku siarczystego brzmienia. Zaraz potem zadziorny riff like heavy & dirty rock! Kilka pętli i skok w black metalowy dron! Akcja goni tu akcję! Po chwili atakuje nas szerokie pasmo gęstego ambientu, które nie trwa nawet półtorej minuty. Tuż potem, to już czwarta improwizacja, odgłosy otoczenia i … dźwięk gitary akustycznej na pogłosie. Spokój narracji jest tu bardzo pozorny. Piąta część, to jedna z dwóch zasadniczych części albumu. Zaczyna się typowym metalowym riffem, wznieconym na gotującym się fuzzie. Całość szkli się doom stepem, ale po chwili przepoczwarza się w łagodne, niemal soft-rockowe frazowanie. Gitara z czasem mnoży wątki, zaczyna slajsować i nadawać narracji zdecydowanie kwasowy charakter. Na finał szczypta ambientu dla smaku.

Trzy kolejne improwizacje znów stawiają na pewną enigmatyczność i zdają się być udanymi podprowadzeniami pod finałowy, główny utwór nagrania. Szóstka, to siarka, fuzz i głęboki doom! Salwy fajerwerków na wyjątkowo mrocznym niebie. Wieczna repryza, która łapie złe pulsacje! Siódemka – oddech świeżego powietrza, drugie akustyczne interludium. Ósemka, to kolejny sfuzzowany wyziew z groźnej gitary i kilka pulsacji, nabierających syntetycznego posmaku. No i finał! Prawie 11 minut! Rockowy rynsztunek, ale jakże siarczysty riff, znów w tempie doom! Po niedługim czasie na scenie ląduje brat bliźniak. Dwa doomowe riffy, what a game! Każdy z nich pracuje samodzielnie, modyfikuje się, ulega degradacji, ale odradza też na nowo. Wszystko trwa tu do momentu, gdy dźwięk dotrze pod ścianę. Potem już tylko skowyt przesterowanego fuzza i można iść spać.

 

 

piątek, 16 kwietnia 2021

Cirera, Oswald & Nästesjö! Granular Bastards! Jano! Tàlveg! Reviriego! The Catalan Taste Makes The World Go Round!


Nic lepiej nie poprawia codziennego, posępnego nastroju covidowej rzeczywistości niż nowa muzyka! Przed nami pięć wyjątkowo świeżych albumów - wszystkie datowane na 2021, a jeden z nich nawet w tym roku nagrany! Improwizowane wątki prowadzą nas wprost do Barcelony, choć aż dwa z nich powstały na ziemi duńskiej! Prawie sami nasi ulubieńcy, ale i trzy nowe nazwiska do zapamiętania!

Bez zbędnych wstępów zapraszamy na podróż z posmakiem dźwięków jedynych w swoim rodzaju – silnie zakorzenionych w północno-iberyjskiej glebie!

 


Cirera/Oswald/Nästesjö  I'm a Biker (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Zaczynamy jednak w Kopenhadze, dokładnie w połowie stycznia ubiegłego roku: Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Margaux Oswald – fortepian oraz Johannes Nästesjö - kontrabas. Trzy bardzo swobodne improwizacje, 27 minut z sekundami.

Pierwsze tchnienie wydaje z siebie saksofon tenorowy, po ułamku sekundy są już nim małe piano z klawisza i elegancki smyczek. Muzycy od początku budują flow ze zdecydowanych, chwilami dość zadziornych fraz, czuć w ich ruchach zew post-jazzu. Nie przeszkadza im to pracować w dużym skupieniu, świetnie się wzajemnie nasłuchiwać i w każdym momencie podejmować wyłącznie dobre decyzje dramaturgiczne. Tempo jest zróżnicowane, podobnie jak intensywność – tu także zmysł kreacji pozwala muzykom w pełni panować nad sytuacją sceniczną. Budują opowieść na ogół kolektywnie, choć nie stronią od drobnych ekspozycji solowych (choćby smyczka). Dość szybko sięgają po preparacje, techniki rozszerzone i wszystko to, co natura podpowiada wybitnym improwizatorom. Pierwszą improwizację kończą zmysłowymi repetycjami, a na ostatnią prostą wychodzą dzięki kontrabasowi, po raz pierwszy potraktowanemu trybem pizzicato.

Druga improwizacja zaczyna się niemal w zupełnej ciszy – dęte preparacje, nisko zawieszony smyczek i czarne deep piano. Opowieść zdaje się tu być klejona z samych drobiazgów. Każdy z instrumentów przykłada swój stempel doskonałości. Smyczek oddycha brudnym powietrzem, struny piana drżą razem z podłogą, a tuba szumi – piękny dark acoustic ambient, który igra z ciszą i co chwilę śle nam perełki dźwiękowe. Saksofon zaczyna burczeć, struny piana dotykane są jedynie opuszkami palców, a smyczek stuka w gryf, jak cerber głoszące złe nowiny. Molecular dance of dead sounds! Opowieść łyka jednak odrobinę świeżego powietrza i dętym piskiem stara się wydostać na powierzchnię dźwięku. Filigranowe klawisze łapią niezłe tempo, smyczek z mozołem piłuje struny. Opowieść zyskuje na dynamice, ale pozostaje lekka, niemal frywolna. Sam finał drugiej improwizacji skrzy się jednak prawdziwie freejazzowym rozmachem.

Trzecia historia rodzi się na samym dnie tuby saksofonu, zablokowanej obcym przedmiotem. Ktoś szarpie nerwowo za struny kontrabasu, a piano milczy, jakby wyznaczało jedynie interwały ciszy pomiędzy dźwiękami. Pojawienie się smyczka dodatkowo zagęszcza sieć mikrozdarzeń. Z wolna rodzi się mała dynamika, pojawiają się zgrzytliwe frazy, stemple klawiszy, agresywne wydechy saksofonu, wreszcie masywny, głęboki smyczek. Emocjonalne rozhuśtanie trwa w najlepsze. Krzyki, pot i uparcie powtarzane frazy piana i kontrabasu. Po chwili następuje niespodziewane zejście w ciszę, z której drogę wyjścia wskazuje, po niedługim czasie, burczący saksofon i znów bardzo czarne piano. Zmiana goni tu za zmianą, szczególnie na gryfie kontrabasu! Muzycy znów fenomenalnie panują nad dramaturgią. Ostatnia improwizacja nie trwa nawet siedmiu minut, ale zdarzeń w niej tyle, jak na godzinnym koncercie filharmoników wiedeńskich! Finał tej niebywałej, ale jakże krótkiej płyty robi się nawet dość głośny, ale grany jest bardziej czystymi frazami - swoisty, całkowicie wyswobodzony z jarzma post-jazzu kameralny ceremoniał.

 


Granular Bastards  Tacit Ground (Discordian Records, DL 2021)

Pozostajemy w Kopenhadze, wciąż jest z nami Albert Cirera (saksofony), a dołącza do niego Valeria Miracapillo (laptop). Spotkanie tej pary odbyło się pod koniec czerwca 2020 roku, a jego efektem są cztery swobodne improwizacje, które trwają łącznie 33 minuty z sekundami.

Płytę otwiera najdłuższa improwizacja, trwająca blisko 17 minut. Pulsująca dość delikatnie elektronika i żywy dęciak, który buduje dron, konweniują ze sobą nadspodziewanie dobrze. Pozornie zgryzą się ze sobą, a jednak pasują do siebie, chwilami wręcz brzmią podobnie. Ta pierwsza zdaje się być mroczna i niedostępna, ten drugi nade wszystko niebezpieczny i zdolny do każdego szaleństwa. Wielka, masywna tuba, być może wzmacniana siłą zewnętrzną i tyleż masywny, co jednocześnie lekki ze swej natury laptop. Gdy saksofon brnie w drżące preparacje, elektronika w dłoniach kobiety zdaje się czynić dokładnie to samo! Od czasu do czasu ten pierwszy traci akustyczne walory i zaczyna brzmieć syntetycznie, jednak całość narracji na tym nie traci, a dźwięki zdają się płynąć z szyderczym uśmiechem skierowanym do tych z nas, którzy preferują brzmienia akustyczne. Na koniec tej prawdziwej epopei elektroakustycznej improwizacji dęciak pozostaje sam na środku sceny, brzmi całkiem żywo, elektronika skacze zaś po flankach, lekka, frywolna niczym konik polny na post-atomowej łące. Oj, dobra to puenta!

Dwie kolejne części albumu są dla odmiany bardzo krótkie. Szybkie konwersacje, wyłącznie na temat. Najpierw dostajemy się w pole rażenia electro-wstrząsów. Saksofon zdaje się krzyczeć z przerażenia! Post-syntetyczny taniec industrialu! Gwałtowna, bardzo emocjonalna kłótnia wiecznych kochanków! Dęciak żłobi rynnę, elektronika pędzi za nim. Muzycy i ich ekwipunek wydają się być podłączeni pod zepsutą trafostację - po kilku przebiegach gasną szczerym ambientem. Kolejna miniatura definitywnie koi emocje. Daje odpoczynek, pocieszenie i kilka bardzo wysoko zawieszonych dźwięków, aż uszy recenzenta wołają o pomoc.

Finałowa część, średniej długości na tle poprzedniczek, proponuje nam więcej akustycznych dźwięków. Saksofon buduje drony, laptop stawia post-perkusyjne zasieki. Dysze dęciaka zdają się ginąć na moment w ambientowym pogłosie, a laptop sprawia wrażenie, jakby realizował bez skrupułów stylowy live proccesing. Akustyczne westchnienia i syntetyczne pomruki budują intrygującą sieć zdarzeń. Żywy uczestnik spektaklu drży, charczy i złorzeczy, a syntetyka oplata go pajęczyną molekularnych pociągnięć pędzlem. Na finał całość nabiera adekwatnej do sytuacji intensywności, hacząc nawet o noise. Mglista pulsacja i mroczne wyziewy z tuby. Nie ma zmiłuj!



Jano  Poe Never Wrote Ghost Stories (Discordian Records, DL 2021)

Definitywnie przenosimy się już do Katalonii (Estudi Tarkampa, Sabadell), by poznać kolejne oblicze improwizacji żywego i syntetycznego instrumentarium. Spotkanie z połowy lutego bieżącego roku: Riccardo Massari Spiritini – dwa, pracujące symultaniczne syntezatory Lyra-8, także urządzenie zwane tarcodium oraz Ferran Besalduch – saksofon basowy, saxellino, hurdy toy oraz podręczne urządzenia elektroniczne. Improwizowana opowieść trwa tu około 42 minut i składa się z siedmiu części.

Riccardo i Ferran zapraszają nas na niezwykłą przygodę elektroakustyczną, na nową odsłonę charakterystycznego dla sceny barcelońskiej festiwalu fake sounds. Tu źródeł wielu dźwięków możemy się jedynie domyślać, ale ów dysonans poznawczy zdaje się dokładać jakości całemu przedsięwzięciu. Muzycy zaczynają swoją przygodę bardzo spokojnie – szumiący dęciak i ledwie tląca się, ambientowa elektronika. Echo lepi dźwięki w posuwiste drony, a na koniec wystawia saksofon (saxellino?) na sporą wysokość i pozwala mu śpiewać. W drugiej części pojawia się saksofon basowy, a elektronika zdaje się dostarczać nam także akcentów live proccesing. Plejada tajemniczości, to zdekonstruowane dźwięki strunowe, a także podmuchy innego instrumentu dętego. Oto zmysłowy post-chamber zanurzony w gęstym, nerwowym ambiencie.

Trzecia opowieść, to potok saksofonowych szeptów i westchnień u progu lepkiego ambientu, z którego po niedługim czasie wyłania się roztańczony, preparowany dęciak, który odnajduje w sobie resztki zgniłego oniryzmu. Kolejny epizod dostarcza nam na odrobinę chill-outu. Znów słyszymy dźwięki strun, a wesołe saxellino bystrze wgryza się w elektronikę, która jakby mimochodem dekonstruuje jego frazy. W piątej części powraca saksofon basowy, towarzyszy mu oddech nieistniejącego kontrabasu, a na deser głos z offu. Tradycyjnie na zakończenie improwizacji wszystkie dźwięki uroczo zlewają się do jednego, ambientowego koryta.

Szósta improwizacja, to bodaj szczyt festiwalu fake sounds. Być może grają dla nas dwa saksofony, być może tylko jeden, ale … doposażony w struny. Mgławice echa, niespodzianki, coś huczy, drży i szeleści – dźwiękowe byty pączkujące jeden po drugim. Tu na koniec, jeszcze przed fazą full ambientu, kilka wyjątkowo delikatnych fraz saxellino. W ostatniej improwizacji do garści post-perkusyjnych fraz tuli się saksofon basowy, coś trzeszczy w tle, a gra na małe pola znów dostarcza dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie wskazać. Uwielbiamy takie sytuacje!

 


Tàlveg  As it fades (Bandcamp’ self-released, Kaseta/ DL 2021)

Trio Tàlveg, to nowa, jakże gorąca nazwa na mapie Barcelony! Za nami płyta debiutancka i dwie ep-ki, powstałe w trakcie jednej sesji, teraz zaś czas na nowy album, nagrany w grudniu ubiegłego roku (W Room Studio, Barcelona). Personalia muzyków znamy świetnie, ale przypomnijmy: Marcel·lí Bayer - saksofon barytonowy i altowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Sześć improwizacji, trochę mniej niż 40 minut.

Muzyka Tàlveg, jaką znaliśmy dotychczas, bazowała na leniwej, powolnej, choć chwilami niezwykle zadziornej improwizacji. Raczej stawiała na minimalizm niż eksplozje od dawna skrywanych emocji. Nowa płyta nieco łamie owe pryncypia Katalończyków. Otwiera ją bowiem bardzo głośny i ekspresyjny numer, zamyka zaś duo równie czerstwe i nasycone groźnymi frazami. To, co pomiędzy, to już typical Tàlveg – urocze, jakże kreatywne lenistwo i bystre cedzenie dźwięków przez zęby.

Słowo się rzekło, the most noise expose staje przed nami w całej krasie. Szklista, rozbłyskująca fajerwerkami gitara Ferrana, bystry circle drumming Oriola (w nim zawsze jest życie!), a po paru pętlach także baryton Marcelego, rozkołysany, ale dosadny w każdej frazie. Po czasie gitara rozdziera się post-rockową ekspresją, sama zaś narracja gęstnieje do granic. Faza so slowly, so precise zaczyna się małą perkusją, dronem saksofonu i meta ambientem gitary. Rezonanse, pulsacje, akustyczne i elektryczne drobiazgi. Kolejna opowieść pachnie na starcie cool-jazzem na narkotykowym odwyku. Gitara piszczy, skomle, szuka psychodelii. Narrację buduje pewien dysonans – czyste frazy saksofonu lepione w drony vs. nerwowa, jazgotliwa gitara płynąca oczywiście nad wyraz leniwie, tuż nad perkusją, która znów jako jedyna ma w sobie miniaturowy zalążek dynamiki.

Czwarta improwizacja, to pierwszy z duetów na płycie, tu bowiem odpoczywa gitara. Wysoki, melodyjny alt i slow drumming kreują skromną balladę dla nadaktywnych. Siła czupurnego spokoju, którą konstytuuje zmyślna repetycja. Kolejna opowieść zdaje się ginąć w swoim programowym minimalizmie. Gitara pulsuje suchym rezonansem, saksofon kłębi się i nadyma. Mała perkusja budzi się po kilku chwilach, jakby zaskoczona, że koledzy już grają. Narracja nie ma tempa, ponownie buduje ją dysonans czystego dęciaka i brudnych strun gitary. Zdrowych emocji i intensywności z czasem jednak przybywa. Wreszcie finał, zapowiadany już duet - gitary i saksofonu. Ten pierwszy wije się free jazzowym grepsem, ta druga niesie na sobie jarzmo rocka. Znów brak tu tempa, ale skąd ma być, skoro perkusja śpi. Emocje wszakże nieustannie na krzywej wznoszącej. Gęste, zadziorne, intensywnie lane frazy - instrumenty niemal krzyczą na siebie, jakby nie było zgody na to, iż ta fantastyczna podróż dobiega już końca.

 


Àlex Reviriego  The life you save may be your own (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Na finał katalońskiej mini-sagi, kolejne spotkanie z domowymi miniaturami na kontrabas solo Àlexa Reviriego, tu intrygująco podrasowanymi elektroniką i zmyślną post-produkcją. Wedle opisu płyty:  double bass, devices, digital processing. Remixes and processing of solo double bass compositions (2018-2021). Trzy części, 22 minuty.

Spektakl elektroakustycznego kontrabasu otwiera świst powietrza, który po chwili okazuje się fonicznym efektem tarcia strun wilgotnym smyczkiem. Każdy dźwięk wyłania się tu z mgły, gęstej i nisko osadzonej, a w tle rodzi się nowe, syntetyczne życie, które zdaje się być echem owych żywych dźwięków. Powstający dron ma w sobie wciąż żywe atrybuty, ale nadciągająca powłoka syntetyki nie nadaje nadziei. Narasta pogłos, a pulsujący smyczek z wolna traci życie.

Drugą opowieść już od startu buduje ambient i dźwięki, które z każdą sekundą zaczynają nabierać elektronicznej poświaty. Gęsty potok nieoczywistości, na przekór wszystkim, żyje tu własnym życiem, odmawiając akustycznym dźwiękom prawa do życia. Ostatnia część mini albumu kreowana jest przez repetujące pizzicato kontrabasu. Tło oddycha, a po niedługiej chwili, niczym komputerowy loop, zaczyna opanowywać przestrzeń dźwiękową. Flanki repetują, środkiem płynie zaś strumień pizzicato, który na moment zamiera, jakby chciał zapoczątkować nowy watek. Ostatnie frazy sytuują nas jednak definitywnie w realnej rzeczywistości, płyta umiera bowiem przy dźwiękach szczekającego psa.



piątek, 19 marca 2021

The Liquid Phicus! Reviriego and Trilla alone, both in Möhit and Fages in Tàlveg!


Ferran Fages, Àlex Reviriego i Vasco Trilla, wieloletni przyjaciele z Barcelony, jako trio Phicus debiutowali scenicznie niemal dokładnie cztery lata temu w klubie Robadors23. Od tego czasu mają się na ogół dobrze, rokrocznie dostarczają nowe albumy, a my z rozkoszą je recenzujemy. Ich czwarta studyjna płyta Solid ukazała się pod koniec ubiegłego roku w zacnym amerykańskim labelu Astral Spirits.

Tymczasem muzycy ze stolicy Katalonii zafundowali nam małą dogrywkę. Kaseta Liquid ukazuje się w tym miesiącu w Kanadzie, a zawiera muzykę pochodzącą z tej samej sesji nagraniowej, co Solid, choć bardzo odmienną, rzec można - Ying i Yang tej samej myśli improwizatorskiej.

Nasza dzisiejsza epistoła nie skończy się jednak na nowej płycie Phicusa. Zaraz po niej omówimy solowe albumy Reviriego i Trilli, potem zaś ich wspólne trio z udziałem pewnego irańskiego klarnecisty. Naszą opowieść dobrze zaś zepnie ep-ka kolejnego tria, w którego szeregach odnajdziemy Fagesa. Innymi słowy – Phicusowa rodzina w pełnej krasie!

 


Phicus  Liquid (Tripticks Tapes, Kaseta 2021)

Ferran Fages na gitarze elektrycznej, Àlex Reviriego na kontrabasie oraz Vasco Trilla na perkusji, Rosazul Studio w Barcelonie i drugi dzień sesji nagraniowej (koniec kwietnia 2019 roku). Pierwszego dnia muzycy postawili na moc, czerstwy hałas i potężne brzmienie (m.in. kontrabas pracował w szklanej klatce!), czyli dźwięki, które poznaliśmy na albumie Solid. Drugiego dnia postanowili aktywnie odpocząć. Kontrabas wyszedł na wolność, a muzycy zagrali 38-minutowy, płynny (liquid!) dron zlepionych w magmę akustycznych i elektrycznych dźwięków. Po chwili przerwy dograli jeszcze 5-minutowe encore.

Drżący ciężarem małych przedmiotów werbel i szum intensywnie szorowanych strun, być może także pudła rezonansowego kontrabasu, to elementy składowe, które tworzą dron otwarcia. Trilla, zdaje się, że ma jeszcze w użyciu taśmę, którą oplata talerze i szeleści. Niemal niesłyszalne strzępy życia gitary docierają do nas dopiero po czterech minutach. Niedługo potem kontrabas wchodzi w wyższe rejestry, jego struny zaczynają piszczeć i skomleć. Trilla przenosi akcenty na miski i miseczki, które wprawia w drgania. Docierają do nas fale basowego ambientu, które być może płyną z gitarowego amplifikatora, bo sama gitara zdaje się milcząc jak zaklęta. Ta ostatnia wydaje pierwsze, bardziej typowe dla Fagesa dźwięki tuż przed upływem pierwszego kwadransa. Flażolety, drżące talerze i szumiący smyczek kreślą zmysłową ceremonię wewnętrznego rozdarcia. Ów płynny dron dźwięków, stale czymś ubogacany, pełen jest urokliwych, ale i dotkliwych fonicznie fake sounds, chwilami szemrzący, czasami bolesny i tajemniczy, raz zupełnie akustyczny, innym razem nabierający syntetycznej poświaty.

Po upływie 21 minuty spektaklu gitara zaczyna bić niczym dzwon. Obok szeleszczą perkusjonalia, a struny kontrabasu konają w mękach piekielnych. Po chwili strunowiec zjeżdża do piwnicy, a główny nurt narracji zaczyna spoczywać w rękach gitary i perkusji. Improwizacja śpiewa swoją odę do post-radości, po czym schodzi w okolicę ciszy. Muzycy rozpoczynają finałową fazę nagrania, wprowadzają kilka nowych elementów, które kotwiczą narrację w pobliżu czegoś, co moglibyśmy nazwać emanacją umierającego dark chamber. Opowieść gaśnie w klimacie minimalistycznego chill-outu. Dodatkowe pięć minut tkane jest z rezonujących mikro fraz gitary i przyczajonego na boku smyczka. Oniryczny klimat uzupełnia Trilla, który pierwszy i ostatni raz uprawia drumming, skromny, delikatny, ale jakże nietypowy dla całego nagrania. Po niedługiej chwili gitara wpada w małe sprzężenie, a po czym wszyscy uczestnicy rytuału zaczynają śpiewać.

 


Àlex Reviriego  Fred Astaire (bandcamp self-released, DL 2021)

Barcelona, nagranie domowe czasów lockdownu - Àlex Reviriego na kontrabas solo! Muzyk wykonuje cztery swobodne improwizacje i dwie wariacje na temat standardu Cheek to Cheek (tu używa także drobnego oprzyrządowania elektrycznego i elektronicznego). Odsłuch całości zajmie nam mniej więcej 33 minuty.

Kataloński muzyk, świetnie nam znany emancypator i dewastator brzmienia dużego instrumentu strunowego, człowiek, który rozszerzone techniki artykulacji dźwięku za każdym razem wynosi na inny poziom dramaturgicznej abstrakcji, tu, w nagraniu dedykowanym jednemu ze swych idoli młodości (!), na starcie bardzo wstrzemięźliwie dawkuje nam emocje. Zaczyna od delikatnego szorowania strun suchym smyczkiem, po czym wspina się ku górze i okazjonalnie wydaje udręczone półdźwięki. Narracja ma swój rytm, swoją pokrętną dynamikę, aż po rozśpiewany, czarny post-barok. W drugiej części smyczek nabiera wiatru w żagle i … piasku w szprychy. Schodzi nisko, burczy, drży i żłobi dziurę w podłodze, przypomina małą turbinę, która toczy podziemny tunel. Po pierwszej dawce fonicznego napalmu muzyk proponuje slow version znanego standardu. Gra delikatne pizzicato, w manierze dość minimalistycznej i skrzętnie buduje pogłos. W efekcie tych działań powstaje ambientowa poświata, która lepi się w jedną, intrygującą chmurę post-dźwięku.

W kolejnej części Reviriego wraca do znęcania się na strunami kontrabasu. Smyczek zdaje się być jeszcze ostrzejszy, a krew leje się tu już strumieniami – wszędzie wokół drzazgi, opiłki metalu i skowyczące meta dźwięki. Muzyk siłuje się ze strunami, ale wie doskonale, iż jest w przewadze i tylko on może być zwycięzcą. Wzmaga się drżenie, jego instrument z piątej części przypomina już wielką maszynę, która pracuje na zwolnionych obrotach, ale może dotkliwe ranić wszystko, co napotka na swojej drodze. Brudny, ociekający olejem smyczek, zaplątany pomiędzy struny, pracuje wyjątkowo ciężko, być może w towarzystwie perkusyjnych pałeczek i … plastikowych klamerek. Akustyczny industrial ma tu tylko jeden cel – doszczętnie zdewastować struny. Post-barok, który znów skreczy i modli się do złego boga. Na finał płyty dostajemy kolejną wersję standardu, tym razem z podtytułem ever slower. Muzyk jeszcze leniwiej szarpie za struny, a towarzyszące mu echo z każdą sekundą zdaje się przybierać na sile. Rodzaj medytacji, wspaniałe antidotum po improwizowanych dewastacjach. Pod koniec utworu zbudowany z pogłosu ambient zaczyna żyć własnym życiem i przejmuje narrację. Efektowny finał zdobią jeszcze tajemnicze, elektroakustyczne szumy.

 


Vasco Trilla  Unmoved Mover (Fundacja Słuchaj!, CD 2021)

Mistrz no drumming percussion, Vasco Trilla, zaprasza nas na swoją piątą już płytę solową. Tym razem muzyk z Barcelony zdecydował się na pewien samoograniczający koncept. Do wykonania swobodnych, acz z pewnością odrobinę predefiniowanych improwizacji użył bowiem jedynie kotła (timpani) i gongu. Oczywiście jego walizka cudacznych przedmiotów także była dostępna podczas nagrania (choćby szeleszczące robaczki, drżące wibratory, czy smyczek). Muzyka powstała latem ubiegłego roku w Barcelonie, w okolicznościach studyjnych, a składa się z ośmiu części i trwa 41 minut.

Trilla, to także mistrz budowania dźwiękowej tekstury i dramaturgicznego suspensu. Płyta Unmoved Mover szczególnie uwidacznia te akurat zdolności muzyka, jest bowiem pieczołowicie skonstruowana i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Zaczyna ją dźwięk chroboczącego przedmiotu na glazurze kotła, który trzeszczy pod jego naciskiem. Obok wyje mała syrena alarmowa, a także gong, który drży i budzi niepokój. Dźwięki strzelają do nieba i efektownie wybrzmiewają padając na ubitą ziemię. Smyczek piłuje jakąś metalową krawędź, aż do momentu uzyskania śpiewnego pisku. Narracja zdaje się mieć głęboko zaszyty rytm, to parada mikrozdarzeń, która czyni rytuał godny post-gotyckiego ethno. Drugą improwizację buduje small drumming na kotle, którego dźwięk dociera do nas jakby zza grubej kurtyny. Matowe frazy wytłumione niewidzialnym płaszczem. Trzecią część kreuje smyczek i rezonujące przedmioty zanurzone w ciszy - wielkie echo pulsujących mgławic metalicznych dźwięków. W kolejnej opowieści intensywnie drży membrana, pracują gongi, a całość przypomina śnieżną burzę i zagubione pośród niej sanie świętego Mikołaja. Swoją pracę zaczynają też wibratory, a wielka przestrzeń echa zdaje się wzmagać dramaturgię spektaklu. Sacrum rodzi się w naszych uszach, nabiera epickiego rozmachu i ambientowej poświaty.

W piątej odsłonie Trilla stawia już sprawę jasno. Buduje ścianę akustycznego dźwięku. Efekt zdaje się być zaskakujący, biorąc pod uwagę skąpość ekwipunku instrumentalnego. Coś pulsuje na kotle, coś trzeszczy i nabiera masy, aż po stan zawłaszczenia całej przestrzeni dźwiękowej. Szósta część, to niemal sam gong. Bije jak zegar, zwiastuje powrót sacrum po efektowym spektaklu profanum części poprzedniej. Zaraz potem, już w kolejnej improwizacji, powraca wątek ugniatania materii na glazurze kotła. Mały drumming, wielkie echo, znów syrena alarmowa. Pojawiają się gongi, które budują dramaturgię, stawiając systematycznie stemple wysokich dźwięków. Wreszcie finał, bardziej medytacyjny, wytłumiony, znów kreowany minimalizmem brzęczącego gongu. Obok oddycha kocioł, a do głównego nurtu opowieści podłączają się ... pozytywki, grające slapstickowe melodie, ale nie burzące magii ceremoniału. Rezonujący świat fake sounds podkreśla wagę spektakularnego zakończenia. Dzieło wieńczy pozytywka, która napotyka na finałową ciszę.

 


Reviriego/ Peyghambari /Trilla  Möhit (Gusstaff Records, LP/CD 2020)

Powracamy do formuły tria: Àlex Reviriego – kontrabas, Soheil Peyghambari – klarnet oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne (drobna uwaga: w trakcie nagrania słyszymy także elektronikę, na początku i na końcu nagrania, a zestaw instrumentalny Trilli śmiało możemy określić mianem drums). Dwie swobodne improwizacje, jedna zasadnicza, niemal półgodzinna i kilkuminutowe encore (w sumie 34 i pól minuty). Materiał zarejestrowany w barcelońskiej Soda Acustic, w lutym ubiegłego roku.

Zupełnie nowe trio na mapie świata improwizowanego zaprasza nas na dość spokojną, zrównoważoną emocjonalnie podróż, która okazjonalnie zahaczać będzie o bramy free jazzu. Z pewności będzie też sporym oddechem po obcowaniu z nowym obliczem Phicusa, tudzież solowymi eksploracjami Reviriego. Möhit rodzi się w poświacie delikatnej elektroniki, która przypomina cyfrowego pasikonika, skaczącego po łące zroszonej porannym deszczem. W tle rezonuje talerz, a z mroku wyłania się dron niskiego pasma kontrabasu traktowanego smyczkiem. Po kilku pętlach Vasco i Alex formułują już swój właściwy flow, a do gry włącza się lekki, ciepły, niemal śpiewający klarnet Soheila. Całość narracji zdaje się zazębiać mocą swoich przeciwieństw, a nawet brzmieniowych sprzeczności. Upłynąć musi jeszcze kilka minut, by opowieść nabrała rumieńców – no drumming percussion kreuje tu ścianę akustycznych dźwięków, a kontrabas żłobi koryto, po którym sunie rozgrzany już klarnet, rozsiewający dodatkowo delikatny posmak post-folkowy. Kolejna faza improwizacji stawia na wzrost dynamiki, skowyt kontrabasu i dronowy taniec klarnetu, ale dopiero przejście Trilli w stadium prawdziwie perkusyjne, z rytmem i odpowiednim tempe (okolice 20 minuty), stawia całe trio (a przez moment także duo w wersji katalońskiej) w obliczu niemal freejazzowej meta eksplozji. Najpierw kontrabas pracuje w trybie pizzicato, zaraz potem przełącza się na arco, pod który świetnie podłącza się gorący z emocji klarnet. Po osiągnięciu szczytu opowieść zaczyna niezwykle efektownie gasnąć. Faza outro zdaje się trwać wiele minut, a zdobią ją zmysłowy smyczek i dalekowschodni zaśpiew klarnetu.

Dogrywka sprawia wrażenie dalece udanej repryzy początku płyty. Znów pojawia się elektronika, która z czasem snuje mały ambient, pod który podczepiają się rezonujące talerze i szmery pracowitego smyczka. Wszystko to zmysłowo lepi się w jeden, finałowy strumień dźwięków, raz za razem stemplowany akustycznymi perełkami perkusjonalii, kontrabasu i klarnetu.

 


Tàlveg  Sens-Ses (EP) (bandcamp self-released, DL 2021)

Na zakończenie naszej szybkiej przebieżki po opustoszałych ulicach Barcelony, krótkie spotkanie z triem Tàlveg, którego nagraniami zachwycaliśmy się w roku biegłym. Była wówczas ep-ka, był pełnowymiarowy album, a teraz dociera do nas kolejna ep-ka, pięknie dopinająca tę swoistą trylogię (wszystkie nagrania pochodzą z tej samej sesji, z grudnia 2019 roku). Na cztery improwizacje (w tym trzy poczynione w duecie), które trwają niewiele ponad kwadrans, zapraszają: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja.

Tàlveg, co do zasady, lubi stawiać na minimalizm, powolną, leniwą narrację, którą jedynie od czasu do czasu doprawia ognistymi paralelami. Finałowa część trylogii definitywnie stawia na minimalistyczne, niemal żółwie podrygi, ale znów czyni to po mistrzowsku! Najpierw duet gitary i saksofonu – garść relacyjnych pytań i odpowiedzi, w formie spokojnego spaceru w porannej mgle. Co intrygujące, po kilku pętlach baryton zaczyna frazować niemal cool-jazzowo. Zaraz potem gitara do pary z perkusją, znów minimalistycznie, prawie na stojąco, dźwięk po dźwięku, na wybrzmiewaniu z orientalnym posmakiem. Po niedługim czasie narracja nabiera dynamiki, ale jakże … spokojnej. Trzeci duet, to spotkanie saksofonu i perkusji (a w zasadzie, perkusyjnych szczoteczek). Znów leniwa do granic opowieść, lekka, ale na brzegach zadziorna.

Finał ep-ki, to wreszcie trio. So slowly as well! Flażolety gitary, kilka głębszych oddechów saksofonu i mikro drumming z rezonansem. Bayer szuka tu dronów, Roca intrygi, a Fages wewnętrznego wytłumienia. Ten ostatni zdaje się zagłębiać do wewnątrz swego instrumentu, szuka oniryzmu i posmaku psychodelii. Po paru minutach całość rozlewa się w bezgraniczny pogłos, niczym nierealna, stawiające egzystencjalne znaki zapytania meta muzyka.