Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodrigo Pinheiro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodrigo Pinheiro. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

The June’ Round-up: Amado! Transition Unit! Xatarata! Westgaard & Maneri! Sonic Waves! Bagnasco! Safiullin! Devereaux! Kaučič & Cigana!


Najwyższy czas rozpętać czerwcową zbiorówkę recenzji! W tyglu ognistych recenzji równie groźnych improwizacji odnajdziecie dziewięć nowych albumów, jak zawsze z całego świata!

Zaczynamy bardzo jazzowo, po portugalsku - dwa konkretne ciosy nie bez udziału gości zagranicznych. A w dalszej kolejności - krakowski baryton zanurzony w latynoamerykańskiej elektronice, dwa wątki skandynawskie, pierwszy kameralny, drugi dronowo-ambientowy, spora garść gitarowych eksperymentów z różnych zakątków globu - akustycznych, elektrycznych, a nawet nieco bardziej hałaśliwych, bo z domieszką krwi japońskiej, wreszcie na finał tańce perkusjonalne z bliskiego południa Europy, co by ukoić nasze zszargane nerwy.

Zapraszamy do nieba i piekła muzyki improwizowanej!

  


Rodrigo Amado/ Joe McPhee/ Kent Kessler/ Chris Corsano Wailers (European Echoes Archive Series, CD 2026)

Namouche Studios, Lizbona, październik 2019: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy i altowy, bird water whistle (kanał lewy), Joe McPhee – saksofon tenorowy (kanał prawy), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Sześć utworów, 49 minut.

Kwartet This Is Our Language, który konsumuje wymienione w tytule recenzji nazwiska czterech wybitnych postaci sceny free jazzowej, to jedno z najciekawszych zjawisk gatunku drugiej dekady bieżącego millenium. Z racji wieku jednego z nich nie jest już aktywną formacją, szczęśliwie Amado, główny organizator tego przedsięwzięcia, doszukał się w swoich archiwach niepublikowanej wcześniej sesji kwartetu, jak miała miejsce siedem lat temu w najbardziej znanym lizbońskim studiu nagraniowym.

Na krążku odnajdujemy sześć utworów, które trwają od sześciu do dziesięciu minut. Klamrą nagrania jest dynamiczne, kwartetowe otwarcie z uroczymi dialogami tenorzystów i takież zakończenie z nutą aylerowskiej melodyki. W utworach pomiędzy formacja bardzo często rozbija się na tria w konwencji tenor plus sekcja rytmu, a utwór czwarty grany jest wyłącznie przez Amado, Kesslera i Corsano. Tu Portugalczyk inauguruje improwizację na gwizdku, a soczyste expo prezentuje wyjątkowo na saksofonie altowym. Co by się wszakże nie działo pod sklepieniem studia nagraniowego, jakość narracji i poszczególnych improwizacji budzić winna respekt każdego fana free jazzowych, ognistych przebieżek. Szczególnie dobrze udramatyzowany jest odcinek piąty. Otwiera McPhee, dołączą Corsano, potem szybka kontra Amado z Kesslerem na smyczku. W połowie ekspozycji intrygujące solo perkusisty, a potem wystudzony, prawdziwie kameralny finał osnuty wokół smutnej melodii.

  


Transition Unit Sheets of Sound (Phonogram Unit, DL 2026)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, grudzień 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 39 minut.

Portugalskie trio z nazwą własną powraca albumem, który zdaje się być nakierowany na publiczność kształconą w historii jazzu i swingu, nie koniecznie zaś w paradygmatach swobodnej improwizacji nasyconej adekwatną dawką ekspresji. Mimo wielkiego szacunku dla dokonań tych artystów, nie możemy zataić faktu, iż nowy album Transition Unit zanudził grono redakcyjne niemal do bólu.

Pierwsza improwizacja sadowi się w okolicach wystudzonej kameralistyki, dla odmiany ta druga sięga po atrybuty jazzu i nie boi się delikatnie swingować. Artyści dobrze czują się w estetyce leniwej ballady, a w trzecim utworze wręcz chłoną medytujący charakter całej narracji. Pod koniec tej odsłony albumu, a także w kolejnej muzycy przypominają sobie, że dobre tempo i ekspresja frazowania potrafią służyć każdej opowieści. Niestety dwie kolejne improwizacje tego nie potwierdzają. Album wieńczy najdłuższa, ponad 8-minutowa historia, która stawia na minimalizm, nawet post-klasycyzm, ale przewrotnie niesie w sobie dużo jakości zaszytej w nerwie trwogi, jaka zdaje się drążyć ten wątek płyty.

 


Xatarata Kiss and Drum (Antenna Non Grata, LP 2026)

DTS Studio, Kraków, grudzień 2022: Paulina Owczarek – saksofon barytonowy oraz Federico Reuben - laptop/ live coding. Jedenaście utworów, 40 minut.

Improwizowane spotkania instrumentu dętego i elektroniki, to zjawiska występujące from time to time w ekosystemie gatunku. Ten duet, to jednak sytuacja wyjątkowa – z jednej strony moc saksofonu barytonowego, z drugiej nieograniczony świat elektroniki, tu generowanej z poziomu akademickiego, zarówno z racji naukowych proweniencji artysty, jak i zastosowanych metod badawczych (kodowanie, live processing, systemy interaktywne i algorytmiczne etc.). Zwał, jak zwał Xatarata, to produkt osobny.

Jak już dojdziemy do tego, która strona winyla jest pierwsza, a która druga, zagłębiamy się w jedenastu krótkich formach improwizowanych, trwających od trzech do sześciu minut. Każda z nich ma swoją dynamikę, narracyjną szorstkość, ale też dziką niekiedy taneczność i fikuśnie pokręconą melodykę. To rodzaj intensywnego spaceru po zgliszczach tradycyjnych narracji. Owczarek buduje melodie, czasami krzyczy, preparuje instrument, a gdy trzeba śpiewa niczym pijany słowik na pierwszej randce. Ze strony Reubena mamy stan permanentnej zmiany. Jest drum’n’bassowy rytm, są krótkie strzały spod ramienia, post-perkusjonalne erupcje, wreszcie niekończące się drobne frazy układające się w jakże logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Muzyk nie wkracza do jaskini hałasu, ale jest obecny na każdym etapie tej muzycznej łamigłówki. Paulina i Federico grają razem od lat i wbrew teoriom klasyków ich kolektywne improwizacje ciągle zyskują na jakości, a poziom interakcji osiąga kosmiczny poziom.

  


Hein Westgaard & Mat Maneri Chamber (Gotta Let It Out, LP 2025)

Kopenhaga, lipiec 2024: Hein Westgaard – gitara elektryczna (1-4), akustyczna (5-7) oraz Mat Maneri – altówka. Siedem improwizacji, 58 min.

W naszej dzisiejszej opowieści czas na kameralne wystudzenie. Znamienity nowojorski altowiolinista Mat Maneri lubi improwizować w Europie, a zwłaszcza w Danii pod sztandarami Gotta Let It Out, labelu prowadzonego przez Tomo Jacobsona. Tu dobieramy go do pary z duńskim gitarzystą Heinem Westgaardem, którego inne nagranie opisywaliśmy nie dalej, jak w majowej zbiorówce.

Album zwie się po prostu Chamber i zdaje się, że trudno o bardziej adekwatną nazwę. Jego początek obiecuje bardzo wiele – frazy szarpane ze strun i wyskubywane z samego dna pudeł rezonansowych lepią się w post-melodyjne, niekiedy rzewne opowieści z drobną kulminacją pod koniec utworu. W kolejnych odsłonach albumu króluje tytułowa kameralistyka, emocje trzymane są na uwięzi i nie brakuje fraz niemal klasycznych, które świetnie sprawdziłyby się na urodzinowym przyjęciu znanej persony lokalnej socjety. Szczęśliwie w dwóch ostatnich utworach muzycy odnajdują w sobie więcej energii, woli życia, wchodzą w ciekawsze interakcje, nawet w trakcie finałowej, dogorywającej pieśni niesionej szumem otaczającego świata.

  


Nils Wohlrabe/ Karin Johansson/ Hasse Westling Sonic Waves (Outer Disk, CD 2026)

Elementstudion, Gothenburg, czas nieznany: Nils Wohlrabe – gitara, elektronika, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, toy piano oraz Hasse Westling – kontrabas. Pięć utworów, 46 minut.

Pozostajemy w Skandynawii, kierujemy się na północ i dość radykalnie zmieniamy estetykę. Przed nami mroczna przygoda dziergana dark ambientową gitarą podrasowaną elektroniką, preparowanym na ogół fortepianem i kontrabasem traktowanym w skończonej liczbie przypadków smyczkiem. Opowieść jest więcej niż smakowita, ujmująco trzyma klimat pozornie rozmarzonej, ale bardzo groźnej eskapady. Miewa drobne chwile słabości, gdy piano i kontrabas szukają jazzu. Szczęśliwie dość szybko porzucają ten mętny trop.

Szum szorstkiego ambientu, dron basu i hałaśliwe niekiedy akcje inside piano tworzą gęstą, mulistą narrację, która udanie inicjuje album. W kolejnej części pojawiają się rezonujące frazy, które lepią się do świergoczącej, filigranowej elektroniki. Na strunach piana odbywają się rytualne tańce, które zostają spuentowane dźwiękami wprost z klawiatury, ale umoczonymi w gęstym pogłosie. W części trzeciej anonsowane próby jazzowego frazowania, które mroczne, ambientowe tło dusi w zarodku. Część kolejna jest bardzo intensywna, przypomina kołowanie śmigłowca nad wojenną pożogą. Trzy instrumenty budują tu wyjątkowo jednorodną strugę złych mocy. Sam finał płyty jest odrobinę delikatniejszy. Frazy gitary są wyjątkowo lekkie, słyszymy także akustyczne dźwięki, dla których nie jesteśmy w stanie wskazać źródła pochodzenia. Pianistka zaczyna wewnątrz, kończy na zewnątrz, kontrabasista snuje mięsiste preparacje, a gitarzysta tonie w błękitnym ambiencie.

  


Luciano Bagnasco Momentos en el absurdo (dForma_discos, DL 2026)

Argentyna, luty 2026: Luciano Bagnasco – gitara akustyczna. Trzy improwizacje, 30 minut.

Dokonania tego argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco, wiemy zatem, iż onegdaj preferował on raczej gitarowe szaleństwa skąpane w dużej dawce prądu, a od pewnego czasu bliżej mu do suchych, preparowanych brzmień akustycznych. I taka jest też jego najnowsza solowa płyta. Jedna długa i dwie krótkie improwizacje, a w nich moc kreacji i improwizowanego piękna.  

Pierwsza odsłona albumu trwa prawie siedemnaście minut i mamy w niej wszystko – od niemal post-klasycznego otwarcia, przez fazę abstrakcyjnego impro, po wielowątkowe preparacje, gdy obcierki na pudle rezonansowym aż śpiewają. Muzyk brnie tu od szczegółu do ogółu, a galopada na finał dowodzi nie tylko wspaniałej kreatywności, ale także niemal wirtuozerskich umiejętności technicznych. W drugiej części, ledwie czterominutowej, muzyk zgłębia tajniki gitarowej ballady, której enigmatyczność i matowe brzmienie przypominają chill-outowe akcje Dereka Baileya. Ostatnia historia pachnie tumanami kurzu z westernowych historii kowbojskich. Od delikatnych flażoletów, przez taniec upstrzony drobnymi ornamentami, realizowanymi także na sporej dynamice, po puentę, która wraca do metod artykulacji zapoczątkowanych na starcie improwizacji.

  


Salavat Safiullin Step By Step (Extra Notes, DL 2026)

Miejsce nieznane, 2023: Salavat Safiullin – gitary elektryczne, elektronika, samplery, syntezatory. Jeden utwór, 33 minuty.

Tym razem na dźwiękowej wokandzie stawiamy dwie gitary elektryczne, dwa samplery i sporą garść kabli. Za ich sterami ledwie jeden artysta. Jego mroczna, dronowa, definitywnie niebanalna opowieść trwa niewiele ponad dwa kwadranse, choć śmiało mogłaby sycić naszą potrzebę fonicznego niepokoju dalece dłużej i nic nie straciłaby na atrakcyjności.

Na starcie nagrania wita nas elektroakustyczny dron, który migocze na skraju długiego tunelu. Narrację stanowią tu dwa, nawet trzy wątki, które wzajemnie się uzupełniają. Pulsacje, drobne zgrzyty i usterki, wreszcie mroczne plamy czegoś zdecydowanie nieprzyjaznego z odrobiną zdewastowanej melodyki. Opowieść nie ma płycizn, nie eskaluje też do poziomu hałasu. Sączy się, jak krew z głębokiej rany. W połowie na dłuższą chwilę przepoczwarza się w stojący, migotliwy dron. Ważnym wydarzeniem dramaturgicznym drugiej części albumu jest pojawienie się elektrycznego smyczka, który drażni glazurę gitarowego gryfu. Po fazie elektronicznych pulsacji narracja sięga po mroczny ambient, a w swej schyłkowej fazie zdobiona jest akustycznym dźwiękiem szorowanych strun.

  


Max Devereaux, hayashipooo & nameBYnames Live at Environmentog, Osaka – 04.10.2024 (New Wave of Jazz, DL 2026)

Environmentog, Osaka, październik 2024: Max Devereaux – gitara elektryczna, przetworniki, efekty, radio, hayashipooo – elektronika, głos oraz nameBYnames – elektronika, wizualizacje. Dwa utwory, 38 minut.

Dalece nietypowe nagranie, jak na estetykę oraz gatunkowe i personalne konotacje labelu Dirka Serriesa. Pewien amerykański gitarzysta oprzyrządowany w dodatkowe, elektryczne i elektroakustyczne akcesoria w towarzystwie dwóch japońskich elektroników pod pseudonimami koncertuje w tamtejszej Osace. Nie jest to album, które zostanie z nami na dłużej, ale jak ktoś lubi gitarę uwikłaną w duże porcje prądu i kabli, tudzież elektronikę, która podsyła akcenty rytmiczne i post-rytmiczne, ten jest w domu i czeka go należna porcja przyjemności z odsłuchu.

Nagranie składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, ale zdaje się, że w formule na żywo stanowiły one jedną ścieżkę. Pierwsza z nich wydaje się ciekawsza w fazie początkowej, szytej okruchami ledwie co inicjowanych akcji, szmerami, odgłosami otoczenia i mikro slajsami delikatnie pijanej gitary. Potem improwizacja wchodzi w stadium rytmiczne, a do obrazu całości dokładają się wszyscy uczestnicy spektaklu. W trakcie drugiej części koncertu muzycy nade wszystko szukają potencjalnych źródeł hałasu. W opowieści mniej jest rytmu, więcej metalicznych zgrzytów, elektronicznych usterek i gitarowych zapętleń. Klimat dubowy miesza się tu z post-rockowymi implozjami gitarzysty. Finałem jest pełna zgoda osiągnięta w chmurze urokliwego zgiełku.

  


Zlatko Kaučič & Francesco Cigana Kako Klicati Zmaja (Dissipatio, CD 2026)

Circolo Nadir, Padwa, styczeń 2023: Zlatko Kaučič i Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Dziesięć improwizacji, 48 minut.

Na finał naszej zbiorówki perkusjonalne łaskotki! Słoweńsko-włoski szczyt perkusyjno-perkusjonalny, w trakcie którego muzycy korzystają z podobnego arsenału artystycznych środków wyrazu. Dbają o perfekcyjne brzmienie, budują spójną, duetową opowieść z rozwagą i zachowaniem narracyjnego umiaru. Przez pół albumu sycą nasze uszy drobiazgami i dramaturgicznymi detalami, czyniąc swoisty rytuał pojednania. W drugiej części przepoczwarzają się w bystrych drummerów, którzy znów wspólnymi siłami sięgają po afrykańską polirytmię, a nawet rockową ekspresję. Stuprocentowy chill-out dla wymagających.

Perkusjonalny rytuał rozpoczyna się od pojedynczych uderzeń w metalicznie brzmiące akcesoria perkusjonalne. Toczy się gra na małe pola, w pełnej symbiozie dramaturgicznej. Czasami tyka zegar, czasami zaśpiewa ptak. Delikatnie rezonujące talerze, subtelnie drżące werble, filigranowe tańce po krawędziach. W piątej odsłonie artyści zaczynają stawiać na drumming i w kolejnych epizodach będą ów trend kontynuować i rozwijać. Ostatnie trzy opowieści, to już swobodny taniec, z rytmem i melodią, którą sami nucimy pod groove dostarczany przez obu. Szukamy afrykańskich korzeni, nie zapominamy o spuściźnie rockowego bębnienia. Kres osiągamy przy pełnej akceptacji i ponadgatunkowej refleksji.




 

piątek, 13 czerwca 2025

The Portuguese’ impro way of live: Na Parede! Uivo Zebra! Faustino! Motian & More! Lencastre & Flak! Garuda Trio & Pinheiro!


Dziś krótka zbiorówka z muzyką improwizowaną z ukochanej Portugalii. Przed nami sześć albumów, z których aż cztery zarejestrowano w słynnym klubie SMUP w podlizbońskim Parede. Dokładnie tyle razy pojawi się na omawianych płytach basista i kontrabasista Hernâni Faustino. Dodajmy, iż trzy z prezentowanych albumów są wydawnictwami Phonogram Unit, labelu prowadzonego przez samych muzyków, a jedno nagranie zostało upublicznione w Belgii, pod szyldem, który także doskonale kojarzymy.

Zaczynamy od dość kameralnej, ale intensywnej impro-dramy, w której bierze udział pewien amerykański wiolonczelista (acz osiadły w Lizbonie) i równie nam znany szwajcarski gitarzysta. Potem, jak to często bywa w portugalskich produkcjach, będzie dużo jazzu (nawet z kompozycjami legend gatunku), odrobina gitarowo-saksofonowej abstrakcji i krótki, acz dosadny set solowy na kontrabas. Wśród wykonawców bez zaskoczeń – wszyscy znamy się jak łyse konie. So, welcome to the portuguese impro way of live!



 

Zíngaro, Stoffner, Lonberg-Holm & Madeira Na Parede (4DaRECORD, CD 2025)

SMUP, Parede, marzec 2023: Carlos Zíngaro – skrzypce, Florian Stoffner – gitara elektryczna, Fred Lonberg-Holm – wiolonczela oraz João Madeira – kontrabas. Cztery improwizacje, 42 minuty.

Zaczynamy od nagrania, które zostało upublicznione dość szybko po jego rejestracji, ale jedynie w plikach elektronicznych. Na trwały nośnik trafia dopiero teraz i to jest doprawdy wspaniała wiadomość. Swobodnie improwizowana opowieść na cztery instrumenty strunowe, to bowiem album wyśmienity.

Delikatne introdukcje z błyskiem post-baroku, deformowanego kreatywnością i pokrętną melodyką, kreślone są tu zarówno czystymi frazami, jak i tymi skąpanymi w błocie preparacji. Wszystkie, wyśmienicie unerwione, pozostają w stanie permanentnej interakcji. Trzy instrumenty akustyczne potrafią frazować w tak nieoczywisty sposób, brzmieć tak niecodziennie, iż w wielu momentach trudno jest wskazać, czy to dźwięk skrzypiec, wiolonczeli, czy wysoko zawieszonego, kontrabasowego smyczka. Niestandardowa gitara elektryczna buduje, co oczywiste, intrygujący kontrapunkt, niekiedy dysonans, ale potrafi też idealnie wklejać się w akustyczne strumienie dźwięków. Muzycy płyną w potoku ciągłych zmian - od spokojnego spaceru zielonym wzgórzem, przez ogniste spiętrzenia, aż po mroczne medytacje w głębokiej krypcie. W drugiej improwizacji osiągają doprawdy imponujące tempo, a wiele akcji nasączonych jest zaskakującą dynamiką. Z kolei w trzeciej odsłonie, najdłuższej, bodaj najpiękniejszej, pozwalają sobie dokładnie na wszystko. Z jednej strony jednoczą się w chóralnym śpiewie, z drugiej jęczą pod ciężarem wyjątkowo kreatywnych preparacji. W szczególnie intensywnych spiętrzeniach ratunkiem zdaje się być melodia, którą jest w stanie generować każdy, a która nadaje improwizacji wręcz uloty wymiar. Finałowa opowieść, która początkowo zdaje się płynąć w chmurach, nabiera intrygującej dynamiki, po czym grzęźnie w mule nerwowej nostalgii. Tu wyjściem z impasu jest efektowne, pożegnalne spiętrzenie. Brawura, emocje, nieskończone pokłady ekspresji – wszystkie gaśnie w sposób równie zmysłowy, jak efektowny.



 

Uivo Zebra Deus Montanha (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2021: Hernâni Faustino – bas elektryczny, instrumenty perkusyjne, głos, João Svayam – perkusja, instrumenty perkusyjne (także egzotyczne), głos oraz Jorge Nuno – gitara elektryczna, głos. Sześć improwizacji, 53 minuty.

Formacja Uivo Zebra dwie pierwsze płyty wydała w Polsce, w bocianiej inicjatywie wydawniczej. Teraz wraca pod portugalską flagą edytorską. W przeciwieństwie do poprzednich albumów muzyka tria intrygująco uspokaja się, artyści głębiej sięgają do psycho-rockowych medytacji, wielokrotnie płynąc pod prąd naszych oczekiwań i estetycznych skojarzeń. Efekt jest zaskakująco udany, co więcej Deus Montanha śmiało kandydować może do miana najlepszej płyty portugalskiego tria.

Początek albumu jest wręcz ambientowy, budowany czystym pasmem o syntezatorowym posmaku i tym brudnym, który ściele się po podłodze. W tle błyszczą tajemnicze perkusjonalia, a bas zaznacza swoją obecność flażoletami, z których po czasie kleci coś na kształt linearnej narracji. Perkusja i gitara biorą się do pracy dopiero pod koniec utworu, powodując, iż zakończenie się gęste i dość gorące. W drugiej części od startu zarysowany jest powolny rytm basu i perkusji. Gitara nie jest zainteresowana współuczestniczeniem, hebluje na boku i łyka coraz większe porcje kwasu. W drugiej części utworu pojawia się zaskakująca wokaliza, która wytrąca narrację z martwego marszu. W kolejnej odsłonie leniwy flow zdaje się trzymać artystów w gęstym mule. Prowadzi ich od mrocznej inicjacji wprost w smugę kosmicznego pyłu, który smakuje soczystą psychodelią. W czwartym utworze intensywnie pracują gitarowe przetworniki. Opowieść intrygująco pulsuje, nabiera kwasowej mocy i odpływa w niebyt niesiona perkusyjną pętlą. Otwarcie przedostatniej części spoczywa na etnicznie brzmiących perkusjonaliach. Gitara i bas stawiają na minimalizm, a rozkołysana opowieść pięknie ginie w mroku pogłosu. Finałowa improwizacja trwa ponad dziesięć minut i jest piękną, trzymaną na dramaturgicznym suspensie opowieścią pożegnalną – bas swobodnie pulsuje, gitara nabiera dubowej poświaty, a perkusja krąży nad nimi niczym sęp nad gnijącym trupem.




Hernâni Faustino Hide and Seek (Robalo Music, CD 2025)

Penh Asco Arte Cooperativa, listopad 2023: Hernâni Faustino – kontrabas. Jedna improwizacja, 25 minut.

Najsłynniejszy portugalski, improwizujący basista przesiada się teraz na kontrabas i prezentuje nam krótkie, acz nasiąknięte jakością i kreatywnością dzieło solowe. Jednotrakowe nagranie pokazuje pełne oblicze artystyczne Faustino, który równie dobrze czuje się w post-jazzowym pizzicato, jak i w abstrakcyjnym, niekiedy siarczyście melodyjnym arco.

Na starcie artysta pokazuje szeroką paletę swoich możliwości – jego brudny smyczek skacze po strunach, głaszcze je, uderza i poleruje, a on sam, raz za razem, owe struny szarpie palcem wskazującym. Także portfolio fraz silnie preparowanych jest tu bardzo bogate – struny skomlą, poddawane są bolesnym otarciom, a wszędzie wokół panoszą się strzępy zapomnianych melodii, szorstkich, matowych, dojmująco pięknych. Pudło rezonansowe potrafi cierpieć, a smyczek być ostrym jak brzytwa. Od swobodnej agresji po kompulsywną mozolność, od krzyku po odgłos mrocznej ciszy. Po sześciu minutach muzyk zapada się w tej ostatniej, po czym wynurza na powierzchnię soczystym, tanecznym post-barokiem, który natychmiast macza w gęstym oleju. Hernâni świetnie dawkuje tempo, odpowiednio porcjuje emocje i choć lubi zmiany, struktura jego opowieści jest dramaturgicznie stabilna. Nie brakuje w niej post-jazowych westchnień, filigranowych flażoletów, ale także wybuchów ekspresji i mrowia soczystych preparacji. W końcowej fazie nagrania, które jest koncertem, nie brakuje melodii granych obiema technikami. Samo zakończenie uformowane jest w dron, który odbywa drogę od minimalizmu do tanecznej, masywnej mięsistości.

 


 

Motian & More Gratitude (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2022 (utwory 1-2), BOTA, Lizbona, marzec 2023 (3-5): José Lencastre – saksofon tenorowy, Pedro Branco – gitara elektryczna, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Pięć kompozycji (Thelonious Monk, Paul Motian), 53 minuty.

Portugalia kocha jazz! Wiemy to z niejednej opowieści. Tym razem bez dróg na skróty – jeden evergreen Monka i cztery kompozycje Motiana. Tematy, improwizacje, rozciągnięte niekiedy do nastu minut i kody. Rzecz definitywnie dla fanów gatunku, ale my, starzy wyjadacze free impro, śmiało możemy pochylić nad nią nasze zmęczone receptory słuchu. Zwłaszcza, że personalnie mamy tu prawdziwy kwiat portugalskiego jazzu i stylistyk pokrewnych.

Misterioso Monka szyte jest zgrabną synkopą, a nasączone dziarskim bluesem na każdym etapie narracji. Pierwszy z utworów Motiana muzycy rozciągają do dwóch dziesiątek minut. Saksofonowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie, a potem zejście w kameralny minimal z intrygująco wystudzonymi melodiami. Dobrze unerwiony finał sporo tu rekompensuje. Trzecią historię otwiera efektowne solo kontrabasu. Rozwinięcie znów jest dynamiczne, podane z zębem, a potem … ponownie zatopione w nieco przydługiej balladzie. W kolejnym Motianie króluje połamany rytmicznie blues. W ostatniej kompozycji muzycy pomieścili chyba najwięcej jakości. Opowieść osadzona jest w rytmie samby, gitarzysta gra soczystego rocka, a akcje pozostałych muzyków też noszą znamiona ekspresyjnych. Zdrowe emocje towarzyszą nam tu do ostatniej sekundy.




José Lencastre & Flak Cloudy Skies (Phonogram Unit, CD 2025)

Studio Alfarim, czas nieznany: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Flak – gitara. Czternaście utworów, 39 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Lencastre’a, który tym razem swobodnie improwizuje z gitarzystą o pseudonimie Flak, którego znamy także z licznych eksploracji elektronicznych. Muzycy na albumie pomieścili aż czternaście opowieści, w większości sprawiających wrażenie fragmentów większych całości. Mnożą zatem wątki, nie brakuje im pomysłów, ale nagranie z pewnością byłoby bardziej interesujące, gdyby z owych czternastu opowieści wybrać 5-6 i ciekawie rozwinąć pod względem dramaturgicznym.

Lencastre jest definitywnie zwierzem jazzowym i pokazuje to na każdym kroku – lubi melodię, po frazy preparowane sięga rzadko, ale gdy już to czyni, mają one smak i są dobrze posadowione w strumieniu narracji. Flak jako gitarzysta wydaje się kolorowy, niczym dziecięcy kalejdoskop. Nie stroni od ambientu, na których sadowi intrygujące frazy, niekiedy preparowane, niemal elektroakustyczne, bardzo skromnie sięga po jazz, czasami blues, równie rzadko kieruje się w kierunku ekspresji rocka. Dobrze dba o dramaturgię, daleki jest od nadmiaru ekspresji, udanie kontrapunktuje melodyjnego saksofonistę. W tyglu 2-4 minutowych opowieści na rozwinięcie zasługiwałoby kilka z nich. Trzecia wprowadza elementy percussion, które budują ciekawy, gitarowy flow. W ósmej narracja ma dalece nerwową powłokę, a minimal gitary skonfrontowany jest z zadziornym dęciakiem. W dziesiątej części muzycy kreują opowieść ze strzępów fonii - najpierw imitują się, a potem niesieni melodią nabierają wigoru. W odcinku jedenastym frazują wysoko, dbają o tempo i hamują z piskiem opon. Wreszcie w opowieści dwunastej gitarzysta stawia na drobiazgi, flażolety, a saksofon cedzi frazy na efektownym wdechu.



 

Garuda Trio & Rodrigo Pinheiro Live at SMUP (A New Wave Of Jazz, DL 2025)

SMUP, Parede, marzec 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Dwie improwizacje, 51 minut.

Na zakończenie krótkiej, portugalskiej zbiorówki kolejna porcja jazzu, ale tym razem w bardzo swobodnej, rozimprowizowanej formie, który w wielu momentach koncertu przybiera szaty godne free music. Funkcjonujące od pewnego czasu trio koncertuje tu z gościem, który po prawdzie powoli staje się już czwartym do brydża w tym układzie personalnym. Same gorące iberyjskie nazwiska, zatem wszelką introdukcję uznać należy za zbędną. Koncert składa się z dwóch wielominutowych opowieści, z których ta pierwsza trwa dwa kwadranse z sekundami.

Muzycy budują narrację kolektywnie, bazując na szorstkim brzmieniu saksofonu, zrównoważonym, niekiedy post-klasycznym strumieniu piana z klawiatury i dobrze unerwionej sekcji rytmu, którą niesie melodyjny drive basu, śmiało kojarzący się ze estetyką Williama Parkera. Kierunek drogi artystów zdaje się wskazywać na free jazz, ale de facto do stanu gorącej kipieli nigdy nie dochodzi. W roli strażnika emocji występuje tu nade wszystko pianista, który dobrze kontroluje emocje i często wprowadza narrację w bezmiar spokojnego, kameralnego frazowania, zapraszany do akcji przez saksofonistę, który lubi schodzić na drugi plan lub całkowicie milknąć. Szczególnie udane jest drugie kameralne interludium pierwszego seta, gdy akcja kwartetu niesiona lekkim pianem staje się delikatnie rozmarzona. Finał pierwszego seta jest wyłącznym udziałem kontrabasu i perkusji. Z kolei otwarcie drugiej części spoczywa na saksofonie i kontrabasowym smyczku. Narracja kwartetowa formuje się na dobre dopiero po pięciu minutach. Drugi set na etapie rozwinięcia wydaje się bardzo stabilny pod względem dramaturgicznym. Znów melodyjny drive basu, kontrolujące piano, zadziorny saksofon i ogarniająca dynamikę perkusja. Dodatkowe emocje na etapie finalizacji dostarcza powracający smyczek, który schodzi nisko na kolanach, łapie brud w szprychy i wiedze kwartet na finałowe zatracenie.



 

piątek, 20 grudnia 2024

The New Wave Of Jazz’ Axis: Tonus! Lemadi Trio! Transition Unit! Verhoeven Quintet!


Belgijski label New Wave Of Jazz, dowodzony przez Dirka Serriesa, zamyka rok bieżący sześcioma wydawnictwami. O dwóch styczniowych premierach pisaliśmy sto lat temu, jak zwykle ciepłymi i nasyconymi radością z odsłuchu słowami. Dziś czas na cztery premiery jesienne.

Szaro-białe okładki NWOJ towarzyszą nam już od dekady, ale od roku ubiegłego Dirk proponuje nam także okładki czarno-białe, zdobione artystycznymi zdjęciami Martiny Verhoeven, a wszystko pod nowym szyldem, rodzajem sublabelu o nazwie Axis. Wszystkie jesienne premiery, to właśnie dzieła opatrzone tą nazwą własną.

W gronie artystów na każdym premierowym krążku odnajdujemy niemal te same nazwiska, w układzie instrumentalnym również zaskakująca koherentność. A jednak każde z nagrań jest inne. Tonus, to tradycyjnie abstrakcyjny post-minimalizm, trzy pozostałe, to swobodny, niczym nieskrępowany post-jazz, z odmiennym wszakże poziomem intensywności – od zmysłowej kameralistyki po erupcje gorącego free jazzu. So, what ever you want!



 

Tonus Analog Deviation (CD, 2024)

Studio domowe, Brecht, sierpień 2023: Dirk Serries - archtop guitar, Benedict Taylor – altówka, także w wersji połamanej oraz Martina Verhoeven – fortepian. Dwie improwizacje, 52 i pół minuty.

Idea minimalistycznego improwizowania pod nazwą Tonus towarzyszy artystycznej drodze Dirka Serriesa od lat. W wymiarze personalnym miała tysiące twarzy i tyleż konfiguracji – od małych składów do sporych rozmiarów orkiestr. Świetnie pamiętamy Oktet, jaki performował na Spontanicznym Festiwalu dokładnie pięć lat temu. Tegoroczna edycja Tonusa powraca do ulubionej chyba formy trzyosobowej i proponuje nam … dalece temperamentną i reaktywną wersję, która zdaje się sytuować na przeciwległym biegunie ekspresji i intensywności w stosunku do przywołanego, poznańskiego Oktetu. Emocje, emocje, emocje, i któżby je kojarzył w Tonusem?

Pierwsza z wielominutowych improwizacji rozpoczyna się w aurze definitywnie minimalistycznej. Altówka zgrzyta, jęczy, z bólem wydaje nawet najdrobniejszą frazę, z oddali docierają strzępy dźwięków fortepianowych strun, a półpętle z gitary przypominają drobne koraliki w pieczołowicie kleconym paciorku. Frazy Martiny i Benedicta wydają się teraz wyjątkowe mroczne, jedynie leniwe podrygi Dirka pochodzą z wyższych warstw narracji. Mimo typowych dla Tonusa charakterystyk opowieść ma zaskakująco linearny kształt, a interakcje pomiędzy artystami są nad wyraz częste. Pianistka potrafi uderzać w struny lub klawisze z intrygującą intensywnością, altowiolinista nie skąpi zwinnych post-melodii, a akcje gitarzysty chętnie przyjmują postać rozbudowanych konfiguracji akordów. W tej części albumu szczególnie urocze są okolice trzynastej minuty, wypełnione plejadą fraz preparowanych. Z kolei w okolicach osiemnastej minuty muzycy wchodzą w zwinne interakcje cedząc przez zęby doprawdy filigranowe porcje fonii, obtaczane krótkotrwałymi plastrami ciszy.

Koncepcja generowania nanofraz zdaje się wypełniać także start drugiego seta. Muzycy reagują tu na siebie metodą zbliżoną do naszej ulubionej call and response. Z czasem pojawiają się drobne zarysy rytmu, będące efektem gitarowych repetycji Serriesa. Wokół krążą obłoki szmerów i szumów, na ogół od Verhoeven, nie brakuje też pojękujących fonii od Taylora. Czuć posmak bluesa, słychać dźwięk fortepianowych klawiszy. Nim upłynie kwadrans muzycy serwują nam coś na kształt eskalacji, szukają dynamiki, zaczepiają się wzajemnie, wchodzą w nieustanne, post-kameralne zwarcia, choć bywa, że ich narzędziem zbrodni jest pojedynczy dźwięk. W końcowej fazie improwizacji na gryfie gitary pojawia się smyczek. Każdy strzyga teraz uszami i zachęca partnerów do wzmożonych interakcji, a improwizację wieńczą zagrywki definitywnie dalekie od tonusowej idei minimalizmu.



 

Lemadi Trio Canonical Discourse (CD, 2024)

Studio domowe, Brecht, marzec 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Dirk Serries - archtop guitar, Martina Verhoeven – crumar piano. Cztery improwizacje, 54 minuty.

To portugalsko-belgijskie trio ma nazwę własną od swych narodzin, a prezentowane nagranie jest drugim w jego dorobku. W warstwie muzycznej zdaje się być post-jazzem, który świetnie czuje się w kameralnych okolicznościach, zdobiony plejadami smakowitych lub bardzo smakowitych dźwięków preparowanych. W zakresie brzmienia nie bez znaczenia jest fakt, iż pianistka nie korzysta tu z grand piano, ale bardziej filigranowego crumar piano.

Pierwsze dwie improwizacje stanowią o jakości całego przedsięwzięcia. Obie są silnie reaktywne, wyczulone na drobiazgi, szyte dobrymi pytaniami i jeszcze lepszymi odpowiedziami. Obie rodzą się w mroku zaniechania, pełne są preparowanych dźwięków, szczególnie ze strony pianistki. Grane na wdechu, symbiotyczne frazy budują tu kolektywny flow bez zmrużenia oka. W momentach, gdy Verhoeven przenosi się na klawiaturę, artystów natychmiast dopadają emocje free jazzu. W chwilach wystudzenia ich narracja nabiera nostalgii, rezonującej poświaty i wykwintnej, saksofonowej post-melodyki. W pierwszej odsłonie warto także odnotować imponujący brzmieniowo duet inside piano i gitarowego smyczka, z kolei w drugiej szczególnie udane są fragmenty perkusjonalnego piana i niemal rockowej gitary, którym wtóruje rozkrzyczany saksofon.

Początek trzeciej opowieści spoczywa na barkach gitarzysty. Pianistka stuka po pudle rezonansowym, a saksofonista cedzi kolejne, melodyjne frazy. Narracja dość szybko nabiera free jazzowych rumieńców, po czym zastyga w ciszy rozmodlonego inside piano. Druga faza tej improwizacji okazuje się dość przewidywalna. Post-jazzowa powolność, dbałość o czystość frazy, rodzaj dramaturgicznego rozdroża. Ostatnia improwizacja ma nieco molowy klimat, ale w zakresie emocji, jakie budzi, bliżej jej do poprzedniczki niż do dwóch pierwszych, nasączonych wyjątkową jakością opowiadań. Wyważony, dobrze zbilansowany chamber jazz towarzyszy już nam do końca albumu, który z pewnością mógłby być o kilka minut krótszy.



 

Transition Unit Face Value (CD, 2024)

Estúdio Timbuktu, Lizbona, maj 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Sześć improwizacji, 51 minut.

Kolejne trio także ma nazwę własną, skład instrumentalny niemal bliźniaczy z poprzednim, powstało wszakże w Lizbonie, a w rolę pianisty (grand piano!) wcielił się świetnie rozpoznawalny w naszej części świata Rodrigo Pinheiro. Być może za przyczyną preferencji estetycznych tego ostatniego nagranie zdecydowanie sytuuje się w jazzowym klimacie, z pewnością zasługę na miano kategorii open, ale wycieczki w kierunku soczystego free nie należą tu do rzadkości.

Improwizacja otwarcia śmiało zasługuje na miano dostojnie kroczącego chamber jazz – odrobina mroku, gitarowy smyczek i bardziej linearnie frazujące piano z klawisza. Druga opowieść startuje z pozycji wystudzonej ballady, kończy zaś w oparach rzęsistego, dynamicznego jazzu. Muzycy stylowo kooperują, a wszystkie elementy ich gry zdają się idealnie do siebie pasować. Od opowieści trzeciej emocje zaczynają rosnąć. Gitara śle kilka post-rockowych zadziorów, wystudzone piano łapie rytmiczny pazur free jazzu, podobnie jak melodyjny, zalotny, a jednak czupurny saksofon. Wszakże najciekawiej jest na spowolnieniu, gdy pianista proponuje intrygującą ekspozycję wspierając się gitarowymi zdobieniami.

W czwartej odsłonie artyści dokładają do obrazu całości garść nowych elementów – ambientowe tło, rezonujące frazy inside piano i bolesny tembr dęciaka. Mroczna, budowana długimi pociągnięciami pędzla narracja najpierw wytacza kameralny arsenał, potem zmyślnie ucieka w dynamiczny free jazz. Świetne momenty notuje tu saksofonista, który bierze na swoje barki odpowiedzialność za kształt całej improwizacji. Piąta historia tkana jest znów bardzo kolektywnie i odbywa drogę od kameralnego, spokojnego otwarcia, po intensywne, post-jazzowe rozwinięcie. I znów na wiele ciepłych słów zasługuje saksofonista. Końcowa opowieść jest silnie unerwiona i nasączona intrygującą tanecznością. Lekka, bystra, bez jednego zbędnego dźwięku. Dużej w niej melodii, niemal rockowe zagęszczenie oraz nostalgiczna, dość wolno postępująca finalizacja.



 

Martina Verhoeven Quintet Indicator Light – Live at Paradox 2023 (CD, 2024)

Paradox, Tilburg, luty 2023: Gonçalo Almeida – kontrabas, Onno Govaert – perkusja, Dirk Serries – gitara, Martina Verhoeven – fortepian oraz Colin Webster – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 43 i pół minuty.

Ten międzynarodowy kwintet znamy doskonale, podobnie jak każdego z artystów z osobna. Nagranie koncertowe z tilburskiego Paradoxu nie wnosi zatem nic nowego do naszej wiedzy o współczesnej muzyce improwizowanej o silnie free jazzowych korzeniach, ale słucha się tej erupcji kolektywnej i indywidualnej kreatywności doprawdy wyśmienicie.

Inauguracja koncertu jest spokojna, minimalistyczna i opiera się w dźwiękach gitary i kontrabasu. Nerwowa perkusja i plamy inside piano pojawiają się po dwóch minutach, a zaraz potem ciepły, jazzowy tembr saksofonu. Kwintet bez zbędnej zwłoki wchodzi w tryb marszowy nasączony swingującymi synkopami. Gdy szefowa bandu przechodzi na klawiaturę, formacja bez trudu sięga po free jazzowe atrybuty. Dzięki temu, jeszcze przed upływem dziesiątej minuty, scena płonie ogniem soczystej wymiany uprzejmości. Pierwszy stopping jest dość gwałtowany i szybko przenosi nas do kameralnych, mrocznych otchłani zdobionych dwoma smyczkami, dętym dronem, pianistycznym drżeniem i perkusjonalnymi igraszkami. Rozhuśtana narracja, wsparta na mantrującym smyczku kontrabasu, sprawnie powraca do wysokiego poziomu ekspresji sprzed kilku minut. Nim upłynie dwudziesta minuta na scenie ma już miejsce prawdziwa rzeź niewiniątek.

Kolejne stadium koncertu nie jest typowym wystudzeniem, a raczej umiarkowanie ekspresyjną, jazzową akcją w wykonaniu saksofonowego trio, a niedługo potem kwintetu. Trzecią dziesiątkę minut wieńczy z kolei fragment, którą śmiało możemy uznać za jeden z najbardziej urokliwych momentów koncertu. Na tle dogrywającego dęciaka rodzi się filigranowe duo gitarowego smyczka i dźwięków z samego dna pudła rezonansowego fortepianu, które po kolejnych kilku chwilach uzupełnia kontrabasowy smyczek. Owe chamber games z czasem ewoluują w kolejną tego wieczoru swingującą ekspozycję, zarówno w wersji pełnej, jak i bez udziału saksofonu. Ostatnie pięć minut spektaklu, to czas na prawdziwą eksplozję mocy. Każdy dociska teraz gaz i sprawia, iż rzeczywistość po obu stronach sceny staje w ogniu aż po kres wydarzenia.




piątek, 26 lipca 2024

The July’ Round-up: Linae! Costa! Alma Tree! Skerebotte Fatta! Cosmic Cluster! Magee! Constellative! de type inconnu! Chmiel! Kahn!


Zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną, to crème de la crème naszych werbalnych uniesień muzycznych! W tym roku ta zacna inicjatywa trochę kuleje (czas płynie zdecydowanie zbyt szybko!), ale lipiec będzie miesiącem, w którym ów fakt edytorski ma miejsce!

Przed nami dziesięć soczystych, mięsistych albumów jak zwykle z całego świata, choć tym razem przeważnie w wymiarze europejskim. W ujęciu gatunkowym dużo swobodnie improwizowanego jazzu, garść równie frywolnej kameralistyki, a na koniec trochę eksperymentów, zarówno elektroakustycznych, jak i … wokalnych. Będzie dużo Portugalii, trochę Belgii, Polski, Węgier, Anglii i Francji, a także trzy dalece międzynarodowe duety. Welcome!



 

Linae Continuum - Live at Smup (Phonogram Unit, DL 2024)

SMUP, Parede, Portugalia, 2023: João Almeida- trąbka, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Vasco Furtado – perkusja. Trzy improwizacje, 44 minuty.

Międzypokoleniowe trio portugalskiego post-jazzu debiutowało fonograficznie całkiem niedawno. Teraz powraca z nagraniem koncertowym i zdaje się zaspokajać potrzeby zarówno miłośników free jazzu, jak i zwolenników swobodnej, ponadgatunkowej improwizacji. Muzycy świetnie budują dramaturgię, wchodzą w niekończące się, zwinne interakcje, osadzając opowieść na żywym, jazzowym groove, jaki kreuje perkusista.

Koncert składa się z trzech wielominutowych improwizacji, z których ta środkowa trwa pełne dwadzieścia minut. Minimalistyczna, kolektywnie lepiona na starcie opowieść dość szybko nabiera tu rumieńców. Perkusja szyje gęsty ścieg, dzięki czemu piano i trąbka mogą płynąć bardzo swobodnym strumieniem. Jeśli narracja syci się dynamiką, ekspozycja tria przyjmuje postać soczystego free jazzu, gdy muzycy hamują, studzą emocje, ich kameralistyka potrafi nabrać walorów wręcz post-klasycznych. Najdłuższa z improwizacji budowana jest niezwykle skrupulatnie, ma wiele faz, a każdy z muzyków możliwość do reprezentacji swej nieograniczonej kreatywności. Frazują na ogół czystym brzmieniem, a jeśli sięgają po dźwięki preparowane, czynią to w momentach uzasadnionych dramaturgicznie, choćby w trzeciej, pozornie najspokojniejszej opowieści wieczoru. Ale i ta historia ma swoje dynamiczne rozwinięcie, pięknie osadzone w tradycji muzyki free.

 


Hugo Costa/ Dirk Serries/ Friso Van Wijck Live At Oude Klooster Kapel Brecht (Subcontinental Records, CD 2024)

Oude Klooster, Kapel, Brecht, wrzesień 2023: Hugo Costa – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Friso Van Wijck – instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 48 minut.

Kolejne dziś trio łączy Portugalię i Belgię, przy okazji zdaje się być pierwszym spotkaniem artystów w zadanej konfiguracji personalnej. Improwizacja ponownie balansuje pomiędzy free jazzem, a swobodną kameralistyką, wszakże nieosadzona rytmicznie, ani dynamicznie w kontekście gatunkowym, częściej dryfuje w kierunku kameralnym. Opowieść miewa momenty ekscytujące, nie unika wszakże chwil dramaturgicznego zastoju i pytań o dalszą drogę.

Koncert jest nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym, podzielonym na dwie wielominutowe ścieżki. Otwarcie, to duet saksofonisty i spokojnie usposobionego gitarzysty. Perkusjonalista wchodzi do gry po kilku minutach i zdaje się koncentrować na budowaniu tła, jakby bez ingerencji w ciąg przyczynowo skutkowy improwizacji. Muzycy sięgają zarówno po frazy czyste, jak i preparowane - wszystko osadzone jest jednak w głębokim pogłosie i niekiedy traci walory brzmieniowe. Po upływie kwadransa improwizacja zastyga w pozie post-balladowej, szczęśliwie gitarzysta sięga wtedy po smyczek i nadaje całości inny, ciekawszy wymiar. Kolejne fazy koncertu, to kilkuminutowa, perkusjonalna celebracja, a potem efektowne, niemal free jazzowe spiętrzenie, które rekompensuje tu wiele. Na etapie wytłumienia narracja osadza się na drobnych, ale bystrych interakcjach, przy okazji stając się drugim trakiem na dysku. Tym razem opowieść klei się dramaturgicznym dysonansem – saksofonista zdaje się brnąć w kierunku open jazzu, z kolei gitarzysta i perkusjonalista tłumią jego zapędy i szukają bardziej kameralnych rozwiązań. Znów wiele dobrego daje tu gitara, która udanie szuka akustycznego ambientu. Zakończenie jest kolejnym spiętrzeniem, ale tym razem dalece mniej intensywnym.



 

Alma Tree (Ra Kalam Bob Moses/ Vasco Trilla/ Pedro Melo Alves) Sonic Alchemy Suprema (Self-released, CD 2024)

CARA OJM Studios, Porto, maj 2022: Ra Kalam Bob Moses (kanał prawy), Vasco Trilla (środek), Pedro Melo Alves (kanał lewy) – wszyscy perkusja, instrumenty perkusyjne. W utworach 2, 5, 8, 13, 15: João Pedro Brandão – saksofon altowy i flet (środek), José Soares – saksofon altowy (kanał prawy), Julius Gabriel – saksofon tenorowy (kanał lewy). Piętnaście utworów, 56 minut.

Moses i Trilla nagrali płytę w duecie w roku ubiegłym i bardzo nam ona przypadła do gustu. W ramach kontynuacji współpracy doprosili do wspólnego muzykowania jeszcze jednego perkusistę i by całość ubarwić prawdziwie free jazzowym sosem – w kilku utworach jeszcze trzech saksofonistów. Efekt jest więcej niż bardzo dobry – prawdziwy kalejdoskopów polirytmicznego drummingu, narracyjnej zwiewności, kreatywności i nade wszystko świetnej zabawy. Album podzielono aż na piętnaście kilkuminutowych epizodów, zatem nudy nie uświadczymy tu choćby przez ułamek sekundy. Równie ciekawy jest układ przestrzenny – na flankach grają Alves i Moses, skoncentrowani na wielowymiarowym drummingu, z kolei na środku sceny posadowiony jest Trilla, którymi długimi fragmentami preparuje swoje instrumentarium – innym słowy uprawia nasz ulubiony no drumming percussion.

Album otwiera spokojny, trójwymiarowy drumming, która ubogacają podawane przez Trillę plamy rezonansu. Na podobnej zasadzie zbudowanych jest jeszcze kilka innych utworów, choćby wyważona czwórka, czy też dynamiczna dwunastka. W drugiej odsłonie płyty muzycy efektownie drżą i szeleszczą, a emocje budują saksofonowe drony. Goście pojawiają się także w części piątej i ósmej, nadając perkusyjnej narracji prawdziwie aylerowskiej melodyki. W kilku momentach albumu Moses nie tylko rytualnie bębni, ale także śpiewa. Tak dzieje się choćby w utworze trzecim i bodaj najlepszym na płycie – trzynastym, który zdaje się być mantrą tanecznej podróży. Na albumie mamy też trzy utwory, których tytuły noszą w sobie nazwiska muzyków. Tu lider inicjuje każdy z epizodów, a partnerzy wchodzą do gry na palcach i pięknie podłączają się pod główny wątek ekspozycji. Nagranie podsumowuje sekstet. Saksofony i flet śpiewają free jazzowe hymny. Strumień narracji jest zrównoważony emocjonalnie, ale ma swój rytm i intrygującą intensywność. Z czasem całość nabiera kolorytu, po czym zastyga w poczuciu dobrze zrealizowanego przedsięwzięcia artystycznego.



 

Skerebotte Fatta & Olgierd Dokalski Molting (Creative Sources, CD 2024)

Quality Studio, Polska, czerwiec 2023: Jan Małkowski – gitara elektryczna, saksofon altowy, Dominik Mokrzewski – perkusja oraz Olgierd Dokalski – trąbka. Siedem utworów, 48 minut.

Krajowy duet free jazzowy uderza po raz trzeci! Tym razem w formule rozszerzonej, jak to często bywa w przypadku working duetów. Przy tej okazji następuje jeszcze jedna zmiana – Małkowski sięga także po gitarę elektryczną i zdaje się, że w wymiarze czasowym gra na niej częściej niż na saksofonie. Każda zmiana bywa rozwojowa, zwłaszcza, gdy do stałego duetu sax & drums dochodzi drugi instrument dęty, ale czy służy efektowi końcowemu, to już pytanie retoryczne.

Początek albumu jest spokojny, post-jazzowy, z nutą barwionego dubem swingu na gryfie gitary. Ciekawie frazuje trąbka - nie wychodzi przed szereg, ale zdaje się zdobić każdy fragment opowieści. Narracja często staje się tu opowieścią duetu trąbka i perkusja, a ów zabieg nierzadkim zjawiskiem także dla innych epizodów płyty. W połowie drugiej odsłony do gry wchodzi saksofon, który w mgnieniu oka podrywa trio do free jazzowego lotu i sprawia, że emocje rosną jak słupek rtęci w trakcie upału. Podkreśleniem tego stanu rzeczy jest intensywna, ostra przebitka, która wypełnia część trzecią. Kolejne trzy utwory, to powrót gitary. Raz jest to jazzowa post-ballada, innym razem umiarkowanie dynamiczna jazda w estetyce … country and western, wreszcie garść intrygujących preparacji na dobrze zaciągniętym ręcznym. Album finalizuje najdłuższa, ponad 10-minutowa opowieść, która mieni się wszelkimi kolorami tęczy. Jej jakość buduje saksofonista i zmysł dramaturgiczny trębacza i perkusisty. Początek jest dość krzepką introdukcją trąbki i perkusji. Saksofon wchodzi na gry wyjątkowo wystudzony. Narracja interesująco rozwija się, sięga po kolejne, free jazzowe atrybuty, pachnie dobrym Aylerem na kilometr. W ramach wieloczęściowej kulminacji przez kilka chwil Skerebotte Fatta znów jest ognistym duetem sax & drums! I takim chcemy go zapamiętać!



 

Cosmic Cluster Live Ruin EP (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Szimpla Kert, Budapeszt, czas nieznany: Christopher Cox – amplifikowany puzon, loops, instrumenty klawiszowe, Heidrich – gitara elektryczna, Zoltán Kovács – kontrabas oraz Attila Gyárfás – perkusja. Pięć utworów, 42 minuty.

Czas na rzadki na naszych łamach wątek węgierski. Amerykański rezydent Budapesztu na amplifikowanym puzonie wraz z gronem rdzennych mieszkańców tamtych ziem zaprasza na intrygujący, psychodeliczny trip, który przynosi sporo emocji, dużo ciekawych brzmień i figur stylistycznych. Ów koncept muzyczny śmiało mógłby popłynąć w kierunku ekspresji godnej Die Like A Dog Petera Brotzmanna, gdyby muzycy kwartetu choć przez moment zechcieli stracić kontrolę nad strumieniem generowanych przez siebie dźwięków.

Swobodne otwarcie koncertu, budowane przez puzon na lekkim pogłosie, masywną sekcję rytmu i jazz-rockową gitarę, obiecuje tu wiele i zdaje się, że w ostatecznym rozrachunku kwartet dowozi nam spory bagaż zadowolenia. Muzyka Cosmic Cluster z łatwością ucieka w bezmiar kwaśnego fussion, ale równie bezceremonialnie tłumi się i koncentruje na brzmieniowych niuansach. Potrafi nabrać gęstości, niemal namacalnej smolistości, ale też oddychać dubem, soczystym ambientem, odrobiną dramaturgicznego westchnienia. Szczególnie ciekawie robi się w dwóch ostatnich utworach, gdy rytmiczny, silnie brzmiący kontrabas zaczyna budować niemal polirytmiczną fakturę rytmu i nieść wszystko wprost w objęcia zdrowej psychodelii. Dalece ekspresyjne jest samo zakończenie albumu, implikujące retoryczne pytanie, czy cały koncert nie mógłby być tu jedną strugą ognistej, niekończącej się the way of no return. Warto taki wariant przerobić przy okazji kolejnej, równie udanej, improwizowanej wycieczki w nieznane.



 

Massimo Magee Live at the Paint Factory (Lurker Bias, Kaseta 2024)

The Old Paint Factory, Brisbane, Australia, grudzień 2023: Massimo Magee – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 23 minuty.

Artystyczne losy tego angielskiego saksofonisty śledzimy na bieżąco. Słyszeliśmy onegdaj fantastyczne trio, obcowaliśmy z kilkoma solowymi eksperymentami, teraz zaś czas na występ solowy, ale zagrany na setkę, bez eksperymentów, w okolicznościach koncertowych dalekiej Australii. Duża sala koncertowa, naturalny, niezbyt przyjazny pogłos, to trudna sytuacja dla instrumentu akustycznego. Magee dmie jednak w swój altowy przyrząd z dużą determinacją i plecie nam free jazz najwyższych lotów. Szkoda, że tylko przez 23 minuty.

Massimo zaczyna spokojnym, wyważonym strumieniem altowych fraz, nasyconych melodią i drobną dawką swingu, ale znamionujących burze, która może za chwilę nastąpić. Z dużą gracją i swobodą muzyk wpada w cyrkulacyjny trans i zdaje się pozostawać w nim niemal przez cały spektakl. Czasami zwalnia, incydentalnie nabiera powietrza, ale czyni to wyłącznie z pobudek dramaturgicznych. Potem rusza w tango z jeszcze większą dynamiką. Tańczy, śpiewa, pokrzykuje, nieznacznie tylko modyfikując tembr saksofonu. W połowie opowieści przez kilka chwil muzyk pnie się ku górze, preparuje, a potem hamuje z piskiem opon. Cyrkulacja rządzi sceną w Brisbane, a pierwsze przejawy finalizacji pojawiają się 3-4 minuty przez końcem. Muzyk nabiera powietrza w płuca i … serwuje nam pożegnalny wydech pełen emocji, krzyku i lekko zmutowanego brzmienia.



Constellative Trio Constellative Trio (Label Rives, CD 2024)

The Maison, Francja, czerwiec 2023: Gaël Mevel – violincello, Gianni Mimmo - saksofon sopranowy oraz Thierry Waziniak – perkusja. Jedenaście utworów, 43 minuty.

Constellative Trio, to bodaj najłagodniejsza propozycja w dzisiejszym zestawie – włosko-francuska, kameralna, delikatna w brzmieniu, chwilami bardzo melodyjna, choć w rzewny, dalece melancholijny sposób. Nie oznacza to jednak, iż nagranie pozbawiane jest emocji typowych dla muzyki swobodnie improwizowanej. Wręcz przeciwnie!

Opowieść na sopran, małą wiolonczelę i perkusję składa się z siedmiu rozbudowanych improwizacji oraz czterech miniatur (na ogół krótszych niż minuta), które sprawiają się wrażenie delikatnie zaaranżowanych. Improwizacje bazują często na post-barokowej figurze granej arco, smutnym, wystudzonym saksofonie i nerwowej perkusji, która raz po raz kruszy kameralne odium opowieści. Gdy Mevel przechodzi w tryb pizzicato narracja momentalnie nabiera post-jazzowej krwistości i intrygująco zagęszcza ścieg. Tak dzieje się choćby w trzeciej i piątej odsłonie. W szóstej sopran urokliwie preparuje i sieje rezonujące obłoki. Z kolei opowieści numer siedem i osiem to perełki w zestawie. Konsumują one wszelkie walory albumu – z jednej strony niesione są melodyką dęciaka i strunowca, która smakuje muzyka dawną, estetyką niemalże żałobną, z drugiej kryją w sobie nerw jazzu, wreszcie na etapie rozwinięcia pokazują nowe, jeszcze piękniejsze oblicze tria – mroczne, wystudzone, pełne podskórnych emocji. Dziesiąta improwizacja zaczyna się wyjątkowo leniwie, wręcz przynudza, ale później, bogacona soczystymi frazami każdego z artystów, zdaje się pretendować do miana jedno z najlepszych momentów albumu.




de type inconnu onze.correspondances (Elli Records, DL 2024)

CIRMMT, Montréal, sierpień 2023 i listopad 2021 (utwory 8,9,11): Sylvain Pohu - gitara elektryczna i elektronika oraz Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa i elektronika. Jedenaście utworów, 36 minut.

Przed nami kanadyjskie spotkanie dwóch gitar – basowej i elektrycznej, rozsądnej porcji elektroniki i odrobiny pracy na rozbudowanych zestawach pick-ups. Jedenaście zgrabnych, nieprzegadanych improwizacji, które szukają zarówno intrygujących brzmień, jak i dramaturgicznych niuansów – w obu przypadkach ze świetnym skutkiem.

Album otwierają dwie chmury gitarowych sprzężeń, wokół których skwierczy elektronika. Wraz z rozwojem sytuacji scenicznej przybywa strunowych, niemal akustycznych brzmień. Wątek kontrolowanego frazowania na pograniczu akustyki kontynuuje odcinek drugi, ciekawie doposażony w rytm. W kolejnych opowieściach nie brakuje akcji definitywnie elektrycznych i elektronicznych, ale jakość nagrania tylko na tym zyskuje. Wylistujmy najciekawsze incydenty – elektroakustyczna gra na małe pola, śpiewne, na poły dynamiczne akcje post-fussion, dialogi szemrzącej elektroniki i roztańczonych, gitarowych przetworników, wreszcie garść soczystego, korpulentnego post-electro. Druga część albumu wydaje się nieco spokojniejsza – niesie ze sobą plamy ambientu, garść gitarowych subtelności, a także smakowicie brzmiące preparacje ze strony obu muzyków. Ostatnie dwie opowieści przynoszą spore porcje melodii. Najpierw duet rozśpiewanego basu i przesterowanej gitary rockowej, a potem pożegnalna post-ballada na dwa czysto frazujące strunowce.



 

Jacek Chmiel & Daniil Gorokhov Withering Rituals (Grisaille, Kaseta 2024)

Poschiavo, Szwajcaria, czas nieznany: Jacek Chmiel - elektronika, field recordings, singing bowls, cytra oraz Daniil Gorokhov – puzon basowy. Dwie improwizacje, 47 minut.

Dokonania Jacka Chmiela, elektroakustycznego post-perkusjonalisty (określenie własne redakcji), śledzimy na tych łamach na bieżąco. Tym razem proponujemy duet z bliżej nam nieznanym artystą Daniilem Gorokhovem i jego basowym puzonem. Dwie rozbudowane improwizacje skrzą się tu bezkresnymi paletami ciekawych brzmień, świetnie wkomponowanymi w całość nagraniami field recordings, bystrymi interakcjami i co ważne, całkowitym brakiem dramaturgicznych przestojów. Jeśli pierwsza z opowieści zdaje się być rodzajem pokrętnej medytacji, o tyle druga jątrzy, nie stroni od dynamicznych incydentów i dba o odpowiedni poziom adrenaliny u słuchacza.

Linearna, zwarta, subtelnie skonfigurowana pierwsza część koncertu przypływa do nas z oddali, niczym fale odrobinę wzburzonego oceanu. Wyważona post-elektronika, oddychający puzon i drobne pulsacje o syntetycznym odcieniu. W roli ozdobnika frazy cytry oraz śpiewających kul, których brzmienie zdolne jest przywrócić do świata żywych nawet tych najdotkliwiej umarłych. Te ostatnie, już po upływie szóstej minuty, pięknie wystudzają początkowy impuls życia improwizacji i sprowadzają ją niemal wyłącznie do wymiaru akustycznego. Dwudziestokilkuminutowa opowieść ma swoje mroczne, ale i bardziej słoneczne fazy, które podkreślają dźwięki przyrody – wiatru i lejącej się wody. Wiele dobrego wnosi tu puzonista, który czasami pracuje na pograniczu ciszy, ale raz za razem śle porcje preparowanych dźwięków. Druga opowieść, obok akcentów znanych już z części pierwszej, przynosi szczyptę zaskakująco dynamicznej elektroniki, a także frazy puzonu, który zdają się łapać zabłąkane porcje prądu elektrycznego. Gdy emocje rosną, do akcji znów wkraczają śpiewające kule i kładą nas na łopatki zabójczym suplesem. W końcowej fazie improwizacji w grze pojawiają się … dziecięce cymbałki. Opowieść umiera w potoku repetujących fraz obu artystów.



 

Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang I Smile When the Sound Is Singing Through the Space (Bandcamp’ self-release, CD 2024)

Ting Shuo Hear Say, Tainan, Taiwan, wrzesień 2023: Jason Kahn & Alice Hui-Sheng Chang – głosy. Osiem utworów, 38 minut.

Amerykańskiego artystę Jasona Kahna znamy głównie z ujawnień elektronicznych. Tutaj spotyka się z artystką z dalekiego Tajwanu i proponuje nam improwizowany dwugłos, nasycony dźwiękami, które trudno czasami zakwalifikować do fraz wydawanymi ludzkimi narządami mowy. W trakcie ośmiu zgrabnie skonstruowanych opowieści bywa naprawdę frapująco, a porównanie całości do spotkania Phila Mintona i jego kobiecego odpowiednika zdaje się być nad wyraz intrygującą metaforą.

Kobieta mówi, deklamuje i sylabizuje, potem krzyczy i złorzeczy, w opozycji mężczyzna, który znęca się nad strunami głosowymi i wydaje onomatopeje w trybu tłumaczenia. Czasami artyści śpiewają imitacyjnie, innym razem wznoszą kocie lamenty, tudzież czynią tygrysie zaloty – pracują ich rzężące gardła i zdarte do krwi przełyki. W potoku niekończących się emocji natrafiamy także na garść odgłosów prawdziwie folwarcznych, nawet owadzich. Jeśli muzycy znów lamentują, to czynią to z dbałością o najdrobniejszą frazę. Jeśli słyszymy śpiewy żałobne, to i odgłosy tortur, jeśli kołysanki i mruczenia, to i mroczne frazy z najgłębszych pokładów przewodu głosowego. Jeszcze tylko chwila melodii i finał, w którym ona śpiewa, a on frazuje niczym zepsuta trąbka na nieistniejącym pogłosie.

 

 

wtorek, 30 kwietnia 2024

A New Wave of Jazz’ fresh cakes: Lemadi Trio! Defiant Illusion! Garuda+!


Label belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa A New Wave Of Jazz dostarcza trzy nowe smakowitości. I to niemal w całości w wykonaniu … portugalskim. Kochamy ten szalony świat muzyki improwizowanej!

Na dobry początek saksofonista José Lencastre w kompulsywnym trio z szefem labelu i jego żoną. Ta druga improwizuje tu na tajemniczo, ale jakże efektownie brzmiącym instrumencie klawiszowym. Tuż potem kwartet kameralny, stuprocentowo portugalski (z Lencastre’em ma saksofonie!), który udanie posiłkuje się elektroniką. Na finał garść swobodnie improwizowanego jazzu z zachodnich rubieży Półwyspu Iberyjskiego, czyli trio Garuda z gościnnym udziałem pianisty Rodrigo Pinheiro. Nic, tylko słuchać, słuchać i słuchać!

So, welcome to belgian Portuguese!



 

Lemadi Trio Tryptophan Suite (NWOJ Axis series, CD 2024). José Lencastre – saksofon altowy, Dirk Serries – gitara oraz Martina Verhoeven - crumar piano. Nagranie koncertowe, Jazzblazzt, Neeritter, Holandia, maj 2023. Dwie improwizacje, 51 minut.

Verhoeven i Serries często improwizują w trio z saksofonem. W takich wypadkach ich najczęstszym partnerem jest Collin Webster. Tym razem los koncertowy zetknął ich z Portugalczykiem José Lencastre’em, który jest muzykiem równie wyśmienitym, ale dalece innym niż Brytyjczyk, zarówno pod względem temperamentu scenicznego, jak i stosownych technik artykulacyjnych. Mamy zatem całkiem nową sytuację dramaturgiczną dla pianistki i gitarzysty, dodatkowo potęgowaną faktem, iż Martina muzykuje tu na elektrycznym instrumencie klawiszowym, który brzmi niczym stępione ostrze organów Hammonda. Efekt jest dalece intrygujący, tak, jak i cały album - emocje pną się tu od wzdychającej kameralistyki po ogień free jazzu.

Każdy z setów trwa tu grubo powyżej dwudziestu minut i daje artystom szanse na spokojne i przemyślane budowanie dramaturgii. Po kilku poszukiwawczych pętlach odnajdują oni drogę do zgrabnej, linearnej opowieści. Raczej konstruują ją na tym etapie z drobnych fraz, dbają o szczegóły brzmieniowe (piano potrafi tu smakować niczym mała gitara elektryczna), nie eskalują tempa, ani intensywności, choć chętnie wchodzą w krótkotrwałe, ekspresyjne zwarcia. Pierwsze spiętrzenie sytuuje się tu w okolicach 10 minuty i jest gęste od potu. Jeszcze bardziej hałaśliwe zdaje się być wzgórze, na jakie wspinają się artyści w okolicach 15 minuty. Każdorazowa droga na szczyt jest tu dość długa, z kolei momenty hamowania krótkie, ale zdaje się, że jeszcze bardziej efektowne. Finał seta spoczywa na gitarzyście, który najpierw koi nasze zmysły ekspozycją solową, potem do more relaxing sounds zachęca także swoich partnerów.

Gitarzysta otwiera także drugi set. Tu już definitywnie wszystko bazuje na filigranowych dźwiękach. Pracują dysze saksofonu, jęczą struny i trzeszczą klawisze. Spokojna, kolektywna narracja trwa do momentu, gdy z tuby dęciaka wyzwoli się odpowiednia porcja mocy, by zabrać trio na pierwsze wzniesienie drugiego seta. W tak zwany międzyczasie mamy jeszcze epizod solowy Verhoeven. W obrębie 10 minuty muzycy serwują nam porcję ognistego tańca, z kolei faza tłumienia odnajduje efektowny ambient, budowany nie tylko przez gitarzystę. Narracja szczerzy zęby, by raz za razem popadać jednak w nastrój relaksacyjny. W okolicach 17 minuty artyści napotykają ciszę, ale postanawiają jeszcze kilka minut pomuzykować. Piano i gitara dbają o mroczny, rezonujący sound, saksofon szuka ostatnich promieni zachodzącego słońca. Samo zakończenie przypomina delikatnie kwaśną, zmysłową post-balladę.



Carla Santana/ José Lencastre/ Maria do Mar/ Gonçalo Almeida Defiant Illusion (NWOJ, CD 2024). Carla Santana – elektronika, José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Maria do Mar – skrzypce oraz Gonçalo Almeida – kontrabas. Nagrane w Toolate Studio, Abóboda, Portugalia. Osiem improwizacji, 54 minuty.

Tym razem zastajemy Lencastre’a w towarzystwie jeszcze bardziej kameralnym – kontrabasu, skrzypiec i tylko pozornie nieadekwatnej w tej sytuacji scenicznej elektroniki. Ten kolejny doskonały album NWOJ dowodzi dwóch rzeczy. Zdaje się, że subtelność narracyjna i umiar w generowaniu dźwięków, to cechy wpisane w DNA muzyków portugalskich, co skutkuje nagraniami świetnie zbilansowanymi pod niemal każdym względem. Z drugiej zaś strony sam Lencastre, to muzyk, który doskonale radzi sobie w każdej estetce. Jeszcze kilka chwil temu, na poprzednim albumie, bywał free jazzowym, dzikim zwierzem, tu zdaje się być wytrawnym kolorystą i prawdziwym demiurgiem dramaturgii wyważonej, choć niewystudzonej improwizacji.

Zlękniona kameralistyka w leniwych, na poły tajemniczych dronach, to charakterystyka pieśni otwarcia. Drobne, akustyczne frazy są tu efektownie doprawiane delikatnie pulsującą elektroniką. Z jednej strony nerwowość saksofonu, z drugiej post-barok skrzypiec. W drugiej odsłonie na czele pochodu odnajdujemy drgające struny kontrabasu, wokół których panoszą się elektroakustyczne drobiazgi. Dęciak pojawia się tu lekko spóźniony, sieje intrygujący ferment, z kolei skrzypce toną w melodii. W trzeciej części na starcie dominują dźwięki preparowane, a w fazie finalizacji nie pierwszy już dialog saksofonu i skrzypiec. Kolejną opowieść też zdaje się budować pewien dysonans – najpierw toniemy w drobnej chmurze jazzu kontrabasu i saksofonu, by po niedługiej chwili sycić uszy skrzypcowymi frazami opatulonymi subtelną elektroniką. Piąte nagranie jest najdłuższe, a zaczyna się na poziomie ciszy. Narracja na wdechu, na zaciągniętym ręcznym pięknie się tu rozwija niesiona elektroniką, w fazie końcowej doposażoną w ulotną rytmikę i intrygującą ekspozycję dronową. W szóstej części, z jednej strony rozdygotane chamber, z drugiej efektowne, niemal free jazzowe zagęszczenie saksofonu, a zaraz potem kilka ciepłych oddechów z tuby i tanecznych fraz strunowych. Końcowa improwizacja stanowi tu niemal resume całego albumu. Mrok elektroniki niepozbawionej rytmu, strunowe poślizgi i saksofonowe westchnienia, drobny zadzior jazzu z kontrabasowego pizzicato, śpiew skrzypiec i zagadkowe frazy syntetyki na ostatniej prostej - można tego słuchać bez końca!



 

Garuda Trio + Rodrigo Pinheiro Tongues Of Flames (NWOJ, CD 2024). Hugo Costa – saksofon altowy, Hernâni Faustino – kontrabas, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz João Valinho – perkusja. Nagrane w Namouche Studios, Lizbona, lipiec 2022. Trzy improwizacje, 39 minut.

Hugo Costa od lat związany jest ze sceną holenderską (ponadgatunkowy Anticlan, czy noise’owe Albatre), ale nieustannie szuka swoich jazzowych korzeni w rodzimej Portugalii. Jego najlepszym orężem w tym artystycznym trudzie jest trio Garuda, które w trakcie swej drugiej podróży napotyka znamienitego gościa, pianistę Rodrigo Pinheiro. We czwórkę szyją nam tu rasowy, swobodnie improwizowany jazz, który potrafi w mgnieniu oka zamienić się w prawdziwie free jazzowe monstrum.

Pierwsza improwizacja zajmuje niemal połowę płyty i świetnie pokazuje moc kwartowej edycji Garudy. Opowieść inicjuje solowa, minimalistyczna akcja kontrabasu. Pozostali uczestnicy spektaklu wchodzą do gry stopniowo, z dużą dozą wstrzemięźliwości. Narracja przybiera formę slow motion of open jazz, ale potrzebuje ledwie kilku pętli, by nabrać mocy i energii znamionującej freejazzowe wyniesienie. Muzycy świetnie na siebie reagują, a wszystkie decyzje dramaturgiczne podejmują wspólnie. Środkowa faza utworu, już po wybrzmieniu wulkanu ekspresji, toczy się bez udziału dęciaka. Ten ostatni wraca w momencie, gdy trio zdaje się delikatnie unosić w powietrzu. Kilka dętych podmuchów buduje dodatkową jakość, wspartą na ulotnej ekspozycji pianisty. Druga improwizacja jest tu najkrótsza, oparta na ciekawej, nieco zrelaksowanej dynamice. Saksofon płynie wysokim i ekspresyjnym wzniesieniem, twarda sekcja stawia piękne, jazzowe zasieki. Gdy dęciak milknie, kilka błyskotliwych chwil staje się udziałem drummera. W trzeciej, znów kilkunastominutowej opowieści, dzieje się jeszcze więcej. Otwarcie jest kolektywne i szybko umieszcza artystów w zagęszczonym tyglu post-jazzu, dobrze kontrolowanym, ale już całkiem ekspresyjnym. Nim kwartet wejdzie na ścieżkę eskalacji świetne solo prezentuje pianista, a po nim kontrabasista. Po szybkim wystudzeniu improwizacja przechodzi w rozbudowaną fazę free chamber. Pojawia się smyczek, mroczne klawisze i rezonująca tuba saksofonu. Opowieść formuje się w balladę, ale nie kończy w zadanej estetyce. Spora porcja mocy uwidacznia się bowiem w zgrabnych ruchach perkusisty. Finalizacja jest intensywna, choć nadal wsparta na kontrabasowym smyczku.