Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mateusz Rybicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mateusz Rybicki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

The July’ Round-up: Spinors! Made of Bones! Nuno! Torrecillas! Serries & Tietchens! Poems 11 & 12! Kakofonie #15!


Czas na lipcową zbiorówkę recenzji. Dziś osiem albumów i tradycyjnie multigatunkowy tygiel improwizacji. Tym razem sporo prądu i elektroniki, ale także szerokie spektrum fraz akustycznych, czasami wprost z wielkomiejskiej ulicy!

Zaczniemy w Berlinie, potem czekają nas dwa spotkania portugalskie, krótka wycieczka do Buenos Aires, mroczna otchłań Belgii i aż trzy wątki krajowe – jeden ulepiony z surowej akustyki, drugi z małego prądu, a trzeci z meandrycznej elektroakustyki. Od koloru do wyboru! Very Welcome!

 


Spinors Masual (Evil Rabbit, CD 2026)

Morphine Raum, Berlin, czerwiec 2023: Alex Nowitz - głos, elektronika, Sukandar Kartadinata – gitara elektryczna, elektronika oraz Matthias Bauer – kontrabas. Cztery improwizacje, 45 minut.

Głos wspomagany ręczną elektroniką, niebanalnie frazująca, obleczona kablami gitara z prądem i kontrabas najchętniej traktowany smyczkiem tworzą tu opowieść pełną niespodzianek, zarówno brzmieniowych, jak i narracyjnych. To dramat w trzech długich aktach i jednym bardzo krótkim, który przykuwa uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy.

Po równie szemranym, jak gadanym otwarciu muzycy budują linearną opowieść, która startuje z pozycji post-jazzowej, ale szybko ucieka w oniryczną, post-psychodeliczną balladę. Po kilku minutach narracja staje się jednak zaskakująco dynamiczna, uformowana w dron, który pulsuje mrokiem, usiany usterkową niekiedy elektroniką. Druga opowieść balansuje od mrocznej ciszy inicjacji po wybuchy ekspresji, tu godne doprawdy muzyków z dalekiego wschodu. Smyczek tańczy jak oszalały, gitara plecie psychodeliczne melodie, a głos deliberuje w estetyce niemalże operowej. Samo zakończenie śmiało zasługuje na miano bardzo głośnego. Pulsująca preparacjami trzecia, miniaturowa odsłona udanie podprowadza pod finałową ekspozycję. Tu także artyści potrzebują chwilę, by od elektroakustycznych dywagacji przejść do narracyjnych konkretów. Na etapie rozwinięcia króluje basowy groove, który niesie dwa strumienie elektroniki, tej post-gitarowej i tej post-wokalnej.

  


Made of Bones & Luís Vicente Jardim Vertical (Profound Whatever, DL 2026)

No Estúdio Profound Whatever, Pesinho, styczeń 2026: Duarte Fonseca – perkusja, João Clemente – gitara, Nuno Santos Dias - Waldorf zarenbourg oraz Luís Vicente – trąbka. Dziesięć utworów, 57 minut.

Dobrze opakowana przetwornikami gitara elektryczna, kwaśny instrument klawiszowy i punktowa perkusja, to narzędzia pracy tria Made Of Bones, które zdaje się być idealne do tworzenia psychodelicznego, nieco onirycznego fussion, czerpiącego zarówno z jazzu, jak i rocka. Trio lubi muzykować z gośćmi - po incydencie z saksofonistą Jose Lencastre, czas na improwizacje z trębaczem Luisem Vicente.

Album składa się z dziesięciu odcinków, ale po prawdzie większość z nich łączy się w bardziej rozbudowane sekwencje zdarzeń. Powolna, leniwa narracja, niczym pochód umarlaków na granicy przemieniana, jest tu punktem otwarcia każdej opowieści. Muzycy dokładają step by step kolejne elementy, dzięki czemu większość utworów na etapie rozwinięcia osiąga poziom wzmożonej intensywności. Bazowe trio trzyma się swoich reguł gry, buduje delikatnie upalony strumień dźwięków, w którym poczucie upływającego czasu bywa sprawą bardzo indywidualną. Z kolei kreatywność trębacza, zwłaszcza w fazie preparacji sprawia, iż raz po raz improwizacje osiągają stan istotnie intrygujący. Klawisz z gitarą idą tu na ogół pod rękę, rola perkusji często sprowadza się do wytyczania szlaku podroży, ale bywa, że w efemerycznej flaucie improwizacji potrafi wzbudzić nowe życie. Album po wystudzonym, onirycznym otwarciu swoją kulminację zdaje się przeżywać w trakcie ósmego, najdłuższego utworu, który balansuje od psychodelicznej ballady do żwawej post-jazzowej przebieżki. Wieńczące płytę dwie ostatnie odsłony, to błysk melodii i kojący ambient.

  


Jorge Nuno A Ilha Revisitada (Thödol Records, CD 2026)

Lizbona oraz Terceira (utwory 3-5), czas nieznany: Jorge Nuno – gitara. Trzynaście utworów, 39 minut.

Z tym portugalskim muzykiem znamy się świetnie. Kiedyś lubował się w gitarowej psychodelii, teraz częściej siada samotnie ze swoim instrumentem i opowiada nieme historie o życiu. Jego druga płyta solowa przynosi aż trzynaście takich opowieści – ciągle pachnie w nich rockiem i post-bluesem, choć szyte są delikatnymi frazami gitary akustycznej.

Album otwierają wystudzone gitarowe flażolety, które pachną dawno zapomnianą prerią dzikiego zachodu. Estetyka bluesa i rocka dają szczególnie znać o sobie w kolejnych, niekiedy dość dynamicznych przebieżkach po gitarowym gryfie. Nuno szoruje struny, szarpie je i ślizga się po nich, a potem puentuje wszystko porcją wystudzonych, ale na ogół dość melodyjnych fraz. W piątej opowieści artysta wpada w repetytywny taniec czyniąc ów fragment bodaj najciekawszym momentem albumu. Potem na długo zapada w otchłań gitarowego minimalizmu. Owe narracyjne slow motion ma swój niezaprzeczalny urok, ale zdaje się, że po kilku utworach zaczynami już tęsknić do ekspresji, jaką muzyk serwował w pierwszej części albumu. Ta dobra energia szczęśliwie powraca, a sam proces zaczyna się w połowie dziewiątego utworu. Album wieńczy minimalistyczny taniec, który nie nosi jednak znamion pożegnania. Nuno wróci do nas z pewnością całkiem niedługo.

  


Torrecillas/ Vázquez/ von Schultz Physis (Plus Timbre, DL 2026).

Estudio Libres, Buenos Aires, Argentyna, Luty 2025: Jorge Torrecillas – saksofon tenorowy i altowy, Pablo Vázquez – kontrabas, głos oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć utworów, 32 minuty.

Czas na argentyński free jazz. W roli improwizatorów nasi dobrzy znajomi z Buenos Aires, z których dwóch mieliśmy nawet okazję gościć w spontanicznych progach Poznania w czasach przedpandemicznych. Trio, które gra dla nas Physis nie eksperymentuje, nie szuka nadmiernie rozszerzonych technik, ani nie kąsa szczególnie wymyślną dramaturgią. Gra swoje, co byśmy przez to nie rozumieli. I gra bardzo kompetentnie.

Krótkie, dobrze sformatowane improwizacje introdukowane są najczęściej przez perkusję i kontrabas. Saksofon wchodzi zazwyczaj na gotowe, syci flow jazzową melodią, a gdy trzeba ostro dmie intrygująco brudnym brzmieniem. Raz po raz artyści dorzucają coś nowego do typowego jazzowego tygla. W drugim utworze czujemy posmak ethno, a dużo dobrego wnosi kontrabasowy smyczek. Początek czwartej części grany jest przez basistę, ale efekt jest istotnie perkusjonalny. W niektórych momentach trio wpada w galop, ale nie jest on masywny, czasami wydaje się wręcz filigranowy. Szczególnie udane są improwizacje siódma i ósma. Pierwszą z nich prowadzi duet sax & drums osadzony w melodyce aylerowskiej, który jest nieustannie kontrapunktowany agresywnie usposobionym smyczkiem. Taka wymiana zdań stanowi oś dramaturgiczną utworu. Z kolei ósemka, to narracja tkana z drobnych, minimalistycznych fraz każdego z instrumentów, także bez użycia siły, czy forsowania nadmiernej ekspresji. Album domyka niespełna minutowa ekspozycja pełna rytmu, radosnej energii, daleka od oczekiwanej w takich momentach farewell song.

  


Dirk Serries & Asmus Tietchens Die Regeninsel (Attenuation Circuit, CD 2026).

Czas i miejsce nieznane: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty oraz Asmus Tietchens – processings. Sześć utworów, 46 minut.

Dark ambientowe płyty Serriesa znamy doskonale, nieomal się na nich wychowaliśmy. Najnowsza propozycja belgijskiego gitarzysty rozwija ten zamysł dramaturgiczny (nie po raz pierwszy) o elektroniczne procesowanie tego, co dostarcza samotna gitara elektryczna. Efekt zjawiska, to mroczne, gitarowe drony zanurzone w poświacie grozy, otchłaniach iście lovecraftowego niepokoju. Ta podróż jest bardzo niebezpieczna, szczęśliwe jednak każdy z odcinków zdaje się mieć nieco łagodniejszą, jakby odseparowaną od zasadniczej sytuacji dramatu puentę.

Od pierwszej sekundy nagrania gitarowy dark ambient zostaje osadzony w przestrzeni, która rezonuje jeszcze bardziej mrocznym, wielowarstwowym pogłosem. Puls jest jednostajny, tembr z czasem zniekształca się, co potęguje zjawisko niepokoju. Druga i piąta opowieść zdają się pochodzić od jednej matki. To gitarowa melodia systematycznie dewastowana syntetyczną powłoką brudu, obleczona łagodnym, matowym pulsem, który dociera z głębokiego offu. Ów proces osiąga incydentalnie stadium noise’owe. Trzecia opowieść wydaje się bardziej oniryczna. Szyty na kilka sposobów ambient brzmi tu wyjątkowo syntetycznie, syczy niczym wygłodniały wąż boa. Z kolei w czwartej odsłonie punktem wyjście są zniekształcone frazy, brzmiące jakby pochodziły z uszkodzonego odbiornika radiowego. Na etapie rozwinięcia flow wydaje się tu bardzo gęsty, przypomina marsz w błocie po kolana. Dla odmiany finałowa narracja zostaje posadowiona dość wysoko. Gitarowy ambient wydaje się śpiewny i zlany z porcją syntetyki. Aura grozy schodzi na background, ale cały czas kąsa niepokojem. I tu końcowy konsensus nosi znamiona mrocznej łagodności.

  


Kamil Szuszkiewicz, Mateusz Rybicki, Dawid Kosiarkiewicz, Paweł Sokołowski Poem 11, series 1 (Monaural Poetry, LP 2026)

Różny czas, różne miejsca: Kamil Szuszkiewicz – trąbka, Mateusz Rybicki - klarnet, Dawid Kosiarkiewicz – saksofon barytonowy, Paweł Sokołowski, saksofon altowy. Cztery solowe improwizacje, 25 minut.

Patryk Zakrocki and Marcin Olak Poem 12 Openphonic Hat (Monaural Poetry, LP 2026).

Galeria Projekt Café, Warszawa, czas nieznany: Marcin Olak - gitara elektryczna, akustyczna, efekty oraz Patryk Zakrocki – gitara elektryczna, obiekty. Sześć utworów, 23 minuty.

Analogowo rejestrowana, wycinana seria płyt winylowych Patryka Zakrockiego nabiera rozpędu. Dziś zaglądamy na edycje jedenastą i dwunastą.

Pierwsza nich przynosi cztery solowe ekspozycje dęte, zrealizowane w okolicznościach przyrody – w tunelu pod wiaduktem kolejowym, na akademickim dziedzińcu, w bibliotece i otwartej przestrzeni okołoklubowej. Surowe brzmienie dęciaków, ciekawy efekt pracy z echem, odgłosy codziennego życia przybytku publicznego. Baryton Kosiarkiewicza zaczyna od delikatnego pomrukiwania, kończy niczym wielki zwierz w klatce, który próbuje się wyswobodzić. Echo tuneli robi tu wrażenie. Z kolei sopran Sokołowskiego snuje wytłumione melodie, które zdają łapać kontakt z powietrzem otwartej przestrzeni. To samo czyni trąbka Szuszkiewicza, która dodatkowo niesie się matowym pogłosem. Najbardziej intryguje w tym zestawie klarnet Rybickiego – lekki, frywolny, trochę roztańczony, z każdą sekundą nagrania jakby bardziej wsłuchany w odgłosy życia bibliotecznego.

  


Gitarowy duet Zakrockiego i Olaka, to z kolei melodyjna, wręcz piosenkowa odsłona improwizacji. Bez wokalu, natomiast z dużą dawką post-bluesa i rocka z zakurzonych klasyków westernowych. Krótki, sześcioodcinkowy serial udanie buduje dramaturgię - zaczyna od tęsknych melodii z dalekich prerii, potem sięga po porcje minimalistycznych fraz otumanionych drobnymi sprzężeniami, a kończy dynamiczną ekspozycją obu gitar, które budują podwójny, basowy groove.

  


Chołoniewski, Figle, Pyzik & Przetacznik Kakofonie#15 (Bandcamp’ self-released, DL 2026)

Betel, Kraków, marzec 2026: Marek Chołoniewski - live electronics, Mariusze Figle – syntezatory, Tomek Przetacznik - gitara oraz Kazimierz Pyzik – wiolonczela. Trzy improwizacje, 41 minut.

Kakofonie, cykl krakowskich koncertów, które na scenie klubu Betel łączą w intrygujące składy ad hoc krajowych muzyków improwizujących, mają już ugruntowaną medialnie pozycję i pokaźną dźwiękową historię. Szczęśliwie piętnasty incydent cyklu trafia do nas w formie dokumentacji fonicznej. Zaglądamy do środka z dużym zainteresowaniem.

Dwa instrumenty strunowe, syntezator i instytucja live electronics tworzą tu gęsty tygiel zdarzeń uformowanych w trzy kilkunastominutowe odcinki czasowe. Początek koncertu pokazuje, iż artyści, spotykający się ze sobą po raz pierwszy, potrzebują trochę czasu, by kierunki ich kreatywności zaczęły ze sobą istotnie korelować. Pierwsza improwizacja sprawia wrażenie małego koncertu życzeń. Każdy z muzyków prezentuje walory swojego instrumentarium, ale interakcje pomiędzy nimi nie są jeszcze solą tej opowieści. Puentą zaś okazuje się melodyjnie frazujące cello, które bez problemów radzi sobie z drobnymi incydentami noise realizowanymi przez syntetyczną frakcję kwartetu. W drugiej części muzycy zwierają szyki, a efektem jest linearna opowieść, którą przy pewnej dozie poczucia humoru moglibyśmy określić mianem … avant popu. Melodyjna wiolonczela, basowy rytm gitary i równie rozśpiewany tembr syntezatora! Zdaje się, że dramaturgiczny konsensus muzycy osiągają ostatecznie w trzeciej odsłonie. Na powierzchnię bogatego strumienia dźwiękowego forują się wiolonczela i gitara, a elektroakustyczna otulina wzmaga efekt całości i sprawia, że improwizacja nabiera artystycznych rumieńców aż do nagłego, jak za pociągnięciem skalpela, zakończenia koncertu.



wtorek, 11 października 2022

Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival 2022 – the report from the accident!


Szósta edycja Spontaneous Music Festiwal w poznańskim Dragonie – zgodnie ze swym tytułem „Fast Forward” – minęła niebywale szybko, a z punktu widzenia emocji po obu stronach sceny, z pewnością zbyt szybko.

Wspomniane wyżej „obie strony” sceny, to oczywiście jedynie dziennikarska metafora. Tak się bowiem fantastycznie złożyło, iż w trakcie ostatniego aktu festiwalu muzycy usiedli wśród publiczności, a ponieważ pełnoprawnym uczestnikiem minimalistycznej podróży była także wszechobecna cisza, każdy na widowni czuł się twórcą koncertu, wydając moc nieartykułowanych, filigranowych dźwięków, które stawały się elementem spektaklu, podobnie jak syrena przejeżdżającego samochodu i inne odgłosy z klubu i miasta.




Nim jednak dotarliśmy do owego na poły socjotechnicznego wydarzenia muzycznego, szesnastu muzyków z Barcelony, Berlina, francuskiego Dijon i kilku polskich miast zafundowało nam jedenaście setów krnąbrnej, wyjątkowo rozsianej stylistycznie, niekiedy szczerej do bólu improwizacji, budząc niemal w każdym przypadku spontaniczny entuzjazm odbiorców.

Koncert otwarcia, co staje się już powoli tradycją poznańskiej imprezy, przypadł w udziale jednemu artyście. Tym razem był nim stały uczestnik spontanicznych festów, perkusjonalista Vasco Trilla. Półgodzinny set magicznych fonii zawierał w sobie wiele elementów, które znamy z repertuaru dźwiękowych tricków muzyka, zatem szczególnie do gustu przypadła nam finałowa sekwencja na tabli, rzadziej przez niego wykorzystywanej, pięknie wkomponowana w ciąg dramaturgiczny spektaklu.

Kolejnym stałym punktem programu Spontanicznego Festiwalu są składy ad hoc, których ideą jest łączenie na scenie muzyków, którzy wcześniej nie grali ze sobą w danej konfiguracji personalnej. Na dobry początek zatem kameralna wycieczka z udziałem flecistki Zofii Ilnickiej, kontrabasisty Àlexa Reviriego i trębacza Timothée Quosta. Pełen niuansów brzmieniowych spektakl szyty był niezwykle emocjonalnym ściegiem i zdobiony intrygującymi interakcjami.

Po niedługiej chwili na scenie ponownie pojawił się Quost (już wcześniej doposażony w analogową elektronikę), tym razem wraz z Benem Whitehillem (gitara i cała armia przetworników, tudzież innych urządzeń dekonstruujących dźwięk) oraz Laure Boer, której elektroakustyczne akcesoria zajmowały wielki stół (obok dużego instrumentu strunowego własnej produkcji, artystka używała choćby analogowego telefonu, który sprzęgał z gitarowym wzmacniaczem). Ten spektakl trwał ledwie dwa kwadranse i kilka minut, ale pozostawił po sobie taką moc wrażeń, iż ich opis mógłby stanowić osobisty tekst. 

 


Piątkowy dzień był najbogatszym dniem festiwalowym – zarówno w ujęciu ilościowym (aż pięć setów), jak i przede wszystkim jakościowym. Na jego początek ad hoc trio w składzie: Patryk Daszkiewicz (taśmy, elektronika analogowa), Pere Xirau (preparowany small drum kit) i Àlex Reviriego (kontrabas). Kolejny na festiwalu elektroakustyczny spektakl błyskotliwie balansował między dronowym pasażami, a niemal post-industrialną rytmiką, która także była ważnym elementem koncertu.

Kolejne kilkadziesiąt minut na dragonowej scenie oddane zostało we władanie Bilianie Voutchkovej. Bułgarska skrzypaczka z Berlina najpierw zaprosiła nas na performatywne … słuchowisko! Preparowane skrzypce, głos, szumiące „speakers” i Lena Czerniawska, która recytowała swoje poezje zarówno w formule live, jak i odtwarzała wcześniej przygotowane materiały dźwiękowe, lepione potem w intrygujące pętle. W drugiej części Lena zajęła się grafiką realizowaną na żywo, Biliana zaś zaprosiła na scenę Vasco Trillę. Zagrali kilkunastominutowy set świetnie skomunikowanych improwizacji, który należałoby skomentować pytaniem retorycznym - kto brzmiał na scenie bardziej spektakularnie.

Trzeci, a tak naprawdę czwarty set wieczoru przypadł w udziale kolejnej formacji ad hoc, tym razem całkowicie dętej. Flety Zofii Ilnickiej, saksofony Toma Chanta i Michała Biela, kreatywność każdego z artystów, wreszcie świetna komunikacja wewnętrzna sprawiły, iż doświadczyliśmy jednej z najbardziej udanych chwil festiwalowych. Posadowiona na środku sceny flecista zdawała się rozdawać karty, raz za razem wypuszczając saksofonistów ku stromym podjazdom i karkołomnym zjazdom. Ci radzili sobie perfekcyjnie, zwłaszcza w momencie, gdy jednocześnie sięgnęli po saksofony sopranowe.

Final piątkowego wieczoru i kataloński Phicus – festiwalowy headliner Ferran Fages na gitarze, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Muzycy grają ze sobą w tym składzie prawie 6 lat, nagrali cztery plyty, ale te dźwięki, które zaserwowali nam w Dragonie być może były najlepszymi momentami w dotychczasowej historii tria. Tę śmiałą tezę potwierdzili także same artyści. Wybuchowa gitara, która z czasem nabrała niebywale psychodelicznego posmaku, kreatywny na każdym etapie seta kontrabas i perkusja, która eksplodowała jakością szczególnie w najbardziej dynamicznych momentach koncertu. Od mrocznego post-ambientu, po ścianę post-rockowego hałasu, i z powrotem! Phicus był wszędzie!

 


Sobotni koncert otwarcia, to ad hoc kwartet: Pere Xirau (preparowany small drum kit), Michał Biel (saksofon barytonowy i sopranowy), Eric Bauer (elektronika) oraz Mateusz Rybicki (klarnet i saksofon tenorowy). Muzycy po kilku rozpoznawczo-badawczych frazach ochoczo wzięli się do pracy i dość szybko, niesieni temperamentem saksofonistów, osiągnęli niemal free jazzowy szczyt. Potem improwizacja stała się bardzo skupiona, płynęła długimi pasażami, które świetnie łączyły akustyczne preparacje i niebanalną, kreatywną elektronikę.

Drugi sobotni set zapowiadany był jako najgłośniejszy punkt festiwalowego programu i tak też się stało w istocie. Kolejne trio z Barcelony – Isysxae - nie może pochwalić się jeszcze dorobkiem godnym Phicusa, ale w dragonowej formie śmiało może dożyć starości. Ferran Fages na gitarze, tu jeszcze głośniejszej niż dzień wcześniej, mocno pracującej na sprzężeniach i atonalności, dziki, free jazzowy saksofon tenorowy, a potem sopranowy w rękach Toma Chanta i masywna, gęsta, ale niepozbawiona niuansów brzmieniowych perkusja Pere Xirau. Choć muzycy stawiali w trakcie 35-minutowego seta na intensywność, w jego trakcie nie brakowało momentów kompulsywnego tonowania emocji.  

Po dźwiękowym horrorze Isysxae nasze uszy pragnęły czegoś bardziej subtelnego i tak też się stało w secie przedostatnim dnia ostatniego. Carina Khorkhordina – trąbka oraz Eric Bauer – akcesoria elektroakustyczne zaprezentowali nam coś na kształt niemal teatralnego performance’u, w którym dźwięk nie był wcale elementem najważniejszym. Czasami zdawał się być jedynie tłem dla artystowskich akcji, ruchów na scenie i zabawy przedmiotami. Część publiczności kupiła ten gig masywnymi oklaskami, część zachowała pewną wstrzemięźliwość w projekcji zachwytu.

Finałowy koncert festiwalu, to sygnalizowany na wstępie Desarbres Ensemble w składzie: Ferran Fages (kompozytor i nieruchomy dyrygent), Tom Chant – saksofon sopranowy, Carina Khorkhordina – trąbka, Michał Biel – saksofon barytonowy, Mateusz Rybicki – klarnet i Àlex Reviriego – kontrabas. Minimalistyczna epopea dźwięku i ciszy była doskonałym podsumowaniem szóstej edycji festiwalu – koiła nerwy po pokaźnych porcjach wspaniałego hałasu, była definitywnie performatywna i wspaniale wciągnęła do gry – czasami mimochodem – także publiczność. Ta ostatnia w tym roku dopisała, choć dziwnym zrządzeniem losu najmniej liczna była w trakcie ostatniego dnia, który miał przecież miejsce w samym środku jesiennego weekendu.

 

Zdjęcia produkcji własnej, pozbawione praw autorskich:

1) Zosia, Alex & Timothee

2) Tom, Zosia & Michał

3) Isysxae: Ferran, Tom & Pere


*) raport ukazuje się jednocześnie na łamach jazzarium.pl



poniedziałek, 23 grudnia 2019

Watts! The Antistandard! Awatair! SLD! heArt Ensemble! Radium! Warmbladder! Sundogs! Fairhall! Tatvamasi! Innercity Ensemble! The Christmas’ Summary smells like the unholy ghosts!


Redakcyjne półki z płytami znów gną się pod ciężarem fantastycznej muzyki (cokolwiek byśmy pod tym pojęciem nie rozumieli!). Czas na prawdziwie świąteczną zbiorówkę recenzji. Uwaga, nastrój nie zawsze będzie pogodny i relaksacyjny, albowiem złe duchy będą z nami w każdej chwili odczytu i odsłuchu dwunastu absolutnych świeżynek wydawniczych!

A dzisiejsza marszruta jest wyjątkowo pokrętna: zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie, ale będziemy raczej tańczyć i śpiewać w … afrykańskich rytmach, potem barceloński tygiel hardcore composed impro, post-coltranowskie trzęsienie ziemi wprost z Gdańska, wyrafinowany open jazz z Buenos Aires, swobodna improwizacja z Montrealu, garść eksperymentów, nie bez udziału elektroniki, z Francji i Danii, znów Coltrane, tym razem na małe instrumenty, a na koniec krajowy, zgrabnie szyty post-rock-jazz, nie bez elementów zwinnej improwizacji!

Merry Christmas, no matter what god you are worshiping right now!




Trevor Watts  Life & Music (Hi4Head Recs, CD 2019)

Trevor Watts ma w dorobku całe mnóstwo genialnych płyt free jazz/ free improv, ma też niemały zasób fantastycznych nagrań z melodyjną, taneczną muzyką, skąpaną w afrykańskich rytmach. Na potrzeby tej fascynacji ukłuł określenie Moiré Music i właśnie nagrania poczynione w tej estetyce dostarcza nam na albumie o wszystko mówiącym tytule Life & Music (płyta ukazała się w lutym, dokładnie na 80 urodziny artysty!). Pochodzą one z lat 2005-2011, a w ich tworzeniu udział wzięli: Trevor Watts na saksofonie altowym i sopranowym, flecie drewnianym, perkusjonaliach, fortepianie, syntezatorze i mbirze, a w niektórych utworach (opis płyty skąpi nam szczegółów) wspomagają go: Jamie Harris – perkusjonalia i głos, Geoff Sapsford – gitara i głos, Giampaolo Scattoza – perkusja, Roger Carey – gitara basowa, Anna Watts – głos, Rob Leake i Amy Leake – saksofony tenorowe. Płyta zawiera czternaście kompozycji, łączny czas ich trwania, to 69 minut i 58 sekund. Zapraszamy do tańca!

Zestaw piosenek otwiera utwór, w którym zdaje się, że Watts gra na wszystkich instrumentach – śpiewnym alcie, perkusjonaliach, które biją serdeczny rytm i syntezatorze, który brzmi niczym soft fussion z lat 70. ubiegłego stulecia. Brzmienie muzyki jest dalece subdoskonałe, płaskie i jakby pokryte kurzem całej historii muzyki z Czarnego Lądu (nagrania są współczesne, zakładamy zatem, iż to świadomy zabieg autora). W kolejnym nagraniu muzyk, poza saksofonem, sięga także po mbirę i kreuje posuwistego walczyka z niezwykle bogatą sekcją rytmu, zdobionego melodią, którą możemy nucić w nieskończoność. W piątym utworze, do głęboko zakorzenionej w afrykańskiej polirytmii ekspozycji, dochodzą jeszcze równie czarne wokale, a także błyskotliwa gitara. Na tym pięknym tle saksofon snuje wyjątkowo zmysłowe solo. Równie udana, z pozycji saksofonu, jest siódma piosenka, gdzie rytm zdaje się być także wzmocniony elementem syntetycznym. Niezwykle dynamiczny jest utwór jedenasty, gdzie swingujący saksofon pędzi na złamanie karku z bogatymi perkusjonaliami i mocną sekcją rockową. Równie dużo emocji dostarczają dwa ostatnie fragmenty płyty – śpiewająca, rozdygotana emocjami, zawsze pozytywnymi, gorąca Afryka!

Płytę uzupełniają solowe nagrania Wattsa na saksofon i syntezator, na ogół bardzo wyciszone i balladowe, niosące nieco egzaltowane przesłanie muzyka dla reszty świata. Także za to, kochamy Trevora Wattsa!




The Antistandard  All Of Them! (Discordian Records, DL 2019)

Pod tą jakże piękną nazwą kryje się kwintet muzyków z Barcelony, pędzący na zatracenie pod śmiałym, i jak zawsze artystycznie bezczelnym, przewodnictwem El Pricto. Szef Discordian Records skomponował cały materiał, dyrygował i jeszcze (wszak, to człowiek-orkiestra!) zagrał ogniste frazy na saksofonie altowym. Kwintet Antystandardu uzupełnią: Víctor Colomer na puzonie, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej, Javi Garrabella na basie elektrycznym i Enric Ponsa na perkusji. Nagranie koncertowe, poczynione w klubie Sinestesia w trakcie dwóch tegorocznych, wiosennych bytności. Dziewięć utworów, 52 minuty i 17 sekund.

Tym razem zapraszamy do krainy niemal hardcore punkowego piekła post-jazzu i improwizacji. Będzie głośno, także ostro, a dramaturgia całości będzie coś miała z dynamiki serii z karabinu maszynowego! Aura otwarcia spektaklu mówi nam wiele o ładunku emocji, jakich dostarcza The Antistardard – drapieżne, noise rockowe brzmienie, połamane frazy, masywne, ciężkie brzmienie. Gatunkowy tygiel skojarzeń, gdzie niemal każda sekwencja czerpie z innej bajki – saksofon i puzon kradną z free jazzu, gitara z basem grają wodewilowe … reggae, a perkusja swinguje! Wszystko precyzyjnie zaplanowane, pod batutą genialnego szaleńca. Dramaturgia piętrzy warstwy narracji, a zornowskie Naked City zagląda za kurtyny i bije brawo na alarm! Nawet jeśli na moment tempo i intensywność opowieści zostaje przez muzyków delikatnie wytłumione, to tylko po to, by złapać oddech i uderzyć ze zdwojoną siłą.

Co jeszcze dobrego? Czwarta opowieść wydaje się gęsta niczym ciekły ołów, a pięciolinia kompozycji Pricto zapewne ugina się od znaków. Połamany post-funk, zagubiony w spalonej filharmonii, który cierpi na depresję maniakalno-prześladowczą. Szóstą część, rozdygotany recenzent jest w stanie podsumować jedynie bystrym słowotokiem – hardcore noise speed post-metal! Gitara Caicedo wpada w wir nieustających szaleństw, a po czwartej minucie decyduje się na doom metalowy przystanek, w trakcie którego brzmi niczym piorunujące, improwizowane Low Vertigo! W szóstej części jest chwila mikro wytchnienia – dęciaki swingują w estetyce free, a bas funkuje niczym Jaco Pastorius. W kolejnej opowieści duże zbliżenie na linii alt-gitara – prawdziwie miłosny galop, subtelny jak łamanie kołem! W ósmym utworze pomiędzy puzonem, a altem pojawia się szczypta melodii, a sekcja zdaje się trzymać nerwy na wodzy. Wreszcie finał, definitywnie spokojna podróż po wertepach dźwiękowych preparacji – oniryczna gitara, charkot puzonu, cisza drżącego basu, rezonans talerzy i uśmiech altu. Bukiet pięknych, niemal pojedynczych fraz na zakończenie krwistego szaleństwa! What a beauty madness!




Awatair (Gos/ Tokar/ Gadecki) Awatair Plays Coltrane (Fundacja Słuchaj!, CD 2019)

John Coltrane żyje i ma się wyśmienicie! Tegoroczny kwiecień, gdański klub Żak, wiosenna edycja Jazz Jantar, a na scenie trio o nazwie własnej Awatair. W jego składzie: Michał Gos na perkusji, Mark Tokar na kontrabasie i Tomasz Gadecki na saksofonie tenorowym i barytonowym. Trzy kwadranse kolektywnej improwizacji, która w trzech z czterech przypadków wskazane ma pewne drogowskazy w postaci, przywołanych z nazwy, kompozycji Johna Coltrane’a.

Otwarcie koncertu przypada w udziale, zagotowanemu od pierwszego dźwięku, saksofonowi tenorowemu i żylastemu smyczkowi na gryfie spokojnego jeszcze kontrabasu. Wejście w jarzmo spektaklu jest wyjątkowe bystre, tym bardziej, iż od 50 sekundy jest też z nami dynamiczny circle drumming. Tembr tenoru, który zdaje się być delikatnie zabrudzony, dba o poziom emocji, rysuje pętle i goni sekcję rytmu do wzmożonych aktywności. Kontrabas słucha, nie stroni do grania ciszą, ale zawsze jest gotowy na muskularny walking. Narracja osiąga mistrzowski poziom już pod koniec trzeciej minuty, a w tle pobrzmiewa melodyka free jazzowej Trójcy Świętej. Po kolejnych trzech minutach trio sięga już nieba, ale to wcale nie jest powód, by hamować. Płynne przejście w drugą część odbywa się na barkach kontrabasu. Każdy z muzyków dodaje także garść preparacji. Tytułowa Naima toczy się demokratycznie, bardzo kolektywnie i niebywale … dynamicznie, czego najlepszym przykładem zwinne duo saksofonu i perkusji, po którym Gadecki dopiero po raz pierwszy przywołuje melodię mistrza. Sekcja rytmu nie czyni tu jednak niczego na kolanach, zatem narracja pędzi na zatracenie, a niskie częstotliwości ryją bruzdy w podłodze.

Solo perkusji wyznacza trzeci fragment, tym razem określony jako improwizacja ku chwale Johna. Jest ogień, jest i szczypta nostalgii, a po pewnym czasie także bukiet saksofonowych prychów i westchnień kontrabasu. Potok wyłącznie udanych dźwięków, głównie ku chwale … swobodnej improwizacji, a na koniec szybki overview pamiątek po cudownych latach 60. ubiegłego stulecia. Znów solowa ekspozycja perkusji wyznacza nam zmianę numeru traku na dysku (koncert wszakże nie przestaje być jednolitym strumieniem dźwiękowym). Trochę narracyjnej repetycji, szum szczoteczek, szmer dysz i wspólne poszukiwanie meta melodyki na dalszą część podróży. W pewnym momencie instrument Gadeckiego brzmi jak upalony flet, choć to być może delikatnie stłamszony … baryton. Ostry smyczek i kompulsywna perkusja gnają przed siebie niezależnie od owej poznawczej retoryki. W połowie dziewiątej minuty trio gasi na moment płomień narracji, bierze łyk święconej wody i rusza na finałową przebieżkę. Saksofon śpiewa tu już cały wypełniony życiem Johna, ale nie stroni od dramaturgicznych zadziorów, którą zdają się dodatkowo stymulować kreację partnerów. Ostatnie kilkadziesiąt sekund, to czas stylowego tłumienia opowieści i ostatni, jakże śpiewny flow, skierowany w stronę patrona tego wyśmienitego koncertu.




SLD Trio (Shocron/Lamonega/Diaz) EL Contorno Del Espacio (Fundacja Słuchaj!, CD 2019)

Pozostajemy z dużą ilością jazzu pomiędzy zębami. Trio zwie się SLD, co stanowi bez wątpienia akronim pierwszych liter nazwisk muzyków, nie ma zatem jakichkolwiek konotacji… politycznych. Wytrwana, otwarta, dobrze skonstruowana opowieść jazzowa wprost z Buenos Aires, za powstanie której odpowiadają: Paula Shocron na fortepianie, także melorecytacja w utworze ósmym, German Lamonega na kontrabasie oraz Pablo Diaz na perkusji. Nagranie studyjne z września ubiegłego roku (Estudio Libres), składa się z dziesięciu kompozycji (dziewięciu autorstwa muzyków tria, jedna to standard Ellingtona), łączny czas - 47 minut i 14 sekund.

Trójka Argentyńczyków zaprasza nas na intrygującą podróż po zakamarkach kameralnego jazzu, którego sercem pozostaje improwizacja, na ogół czyniona bardzo kolektywnie. Pianistka dobrze porusza się w estetyce klasycznej, także współczesnej, czuje się też jak ryba w wodzie, gdy trzeba puścić wodze fantazji i uciec w bystrą stylistykę free. Dużo świetnej roboty czyni tu kontrabasista, który na ogół rysuje szlak narracji zwinnym pizzicato, a jeśli sięga po smyczek, robi to w dramaturgicznie uzasadnionych przypadkach. Perkusista świetnia uzupełnia partnerów, stylowo akompaniuje, raczej stroni od indywidualnych ekspozycji.

Utwór otwarcia stawia raczej na minimalizm, dobra gra wstępna bez fajerwerków. W trakcie drugiej części pojawiają się pierwsze kanty, zadziory, a narracja z sukcesem szuka wewnętrznej dynamiki. W kolejnym pojawiają się pierwsze preparacje, głównie pianistki, ale także drummera. Szczególnie udane wydają się fragmenty piąty i szósty. Dynamika piana raz pnie się ku górze, innym razem stylowo opada, kontrabas sięga zaś po smyczek i buduje masywny nastrój. Gdy trzeba, trio zmysłowo wchodzi w obszar ciszy, gdzie króluje niczym nieskrępowany barok smyczka, rezonans talerzy i tłumiona ekspresja czarnych klawiszy fortepianu. Co ciekawe, najbardziej dynamicznym utworem na płycie jest kompozycja Ellingtona, która swinguje i stawia na masywny drumming. Po stronie bezapelacyjnych plusów SLD należy też zapisać epizod przedostatni (znów smyczek, znów czarne klawisze!), gdzie narracja rodzi się w ciszy, stąpa na palcach, szuka zaczepki, by po paru chwilach wyczekiwania, uciec w niemal free jazzową kipiel. Ostatni utwór, niezwykle taneczny, zawadiacki, pachnie zmysłowym latino, co niechybnie przypomina nam o miejscu powstania tego naprawdę udanego nagrania open jazzu.




heArt  Ensemble  From The Basement & Oréade (Small Scale Music, CD 2019)

Z Argentyny żabi skok do francuskiej części Kanady! Weteran tamtejszej sceny free improv/ free jazz, perkusista Guy Thouin i formacja heArt Ensemble, która powołał do życia jeszcze w latach 80. ubiegłego stulecia. Obecnie na ogół przybiera ona postać duetu (tu wyjątkowo bystry, dużo młodszy saksofonista Félix-Antoine Hamel), czasami zapraszani bywają goście (na drugiej płycie słyszymy harfistkę Marilou Lyonnais Archambault, która korzysta także z elektroniki). Nasze oczy i uszy pochylamy dziś nad dwoma płytami hE, które wydał lokalny label Small Scale Music. Pierwsza swobodna improwizacja w duecie składa się z ośmiu części, trwa zaś 55 minut i 3 sekundy, druga w trio, to jedenaście części, 67 minut i 9 sekund. Zapraszamy w dość długą (czasami może nazbyt długą) ekspozycję stylowego, wyrazistego free impro, dobrze zakorzenionego w jazzie, którego wiele elementów wydaje nam się bardzo znajomych, ale którego słucha się naprawdę z dużą przyjemnością.
From The Basement. Progresywny, otwarty drumming i bystrze skrzeczący saksofon, które raz za razem budują zwinne, masywne, chwilami bardzo free jazzowe ekspozycje. O ile perkusista dba o dramaturgię całości i rzadko decyduje się na solowe wybryki (ale jak już to czyni, to iskry lecą, patrz: piąta część), o tyle saksofonista co rusz czymś pozytywnym zaskakuje. Nie stroni od preparacji, skromnych wycieczek w kierunku sonorystyki, świetnie zna historię gatunku, lubi zabrzmieć melodią na wprost zaczerpniętą ze skarbów pozostałych po Albercie Aylerze (pierwszy utwór), czy marszową dynamiką, tak charakterystyczną dla tego muzyka (utwór trzeci). Szczególnie udany fragment muzyki z piwnicy, to czwarta improwizacja: zaczyna ją wysoki, bardzo tanecznie usposobiony saksofon, wspiera go wyjątkowo rozbudowane drums & percussion. Narracja dostarcza nam dużo potu i zdrowych, swobodnych emocji, a podsumowuje ją garść preparowanych dźwięków ze strony obu artystów. Także siódma improwizacja zasługuje na wiele ciepłych słów – początkowo opowieść jest ognista, ale jeszcze zyskuje na wartości, gdy saksofonista zostaje sam, tłumi swój flow i stylowymi preparacjami poszukuje finałowej ciszy. W ostatniej części perkusista sięga po tablę, używa także głosu, czyniąc finał płyty niezwykle lekkim i zmysłowym.




Oréade. Honory otwarcia tej płyty hE przypadają harfie, która czystym tembrem podaje melodię. Perkusja dba o rytm, a saksofon zwinnie imituje nutki zaproponowane przez harfę. Podobnie skonstruowany jest kolejny odcinek tej historii, lekki, pachnący dalekim wschodem. Ciekawsze rzeczy zaczynają się od improwizacji trzeciej. Harfa dostaje trochę elektroniki pod struny, sieje ambientowy background, talerze rezonują, a saksofon plecie czarną, jak smoła balladę. Piąta improwizacja także przykuwa nasze ucho – zdaje się być bardziej zadziorna, free jazzowa, z elektroniką, która nie stoi z boku, ale energicznie pląta akustycznie plany saksofonu i perkusji. Akcenty preparacji i dekonstrukcji dźwięków także są tu udziałem muzyków. Szósty numer śmiało możemy zapisać do kategorii drone & ambient. W kolejnym utworze powraca akustyczna harfa, muzyka zyskuje na dynamice i goni nas soczystym free jazzem. A gdy w trakcie kolejnych minut recenzent delikatnie zaczyna utyskiwać nad dłużyznami improwizacji (m.in. powraca motyw tabli i głosu, znany z poprzedniej płyty), improwizacja dziesiąta pozytywnie zaskakuje – taneczny saksofon sopranowy, bystra perkusja i czysta harfa toczą ciekawą, minimalistyczną wymianę uprzejmości. Na sam finał płyty powraca wątek melodii z części pierwszej, którą dobrze reasumuje śpiewny saksofon.




Philip Zoubek/ Ivann Cruz/ Marcin Witkowski Radium (Circum Disk, CD 2019)

Pozostajemy w świecie francuskojęzycznym. Przenosimy się do Lille, jesteśmy na koncercie pewnego tria, jest rok 2017. Philip Zoubek gra na fortepianie preparowanym i syntezatorze analogowym, Ivann Cruz na gitarze elektrycznej i elektronice oraz Marcin Witkowski na perkusji preparowanej i elektronice. Dziewięć improwizacji (na ogół bardzo swobodnych), 54 minuty i 56 sekund.

Radium, bo tak zwie się foniczna dokumentacja owego koncertu, to prawdziwie elektroakustyczna przygoda, kreowana wyobraźnią trzech bystrych improwizatorów, w trakcie której nie brakuje zwinnych preparacji, masywnych pasm elektroniki i mnóstwa niebanalnych rozwiązań dramaturgicznych. Jedynym dylematem odbiorcy zdaje się tu być odwieczna wojna żywych i syntetycznych dźwięków. Gdy dominują te pierwsze, jakość nagrania osiąga stany wysokie lub jeszcze wyższe, gdy dominują te drugie i biorą na swoje barki całe jarzmo świata, wszystkie jego problemy i chcą je rozwiązać masywnymi pasażami niemal harsh-noise, to recenzent zgłasza votum separatum.

Skupmy się wszakże na niewątpliwych atutach Radium. Już samo otwarcie płyty obiecuje naprawdę wiele – metaliczny rezonans strun gitary, młoteczki czarnych klawiszy piana, skupiony, aktywny drumming na wytłumionym werblu i tomach. Matowa narracja z elektronicznym backgroundem, który bystrze wzmaga jakość akustycznych ekspozycji, bogactwo przeróżnych dźwięków - mamy wrażenie, że na scenie jest mała orkiestra, nie zaś trójka muzyków. W drugim utworze napotykamy na ciekawą koegzystencję syntetycznego ambientu, świetlistej gitary i akustycznych preparacji. Kolejny fragment jest niezwykle perkusjonalny, a to zasługa wszystkich uczestników spektaklu, także znów świetnie preparującego pianisty. W czwartej części narracja nabiera niemal industrialnej mocy, posmaku dark ambient i po raz pierwszy szuka hałaśliwych akcentów. Piąta improwizacja tonuje jednak emocje, schodzi na samo dno i stawia na elektroakustyczne preparacje. Nie brakuje akcji typu call & responce, a całość pięknie wygasza akustyka gitary i piana. Równie zmysłowy zdaje się być odcinek numer siedem – garść całkowicie zasłużonego chill-outu, dubowa gramatura gitary, perkusjonalne błyskotki. A wszystko to po odcinku numer sześć, niemal 13-minutowym ataku harsh elektroniki… Podczas, gdy ósma improwizacja znów brnie w syntetyczny hałas, finałowa, dziewiąta koi wszystkie zszargane nerwy – piano szuka ciszy na dnie pudła rezonansowego, szczoteczki perkusyjne szeleszczą, szklista gitara nuci meta melodyjne frazy. Oniryczny, tłumiony finał płyty, która zredukowana do 35-40 minut (czym winny zająć się nożyce edytora już wiemy), byłaby definitywnie kandydatem na roczne podsumowania nie tylko redakcji Trybuny.




Warmbladder  Symphony Wackoedipus "Metamorphic" (Gotta Let It Out, CD 2019)

Wojenne dylematy, jakie towarzyszyły nam w trakcie poprzedniej recenzji, tym razem nie będą miały racji bytu, albowiem wszystkie dźwięki zawarte na krążku, który za moment obgadamy, są w pełni … syntetyczne! Tomo Jacobson, świetnie nam znany kontrabasista, i tu odpowiadał będzie za niskie częstotliwości, ale skorzysta z urządzenia o nazwie midi-ribbon, Jonathan Leland użyje małego zestawu perkusji elektronicznej i perkusjonalii, zaś Ignacio Nacho Córdoba – elektroniki. Jednotrakowa improwizacja, powstała w okolicznościach studyjnych ponad dwa lata temu, potrwa 40 i pół minuty.

Warmbladder, to trio, które już samą nazwą gotuje nam krew w żyłach. A co dopiero, gdy posłuchamy muzyki – zwariowane, połamane rytmicznie techno, które równie dobrze mogłoby być określone jako re-techno, jak i post-techno. Improwizacja grana na 100%, królestwo dekonstruowanej na żywo elektroniki, która ma wewnętrzny rytm i rozchwianą emocjonalnie dynamikę. Drżąca linia basu, elektroniczny drum kit i elektronika, która odpowiada za całą resztę, często bardzo tajemniczych dźwięków. Taniec wampirów po dobrze zakrapianej uczcie - pulsujące życie, wulgarne przestery i dwa kroki od czerstwego harshu – całe spektrum dobrego hałasu! Improwizacja cuchnąca przypalonymi kablami, pozostająca w stanie permanentnej zmiany.

To dopiero początek – zapewniam, iż dalej jest równie ciekawie! Po 11 minucie trio na moment traci na dynamice, a narracja staje się demoniczna i repetytywna – real black techno! Po 17 minucie krok w stronę surrealistycznego oniryzmu, budowanego wyższymi dźwiękami, a w 23 minucie prawdziwie syntetyczna kipiel! Po kolejnych kilku minutach basowe pasmo staje w miejscu, a elektroniczny drumming krąży nad nim, niczym sęp nad ofiarą. Po chwili dopada nas pasaż zmutowanych organów kościelnych, które zdają się szukać finałowego hałasu. Ostatnie pięć minut, to masywna, gęsta, marszowa narracja po kres ostateczny tej szalonej improwizacji. Całość wybrzmiewa perkusjonaliami, w których zdaje się tlić odrobina … żywych dźwięków.




Sundogs (Rybicki/ Hall/ Kozera)  In The Land Of Green Dust (Multikulti Project, CD 2019)

Po dość intensywnym obcowaniu z brzmieniami syntetycznymi, najwyższa pora wybrać się na … spacer do lasu! Pomocni w realizacji tego przedsięwzięcia będą: Mateusz Rybicki – klarnet, głos instrumenty dmuchane i kalimba, Samuel Hall – perkusja, instrumenty perkusyjne, preparacje, instrumenty dmuchane oraz Zbigniew Kozera – kontrabas, preparacje, instrumenty dmuchane i kalimba. Muzycy funkcjonują pod nazwą własną Sundogs, a nagranie powstało w Lesie Osobowickim, we Wrocławiu. Dwie, jak to lesie, wyjątkowo swobodne improwizacje, łącznie 32 minuty i kilka sekund (o poprzedniej płycie tria napisaliśmy dwa lata temu, że jest nieco zbyt długa, jak widać nauka nie poszła w … las!).

Być może W krainie zielonego piasku, to bardziej nagranie field recordings, czy coś na kształt słuchowiska radiowego. Być może muzycy i ich instrumenty znaleźli się w Lesie Osobowickim zupełnie przypadkowo, a za całość rejestracji dźwiękowej odpowiada tu jedynie matka natura. Być może warto przywołać w pamięci nagranie Mikołaja Trzaski i Braci Oleś, którzy na początku ubiegłej dekady postanowili muzykować na ulicy, dla całkiem przypadkowych przechodniów. Jakkolwiek by tego nie nazwać – przed nami … być może rodzaj improwizowanego performansu.

Szum lasu, garść mikroskopijnych fonii, bezwzględnie do odsłuchu słuchawkowego. Tajemna podróż w poszukiwaniu zagubionych dźwięków. Lekki klarnet, mikro grzmoty kontrabasu, small drum kit ledwie dotykany małym palcem. Sztuka zaniechania, minimalizmu, czyniona w przestrachu przed naruszaniem równowagi fonicznej zastanego ekosystemu. Pierwszy ze snu zimowego zdaje się budzić niedźwiedzi bas, sójka-klarnet delikatnie podśpiewuje, małe dzwonki pobrzmiewają, a ptaki, te prawdziwe, snują mikro melodie. Wokół także sporo dodatkowych, niezidentyfikowanych fonii wprost z żywego lasu. Kontrabas ma tu chyba najwięcej do powiedzenia, wydaje się wyznaczać kierunek improwizacji. Druga partycja nagrania wnosi do tej zabawy odrobinę więcej życia – klarnet nawołuje do gromadzenia się wokół ogniska, perkusjonalia przelewają życiodajną wodę, a kontrabas stoi w miejscu i pohukuje. Spektakl etno free improv on minimal trwa w najlepsze. Don Cherry i jego Multikulti? Air Henry’ego Threadgilla? Muzycy zmieniają instrumenty jak rękawiczki, od dawna nie wiemy już, kto odpowiada za dany dźwięk, ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Odrobina dynamiki rodzi się z grzmotów kontrabasu i śpiewu dwóch dęciaków, które niespodziewanie nabrały ochoty na swobodny taniec. Repetycje, skoki w górę i bystre opadanie.  Na moment flow narracji przejmują ptaki, muzycy milkną i czekają na rozwój wypadków dźwiękowych. Potem wracają, by wydobyć ostatnie oddechy ze swoich instrumentów.




Adam Fairhall  Little Instruments (Efpi Records, DL 2019)

Ciąg dalszy muzyki nieco tajemniczej, dramaturgicznie nieoczywistej. Znany nam bardziej jako pianista, Adam Fairhall​, zagra na następujących Małych Instrumentach - dulcitone, toy piano, single reed free-bass accordion oraz harmonium. W repertuarze kompozycje własne, aranżowana muzyka tradycyjna i kompozycja Johna Coltrane’a Cosmos. Cztery utwory, niespełna 22 minuty muzyki.

Pierwsza opowieść pobrzmiewa perkusjonaliami, rodzaj marszowej polifonii, filigranowej, delikatnej, z afrykańskim sznytem. Drugą narrację wiedzie coś, co brzmi jak akordeon na pogłosie, na tyle silnym, iż mamy wrażenie, że słyszymy dwa instrumenty. Stylowa, zadumana, jakby zawieszona w przestrzeni opowieść, delikatnie powykręcana rytmicznie. Trzecia, to wibrafon, który brzmi niezwykle tajemniczo. Nie wiemy, czy muzyk używa pałeczek, czy może gra palcami. Intrygujące, znów mocno perkusyjne brzmienie. Wreszcie ów Coltrane’owski Cosmos – drony wprost z harmonium, narracja grana długimi frazami, dość monumentalna, ale bardzo wyrazista. Little Instruments – naprawdę mała historia, ale warta kontynuowania.




Tatvamasi   Haldur Bildur (Audio Cave, CD/LP 2019)

Na finał dzisiejszej szalonej zbiorówki, powracamy do muzyki dynamicznej, która czerpie z rocka pełnymi garściami, lubi na ogół pozytywne emocje i nie pozwala przysnąć w trakcie przedświątecznej, ogłupiającej zawieruchy. Dwa krajowe bandy, dobrze rozpoznawalne i lubiane, tu i ówdzie! Najpierw lubelskie Tatvamasi i ich piąta płyta – rejestracja bez oklasków z lutego br. Muzycy: Grzegorz Lesiak na gitarze elektrycznej (autor kompozycji), Tomasz Piątek na saksofonie tenorowym, Łukasz Downar na gitarze basowej, Krzysztof Redas na perkusji oraz goście - Jan Michalec na trąbce, Małgorzata Pietroń na wiolonczeli i Anna Witkowska-Piątek na skrzypcach. Cztery długie kompozycje, rozimprowizowane, jazz-rockowe dramy, łącznie 43 minuty i 11 sekund.

Na wejściu do świata Haldur Bildur dostajemy rytmiczny, rockowy temat, pulsujący funkiem, zgrabnie ogrywany przez saksofon i trąbkę. Wiele zdaje się tu pachnieć dobrym Downtown Music z lat 90. ubiegłego stulecia, trochę elektryczną Masadą Johna Zorna. Adekwatna dynamika, bystra instrumentacja, zwarty pomysł dramaturgiczny na przebieg całości, smakowite improwizacje. Muzycy czynią pierwszy krok ku tym ostatnim już po upływie drugiej minuty, a do tematu zasadniczego nie wrócą wcześniej niż przed upływem dziesiątej. W międzyczasie dzieje się dużo ciekawego – solowe ekspozycje, improwizacje w duecie (choćby gitary i saksofonu), piękne pasaże strunowców, a wszystko trzymane w ryzach przez masywną sekcję rytmiczną. Drugą opowieść zaczynają skrzypce i wiolonczela. Do podanej przez nie melodii zdają się podłączać kolejne instrumenty. Akcja nabiera dynamiki po wejściu w kolejną, długą fazę improwizacji. Pod koniec odcinka, dla kontrastu, zwinnego walczyka tańczą strunowce. Z kolei utwór trzeci otwiera psychodeliczna gitara, której wtóruje mocny, jak dąb bas. Temat kompozycji pachnie zaś polskim fussion jazzem z lat 70. ubiegłego stulecia. Skrzypce płyną szerokim strumieniem, a trąbka i saksofon podają zgrabne harmonie. W fazie impro świetny moment gitary i trąbki, a finał zatopiony zostaje w chłodnym ambiencie.

Wreszcie gorący, i gęsty z emocji, finał płyty. Cały septet rusza z kopyta bez gry wstępnej. Motyw taneczny, niemalże góralski, znów jakby z Zorna i jego Masady. Jeszcze przed upływem drugiej minuty, skromny stopping i fala psychodelii, nie tylko ze strony bystrej gitary. W dalszej części utworu warto zawiesić ucho nad dialogiem tej ostatniej i wyjątkowo drapieżnego saksofonu. Powrót tematu następuje dopiero po dziewiątej minucie, z basem ściągniętym do samej ziemi. Finał płyty skrzy się emocjami, ogrywaniem tematu na podkładzie połamanego rytmu. Brawo!




Innercity Ensemble  IV  (Instant Classic, CD/LP 2019)

Księga Czwarta historii zwanej Innercity Ensemble! Zacznijmy od aktorów i ich rozbudowanego zestawu rekwizytów: Rafał Kołacki – instrumenty perkusyjne, sampler, Tomasz Popowski - perkusja, także programowana, instrumenty perkusyjne, syntezator, Radosław Dziubek – elektronika,  instrumenty perkusyjne, Rafał Iwański - instrumenty perkusyjne, Artur Maćkowiak – gitara, syntezator, efekty, Jakub Ziołek – gitara, syntezator, programowanie perkusji, piano, wokal, efekty, Wojciech Jachna – trąbka, organy elektryczne, efekty oraz goście w pojedynczych utworach: Freeze – elektronika, Jaśmina Polak - wokal. Nagranie z Pałacu Ostromecko, lato ubiegłego roku. Osiem utworów, 44 minuty i 15 sekund.

Post-rockowa załoga z Kujaw, lubiąca improwizację i precyzyjnie snute, długie i mantryczne opowieści, powraca do nas regularnie i serwuje przyjazną dla ucha, dynamiczną, niezwykle rytmiczną muzykę, dla której wskazanie konotacji gatunkowych jest zajęciem całkowicie bezcelowym. Wraz z kolejnymi płytami, muzyka Innercity Ensemble nabiera syntetyczności w brzmieniu i jakby gubi zmysł do niczym nieskrępowanej improwizacji, co raz skuteczniej upodobniając się do multigatunkowej Alamedy 5 (być może sprawia to silna osobowość muzyczna Jakuba Ziołka), ale w gronie redakcyjnym wciąż ma stałych wielbicieli, którzy raz za razem lubią sięgać po jej płyty. Choć z dzisiejszej perspektywy, warto dodać, iż najczęściej po epizody I i II.

Dość wszakże recenzenckiego ględzenia, sprawdźmy, co ma nam do zaproponowania epizod IV. Po łagodnym, syntezatorowym otwarciu, IE wrzuca elektroniczny beat i wraz z delikatnym ambientem w tle, rusza w pogoń za wciąż uciekającym rytmem i post-rockową polifonicznością. Gitara, która podaje rockowy motyw, rozbudowane perkusjonalia, wielowarstwowe syntezatory i elektronika. Tygiel emocji, których doświadcza się z dużą przyjemnością, jakkolwiek po pewnym czasie, także z pewną dozą znużenia. Utwory trzeci i szósty dodają do tej zabawy wokalizy, a nawet teksty, co przesuwa idiom stylistyczny IE zdecydowanie w kierunku wspomnianej już Alamedy 5. Wciąż silną stroną formacji pozostaje ambientowa, improwizująca trąbka Wojtka Jachny, element rozpoznawalny nawet po tygodniu ciężkiego picia w gronie największych wrogów.

Epizod IV, to co ma najlepsze, pokazuje w ostatnich dwóch utworach. Dyktat rytmu idzie w odstawkę, muzyka nabiera rumieńców, płoną gitary, silnie dudnią basy, słuchać moc kwiecistych perkusjonalii. Wielobarwny space rock, jeśli już koniecznie potrzebujemy drogowskazów. W ostatnim, ósmym utworze znów nie brakuje akustyki, pięknie płynie zmutowana (elektroniką?) trąbka. Nienachalny electrobeat wręcz podkreśla urodę finału płyty.



niedziela, 10 grudnia 2017

Ganga! Lopez! Birchall! Anker! Roca! Dickaty! The Owl! Sundogs! Shiroishi! Jerve! Requiem Records! Leblanc! - the december summary, czyli zbiorówka przedświąteczna


Ostatni miesiąc roku 2017 w pełni. Czas podsumowań, reasumpcji i rozliczeń. Roczne the best of zaczynają już hulać w sieci globalnej. Pełni ekscytacji muzycy i wydawcy liczą, że ktoś wreszcie doceni ich ciężką pracę.

Trybuna Muzyki Spontanicznej swoje podsumowanie zaprezentuje dopiero na przełomie roku. Tak, by jak najmniej tytułów datowanych na rok 2017, umknęło uwadze redakcji. A zatem Siedemnaście Mgnień Roku 2017 szukajcie na stronie w okolicach zabawy sylwestrowej.

Dziś natomiast stosunkowa obszerna zbiorówka recenzji płyt, które trafiły tej jesieni – najprzeróżniejszymi kanałami – do redakcyjnych odtwarzaczy. Zestaw będzie wielogatunkowy, o dużej amplitudzie jakości, ale bez wątpienia nienudny. Jak to ostatnio często bywa na tych łamach, padnie sporo nowych, godnych zapamiętania nazwisk i tytułów wykonawczych. A od tych bodaj najbardziej frapujących, przegląd ten zaczniemy.

  
Josue Amador/ Arvind Ganga/ Dirar Kalash ‎ Fading Ground  (al-bayān)

Zaczynamy zatem z naprawdę wysokiego C. Spotkanie muzyczne, jakie miało miejsce w holenderskiej Hadze w roku ubiegłym. Arvind Ganga – gitara elektryczna (kanał lewy), Dirar Kalash – skrzypce i elektronika (pasmo środkowe) i  Josue Amador – gitara elektryczna (kanał prawy). Pięć opowieści o dużym ładunku emocji, trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.




Gitarowo-skrzypcowa symfonia na paręnaście strun, sporą dawkę prądu i szczyptę elektroniki. Rodzaj konstruktywnego hałasu, który zdecydowanie nie boli. Wykluwa się z tej narracji, jak pisklę ze skorupki, zwiastując nadciągające pokłady psychodelii. Repetycje, zgrzyty i wiolinowe pochody dźwięków niebanalnych i często zaskakujących dramaturgicznie. Umiarkowanie drapieżny rock, który kocha improwizować. Skrzypce zdają się być w tym gronie najgroźniejsze, przypominają strzelistą, zmutowaną na kablach gitarę. Płyną środkiem i permanentnie prowokują obie prawdziwe gitary, które suną przeciwległymi flankami.

Narracja trzeciego utworu brnie w ciężkich butach po kolana w błocie, ale każdy gest, każdy pomysł ma swoją wartość. Mantryczność zachowań i interakcji, kłuje w oczy trupią radością życia w stanie ciągłej podróży. To improwizacja, którą napędza repetycja. Obowiązki w tym zakresie muzycy dzielą między siebie demokratycznie. Ich pasaże dźwiękowe mają lisią zwinność i wciąż topią się w bystrej psychodelii (przy czym, to znów skrzypce mają największe ciągoty ku transowi i kwaśnym rozwiązaniom). Dialog gitar w czwartym fragmencie ma niemal barokową urodę. Rodzaj noise streaming po lewej i quasi synkopy po prawej. Wejście zaś skrzypiec boleśnie piękne! Dużo prądu, mało elektroniki, wiele żywych dźwięków. No i błyskotliwy, post-rockowy finał! Wyśmienite!


Brandon Lopez/ Chris Corsano/ Sam Yulsman  Holy, Holy (Tombed Visions)

Jedno z lepszych w tym roku nagrań muzyki improwizowanej zza Wielkiej Wody, wydane w manchesterskim Tombed Vision (tym razem CD)! Szefem przedsięwzięcia jest kontrabasista Brandon Lopez, a wspierają go Chris Corsano na perkusji i Sam Yulsman na fortepianie. Trzy tytuły, trzy kwadranse muzyki, która wedle autora jest skomponowana (rodzaj notowanych sugestii), a potem twórczo rozwijana przez muzyków, którzy są w całym procesie najważniejsi (innymi słowy – po prostu improwizacja!).




Od startu trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Trzyminutową introdukcję czyni sam kontrabasista, który zachowuje się, jakby grał sonaty Bacha na black metalowym festiwalu dla penitencjariuszy domu dla pozytywnie obłąkanych. Kosmiczny, groźny, brutalnie piękny sound. Wejście partnerów jest równie błyskotliwe. Corsano nie stroni od sonorystyki, Lopez zrywa podłogę, czyniąc cuda na smyku, a pianista stara się pełnić rolę dynamicznego komentatora, który potrafi być też subtelny, niczym rozpalona nastolatka (choćby popisowy pasaż w 11 minucie pierwszej części).

Lopez grzmi i dynamizuje każdy fragment notowanej improwizacji. Z gorącym smykiem w dłoniach jest prawdziwie doskonały! Rzec można przedświątecznie – New King of double bass is born! Corsano jest równie perfekcyjny w swoich poczynaniach. Może mniej niekonwencjonalny zdaje się być sam pianista, ale to niczego płycie nie ujmuje. Sekcja L-C szczytuje raz za razem, a kto im pogrywa na trzeciego nie wydaje się szczególnie istotne. Baa, myślę, że świetnie radziliby sobie nawet w towarzystwie zimnego trupa Elvisa Presleya! Finałowy wycieczka do świata free jazzowej estetyki, już bez smyka, to także Mountain of Bass! Muzyka gęsta, jak olej silnikowy!


Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ A Hair In The Chimney (Vernacular Recordings/ Heavy Petting)

Młoda (stosunkowo młoda) brytyjska scena improwizowana w stanie permanentnego wzrostu. Nowe nagrania rodzą się jak grzyby po deszczu, a nie jedno z nich zasługuje na miano wydarzenia artystycznego na Starym Kontynencie. Dziś trio złożone w muzyków, których personalia nie raz już pojawiały się na tych łamach, jakkolwiek nigdy w takiej właśnie trzyosobowej konfiguracji. Sam Andreae na saksofonach, David Birchall na gitarze elektrycznej i Otto Willberg na kontrabasie. Ponad godzinna, swobodna improwizacja podana w trzech odcinkach.




Molekularna, dotkliwa akustycznie, gęsta i sowita improwizacja. Akcja – reakcja – akcja - sanacja! Wyzwolona muzyka o delikatnie punkowym zabarwieniu, pełna wewnętrznej anarchii i niezgody na proste rozwiązania dramaturgiczne. Igraszki, przepychanki, swawole, trochę w klimatach ojców założycieli gatunku, choćby w ramach formacji People Band lat temu pięćdziesiąt.

Kontrabas ostro szarpie za struny. Gitara plami teren, lubi wchodzić w klimaty slide, jest zdolna do każdej reakcji, przygotowana na każdą sekwencję dźwięków. Drobne przestery, smakowite i płynne potoki muzycznej świadomości. Saksofon kanciasty, zaczepny, pyskaty, o brzmieniu, które lubi zawisnąć na dyszy, pomyśleć, co dalej. A wszystko ubarwione czymś, co moglibyśmy nazwać instrumentalnym field recordings. Narracja uzupełniana jest szeregiem dodatkowych dźwięków, które niekoniecznie mają swoje źródło w podanym na wstępie instrumentarium. Mimo braku zestawu perkusyjnego, nie brakuje tu dźwięków o właśnie takim charakterze. Powstają one na gryfie gitary, dudnią w pudle rezonansowym kontrabasu.

Gęsta narracja, w której uczestniczy każdy z muzyków, mający przy okazji tysiąc pomysłów na sekundę w zakresie tego, co ma za chwilę nastąpić. Muzyka dość szybko osiąga na tej płycie stan permanentnej zmiany. Rana kłuta, rwana i szarpana! Nie brakuje udanych zejść w sonorystykę ciszy (choćby 20 minuta pierwszej części). Gitara Birchalla zdaje się być multigatunkowa. Nie stroni nawet od upalonego blues grassu! Smakowitym kąskiem są głosy wydawane przez muzyków otworami gębowymi (No borders! No limits!). A klasyka brytyjskiego free improv, i tak kłania się na każdym kroku. Recenzentowi najbardziej podoba się ostatni fragment nagrania, gdy muzycy chętniej sięgają po dłuższe, niemal free jazzowe frazy. Emocje gotują się, energia ścieka ze ścian. Na finał kilka doskonałych dźwięków z rozgrzanych dysz saksofonu!


Lotte Anker  Plodi (Klopotec)

Płyta Plodi, firmowana przez duńską saksofonistkę Lotte Anker, to bodaj najdłuższe wydawnictwo w dzisiejszej zbiorówce. Pełne 75 minut! Ale to nie jedyny… kłopot z nią związany. Łączy ona w sobie aż trzy muzyczne spotkania, a ja nie do końca rozumiem, co przyświecało Anker i wydawcy słoweńskiemu, by je pomieścić na jednym krążku, dodatkowo w proporcjach czasowych, które nie pomagają w odbiorze całości.






Na początek dostajemy blisko 35 minutowy set solowy Anker, zarejestrowany w obiekcie sakralnym (czyli ze sporym pogłosem).  W ocenie nieco złośliwego recenzenta, nie wszystkie fragmenty nagrania warte są tak obszernej prezentacji. Występ solo jest wyzwaniem dla każdego muzyka. I to niestety słuchać w trakcie koncertu w Kościele św. Marcina w Smartno.

Kolejne pół godziny na krążku wypełnia duet Anker ze Zlatko Kauciciem (perkusja, perkusjonalia, zgodnie z opisem). Rejestracja z Domu Kultury, także w Smartno (już zatem bez pogłosu). Wartość artystyczna rejestracji rośnie znacząco. Anker gra kąśliwie, zadziornie i miejscami naprawdę niebanalnie. Kaucić pięknie eksponuje walory swojej drummerskiej maszyny, która zdolna jest wydać dowolny dźwięk. Każdy z czterech fragmentów jest odrobinę inną narracją, a całość kupujemy bez mrugnięcia okiem.

Na finał dostajemy zaś prawdziwą wisienkę na torcie – to samo miejsce, być może ten sam czas (brak dokładnych danych), a do duetu z poprzedniej części dołączają … Artur Majewski na trąbce i Rafał Mazur na gitarze basowej (zgodnie z opisem). Fragment trwa niestety tylko 10 minut (dlaczego tylko tyle?). Błyskotliwa ekspozycja free improv, która na pewno byłaby świetną całością na samodzielnej płycie. Ale nie jest. Szkoda.


Oriol Roca Trio  Mar (El Negocito Records)

Pure jazz trio! Powiedzmy to od razu - by rozwiać wszelkie wątpliwości - jazz, jak najbardziej w swoim głównym nurcie. Oriol Roca – perkusista, główny kompozytor, postać tytularna tego trzyosobowego składu, pochodzi z Barcelony, Giovanni Di Domenico – pianista, to muzyk włoski, rezydujący w Belgii, wreszcie Manolo Cabras – kontrabasista, jest obywatelem właśnie tego ostatniego kraju. Dodajmy, iż na froncie okładki pojawiają się także personalia pianisty i kontrabasisty.





Płyta Mar zawiera siedem kompozycji i płynie przez nasze uszy wartkim, acz nieśpiesznym strumieniem. Wrażliwość, skupienie, dbałość o szczegóły konstytuują mainstreamową jakość tej muzyki. Oczywiście jeśli tak jest w istocie, recenzent może nieco ponarzekać na brak stałego dopływu spontaniczności w ekspozycjach tych trzech dżentelmenów (jesteśmy wszak na Trybunie!), ale samej muzyce nic to nie ujmuje.

Jeśli szukać punktu odniesienia dla tego nagrania, to koniecznie wskazać winniśmy na trio Aurora Agusti Fernandeza, Barry Guya i Ramona Lopeza. To podobna estetyka, porównywalna dbałość o melodykę, harmonie i tonacje, także ów wewnętrzny, szlachetny spokój narracji, w której zaszytych jest wiele wyrafinowanych improwizacji. Oczywiście nie jest to propozycja dla free jazzowych zapaleńców, ale to już problem tych ostatnich.


Noise Of Wings  Frozen Songs (bandcamp/selfreleased)

Nazwa formacji i jej skład instrumentalny (dwa tenory, goła sekcja) wskazywałby na prawdziwie free jazzową jatkę na płycie Frozen Songs. A jednak to właśnie tytuł wydawnictwa bardziej oddaje nastrój tego nagrania.

Tak, nastrój, albowiem kwartetowy incydent dokonany przez Raya Dickaty’ego (saksofon tenorowy), Macieja Rodakowskiego (saksofon tenorowy), Wojtka Traczyka (kontrabas) i Huberta Zemlera (perkusja) zawiera istotnie spokojną i nad wyraz refleksyjną muzykę.




Sekcja rytmiczna jest niezwykle czujna i intrygująco plącze opowieści snute przez dwa tenory. Opowieści oparte na kompozycjach jedynego niepolskiego muzyka na krążku i zdecydowanie głównej siły sprawczej tej muzyki. Dodajmy, że tenory  - w trakcie 44 minut nagrania - najczęściej snują lekko melodyzujące pasaże, rzadko (niestety) wchodząc w szranki improwizacji. Ten artystyczny wybór z jednej strony pozbawia muzykę kwartetu jazzowej krwi, z drugiej jednak - nadaje jej inny, nieco medytacyjny, chwilami wręcz transowy wymiar. Gdy Frozen Songs brną w tym kierunku, robi się naprawdę ciekawie. Najlepszym przykładem, najdłuższy na płycie Hymnal. Repetycje i symultaniczność saksofonów, na tle ruchliwego kontrabasu i niebanalnego drummingu, sprawiają, iż ta muzyka zaczyna żyć zupełnie w innym wymiarze, niż moglibyśmy oczekiwać od kwartetu jazzowego, czy free jazzowego.


The Owl  On The Way (Fundacja Słuchaj!)

Nie brakuje w dzisiejszej opowieści jazzu środka! Oto kolejny przykład. Krajowe trio The Owl - Marcin Hałat na skrzypcach (autor skomponowanej części tego dwupłytowego wydawnictwa), Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji (przy okazji zatem, w składzie formacji 2/3 RGG Trio).




Skrzypce, jak zresztą większość instrumentów strunowych, należą do moich ulubionych przedmiotów wydających dźwięki, zatem nie ukrywam, iż On The Way słucham z ogromną przyjemnością. Brzmienie skrzypiec jest czyste, tłuste, ale lekkie jak pawie pióro. Tematy - pełne melodii i niebanalnych harmonii - zgrabne i dające się bezboleśnie podśpiewywać przy goleniu. Kompetencje muzyków, jakość wzajemnej komunikacji, umiejętność błyskotliwego reagowania na poczynania partnerów, nie budzą wątpliwości w jakimkolwiek wymiarze.

Obok utworów skomponowanych przez Marcina, płyta zawiera także pięć fragmentów nazwanych Vision Fugitive, pod którymi podpisuje się cała trójka muzyków. Ta ponad półgodzinna część On The Way nosi wyraźne znamiona swobodnych improwizacji. Chyba nie zaskoczy nikogo na tych łamach konstatacja recenzenta, iż te chwile zdają się być na płycie najbardziej frapujące.


Sundogs  Sundogs (Fundacja Słuchaj!)

Kolejna (prawie) krajowa nowość Fundacji Słuchaj! Z duetem klarnetowo-kontrabasowym Mateusz Rybicki – Zbigniew Kozera spotkaliśmy się całkiem niedawno, przy okazji ich debiutu fonograficznego Xu. Słowa recenzenta były wówczas ciepłe i rokowały na przyszłość.

Na tej płycie spotykamy obu muzyków z podobnym instrumentarium (przy czym obaj dodają preparacje), w towarzystwie trzeciego muzyka, jakim jest Samuel Hall, który uprawia rozbudowaną perkusjonalistykę, także z użyciem elektroniki, dokonując przy tym stosownych preparacji.




Nagrania dokonano w Galerii na Czystej, we Wrocławiu, wykorzystując naturalną akustykę tego dość obszernego (jak sądzę) pomieszczenia. Echo i interaktywna przestrzeń w procesie swobodnej improwizacji. Muzyka Sundogs brnie wyjątkowo spokojnie, jest nieinwazyjna i mile łechta ucho nawet zmęczonego słuchacza. Narracja stąpa z nogi na nogę, dostarczając wielu ciekawych dźwięków, także na polu szeroko rozumianej elektroakustyki. Jednak jako całość (blisko godzina muzyki) pozbawiona jest odpowiedniej dawki emocji i dramaturgii, by recenzenta zagonić w kozi róg i wzbudzić większy entuzjazm.


Patrick Shiroishi  Tulean Dispatch (Mondoj)

Saksofonista z Los Angeles, o japońskim nazwisku i polskich korzeniach. Dodatkowo publikujący w nowym… polskim labelu na kasecie magnetofonowej! To nie może nie być intrygujące.




Solowy, półgodzinny set na baryton, alt i … preparowane piano. Ciekawe, lekko zmutowane pogłosem, zabrudzone brzmienie. Długie, rozbudowane pasaże, niestroniące od wycieczek w kierunku całkiem konstruktywnego hałasu (choćby w drugim fragmencie). Ekspresja, emocje, rockowe doświadczenia i ... wspomnienia przodków, którzy więzieni byli w Polsce w trakcie drugiej wojny światowej. Szczere, bolesne, dynamiczne podmuchy prostych instrumentów dętych, drewnianych.

Narracja tej czteroutworowej płyty nie jest nadmiernie skomplikowana. Bazuje na ładunku energii, która eksploduje raz po raz i brnącym w brutalnie przestrzenie, ostrym jak brzytwa, tembrze barytonu. Improwizacja daleka od jazzowych synkop, przepełniona post-rockowym potem i znojem.


Kjetil Jerve/ Jimmy Halperin/ Drew Gress ‎ New York Improvisations (Dugnad Rec) ‎

Kolejna dziś płyta z zagadką w środku. Miejsce muzycznego spotkania zdaje się być oczywiste w świetle tytułu płyty. Co do improwizacji, też mamy zgodę. Muzyka osadzona w jazzowym mainstreamie zdaje się mieć kształt kompozycji, które ulegają interesującemu rozwarstwieniu w procesie żmudnych improwizacji. W jej kontekście nie użyjemy jednak słowa free, swobodna, czy innego bliskoznacznego sformułowania.




Teraz muzycy: Kjetil Jerve na fortepianie, Jimmy Halperin na saksofonie, Drew Gress na kontrabasie (to zdecydowanie najbardziej uznany muzyk na płycie) i … postać nieznana na perkusji (gra w trzech, z czterech utworów, ale nie zasłużyła sobie na ujawnienie danych personalnych). Płyta zawiera rozbudowane liner notes, które być może wyjaśnia tę zagadkę, ale niestety … napisane jest w którymś z dalekowschodnich języków.

Sama muzyka, jej stonowany, dość przewidywalny przebieg, brak ciekawszych, bardziej dynamicznych pasaży, czy choć odrobinę zaskakujących zwrotów dramaturgicznych, sprawia, że chęć recenzenta do zgłębiania dźwiękowych tajemnic tej sesji maleje z każdą minutą odsłuchu. Zdaje się, że gdyby ta sesja odbyła się w Nowym Jorku jakieś 60-70 lat temu, jej wartość poznawcza byłaby dużo większa.


Hati & Mazzoll Teruah (Requiem Records)

Przyznam się szczerze, iż nie pamiętam, czy Jerzy Mazzoll, pomnikowa postać muzyki yassowej, niepokorna dusza krajowej sceny improwizowanej od stuleci, kiedykolwiek zmierzył swe siły z wyjątkową formacją avant-folkową Hati. Dziś, gdy słucham ich wspólnej płyty Teruah, mam wrażenie, że klarnecista i Rafał Iwański wraz z Rafałem Kołackim są po prostu dla siebie stworzeni.




Błyskotliwa, skupiona, pełna zdrowej mantry improwizacja Mazzolla doskonale lepi się z przebogatym instrumentarium Hati, zbudowanym na perkusjonaliach i wielu innych, także dętych, egzotycznych instrumentach. Ta muzyka pulsuje, żyje, krzyczy i płynie. Klarnety Jerzego całkowicie naturalnie wgryzają się w głęboką fakturę muzyki wielkiej orkiestry niespodziewanych dźwięków, jaką jest duet Hati.

Na płytę składają się dwie sesje nagraniowe z lat 2014 i 2016. Pierwsza (Inspiracje) zastaje muzyków w stanie permanentnej improwizacji, by wraz z upływem czasu uciekać w trans, niepozbawiony meta folkowych anegdot. Druga sesja (Ekspiracje) konsekwentnie ucieka od improwizacji w psychodelię, a kierunek wycieczki jest zdecydowanie wschodni. Zanik zachowań improwizacyjnych dodaje samej muzyce walorów duchowych, wręcz mistycznych.


Immortal Onions  Ocelot Of Salvation (Requiem Records)

Widziałem ich koncert na ostatnim festiwalu Jazz Jantar. Młodość, wigor, rockowy temperament, artystyczna bezczelność, nuta trójmiejskiego humoru. Na koncercie tłum przyjaciół i ekspresyjnie wiwatującej publiczności. Wygrane konkursy dla młodych zespołów jazzowych, grant na debiutancką płytę. No i świetna nazwa kapeli. To na razie tyle…




Tomir Śpiołek na fortepianie i instrumentach klawiszowych, Ziemowit Klimek na kontrabasie i gitarze basowej oraz Wojtek Warmijak na perkusji. Nieśmietelna Cebula. Improwizacja na razie na etapie prenatalnym. Grają, szczęśliwie swój repertuar, bacznie naśladując kilka popularnych tego typu składów na szeroko pojętej niwie jazzu stosunkowo popularnego.

W ocenie recenzenta, ta płyta przydarzyła się tym młodym muzykom zbyt wcześnie. Ale tenże obiecuje, iż będzie pilnie obserwował, co wydarzy się w kolejnych latach pod szyldem Immortal Onion. The Youth Are Getting Restless, cytując dobrą płytę nowojorskiej kapeli Bad Brains, przy okazji także własny komentarz po koncercie, zamieszczony na fejsbuku.


Paulo J Ferreira Lopes/ Karoline Leblanc  Kumbos (atrito-afeito)

Na finał naszej grudniowej zbiorówki odrobinę odejdziemy od improwizacji. Czeka nas bowiem… kompozycja elektroakustyczna na dwie persony i spory zestaw przedmiotów, gotowych wydawać dźwięki.

Z kanadyjską pianistką Karoline Leblanc zetknęliśmy się w tym roku, przy okazji jej kwartetowej, pełnowymiarowej improwizacji w towarzystwie trzech Portugalczyków (A Square Meal, m.in. z udziałem Luisa Vicente i Hugo Antunesa). Tym czwartym był Paulo J Ferreira Lopes, który na płycie Kumbos zdaje się być postacią wiodącą.




On jest autorem 46 minutowej kompozycji, a generuje rozliczne dźwięki elektroakustyczne za pomocą syntezatorów, urządzeń elektromechanicznych, perkusjonalii, a także reel-to-reel recorders. Jego partnerka korzysta zaś z fortepianu, organów, klawesynu, a także wykorzystuje nagrania terenowe.

Trzy kwadranse w takich oto okolicznościach instrumentalno-narzędziowych mijają doprawdy uroczo. Paulo w ramach kompozycji wykazuje się dużą przedsiębiorczością, niemałym pomyślunkiem i dostarcza nam szereg frapujących dźwięków. Karoline mocnymi akordami piana sieje ferment i nie pozwala, by elektroakustyka całkowicie zdominowała utwór. Muzyka pełna jest smaczków, ciekawych zwrotów dramaturgicznych, nie stroni od emocji i intrygujących konstatacji. A recenzent wcale nie odczuwa braków w zakresie należytej porcji improwizacji.